Czarne owce literatury czyli analizy ZŁYCH książek: marca 2012

wtorek, 27 marca 2012

Najgłupszy - Dziewictwa księga druga część 2

Tak jak podejrzewałam, nie wyrobiłam się z zanalizowaniem odpowiedniej ilości dzieła o Atlantydzie. Konwenty są bardzo absorbujące. ^^ Jeśli ktoś był na Pyrkonie w miniony weekend i widział brykającego wesoło i podśpiewującego kapitana Zee z Romantically Apocalyptic, to byłam ja.

No, ale przejdźmy do meritum, czyli ciągu dalszego przygód Eragona. W dzisiejszym odcinku poznamy między innymi nowego mentora Eragona - pedofila, wraz z Roranem wespniemy się na szczyt bzdurnego patetyzmu i przekonamy się, że można uczynić elfy jeszcze bardziej ciotowatymi. Enjoy!




WĄTEK RORANA

- Trzeba zabić żołnierzy - warknął Sloan.
- I co wtedy? Przyjdą nowi i w końcu utoniemy w morzu szkarłatnych tunik.
- Jak to: cóż nam po tym? Choć alabastrowe onegdaj tuniki zalśnią szkarłatem krwi naszej puszczonej z żył, honor nasz, godność i duma nasza opiewane będą przez bardów od ziemi naszej szczodrej, Alagaesii, przez lasy Lorien i Mordor złowrogi, na Realmowej Forgottni kończąc.

Gedric odprowadził go wzrokiem i dostrzegł Rorana.
- Chodź, wejdź, czekaliśmy na ciebie.
Roran splótł ręce za plecami, czując na sobie uważne spojrzenia.
- Jak mogę pomóc?
- Tak pomyśleliśmy... skoro Ra'Zacowie przybyli tu po ciebie, damy cię im. Oni będą mieli ciebie, my będziemy mieli spokój, a ty... no, ty nie będziesz miał już ŻADNYCH problemów.
Jakie to ludzkie. ^^

Obok grobów ułożono dziesięć trupów spowitych w białe całuny. Na każdej nieruchomej piersi spoczywała gałązka tojadu, a na szyi wisiał srebrny amulet.
Bogaci ci wieśniacy, skoro nawet nieboszczyków raczą srebrem.
A co mają z tym robić, wszędzie go pełno...

jęczała i zawodziłaś wraz z całą, pogrążoną w żałobie wioską.
Wcale nie! oO"
Nie wykręcaj się, przecież wszyscy widzieli!

W gardle wezbrała mu żółć z trudem opanował mdłości, nie chcąc wymiotować przed całą wioską
Rzygać na weselu - to jeszcze rozumiem, ale na pogrzebie?
Nietakt i brak wychowania.

Roran nigdy nie pragnął nikogo zabić, a jednak pozbawił życia więcej ludzi niż ktokolwiek w Carvahall.
Całych dwóch.
Się świntusz... świętoszek znalazł.

Roran policzył ich szybko; w sumie na plac przybyło czterdziestu ośmiu ludzi. - Jeśli każdy z was przez następną godzinę zetnie jedno drzewo, to może dostarczyć. Dacie radę?
No jasne, jakiś kwadrans i zaraz postawimy taki fort, że Fort Knox się w rzyci schowa.

- A co powiesz na jeżyny i dzikie róże? - wtrącił Darmmen. - Moglibyliśmy obłożyć nimi drzewa.
Będą absorbować smród wyprutych ludzkich bebechów.
Nie wspominając o walorach estetycznych.

Roranie Garrowssonie
Krewni i znajomi Thorgala Aegirssona.

Chwycił łopatę i natychmiast wbił w ziemię, z nadzieją że ciężka praca fizyczna przegna z jego umysłu wszelkie troski.
Powiedziałabym ci, jaka konkretnie praca fizyczna przegania wszelkie troski, ale za młody jesteś.

- Katrino, ukochana - powtórzył. - Ukochana. Nie mogę ci dać niczego poza mą miłością. Mimo to muszę spytać. Wyjdziesz za mnie?
- A co z tego będę miała?
W tym momencie Roranowi wszystko opadło...

Dolinę Palancar zasnuły wielowarstwowe, ciężarne chmury
*wyobraża sobie deszcz noworodków*

Kiedy przykucnął w błocie, promień słońca przebił się przez chmury i oświetlił strugi deszczu tak, że każda kropla rozbłysła krystalicznym ogniem.
I wioska stanęła w płomieniach.

Jego palce musnęły rękojeść miecza. Wyrwał go z kałuży i chlasnął dzierżącą ostrze dłoń żołnierza, odcinając kciuk. Przeciwnik spojrzał tępo na zakrwawiony kikut.
- Oto efekty nieużywania tarczy - powiedział.
- Owszem - zgodził się Roran i odrąbał mu głowę.
*nie skomentuje, bo tarza się po podłodze, wyjąc coś o odpowiednio spokojnym komentarzu w krytycznej sytuacji*

Roran tymczasem odturlał martwych żołnierzy w błoto poza fortyfikacjami. Zabiłem już pięciu, pomyślał.
Mój ty seryjny morderco na zlecenie jedyny... ^^
Nie natura a chęć szczera zrobi z ciebie bohatera. xD

WĄTEK ERAGONA

Pierwszego dnia po opuszczeniu Tarnagu Eragon nauczył się imion wszystkich strażników Undina.
Wymagało to zużycia całego jego intelektu. Aż biedaczysko dostało migreny.

Brzmiały one: Arna, Trfhga,
Tenfakewnl, Hefbwefb, Uewnkbgv i Omfg.
A teraz przeczytajcie to szybko pięć razy.

Shrrgnien - Eragon nie potrafił go wymówić, usłyszał jednak, że znaczy: Wilcze Serce
A Gwynbleidd potrafi wymówić? Znaczenie podobne...

Pośrodku każdej tratwy stała niewielka chatka.
Miasto na tratwach.

Gdy zapadł zmierzch, krasnoludy powiesiły się.

krasnoludy powiesiły w narożnikach tratew okrągłe lampy, rzucające czerwone światło
I tak założyli własną, nawodną wersję Dzielnicy Czerwonych Latarni.
Wiedzą, co dobre. xD

- Wiesz, jak je [lampy] robią? - spytał.
- Za pomocą zaklęcia
Bo jak nie można wymyślić na coś sensownego wyjaśnienia, to należy zwalić winę na magię.
Ej, gdzie się podziała moja czekolada?
*chowa Milkę za plecami z niewinną miną* Czary!

Eragon ściskał mocno nogami pozbawiony siodła grzbiet smoczycy Czuł, że twarde łuski ocierają się o jego penisa.

ujrzał trzy brązowe punkciki startujące ze zbocza poniżej i szybujące ku nim. Z początku Eragon wziął je za sokoły, gdy się jednak zbliżyły, uświadomił sobie, że zwierzęta mają niemal dwadzieścia stóp długości
Rzeczywiście, nietrudno było je pomylić z sokołami. oO"
Bo w tych górach wszystko mają wielkie. Szyszki...
...wilki...
...kozy...
...fiuty...
Ee, to chyba nie.

Głowę smoczycy otoczyła jaskrawobłękitna poświata, w której blasku podobne klejnotom łuski rozbłysły ogniście.
Poetycki niczem Homer.
Simpson.

Eragon dostrzegł, że z kostek krasnoluda przy wszystkich palcach prócz kciuków sterczą ćwieki z błyszczącej stali, długie na jakieś ćwierć cala.
- Co to? - spytał.
- Moja pieshczocha!

- To moje Ascudgamln... moje stalowe pięści. (...) Uzdrowiciel wprowadza cię w głęboki sen, żebyś nie czuł bólu. Wtedy wiercą. (...) Wiercą ci otwór na wylot stawów. (...) W każdym otworze montuje się metalowe gniazdo (...). Za pomocą magii uzdrowiciel goi rany i łączy kość z metalem. Gdy wojownik wyzdrowieje, może wkręcać w gniazda różne kolce i ćwieki.
Matrix! O_O
Jeszcze brakuje Neo, Trinity i tego, no... Morfeoosha.
A poza tym każdy powód jest dobry, by nie nazywać rzeczy po imieniu: bo pomijając przywiercanie do ciała, są to po prostu kastety.

Eragon nie mógł uwolnić się od wizji walki Ascudgamln. Mógłby bezkarnie uderzać absolutnie wszystko, łącznie z urgalami w zbrojach.
*parsk* Tak się rodzi uliczna hołota.

Ogień rzucał dość światła by móc dostrzec sylwetkę Saphiry
Ogień pomachał jej żarem.

- To nie postrzeganie - oznajmiła Arya. Przemawiała rozmyślnie powoli, by umysł Eragona zdążył przetrawić wszystkie informacje.
- Tttooo nnniiieee pppooossstttrzeeegggaaannniiieee - powtórzyła na wszelki wypadek.

Kiedyś, dawno temu elf Maerzadi miał przeczucie, że przypadkiem zabije w bitwie swego syna. Zamiast żyć spokojnie i czekać, popełnił samobójstwo, ratując syna i dowodząc, że przyszłość nie jest ustalona.
A wtedy syn z rozpaczy po stracie ojca rzucił się ze skały...
,,Oszukać przeznaczenie MLXIV."

Płynąca za jego tratwą Saphira wydźwignęła się z wody i wzleciała nad równinę. Po chwili zamieniła się w maleńki punkcik na lazurowej kopule nieboskłonu.
W OGÓLE nie rzuciła się nikomu w oczy, przecinając całe niebo.
Miszczyni dyskrecji. Przypomnijmy, że nikt postronny nie może się dowiedzieć o istnieniu Szafirki.

Co widzisz? - spytał.
Olbrzymie stada gazeli na północy i wschodzie, na zachodzie Pustynię Haradacką. To wszystko.
A oprócz tego dwa sąsiednie kontynenty i mnóóóstwo wysep.

[Eragon miał kolejny napad bólu swojej osobistej Blizny]
Próbowałam wyciągnąć cię z twojego ciała do mojego
Czy tylko ja mam włochate myśli?

- Jak mogę przejść szkolenie? - spytał cicho. - Jak mam walczyć, posługiwać się magią? Jestem jak stłuczone naczynie. - Jego twarz wyglądała w tej chwili bardzo staro.
Uci kuci, naści chusteczkę. Jakież z ciebie biedniątko, plecki cię bolą, ajajaj.

Czekam zatem i w każdej chwili obawiam się, że jeśli podniosę coś ciężkiego albo wyciągnę rękę w złą stronę, ból powróci. Moje własne ciało jest teraz moim wrogiem.
Nigdy nie miał okresu.

Życie to zarówno ból, jak i rozkosz. Jeśli taka jest cena, jaką musisz zapłacić za godzinę radości, czy to zbyt wiele?
Tak - warknął.
Rozpieszczony bachor.
Ja cię nauczę bólu... *szuka kluczy do sali tortur*
Schowaj się Muza, ty perwersie jeden ty.

Arya spojrzała na niego. Eragon popatrzył elfce w oczy i coś drgnęło gwałtownie w jego wnętrzu. Zarumienił się, nie wiedząc czemu. Nagle poczuł się z nią związany; miał wrażenie, że Arya rozumie go lepiej niż ktokolwiek prócz Saphiry. Reakcja ta kompletnie go zaskoczyła, bo nigdy wcześniej nie czuł nic podobnego.
Zabujał się! ^______________^
No nie, od teraz będziemy mieć do czynienia z romansidłem. T_T

- Oto Moldun Wyniosły, ostatnia prawdziwa góra, jaką ujrzymy podczas tej podróży
Reszta to chińskie podróbki.

- Czy elfy także używają rogowych łuków? - spytał. (...)
- My wyśpiewujemy nasze łuki z drzew, które już nie rosną - odparła i odeszła.
*parsk*

Arya odmówiła zaproponowanego jej wierzchowca.
- Nie wrócę do kraju moich przodków na grzbiecie osła - oznajmiła. Thorv zmarszczył brwi.
- Jak dotrzymasz nam kroku?
- Pobiegnę.
*parsk!*

Dla śmiertelników puszcza była niebezpiecznym miejscem, pełnym niezwykłej magii i osobliwych stworzeń.
Jakżeby inaczej.
Elfy po prostu MUSZĄ mieszkać w wielkich, starych, mrocznych i tajemniczych puszczach.

WĄTEK ERAGONA

od chwili ozdrowienia nie próbował dotknąć umysłu elfki. Było to niezwykle osobiste przeżycie. Za każdym razem, gdy sięgał do świadomości innej osoby, miał wrażenie, jakby ocierała się o nią jakaś część jego nagiej duszy. Rozpoczynanie czegoś tak intymnego bez zaproszenia wydawało mu się grubiańskie i nieuprzejme
Zawsze przed zgwałceniem trzeba zapytać o zgodę lub przynajmniej uprzedzić o zamiarach.
*dusi się ze śmiechu*

- Natomiast elfy nie przypominają innych ras.
Mają czułki.

Krasnoludy także żyją długo, są jednak płodniejsze niż my i nie podzielają naszych zahamowań oraz upodobania do perwersyjnych igraszek. Hi, hi!

Najpierw wyjaśniła, że gdy jeden elf spotyka drugiego, zatrzymują się i unoszą do ust dwa palce na znak, że: Podczas naszej rozmowy nie zniekształcimy prawdy.
To nie przywitanie, tylko jeden pyta drugiego, czy ma fajki.

- W naszej kulturze nikt nie stoi wyżej niż smok. Nawet królowa nie ma nad tobą władzy. Możesz robić i mówić co zechcesz.
- Nawet pierdzieć na przyjęciach?

- Pytasz, co mnie niepokoi, Eragonie? Naprawdę chcesz wiedzieć? Zatem powiem ci. - Jej głos zabrzmiał miękko niczym ostowy puch unoszony z wiatrem.- Boję się.
Dont łory, Aryja! *śpiewa* Łen de stars goł blajnd end de darknes start to flod jor ajs, łen jor drims giw ap...
AJ ŁYL KERY JU, KERY JUUU!


- Słyszałem, że ludzie mają dziesięć palców u nóg. Czy to prawda?
- Bujda! - odparł stanowczo Eragon, machnąwszy rozwidlonym ogonem zwieńczonym różowymi piórkami.

- A wy nie?
Krasnolud pokręcił głową.
- Nie, mamy siedem u każdej stopy. Takimi właśnie stworzył nas Helzvog. Pięć to za mało, sześć pechowa liczba, ale siedem... Siedem jest akurat.
To się nazywa: sztuczne urozmaicanie na siłę.

Elfy zeskoczyły z drzew i uścisnęły Aryę, śmiejąc się radośnie czystymi, dźwięcznymi głosami. Chwyciły się za ręce i zaczęły tańczyć w krąg niczym dzieci, śpiewając wesoło i wirując w trawie.
La, la, la-la-la, to jest smerfów świat!
Elfy to oszołomy. oO"

Znając Aryę, nigdy nie sądził, że elfy lubią czy nawet umieją się śmiać. Był to cudowny dźwięk, przypominający harfy i flety
- Cześć, elfie, jak masz na imię?
- Fiiiiuuu, fiurulululu, plum, plum.

Eragon usiadł obok Saphiry, ciesząc się, że może odpocząć i obserwować elfy. Choć nie było wśród nich kobiet, ich twarze przypominały oblicze Aryi: delikatne usta, wąskie nosy i wielkie, skośne oczy, błyszczące pod prostymi brwiami. Reszta ciała także była harmonijnie zbudowana wąskie ramiona, smukłe ręce i nogi.
Zboczeńcy i transwestyci. Trzymałabym się z daleka.
Jak transwestyci, to pokrewne zainteresowaniom Eragona! xD

Uważała też użycie podobnie intymnej formy kontaktu w zwykłych rozmowach za zbyt nachalne.
Dotykanie kolan i macanie się po tyłkach nie wchodziło w rachubę.

Eragon przyprowadził Śnieżnego Płomienia i przekazał opiece Thorva ogiera, jego siodło i zestaw do pielęgnacji.
Kolorowe spinki do grzywy i ogona, wazelinę, różowy lakier do kopyt...

- Czy wszystkie wasze łodzie budujecie tak samo?
- Poza największymi - odparł Nari, zajmując miejsce na dziobie. - Te wyśpiewujemy z najlepszych cedrów i dębów.
Falalala, drzewko moje złote
Falalala, mam wielką ochotę
Falalala, na nowy mebelek
Falalala, urośnij w zydelek!

Wyśpiewywać łodzie z drzew... wyśpiewywać. Nie no, lol, brak mi słów.

W ten sposób unosił się na chłodnych wodach jeziora, zagubiony w fantastycznych światach ukrytych pod powiekami.
Ach... ta poetyckość...

WĄTEK RORANA

Roran reagował zdumieniem na swój nowy, niezwykły autorytet, póki w końcu nie pojął, że stanowi on owoc podziwu, szacunku i może nawet strachu wywołanego przez śmierci, które zadał.
Od zera do bohatera.

Ludzie zaczęli nazywać go Roranem Młotorękim.
To ciekawe, jak by mówili na Eragona. Między-nogo-smoki?
Nie, raczej Od-łusek-obtarty-fiutek.

Zza skąpanego w blasku świec stołu dobiegały go głosy kobiet i mężczyzn.
Nie było to nic szczególnego, przeważnie przeciągłe ,,ooochy!" i ,,aaachy!"

