Czarne owce literatury czyli analizy ZŁYCH książek: kwietnia 2012

wtorek, 24 kwietnia 2012

Najgłupszy - Dziewictwa księga druga część 4

Na początek pragnę zaanonsować, że w przyszłym tygodniu analizy nie będzie, gdyż ponieważ będę się majówkować. :) Za wszelkie niedogodności przepraszam. Za to w dzisiejszym odcinku:
Czy w mrocznym, epickim heroic fantasy jest miejsce na słowa ablucja i egzoszkielet?
Czym Eragon narazi się Oromisowi?
Co sprawia, że wszystkie elfy są tak piękne? Ostrzegam, że odpowiedź na to ostatnie pytanie może być dla niektórych szokiem, jak i dla nas była... Niemniej, zapraszamy do poznania jej!




WĄTEK ERAGONA

Obaj trwali w swych pozycjach
Uahahaha! *ma skojarzenia, i to jakie*

- Nie nauczysz mnie sam? - spytał Eragon z cieniem urazy w głosie.
- Nie mam cię czego nauczyć. Jesteś jednym z najlepszych szermierzy, jakich poznałem
Niebędęsiędenerwować, niebędęsiędenerwować... ><"
*podaje siekierę*

- Czemu nie mogę zrobić tego z tobą... mistrzu?
A czego? *chichocze jak głupia*

- Czemu nie mogę zrobić tego z tobą... mistrzu?
- Bo nie mam ochoty zaczynać dnia od konfliktów i hałasów
*nuci* Cztery razy po dwa razy i dwa razy raz po raz...
O północy ze dwa razy i nad ranem jeszcze raz... ^^

Szybkość i gwałtowność reakcji Glaedra sugerowała, że nie po raz pierwszy tego dnia Saphira dała mu się we znaki. Zamiast skruchy Eragon wyczuł w niej podniecenie i figlarne rozbawienie, jak u dziecka z nową zabawką, a także niemal ślepe oddanie drugiemu smokowi.
Te smoki to też zboczuchy.
Prawie jak elfy.

Owszem, a jaka to zabawa!
Smoczyca spięła się pod nim (Eragonem).
Niebędęmiećskojarzeń...
Anija...

Eragon odprowadził go wzrokiem, zastanawiając się nad pytaniem, które zadał mu Oromis: Jak mógł uzasadnić walkę z imperium, skoro sprawi ona ludziom ból i wywoła cierpienie?
Mam odpowiedź - odezwała się Saphira.
Jaką?
Że Galbatorix... Zawahała się i stwierdziła. Nie, nie powiem ci, sam powinieneś ją znaleźć.
Spodziewam się czegoś równie genialnego, jak przywiązanie elfki smokowi do brzucha.

Eragon ponownie zauważył brak elfich dzieci.
Biorąc pod uwagę te elfie zboczenia, rzeczywiście dziwne zjawisko.

W końcu dotarli do strzelistego łuku pomiędzy dwoma drzewami, służącego za wejście do rozległego kompleksu.
Galeria handlowa?

Arya zanuciła w pradawnej mowie.
- Korzeń drzewa, owoc, krzew, pozwól mi przejść, na moją krew.
Ene, due, rike, fucke...
Fucke? xD

Wrota zadrżały i otwarły się na zewnątrz, wypuszczając pięć paziów królowej, które wzleciały ku ciemniejącemu niebu. Za bramą rozciągał się rozległy ogród kwiatowy, zaplanowany tak, by przypominał naturalną, dziką łąkę.
Weszli na ścieżkę i zabrzmiała muzyka z ,,Tajemniczego ogrodu". -_-"

Jedyny sztuczny element stanowiła różnorodność roślin: wiele gatunków kwitło poza sezonem bądź pochodziło z gorętszych czy chłodniejszych klimatów i nigdy nie wzrosłoby bez magii elfów.
Oczywiście, Eragon wiedział to na pierwszy rzut oka.

Ogród oświetlały podobne do klejnotów pozbawione płomieni lampy
Lampki ogrodowe na baterie słoneczne. 

Nim Eragon się zorientował, drzewa stały się gęściejsze
Niby wiem, że to poprawa forma, ale i tak brzmi jak brzmi.

elfka opowiadała mu o różnych odmianach kwiatów, o tym, skąd pochodzą, jak się je hoduje i, wielu przypadkach, w jaki sposób odmieniono je magią.
No cudownie, rośliny ulepszane magią, śpiewanie zwierzętom, by na rozkaz i wszystkie w jednej chwili zaczęły gody... a gdzie ta słynna równowaga w przyrodzie?
Pałolini po prostu łaknie władzy nad czymś więcej, poza pilotem do telewizora. *naukowym tonem*

