Czarne owce literatury czyli analizy ZŁYCH książek: Cudowne Dziecko, czyli opowieść o Michali... tfu, Meihnie

wtorek, 13 marca 2012

Cudowne Dziecko, czyli opowieść o Michali... tfu, Meihnie

Zmiana planów! Pomyślałam, że co będę wrzucać ochłapy napisane lata temu, lepiej raz na jakiś czas zarzucić czymś nowym. I tak oto za radą KZK, postanowiłam przyjrzeć się bliżej pewnemu dziełu. Szybko okazało się, że samo dzieło to za mało - tu trzeba przyglądać się całemu zjawisku. Ale po kolei.

Razu pewnego na empikowej półce moją uwagę przykuła pewna książka. Ani tytułem, ani okładką, a tym, że leżała w dziale fantastyki obcej, a nazwisko autorki było ewidentnie polskie. Oglądam, czytam. Porównanie do „Eragona” – ojezusmaria. Opis powieści... będący tak naprawdę opisem autorki. W tym fragment, który mnie wbił w ziemię: "Dziś ma lat 17, w dorobku 8 powieści (jeszcze nieopublikowanych)". No po prostu ręce, nogi i cycki mi opadły. Czy za dorobek pisarza nie powinno się uznawać tego, co ZOSTAŁO WYDANE I WSZYSCY MOGĄ PRZECZYTAĆ? To tak, jakby projektant wnętrz wpisał sobie w porfolio pomoc cioci Krysi w wyborze zasłonek albo urządzanie domków w Simsach. Kolejne dwa zdziwienia: autorka pojawia się na okładce książki, nie jako ona sama, ale najwyraźniej postać z tejże, a do tego wszystkiego dołączona jest płyta z piosenką, którą ponoć sama skomponowała i zaśpiewała. Wydawca wprost rozpływa się z zachwytu nad ogromem talentów dziewczyny. A moje zwątpienie i sceptycyzm rośnie...

Proszę państwa, przedstawiam wam powieść pod tytułem „Dziecko Gwiazd. Atlantyda” autorstwa Michaliny Olszańskiej.

Analizując tę powieść, nie sposób nie nawiązać do samej autorki, jako że wydawca (wydawnictwo Albatros) świeci nam jej splendorem po oczach. Widzicie, ja wychodzę z założenia, że pisarz powinien być znany przede wszystkim przez swoją twórczość. Michalina Olszańska zdaje się zaś krzyczeć: „To ja napisałam tę książkę! Ja, ja! Popatrz na mnie! Zainteresuj się mną! Widzisz, jestem na okładce! Zaśpiewałam piosenkę! To wszystko ja!” Zaistniała też pewna nieciekawa sytuacja w internecie, najpierw na serwisie BiblioNetka, potem również na innych stronach i blogach. Otóż krytyczne wypowiedzi spotykały się z napaścią kilku-kilkunastu fanów, którzy wszyscy jak jeden mąż w podobny sposób wychwalali pod niebiosa powieść i autorkę, obrażając przy tym przedmówców, jacy to oni nie są ograniczeni, że nie pojmują tej mistycznej wspaniałości – i powieści, i autorki. Szybko okazało się, że wszystkie te komentarze (przynajmniej na BiblioNetce) pisane były z różnych kont, ale jednego IP... Zaś większość osób, które na BiblioNetce oceniły tę książkę na 6, zarejestrowały się tylko i wyłącznie po to, by ową szóstkę wystawić. Drogi Watsonie, coś mi tu śmierdzi.

Zacznę zatem od rzucenia okiem na oficjalną stronę Olszańskiej i skomentowania tego i owego. Oj, wierzcie, jest co komentować.
WAŻNA NOTA: jako że głównym celem tego bloga jest ocenianie książek, a nie ich autorów/autorek, zaznaczam, że w tym momencie nabijam się wyłącznie z treści, nie z samej autorki.
Po namyśle postanowiłam ograniczyć się do skomentowania działu szumnie nazwanego „Książki”.




 Ad II. Książki Michaliny – Opisy
(ilustracje zostaną dołączone niebawem)

1.„Podróż Wigilijna”
Powstała w grudniu 2005 r. niewielka książeczka, baśń z Gwiazdką, św. Mikołajem i elfami w tle. Ale i z głębokim przesłaniem, ukrytym w prozie pozornie dla dzieci.
Głębokim przesłaniem „Siedmiu łabędzi i psa”, mojej pierwszej książki liczącej niebagatelne 6 stron formatu A5, był topos wędrowca – psa wracającego do domu po tym, jak właściciele nieumyślnie zostawili go nad jeziorem – przeplatający się z topiką nawołującą do walki z rasizmem – dzielnemu psu w trudnych chwilach pomaga stadko łabędzi...
Widzicie, nawet największą bzdurę można opisać tak, by dla przeciętnego zjadacza chleba zabrzmiało to mądrze. Wystarczy spojrzeć, jaką poczytność ma Fakt.

Poza tym, „niewielka książeczka” wskazuje na to, że to w istocie było takie kilkustronicowe opowiadanko. Ale niuee, musi nosić dumne miano „książki”.

2.„Marta i Królowa Czajników”
(...)
Pewnego dnia jednak Marta dowiaduje się, że w losach świata ma do spełnienia jedną z
najważniejszych ról. U boku Królowej Czajników, odwiecznej Pani Szczęścia, staje do walki z rozlewającym się po świecie Smutkiem i Goryczą.
*padła, leży i wstać nie może*

Książka powstała w listopadzie 2006 r., a postacie głównych bohaterów wzorowane były na
koleżankach i koledze z klasy autorki. Pojawia się również tajemnicza pani Loremi, znana z
„Podróży Wigilijnej”.
Cudowne nawiązanie, którego nigdy nie będzie nam dane zaznać. Chyba że „Marta i Królowa Czajników” jednak doczeka się papierowej wersji, ale to już będzie jeden ze zwiastunów apokalipsy i będziemy mieć z Muzą ważniejsze sprawy na głowie.

3.„Dziecko Gwiazd Atlantyda”
Wait a minute, to była TRZECIA rzecz, jaką w ogóle kiedykolwiek napisała? Po bajce o Bożym Narodzeniu i opowieści o koleżankach z klasy? Nie no, ja rozumiem, że są inne różne Paolinia, którym udaje się wydać PIERWSZĄ napisaną w życiu książkę, ale... ale... Oba przypadki to jest po prostu wydawanie WPRAWEK. Pierwsze 200-400 napisanych stron czegokolwiek to są WPRAWKI. Wydawanie tego kończy się... no cóż, wylądowaniem na blogu czarne-owce.blogspot.com. I moją frustracją.
Oj tam, oj tam, napij się „kakała” to ci przejdzie.

4.„Krystian i Ilona”
Zwariowana komedia, parodia słynnego romansu o Tristanie i Izoldzie, którą autorka pisała wraz ze swoją przyjaciółką, Marthą Gantner, na szkolnym korytarzu od października 2007 r. do marca 2008 r.
O, wreszcie jakiś przejaw inteligĘtnej literatury. Tia.
Reklamowanej jak filmy na Polsacie.

5.„Moja Baśń”
Pisana w 1 os. l.p. baśń, w której autorka opowiada o pewnych wakacjach, które spędziła w położonym w lesie dworku tajemniczej ciotki Agaty. (...) Autorka opisuje smak deszczu, pajdy świeżego chleba z masłem i… ust płanetnika.
No po prostu łał. Czuję, że muszę to przeczytać, bo inaczej nigdy nie poznam prawdziwego smaku chleba z masłem.
Nic dziwnego, skoro zawsze na śniadanie jesz kanapki z Nutellą, burżuju zasrany.

6.„Roszpunka”
(...)
Książka poważna, by nie powiedzieć – filozoficzna, pokazująca, że nie wiemy nic… i może to dobrze?
Tak czytam te opisy jeden po drugim... I w każdym widzę jedno: wykorzystywanie znanych postaci i motywów, jakby wymyślenie czegoś własnego było zbyt trudne.
Patrząc na Królową Czajników, może to i dobrze. 
A poza tym: filozofJa i poŁezja!

7.„Historyczna Introdukcja” i „Nie martw się… i tak nie żyjesz!”
Obie pozycje zestawione obok siebie, gdyż są częścią jednego cyklu: „Cudowne Dzieci”, w
którym niczym w komedii dell’arte główne role zawsze „odgrywają” koledzy i koleżanki z klasy autorki.
Again? I oni taką literaturę każą nam traktować poważnie?

8.„Opowieść o Tobie”
Książka, w której autorka zastosowała całkowicie nowatorski sposób przedstawienia akcji (żeby dowiedzieć się jaki, trzeba przeczytać).
No ba. Zatem się nie dowiemy. Musimy wierzyć na słowo, jak w przypadku wszystkiego powyższego i poniższego, że Miśka wielką poetką była.
Ale jak to ma mnie zachwycać, jak mnie nie zachwyca?!