Teraz pojął, że będzie musiał przekonać rzeźnika tak jak wszystkich innych. Zmusił się zatem do ugodowego tonu.
- Tam nie jest tak źle. Pomijając krwiożercze bestie z zębami długimi na dwa łokcie, drapieżne rośliny pożerające ludzi jednym kłapnięciem szczęk i ponurych, wiecznie wściekłych czarnoksiężników jest całkiem znośnie.
Tylko komarów, cholibka, mnóstwo.

Choć Roran usilnie starał się powstrzymać uczucia, do oczu napłynęły mu łzy. - Tu chodzi o dzieci! - krzyknął z gniewem.
Ech, kolejny, któremu tylko jedno w głowie.
I nie chodzi o jedzenie.

- Skąd wezmą dość jedzenia, by przetrwać tam kilka tygodni? (...)
Roran rozłożył ręce.
- Jeżeli wszyscy pomożemy, to wystarczy im jedzenia.
Melduję, że przeczytałam ,,pomrzemy".
I właściwie dopiero wtedy miałoby to sens... Mięsko!

- Wymówki! Usprawiedliwienia!
- Nie mam, psorze... pies mi zjadł - burknął Roran, wpatrzywszy się w czubki swoich trampek.

- Nie musisz w nim uczestniczyć - przypomniał Horst.
- I nie zamierzam - odparł Sloan. - Jeśli chcecie, zróbcie to, ale ani ja, ani nikt z mojej krwi nie postawi nogi w Kośćcu, dopóki w moich kościach wciąż jest szpik.
To się da załatwić... Muza!
*biegnie, dźwigając naręcze skomplikowanej aparatury własnej roboty do odsysania szpiku*

Horst pochylił się wsparty na łokciach i splótł grube palce w warkoczyk.

- Jak zatem możesz oczekiwać, że zrobię coś, czego ty nie potrafisz?! - krzyknęła. - To moja cena. Ani złoto, ani klejnoty, ani piękne gładkie słówka nie zastąpią tej przysięgi. Jeśli nie kochasz mnie dość mocno, by także uczynić ofiarę, Roranie Młotoręki, to odejdź, bo nigdy więcej nie chcę oglądać twej twarzy.
*zbliżenie na sfrapowaną minę Rorana*
*durna muzyczka* ,,Moda na sukces", odcinek 648 274 347 285.

Katrina opadła na krzesło, wciąż sztywno wyprostowana.
To jak usiadła, skoro taka sztywna?
Denatka! Świeża denatka! Chodźcie szybko, bo ostygnie!

Po minucie przekręcił się na bok, wstał, ubrał się i pomaszerował do kuchni. Tam ukroił sobie pajdę chleba, posmarował twarogiem i wyszedł na werandę podziwiać wschód słońca.
Tak lekki...
*szept* Almette...
Tak puszysty...
*szept* Almette...
Almette... puszysty smak wsiury.

Po raz pierwszy tego dnia wieśniacy umilkli, ucichły nawet osły.
I rozdziawiły szeroko pyski.
Musiało to wyglądać komicznie.

Sloan sięgnął po Katrinę, lecz Roran zagrodził mu drogę, wyraz twarzy miał równie twardy jak zatwardzenie, nie dające mu wygodnie usiąść od wielu dni.

W tym samym momencie Roran ryknął i z całej siły uderzył rzeźnika (...) W końcu Sloan wyszeptał:
- Zawsze tak jest, że ci, którzy są najbliżsi naszemu sercu, potrafią zadać nam największy ból. Nie dostaniesz ode mnie posagu, żmijo, ani spadku po matce. - Płacząc, odwrócił się i umknął do swego sklepu.
- Buuuhuhuhu, Lolan mnie udeeezyyył!

Bardzo żałował, że wcześniej nie uprzedził Sloana o ich zaręczynach. Żałował, że nie mogli wspólnie uczynić wszystkiego, by uchronić Katrinę przed imperium.
Całe imperium sprzysięgło się przeciw Katrinie, by nie mogła poślubić Rorana.

Roran zmarszczył brwi.
- Wolałbym, żeby mnie obgadywano, niż to, że mam pod domem tych wszystkich bezcześcicieli.
Zdenerwuję się nie na żarty, jak jeszcze raz zobaczę słowo ,,bezcześciciel".
Jak Pałolini pozna jakieś nowe słowo, chwali się nim na prawo i lewo, i na skos.

Gdy ukończyli fortyfikacje, obóz nabrał już kształtu: siedemnaście wełnianych namiotów, siedem pluszowych chatek i dwa baseny z piłeczkami.

zauważył twardy błysk w oczach kobiet
Niezła wioska, wszystko mają tam twarde.
No czy ja wiem...
Zbok.

- Dołożysz wszelkich starań, żeby zabić Ra'zaców i pomścić mojego ojca, prawda? Sam bym to zrobił, ale mama twierdzi, że muszę pilnować braci i sióstr.
- Jeśli zdołam, przyniosę ci ich głowy - obiecał Roran.
- Gites! - ucieszył się chłopiec. - Będę miał piłki!

Pierś Nolfavrella napięła się dumnie.
Niestety, nie była zbyt rozciągliwa i rozerwała się na dwoje.

- Będę jej strzegł, dokądkolwiek pójdzie. - Nagle oklapł
Ja wcale nie mam skojarzeń.
Ani ja.

- Cieszę się, że już ci lepiej. - Roran uścisnął ją, próbując jednym dotknięciem przekazać całą swą miłość i podziw.
Jezus się znalazł.
Kolejny...? *znudzona*

- Roranie. - Wyraz jej delikatnej twarzy był twardy jak skała.
Mówiłam, że wszystko tam mają twarde!
Hmm, nadal mam wątpliwości. Niedawno komuś oklapł...

- Widywałam mężczyzn, którzy obdarzali swym uczuciem młode panny równie lekko, jak chłop karmi ziarnem kury. Panny wzdychały, płakały i wierzyły, że są dla nich kimś wyjątkowym. Lecz dla owych mężczyzn były wyłącznie przelotną zabawką. Zawsze zachowywałeś się godnie i honorowo, Roranie. Lecz ogień w lędźwiach może zamienić nawet najrozsądniejszego człeka w oszalałego głupca bądź przebiegłego, złośliwego lisa.
Boru Zielony, ogień w lędźwiach... xD
I kisiel w majtkach?

Nie ma sreber, pościeli, obrusów, koronek, futra z norek, biżuterii, Merca, niczego potrzebnego do prowadzenia domu.

nasłuchiwał (...) szeptu i pieszczot wiatru na framudze okna
Ach, jakie skojarzenia... coś się będzie działo. ]:>

Patrzył, jak haczyk nad klamką unosi się i drzwi przesuwają powoli z cichym zgrzytem protestu. Na moment zamarły, do środka wśliznęła się ciemna postać, drzwi zamknęły się i Roran poczuł falę włosów muskającą mu twarz, a także usta jak płatki róży. Westchnął.
Katrina.
Rozdziewiczyyyła gooo!
Wrau.

Gdy żołnierz zbliżył się ze sznurem do Rorana, Katrina znów krzyknęła i skoczyła na napastników, gryząc i drapiąc jak szalona. Jej ostre paznokcie rozdzierały skórę, strużki krwi oślepiały przeklinających w głos żołnierzy.
Ostrrra.

Roran opadł na kolano, chwycił z podłogi młot, po czym dźwignął się zaparł mocno i z głośnym rykiem zamachnął nad głową.
Po chwili stwierdził, że rozłupał Katrinie czaszkę na miazgę.

Żołnierze rzucili się na niego, próbując go pokonać samą masą; bez skutku.
Spróbujcie ciężarem, jak nie podziała to grawitacją, ewentualnie przyspieszeniem.
Ja bym jeszcze wypróbowała ruch prawie jednostajny posuwisty.
MUZA, ZBOKU!

Przyzywając na pomoc całą swą energię, Roran pierdnął potężnie.

- Hej, kto idzie? - Pozostali wartownicy zeszli ze swych stanowisk wzdłuż umocnień i zgromadzili się wokół zamordowanego ziomka.
- Ale mu dojebali.
- Masakra normalnie.
- Daj bucha, zią.

A dlaczego nas pokonali? Dlatego że wy macie mniej rozumu niż mój giermek!
Ale mu powiedział!

Żołnierze także się rozkaszleli. Klnąc głośno, przycisnęli do nosów rękawy i chustki.
Perfumowane olejkiem różanym.
- A fe - powiedział rycerz.

Gdy jednak wystąpił naprzód, krew zatętniła mu jednocześnie w głowie i w zranionym ramieniu, ziemia zniknęła w rozbłysku światła i stracił świadomość.
Teraz dla odmiany Roran omdlewa na koniec każdego rozdziału.
Ale kilka chyba pominęłyśmy... łee, nie chce mi się liczyć.

WĄTEK ERAGONA

elfy nie były ludźmi. Poruszały się za szybko, zbyt płynnie, jak na zwykłe istoty z krwi i kości.
Bo elfy są z gumy i silikonu.

- Powiedz mi, Eragonie-finiarelu, o czym w tych mrocznych czasach śpiewacie wy, ludzie? Pamiętam poematy i pieśni, jakie słyszałem w Ilirei, sagi o waszych dumnych królach i możnowładcach. Było to jednak bardzo dawno temu i te wspomnienia zwiędły w mej głowie niczym jesienne kwiaty. Jakież nowe dzieła stworzyli ludzie?
Eragon odchrząknął.
- Szłaaa dzieweeeczka do laseeeczka, do zielonegooo...


Teraz rządzi nami Islanzadi, jego małżonka.
A imię takie ma, ponieważ...
...ma wielki zad.

Eragona zalała fala gorąca, krew napłynęła mu do twarzy niczym parzący roztopiony łój.
Momentalnie na jego czole i policzkach zakwitło mnóstwo pryszczy.

- Nasze historie mówią jedynie, że jego ojczyzna leżała daleko na południu, poza Beorami. A opuścił ją z powodu wojny i głodu.
Eragonowi nagle przyszła do głowy fascynująca myśl.
- Zatem gdzieś jeszcze mogą istnieć kraje, które być może pomogłyby nam w walce z Galbatorixem!
Murzyni się ucieszą.

Wkrótce zjawiła się Arya. Przez chwilę przyglądała się białozorowi, potem naciągnęła cięciwę, wycelowała i trafiła go idealnie w pierś. Z początku Eragon sądził, że uczyniła to dla mięsa, elfka jednak nawet nie próbowała podnieść ptaka ani strzały.
To jest ta, co kocha zwierzęta, jakby się kto pytał.

- Nigdy nie proś elfa o pomoc. Może uznać, że lepsza będzie dla ciebie śmierć. Co ty na to?
Jak na lato.
Eragonowi wszystko jedno, i tak chodzi mu tylko o przelecenie Aryi.
Czym niby?

WĄTEK ERAGONA

Choć Eragon wciąż czuł zmęczenie po poprzednim dniu, zmusił się do wstania przed świtem, chcąc przyłapać śpiące elfy.
Zbok!

Stało się to dla niego pewnego rodzaju grą wstępną.
Zaliczanie śpiących elfów?

Eragon sapnął, dźwigając swój [pakunek] - był dwukrotnie cięższy niż ten, który zwykle niósł, wędrując pieszo.
Jakbyś codziennie zapierdzielał do szkoły dźwigając na plecach 10 kg inaczej byś śpiewał...
Naprawdę 10. Ważyła.

Co za bzdury.
Ta myśl nie opuszcza mnie od 188 stron.

Ciszę rozdarł srebrzysty czysty śmiech przypominający trele drozda.
Zdumiony Eragon odwrócił głowę i zobaczył Aryę. Po raz pierwszy słyszał, jak się śmieje
Jak robi elf, gdy się śmieje? ,,Ćwir, ćwir, ćwir!"
Świr.

Saphira czekała już tam na nich. Była pochłonięta chwytaniem ryb na płyciźnie, zanurzywszy swą trójkątną głowę w wodzie.
Trójkąt rozwartokątny czy równoboczny?
Jeśli ten pierwszy to Saphira jest najszpetniejszym stworzeniem jakie widziałam.

Eragon uścisnął jej szyję - starannie unikając ostrych kolców
- Papa, kaktusiku, będę tęsknić.

- Eragonie! (...) Eyddr eyreya onr! Opróżnij uszy!
Woskowina ci leci!

Eragon patrzył na poruszające się usta Aryi
W pewnym momencie zaskoczył, że wymawiają najgorsze przekleństwa pod jego adresem.

Nasze saturnalia, nasze zabawy, są dla śmiertelników niebezpieczne.
- Czemu?
- Powiedzmy, że nasze igraszki mogą się niektórym wydać trochę nazbyt perwersyjne.

- Chodzi o to, by zapewnić lasowi zdrowie i płodność.
Viagra dla każdego.

Jakby dla podkreślenia jej słów, ptaki, jelenie, wiewiórki szare i rude, pasiaste borsuki, lisy, króliki, wilki, żaby, ropuchy, żółwie i wszystkie inne zwierzęta w pobliżu zaczęły pędzić szaleńczo naprzód do wtóru kakofonii jęków i krzyków.
- Szukają partnerów - wyjaśniła Arya.
o_O"
Luuudzie, takie rzeczy to występują w filmach typu ,,Dzwoneczek", gdzie wróżki malują biedronki,  budzą zajączki na wiosnę, rzeźbią płatki śniegu i tego typu duperele. A tu, w tej mhrocznej jak dupa Maryny, epickiej trylogii fantasy, losy całej przyrody zależą od elfów - bez ich rozkazu zwierzaki by się nie bzykały, śnieżek by nie padał, a żuk gnojarz zesrałby się z nudów i nie wiedział, co ze sobą zrobić. Ratunku. 

Znalazłem się w krainie czarów, pomyślał [Eragon], splatając ręce na piersi.
Zdecydowanie nie jest to Kansas.

- Na moją brodę i topór, nie życzę sobie, by wbrew mej woli ktoś próbował zmusić mnie do seksu za pomocą magii.

Saphira. W jej oczach lśniło dziwne światło. Zadrżała i wyprostowała nogi, dysząc przez rozchylone szczęki.
Ten las - powiedziała. - On żyje. I ja żyję. Moja krew płonie jak nigdy dotąd. Płonie tak jak twoja, gdy myślisz o Aryi. Ja... rozumiem.
Eragon położył dłonie na jej ramieniu, czując wstrząsające smoczycą dreszcze. Jej boki wibrowały, gdy mruczała do wtóru muzyki. Wbiła w ziemię ostre szpony, mięśnie napięły się i zacisnęły w potwornym wysiłku zachowania bezruchu. Koniuszek ogona skręcał się, jakby zaraz miała rzucić się do ataku.
Smoczyca jest po prostu rrrozpalona.
A tu żadnego smoka, tylko popierdółka Eragon...

Znów jestem sobą. Ale to co czułam... Zupełnie jakby świat urodził się na nowo, a ja pomagałam go tworzyć ogniem w moich członkach.
Saphira ma członka!
A nawet kilka!!!

Jak się czujesz? No wiesz, w środku?
Potrzebuję czasu, by zrozumieć to co przeżyłam.
Orgazm to szokujące przeżycie.

Nawet jeśli z wykradzionymi przez Galbatorixa jajami się nie uda
Dlaczego mam skojarzenia?

Ziemię porastały gęste kępy kwiatów, od różowych róż, fioletowych fiołków, żółtych żonkili i amarantowych ambrozji.
Nie zwracajcie uwagi na to, że ambrozja nie jest amarantowa.

Mchy i żółte porosty pokrywały dach i zwisały nad wysadzanymi klejnotami oknami, umieszczonymi w każdej ze ścian.
Nawet w leśnych chatkach ,,wyśpiewanych z drzew" nie mogło zabraknąć, kurwa, klejnotów.
Ech, ta chciwość.
Warto także przypomnieć, jak wszystkim jest potwornie ciężko w tych straszliwych czasach wojny.

Wszystkie odznaczały się delikatną, zwiewną urodą
Eragon dmuchnął i elfki jak jeden mąż okrutnie oszpetniały.

Mężczyźni byli równie urodziwi, mieli wysoko osadzone kości policzkowe, pięknie rzeźbione nosy i ciężkie powieki.
Eragon się tak zachwyca, bo gej.

Dotknął palcami ust w powitalnym geście.
Elfy jednocześnie się pokłoniły. Potem uśmiechnęły się i zaśmiały, nie krępując radości. Jedna z kobiet zanuciła:
Gala O Wyrda brunhvitr Abr Berundal vandr-fódhr, Burthro laufibladar ekar undir, Eom kona dauthleikr...
Co znaczyło: ,,Boru wielki a zielony, widział kto większego chłopka-jełopka? Bo ja nie...

Arya wędrowała brukowaną ścieżką wykładaną kawałkami zielonego turmalinu
Znowu...
Może tak: http://pl.wikipedia.org/wiki/Turmalin

Elfy tańczyły wokół ich grupy, wirując w piruetach, śmiejąc się w głos, a czasem wskakując na gałęzie i przebiegając im nad głowami.
Wydurniały się, jednym słowem.
Jackass?

wzdłuż każdej ze ścian ustawiono dwanaście foteli.
Zasiadało w nich dwadzieścia czworo elfich panów i dam
Po dwóch na każdym fotelu.
Orrrgia! Te elfy to niezłe rozpustniki i perwersy.