- Czyż to nie najdoskonalszy i najpiękniejszy kwiat? - Spytała Arya. Eragon patrzył na nią, niemal boleśnie świadom jej bliskości.
- O tak - odparł i nim opuściła go odwaga, dodał: - Podobnie jak ty.
Uahahaha, zaczyna się...
Te nieudolne zaloty to jedna z najlepszych rzeczy w tym szmatławcu. xD

Ba! Skoro ty jesteś moim sumieniem, a ja twoim, to mam obowiązek uprzedzić, kiedy zachowujesz się jak oszalały dureń.
Niczym liniejący jeleń? *niewinnym tonem*

Na co ty liczysz? Arya to księżniczka
A ja jestem Jeźdźcem.
To elfka, ty jesteś człowiekiem!
Z każdym dniem coraz bardziej przypominam elfa.
Jeśli o zboczenia chodzi, to owszem.
Idź już do domu, Eragonie, Oromis na ciebie czeka. :3

Ujmując wolną rękę krasnoluda, Eragon postawił go do pionu. Jak zawsze zaskoczyła go masa Orika (...) Orik zachwiał się mocno, osiągając tak silne wychylenie
Używa tego trudnego, fizycznego żargonu.
Szacun.

- Co pijesz?
- Faelnirv - oznajmił Orik. - Niezwykle szudny, szmakowity trunek, najlepszy i największy ze wszyszckich dziwacznych wynalazków elfów. Rozwiązuje język, słowa spływają z niego niczym ławice roztrzepotanych rybek, sztada roztańczonych kolibrów, rzeki wijących się węży. - Urwał, najwyraźniej zachwycony bogactwem swych porównań.
Jak na zachlanego, porównania wynajduje zacne. oO"
Wiem! To potwierdza teorię, że Pałolini też pisze po pijaku! Ha!

- A jakież to psoty - spytał krasnolud - zdołaliście spłatać Oromisowi w waszym błogim lesie?
Kfff... nie chsssesz wiesssieś... *dusi się z powstrzymywanego śmiechu*

Orik słuchał, na przemian śmiejąc się i jęcząc, gdy Eragon opisywał swe szkolenie
Opowiedział mu... Z DETALAMI! xD
*znikła za blatem, kficząc w niebogłosy*

To wnuczka mojej ciotki Vardruny, dalekiej kuzynki Hrothgara. Ma białe, krągłe łydki, gładkie jak jedwab, policzki czerwone niczym jabłka. Jest najpiękniejszą krasnoludzką panną, jaka istnieje.
Bez wątpienia - dodała Saphira.
- Tak, pewnie - rzekła szybko.
- Oczywiście. - Pokiwała gwałtownie głową.

- Powiedz mi, o Jeźdźcze, gdyby straszliwy olbrzym spotkał cię na ścieżce w ogrodzie, jak by cię nazwał, poza obiadem?
- Zapewne Eragonem.
Cieniobójcą.
Króliczkiem Oromisa. ^^


Obudzony gwałtownie brzęczeniem wibrującego wibratora (...) Eragon chwycił biczyk z puszkiem (...) i wyskoczył z łóżka, oczekując ataku Oromisa.

Zachłysnął się, gdy jego ciało zaprotestowało gwałtownie
Nie! Nie! Ja już nie chcę analnie!
Czym oni się tak ciągle zachłystują? -.-"
*nabrała gwałtownych skojarzeń* *ómarła ze śmiechu*

Eragon z jękiem pokuśtykał do łazienki, by oddać się codziennym ablucjom.
Codziennym CZYM?
*wpisuje hasło w sjp.pwn.pl*
ablucja - rytualne obmycie ciała lub przedmiotów kultu
Kurwa, jaki erudyta. xD
Rytualnie obmywa sobie fiutka kozim mlekiem z ekstraktem z pokrzyw - na erekcję.
Dzieci, nie próbujcie tego w domu.

ujrzeli zmierzającego ku nim poważnego, czarnowłosego elfa. (...)
- Przysyła cię Oromis? - Elf zignorował jego słowa i odwrócił się do Saphiry.
- Bądź pozdrowiona, Smoczyco. Jestem Vanir z rodu Haldhina
A nie czasem Vanish?
Woolite Black. W końcu ma czarne włosy.

Na polu ćwiczeń było pełno elfów obojga płci, figlujących (...) w parach i grupkach.
Z przyzwoitości poinformuję, że oryginalnie było napisane ,,walczących".

Miast rzucić się w wir walki, potykał się z Vanirem, utrzymując dystans, uskakując, wymijając, robiąc wszystko co możliwe, by uniknąć kolejnego ataku. Mimo wysiłków Eragona Vanir w krótkich odstępach czasu dotknął go czterokrotnie - w lewy sutek, prawy sutek, prawe jajco i lewe jajco...
Przysięgam, to nie jest kwestia naszego zboczenia!
Wszystko przez Pałoliniego! To on jest tak zboczony, że wszystko musi opisywać tak, jakby mu się kojarzyło!
Bo mu się kojarzy.
No fakt.