To opowieść o człowieku wraz z jego pragnieniami, myślami i strachami.
I o tym, że żeby żyć, potrzebuje.
*parsk* Skorzystać z latryny?

Na stronie nie ma ani słowa o najnowszej wydanej powieści Olszańskiej (Boru, tego będzie więcej?), „Zaklęta”. Z opisu tejże wynika jednak, że może to być przemianowana „Roszpunka”. Dojdzie do tego, że Królową Czajników też wydadzą...

Udziela ci się mania wielokropków.
Dżizas, muszę przeczytać jakiś traktat naukowy.

Pozostała nam jeszcze jedna rzecz będąca integralną częścią książki, mianowicie utwór dołączony na płycie CD, skomponowany i zaśpiewany przez autorkę.


Nie będę udawać, że mam jakieś muzyczne kompetencje do oceniania śpiewu, ale moje zdanie na ten temat brzmi: do kościółka w sam raz.

No, to by było na tyle spraw aŁtoreczkowych – choć momentami naprawdę miałam wrażenie, że chodzi o kolejną Mary Sue. Czas zabrać się za dzieło właściwe.

Przy okazji pragnę nadmienić, że choć w trakcie analizy momentami wychodzę z siebie i rzucam wokół słowami nieprzystającymi damie, to nie życzę autorce wszystkich plag egipskich i nie uważam jej za przypadek beznadziejny - mam ino cichą nadzieję, że nie popadnie w syndrom Paoliniego i nie pomyśli, że skoro już udało jej się coś wydać - ach, tak wcześnie - to znaczy, że JUŻ pisze doskonale i tak niechaj zostanie. Otóż nie, kurnia felek, pisarz powinien cały czas doskonalić warsztat i nie wychodzić z założenia, że jest nieomylny (krąży plotka, jakoby autorka sprzeciwiła się jakiejkolwiek redakcji „Dziecka Gwiazd”...). To, co wydała, do wydania się jeszcze, niestety, nie nadawało. Okej, zdarza się, ale mamy nadzieję, że więcej takich baboli już nie będzie. No. Bo jak nie, to wiadomo. ;P Niemniej, myślę, że książka może się spodobać komuś, kto lubi taką, dajmy na to, „Sagę o Ludziach Lodu”.






 Królem tej wyspy (wielkiej jak kontynent, jednak zawsze uznawanej za wyspę) był Menros. Dobry władca, właściwie nie było nikogo, kto niezadowolony byłby z jego rządów, i nie wynikało to tylko ze strachu. Choć strach był również.
Nikt nie uważał tej pizzy za niesmaczną, i nie wynikało to z tego, że kucharz spartolił robotę. Choć spartolił.

Następca tronu, Tyncjon, był wysokim czarnowłosym młodzieńcem o lazurowych oczach i jasnym pogodnym czole.
Oczy będące klejnotami jak u kucyków Pony – są.
Następne w kolejce jest „zaokrąglenie się przez wakacje”, ale to chyba nie dotyczy...

Poświęcał mu więc dużo czasu, bo, jak mawiał: „Z kocięcia trzeba było zrobić lwa”.
Żeby mógł zakochać się w jagnięciu.
*ziewa i idzie oglądać kocięcia na youtube*

Drugim dzieckiem Menrosa była Meihna. Dziewczyna o urodzie tak wielkiej, że zachwycali się nią królowie z całego świata, posądzając nieraz w skrytości jej matkę o jakieś nieczyste czary odprawiane nad kołyską małej królewny. Była przy tym osobą dojrzałą i rozsądną mimo swojego młodego wieku. Czasem zadumę, w jakiej tkwiła, brano za głęboki smutek, jakiś nieokreślony żal, tęsknotę... Bywało, że miała smutne oczy, nawet gdy nie czuła smutku.
*wzdycha ciężko* Kolejna Bella. Poza tym, to już jest po prostu skrajny narcyzm, dawać takie opisy głównej bohaterki, gdy się pozuje jako ona na okładce. *facepalm*

Zawsze towarzyszyło jej zwierzę z gatunku equus monoceros, stworzenie o pysku konia, ciele kozła i długim rogu wyrastającym z czoła.
Piękna, mądra, smutna bez powodu księżniczka potężnego państwa skazanego na zagładę. I nawet jednorożca ma! A ja myślałam, że więcej merysójkowości już nie uświadczę.
Nie jednorożca, tylko equus monoceros. To musi być męczące, tak go wołać.

Chodziło za nią wszędzie jak cień, jak jasny cień, stając się jej nieodłącznym kompanem i swego rodzaju symbolem. Symbolem czystości i prawości (ale nie naiwności), jakie prezentowała sobą księżniczka Meihna.
Jednorożce są symbolem miłości lesbijskiej i rozwiązłości seksualnej! Tako rzeczą przykościelne tablice!

Najmłodszy syn króla Menrosa, Mojnes, był przeciwieństwem rodzeństwa. Próżny, rozrzutny, kochał zabawy i hulanki nawet bardziej, niż dałoby się to wytłumaczyć jego wiekiem.
Czekam na ten moment, kiedy zostanie zdrajcą albo zrobi inną Straszną Rzecz.

I tak Atlantyda, Wielka Atlantyda, kwitła pod mocną ręką Menrosa i już szykowała się na kolejne wspaniałe czasy we władaniu księcia Tyncjona, choć jeszcze przecież dużo czasu miało minąć, nim ten obejmie tron. Ale to nie miało znaczenia. Czymże jest ludzkie życie, nawet najdłuższe lata panowania, wobec nieskończoności „trwania”?
I nawet bonusu w postaci nastoletniej filozofii Z Rzyci Wziętej i Na Siłę Wciśniętej tu uświadczymy. Czuję się niemal tak oświecona, jak po lekturze dowolnej książki Coelho.

Meihna siedziała na kamiennej ławce w ogrodzie, niewolnica osłaniała ją przed słońcem wielkim trzcinowym wachlarzem.
Ładne mi państwo wielkiego bogactwa i wiecznego szczęścia, a niewolnictwo prosperuje aż mruczy.
Ee, to pewnie taka udawana niewolnica. Jak skończy jej się zmiana, to pójdzie do sauny czy coś.

Jednorożec Meihny stał w jeziorku wśród lilii wodnych, chłodząc się przyjemnie. Księżniczka uśmiechnęła się i podeszła do ulubieńca, łapiąc go czule za róg i przytulając.
Wyobraziłam sobie, jak dziewczątko łapie w garść róg, przyciąga do siebie łeb jednorożca i mizia go z zapałem Elmirki.
http://www.youtube.com/watch?v=D_EUfpwh2jY

Zdawała sobie sprawę, że nie zawsze będą razem. Dziewczyna miała już szesnaście lat, oznaczało to, iż nieuchronnie zbliża się jej ślub z helleńskim księciem Helistolesem
Noooł, a tak bardzo chciała poślubić jednorożca. :C
Teraz to zaczyna pachnieć Jolą Rutowicz. A tak bardzo chciałam uniknąć tego skojarzenia. oO”

nieuchronnie zbliża się jej ślub z helleńskim księciem Helistolesem, z którym zaręczona była jeszcze przed urodzeniem.
Powód do straszliwego nieszczęścia – jest. Czekamy na opis, jak wielkim pasztetem jest Helistolec. Tfu, Helistoles.

Musiała wyjechać do kraju swojego małżonka, tak samo jak trzy siostry króla Menrosa i jak wszystkie przyszłe córki Tyncjona i Mojnesa... Nigdy nie uważała, jakoby miało to być specjalnie sprawiedliwe czy rozsądne, jednak takie było prawo ustanowione przez kapłanów. Ponoć na wypadek gdyby jedna z królewskich córek miała okazać się czarownicą czy demonem lub, co gorsza, zapragnęła przywrócić matriarchat.
To już wiemy, co będzie głównym osiągnięciem Meihny.

— Słyszałaś może o tej nowej machinie?
— Jakiej machinie?
— Nie wiem dokładnie... Ponoć atlantydzcy konstruktorzy pracują nad jakąś maszyną.
— Nową maszyną... Tyle ich jest, że za chwilę zabraknie ludzi do obsługiwania ich. To zaczyna wymykać się spod kontroli, powoli traci sens. Tak wiele z tych rzeczy okazuje się bezużytecznych albo niebezpiecznych... Albo jedno i drugie. To najczęściej.
Weźmy taki komputer. Dorwie się do niego jakaś nawiedzona nastolatka/nastolatek z przerostem ego i wymyśli sobie, że potrafi pisać...

Nagle zza krzaków wyskoczył niczym dziki zwierz chłopiec z drewnianym mieczem. Miał kruczoczarne, zmierzwione włosy, w jego zielonych oczach błyszczały zawadiackie ogniki.
Potter! Bieganie z mieczem po błoniach jest zabronione! Gryffindor traci dziesięć punktów!