Byli piękni, o (...) bystrych mądrych oczach, lśniących z podniecenia.
*padła*

W odróżnieniu od innych elfów ci nosili u pasów miecze o rękojeściach wysadzanych brylantami, szmaragdami, szafirami (czerwonymi), jaspisami, jadeitami, cyrkoniami, bursztynami, ametystami, malachitami i granatami

królowa Islanzadi. Była piękna jak jesienny zmierzch, a jednocześnie szpetna jak czarna noc listopadowa. Notabene - noc jesienna.

Tuż obok jej lewej ręki stała zakrzywiona różdżka z grawerowaną poprzeczką, na której przysiadł śnieżnobiały kruk
Pałolini powinien napisać poradnik ,,Jak opisać wygląd najprostszych przedmiotów, używając co najmniej pięciu słów i żeby to brzmiało du(m/r)nie".

[kruk] Na widok Eragona przekrzywił głowę i zmierzył go przenikliwym spojrzeniem, po czym zakrakał cicho i wrzasnął: „kurwa!”.
Eragon zadrżał, czując siłę kryjącą się w tym słowie.

Islanzadi wstała i gdy ruszyła w ich stronę, płaszcz powiewał za nią. Zatrzymała się przed
Aryą (...)
- O moja córko, jakże cię skrzywdziłam!
(...) Eragon (...) odczuwał wyłącznie szok. Arya to księżniczka!
Mnie to jakoś nie dziwi.
Chyba bardziej bym się zdziwiła, gdyby okazała się matką Eragona.

- Islanzadi Dróttning - powiedziała oficjalnym tonem Arya. Królowa cofnęła się jak oparzona.
Bo Arya powiedziała: ,,Islanzadi Dziwka".
To imię samo w sobie jest... dziwne. xD

- Odkąd zniknęłaś, prawie nie spałam i nie jadłam. Prześladowała mnie myśl o twym losie, lękałam się, że nigdy cię już nie zobaczę. Odprawienie cię z dworu było największym błędem mego życia.
Skoro tak bardzo się martwiła o córuchnę (jak można później przeczytać - przez 70 lat), to po kiego ją wyrzucała?
Może miała PMS. Swoją drogą: wiesz, czemu kobieta z PMS'em dwa razy gotuje wodę na herbatę?
Nie. Czemu?
BO TAK!

Biały kruk podskoczył na swej poprzeczce.
- Na drzwiach wyryto mądrość tę, tradycję rodu, światła skrę, co prosto brzmi: Kochajmy się!
Tyle to i Mickiewicz wiedział.

- Witaj w Ellesmerze, Saphiro. A twoje imię, Jeźdźcze?
- Eragon Cieniobójca, Wasza Wysokość.
Skrooomność...

- Potężne nosisz imię - rzekła cicho. - Imię, które rzadko nadajemy naszym dzieciom.
No mnie by było wstyd nazwać syna Cieniobójca.

Czuł na sobie niepokojąco przenikliwy wzrok królowej, badający, analizujący.
To nie królowa, to tylko ja.
I ja. I paręnaście czytających to koiet i męszczyzn.

- Nie ma w tym twojej winy i boli mnie, że muszę głośno o tym mówić, winieneś jednak zrozumieć powagę swego kalectwa.
Ciężki przypadek debilizmu i marysuizmu to za dużo.
Powiedziała, wyjmując kaftanik bezpieczeństwa.

[mowa o jakimś trunku]
- Co to jest? - spytał Nariego. Elf wybuchnął śmiechem.
- Faelnirv? Destylujemy go z jagód czarnego bzu i promieni księżyca W razie potrzeby silny mężczyzna może podróżować trzy dni, nie żywiąc się niczym innym.
Żule z mojej wsi na zwykłym jabolu potrafią z tydzień pociągnąć...

Prócz bochnów gorącego chleba i piramid małych, okrągłych miodowych ciastek, wszystkie inne potrawy przyrządzono wyłącznie z owoców, jarzyn i jagód. Jagody stanowiły główny element - znajdowały się we wszystkim, od zupy z czarnych jagód, poprzez sos malinowy, po galaretkę jeżynową. Obok ciasta z grzybami z farszem ze szpinaku, tymianku i porzeczek stał półmisek pokrojonych w plastry jabłek, oblanych syropem i obsypanych poziomkami.
A chipsów nie było?
Tragiczna impreza.

Ulotna muzyka harfy wzdychała i szeptała na skraju jego słuchu, wywołując dreszcze podniecenia.
Coś jak oglądanie pornosa z samym dźwiękiem, bez obrazu?
Nie, to tylko tobie wszystko się kojarzy.
Nieplawda. ^^

- Jest późno, czuję zmęczenie i chcę wrócić do mej altany. Saphiro i Eragonie, zechciejcie mi towarzyszyć, a pokażę wam, gdzie możecie spędzić dzisiejszą noc.
Trzeci karton po lewej.

- Lepiej idźcie za królową młodzieniaszki tutejsza władczyni nie przepada za głupcami i spóźnialskimi.
- Miło było cię poznać, Maud. - Eragon skłonił się
- Która godzina?
- Nie, ja nie lubię sajgonek.

dotarła do podstawy drzewa. Wokół pnia biegły lekkie schody wznoszące się spiralą ku serii kulistych pomieszczeń podtrzymywanych w koronie drzewa przez rozłożyste gałęzie.
Mnie się to ewidentnie kojarzy z architekturą Telvanni w Morrowindzie. PLAGIAT!
Jak dla mnie za bardzo się bulwersujesz, ale... co fakt, to fakt.

W zewnętrznej ścianie ział otwór w kształcie Izy, trochę jednak przypominał Monikę i miał w sobie coś z Kasi.

Eragon przyjrzał się ścianom po obu stronach otworu. Lekko obmacywał abstrakcyjne wzory obrazujące takie pozycje, że aż włosy na ... plecach dęba stawały.

Nagi do rosołu, usiadł na łóżku i zadzwonił pod 0-700.

Eragon przykrył się puchową kołdrą.
Różową. ><" *poszła walić głową w ścianę*
Bardziej sfrustrowało ją tylko pewne fantasy na forum literackim, gdzie w tolkienowskim świecie krasnolud otwiera... lodówkę. I to nie była parodia.

Witajcie, Saphiro Bjartskular i Eragonie Cieniobójco. Ja, Bellaen z rodu Miolandry, pokornie proszę Cif, Saphiro, bo Vanish mi się skończył.

Schrupała jednak kilka pełnoziarnistych ciastek.
Bo pełne ziarno jest promowane w reklamach.

trzy pary skarpet tak miękkich, że gdy zważył je w dłoniach, przelewały się przez palce niczym woda.
Eragon mizia skarpety. xD

- Spałem jak kamień. - Krasnolud zachichotał, zadowolony ze swojego dowcipu
Łohihihi. Ależ to było zabawne.
Ha, ha.

U stóp drzewa czekała już Islanzadi, otulona w płaszcz ze wzburzonych łabędzich piór. Ten widok przywodził na myśl śnieg usypany nad piersią kardynała.
Nie wiem, co ma piernik do wiatraka.
To, że wiatrak może się spierniczyć, a piernik nie może się zwiatraczyć.

Znam to miejsce, uświadomił sobie nagle, wspominając wizje Togiry Ikonoki.
Łup.
Powietrze zadrżało, poruszone siłą uderzenia.
Łup.
Kolejny tępy huk sprawił, że Eragon zaszczekał zębami.
Łup.
Wepchnął palce do uszu, chroniąc je przed bolesnymi uderzeniami ciśnienia. Elfy stały bez ruchu
Łup.
Koniczyna pochyliła się, poruszona nagłym, gwałtownym powiewem
Łup.
Spod krawędzi urwiska wynurzył się olbrzymi złoty smok z Jeźdźcem na grzbiecie.
No ale czemu złoty?
To miał być punkt kulminacyjny, a ty pytasz, czemu smok jest złoty!
Bo to nuuudneee... mógłby być różowy, byłoby chociaż śmiesznie.

wtorek, 20 marca 2012

Najgłupszy - Dziewictwa księga druga

Mam nadzieję, że stęskniliście się za Eragonem, bo on wprost płonie z żądzy, by opowiedzieć o swoich kąpielach w strumyku z Oromisem i paru innych, bezsensownych (ale jakże kwikogennych) przygodach. ;) Mała nota: doskonała większość - jeśli nie wszystkie - literówek w cytowanym tekście jest wynikiem kiepskiej, skanowanej wersji ebooka. I choć wydawnictwo MAG słynie z okropnie niechlujnej korekty, tym razem muszę mu zwrócić honor. But I'll get you next time, Gadget!

W tym tomie śledzimy wątki aż trzech postaci jednocześnie. Mamy więc wątki: Eragona obserwującego mrówki w lesie, jego kuzyna Rorana robiącego za samca alfa oraz wątek wesołych rządów Nasuady. Wyszczególniłam w analizie, którą postacią zajmujemy się w danym momencie, choć na dobrą sprawę nie bardzo jest się tu w czym pogubić - wszystko jest jednakowo (jak by to powiedział Ciastek) nudne i głupie.

No, nie traćmy więcej czasu. Smoki na okładkach coraz brzydsze, Paolini pisze coraz gorzej, a analek sam się nie napisze. Przed wami tom drugi trylogii „Dziedzictwo” autorstwa Christophera Paoliniego: „Najstarszy”!
 

[dedykacja]
Jak zawsze, książkę tę dedykuję mojej rodzinie. A także moim niesamowitym fanom.
Ależ nie ma za co. Naprawdę.

[w dalszym ciągu dedykacja]
Se onr sverdar sitja hvass!
Czy on mnie obraża?
Szpanuje mową węży. On jest wężousty!

WĄTEK ERAGONA

Pieśni umarłych to lamenty żywych.
Tak właśnie pomyślał Eragon, przekraczając rozrąbane truchło urgala i słuchając zawodzenia kobiet, zbierających szczątki ukochanych z mokrej od krwi ziemi Farthen Duru.
Poeta. Pewnie poczuł się jak drugi Baczyński.
Ej...
Przepraszam. Baczyńskiego akurat lubię...

Tronjheim, wysokie na milę stożkowe miasto
Miasto o kształcie ostrosłupa prawidłowego ściętego byłoby fajniejsze...
I wysokie do Księżyca!

na polu bitwy wciąż pozostało mnóstwo trupów. Było ich po prostu za dużo, by pogrzebać wszystkie od razu.
Pogrzebać?! Co za marnotrawstwo! Wiecie, ile taki trup ma białka?
*dostała mdłości*

Za każdym razem atakował go straszliwy ból, eksplodujący gdzieś w kręgosłupie. Uzdrowiciele podawali mu najróżniejsze mikstury, Arya i Angela twierdziły, że całkiem wrócił do zdrowia, Eragon jednak wciąż cierpiał. Nawet Saphira nie potrafiła mu pomóc
Bo on ma BLIZNĘ, nie rozumiecie?

Trzy dni minęły od zabicia przezeń Durzy; trzy dni, odkąd ludzie zaczęli nazywać go Cieniobójcą; trzy dni, odkąd resztki świadomości czarownika opanowały mu umysł.
O! A blizna to jego łącznik z Durzą! Ha!
A Eragon na drugie nie ma czasem Harry?

dostrzegli Jörmundura - bliskiego znajomego Thorgala.

Arya. Biały bandaż wokół jej ramienia połyskiwał w ciemności
Bo schemat jest zawsze ten sam: przyjaciele głównego bohatera są cali i zdrowi, wrogowie rozczłonkowani, a sam główny bohater ma jedną, jednak dokuczającą mu do ostatniej strony ranę, która mimo tego nie przeszkadza mu po raz drugi podbić świata.

- Urgale! - krzyknął i wskoczył na grzbiet Saphiry, czyniąc sobie wyrzuty, że zostawił w komnacie swój miecz Zar’roc. Nikt jednak nie spodziewał się ataku teraz, kiedy przegnali armię urgali.
No, kto by się tam spodziewał ataku na wojnie?
Spokojnie jak na wojnie. Czasem bomba gdzieś pierdolnie i znowu jest spokojnie. ^^

- Musisz mi coś obiecać. Przyrzeknij, że... że nie pozwolisz, by wśród Vardenów zapanował chaos. Tylko oni mogą stawić opór imperium. Muszą zachować swą siłę. Przyrzeknij mi...
- Przyrzekam.
- Zatem pokój z tobą, Eragonie Cieniobójco.
Ajihad odetchnął po raz ostatni, zamknął oczy i jego szlachetna twarz stężała. Umarł.
Nie przekazał Eragonowi tronu?!
Nie wierzę!

Arya zmarszczyła swe ukośne brwi.
- To nie ma sensu.
- Wyruszysz w pościg?
Długą chwilę przyglądała mu się bez słowa.
- Wiol ono. - „Dla ciebie”.
*śpiewają* DLA CIEBIE niebo bezchmurne mam! DLA CIEBIE mogę pokonać strach!

Ustawimy tu straże, lecz minie, co najmniej godzina, nim zdołamy znaleźć krasnoludzkich przewodników mogących poprowadzić wycieczkę w głąb tuneli.
- No dobra, poczekam - mruknął Eragon, przeglądając ze znużeniem ulotkę z biura podróży.

O nie. To pamiętam doskonale. Rozdział ,,Rada Starszych" był tak nudny, że mało brakowało, a na nim skończyłabym czytać drugi tom. Ja nie chcę, mamo, nie chcę... *płacze*
*klepie po główce* No już, weź się w garść, to tylko jakieś 10 stron...
Jasne, do końca zostało tylko 555! Ale fajna liczba...

Pomyślał o szalejącym ognistym piekle, jakie [Saphira] umiała teraz przywoływać i wyrzucać z paszczy.
Bulimiczka...

- Draumr kopa - wyszeptał.
O, już nie kupa?
Tłumacz się zreflektował czy Paolini ma kumpli w Polsce, którzy poinformowali go o tej gównianej sprawie?

Nagle jego tułów przeszyła szpila palącego bólu, który powalił go na posadzkę, gdzie Eragon zwijał się, sięgając niezgrabnie do tyłu. Miał wrażenie, jakby ktoś próbował rozpiłować go na pół.
Usłyszał jak przez grubą zasłonę czyjś cichy, syczący głos: chłopak musi zginąć... zrobię to sam... nikt inny nie ma prawa zabić Pottera...

Jej ogon uniósł się instynktownie, jak do walki.
Atak skończył się po kilku minutach. Ostatnia fala bólu zniknęła. Eragon leżał na ziemi zdyszany, z twarzą mokrą od potu.
A teraz mam do was pytanie: pierwsze skojarzenie? =D
Orrrgia! Ostra scena gwałtu smoka na człowieku!

No dobrze, ale Durzą powinien cierpieć tysiąc lat tortur
Czym? Duszą chcą go karać?
A może chcą kogoś odurzyć?

- O co chodzi? - spytał uprzejmie Eragon.
- Czego, k**wa, chcesz?! - spytał grzecznie.
Ehe...

- Jak masz na imię? - spytał Eragon.
- Jarsha, panie.
- To dobre imię.
Mhm, dobrze mieć na imię Kasza. 
Jarsha.
Pasza?

ich oczom ukazała się okrągła komnata zwieńczona błękitną jak niebo kopułą, ozdobioną malunkami konstelacji.
Wielka Sala! ^^
Ekstra, będzie żarcie! *rozsiada się przy stole*

druga [kobieta], nad której dobroduszną twarzą piętrzyła się kępa siwych włosów; wrażeniu łagodności zaprzeczała jednak rękojeść sztyletu wystająca spomiędzy jej piersi.

- Dziękuję, że przybyłeś, Eragonie, choć także poniosłeś bolesną stratę - To jest Umérth - wysoki mężczyzna - Falberd - tęgi - oraz Sabrae i Elessari - kobiety.
Monolog wygląda zatem następująco:
Dziękuję, że przybyłeś, Eragonie, choć także poniosłeś bolesną stratę. Wysoki mężczyzna, tęgi, kobiety.

Falberd oparł na stole mięsiste dłonie
*krzywi się na widok frazesu
mięsiste dłonie*

Nie brał pod uwagę kandydatury Nasuady, z powodu jej młodego wieku - była zaledwie kilka lat starsza od niego. Do tej pory wydawało mu się, że to on będzie idealnym kandydatem.
W końcu parę lat w tę czy w tę stronę...

- Nie zamierzasz pozwolić, by tobą sterowali - rzekł Eragon w nagłym olśnieniu.
Nad jego głową błysnęła żarówka.

Na twarzy Nasuady odbiło się zdumienie. Chwyciła rękojeść Zar’roca i uniosła go, wbijając wzrok w szkarłatną klingę, po czym czubkiem miecza dotknęła głowy Eragona.
Pac! Nie żyjesz!

Podczas gdy ja straciłam ojca, ty utraciłeś przyjaciela. Bardzo lubiłam Murtagha i żałuję, że zginął...
No, przez większość życia słyszała, że Murtaś jest synem jakiegoś tam zdrajcy Morzana BardzoZłego, widziała go przez dosłownie chwilę i w ciągu tej chwili zdążyła go bardzo polubić...
To takie zaklęcie Emo, żeby zdobyć przyjaciół, bo normalnie to nikt ich nie rozumie.