- Trup - powtórzył Vanir. - Jak chcesz w ten sposób pokonać Galbatorixa? Oczekiwałem więcej, nawet po słabym człowieku.
- Czemu zatem sam nie staniesz do walki z Galbatorixem, miast ukrywać się w Du Veldenvarden?
Vanir zesztywniał z oburzenia.
I padł sztywny i zimny na podłogę.

Vanir zesztywniał z oburzenia.
- Ponieważ - rzekł chłodno - nie jestem Jeźdźcem. Ale gdybym był, to nie takim tchórzem jak ty.
Jaaa. To był wielce wysublimowany wrzut.

Po wszystkim Saphira podeszła do Vanira i dotknęła jego pierś czubkiem potężnego szponu.
Trup - rzekła.
Vanir zbladł, pozostałe elfy cofnęły się o parę kroków.
Strashne!
Co to będzie, co to będzie?!

Kiedy dotarli do chaty Oromisa, dzień potoczył się tak jak poprzednie: Saphira odleciała z Glaedrem, a Eragon pozostał z elfem.
Uuu, będzie się działo.
Po chuj on opisuje dokładnie każdy dzień?! Ja tu ocipieję... T___T

Patrzył, zamyślony, jak jego czerwone mrówki atakują mniejsze, konkurencyjne mrowisko, pokonują jego mieszkańców i kradną zapasy.
Kino akcji.

- Wiem, czemu warto walczyć z Galbatorixem, choć w wojnie mogą zginąć tysiące ludzi - rzekł Eragon, gdy elf podał południowy posiłek.
No, ciekawe. Co ten idiota tam wymyślił?
- Ponieważ Galbatorix spowodował już więcej cierpień przez ostatnie sto lat, niż my zdołalibyśmy wyrządzić w czasie życia jednego pokolenia. A w odróżnieniu od zwykłego tyrana nie możemy czekać, aż po prostu umrze. Może rządzić przez setki, nawet tysiące lat, prześladując i dręcząc ludzi. (No peeewnie, będzie żył miliard lat i będzie grzecznie czekał, aż Eragon go zarżnie...) Musimy go powstrzymać. Jeżeli jeszcze wzrośnie w siłę, zaatakuje krasnoludy i was, tu, w Du Veldenvarden. Zabije bądź zniewoli obie rasy. I - Eragon potarł krawędzią dłoni skraj stołu - ponieważ tylko odebranie Galbatorixowi dwóch jaj może ocalić smoki.
*klaszcze bez przekonania*
Brawooo. Łiii.
Swoją drogą to coś nie widać tych przejawów okrucieństwa ze strony Galba. Elfy tam se żyją jak pączki w maśle, krasnoludy też, w Surdzie i innych miastach żadnego stanu wojennego nie wprowadzili...
Bo to oczywiste: Galbuś naprzykrza się tylko Eragonowi i to jest jego cała tyrania.
Zaraz, zaraz, co on powiedział? Tylko odebranie Galbatorixowi dwóch jaj...? Co on, chce go wykastrować? xD

W tym momencie przerwał mu donośny gwizd czajnika Oromisa. Gwizd stawał się coraz głośniejszy, dźwięcząc nieznośnie w uszach. Oromis wstał, zdjął czajnik z ognia i nalał im obu jagodowej herbaty.
Lipton, Lipton Tiii!
*wali głową w ścianę*

- Czy wierzysz, że Galbatorix jest zły?
- Oczywiście!
- Wierzysz, że uważa siebie za złego?
- Nie, wątpię.
Oromis przebierał palcami złożonych dłoni.
- Zatem musisz też wierzyć, że Durza był zły?
- Byrzyyydaaal!
- George Clooney?
- Byrzyyydaaal!

- A urgale? (...) Nawet ich kobiety i dzieci? Te, które nigdy cię nie skrzywdziły i nie skrzywdzą? Niewinni?
*wyobraża sobie mamę orczycę śpiewającą kołysanki małemu orczątku w różowym beciku*
Ja nie wiem, co ten Pałolini bierze, ale to jest pewnie jedna z tych rzeczy, które wykrywają psy na lotniskach.
Rabarbar? ^^

- Co właściwie wiesz o urgalach? (...) Pamiętaj po prostu - rzekł łagodnie - że w pewnym momencie twoi wrogowie mogą stać się sojusznikami. Taka jest natura życia.
Dobra, spoiler. Eragon skuma się z urgalami. Będą walczyć ramię w ramię. Przewidywalne jak TeleTydzień.

Większość wykładów Oromisa koncentrowała się na właściwych sposobach kontrolowania najróżniejszych form energii, takich jak światło, ciepło, elektryczność, a nawet ciążenie.
Znaczy, zaciążanie? Zbrzuchacenie?
Kto jak kto, ale Oromis się na tym zna. ^^
Nie, on woli chłopców...
 