— Jaka machina? Czy to jakaś broń?
Meihna westchnęła.
— Mojnes... To nie twoja sprawa... wybacz.
Chłopiec wyszczerzył zęby.
— Dlaczego nie? Nie zapominaj, że to ja tu jestem mężczyzną, a ty kobietą. Gdyby Tyncjon umarł...
— Och, przestań!
— ...to wtedy ja, nie ty...
— Mojnes! Zabraniam ci mówić takie rzeczy!
— ...byłbym królem!
Oto plan mój i kłów moich blask... Przyjdzie czaaas!

Wieczorem, kiedy niebo okryło się granatową pierzyną, a zamiast słońca pojawił się księżyc, w pałacowych ogrodach rozległ się głos trąb obwieszczający powrót króla.
http://www.youtube.com/watch?v=NUIZvAe3RBg

Tyncjon spojrzał na siostrę.
— Ty się czymś niepokoisz! Powiedz, o co chodzi?
— Ech... Doszły mnie słuchy, że konstruujecie nową maszynę.
— Naprawdę? — Książę zdziwił się — Skąd o tym wiesz?
— To nie ma znaczenia, bracie.
— Masz rację... Tak, konstruujemy. Meihna jęknęła.
Królewna nie wie, czym ta maszyna tak naprawdę jest, ale wpada z jej powodu w panikę.
A skąd o niej wie – też się nie dowiemy, bo to bez znaczenia, liczy się tylko ekspozycja.

— Nie! — Księżniczka pokręciła głową. — To nie jest logiczne! Przecież co dzień obserwujemy ruch Słońca po niebie!
— Pozory! Nie jesteśmy środkiem kosmosu, ale tylko jego częścią, tylko częścią!
Mam wrażenie, że ta książka była pisana na zasadzie „Byle dało się z niej zacytować jak najwięcej złotych myśli”.

Czy on nic nie rozumie? — zastanawiała się Meihna. To przecież tak strasznie wszystko komplikuje! Jeśli ludzie dowiedzą się, że Ziemia nie jest środkiem kosmosu, przestaną cenić ją, przestaną czcić! Zaczną buntować się przeciwko bogom, drążyć tajemnice... źle się stanie!
Złapała brata za rękę.
— Nikt nie może się o tym dowiedzieć! — krzyknęła.
Zaraz, zaraz. TO jest ta straszliwa maszyna? Model układu słonecznego? o_O Jeśli Atlanci byli naprawdę TAK oświeceni, jak zapewniano nas we wstępie, to czego ta lalunia się obawia?
Że autorka jest niekonsekwentna?
Fakt.

— Chcesz zabrać ludziom naukę? Przecież to ona pcha ich do przodu, głód wiedzy dostali od bogów, dlaczego nie mają z niego korzystać? Nauka jest piękna, fascynująca.
— Mówię tylko, że czasem trzeba zastanowić się, jaką ceną się ją zdobywa. Pomyśl. Czy naprawdę chcesz sprawić, że ludzie poczują swoją nieistotność w kosmosie, że zdadzą sobie sprawę, jak bardzo są mali?
Tragedyja! Nie jestem pępkiem świata!

— Prawda czasem musi boleć.
— Ale ujawnienie tej prawdy powinno następować w odpowiednim czasie. Nie za wcześnie, nie za późno. Na TĘ prawdę ludzie nie są jeszcze gotowi. Są jak wciąż uczące się dziecko. Czasem po prostu nie można powiedzieć mu, że robi coś beznadziejnie, nie można zmiażdżyć jego marzeń. Jego skóra jest zbyt delikatna, łatwo ją zranić, i to tak, że blizna pozostanie na zawsze...
Boru, ona jest JESZCZE mniej subtelna od Coelho we wciskaniu tych prawd objawionych.

— Meihno... — zaczął niepewnie. — Pytałaś mnie o tę maszynę... Chodź, pokażę ci projekt.
Oł, czyli to jednak wciąż nie była ta przerażająca machina. Za chwilę czeka nasz kolejny szok.
Och, bracie! SPŁUCZKA DO SZALETU?! Czy nie pojmujesz, że tym wynalazkiem skażesz nas na zagładę?!
Wychodzi jednak, że tym okropnym wynalazkiem ma być latająca maszyna. Meihna nie jest przekonana, ale przynajmniej nie odstawia cyrku.

— Tak samo! Będziemy jedyną cywilizacją posiadającą coś takiego, świat znajdzie się w naszym władaniu już na zawsze! Widząc nas nad swymi głowami, ludzie wezmą nas za bogów! (...)
— Może masz rację — powiedziała, starając się, by jej głos zabrzmiał bardzo pewnie. — To może być naprawdę dobry pomysł, trzeba tylko umieć rozsądnie się nim posługiwać.
-.-" Na widok modelu układu słonecznego wpada w panikę, że ludzie zbuntują się przeciwko bogom, a gdy jej brat WPROST mówi, że dzięki latającej maszynie ludzie staną się im równi, popełniając tym samym permanentne bluźnierstwo, dziewczę stwierdza, że coś w tym jest. *puka w ekran na stronie autorki* Halo? Jest tam kto? To się kupy nie trzyma!

[Gwiazdy] Były tak samo ważne jak ta najwspanialsza dotychczas, cudowna Ziemia, ukochana przez bogów, wybrana spośród milionów innych planet... Teraz znaczyła tyle, co reszta, może mniej...
Świat Meihny bardzo się pokomplikował, stał się dziwny, wielki, pusty...
Nie wiedziała już, czego się złapać. Co w życiu pozostało pewne i nieodwołalne...
Tylko to, że co drugie zdanie w tej książce będzie się kończyć wielokropkiem...
Nota: nadużywanie wielokropków NIE czyni tekstu tajemniczym, magicznym ani refleksyjnym, tylko DENERWUJĄCYM.

Była tak radosna i szczęśliwa, że zapomniała nawet o zmartwieniach, których w ostatnim czasie miała dużo.
Całe dwa.

Była sama na morzu, od dna dzieliło ją dobrych kilka metrów. Przestraszyła się, dryfowała daleko od lądu całkiem bezbronna wobec wszechobecnej wody, która otuliła ją teraz niebezpiecznie. Zaczęła płynąć czym prędzej do brzegu, modląc się, aby nie zabrakło jej sił, gdy poczuła nagle, że coś złapało ją mocno za nogę.
Przeszywający ból ogarnął całe jej ciało. Spojrzała z przerażeniem w dół, ale nic tam nie było, żadnego potwora czy nimfy morskiej, jedynie ból niewiadomo skąd i okropne poczucie niemocy.
(...)
— Skurcz cię złapał, o pani — powiedziała, gdy spostrzegła, iż Meihna już się ocknęła.
Czyli tak... Ma prawie szesnaście lat, mieszka na wyspie otoczonej oceanem, w którym lubi pływać tak bardzo, że nabrała w tym „delfiniej zręczności”, ale jest przerażona i nie wie, co się dzieje, gdy łapie ją skurcz?
Widocznie potrzebny był pretekst do jakiegoś Przełomowego Wydarzenia.

Nagle czyjaś mocna ręka złapała ją wpół i dźwignęła ku górze... Meihna poczuła, jak do jej płuc dostaje się znowu świeże powietrze...
Ach, Jacob...
A nie, bo Nara – jej niewolnica.

Kazała Narze wstać, po czym powiedziała do niej:
— Czy ty nie masz ochoty popływać w oceanie?
— Pani! Nie wolno mi...
— Wolno ci wszystko, na coja ci pozwolę, zatem jeśli pozwalam ci pójść popływać, to zapewniam cię, że ci wolno.
— Nie mogę... Jak to będzie? Ja się będę kąpać, a moja pani siedzieć tu na brzegu, jak — bogowie raczą wiedzieć, co — i patrzeć na mnie?!
Taaak... rozbierz się... Pokaż, co masz pod spodem... Ochlap się wodą...

Często marzyła, że ucieknie z pałacu od zamążpójścia i wszystkich obowiązków i zamieszka z Jednorożcem i sarnami
W tej chwili w mojej głowie pojawiają się dziwne obrazy. 

Nauczyciele opowiadali jej o miastach-państwach, o bóstwach Olimpu, w które odtąd będzie musiała wierzyć, o pięknych wierszach i pieśniach, wspaniałej kulturze i cudownym krajobrazie...
No właśnie, a jaka jest właściwie kultura i religia ATLANTYDY? Bo jak do tej pory ani o jednym, ani o drugim nie wiemy NICZEGO.

W oczach Teriny wyglądało to trochę inaczej. Dziewczyna podróżowała kilka razy do Grecji, znała ją całkiem dobrze. Mówiła o męskiej cywilizacji nieuznającej pozycji kobiet, wyłącznie męskich ucztach i zabawach. Na samą myśl o patriarchalnym państwie wychowana w pozycji niemal równej braciom księżniczka wzdrygała się z odrazą...
*wali głową w blat biurka* A niby na czym opierały się zwyczaje – wysyłanie kobiet z królewskiej familii za ocean, nie pozwalanie im na zdobywanie takiego wykształcenia jak mężczyźni etc. – opisywane przez ostatnie 25 stron? NA PATRIARCHACIE, KURWA. *dalej wali*

Między dwoma wielkimi, wilgotnymi głazami czerniło się ciasne wejście do jaskini.
Moje skojarzenia wprost wyją z zachwytu.