Saphirą trąciła go nosem.
Podniosła smoka i trąciła nim kolegę w nos - pok! xD

Z jej nozdrzy wystrzelił wąski jęzor ognia i przypalił ramię Eragona, który odskoczył z krzykiem, zagryzają wargę, by nie odpowiedzieć wiązką przekleństw.
Ups. - Saphirą pokręciła głową, by rozgonić dym.
Ups? O mało mnie nie przypiekłaś!
Wybaczcie, ale zacytuję pewien fragment z pierwszego tomu:
Wpadł do obozu i pochylił się gwałtownie, gdy nad głową przeleciał mu ogon
Saphiry.
- Przestań, to ja! - wrzasnął.
Ups - mruknęła Saphira. Przed sobą niczym mur unosiła rozwinięte skrzydła.
- Ups? - Eragon podbiegł do niej. - Mogłaś mnie zabić! 
Brzmi znajomo, co?
Ot, brak weny. Nawet na dowcip.
Czerwona gałeczka idzie przez las... 

Koścista powieka smoczycy szczęknęła
CAŁA smoczyca jest zbudowana z kości. Nawet skórę ma z kości.
I oczy ma z kości, i język ma z kości... Ej, a czy samce smoków mają z kości...?

Siedemdziesiąt lat! Choć wiedział, że elfy żyją bardzo długo, nigdy nie podejrzewał, że Arya jest aż tak stara, wyglądała bowiem, jakby dopiero co przekroczyła dwudziestkę.
No i masz. Pewnie Arya jest już dawno po menopauzie.

Arya odchyliła się, przyglądając mu się uważnie.
(...) - Byłam niegrzeczna.
Byłam taka niegrzeczna, zbij mnie, zbij mnie mocno!
Odwala ci.
Też by ci odwalało, jakbyś czytała takie bzdury. ^^ *buja się na żyrandolu*

WĄTEK RORANA

Z westchnieniem podjął wędrówkę wzdłuż rzędu wiązów. Każde z drzew otaczał pierścień nieskoszonej trawy.
Jak byś dokładniej kosił, to by było estetyczniej.
Kup se tą... jak to się nazywa? Podkaszarkę firmy Sztil.

Roran przesunął dłonią po podbródku, pod palcami poczuł kłujący zarost. To wszystko przez Eragona i tę jego przeklętą ciekawość.
Zajwanił mi golarkę i niedługo zarosnę jak Hagrid.

Chciał poślubić Katrinę, córkę rzeźnika.
No to będzie masakra...
Masarnia!
Żarcie!

Widziałem w dolinie kilka nie najchudszych saren. No, przynajmniej nie dostrzegłem ich żeber.
Bo były pod skórą?

- Co więcej, krążą też wieści o... - traper urwał i z mądrą miną postukał się palcem po nosie - opowieści o nowym Jeźdźcu w Alagaésii! - Roześmiał się głośno, serdecznie, klepiąc się w brzuch i kołysząc w przód i w tył.
- Buahaha! Że nieby ta popierdółka Eragon i jego dzielny brontozaur? Muahaha!
Mieszkańcy obejrzeli się z dziwnymi minami na winky.
- Chyba się wygadałaś, kochanieńka.


Katrina oparła głowę na ramieniu Rorana.
- Jak ci minął dzień?
- Wróciłem do domu. - Poczuł, jak zesztywniała.
A nie on?

W nozdrzach czuł woń miedzianych włosów dziewczyny, zapach wina, korzeni i perfum, który rozlewał się głęboko w ciele Rorana, ciepły, kojący.
Channel nr 5 to to chyba nie jest.
Givenchy? ^^

Chcesz wrócić na swą farmę?
- Tak. Uprawa ziemi to jedyne na czym się znam.
- A co będzie ze mną?
Roran zawahał się.
- Yyy... obawiam się, że na TYM już się nie znam...


WĄTEK ERAGONA

- Co zamierzacie zrobić ze smoczą twierdzą? Czy położycie nową posadzkę?
- Tak, właśnie miałem cię spytać o radę, Jeźdźcze... lepsze będą różowe czy błękitne kafelki?

Saphira ani na moment nie spuszczała wzroku z króla.
Teraz powiedz mu, ze jeśli złoża Isidar Mithrim tak, by nie zabrakło nawet jednego kawałka, wierzę, że zdołam go scalić.
Na pewno mają tam mnóstwo wielbicieli puzzli.

Nawet Saphira skosztowała miodu (...) W miarę, jak Saphira się upijała, jej uczucia i myśli z coraz większą siłą zalewały Eragona.
Będą mieć megakaca.

Smok, który pije i pada bez zmysłów! Z pewnością przez wiele lat będą o tym śpiewać pieśni.
*śpiewają*
 Gdy miodu raz skosztował smok
Ucieszył się krasnali tłok.
Wtoczyła się bestia pod stół
I niemal nieprzytomna wpół
Zaryczała gromkim głosem:
Jestem sobie albatrosem,
Zionę siarką i metanem,
Rapuję lepiej niż Eminem,
A Eragon to jest ćwok
I ma laluś złoty lok!


Nikt się nie poruszał, nawet nie oddychał.
Po dwóch minutach wszyscy uczestnicy pogrzebu padli na ziemię bez tchu.
I tak oto góra Tronjheim (czy jakoś tak) stała się największym znanym mauzoleum.

Głęboko w Tronjheimie odezwał się bęben.
Bum.
(...) Postąpili krok naprzód.
Bum.
(...) Gdy tunel dobiegł końca (...)
Bum.
(i tak do końca rozdziału...)
Bum, bum, bum, bum! Smerf lubi wody szum!
Chyba pomyliłaś piosenki.
Ale nie pamiętam tytułu oryginału. ^^"

Wiele kawałków [roztrzaskanego klejnotu-róży, tego z czerwonego szafiru...] rozmiarami przewyższało Saphirę.
Czyli cały klejnot był wielkości mniej-więcej... Luwru?

A potem zjawiło się dwanaście krasnoludów, które zakryły marmurową płytą twarz Ajihada. I tak odszedł.
Zamurowali go żywcem. O_O

Ajihad, uczynił przeciw imperium i Galbatorixowi więcej niż ktokolwiek wcześniej. Zwyciężył w niezliczonych bitwach z przeważającymi siłami. O mało nie zabił Durzy i zadrapał klingę Cienia.
Jaaa cię, zadrapał komuś miecz...
Cóż za bohaterstwo...

Nasuada uśmiechnęła się i chwyciła Zar’roca, przykładając czubek miecza do czoła Eragona
- A teraz pobawimy się w egzekucję! - zachichotała.

Powstań jako mój wasal
Pałolini się uczy trudnych słów.
Winky wyindywidualizowała się z rozentuzjazmowanego tłumu.

- Ludu Vardenów! Cisza.
SILENCE! I'll kill you!
Kto jeszcze nie widział Achmeda: KLIK

Gdy tego wieczoru Eragon po kąpieli wracał do swej komnaty, zdumiał się, zastawszy czekającą przed drzwiami wysoką kobietę.
- Jestem do twojej dyspozycji, Cieniobójco... - zamruczała, powoli zdejmując przezroczysty szlafrok.

Eragon położył rękę na jej dłoni. Nigdy wcześniej nie próbował się tak zbliżyć do kobiety, lecz zbudzony instynkt kazał mu nie ustawać, zaryzykować. Było to przerażające i jednocześnie upajające.
Hormony buzują. xD
Cóż za wysublimowany erotyzm.

- Bardzo chętnie. Czy... - Zachwiała się nagle, gdy za jej plecami gwałtownie otwarły się drzwi.
Czarodziejka odwróciła się i zachłysnęła własnym krzykiem, ujrzawszy Saphirę.
Smoczyca pozostała bez ruchu, jedynie jej warga uniosła się, odsłaniając rząd ostrych zębów.
Przyłapani na igraszkach! *padła na dywan, kwicząc*

Nie pozwolę, żebyś prowadzał się z dziewką, która dba bardziej o Eragona Jeźdźca niż o ciebie jako człowieka.
Ona nie była dziewką!- ryknął Eragon i z wściekłością walnął pięścią w ścianę
To kim, transwestytą? oO"
Eragon dopiero wszystko odkrywa, musi wszystkiego spróbować... xD

- A ten? - spytał Eragon, pokazując grzyb o jaskrawobłękitnym trzonku, ognistopomarańczowych blaszkach i lśniącym, czarnym, dwuwarstwowym kapeluszu.
Bo w fantasy ważniejsze jest odpowiednie nazewnictwo części grzyba niźli elementów zbroi czy miecza. -_-"

Fricai Andlat rośnie wyłącznie w jaskiniach w Du Veldenvarden i Farthen Durze, a i tu by wymarł, gdyby krasnoludy zaczęły wywozić swoje łajno gdzie indziej.
Eragon przyjrzał się raz jeszcze pagórkowi i uświadomił sobie, że istotnie widzi przed sobą stertę łajna.
Krasnoludzka sralnia.
Tak się zastanawiałam, jak oni to robią w środku góry. xD

- Uśmiechnij się zatem, bo skoro nie idziesz na szafot, powinieneś się cieszyć. Jesteś równie oklapły jak szczur Solembuma. Oklapły. Cóż za cudowne słowo, nie sądzisz?
Średnio. Ja tam wolę, jak stoi.

- Przypuszczam, że przez jakiś czas się nie zobaczymy, więc żegnaj, powodzenia, unikaj pieczonej kapusty, nie jedz woszczyny z uszu i zawsze patrz na jasną stronę życia.
Zielarka Angela - kiepska parodia Dumbledore'a.

Kaptur, rękawice, nałokietniki, nagolenniki i hełm także starannie naprawiono. (...) Eragon (...) przysznurował nagolenniki i karwasze
Po ilości nowych słów wnioskuję, że Pałolini odkrył Morrowinda. xD

Orik uniósł hełm i odsłonił lśniącą przyłbicę.
A oto dowód tezy Muzy. Gdyby Pałolini (or tłumacz maybe?) zainteresował się tematem wiedziałby, że przyłbica to CAŁY hełm, a ruchoma część nazywa się ZASŁONA.

Teraz musisz otworzyć własną żyłę, żeby zmoczyć kamień, lalka kropel wystarczy.
Orik wyjął swoją Barbie i zbliżył do żyły Eragona.

To tak, jakby próbować przekuć młotem pilnik: może pęknąć, lecz nigdy się nie zegnie.
Naprawdę? *poszła sprawdzić*
Jak ja lubię te bezsensowne krasnoludzkie powiedzenia.

WĄTEK RORANA

strzała złamała się na wbitym w korę kamieniu.
Kamień był wbity w korę? Nie kapuję. oO"
Taki ewenement w literaturze fantasTy.


- Jesteś odważniejszy niż ja, skoro zatrzymałeś się tutaj. Miałeś jakieś kłopoty z wilkami, niedźwiedziami, górskimi kotami?
- Nie, tylko mnie napadły gobliny, dwa orki i jedna wiwerna, ale tak to miałem spokój.

- Tyle że jeden z żołnierzy rzucił w niego dzbankiem i trafił go w skroń. Quimby zginął na miejscu.
Kandydat do nagrody Darwina?

- Dziś ojciec i Loring spotkali się z Ra'zacami i zdołali ich przekonać, by oddali zwłoki. Żołnierze jednak nie poniosą żadnych konsekwencji. Miałem właśnie odejść, gdy przekazano nam Quimby'ego. Wiesz, co dostała jego żona? Kości.
- Kości?
- W dodatku starannie ogryzione, widać na nich ślady zębów. Większość rozszczepiono, żeby dostać się do szpiku.
Mówiłam, że trupy mają dużo białka. ^^
I tylko dwie kalorie!

- Wątpię - rzekł Baldor - by Ra’zacowie byli ludźmi. Ty nigdy nie widziałeś ich z bliska, ja mogę ci powiedzieć, że mają cuchnący oddech i zawsze zasłaniają twarze czarnymi szalami.
Cóż za wstętne, antymuzułmańskie insynuacje.
You rasist bastard!

dzień okazał się przeraźliwie nudny. Roran poświęcił go niemal w całości na dokładne szczotkowanie klaczy Horsta.
Wyczesał ją do łysa.
Biedna konia...

Był tam Horst - w blasku świecy jego gęsta broda sterczała w przód niczym fiut.

syn Quimby'ego, Nolfavrell, zaledwie trzynastolatek
Zaledwie?! Toż to prawie mężczyzna!
Chyba że przywilejem tylko Eragona było stać się mężczyzną mając 16 lat...

- Muszą... stąd... odejść... Takie stwory...
- Nie - wtrącił Roran. - Nie stwory. Świętokradcy. Bezcześciciele.
To dopiero trudne słowo.
Całe pieć sylab.

Roran ledwie dostrzegł przebiegającego obok Loringa - stary piekarz zanosił się śmiechem i wydawał radosne okrzyki, dźgając żołnierzy widłami.
Ty, ale jazda, ja też tak chcę! xD

- Co się stało? Powiem ci co się stało. Przegnaliśmy tych łajnobrodych, złapaliśmy ze spuszczonymi portkami i wysmagaliśmy jak psy.
- Cieszę się - powiedziała Birgit. [żona tego na Q, z którego zostały kości] Rudowłosa kobieta tuliła do łona Nolfavrella, nie zważając na pokrywającą jego twarz krew. - Zasłużyli, by zginąć jak tchórze. To oni zabili mi męża.
Cóż za opanowanie, biorąc pod uwagę fakt, że oddali jej męża w postaci kupki nadgryzionych kości... -_-"
Nie ma to jak naturalne zachowywanie się postaci.

Ra'zac tkwił na nim niczym olbrzymi żuk. Stwór skinął palcem na Rorana.
- Ty... pachnieszszsz jak twój kuzzzyn.
Czyli niezapięknie. oO"


WĄTEK ERAGONA

Drzwi otwarły się ciężko i do tunelu wtargnęło światło.
Ręce do góry!
Niech walą się mury!
Cała sala zapierdala!

- Gdy zakończysz szkolenie, nigdy więcej nie spożyjesz ciała zwierząt, a jeśli nawet, to bardzo, bardzo rzadko.
- Czemu miałbym rezygnować z mięsa? - prychnął.
Ooj. *wyciąga transparent Greenpeace'u, Vivy i Empatii oraz sporą szczelbę*
You'd better go vege.

Odkrył, że stoi na granitowej półce ponad sto stóp nad fioletowymi wodami jeziora
Zaszczali wodę. A kiedyś tu było takie sympatyczne kąpielisko.

Po jego prawej wznosiły się nagie góry
Górofilia?
Skałofilia?
*wzruszają ramionami*


W promieniach słońca połyskiwała, niczym wypolerowany kamień księżycowy, mleczna kula osadzona na szczycie piramidy z szarego łupku.
Duuuża Kinder Niespodzianka. ^______^

- Choć Quan są silni, jest ich niewielu. Mimo władzy, jaką dzierżą nad zaświatami...
Dobre. A w naszym Rządzie kto jest ministrem do spraw denatów?
Pewnie Lepper.

- Hert Durgrimst? Fild rastn?! - krzyknął krasnolud.
- Orik Thrifkz menthiv oen Hrethcarach Eragon rak Durgrimst Ingeitum - odparł Orik. - Wharn, az vanyali-carharug Arya. Ne oc Undinz grimstbelardn.
Im dłużej to czytam tym większe mam wrażenie, że Pałolini pisząc swoją trylogię korzystał z poradnika Jak napisać fantastyczną książkę fantasy.
Przeczytajcie to, zobaczycie wiele spójności z Eragonem, zwłaszcza jeśli go czytaliście. xD Najbardziej mi się podoba fragment:
Elfy mają długie uszy, długie nosy, długie włosy, długie żywoty.
Generalnie elfy wszystko mają długie.
Tak, „to” też mają długie.

Dobra, dobra, bo zaraz Nonsensopedia okaże się śmieszniejsza od mojego anala. Razz

- Feldunosty [takie wielkie pseudokozy] dają nam mleko, wełnę i mięso.
Wełnę? Kozy dają wełnę?
Bo to są FANTAStYczne kozy.
Aha.

Z miasta wyjechało siedem feldunostów w wysadzanych klejnotami uprzężach. Ich jeźdźcy [krasnoludy] trzymali w dłoniach lance zwieńczone proporcami, które łopotały w powietrzu niczym bicze.
Bez urazy, ale ciśnie mi się na usta imię Koszałek Opałek.
Paolini robi z krasnoludów jakieś skrzaty ogrodowe dosiadające wyrośniętych kóz. *sigh*

Sklepy i domy ozdabiały mocarne, śmiałe rzeźby przedstawiające takie pozycje, że Kamasutra przy nich to byle świerszczyk dla małolatów.

Lecz większe wrażenie robił sam kamień, pokrywały go bowiem warstwy glazury
Zamawianej w Leroy MERLIN.

Eragon głównie przyglądał się krasnoludzkim kobietom.
A temu tylko jedno w głowie...

- Etzil nithgech! - krzyknął zamaskowany krasnolud, unosząc pięść. - Formv Hrethcarach... formv Jurgencarmeitder nos eta goroth bahst Tarnag
(...i tak przez kilka następnych akapitów)
Eragon rozejrzał się błędnym wzrokiem i zakrzyknął gromkim głosem: TŁUMACZA!
Ja też poproszę.

- Kto ci to dał?
- Az Sweld rak Anhiiin.
O, a to brzmi jak po hebrajsku!
*śpiewa*

בלי לתפוס את הגל לא תוכל עליו לנוע
אינך מוזמן תהיה צנוע
לעולם לא אוותר לא אכנע להם לא
לא תקחו אותי - אני חופשי!

(Nie, żebym znała hebrajski, ale to piękna języka jest <3)

*mruga, lekko zszokowana* Ehe... Konkurs SMS: co to była za piosenka?

- Musimy naradzić się w tej sprawie - rzekł w końcu. - Cieniobójco, przygotowaliśmy na twą cześć ucztę.
Znowuuu...? Ale będzie nuuudaaa... *jęczy*
Wyczymaj. Musish.