- Jak zabiłbyś magią? - spytał.
- Robiłem to na wiele sposobów - odparł Eragon. - Polowałem kamykiem, rozpędzając go i celując za pomocą magii. Użyłem też słowa „ jierda” by połamać urgalom nogi i karki. Raz jeden słowem „thrysta” zatrzymałem serce człowieka.
- Istnieją skuteczniejsze metody. Czego trzeba, by zabić człowieka, Eragonie? Ciosu miecza w pierś, skręconego karku, utraty krwi? Wystarczy jedynie zacisnąć jedną żyłkę w mózgu, odciąć kilka nerwów. Właściwie dobranym zaklęciem mógłbyś pokonać całą armię.
Hyyy! Nie moshe bydź!
Skoro to takie proste, co za problem polecieć do tego dwujajowego Galba i mu skopać dupę? -.-

- Powinienem był o tym pomyśleć w Farthen Durze. - Eragon poczuł niesmak wobec samego siebie. - I nie tylko w Farthen Durze, ale też, gdy Kulle ścigały nas podczas jazdy na Pustyni Haradackiej.
Nikt ich nie ścigał na pustyni. oO"
Pałolini sam nie pamięta, co czym pisze.
On nawet NIE WIE, o czym pisze. Wie, że piszę EPICKĄ POWIEŚĆ FANTASY i to mu wystarczy. *poszła skręcić sznur wisielczy*

- Ale czemu Brom mnie tego nie nauczył?
Bo nie umił!

- Skoro tak łatwo jest zabijać ludzi, po co gromadzimy armie? I czemu czyni to Galbatorix?
- Najkrótsze wyjaśnienie to taktyka. Magowie uczestniczący w zmaganiach umysłów są wrażliwi na ataki fizyczne. Potrzebują, zatem wojowników, by ich chronili
Wojownicy walą się po pyskach, magowie chronią ich, by nie zaczarowali ich wrodzy magowie i w efekcie nikt nie zabija magią. -.-
Jak już było wspominane przy pierwszym tomie, Pałolini nie miał matematyki, na której mógłby przerabiać logikę.

Poza tym musisz pamiętać, że zdolność posługiwania się magią pojawia się bardzo rzadko wśród wszystkich ras. (...) Eragon zgodził się z tym. Spotkał już podobnych magów wśród Vardenów.
Ale dziwnym trafem wszyscy z otoczenia Eragona potrafią czarować.
W takim razie od czego zależy posiadanie lub nie zdolności magicznych?
Kaprysu Pałoliniego.

- Dwulicowe, śliskie, wszawe, zdradzieckie psy! - zaklął Eragon. - Próbowali mnie zabić! - Powracając do własnego języka, rzucił jeszcze kilka barwnych przekleństw.
Kolorowe kredki w pudełeczku noszę...

W ciągu następnej godziny Oromis nauczył Eragona dwunastu metod zabijania.
Uwaga, Pałolini naoglądał się obrazków na deviantarcie z ninjami i grał w Assassin's Creed.
Wtedy nie było jeszcze Assassin's Creed. oO
A, no tak. ^^"

Gdy Eragon zapamiętał ostatnią, przyszła mu do głowy myśl, która sprawiła, że uśmiechnął się szeroko.
- Następnym razem, gdy Ra’zacowie staną mi na drodze, nie będą mieli szans.
(...)
- (...) Ra'zacowie są przystosowani do polowań na ludzi. To potwory z ciemności, nocny koszmar dręczący twą rasę.
Włosy na karku Eragona zjeżyły się ze zgrozy.
Popipsiał się ze strachu. ^^

(Ra'zacowie) Rozmnażają się, składając jaja, jak smoki.
A ptaki to mitologia.

Gdy się wykluwają młode, czy raczej larwy, otaczają się czarnym egzoszkieletem, naśladującym sylwetkę ludzką.
W średniowieczu pojęcia takie były powszechnie znane i używane. ><"
,,Ablucja" tyż. ^^

- Ra'zacowie pozostają larwami przez dwadzieścia lat, w tym czasie dojrzewają. Podczas pierwszej pełni dwudziestego roku swego życia odrzucają szkielety, rozkładają skrzydła i przekształcają się w dorosłe osobniki, gotowe do łowów na wszystkie istoty, nie tylko ludzi.
Opis potwora jak z serii horrorów dla dzieci ,,Gęsia skrórka".
Albo twórczości Grahama Masterona. *przewraca oczami*

- Zatem wierzchowce Ra’zaców, te na których latają, to w istocie...
- Tak. Ich rodzice.
Ale mają podwózkę. xD

- Czy ich rodziców też nazywamy Ra'zacami? - spytał. Oromis pokręcił głową.
- Nazwaliśmy ich Lethrblaka i o ile ich potomkowie, choć przebiegli są ograniczeni, Lethrblaka dorównują inteligencją smokom.
Skoro wszystkie smoki są piękne, dobre i słodkie jak źrebaczek jednorożca, trza było wymyślić jakieś zue smoky o odpowiednio trudnej do wymówienia, głupiej nazwie.