Zwierzęta obserwowały ją z zainteresowaniem, wychylając się ze swoich kryjówek, miedzianomarchewkowe stworzonko przebiegło jej drogę, machając w powietrzu pięknym, puszystym ogonem, kilka siwych ptaszków wzbiło się ze świergotem w powietrze, kiedy wyciągnęła ku nim dłoń.
Disneyowatości stało się zadość. .__.”

W lesie było kilka jaskiń i grot poukrywanych za rozłożystymi gałęziami, obrośniętych grubą warstwą mchu. Ktoś, kto umiał patrzeć, mógł znaleźć je bez większego problemu, ale nie każdy posiadał ten dar. Meihna posiadała.
No kurwa. <3
To chyba dość oczywiste, że w odróżnieniu od reszty ograniczonego świata, Mary Sue ma OCZY.



Kiedy wyszły z lasu, księżniczka zatrzymała się nagle zdezorientowana. Nigdy nie kontaktowała się z ludźmi spoza pałacu, byli dla niej tak samo tajemniczy jak duchy czy nimfy... a teraz była o krok od wioski i tych, do których nigdy nie należała. 
Czy naprawdę wszystkie księżniczki były tak tępe? 
Ja mam inne pytanie. Czy wszystkie przechodziły przez dokładnie ten sam proces inicjacji polegający na potajemnej ucieczce z pałacu i odkrywaniu na własną rękę, jak wygląda świat poza nim i rozkosznym dziwieniu się na widok zwyczajnych zajęć zwyczajnych ludzi?

Dziewczyna złapała ją gwałtownie za nadgarstek, gdzie widniała bogato zdobiona bransoleta z wyrytym znakiem króla Menrosa.
— O bogowie! — zawołała. — Co ty tu robisz, dziewczyno?!
— Chciałam tylko...
— Jesteś księżniczką, prawda? Księżniczką Meihna, córką króla Menrosa, czy tak?
(...)
— Nie chciałam cię przestraszyć — powiedziała łagodnie. — Jestem Nika. — Meihna uśmiechnęła się blado. — To po prostu niesamowite spotkać księżniczkę. To się nie zdarza. 
Może by tak szacunek... ukłon czy coś... nic?

Nika otworzyła przed Meihną drzwi kamiennego domku. (...) duży kamienny stół, przy którym siedzieli teraz mężczyzna, kobieta oraz piątka dzieci. Na widok Meihny zaczęli szeptać coś między sobą, przyglądali się z zaciekawieniem jej drogim szatom i zdobiącej ręce biżuterii.
— Chciałam przedstawić wam moją nową przyjaciółkę. Mieszka na drugim końcu wioski.
— Bardzo nam miło
I oni to kupili?! Do ich wiejskiej chałupy w jakiejś leśnej wiosze wchodzi dziewczyna ubrana jak, kurde mol, cholerna księżniczka, a oni co, zaraz poproszą ją o pomoc w dojeniu kóz? Co jest z tymi ludźmi nie tak?!
Są kiepsko wykreowanymi postaciami z kiepskiej książki...?

— Dużą część ostatnich zbiorów oddaliśmy królowi. — Matka Niki uśmiechnęła się dumnie.
Meihna jęknęła.
— Jak to?! Przecież tak biednie żyjecie! Gdyby król wiedział jak biednie, na pewno nie przyjąłby waszych darów! (...)
— Nigdy tego nie zrozumiesz. My żyjemy w dobrobycie... a właściwie moglibyśmy, gdybyśmy chcieli.
*nie komentuje*

— Ale... tak nie może być...
— Proszę cię... zostaw nas. Nie zabieraj nam tego, w co wierzymy, co szanujemy. Proszę...
Księżniczka popatrzyła na nią. Przypomniała sobie, jak brat pokazał jej model kosmosu. Jak to naruszyło porządek jej świata.
Oddawanie części swoich zbiorów to nie jest kwestia wiary, tylko prawa. To się nazywa danina. Albo podatek. Wszystko jedno, ale to nie jest, kuźwa, to samo, co głęboko zakorzeniona wiara w geocentryczny model wszechświata! ><”
Ale co z tego, że przykład zły? Gdzieś TRZEBA było do tego nawiązać!



Król nie potrzebował darów tych ludzi. I bez nich skarbiec był wielki i bogaty.
Rozumiem, że królewska rodzina jest tak królewska, że żry złoto i kamienie szlachetne. A ponieważ w starożytnych kulturach kamienie szlachetne były uważane za fekalia bogów – gratulujemy dobrego smaku.

Chciała, żeby ludność Atlantydy żyła szczęśliwie i dostatnio, żeby nie marnowała swojego jedzenia, zwierząt i drewna na dary dla króla, podczas gdy on i tak ma tego wszystkiego pod dostatkiem.
A ma tego pod dostatkiem, booo...?
Wyczarowywuje!
Nie. BO DOSTAJE TO W RAMACH DANINY OD PODDANYCH. Im bardziej zagłębiam się w lekturę, tym większa frustracja mnie ogarnia. To przecież nie jest kwestia nawet jakieś podstawowej wiedzy, tylko logicznego myślenia. -.-

— Wiesz, oni funkcjonowali tak od zawsze. Kochali, czcili króla. Składali mu dary, a on w zamian dawał im poczucie bezpieczeństwa i własnej wartości. To, co oddawali Atlantydzie, sprawiało, że stawała się silna, szanowano ją. Można więc powiedzieć, że nasze królestwo zawdzięcza swoją potęgę również zwykłym, biednym ludziom.
Thank you, Captain Obvious!

— O! — Nika wsadziła rękę do kieszeni tuniki i wyjęła z niej dwa złote kolczyki. — Oddałaś mi grzyby, więc weź z powrotem zapłatę. I tak warta była stu takich koszy.
Meihna zaśmiała się i odsunęła od siebie rękę dziewczyny.
— Zatrzymaj je. Ja mam takich mnóstwo, ty ani jednych. Niech przypominają ci o mnie, kiedy odpłynę do Grecji. Patrząc na nie, pamiętaj, że Atlantyda istnieje dzięki nam wszystkim i każdy jest jej tak samo potrzebny, nieważne, czy mieszka w pałacu, czy w kamiennej chacie.
*czeka, aż Meihna zacznie chodzić po wodzie i zamieniać wodę w wino*
Ta druga umiejętność zapewne sprawiłaby, że król jeszcze raz by się zastanowił, czy warto wysyłać córcię do Grecji.

Dziewczyna patrzyła jeszcze chwilę, jak księżniczka znika w ciemnym wejściu jaskini, po czym spojrzała na niebo i poprosiła cicho bogów, by strzegli Meihnę. Była pewna, że jej wysłuchają...
- Hmmm, no nie wiem... – zamruczał Cthulhu, pocierając swoje macki. – Co ty na to, Azathoth?
- Ghbrllbpthfbllaughr...

— O co chodzi, Naro? — Meihna spojrzała na nią z rozbawieniem. — Przecież nic mi nie jest.
— Teraz tak, pani, mówisz, bo wszystko się dobrze skończyło, ale klątwa mówi wyraźnie, że kto raz wejdzie do jaskini Zenory, nie wyjdzie z niej żywy!
Ile jeszcze wątków dotyczących głównej bohaterki zawiera ta książka? Nikt poza nią nie ma tu życia?
Mają, ale nieważne. Zniewalająco piękna i mądra Meihna jest ważniejsza. <3

— Naro, uspokój się, proszę! Skoro jest takie przeklęte, dlaczego król nie kazał zastawić wejścia do groty?
— Ależ kazał!!! I było zastawione ogromnym głazem przez prawie sto lat, dopóki pewien obłąkany mag Nitrus nie otworzył go za pomocą czarów, by poznać tajemnice Zenory! Król skazał go na śmierć i wtrącił do lochu, gdzie ten miał czekać na wyrok do rana następnego dnia. Mag uciekł jednak, ponoć przemieniony w szczura, i krąży do dziś po Atlantydzie, czekając dnia, kiedy znów będzie mógł wkraść się do jaskini!
— Dlaczego więc tego nie zrobił? Minęło dużo czasu.
— Eee... No więc... Tego już nikt nie mówił.
*słów jej brak*

Na przykład szczerozłoty koń naturalnych rozmiarów, będący prezentem od króla Troi. On uwielbiał konie...
Haha... Rozumiecie? Król Troi uwielbiał konie. Haha.
Zacny suchar, milordzie. Prawie się najadłam.