Wsunął dłonie do wody i z cichym krzykiem cofnął gwałtownie.
- Ach, ojejku! Lakier mi się zmyje!

Grzyby były wszędzie (...) Eragon chłonął oczami niewiarygodną różnorodność odmian, od białych puszystych bryłek wielkości jego pięści, poprzez grzyby, które mógłby pomylić ze sfalowaną korą, i delikatne ropuszaki, przekrojone na pół, by widać było błękitne wnętrze.
Mam uzasadnione powody by twierdzić, że Pałolini coś ostatnio miał sporo do czynienia z grzybkami.
Halucynogenkami.

W końcu wniesiono najważniejsze danie uczty: olbrzymiego pieczonego dzika, lśniącego od sosu. Eragon uznał, że to dzik, zwierzę jednak dorównywało wielkością Śnieżnemu Płomieniowi.
Bo to była Hogzilla!
Kto jeszcze ogląda National Geographic tak fanatycznie, jak Winky? :]

Pozbawiony świtu ranek zastał Eragona we dworze Ondina.
Jak w The Sims: od siódmej wieczorem do siódmej rano ciemności, potem nagle hyc! słoneczko.

Nie masz nic przeciwko temu bym odwiedził Celbedeil?
Idź, jeśli musisz. Ale zabierz Zar'roca.
Taa, wyprowadź miecz na spacer.
Dawno już nie biegał.

Następnie zareagował zmysł węchu. Kwiaty i kadzidło pachniały oszałamiająco
Czy Pałolini postanowił w końcu udać się do szkoły, że szpanuje takimi zwrotami jak
„zmysł węchu?
Wątpię, raczej wyczytał w Wikipedii.

W mury wprawiono klejnoty wszelkich barw i szlifów, lecz wszystkie bez skazy, Kamienne sufity, ściany i posadzki pokrywała koronka kutego czerwonego złota, tu i ówdzie akcentowanego perłami i srebrem. Od czasu do czasu mijali fragmenty muru wyrzeźbione całkowicie z jadeitu.
Rabujemy? *z iście szelmowskim uśmieszkiem*

wciąż spotykał ustawione pod ścianami posągi. Wiele z nich przedstawiało figlujące pary, a czasem nawet całe grupki.

Na ścianach wisiały zbroje, a obok nich półki z zakończonymi ostrzami kijami
*wali głową o kant biurka* *śpiewa potępieńczo* Bo-o-gu-ro-o-dzi-i-cooo...
Matko zwolena, Maryja... T___T

Opowiedział (...) o Gunterze, o tym jak bóg urodził się w pełni sprawny matce wilczycy
Nawet mitologię musi skądś ściągać?
Jak już zaczął... ale jak później kogoś ukrzyżują to wypiję colę przez nos.

- Koral?
Gannel pociągnął łyk piwa.
- Nasi nurkowie znaleźli go, szukając pereł.
Nurkowie. Scuba diving se uprawiali.

W końcu wyjaśniało to, skąd kamienie biorą się ciągle na polach w dolinie Palancar, choć każdej wiosny wieśniacy starannie je wybierali. One rosły!
Ach, ta wiejska głupota. xD

Przeszli do Urura, władcy powietrza i niebios, i jego brata Morgothala, boga ognia. (...) kapłan wyjaśnił, że bracia kochali się tak bardzo, że zalegalizowano ich związek i stali się pierwszymi gejami w Alagaesii.

Nagi bóg stał zgięty wpół nad bryłą szarego krzemienia wielkości krasnoluda, gładząc ją czubkiem palca.
Kolejny skałofil.

Helzvog (...) w tajemnicy ukształtował pierwszego krasnoluda z korzeni góry.
Gdy odkryto jego czyn, zazdrość ogarnęła bogów i Guntera stworzył elfy, by w jego imieniu zawładnęły Alagaesią. Wówczas Sindri ulepiła z ziemi ludzi, a Urur i Morgothal połączyli swoją wiedzę i powołali do życia smoki.
Które są bardzo podobne do krasnoludów, elfów i ludzi.
No. Te ogony...

Gdy twoi przodkowie wylądowali w Alagaesii, byli równie wielkimi analfabetami jak króliki.
Ale wrzut.
Wypraszam sobie, ja uwielbiam króliki. Zwłaszcza mojego Manfreda. ^^

Maniek ftw <3
Eragon ujrzał młodego elfa klęczącego na skraju urwiska i trzymającego w objęciach białe smocze jajo.
- Czy to...? - wyszeptał.
- O tak, to Eragon, Pierwszy Jeździec. Całkiem wierna podobizna, zgodził się bowiem pozować naszym mistrzom.
Bo był tak piękny i wspaniały, że nie mógł nie zdawać sobie z tego sprawy.
Zupełnie jak dzisiejszy Eragon.

Zafascynowany Eragon zapatrzył się w twarz swego imiennika. Zawsze wyobrażałem go sobie starszego, pomyślał. Elf miał skośne oczy osadzone nad haczykowatym nosem i wąski podbródek. Wszystko to sprawiało, że wyglądał groźnie i drapieżnie. Była to obca twarz, całkowicie odmienna od jego własnej... a jednak układ ramion, uniesionych, spiętych, przypomniał Eragonowi, jak on sam się czuł, gdy znalazł jajo Saphiry. Nie jesteśmy aż tacy różni, ty i ja, pomyślał, muskając palcami chłodną emalię. A kiedy moje uszy upodobnią się do twoich, naprawdę staniemy się braćmi w otchłani czasu.
*leży i kficzy* Wybaczcie, ale MUSIAŁAM zacytować całość. xD *dalej kficzy*

Po kilku minutach Arya uniosła dłoń, powstrzymując Gannela.
- Na tym właśnie polega różnica między nami, Grimstborith. Ty poświęcasz się temu, w co wierzysz, ale nie umiesz tego dowieść. Musimy zatem pogodzić się z tym, że mamy odmienne poglądy.
Arya - ateistka.
Spłonie na stosie. *podnosi pochodnie z szatańskim uśmieszkiem*

oddział pięćdziesięciu uzbrojonych po zęby krasnoludów
Miały aparaty ortodontyczne na zębach.

Niespodziewanie [Arya] spojrzała na niego i miękko pogładziła policzek Eragona, który wzdrygnął się, zdumiony.
Allleż errrotyczne doznania...
Phi, jakby ciebie tak dotknął ten przystojniak z 1a to byś dostała orgazmu.
Przymknij się.
 



Tym orgazmicznym akcentem kończymy na dziś. Za tydzień - prawdopodobnie - kolejna część przygód królewny Meihny z Atlantydy, choć nie wiem, jak wyjdzie z długością analizy, gdyż ponieważ na weekend wybywam na Pyrkon i mogę nie wyrobić się z dwudziestoma stronami, jak ostatnio. No, ale jak nie Meihna, to zawsze zostaje Eragon. ;)
 

wtorek, 13 marca 2012

Cudowne Dziecko, czyli opowieść o Michali... tfu, Meihnie

Zmiana planów! Pomyślałam, że co będę wrzucać ochłapy napisane lata temu, lepiej raz na jakiś czas zarzucić czymś nowym. I tak oto za radą KZK, postanowiłam przyjrzeć się bliżej pewnemu dziełu. Szybko okazało się, że samo dzieło to za mało - tu trzeba przyglądać się całemu zjawisku. Ale po kolei.

Razu pewnego na empikowej półce moją uwagę przykuła pewna książka. Ani tytułem, ani okładką, a tym, że leżała w dziale fantastyki obcej, a nazwisko autorki było ewidentnie polskie. Oglądam, czytam. Porównanie do „Eragona” – ojezusmaria. Opis powieści... będący tak naprawdę opisem autorki. W tym fragment, który mnie wbił w ziemię: "Dziś ma lat 17, w dorobku 8 powieści (jeszcze nieopublikowanych)". No po prostu ręce, nogi i cycki mi opadły. Czy za dorobek pisarza nie powinno się uznawać tego, co ZOSTAŁO WYDANE I WSZYSCY MOGĄ PRZECZYTAĆ? To tak, jakby projektant wnętrz wpisał sobie w porfolio pomoc cioci Krysi w wyborze zasłonek albo urządzanie domków w Simsach. Kolejne dwa zdziwienia: autorka pojawia się na okładce książki, nie jako ona sama, ale najwyraźniej postać z tejże, a do tego wszystkiego dołączona jest płyta z piosenką, którą ponoć sama skomponowała i zaśpiewała. Wydawca wprost rozpływa się z zachwytu nad ogromem talentów dziewczyny. A moje zwątpienie i sceptycyzm rośnie...

Proszę państwa, przedstawiam wam powieść pod tytułem „Dziecko Gwiazd. Atlantyda” autorstwa Michaliny Olszańskiej.

Analizując tę powieść, nie sposób nie nawiązać do samej autorki, jako że wydawca (wydawnictwo Albatros) świeci nam jej splendorem po oczach. Widzicie, ja wychodzę z założenia, że pisarz powinien być znany przede wszystkim przez swoją twórczość. Michalina Olszańska zdaje się zaś krzyczeć: „To ja napisałam tę książkę! Ja, ja! Popatrz na mnie! Zainteresuj się mną! Widzisz, jestem na okładce! Zaśpiewałam piosenkę! To wszystko ja!” Zaistniała też pewna nieciekawa sytuacja w internecie, najpierw na serwisie BiblioNetka, potem również na innych stronach i blogach. Otóż krytyczne wypowiedzi spotykały się z napaścią kilku-kilkunastu fanów, którzy wszyscy jak jeden mąż w podobny sposób wychwalali pod niebiosa powieść i autorkę, obrażając przy tym przedmówców, jacy to oni nie są ograniczeni, że nie pojmują tej mistycznej wspaniałości – i powieści, i autorki. Szybko okazało się, że wszystkie te komentarze (przynajmniej na BiblioNetce) pisane były z różnych kont, ale jednego IP... Zaś większość osób, które na BiblioNetce oceniły tę książkę na 6, zarejestrowały się tylko i wyłącznie po to, by ową szóstkę wystawić. Drogi Watsonie, coś mi tu śmierdzi.

Zacznę zatem od rzucenia okiem na oficjalną stronę Olszańskiej i skomentowania tego i owego. Oj, wierzcie, jest co komentować.
WAŻNA NOTA: jako że głównym celem tego bloga jest ocenianie książek, a nie ich autorów/autorek, zaznaczam, że w tym momencie nabijam się wyłącznie z treści, nie z samej autorki.
Po namyśle postanowiłam ograniczyć się do skomentowania działu szumnie nazwanego „Książki”.




 Ad II. Książki Michaliny – Opisy
(ilustracje zostaną dołączone niebawem)

1.„Podróż Wigilijna”
Powstała w grudniu 2005 r. niewielka książeczka, baśń z Gwiazdką, św. Mikołajem i elfami w tle. Ale i z głębokim przesłaniem, ukrytym w prozie pozornie dla dzieci.
Głębokim przesłaniem „Siedmiu łabędzi i psa”, mojej pierwszej książki liczącej niebagatelne 6 stron formatu A5, był topos wędrowca – psa wracającego do domu po tym, jak właściciele nieumyślnie zostawili go nad jeziorem – przeplatający się z topiką nawołującą do walki z rasizmem – dzielnemu psu w trudnych chwilach pomaga stadko łabędzi...
Widzicie, nawet największą bzdurę można opisać tak, by dla przeciętnego zjadacza chleba zabrzmiało to mądrze. Wystarczy spojrzeć, jaką poczytność ma Fakt.

Poza tym, „niewielka książeczka” wskazuje na to, że to w istocie było takie kilkustronicowe opowiadanko. Ale niuee, musi nosić dumne miano „książki”.

2.„Marta i Królowa Czajników”
(...)
Pewnego dnia jednak Marta dowiaduje się, że w losach świata ma do spełnienia jedną z
najważniejszych ról. U boku Królowej Czajników, odwiecznej Pani Szczęścia, staje do walki z rozlewającym się po świecie Smutkiem i Goryczą.
*padła, leży i wstać nie może*

Książka powstała w listopadzie 2006 r., a postacie głównych bohaterów wzorowane były na
koleżankach i koledze z klasy autorki. Pojawia się również tajemnicza pani Loremi, znana z
„Podróży Wigilijnej”.
Cudowne nawiązanie, którego nigdy nie będzie nam dane zaznać. Chyba że „Marta i Królowa Czajników” jednak doczeka się papierowej wersji, ale to już będzie jeden ze zwiastunów apokalipsy i będziemy mieć z Muzą ważniejsze sprawy na głowie.

3.„Dziecko Gwiazd Atlantyda”
Wait a minute, to była TRZECIA rzecz, jaką w ogóle kiedykolwiek napisała? Po bajce o Bożym Narodzeniu i opowieści o koleżankach z klasy? Nie no, ja rozumiem, że są inne różne Paolinia, którym udaje się wydać PIERWSZĄ napisaną w życiu książkę, ale... ale... Oba przypadki to jest po prostu wydawanie WPRAWEK. Pierwsze 200-400 napisanych stron czegokolwiek to są WPRAWKI. Wydawanie tego kończy się... no cóż, wylądowaniem na blogu czarne-owce.blogspot.com. I moją frustracją.
Oj tam, oj tam, napij się „kakała” to ci przejdzie.

4.„Krystian i Ilona”
Zwariowana komedia, parodia słynnego romansu o Tristanie i Izoldzie, którą autorka pisała wraz ze swoją przyjaciółką, Marthą Gantner, na szkolnym korytarzu od października 2007 r. do marca 2008 r.
O, wreszcie jakiś przejaw inteligĘtnej literatury. Tia.
Reklamowanej jak filmy na Polsacie.

5.„Moja Baśń”
Pisana w 1 os. l.p. baśń, w której autorka opowiada o pewnych wakacjach, które spędziła w położonym w lesie dworku tajemniczej ciotki Agaty. (...) Autorka opisuje smak deszczu, pajdy świeżego chleba z masłem i… ust płanetnika.
No po prostu łał. Czuję, że muszę to przeczytać, bo inaczej nigdy nie poznam prawdziwego smaku chleba z masłem.
Nic dziwnego, skoro zawsze na śniadanie jesz kanapki z Nutellą, burżuju zasrany.

6.„Roszpunka”
(...)
Książka poważna, by nie powiedzieć – filozoficzna, pokazująca, że nie wiemy nic… i może to dobrze?
Tak czytam te opisy jeden po drugim... I w każdym widzę jedno: wykorzystywanie znanych postaci i motywów, jakby wymyślenie czegoś własnego było zbyt trudne.
Patrząc na Królową Czajników, może to i dobrze. 
A poza tym: filozofJa i poŁezja!

7.„Historyczna Introdukcja” i „Nie martw się… i tak nie żyjesz!”
Obie pozycje zestawione obok siebie, gdyż są częścią jednego cyklu: „Cudowne Dzieci”, w
którym niczym w komedii dell’arte główne role zawsze „odgrywają” koledzy i koleżanki z klasy autorki.
Again? I oni taką literaturę każą nam traktować poważnie?

8.„Opowieść o Tobie”
Książka, w której autorka zastosowała całkowicie nowatorski sposób przedstawienia akcji (żeby dowiedzieć się jaki, trzeba przeczytać).
No ba. Zatem się nie dowiemy. Musimy wierzyć na słowo, jak w przypadku wszystkiego powyższego i poniższego, że Miśka wielką poetką była.
Ale jak to ma mnie zachwycać, jak mnie nie zachwyca?!

To opowieść o człowieku wraz z jego pragnieniami, myślami i strachami.
I o tym, że żeby żyć, potrzebuje.
*parsk* Skorzystać z latryny?

Na stronie nie ma ani słowa o najnowszej wydanej powieści Olszańskiej (Boru, tego będzie więcej?), „Zaklęta”. Z opisu tejże wynika jednak, że może to być przemianowana „Roszpunka”. Dojdzie do tego, że Królową Czajników też wydadzą...

Udziela ci się mania wielokropków.
Dżizas, muszę przeczytać jakiś traktat naukowy.

Pozostała nam jeszcze jedna rzecz będąca integralną częścią książki, mianowicie utwór dołączony na płycie CD, skomponowany i zaśpiewany przez autorkę.


Nie będę udawać, że mam jakieś muzyczne kompetencje do oceniania śpiewu, ale moje zdanie na ten temat brzmi: do kościółka w sam raz.

No, to by było na tyle spraw aŁtoreczkowych – choć momentami naprawdę miałam wrażenie, że chodzi o kolejną Mary Sue. Czas zabrać się za dzieło właściwe.

Przy okazji pragnę nadmienić, że choć w trakcie analizy momentami wychodzę z siebie i rzucam wokół słowami nieprzystającymi damie, to nie życzę autorce wszystkich plag egipskich i nie uważam jej za przypadek beznadziejny - mam ino cichą nadzieję, że nie popadnie w syndrom Paoliniego i nie pomyśli, że skoro już udało jej się coś wydać - ach, tak wcześnie - to znaczy, że JUŻ pisze doskonale i tak niechaj zostanie. Otóż nie, kurnia felek, pisarz powinien cały czas doskonalić warsztat i nie wychodzić z założenia, że jest nieomylny (krąży plotka, jakoby autorka sprzeciwiła się jakiejkolwiek redakcji „Dziecka Gwiazd”...). To, co wydała, do wydania się jeszcze, niestety, nie nadawało. Okej, zdarza się, ale mamy nadzieję, że więcej takich baboli już nie będzie. No. Bo jak nie, to wiadomo. ;P Niemniej, myślę, że książka może się spodobać komuś, kto lubi taką, dajmy na to, „Sagę o Ludziach Lodu”.