Eragon zacisnął szczęki.
Wtem proteza upadła mu na podłogę.

- Tymczasem jednak porzućmy nieprzyjemny temat. Pomyślałem, że spodoba ci się nauka robienia fairthów.
Rycerze i wojownicy w wolnym czasie też malowali obrazy.

Łupek nasączono tyloma barwnikami, że można go pokryć dowolnymi kolorami. Musisz tylko skupić się na obrazie, który chciałbyś zachować, i powiedzieć: „Niechaj to, co widzę oczyma umysłu, zostanie odtworzone na powierzchni tabliczki”.
Malowanie farbami i pędzelkiem jest dla frajerów.

Utrwalił tę scenę w swym umyśle najlepiej jak potrafił i wypowiedział zaklęcie.
Powierzchnia szarej tabliczki pojaśniała, gdy rozkwitły na niej plamy barw łączące się i mieszające w odpowiednie odcienie. Gdy w końcu barwniki przestały się poruszać, Eragon odkrył, że spogląda na osobliwą kopię tego, co chciał odtworzyć.
Każde zdjęcie wzięte znikąd będzie piękne dzięki Nikon.
Pożycz ten młotek z tej emotki.

[przyszła Arya i Orik]
Eragon mocniej chwycił tabliczkę. Dłonie lekko zwilgotniały mu na myśl, że Orik i Arya ocenią jego pracę.
Na widok Aryi ma kosmate myśli i kisiel w majtkach, więc obawia się, że jego obraz może wyjść... wyuzdany. ^^

Arya przyciągała jego uwagę niczym magnes (...) Ułożył w głowie jej portret - zajęło to tylko chwilę, bo znał rysy elfki lepiej niż własne - i wymówił zaklęcie w pradawnej mowie, przelewając w nie cały swój podziw, miłość i lęk przed nią.
Rezultat odebrał mu mowę.
Fairth przedstawiał głowę i ramiona Aryi na ciemnym, niewyraźnym tle. Na szyi miała naszyjnik z czarnych pereł, a w rękach trzymała łasiczkę.

Nie wyglądała tak jak w rzeczywistości, lecz tak, jak o niej myślał: tajemnicza, egzotyczna, najpiękniejsza kobieta, jaką kiedykolwiek oglądał. Miała na sobie lateksowe wdzianko, a w dłoni kajdanki.

Obraz był daleki od doskonałości, lecz pełen takiej pasji i namiętności, że poruszył w Eragonie nieznaną wcześniej strunę.
W okolicach lędźwi? ^^
Rozpaliła mu w nich ogień. ^^

Po długiej, przerażającej chwili odsunął w końcu palce od tabliczki i oddał ją Oromisowi. Twarz elfa oglądającego fairth przybrała surowy wyraz.
Mimo tego, co razem przeżyli w czasie wspólnych... lekcji, Eragon ,,namalował" Aryę, nie jego, Oromisa...

Arya podniosła gwałtownie fairth nad głowę i cisnęła go o ziemię, roztrzaskując obraz na tysiące kawałków. Potem wyprostowała się, z godnością przeszła obok Eragona, przecięła polanę i zniknęła w splątanym gąszczu Du Veldenvarden.
Wybaczcie, ale nie mogę się powstrzymać. Ha-ha-haha-hahaha!

Eragon obserwował go, niezdolny się poruszyć.
- Czemu? - spytał w pradawnej mowie.
- Może - odparł Oromis - Arya przestraszyła się ciebie?
Eragon jest niesamowity, we wszystkich wzbudza paniczny strach.
We mnie też, ale ze zgoła innego powodu...

Choć wśród twego ludu osiągnąłeś wiek męski, w naszych oczach jesteś zaledwie dzieckiem.
Pokusiłabym się o określenie: skretyniałym, przemądrzałym gówniarzem.

- Zatem... pójdę do niej, przeproszę i zapewnię, że nigdy więcej nie postawię jej świadomie w tak trudnym położeniu. - Niełatwo przyszło mu to powiedzieć, gdy jednak już to uczynił, poczuł ulgę, jakby przyznanie się do błędu go oczyściło.
Oromis sprawiał wrażenie zadowolonego.
- Już te słowa dowodzą, że dojrzałeś.
*dostała ataku histerycznego śmiechu*

 Następnego ranka Eragon wyruszył na poszukiwania Aryi, chcąc ją przeprosić. Szukał ponad godzinę, bez powodzenia - zupełnie jakby zniknęła wśród zaułków Ellesmery.
No, naprawdę dziwne, nie może znaleźć elfki w puszczy wielkiej jak... no, dużej.
Nie w puszczy, w borze wielkim a zielonym! 

Raz jeden
Jak jeszcze raz jeden niewtrącajsię zobaczę tę frazę, to mnie szlag trafi. Jest tak bezsensowna i żałosna jak to, że dla niektórych wszystko jest ,,daremne" albo ,,bynajmniej" stosują zamiennie z ,,przynajmniej".