Ale najbardziej tajemniczym skarbem była niebywale duża perła, przyniesiona w darze przez nieznajomego wędrowca ze wschodu, podającego się za maga...
Ciekawostka: ile razy w tej powieści pada słowo „tajemniczy”?
Potężny bóg Word znalazł 103 słowa „tajemnica” w różnych postaciach. To już podpada pod fetysz.

Miał on powiedzieć, że jeśli Atlantydzie zagrozi kiedyś niebezpieczeństwo, ktoś z rodu królewskiego ma razem z perłą wypłynąć w morze i odnaleźć maga...
No dajcie spokój... Z takimi ekspozycjami na trzydziestej stronie już możemy dokładnie powiedzieć, co się stanie. Najmłodszy brat Meihny dopuści się jakiegoś straszliwego czynu zagrażającego królestwu, najstarszy brat prawdopodobnie zginie, Meihna wyruszy w poszukiwaniu pomocy, po drodze udowadniając całemu światu, że kobieta też człowiek, a całą Atlantydę diabli wezmą.
Autorko, jeśli chcesz, by twoje dzieło było tajemnicze, nie należy używać co chwilę przymiotnika „tajemniczy”, tylko wprowadzić chędożony nastrój!

— Musimy być bardzo ostrożni! — powiedziała do Jednorożca. — Tu jest stromo i...
W tym momencie spróchniała gałąź pękła nagle z olbrzymim trzaskiem i razem z trzymającą ją kurczowo Meihna runęła w dół po pionowym zboczu, nim nawet księżniczka zdążyła wydać z siebie zduszony krzyk. Jednorożec bez namysłu skoczył za swoją panią, niezatrzymany żadnym instynktem samozachowawczym, i teraz spadali już we trójkę: gałąź, księżniczka i Jednorożec.
*rotfl* Gałąź była zachwycona z niespodziewanej przejażdżki.

Meihna rozpaczliwie próbowała złapać się wystających ze zbocza kamieni czy roślin, ale ilekroć jej się to udało, siła pędu „odrywała” ją od zbocza
Używanie cudzysłów tak często świadczy o tym, że autorka sama nie jest pewna tego, co pisze.
Winky... myślę, że panna Michalina w pełni już zasłużyła na miano aŁtorki.
Gratulujemy! Prosimy o brawa!

U podnóża góry, z której spadała Meihna, znajdowało się jezioro i to tam ostatecznie księżniczka, gałąź i zwierzę zakończyli swój lot.
- Ja chcę jeszcze raz! – krzyczała rozentuzjazmowana gałąź.

Jednorożec tylko otrzepał się z wody i podszedł do swojej pani, tyrpiąc ją przyjaźnie głową.
Tyrpać – szarpać kogoś w gniewie; tarmosić, napastować, niepokoić, zaczepiać (sjp.pwn.pl).
Zalecamy nieużywania słów, których znaczenia nie jest się pewnym. A korzystanie ze słownika to nie hańba. Nie TYLKO, ale ZWŁASZCZA dla literata.

— To straszne! — Zakryła twarz dłońmi. — Jak my teraz wrócimy do domu?!
Jedynym, co widziała, był głuchy, ponury las otwierający przed nią swą ogromną paszczę. Nie sprawiał przy tym wrażenia spokojnego i ciepłego, jak las po drugiej stronie góry, który zaprowadził Meihnę do
wioski. Był ciemny. Nie zapraszał nikogo śpiewem ptaków, nie kusił soczystością kolorów. Był nieprzyjazny, surowy, tajemniczy...
Och, siurpryza. Myślałam, że jak coś jest „tajemnicze”, to jest dobre.
Widocznie tak jest, gdy jest po prostu „tajemnicze”. Ale jeśli jest „tajemnicze...”, to już kiepsko.

Nikt przy zdrowych zmysłach nie chciałby zagłębić się w niego... Meihna jednak nie miała wyjścia. Złapała Jednorożca za grzywę, może trochę mocniej, niż powinna, i ruszyła przed siebie, czując, że może kiedyś żałować tego kroku... Żałowała go już zawsze...
Ciężko mi komentować tak natchnione treści, naprawdę. Ale zwyczajnie nie mogę ich nie zacytować.

Ziemia była sucha i spękana, jakby nigdy nic na niej nie rosło. Jednak rosło.
*facepalm*

Wielkie ponure drzewa o pniach tak grubych, że czterech ludzi by ich nie objęło, nachylały ku dziewczynie groźne, ostre gałęzie, zakręcone niczym szpony sępa, krążącego nad ziemią, wypatrując padliny, w której zatopi bezlitośnie swój ociekły krwią dziób...
Rozwlekły, pseudopoetycki opis zakończony wielokropkiem – Pałolini approves.

Meihna spojrzała na czarne od kruków korony drzew, na pusty, ciemny las, na spękaną ziemię...
Ona nawet nie stara się być subtelna w budowaniu nastroju, prawda?
*klepie Winky pocieszająco po pleckach*

...Nagle wszystko ucichło...
Wiatr ustał równie szybko, jak się zerwał, kruki usiadły spokojnie z powrotem na gałęziach, drzewa wyprostowały się... pozostała cisza... Cisza wskazująca na to, że za chwilę zdarzy się tu coś niezwykłego... Cisza oczekująca... wypatrująca czegoś... lub kogoś.
A może... to była praca... praca na konkurs... polegający na tym, aby zmieścić jak najwięcej wielokropków... w jednym akapicie...?
Dla mnie to wygląda, jakby aŁtorka miała zadyszkę.

I nagle, jakby w odpowiedzi na ich oczekiwanie, zza dwóch dębów wyszło coś, co Meihna zapamiętała do końca swego życia, coś, czego obraz nieraz powracał do niej, gdy najmniej się tego spodziewała.
Wielki, mocny zwierz, prawdziwa bestia, demon zamieszkujący ten ponury las.
Jego szable przywodziły na myśl śnieżnobiałe kolumny stojące w sali tronowej, ruda sierść lśniła jak ogień, choć słońce nie dochodziło już do tego ponurego miejsca.
Dzik
*ómarła* Jebnęła jak dzik w sosnę. xD

Dzik stał teraz na leśnej ścieżce, wlepiając ślepia w Meihnę, która sparaliżowana nieopisanym strachem osunęła się na ziemię, nie mogąc się poruszyć ani ustać na nogach.
- Zjem cię... – chrumkał dzik. – Pożrę twój mózg, wyssę gałki z oczodołów, schrupię wszystkie kości... KWIIIIK.

— Nie... — szepnęła ostatkiem sił, a głos wiązł jej w gardle. — Nie zabijaj mnie... proszę...
(...)
Patrzył przez chwilę na dziewczynę, nie poruszywszy się nawet, po czym odwrócił się wolno i zniknął między drzewami...
- Oink, oink... W dupach się poprzewracało tym królewnom...

Meihna leżała jeszcze przez jakiś czas, wciąż nie mogąc wstać. Las rozpogodził się, kruki odleciały, drzewa przybrały przyjazny wygląd, a słońce, przebiwszy się przez ich korony, oświetliło leśną drogę (która na powrót się tam znalazła), sprawiając, że nic już nie było tak straszne, jak zaledwie kilka chwil temu.
Najwyraźniej to był czarodziejski dzik-cudotwórca, zwiastun dobrego losu.
Taki Gandalf, tylko z ryjem.

Mimo iż starała się przyjąć, że spotkanie z dzikiem było jedynie przewidzeniem
No, mnie też się w lesie przEwidują dziki, całkiem często. Ale jestem na tyle rozsądna, że schodzę im z drogi, zamiast padać na leśną ściółkę i błagać o litość.

Księżniczce, nieprzyzwyczajonej do ćwiczeń fizycznych, wspinanie się po stromym zboczu nie przychodziło łatwo, toteż kiedy ostatecznie zmęczona i zła znalazła się na szczycie przy wejściu do jaskini, była już po dziesięciu upadkach i potoczeniach z powrotem na sam dół.
— Przypomnij mi... — powiedziała zadyszana do stojącego obok niej Jednorożca, któremu wspinaczka poszła całkiem szybko
Taaak! Czterokopytne koniopodobne zwierzę z łatwością wspina się po stromym zboczu!
Myślałam, że to jednorożec, a nie kozica górska...

Kiedy Meihna wyszła z jaskini, Nara już na nią czekała.
— Zgubiłaś kosz, o pani? — spytała zdziwiona.
A nie zdziwiła się, że jej pani jest przemoczona, zmęczona i brudna jak święta ziemia po tarzaniu się w lesie i wspinaczce po stromej skale, z której po drodze spadła dziesięć razy?