 Królem tej wyspy (wielkiej jak kontynent, jednak zawsze uznawanej za wyspę) był Menros. Dobry władca, właściwie nie było nikogo, kto niezadowolony byłby z jego rządów, i nie wynikało to tylko ze strachu. Choć strach był również.
Nikt nie uważał tej pizzy za niesmaczną, i nie wynikało to z tego, że kucharz spartolił robotę. Choć spartolił.

Następca tronu, Tyncjon, był wysokim czarnowłosym młodzieńcem o lazurowych oczach i jasnym pogodnym czole.
Oczy będące klejnotami jak u kucyków Pony – są.
Następne w kolejce jest „zaokrąglenie się przez wakacje”, ale to chyba nie dotyczy...

Poświęcał mu więc dużo czasu, bo, jak mawiał: „Z kocięcia trzeba było zrobić lwa”.
Żeby mógł zakochać się w jagnięciu.
*ziewa i idzie oglądać kocięcia na youtube*

Drugim dzieckiem Menrosa była Meihna. Dziewczyna o urodzie tak wielkiej, że zachwycali się nią królowie z całego świata, posądzając nieraz w skrytości jej matkę o jakieś nieczyste czary odprawiane nad kołyską małej królewny. Była przy tym osobą dojrzałą i rozsądną mimo swojego młodego wieku. Czasem zadumę, w jakiej tkwiła, brano za głęboki smutek, jakiś nieokreślony żal, tęsknotę... Bywało, że miała smutne oczy, nawet gdy nie czuła smutku.
*wzdycha ciężko* Kolejna Bella. Poza tym, to już jest po prostu skrajny narcyzm, dawać takie opisy głównej bohaterki, gdy się pozuje jako ona na okładce. *facepalm*

Zawsze towarzyszyło jej zwierzę z gatunku equus monoceros, stworzenie o pysku konia, ciele kozła i długim rogu wyrastającym z czoła.
Piękna, mądra, smutna bez powodu księżniczka potężnego państwa skazanego na zagładę. I nawet jednorożca ma! A ja myślałam, że więcej merysójkowości już nie uświadczę.
Nie jednorożca, tylko equus monoceros. To musi być męczące, tak go wołać.

Chodziło za nią wszędzie jak cień, jak jasny cień, stając się jej nieodłącznym kompanem i swego rodzaju symbolem. Symbolem czystości i prawości (ale nie naiwności), jakie prezentowała sobą księżniczka Meihna.
Jednorożce są symbolem miłości lesbijskiej i rozwiązłości seksualnej! Tako rzeczą przykościelne tablice!

Najmłodszy syn króla Menrosa, Mojnes, był przeciwieństwem rodzeństwa. Próżny, rozrzutny, kochał zabawy i hulanki nawet bardziej, niż dałoby się to wytłumaczyć jego wiekiem.
Czekam na ten moment, kiedy zostanie zdrajcą albo zrobi inną Straszną Rzecz.

I tak Atlantyda, Wielka Atlantyda, kwitła pod mocną ręką Menrosa i już szykowała się na kolejne wspaniałe czasy we władaniu księcia Tyncjona, choć jeszcze przecież dużo czasu miało minąć, nim ten obejmie tron. Ale to nie miało znaczenia. Czymże jest ludzkie życie, nawet najdłuższe lata panowania, wobec nieskończoności „trwania”?
I nawet bonusu w postaci nastoletniej filozofii Z Rzyci Wziętej i Na Siłę Wciśniętej tu uświadczymy. Czuję się niemal tak oświecona, jak po lekturze dowolnej książki Coelho.

Meihna siedziała na kamiennej ławce w ogrodzie, niewolnica osłaniała ją przed słońcem wielkim trzcinowym wachlarzem.
Ładne mi państwo wielkiego bogactwa i wiecznego szczęścia, a niewolnictwo prosperuje aż mruczy.
Ee, to pewnie taka udawana niewolnica. Jak skończy jej się zmiana, to pójdzie do sauny czy coś.

Jednorożec Meihny stał w jeziorku wśród lilii wodnych, chłodząc się przyjemnie. Księżniczka uśmiechnęła się i podeszła do ulubieńca, łapiąc go czule za róg i przytulając.
Wyobraziłam sobie, jak dziewczątko łapie w garść róg, przyciąga do siebie łeb jednorożca i mizia go z zapałem Elmirki.
http://www.youtube.com/watch?v=D_EUfpwh2jY

Zdawała sobie sprawę, że nie zawsze będą razem. Dziewczyna miała już szesnaście lat, oznaczało to, iż nieuchronnie zbliża się jej ślub z helleńskim księciem Helistolesem
Noooł, a tak bardzo chciała poślubić jednorożca. :C
Teraz to zaczyna pachnieć Jolą Rutowicz. A tak bardzo chciałam uniknąć tego skojarzenia. oO”

nieuchronnie zbliża się jej ślub z helleńskim księciem Helistolesem, z którym zaręczona była jeszcze przed urodzeniem.
Powód do straszliwego nieszczęścia – jest. Czekamy na opis, jak wielkim pasztetem jest Helistolec. Tfu, Helistoles.

Musiała wyjechać do kraju swojego małżonka, tak samo jak trzy siostry króla Menrosa i jak wszystkie przyszłe córki Tyncjona i Mojnesa... Nigdy nie uważała, jakoby miało to być specjalnie sprawiedliwe czy rozsądne, jednak takie było prawo ustanowione przez kapłanów. Ponoć na wypadek gdyby jedna z królewskich córek miała okazać się czarownicą czy demonem lub, co gorsza, zapragnęła przywrócić matriarchat.
To już wiemy, co będzie głównym osiągnięciem Meihny.

— Słyszałaś może o tej nowej machinie?
— Jakiej machinie?
— Nie wiem dokładnie... Ponoć atlantydzcy konstruktorzy pracują nad jakąś maszyną.
— Nową maszyną... Tyle ich jest, że za chwilę zabraknie ludzi do obsługiwania ich. To zaczyna wymykać się spod kontroli, powoli traci sens. Tak wiele z tych rzeczy okazuje się bezużytecznych albo niebezpiecznych... Albo jedno i drugie. To najczęściej.
Weźmy taki komputer. Dorwie się do niego jakaś nawiedzona nastolatka/nastolatek z przerostem ego i wymyśli sobie, że potrafi pisać...

Nagle zza krzaków wyskoczył niczym dziki zwierz chłopiec z drewnianym mieczem. Miał kruczoczarne, zmierzwione włosy, w jego zielonych oczach błyszczały zawadiackie ogniki.
Potter! Bieganie z mieczem po błoniach jest zabronione! Gryffindor traci dziesięć punktów!

— Jaka machina? Czy to jakaś broń?
Meihna westchnęła.
— Mojnes... To nie twoja sprawa... wybacz.
Chłopiec wyszczerzył zęby.
— Dlaczego nie? Nie zapominaj, że to ja tu jestem mężczyzną, a ty kobietą. Gdyby Tyncjon umarł...
— Och, przestań!
— ...to wtedy ja, nie ty...
— Mojnes! Zabraniam ci mówić takie rzeczy!
— ...byłbym królem!
Oto plan mój i kłów moich blask... Przyjdzie czaaas!

Wieczorem, kiedy niebo okryło się granatową pierzyną, a zamiast słońca pojawił się księżyc, w pałacowych ogrodach rozległ się głos trąb obwieszczający powrót króla.
http://www.youtube.com/watch?v=NUIZvAe3RBg

Tyncjon spojrzał na siostrę.
— Ty się czymś niepokoisz! Powiedz, o co chodzi?
— Ech... Doszły mnie słuchy, że konstruujecie nową maszynę.
— Naprawdę? — Książę zdziwił się — Skąd o tym wiesz?
— To nie ma znaczenia, bracie.
— Masz rację... Tak, konstruujemy. Meihna jęknęła.
Królewna nie wie, czym ta maszyna tak naprawdę jest, ale wpada z jej powodu w panikę.
A skąd o niej wie – też się nie dowiemy, bo to bez znaczenia, liczy się tylko ekspozycja.

— Nie! — Księżniczka pokręciła głową. — To nie jest logiczne! Przecież co dzień obserwujemy ruch Słońca po niebie!
— Pozory! Nie jesteśmy środkiem kosmosu, ale tylko jego częścią, tylko częścią!
Mam wrażenie, że ta książka była pisana na zasadzie „Byle dało się z niej zacytować jak najwięcej złotych myśli”.

Czy on nic nie rozumie? — zastanawiała się Meihna. To przecież tak strasznie wszystko komplikuje! Jeśli ludzie dowiedzą się, że Ziemia nie jest środkiem kosmosu, przestaną cenić ją, przestaną czcić! Zaczną buntować się przeciwko bogom, drążyć tajemnice... źle się stanie!
Złapała brata za rękę.
— Nikt nie może się o tym dowiedzieć! — krzyknęła.
Zaraz, zaraz. TO jest ta straszliwa maszyna? Model układu słonecznego? o_O Jeśli Atlanci byli naprawdę TAK oświeceni, jak zapewniano nas we wstępie, to czego ta lalunia się obawia?
Że autorka jest niekonsekwentna?
Fakt.

— Chcesz zabrać ludziom naukę? Przecież to ona pcha ich do przodu, głód wiedzy dostali od bogów, dlaczego nie mają z niego korzystać? Nauka jest piękna, fascynująca.
— Mówię tylko, że czasem trzeba zastanowić się, jaką ceną się ją zdobywa. Pomyśl. Czy naprawdę chcesz sprawić, że ludzie poczują swoją nieistotność w kosmosie, że zdadzą sobie sprawę, jak bardzo są mali?
Tragedyja! Nie jestem pępkiem świata!

— Prawda czasem musi boleć.
— Ale ujawnienie tej prawdy powinno następować w odpowiednim czasie. Nie za wcześnie, nie za późno. Na TĘ prawdę ludzie nie są jeszcze gotowi. Są jak wciąż uczące się dziecko. Czasem po prostu nie można powiedzieć mu, że robi coś beznadziejnie, nie można zmiażdżyć jego marzeń. Jego skóra jest zbyt delikatna, łatwo ją zranić, i to tak, że blizna pozostanie na zawsze...
Boru, ona jest JESZCZE mniej subtelna od Coelho we wciskaniu tych prawd objawionych.

— Meihno... — zaczął niepewnie. — Pytałaś mnie o tę maszynę... Chodź, pokażę ci projekt.
Oł, czyli to jednak wciąż nie była ta przerażająca machina. Za chwilę czeka nasz kolejny szok.
Och, bracie! SPŁUCZKA DO SZALETU?! Czy nie pojmujesz, że tym wynalazkiem skażesz nas na zagładę?!
Wychodzi jednak, że tym okropnym wynalazkiem ma być latająca maszyna. Meihna nie jest przekonana, ale przynajmniej nie odstawia cyrku.

— Tak samo! Będziemy jedyną cywilizacją posiadającą coś takiego, świat znajdzie się w naszym władaniu już na zawsze! Widząc nas nad swymi głowami, ludzie wezmą nas za bogów! (...)
— Może masz rację — powiedziała, starając się, by jej głos zabrzmiał bardzo pewnie. — To może być naprawdę dobry pomysł, trzeba tylko umieć rozsądnie się nim posługiwać.
-.-" Na widok modelu układu słonecznego wpada w panikę, że ludzie zbuntują się przeciwko bogom, a gdy jej brat WPROST mówi, że dzięki latającej maszynie ludzie staną się im równi, popełniając tym samym permanentne bluźnierstwo, dziewczę stwierdza, że coś w tym jest. *puka w ekran na stronie autorki* Halo? Jest tam kto? To się kupy nie trzyma!

[Gwiazdy] Były tak samo ważne jak ta najwspanialsza dotychczas, cudowna Ziemia, ukochana przez bogów, wybrana spośród milionów innych planet... Teraz znaczyła tyle, co reszta, może mniej...
Świat Meihny bardzo się pokomplikował, stał się dziwny, wielki, pusty...
Nie wiedziała już, czego się złapać. Co w życiu pozostało pewne i nieodwołalne...
Tylko to, że co drugie zdanie w tej książce będzie się kończyć wielokropkiem...
Nota: nadużywanie wielokropków NIE czyni tekstu tajemniczym, magicznym ani refleksyjnym, tylko DENERWUJĄCYM.

Była tak radosna i szczęśliwa, że zapomniała nawet o zmartwieniach, których w ostatnim czasie miała dużo.
Całe dwa.

Była sama na morzu, od dna dzieliło ją dobrych kilka metrów. Przestraszyła się, dryfowała daleko od lądu całkiem bezbronna wobec wszechobecnej wody, która otuliła ją teraz niebezpiecznie. Zaczęła płynąć czym prędzej do brzegu, modląc się, aby nie zabrakło jej sił, gdy poczuła nagle, że coś złapało ją mocno za nogę.
Przeszywający ból ogarnął całe jej ciało. Spojrzała z przerażeniem w dół, ale nic tam nie było, żadnego potwora czy nimfy morskiej, jedynie ból niewiadomo skąd i okropne poczucie niemocy.
(...)
— Skurcz cię złapał, o pani — powiedziała, gdy spostrzegła, iż Meihna już się ocknęła.
Czyli tak... Ma prawie szesnaście lat, mieszka na wyspie otoczonej oceanem, w którym lubi pływać tak bardzo, że nabrała w tym „delfiniej zręczności”, ale jest przerażona i nie wie, co się dzieje, gdy łapie ją skurcz?
Widocznie potrzebny był pretekst do jakiegoś Przełomowego Wydarzenia.

Nagle czyjaś mocna ręka złapała ją wpół i dźwignęła ku górze... Meihna poczuła, jak do jej płuc dostaje się znowu świeże powietrze...
Ach, Jacob...
A nie, bo Nara – jej niewolnica.

Kazała Narze wstać, po czym powiedziała do niej:
— Czy ty nie masz ochoty popływać w oceanie?
— Pani! Nie wolno mi...
— Wolno ci wszystko, na coja ci pozwolę, zatem jeśli pozwalam ci pójść popływać, to zapewniam cię, że ci wolno.
— Nie mogę... Jak to będzie? Ja się będę kąpać, a moja pani siedzieć tu na brzegu, jak — bogowie raczą wiedzieć, co — i patrzeć na mnie?!
Taaak... rozbierz się... Pokaż, co masz pod spodem... Ochlap się wodą...

Często marzyła, że ucieknie z pałacu od zamążpójścia i wszystkich obowiązków i zamieszka z Jednorożcem i sarnami
W tej chwili w mojej głowie pojawiają się dziwne obrazy. 

Nauczyciele opowiadali jej o miastach-państwach, o bóstwach Olimpu, w które odtąd będzie musiała wierzyć, o pięknych wierszach i pieśniach, wspaniałej kulturze i cudownym krajobrazie...
No właśnie, a jaka jest właściwie kultura i religia ATLANTYDY? Bo jak do tej pory ani o jednym, ani o drugim nie wiemy NICZEGO.

W oczach Teriny wyglądało to trochę inaczej. Dziewczyna podróżowała kilka razy do Grecji, znała ją całkiem dobrze. Mówiła o męskiej cywilizacji nieuznającej pozycji kobiet, wyłącznie męskich ucztach i zabawach. Na samą myśl o patriarchalnym państwie wychowana w pozycji niemal równej braciom księżniczka wzdrygała się z odrazą...
*wali głową w blat biurka* A niby na czym opierały się zwyczaje – wysyłanie kobiet z królewskiej familii za ocean, nie pozwalanie im na zdobywanie takiego wykształcenia jak mężczyźni etc. – opisywane przez ostatnie 25 stron? NA PATRIARCHACIE, KURWA. *dalej wali*

Między dwoma wielkimi, wilgotnymi głazami czerniło się ciasne wejście do jaskini.
Moje skojarzenia wprost wyją z zachwytu.

Zwierzęta obserwowały ją z zainteresowaniem, wychylając się ze swoich kryjówek, miedzianomarchewkowe stworzonko przebiegło jej drogę, machając w powietrzu pięknym, puszystym ogonem, kilka siwych ptaszków wzbiło się ze świergotem w powietrze, kiedy wyciągnęła ku nim dłoń.
Disneyowatości stało się zadość. .__.”

W lesie było kilka jaskiń i grot poukrywanych za rozłożystymi gałęziami, obrośniętych grubą warstwą mchu. Ktoś, kto umiał patrzeć, mógł znaleźć je bez większego problemu, ale nie każdy posiadał ten dar. Meihna posiadała.
No kurwa. <3
To chyba dość oczywiste, że w odróżnieniu od reszty ograniczonego świata, Mary Sue ma OCZY.



Kiedy wyszły z lasu, księżniczka zatrzymała się nagle zdezorientowana. Nigdy nie kontaktowała się z ludźmi spoza pałacu, byli dla niej tak samo tajemniczy jak duchy czy nimfy... a teraz była o krok od wioski i tych, do których nigdy nie należała. 
Czy naprawdę wszystkie księżniczki były tak tępe? 
Ja mam inne pytanie. Czy wszystkie przechodziły przez dokładnie ten sam proces inicjacji polegający na potajemnej ucieczce z pałacu i odkrywaniu na własną rękę, jak wygląda świat poza nim i rozkosznym dziwieniu się na widok zwyczajnych zajęć zwyczajnych ludzi?