Znakomicie radził sobie z zaklęciami manipulującymi wielką energią - światłem, ciepłem, magnetyzmem, miał, bowiem szczególny talent do doskonałego oceniania, ile siły wymaga określone zadanie i czy nie wyczerpie zasobów jego ciała.
Wcześniej jakoś nie miał tego talĘtu.
Któreś prawo Mary Sue?
A ten magnetyzm to chyba zwierzęcy.

Oromis stawiał mu liczne wyzwania.
Hihihi...
Wymagały coraz większej finezji. ^^

Kazał Eragonowi gotować magią potrawy
To on ma w końcu być Smoczym Jeźdźcem czy członkiem Koła Gospodyń Wiejskich?
Wszechstronnie uzdolniony: magia, miecz, gotowanie...
(wspominając wcześniejsze analki) ,,od botaniki, poprzez pracę ciesielską, po metalurgię i medycynę." xD

Elf pokazał Eragonowi, jak wykrywać i neutralizować najróżniejsze trucizny. Od tego czasu Eragon musiał sprawdzać swe jedzenie, szukając najróżniejszych jadów, które mógł podrzucić mu nauczyciel. Nie raz głodował, nie potrafiąc rozpoznać trucizny bądź jej unieszkodliwić. Dwukrotnie zachorował tak ciężko, że Oromis musiał go uleczyć.
Nie umarł...? T_T
Wszystko przed nim, sesesese. 

Elf poświęcał długie godziny sztuce nasycenia materii energią - po to, by uwolnić ją później albo też by nadać przedmiotowi pewne szczególne cechy.
- (...) Tak można zastawić w skrzynce pułapkę, która uaktywni się dopiero po otwarciu wieka
Morrowind.
Neverwinter Nights.
Innych przykładów nie znamy. xD

- Za pomocą tej techniki można by też odmienić własne ciało, prawda? - spytał Eragon. - Czy to zbyt niebezpieczne?
Wargi Oromisa wygięły się w lekkim uśmiechu.
- Niestety, natrafiłeś właśnie na największą słabość elfów: naszą próżność. Kochamy piękno i wszystkie jego przejawy, i staramy się odzwierciedlić ów ideał w naszym wyglądzie. Dlatego właśnie nazywają nas pięknym ludem. Każdy elf wygląda dokładnie tak, jak chce.
HA! Wydało się! Elfy robią sobie operacje plastyczne! xD
Jesu, lud Paris Hilton.
Zaraz, zaraz, JAK zmieniają swój wygląd, skoro tylko prawdziwie nieliczni umieją posługiwać się magią?
Tak jak teraz, zakładają salony piękności i robią to ci, co potrafią. ^^
*zaniemówiła z przerażenia, jak można być tak ślepym i nowoczesnym, by w fantasTy czasy średniowiecza dostosowywać do czasów nowożytnych*

Kilku z nas posunęło się nawet dalej, poza zwykłe zmiany estetyczne i odmieniło własną anatomię, by móc lepiej żyć w wybranym środowisku.
Powiększyli sobie... hehehe... a elfki cycki.
Ich jedyna wada to taka, że wybuchają w samolocie.

Często przypominają bardziej zwierzęta niż elfy.
Furry!
 
Żałośniej i żałośniej... -_-"

Dosłownie pożerał teksty dotyczące geografii, biologii, anatomii, filozofii i matematyki, a także wspomnienia, biografie i dzieła historyczne.
A WOSu i PO go nie uczyli?

Dzięki lekturom Eragon dowiedział się wiele o elfach. Z zapałem zagłębiał się w ów temat, licząc, że pomoże mu to w lepszym zrozumieniu Aryi. Ku swemu zdumieniu odkrył, że elfy nie praktykują małżeństwa.
To by im tylko przeszkadzało w realizowaniu swoich erotycznych fantazji.
A elfy mają wyobraźnię...

Pojmują tylko partnerów na czas, jaki im odpowiada - czasem dzień, czasem stulecie. Dzieci rzadko przychodzą na świat.
Kompleks wiedźmina? ^^

Dowiedział się też, że od czasu pierwszego zetknięcia obu ras istniała tylko garstka par elfio-ludzkich. (...) Z tego jednak, co zdołał wywnioskować z owych mętnych relacji, większość podobnych związków zakończyła się tragicznie - albo dlatego, że kochankowie nie potrafili się porozumieć, albo dlatego że ludzie starzeli się i umierali, podczas gdy elfy unikały szkód wyrządzonych przez czas.
A podobno Jeźdźcy żyją tyle, co elfy...