— Czy na Atlantydzie są... dziki? To znaczy... Nigdy żadnego nie widziałam.
— Na Atlantydzie dziki?! O ile wiem, to nie. W każdym razie już nie.
— Jak to JUŻ nie?
— Kiedyś ponoć były, ale królowie uwielbiali na nie polować, to i wyginęły.
— Ciekawe... Naprawdę, bardzo ciekawe...
*brak jej sił nawet na facepalm*

— Nie, nie, nie!!! Ależ skąd!
Pratchett mówił, że ludzie stawiający więcej niż trzy wykrzykniki mają problemy ze sobą. W przypadku prozy, ja uważam, że trzy to już jest taka liczba.

Księżniczka wyszła z komnaty, zostawiając zmartwioną Narę samą. Dziewczyna szepnęła:
— Źle się dzieje, o pani. Zenora nie lubi, gdy ktoś zakłóca jej spokój... Bardzo tego nie lubi...
Źle to się dzieje, jak ktoś gada sam do siebie.

płynną czekoladę z pieprzem i imbirem, smakołyk, którego niezwykły przepis król Solorios przywiózł ze swoich wypraw na zachód. Żonę też sobie stamtąd przywiózł.
Ale wolał czekoladę.
 

Do króla przychodzi rodzina Niki, by – ku przerażeniu Meihny – wręczyć mu w podarunku sakiewkę ze złotem, którą Meihna wcześniej wzięła z królewskiego skarbca i po kryjomu zostawiła rodzinie Niki przed drzwiami domu.
— O panie nasz i władco, światło Atlantydy, ty, którego na świat przynieśli sami bogowie! Przychodzimy do ciebie, gdyż spotkał nas najwyższy zaszczyt i dobre duchy przyniosły nam pieniądze! — tu wysunął rękę z sakiewką. — Jako twoi wierni słudzy pragniemy oddać ci ten dar!
(...)
Meihna jęknęła... i zrobiła jedyną słuszną rzecz, jaka przyszła jej do głowy.
Bez namysłu rzuciła się do stóp króla, łapiąc za koniec jego szaty.
— O panie! — krzyknęła, nie mogąc przypomnieć sobie innych tytułów, jakimi nazwał go ojciec Niki. Rodzina spojrzała na nią ze zdziwieniem. — Wysłali mnie tu moi biedni rodzice, ogrodnicy, bym przekazała ci, że żywopłot został przystrzyżony, a kwiaty posadzone!

Menros patrzył przez chwilę na córkę. Można się było go przestraszyć, był niezwykle wysoki, potężny, miał chmurne czoło i gęstą kasztanową brodę, co naprawdę nadawało mu boski wygląd. Mimo to był człowiekiem o łagodnym, choć czasem surowym usposobieniu. Patrzył więc teraz na księżniczkę, po czym rzekł z rozbawieniem:
— Dobrze, moja biedna dziecino. Powiedz swoim rodzicom, ubogim ogrodnikom, że jestem zadowolony i że dziś mogą już udać się do domu. (...)
Kiedy [wieśniacy] zniknęli już w oddali, król zaczął cicho chichotać, potem trochę głośniej, aż w
końcu chichot przemienił się w głęboki, tubalny śmiech. (...)Po chwili w ślad za nim poszedł Tyncjon, później Terina i królowa, i już cała rodzina królewska śmiała się szczerze i donośnie. A słychać ich było w całej wielkiej posiadłości, co niezwykle rozbawiło służbę, kucharzy, niewolników i po chwili cały pałac i ogrody śmiały się i śmiały, jak nigdy przedtem i nigdy potem... Zdawało się, że cała Atlantyda tańczy z radości...
Ja bardzo przepraszam, ale muszę to powiedzieć.
Jak, pytam się, JAK żadna ze stron nie zauważyła, że ta głupia siksa jednej i drugiej stronie po prostu łże jak z nut!? Nawet nie ma się jak wykręcić! Biedacy nie zauważyli, że jest ubrana w drogie szaty i biżuterię (drugi, kurwa, raz) i że przybyła na audiencję wraz z resztą rodziny królewskiej?! Rodzice zbędą jej występek machnięciem ręki i pobłażliwym uśmieszkiem?! NIE, KURWA! Jeszcze na początku chciałam wierzyć, że powieść może mieć potencjał, ale już kategorycznie zmieniłam zdanie. Tu nie ma żadnego potencjału! Pisanie takich rzeczy i w takim stylu jest po prostu obrazą czytelnika i wychodzeniem z rozkosznego założenia, że kupią wszystko w odpowiednio ładnej ramce! To tak zwane gówno zawinięte w papierek, co udaje cukierek. Z całą stanowczością stwierdzam: czuję się OBRAŻONA przez tę książkę i jej aŁtorkę. Koniec pieśni!

*boi się wyjść spod łóżka*

I wtem usłyszała, jak donośny śmiech jej rodziny niesie się echem po posiadłości. Wiedziała już, że nikt jej nie skarci, że dla wszystkich to wydarzenie było wspaniałym oderwaniem od codzienności.
*znowu zaczyna gotować się ze złości*
Myśl o króliczkach! O małych, słodkich, puchatych króliczkach!
 

Kiedy Menros wyszedł, odetchnęła z ulgą. Ostatecznie nie wydała sekretu, a wszystko się wyjaśniło. Oczywiście musiała skłamać. Nie lubiła kłamać, zawsze miała wrażenie, że to na nic i rozmówca i tak zna wszystkie jej myśli. Teraz jednak udało się. Meihna uśmiechnęła się do siebie niepewnie.
Oto nasza piękna, uduchowiona i niezwykle mądra księżniczka, która ucieka, kłamie i się z tego cieszy.

— Może masz rację... W Troi też tak jest?
Terina spochmurniała.
— Podobnie. Z tym wyjątkiem, że tam nikt nie przynosił królowi darów z własnej woli. Trzeba było ustanawiać wysokie podatki i stale je podnosić, co wywoływało wiele buntów. Ludność w Troi nie jest skłonna do składania darów, za to kocha je dostawać... Mój ojciec twierdzi, że to ją pewnego dnia zgubi...
To takie oczko puszczane do ludzi znających historię. Jej. Ale mnie bardziej ciekawi inna rzecz: dlaczego właściwie lud Atlantydy z taką radością oddaje cały swój dobytek królowi? Jedyna sensowna odpowiedź, jaka mi się nasuwa po fragmencie o oddawaniu sakiewki, to taka, że są po prostu GŁUPI – bo wierzą, że to był dar od bogów, a takimi trzeba podzielić się z królem... Nie, to nadal nie ma sensu.
Ale pokazuje nieścisłości ciąg dalszy: że Atlanci nie są tak wspaniałym i oświeconym ludem, jak wmawiano nam na patetycznym początku.

Terina uśmiechnęła się tajemniczo i westchnęła. Widać było, że ta chwila sprawia jej przyjemność.
— Gdy chciałam ci powiedzieć dzisiaj rano, nie byłaś zainteresowana.
— Och! Śpieszyłam się... Mów prędzej!
— No więc... Spodziewam się dziecka!
Meihna pisnęła z zachwytem, po czym zarzuciła Terinie ręce na szyję.
Tiu tiu tiu! Jeśli to będzie chłopiec, będzie się nazywał Tom Bill, a dziewczynka Selena Dorcas!

Terina zaśmiała się.
— Chyba mam pomysł.
— Tak? Jaki? Możemy sprowadzić tygrysy albo delfiny... O! Delfiny! Wybudujemy im sadzawkę i...
— Meihno. Nie uważasz, że przyjęcie tego rodzaju powinno się jednak odbyć w gronie rodzinnym? Pomyśl tylko!
— To nie chcesz delfinów? — Meihna wyglądała na zawiedzioną.
Mądrość spływa z jej ust... *kręci głową*

— Szukał cię jakiś starzec...
— Co ty mówisz? Teraz?!
— Tak. Siedział na ławce nad stawem. Kiedy mnie zobaczył, spytał o ciebie.
— To niemożliwe! Ogrody są pilnie strzeżone, nikt nie może wejść!
Mojnes wzruszył ramionami.
— On jakoś wszedł. Dziwnie wyglądał, jak jakiś obłąkany...
Barty Crouch!

— Dobrze — powiedziała. — Wtedy uwierzę, a teraz wracajmy do pałacu.
— Na to nudne przyjęcie?! Dlaczego?!
— Jak możesz się pytać? Tyncjon jest teraz taki szczęśliwy, powinniśmy cieszyć się razem z nim.
— To nie moje dziecko. Dlaczego miałbym się nim przejmować?
— Mojnes... — Meihna pokręciła głową. — Co ty masz za serce?
Złe i skalane mhrockiem!

Już chciała wracać, karcąc siebie samą, że uwierzyła w niemądre historie jej brata, kiedy ktoś nagle niezwykle mocno złapał ją jedną ręką za ramię, drugą zaś zasłonił usta.
Pedobear nie śpi...