Dziewczyna złapała ją gwałtownie za nadgarstek, gdzie widniała bogato zdobiona bransoleta z wyrytym znakiem króla Menrosa.
— O bogowie! — zawołała. — Co ty tu robisz, dziewczyno?!
— Chciałam tylko...
— Jesteś księżniczką, prawda? Księżniczką Meihna, córką króla Menrosa, czy tak?
(...)
— Nie chciałam cię przestraszyć — powiedziała łagodnie. — Jestem Nika. — Meihna uśmiechnęła się blado. — To po prostu niesamowite spotkać księżniczkę. To się nie zdarza. 
Może by tak szacunek... ukłon czy coś... nic?

Nika otworzyła przed Meihną drzwi kamiennego domku. (...) duży kamienny stół, przy którym siedzieli teraz mężczyzna, kobieta oraz piątka dzieci. Na widok Meihny zaczęli szeptać coś między sobą, przyglądali się z zaciekawieniem jej drogim szatom i zdobiącej ręce biżuterii.
— Chciałam przedstawić wam moją nową przyjaciółkę. Mieszka na drugim końcu wioski.
— Bardzo nam miło
I oni to kupili?! Do ich wiejskiej chałupy w jakiejś leśnej wiosze wchodzi dziewczyna ubrana jak, kurde mol, cholerna księżniczka, a oni co, zaraz poproszą ją o pomoc w dojeniu kóz? Co jest z tymi ludźmi nie tak?!
Są kiepsko wykreowanymi postaciami z kiepskiej książki...?

— Dużą część ostatnich zbiorów oddaliśmy królowi. — Matka Niki uśmiechnęła się dumnie.
Meihna jęknęła.
— Jak to?! Przecież tak biednie żyjecie! Gdyby król wiedział jak biednie, na pewno nie przyjąłby waszych darów! (...)
— Nigdy tego nie zrozumiesz. My żyjemy w dobrobycie... a właściwie moglibyśmy, gdybyśmy chcieli.
*nie komentuje*

— Ale... tak nie może być...
— Proszę cię... zostaw nas. Nie zabieraj nam tego, w co wierzymy, co szanujemy. Proszę...
Księżniczka popatrzyła na nią. Przypomniała sobie, jak brat pokazał jej model kosmosu. Jak to naruszyło porządek jej świata.
Oddawanie części swoich zbiorów to nie jest kwestia wiary, tylko prawa. To się nazywa danina. Albo podatek. Wszystko jedno, ale to nie jest, kuźwa, to samo, co głęboko zakorzeniona wiara w geocentryczny model wszechświata! ><”
Ale co z tego, że przykład zły? Gdzieś TRZEBA było do tego nawiązać!



Król nie potrzebował darów tych ludzi. I bez nich skarbiec był wielki i bogaty.
Rozumiem, że królewska rodzina jest tak królewska, że żry złoto i kamienie szlachetne. A ponieważ w starożytnych kulturach kamienie szlachetne były uważane za fekalia bogów – gratulujemy dobrego smaku.

Chciała, żeby ludność Atlantydy żyła szczęśliwie i dostatnio, żeby nie marnowała swojego jedzenia, zwierząt i drewna na dary dla króla, podczas gdy on i tak ma tego wszystkiego pod dostatkiem.
A ma tego pod dostatkiem, booo...?
Wyczarowywuje!
Nie. BO DOSTAJE TO W RAMACH DANINY OD PODDANYCH. Im bardziej zagłębiam się w lekturę, tym większa frustracja mnie ogarnia. To przecież nie jest kwestia nawet jakieś podstawowej wiedzy, tylko logicznego myślenia. -.-

— Wiesz, oni funkcjonowali tak od zawsze. Kochali, czcili króla. Składali mu dary, a on w zamian dawał im poczucie bezpieczeństwa i własnej wartości. To, co oddawali Atlantydzie, sprawiało, że stawała się silna, szanowano ją. Można więc powiedzieć, że nasze królestwo zawdzięcza swoją potęgę również zwykłym, biednym ludziom.
Thank you, Captain Obvious!

— O! — Nika wsadziła rękę do kieszeni tuniki i wyjęła z niej dwa złote kolczyki. — Oddałaś mi grzyby, więc weź z powrotem zapłatę. I tak warta była stu takich koszy.
Meihna zaśmiała się i odsunęła od siebie rękę dziewczyny.
— Zatrzymaj je. Ja mam takich mnóstwo, ty ani jednych. Niech przypominają ci o mnie, kiedy odpłynę do Grecji. Patrząc na nie, pamiętaj, że Atlantyda istnieje dzięki nam wszystkim i każdy jest jej tak samo potrzebny, nieważne, czy mieszka w pałacu, czy w kamiennej chacie.
*czeka, aż Meihna zacznie chodzić po wodzie i zamieniać wodę w wino*
Ta druga umiejętność zapewne sprawiłaby, że król jeszcze raz by się zastanowił, czy warto wysyłać córcię do Grecji.

Dziewczyna patrzyła jeszcze chwilę, jak księżniczka znika w ciemnym wejściu jaskini, po czym spojrzała na niebo i poprosiła cicho bogów, by strzegli Meihnę. Była pewna, że jej wysłuchają...
- Hmmm, no nie wiem... – zamruczał Cthulhu, pocierając swoje macki. – Co ty na to, Azathoth?
- Ghbrllbpthfbllaughr...

— O co chodzi, Naro? — Meihna spojrzała na nią z rozbawieniem. — Przecież nic mi nie jest.
— Teraz tak, pani, mówisz, bo wszystko się dobrze skończyło, ale klątwa mówi wyraźnie, że kto raz wejdzie do jaskini Zenory, nie wyjdzie z niej żywy!
Ile jeszcze wątków dotyczących głównej bohaterki zawiera ta książka? Nikt poza nią nie ma tu życia?
Mają, ale nieważne. Zniewalająco piękna i mądra Meihna jest ważniejsza. <3

— Naro, uspokój się, proszę! Skoro jest takie przeklęte, dlaczego król nie kazał zastawić wejścia do groty?
— Ależ kazał!!! I było zastawione ogromnym głazem przez prawie sto lat, dopóki pewien obłąkany mag Nitrus nie otworzył go za pomocą czarów, by poznać tajemnice Zenory! Król skazał go na śmierć i wtrącił do lochu, gdzie ten miał czekać na wyrok do rana następnego dnia. Mag uciekł jednak, ponoć przemieniony w szczura, i krąży do dziś po Atlantydzie, czekając dnia, kiedy znów będzie mógł wkraść się do jaskini!
— Dlaczego więc tego nie zrobił? Minęło dużo czasu.
— Eee... No więc... Tego już nikt nie mówił.
*słów jej brak*

Na przykład szczerozłoty koń naturalnych rozmiarów, będący prezentem od króla Troi. On uwielbiał konie...
Haha... Rozumiecie? Król Troi uwielbiał konie. Haha.
Zacny suchar, milordzie. Prawie się najadłam.

Ale najbardziej tajemniczym skarbem była niebywale duża perła, przyniesiona w darze przez nieznajomego wędrowca ze wschodu, podającego się za maga...
Ciekawostka: ile razy w tej powieści pada słowo „tajemniczy”?
Potężny bóg Word znalazł 103 słowa „tajemnica” w różnych postaciach. To już podpada pod fetysz.

Miał on powiedzieć, że jeśli Atlantydzie zagrozi kiedyś niebezpieczeństwo, ktoś z rodu królewskiego ma razem z perłą wypłynąć w morze i odnaleźć maga...
No dajcie spokój... Z takimi ekspozycjami na trzydziestej stronie już możemy dokładnie powiedzieć, co się stanie. Najmłodszy brat Meihny dopuści się jakiegoś straszliwego czynu zagrażającego królestwu, najstarszy brat prawdopodobnie zginie, Meihna wyruszy w poszukiwaniu pomocy, po drodze udowadniając całemu światu, że kobieta też człowiek, a całą Atlantydę diabli wezmą.
Autorko, jeśli chcesz, by twoje dzieło było tajemnicze, nie należy używać co chwilę przymiotnika „tajemniczy”, tylko wprowadzić chędożony nastrój!

— Musimy być bardzo ostrożni! — powiedziała do Jednorożca. — Tu jest stromo i...
W tym momencie spróchniała gałąź pękła nagle z olbrzymim trzaskiem i razem z trzymającą ją kurczowo Meihna runęła w dół po pionowym zboczu, nim nawet księżniczka zdążyła wydać z siebie zduszony krzyk. Jednorożec bez namysłu skoczył za swoją panią, niezatrzymany żadnym instynktem samozachowawczym, i teraz spadali już we trójkę: gałąź, księżniczka i Jednorożec.
*rotfl* Gałąź była zachwycona z niespodziewanej przejażdżki.

Meihna rozpaczliwie próbowała złapać się wystających ze zbocza kamieni czy roślin, ale ilekroć jej się to udało, siła pędu „odrywała” ją od zbocza
Używanie cudzysłów tak często świadczy o tym, że autorka sama nie jest pewna tego, co pisze.
Winky... myślę, że panna Michalina w pełni już zasłużyła na miano aŁtorki.
Gratulujemy! Prosimy o brawa!

U podnóża góry, z której spadała Meihna, znajdowało się jezioro i to tam ostatecznie księżniczka, gałąź i zwierzę zakończyli swój lot.
- Ja chcę jeszcze raz! – krzyczała rozentuzjazmowana gałąź.

Jednorożec tylko otrzepał się z wody i podszedł do swojej pani, tyrpiąc ją przyjaźnie głową.
Tyrpać – szarpać kogoś w gniewie; tarmosić, napastować, niepokoić, zaczepiać (sjp.pwn.pl).
Zalecamy nieużywania słów, których znaczenia nie jest się pewnym. A korzystanie ze słownika to nie hańba. Nie TYLKO, ale ZWŁASZCZA dla literata.

— To straszne! — Zakryła twarz dłońmi. — Jak my teraz wrócimy do domu?!
Jedynym, co widziała, był głuchy, ponury las otwierający przed nią swą ogromną paszczę. Nie sprawiał przy tym wrażenia spokojnego i ciepłego, jak las po drugiej stronie góry, który zaprowadził Meihnę do
wioski. Był ciemny. Nie zapraszał nikogo śpiewem ptaków, nie kusił soczystością kolorów. Był nieprzyjazny, surowy, tajemniczy...
Och, siurpryza. Myślałam, że jak coś jest „tajemnicze”, to jest dobre.
Widocznie tak jest, gdy jest po prostu „tajemnicze”. Ale jeśli jest „tajemnicze...”, to już kiepsko.

Nikt przy zdrowych zmysłach nie chciałby zagłębić się w niego... Meihna jednak nie miała wyjścia. Złapała Jednorożca za grzywę, może trochę mocniej, niż powinna, i ruszyła przed siebie, czując, że może kiedyś żałować tego kroku... Żałowała go już zawsze...
Ciężko mi komentować tak natchnione treści, naprawdę. Ale zwyczajnie nie mogę ich nie zacytować.

Ziemia była sucha i spękana, jakby nigdy nic na niej nie rosło. Jednak rosło.
*facepalm*

Wielkie ponure drzewa o pniach tak grubych, że czterech ludzi by ich nie objęło, nachylały ku dziewczynie groźne, ostre gałęzie, zakręcone niczym szpony sępa, krążącego nad ziemią, wypatrując padliny, w której zatopi bezlitośnie swój ociekły krwią dziób...
Rozwlekły, pseudopoetycki opis zakończony wielokropkiem – Pałolini approves.

Meihna spojrzała na czarne od kruków korony drzew, na pusty, ciemny las, na spękaną ziemię...
Ona nawet nie stara się być subtelna w budowaniu nastroju, prawda?
*klepie Winky pocieszająco po pleckach*

...Nagle wszystko ucichło...
Wiatr ustał równie szybko, jak się zerwał, kruki usiadły spokojnie z powrotem na gałęziach, drzewa wyprostowały się... pozostała cisza... Cisza wskazująca na to, że za chwilę zdarzy się tu coś niezwykłego... Cisza oczekująca... wypatrująca czegoś... lub kogoś.
A może... to była praca... praca na konkurs... polegający na tym, aby zmieścić jak najwięcej wielokropków... w jednym akapicie...?
Dla mnie to wygląda, jakby aŁtorka miała zadyszkę.

I nagle, jakby w odpowiedzi na ich oczekiwanie, zza dwóch dębów wyszło coś, co Meihna zapamiętała do końca swego życia, coś, czego obraz nieraz powracał do niej, gdy najmniej się tego spodziewała.
Wielki, mocny zwierz, prawdziwa bestia, demon zamieszkujący ten ponury las.
Jego szable przywodziły na myśl śnieżnobiałe kolumny stojące w sali tronowej, ruda sierść lśniła jak ogień, choć słońce nie dochodziło już do tego ponurego miejsca.
Dzik
*ómarła* Jebnęła jak dzik w sosnę. xD

Dzik stał teraz na leśnej ścieżce, wlepiając ślepia w Meihnę, która sparaliżowana nieopisanym strachem osunęła się na ziemię, nie mogąc się poruszyć ani ustać na nogach.
- Zjem cię... – chrumkał dzik. – Pożrę twój mózg, wyssę gałki z oczodołów, schrupię wszystkie kości... KWIIIIK.

— Nie... — szepnęła ostatkiem sił, a głos wiązł jej w gardle. — Nie zabijaj mnie... proszę...
(...)
Patrzył przez chwilę na dziewczynę, nie poruszywszy się nawet, po czym odwrócił się wolno i zniknął między drzewami...
- Oink, oink... W dupach się poprzewracało tym królewnom...

Meihna leżała jeszcze przez jakiś czas, wciąż nie mogąc wstać. Las rozpogodził się, kruki odleciały, drzewa przybrały przyjazny wygląd, a słońce, przebiwszy się przez ich korony, oświetliło leśną drogę (która na powrót się tam znalazła), sprawiając, że nic już nie było tak straszne, jak zaledwie kilka chwil temu.
Najwyraźniej to był czarodziejski dzik-cudotwórca, zwiastun dobrego losu.
Taki Gandalf, tylko z ryjem.

Mimo iż starała się przyjąć, że spotkanie z dzikiem było jedynie przewidzeniem
No, mnie też się w lesie przEwidują dziki, całkiem często. Ale jestem na tyle rozsądna, że schodzę im z drogi, zamiast padać na leśną ściółkę i błagać o litość.

Księżniczce, nieprzyzwyczajonej do ćwiczeń fizycznych, wspinanie się po stromym zboczu nie przychodziło łatwo, toteż kiedy ostatecznie zmęczona i zła znalazła się na szczycie przy wejściu do jaskini, była już po dziesięciu upadkach i potoczeniach z powrotem na sam dół.
— Przypomnij mi... — powiedziała zadyszana do stojącego obok niej Jednorożca, któremu wspinaczka poszła całkiem szybko
Taaak! Czterokopytne koniopodobne zwierzę z łatwością wspina się po stromym zboczu!
Myślałam, że to jednorożec, a nie kozica górska...

Kiedy Meihna wyszła z jaskini, Nara już na nią czekała.
— Zgubiłaś kosz, o pani? — spytała zdziwiona.
A nie zdziwiła się, że jej pani jest przemoczona, zmęczona i brudna jak święta ziemia po tarzaniu się w lesie i wspinaczce po stromej skale, z której po drodze spadła dziesięć razy?

— Czy na Atlantydzie są... dziki? To znaczy... Nigdy żadnego nie widziałam.
— Na Atlantydzie dziki?! O ile wiem, to nie. W każdym razie już nie.
— Jak to JUŻ nie?
— Kiedyś ponoć były, ale królowie uwielbiali na nie polować, to i wyginęły.
— Ciekawe... Naprawdę, bardzo ciekawe...
*brak jej sił nawet na facepalm*

— Nie, nie, nie!!! Ależ skąd!
Pratchett mówił, że ludzie stawiający więcej niż trzy wykrzykniki mają problemy ze sobą. W przypadku prozy, ja uważam, że trzy to już jest taka liczba.

Księżniczka wyszła z komnaty, zostawiając zmartwioną Narę samą. Dziewczyna szepnęła:
— Źle się dzieje, o pani. Zenora nie lubi, gdy ktoś zakłóca jej spokój... Bardzo tego nie lubi...
Źle to się dzieje, jak ktoś gada sam do siebie.

płynną czekoladę z pieprzem i imbirem, smakołyk, którego niezwykły przepis król Solorios przywiózł ze swoich wypraw na zachód. Żonę też sobie stamtąd przywiózł.
Ale wolał czekoladę.
 

Do króla przychodzi rodzina Niki, by – ku przerażeniu Meihny – wręczyć mu w podarunku sakiewkę ze złotem, którą Meihna wcześniej wzięła z królewskiego skarbca i po kryjomu zostawiła rodzinie Niki przed drzwiami domu.
— O panie nasz i władco, światło Atlantydy, ty, którego na świat przynieśli sami bogowie! Przychodzimy do ciebie, gdyż spotkał nas najwyższy zaszczyt i dobre duchy przyniosły nam pieniądze! — tu wysunął rękę z sakiewką. — Jako twoi wierni słudzy pragniemy oddać ci ten dar!
(...)
Meihna jęknęła... i zrobiła jedyną słuszną rzecz, jaka przyszła jej do głowy.
Bez namysłu rzuciła się do stóp króla, łapiąc za koniec jego szaty.
— O panie! — krzyknęła, nie mogąc przypomnieć sobie innych tytułów, jakimi nazwał go ojciec Niki. Rodzina spojrzała na nią ze zdziwieniem. — Wysłali mnie tu moi biedni rodzice, ogrodnicy, bym przekazała ci, że żywopłot został przystrzyżony, a kwiaty posadzone!