Szkolenie Saphiry także przebiegało bez przeszkód. Złączony z jej umysłem Eragon widział, jak Glaedr narzuca jej reżim ćwiczeń równie surowy jak jego własny. Ćwiczyła nieruchome zawisanie w powietrzu z głazami w szponach
Pałolini nie przykładał się do fizyki.
Inaczej wiedziałby, że to wymagałoby od niej szybkości koliberka. Smok poruszający się jak koliber?
Macha skrzydłami 3000km/h! xD
Stąd te tornada...

Glaedr kazał smoczycy godzinami ziać ogniem na naturalną kamienną iglicę, tak by ją stopiła.
Kamień da się stopić?
Lawę by z niego zrobiła.
Samym ogniem? o_O Przeca lawa ma ponad 1000 stopni Celsjusza, twardnieje poniżej 600-800, a głupi ogień ma najwyżej 500, no chyba że Szafirka ma piec kowalski w gębie, co jest niemożliwe, bo by się sfajczyła...
Dobra, my też umiemy korzystać z wiki i googli.

Z początku Saphira utrzymywała płomienie zaledwie kilka minut, wkrótce jednak oślepiający strumień ognia tryskał z jej paszczy przez ponad pół godziny bez przerwy
W tym czasie Safi mogła się zająć podlewaniem kwiatków, oglądaniem ,,D jak Dupa" i malowaniem pazurów.

Jedynym, co wychwycił i co Saphira ceniła ponad wszystko inne, były imiona jej ojca Iormiingra i matki Vervady.
Szkoda, że nie Vytrysk.

W dawnej mowie oznaczało to Burzodzierżcę.
Nikt nie nazywał smoków Kffiatusheq?
Albo xkucykxponyx?

Czasami Eragon i Saphira lecieli wraz z Oromisem i Glaedrem, ćwicząc walkę powietrzną bądź odwiedzając ruiny ukryte w głębi Du Veldenvarden.
Morrowind.
Oblivion.
I reszta serii pewnie też.
To teraz obstawiamy, jakie ruiny odwiedzali: dwemerowe czy ayleidzkie?

Każdego ranka Eragon fechtował się z Vanirem (...) Co gorsza, elf nadal traktował Eragona z wyniosłą pogardą, nieustannie rzucał uwagi, które, choć z pozoru nie wykraczały poza granice grzeczności, w istocie były niezwykle obraźliwe.
W końcu się znalazł jeden, co go nie lubi. Już go kocham, tego Vanisha. ^^

Zupełnie jakby elf obrażał go każdym swym ruchem, a jego towarzysze - którzy, z tego, co dostrzegał, wywodzili się z młodszego pokolenia elfów - podzielali tę ledwie skrywaną odrazę wobec Eragona
Łii!

Eragon zwalczył ochotę, by zazgrzytać zębami.
- Gdybym ja był elfem, a ty człowiekiem, nie zdołałbyś mi dorównać.
Oczywiiiście. Nie dorównałby nawet wtedy, gdyby Eraś był elfem, a Vanish RoboCopem.
Bo Eragon jest debeściak.
I jego mafia też.

Wściekłość Eragona wezbrała niczym szkarłatny przypływ.
Dostał miesiączki.

- Jak Vanir zdołał posłużyć się magią, nie mówiąc ani słowa?
(...)
- I znów - rzekł z rezygnacją Oromis - łakniesz wiedzy, na którą nie jesteś gotów. Biorąc jednak pod uwagę okoliczności, nie mogę ci jej odmówić. Ale wiedz jedno: tego, o co pytasz, nie uczono Jeźdźców ani naszych magów, póki nie opanowali już wszelkich innych aspektów magii.
Eragon jest taaaki muondry, że wszystko pojmie bez wyjaśniania.

Chcesz więc powiedzieć, że pewne dźwięki, wibracje, w jakiś sposób docierają do owej energii?
Wibracje to raczej gdzie indziej docierają...
I skąd indziej...

Obdarzyli też pradawną mowę dwiema wyjątkowymi cechami: tym, że nie pozwala przemawiającym w niej kłamać
Jakim, kurde, cudem?

oraz zdolnością opisywania prawdziwej natury rzeczy.
A ich przewodniczka nie nazywała się czasem Ursula?
O tak mało mówiącym nazwisku, jak le Guin?

- A zatem - spytał cicho Eragon - nadal można posługiwać się magią bez użycia pradawnej mowy?
- A jak sądzisz? Jak Saphira zionie ogniem?
I wszystko jasne. Żadne gruczoły, żaden zapalający się jad - małe hokus pokus.