Starzec wyprostował się nagle i spojrzał na księżniczkę głębokim, przenikliwym wzrokiem, który ją przeraził.
— Kiedy minie wiek, zginie jeden, co nie uszanował, drugi, co swą winę zrozumiał, i tylko trzeci zostanie, i on jest tym prawowitym... Ale już będzie za późno i przepadnie na wieki to, co tak kocha... — Starzec wyciągnął ku Meihnie ręce. — Zginie król i dzieci jego, i tylko jedno się ostanie, co prawowitym jest następcą tronu.
-.-” To najbardziej nietajemnicza przepowiednia, jaką w życiu widziałam. To przecież ZBYT oczywiste, kto przeżyje. Muza, zwijamy się stąd, nie ma po co tego czytać.
Nie! Ja się nie zgadzam! Ja muszę się dowiedzieć, co się stało z dzikami!

Okazało się, że tym zbzikowanym staruszkiem był ten cały mag Nitrus, który zdradził, otworzył jaskinię, coś tam, coś tam... Sama już nie kojarzę, na czym to właściwie polegało.


Kiedy Menros rano dowiedział się o pojmaniu Nitrusa, kazał stracić go zaraz następnego dnia o świcie.
A może by tak przesłuchać...?

Czy to gniew Zenory? Czy jej klątwa wyrżnie teraz królewskie dzieci niczym rzeźnik, kat, morderca...
Drwal...?

Majonez mówi siostrze, że Nitrus powiedział mu coś o pomocy znajdującej się w jaskini. Meihna – jak zwykle – wpada w panikę i pędzi do jaskini, pokonując z trudem fale przypływu, gapi się na znaki wyryte w skale, wygłasza parę górnolotnie brzmiących słów... i wraca do pałacu, nie zrobiwszy nic.


— Chyba nie chcesz powiedzieć...
— Tak!!! — Strażnik złapał go za szaty i potrząsnął. Zdawał się nie zauważać obecności księżniczki. — Ten diabeł uciekł za sprawą czarów Zenory! Drugi raz pomogła swemu słudze!!! I będzie to robiła za każdym razem! ZA KAŻDYM RAZEM, aż w końcu nas pozabija! Wszystkich!!!
Takie pytanie... KIM JEST ZENORA? Wiemy, że była jakąś wiedźmą, że krążą o niej przerażające pogłoski et cetera, ale jaki to ma związek z opowieścią o Atlantydzie i Meihnie?
Może nie chodzi o Zenorę, a o Zecorę! 

Mojnes spojrzał na nią z powątpiewaniem.
— Ty się chyba źle czujesz, siostro. Każę zaparzyć ci ziółek.
O, jeden Majonez normalny.

Chłopiec odszedł w głąb pałacu, zostawiając księżniczkę zrozpaczoną na korytarzu.
— To straszne... — szepnęła do siebie. — Chcę uratować mojego brata i nie wiem jak! Nie wiem nawet, przed czym chcę go ratować!!! Jakie to wszystko trudne... Jakie to trudne...
Dajcie spokój, żarty o emo znudziły się już nawet mnie.

Meihna podniosła oczy na matkę.
— Szczęśliwa? Jesteś szczęśliwa?
Kira uśmiechnęła się, ale w uśmiechu tym nie było radości.
— Jestem... — zawahała się — ...zadowolona z życia. Jest mi dobrze. Mam was, mam Menrosa... Czy mogłam mieć lepiej?
— Nie, bo mieszkasz na Atlantydzie! Jak można by być nieszczęśliwym, będąc panią takiego królestwa?! Ja mogę mieć już tylko gorzej!
Ech, zmuszają mnie do tego... *wzdycha ciężko* Jestem takom niescenśliwom ksienżniczkom, że nie ma na świecie bardziej niescenśliwej ksienżniczki! Potnę się moją diamentową żyletką wysadzaną rubinami!

— Książe Helistoles przypłynie do nas jutro z rana. Ponoć jest czarującym młodym człowiekiem!
Meihna skrzywiła się.
Też nie chciałabym się wiązać z kimś, kto nazywa się Helistolec.

— Nie mam sił, Naro. Opadły ze mnie, gdy tylko się obudziłam.
— Ależ!!!
Talerz?!
Masztalerz!

Meihna spojrzała na nią nieprzytomnym wzrokiem.
— Coś mówiłaś, Naro? Chyba się troszkę wyłączyłam...
Bateria mi padła...
Taki język w starożytności? Już nie wystarczy, że to wszystko przypomina bardziej średniowiecze niż starożytność? -.-”

Kiedy wyszła, Meihna z jękiem rzuciła się na łóżko i wtuliła twarz w poduszkę. Jednorożec polizał ją po ręku.
To ona śpi z jednorożcem...?

— Przyniosłam ci, pani, miód na osłodę. Proszę wybaczyć, że się ośmielam, ale nie wyglądasz na szczęśliwą...
— Bo nie czuję się szczęśliwa! Czuję się bardzo nieszczęśliwa!!!
— Moja biedna pani!!!... Co z tą suknią?
— Och, nie wiem!
*wznosi ręce ku niebu* Boru Najzieleńszy, CZEMU?! Czemu pozwoliłeś na wydanie książki, w której padają takie dialogi?!

Helistoles zszedł powoli na ziemię, wygładzając pomięte od siedzenia szaty. Długie złote loki spływały mu na ramiona, siwe oczy rozglądały się bacznie.

Kiedy natrafiły na stojącą nieopodal Meihnę, książę podszedł do niej niespiesznie, majestatycznie, nie mówiąc ani słowa. Spojrzał na nią uważnie, tak jak się ogląda konia, którego ma się zamiar kupić, zmierzył wzrokiem od góry do dołu...
Stolec Heli - wymuskany dupek, jakżeby inaczej. Check!

Tego samego wieczoru odbyło się przyjęcie z okazji pierwszego spotkania Meihny i Helistolesa. Książę siedział przy stole obok Tyncjona, opowiadając mu żarty i będąc jedyną osobą, która się z tych żartów
śmiała.
Stolec Heli - idiota i bufon. Check!

Meihna zaśmiała się gorzko, po czym spojrzała inteligentnie na Terinę.
Kolejny problem tej książki: ludzie nie tyle jacyś SĄ, co są jako tacy OPISYWANI.

Nagle dosiadł się do nich bardzo rozbawiony Mojnes z kielichem wina w dłoni.
*krztusi się krwią popijaną właśnie ze srebrzystego kielicha w smoki* Ten Majonez, który parę dni temu miał trzynaście lat? Ta cała Atlantyda to nie jest kraj wspaniałości, tylko jednej wielkiej patologii! Dzieci się upijają, nastolatki sypiają z jednorożcami...
Ty, a może to jest po prostu teraźniejszość. Tylko z monarchią i fajnymi sukienkami.

Terina poderwała się z miejsca i natychmiast podbiegła do męża.
— Panie mój... źle się poczułam — powiedziała słodko. — Czy nie zechciałbyś odprowadzić mnie do komnaty?
— Oczywiście, pani! Jak najprędzej!
Helistoles skrzywił się z dezaprobatą.
— Pozwalasz swojej kobiecie wyrywać cię z męskiego grona?
— To nie jest moja kobieta, tylko moja żona!
— To ona nie jest kobietą?
Stolec Heli – szowinistyczna męska świnia. Check!

Do ślubu pozostały, jak się okazało, dwa dni.
Nie „jak się okazało”, tylko jak zostało zaplanowane i jak od samego początku książki jesteśmy dokładnie informowani. ><”
Najwyraźniej tak cięęężko spamiętać tyyyle faktów, gdy się pisze taaak grubą książkę...

W tym czasie Helistoles miał zapoznawać się z Meihną, co zamienił na zapoznawanie się z Tyncjonem.
*trzyma kciuki* Gej, gej, gej...

— Dziękuję ci bardzo! Ja nie zamierzam gotować sobie takiego losu.
— Co przez to rozumiesz? — Terina spojrzała z niepokojem na Meihnę.
Dziewczyna nie uśmiechała się.
— Jutro przed ślubem zniknę, nikt nie będzie wiedział jak i gdzie!
*załącza „Bunt szesnastolatki” Myslovitz*

— Nie zamierzam marnować sobie życia. Wszystko dokładnie przemyślałam! Atlantyda jest wielka, nie znajdą mnie.
— To może wywołać wojnę! Wyobrażasz to sobie?! Atlantydzka księżniczka ucieka w dniu, w którym miała poślubić helleńskiego księcia!!!
— Powiesz, że postradałam zmysły. Wybaczą mi.
Nie no, jasne. Uciekaj. Wywołaj wojnę. Co cię obchodzi życie tysięcy ludzi, którzy zginą?

— Jaki jest twój plan?
— Dziś, kiedy się ściemni, powiem, że źle się czuję, i pójdę do swojej komnaty. Tam będę miała przygotowany już kosz zjedzeniem i kilka sakiewek z pieniędzmi. Potem ty przyjdziesz do mnie, uważając, by nikt cię nie zobaczył, i zetniesz mi włosy.
— Ach nie!
Straszne!
Poza tym, ten plan ucieczki jest tak naiwny, że płakać się chce.