Menros patrzył przez chwilę na córkę. Można się było go przestraszyć, był niezwykle wysoki, potężny, miał chmurne czoło i gęstą kasztanową brodę, co naprawdę nadawało mu boski wygląd. Mimo to był człowiekiem o łagodnym, choć czasem surowym usposobieniu. Patrzył więc teraz na księżniczkę, po czym rzekł z rozbawieniem:
— Dobrze, moja biedna dziecino. Powiedz swoim rodzicom, ubogim ogrodnikom, że jestem zadowolony i że dziś mogą już udać się do domu. (...)
Kiedy [wieśniacy] zniknęli już w oddali, król zaczął cicho chichotać, potem trochę głośniej, aż w
końcu chichot przemienił się w głęboki, tubalny śmiech. (...)Po chwili w ślad za nim poszedł Tyncjon, później Terina i królowa, i już cała rodzina królewska śmiała się szczerze i donośnie. A słychać ich było w całej wielkiej posiadłości, co niezwykle rozbawiło służbę, kucharzy, niewolników i po chwili cały pałac i ogrody śmiały się i śmiały, jak nigdy przedtem i nigdy potem... Zdawało się, że cała Atlantyda tańczy z radości...
Ja bardzo przepraszam, ale muszę to powiedzieć.
Jak, pytam się, JAK żadna ze stron nie zauważyła, że ta głupia siksa jednej i drugiej stronie po prostu łże jak z nut!? Nawet nie ma się jak wykręcić! Biedacy nie zauważyli, że jest ubrana w drogie szaty i biżuterię (drugi, kurwa, raz) i że przybyła na audiencję wraz z resztą rodziny królewskiej?! Rodzice zbędą jej występek machnięciem ręki i pobłażliwym uśmieszkiem?! NIE, KURWA! Jeszcze na początku chciałam wierzyć, że powieść może mieć potencjał, ale już kategorycznie zmieniłam zdanie. Tu nie ma żadnego potencjału! Pisanie takich rzeczy i w takim stylu jest po prostu obrazą czytelnika i wychodzeniem z rozkosznego założenia, że kupią wszystko w odpowiednio ładnej ramce! To tak zwane gówno zawinięte w papierek, co udaje cukierek. Z całą stanowczością stwierdzam: czuję się OBRAŻONA przez tę książkę i jej aŁtorkę. Koniec pieśni!

*boi się wyjść spod łóżka*

I wtem usłyszała, jak donośny śmiech jej rodziny niesie się echem po posiadłości. Wiedziała już, że nikt jej nie skarci, że dla wszystkich to wydarzenie było wspaniałym oderwaniem od codzienności.
*znowu zaczyna gotować się ze złości*
Myśl o króliczkach! O małych, słodkich, puchatych króliczkach!
 

Kiedy Menros wyszedł, odetchnęła z ulgą. Ostatecznie nie wydała sekretu, a wszystko się wyjaśniło. Oczywiście musiała skłamać. Nie lubiła kłamać, zawsze miała wrażenie, że to na nic i rozmówca i tak zna wszystkie jej myśli. Teraz jednak udało się. Meihna uśmiechnęła się do siebie niepewnie.
Oto nasza piękna, uduchowiona i niezwykle mądra księżniczka, która ucieka, kłamie i się z tego cieszy.

— Może masz rację... W Troi też tak jest?
Terina spochmurniała.
— Podobnie. Z tym wyjątkiem, że tam nikt nie przynosił królowi darów z własnej woli. Trzeba było ustanawiać wysokie podatki i stale je podnosić, co wywoływało wiele buntów. Ludność w Troi nie jest skłonna do składania darów, za to kocha je dostawać... Mój ojciec twierdzi, że to ją pewnego dnia zgubi...
To takie oczko puszczane do ludzi znających historię. Jej. Ale mnie bardziej ciekawi inna rzecz: dlaczego właściwie lud Atlantydy z taką radością oddaje cały swój dobytek królowi? Jedyna sensowna odpowiedź, jaka mi się nasuwa po fragmencie o oddawaniu sakiewki, to taka, że są po prostu GŁUPI – bo wierzą, że to był dar od bogów, a takimi trzeba podzielić się z królem... Nie, to nadal nie ma sensu.
Ale pokazuje nieścisłości ciąg dalszy: że Atlanci nie są tak wspaniałym i oświeconym ludem, jak wmawiano nam na patetycznym początku.

Terina uśmiechnęła się tajemniczo i westchnęła. Widać było, że ta chwila sprawia jej przyjemność.
— Gdy chciałam ci powiedzieć dzisiaj rano, nie byłaś zainteresowana.
— Och! Śpieszyłam się... Mów prędzej!
— No więc... Spodziewam się dziecka!
Meihna pisnęła z zachwytem, po czym zarzuciła Terinie ręce na szyję.
Tiu tiu tiu! Jeśli to będzie chłopiec, będzie się nazywał Tom Bill, a dziewczynka Selena Dorcas!

Terina zaśmiała się.
— Chyba mam pomysł.
— Tak? Jaki? Możemy sprowadzić tygrysy albo delfiny... O! Delfiny! Wybudujemy im sadzawkę i...
— Meihno. Nie uważasz, że przyjęcie tego rodzaju powinno się jednak odbyć w gronie rodzinnym? Pomyśl tylko!
— To nie chcesz delfinów? — Meihna wyglądała na zawiedzioną.
Mądrość spływa z jej ust... *kręci głową*

— Szukał cię jakiś starzec...
— Co ty mówisz? Teraz?!
— Tak. Siedział na ławce nad stawem. Kiedy mnie zobaczył, spytał o ciebie.
— To niemożliwe! Ogrody są pilnie strzeżone, nikt nie może wejść!
Mojnes wzruszył ramionami.
— On jakoś wszedł. Dziwnie wyglądał, jak jakiś obłąkany...
Barty Crouch!

— Dobrze — powiedziała. — Wtedy uwierzę, a teraz wracajmy do pałacu.
— Na to nudne przyjęcie?! Dlaczego?!
— Jak możesz się pytać? Tyncjon jest teraz taki szczęśliwy, powinniśmy cieszyć się razem z nim.
— To nie moje dziecko. Dlaczego miałbym się nim przejmować?
— Mojnes... — Meihna pokręciła głową. — Co ty masz za serce?
Złe i skalane mhrockiem!

Już chciała wracać, karcąc siebie samą, że uwierzyła w niemądre historie jej brata, kiedy ktoś nagle niezwykle mocno złapał ją jedną ręką za ramię, drugą zaś zasłonił usta.
Pedobear nie śpi...

Starzec wyprostował się nagle i spojrzał na księżniczkę głębokim, przenikliwym wzrokiem, który ją przeraził.
— Kiedy minie wiek, zginie jeden, co nie uszanował, drugi, co swą winę zrozumiał, i tylko trzeci zostanie, i on jest tym prawowitym... Ale już będzie za późno i przepadnie na wieki to, co tak kocha... — Starzec wyciągnął ku Meihnie ręce. — Zginie król i dzieci jego, i tylko jedno się ostanie, co prawowitym jest następcą tronu.
-.-” To najbardziej nietajemnicza przepowiednia, jaką w życiu widziałam. To przecież ZBYT oczywiste, kto przeżyje. Muza, zwijamy się stąd, nie ma po co tego czytać.
Nie! Ja się nie zgadzam! Ja muszę się dowiedzieć, co się stało z dzikami!

Okazało się, że tym zbzikowanym staruszkiem był ten cały mag Nitrus, który zdradził, otworzył jaskinię, coś tam, coś tam... Sama już nie kojarzę, na czym to właściwie polegało.


Kiedy Menros rano dowiedział się o pojmaniu Nitrusa, kazał stracić go zaraz następnego dnia o świcie.
A może by tak przesłuchać...?

Czy to gniew Zenory? Czy jej klątwa wyrżnie teraz królewskie dzieci niczym rzeźnik, kat, morderca...
Drwal...?

Majonez mówi siostrze, że Nitrus powiedział mu coś o pomocy znajdującej się w jaskini. Meihna – jak zwykle – wpada w panikę i pędzi do jaskini, pokonując z trudem fale przypływu, gapi się na znaki wyryte w skale, wygłasza parę górnolotnie brzmiących słów... i wraca do pałacu, nie zrobiwszy nic.


— Chyba nie chcesz powiedzieć...
— Tak!!! — Strażnik złapał go za szaty i potrząsnął. Zdawał się nie zauważać obecności księżniczki. — Ten diabeł uciekł za sprawą czarów Zenory! Drugi raz pomogła swemu słudze!!! I będzie to robiła za każdym razem! ZA KAŻDYM RAZEM, aż w końcu nas pozabija! Wszystkich!!!
Takie pytanie... KIM JEST ZENORA? Wiemy, że była jakąś wiedźmą, że krążą o niej przerażające pogłoski et cetera, ale jaki to ma związek z opowieścią o Atlantydzie i Meihnie?
Może nie chodzi o Zenorę, a o Zecorę! 

Mojnes spojrzał na nią z powątpiewaniem.
— Ty się chyba źle czujesz, siostro. Każę zaparzyć ci ziółek.
O, jeden Majonez normalny.

Chłopiec odszedł w głąb pałacu, zostawiając księżniczkę zrozpaczoną na korytarzu.
— To straszne... — szepnęła do siebie. — Chcę uratować mojego brata i nie wiem jak! Nie wiem nawet, przed czym chcę go ratować!!! Jakie to wszystko trudne... Jakie to trudne...
Dajcie spokój, żarty o emo znudziły się już nawet mnie.

Meihna podniosła oczy na matkę.
— Szczęśliwa? Jesteś szczęśliwa?
Kira uśmiechnęła się, ale w uśmiechu tym nie było radości.
— Jestem... — zawahała się — ...zadowolona z życia. Jest mi dobrze. Mam was, mam Menrosa... Czy mogłam mieć lepiej?
— Nie, bo mieszkasz na Atlantydzie! Jak można by być nieszczęśliwym, będąc panią takiego królestwa?! Ja mogę mieć już tylko gorzej!
Ech, zmuszają mnie do tego... *wzdycha ciężko* Jestem takom niescenśliwom ksienżniczkom, że nie ma na świecie bardziej niescenśliwej ksienżniczki! Potnę się moją diamentową żyletką wysadzaną rubinami!

— Książe Helistoles przypłynie do nas jutro z rana. Ponoć jest czarującym młodym człowiekiem!
Meihna skrzywiła się.
Też nie chciałabym się wiązać z kimś, kto nazywa się Helistolec.

— Nie mam sił, Naro. Opadły ze mnie, gdy tylko się obudziłam.
— Ależ!!!
Talerz?!
Masztalerz!

Meihna spojrzała na nią nieprzytomnym wzrokiem.
— Coś mówiłaś, Naro? Chyba się troszkę wyłączyłam...
Bateria mi padła...
Taki język w starożytności? Już nie wystarczy, że to wszystko przypomina bardziej średniowiecze niż starożytność? -.-”

Kiedy wyszła, Meihna z jękiem rzuciła się na łóżko i wtuliła twarz w poduszkę. Jednorożec polizał ją po ręku.
To ona śpi z jednorożcem...?

— Przyniosłam ci, pani, miód na osłodę. Proszę wybaczyć, że się ośmielam, ale nie wyglądasz na szczęśliwą...
— Bo nie czuję się szczęśliwa! Czuję się bardzo nieszczęśliwa!!!
— Moja biedna pani!!!... Co z tą suknią?
— Och, nie wiem!
*wznosi ręce ku niebu* Boru Najzieleńszy, CZEMU?! Czemu pozwoliłeś na wydanie książki, w której padają takie dialogi?!

Helistoles zszedł powoli na ziemię, wygładzając pomięte od siedzenia szaty. Długie złote loki spływały mu na ramiona, siwe oczy rozglądały się bacznie.

Kiedy natrafiły na stojącą nieopodal Meihnę, książę podszedł do niej niespiesznie, majestatycznie, nie mówiąc ani słowa. Spojrzał na nią uważnie, tak jak się ogląda konia, którego ma się zamiar kupić, zmierzył wzrokiem od góry do dołu...
Stolec Heli - wymuskany dupek, jakżeby inaczej. Check!

Tego samego wieczoru odbyło się przyjęcie z okazji pierwszego spotkania Meihny i Helistolesa. Książę siedział przy stole obok Tyncjona, opowiadając mu żarty i będąc jedyną osobą, która się z tych żartów
śmiała.
Stolec Heli - idiota i bufon. Check!

Meihna zaśmiała się gorzko, po czym spojrzała inteligentnie na Terinę.
Kolejny problem tej książki: ludzie nie tyle jacyś SĄ, co są jako tacy OPISYWANI.

Nagle dosiadł się do nich bardzo rozbawiony Mojnes z kielichem wina w dłoni.
*krztusi się krwią popijaną właśnie ze srebrzystego kielicha w smoki* Ten Majonez, który parę dni temu miał trzynaście lat? Ta cała Atlantyda to nie jest kraj wspaniałości, tylko jednej wielkiej patologii! Dzieci się upijają, nastolatki sypiają z jednorożcami...
Ty, a może to jest po prostu teraźniejszość. Tylko z monarchią i fajnymi sukienkami.

Terina poderwała się z miejsca i natychmiast podbiegła do męża.
— Panie mój... źle się poczułam — powiedziała słodko. — Czy nie zechciałbyś odprowadzić mnie do komnaty?
— Oczywiście, pani! Jak najprędzej!
Helistoles skrzywił się z dezaprobatą.
— Pozwalasz swojej kobiecie wyrywać cię z męskiego grona?
— To nie jest moja kobieta, tylko moja żona!
— To ona nie jest kobietą?
Stolec Heli – szowinistyczna męska świnia. Check!

Do ślubu pozostały, jak się okazało, dwa dni.
Nie „jak się okazało”, tylko jak zostało zaplanowane i jak od samego początku książki jesteśmy dokładnie informowani. ><”
Najwyraźniej tak cięęężko spamiętać tyyyle faktów, gdy się pisze taaak grubą książkę...

W tym czasie Helistoles miał zapoznawać się z Meihną, co zamienił na zapoznawanie się z Tyncjonem.
*trzyma kciuki* Gej, gej, gej...

— Dziękuję ci bardzo! Ja nie zamierzam gotować sobie takiego losu.
— Co przez to rozumiesz? — Terina spojrzała z niepokojem na Meihnę.
Dziewczyna nie uśmiechała się.
— Jutro przed ślubem zniknę, nikt nie będzie wiedział jak i gdzie!
*załącza „Bunt szesnastolatki” Myslovitz*

— Nie zamierzam marnować sobie życia. Wszystko dokładnie przemyślałam! Atlantyda jest wielka, nie znajdą mnie.
— To może wywołać wojnę! Wyobrażasz to sobie?! Atlantydzka księżniczka ucieka w dniu, w którym miała poślubić helleńskiego księcia!!!
— Powiesz, że postradałam zmysły. Wybaczą mi.
Nie no, jasne. Uciekaj. Wywołaj wojnę. Co cię obchodzi życie tysięcy ludzi, którzy zginą?

— Jaki jest twój plan?
— Dziś, kiedy się ściemni, powiem, że źle się czuję, i pójdę do swojej komnaty. Tam będę miała przygotowany już kosz zjedzeniem i kilka sakiewek z pieniędzmi. Potem ty przyjdziesz do mnie, uważając, by nikt cię nie zobaczył, i zetniesz mi włosy.
— Ach nie!
Straszne!
Poza tym, ten plan ucieczki jest tak naiwny, że płakać się chce.

— Hmmm... Jak chcesz ominąć straże?
— Moja droga Terino. Oni pilnują wejścia do pałacu, a nie wyjścia!
— Przecież to ta sama brama!
— Tak, ale kiedy ktoś wchodzi, widzą to i są czujni. Zatrzymują każdego, przepytują... Jeśli zaś zajdę ich od tyłu i przegalopuję między nimi, to zapewniam cię, że o ile w ogóle się zorientują, piechotą mnie nie dogonią.
*wali głową w ścianę* Myślałam, że to niemożliwe, ale to jest JESZCZE głupsze od strażników w „Eragonie”, gdzie wszyscy takowi byli po prostu głusi i ślepi na cały świat, a zabicie ich nie było żadnym problemem dla głównych bohaterów.
Cóż, tutejsza trzpiotka przynajmniej nie zamierza ich zabijać.

Meihna zamrugała.
— Co się właściwie stało...?
— Nawet nie pamiętasz, pani. To zrozumiałe po takim szoku... Król... i książę Tyncjon, i książę Helistoles... Wszyscy zginęli podczas polowania.
*przewraca oczami* Mówiłam? Ta książka jest przewidywalna jak Pokemony.

— Tyncjon... Jak to Tyncjon?!!! A co z prawowitym następcą tronu?! To niemożliwe!
— Biedna pani... — westchnęła Nara. — Oszalała z cierpienia.
Ta niewolnica jest niedorozwinięta czy co?
Nie tylko ona, powiedziałabym.
 



I to by było dzisiaj na tyle. Ciąg dalszy nastąpi - prawdopodobnie - za dwa tygodnie, a w najbliższym czasie zobaczymy, co słychać u Eragona. ;)