— Hmmm... Jak chcesz ominąć straże?
— Moja droga Terino. Oni pilnują wejścia do pałacu, a nie wyjścia!
— Przecież to ta sama brama!
— Tak, ale kiedy ktoś wchodzi, widzą to i są czujni. Zatrzymują każdego, przepytują... Jeśli zaś zajdę ich od tyłu i przegalopuję między nimi, to zapewniam cię, że o ile w ogóle się zorientują, piechotą mnie nie dogonią.
*wali głową w ścianę* Myślałam, że to niemożliwe, ale to jest JESZCZE głupsze od strażników w „Eragonie”, gdzie wszyscy takowi byli po prostu głusi i ślepi na cały świat, a zabicie ich nie było żadnym problemem dla głównych bohaterów.
Cóż, tutejsza trzpiotka przynajmniej nie zamierza ich zabijać.

Meihna zamrugała.
— Co się właściwie stało...?
— Nawet nie pamiętasz, pani. To zrozumiałe po takim szoku... Król... i książę Tyncjon, i książę Helistoles... Wszyscy zginęli podczas polowania.
*przewraca oczami* Mówiłam? Ta książka jest przewidywalna jak Pokemony.

— Tyncjon... Jak to Tyncjon?!!! A co z prawowitym następcą tronu?! To niemożliwe!
— Biedna pani... — westchnęła Nara. — Oszalała z cierpienia.
Ta niewolnica jest niedorozwinięta czy co?
Nie tylko ona, powiedziałabym.
 



I to by było dzisiaj na tyle. Ciąg dalszy nastąpi - prawdopodobnie - za dwa tygodnie, a w najbliższym czasie zobaczymy, co słychać u Eragona. ;) 

21 komentarzy:

  1. Nie jestem za paleniem książek. No, ale czasem trzeba robić wyjątki.

    OdpowiedzUsuń
  2. Aj, ciekawa jestem czy po osiągnięciu wieku dojrzałego autorka będzie pluła sobie w brodę, że nie wydała tej książki pod pseudonimem? ;)

    Dobrze Ci doradziłam, co? :D

    KzK

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wręcz wyśmienicie, to jest wprost fascynująco głupie. ;D

      Usuń
  3. Imiona postaci są niestrawne. Na dodatek zamiast 'Mojnes' czytam 'Mojżesz'. Analiza jednakowoż całkiem przednia!

    Imago

    OdpowiedzUsuń
  4. ale zrobila to, ma co wspominać i moze pośmiać sie za jakiś czas.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja przeczytałam całą książkę i nie mam takich pryszczy na ciele jak Ty - a Ty jesteś tendencyjny, tak to można wszystko skopać, mam dla Ciebie propozycję - pracuj i kreuj się, ot co.
    Bo inaczej będziesz cmokierem - a zobacz Sobie Olszańską jaka jest, od 2min40sek -
    http://www.youtube.com/watch?v=WcmqW7fg900
    Mimo , ze się różnimy w kwestii książki to cieszy mnie, że są tacy ludzie jak Ty. Jesteś elitą tego bidnego narodu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :D

      Nie no, brak mi słów, jestem pod wrażeniem. Karmię cię, trollu, mów mi jeszcze. Hejtować też trzeba potrafić. ;)

      Usuń
  6. Piosenka nie była zła. Nawet mi się podobała. Ale książka?! O_o

    OdpowiedzUsuń
  7. Co, co, co, co, co, co, co? Ataki trzykropków co zdanie, jakieś niedorozwinięte ludziki, głupie legendy i jeszcze głupsza fabuła? Tylko dzik tam był fajny! A tak w ogóle to o co chodziło z tym ścinaniem włosów, hę? Bo ja już nie czaję. Pogubiłam się. I kto, ja przepraszam bardzo, zatrudnił tych strażników do PAŁACU?! Ja, to, nie... O mój Boże, to jest zbut głupie dla mnie. *idzie się rozkoszować czytaniem ostatnio zakupionego Władcę Pierścieni*

    OdpowiedzUsuń
  8. Moja droga cos zauważyłąm wiedżmin ci się udziela }trzpiotka i chędozyć{ ale myślałam że kto jak to ale ty nie będziesz powtarzać po kimś nawet po sapkkowskim

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kajam się i posypuję głowę popiołem. I błagam o wyjaśnienie, bo ni cholery nie rozumiem sensu twojego komentarza.

      Usuń
  9. Czy naprawdę każdy ma gdzieś co robi księżniczka? I kto wykroił mózgi ludziom z wioski?
    Na miejscu gości w tym pałacu zgarnęłabym tyle złota ile się da i zwiała przez główną bramę.
    Ciekawe czy złapaliby mnie gdybym przemaszerowała tam ze stoma wielbłądami.

    OdpowiedzUsuń
  10. Czytając to, byłam w połowie odcinka znakomitego serialu poświęconego paranormal activity. Upiorne. Cudowne. Uwielbiam.
    Czytam o demonie lasu...
    Gdyby nie to, że główna bohterka, merysujka, jest immortalem, powiedziałabym z derpem na twarzy: "Umrze. C:"
    ...
    Dzik.
    Nie dziwcie się... padłam, umarłam i powróciłam jako chichoczący ghul.
    Ahh. Jak ja kocham denne opowiadanka dziewczyn młodszych ode mnie, a chyba bardziej naiwnych...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cytuję ze strony:
      "Sprawiły, że lekko
      porusza się w przestrzeni znaków,
      symboli, mitów, owych właśnie
      archetypów zakorzenionych już nie tylko
      w ludzkiej świadomości,
      ale i podświadomości . . ."
      Co to xsa iblith ma właściwie być? X'D
      Lekko? Nie widać. xc

      Usuń
  11. Yhym, nadrabiam zaległości, chyba będę czytać.
    Nie wiem czy kto zauważył, ale w tekście
    Menros zamieńcie "r" > "la"
    Wychodzi "Menlaos". Może mam zaniki pamięci, ale czy to przypadkiem nie jeden z królów spod Troi?
    Helistoles brzmi jak mieszanina
    Heli(kalion) i (Ary)sto(te)les.
    Może mam zanimi pamięci, ale czy Helikalion to nie postać z Troi? (takiej książki). Zresztą nie wiedziałam, że Grecy mieli tak rozwinięte żeglarstwo.
    Tak btw gratuluję kolorowi czarnemu (sorrki zapomniałam nicku) w pewnym momencie streściłaś całą fabułę. Sorrki - zapomniałaś o Tru lofie.
    F.

    OdpowiedzUsuń
  12. Dopóki nie przeczytałam arcyDzieUa tej Ałtorki myślałam, że najgorszą grafomanią z jaką w życiu przyszło mi się zmierzyć jest książka zaiste zacnej E.L James. Ale po przeczytaniu tego oto czegoś *dźga książkę patykiem zza kanapy* mogę przyznać że naprawdę mocno się pomyliłam.

    Winky i Muzo, jesteście SUPER! Dopiero niedawno odkryłam tego bloga, ale już jest moim ulubionym! Błagam was piszcie dalej!

    A jakby co to moje propozycje na najgorszą książkę roku :D

    1. Mathias Malzieu - niby cytaty ładne, ale logiki brak.
    2. Cały cykl Domu Nocy. - toto to nawet patykiem bym bała się dźgnąć.
    3. Alexandra Adornetto - Niebo - poprzednie dwie jeszcze dało się znieść, ale tutaj po prostu, nie nie mogę... Same sprawdźcie jaki to gniot.
    4. Becca Fitzpatric Finale - trzy poprzednie tomy niezłe, ten to totalna, bezapelacyjna, definitywna, ostateczna, tragiczna klapa.

    Mam nadzieję, że niedługo pojawi się jakaś nowa analiza, już się doczekać nie mogę!

    OdpowiedzUsuń
  13. Przepraszam bardzo, Michaska to zlote dziecko i talent jakich malo, ale nie rozumie ze ksiezniczka nie rowna sie krolewna?! Ksiezniczka to corka ksiecia, krolewna to corka krola. Tatus naszej mary sue co rusz zmienial swoj status, bo ksiezniczka tak slodko brzmi, ojej? XD pomijajac inne glupoty tej ksiazki, ta dodatkowo rzucia mi sie w oczy;-) i tak szacun, ze nie rzucilas ja w kat tylko wytrwalas do konca. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W całej Europie synowie królów byli książętami a ich córki księżniczkami. Tylko w Polsce było inaczej: elekcja czyniła wybrańca królem, ale jego dzieciom nic nie dawała. Byli więc tytułowani synami króla (królewiczami) i córkami króla (królewnami)

      Usuń
  14. Ta autorka przypomina mi wielce narcystyczną Gaję Kołodziej (polecam sprawdzić jej stronę autorską).

    OdpowiedzUsuń
  15. Akurat co do kwestii króla Troi to wydaję mi się iż czytałam że on faktycznie był fanem konii

    OdpowiedzUsuń