Nawet rimgar w miarę przechodzenia do trudniejszych pozycji zaczął wywoływać ataki.
Kalectffo Erasia uniemożliwia mu beztroskie figlowanie z Oromisem. ^^

Pewnego ranka, ściskając w dłoniach jeden z jej szpikulców, Eragon rzekł:
Mam nową nazwę dla bólu.
Jaką?
Unicestwiacz.
*parsk*

- Wstań, Eragonie, i spróbuj raz jeszcze.
- Nie! Sam to zrób, jeśli chcesz.
Oromis ukląkł obok niego i położył mu na policzku chłodną dłoń. Spojrzał na Eragona z taką czułością, że chłopiec po raz pierwszy zrozumiał, że kocha Oromisa i tylko Oromisa, i nie ulegnie czarowi żadnej cycatej, wiecznie obrażającej się elfki, bo Oromis jest jego ideałem, z którym pragnie spędzić resztę swego życia...
*zakrztusiła się herbatą*

W milczeniu dokończyli razem rimgar i wykąpali się w strumieniu.
Razem! ^^

WĄTEK RORANA (w końcu...)

Roran przyklęknął na jednym kolanie i podrapał się po swej nowej brodzie kupionej na wyprzedaży w Tesco.

Niewielkie miasto było ciemne i dziwnie ściśnięte, niczym skórka żytniego chleba wepchnięta siłą w skalną szczelinę wybrzeża.
Albo ja jestem głupia, albo te porównania, bo ich nie rozumiem.
Zupełnie jakbyś nigdy nie wtykała skórek chleba w skały! 

Za nim czerwone jak wino morze migotało w ostatnich promieniach umierającego słońca.
Roran ze wzruszenia uronił ze swego bursztynowego oka Samotną Łzę...
*wzdycha ze wsrushenia*

Wędrówka z doliny Palancar odcisnęła na wszystkich swoje piętno. Ludzi dręczyły choroby, obrażenia i wyczerpanie, twarze mieli wychudzone z braku żywności, ubrania podarte. Niemal wszyscy okręcili szmatami dłonie, chroniąc się przez odmrożeniami podczas zimnych górskich nocy. Tygodnie dźwigania ciężkich worków przygarbiły nawet najdumniejsze ramiona. Najgorzej wyglądały dzieci - były chude i nienaturalnie ciche.
Ale nikt nie umarł.

ciągły wysiłek przywrócił Roranowi władzę w zranionej ręce, choć wciąż miał problemy z unoszeniem jej pod pewnymi kątami.
Ech, już o tym pisałam przy analizie pierwszego tomu... spartańskie warunki, brud, smród i ubóstwo, znajomość medycyny na znikomym poziomie, a połamane ręce goją im się z beztroską strupków. *walnęła czołem o blat raz jeden, a porządnie*

Nie obyło się też bez ofiar.
A jednak! ^^

Bramy strzegło dwóch żołnierzy. Obrzucili grupkę Rorana twardymi spojrzeniami
Tyle czasu minęło, a oni wciąż mają wszystko twarde.

- Skąd jesteście? - spytał wartownik po prawej. Miał najwyżej dwadzieścia pięć lat, lecz jego twarz okalały całkiem białe włosy.
Draco?
Lucjusz.
*Osioł* I ja!
*konsternacja*

Wybaczcie, że długie. Same dialogi, nie będzie straszne. Razz
- Skąd jesteście? - spytał wartownik po prawej. Miał najwyżej dwadzieścia pięć lat, lecz jego twarz okalały całkiem białe włosy.
Horst wypiął pierś i splótł na niej ręce.
- Z okolic Teirmu - oznajmił - jeśli łaska.
- Co was tu sprowadza?
- Handel. Przysłali nas kramarze, którzy chcą kupić towary bezpośrednio z Nardy zamiast od zwykłych pośredników.
- Czyżby? Jakie towary?
Gdy Horst zająknął się, naprzód wystąpiła Gertrude.
- Jeśli o mnie chodzi, zioła i leki. Rośliny, które stąd dostawałam, były albo zbyt stare, albo spleśniałe i zepsute. Muszę uzupełnić zapasy.
- A moi bracia i ja - dodał Darmmen - przybywamy, by pohandlować z waszymi szewcami. Buty uszyte w stylu północnym są modne w Dras Leonie i Uru'baenie. - Skrzywił się. - A przynajmniej były, gdy wyruszyliśmy w drogę.
Horst przytaknął z nową pewnością siebie.
- Właśnie. A ja mam odebrać dostawę towarów żelaznych dla mego pana.
- Tak przynajmniej mówisz. A co z nim? Co on robi? - Jeden z żołnierzy wskazał toporem
Rorana.
- Zajmuję się garncarstwem - odparł Roran.
- Garncarstwem?
- Garncarstwem.
- Po co ci zatem młot?
- A jak myślisz, jak rozbija się szkliwo powlekające butelki czy garnce? Nie pęka samo z siebie, trzeba je uderzyć.
Widząc pełen niedowierzania wzrok białowłosego mężczyzny, Roran odpowiedział spokojnym spojrzeniem Żołnierz odchrząknął i przyjrzał mu się uważnie.
- Dla mnie nie wyglądacie na kupców, prędzej na zagłodzone bezpańskie koty.
- Mieliśmy pewne trudności po drodze - wyjaśniła Gertrude.
- W to akurat wierzę. Skoro przybywacie z Teirmu, gdzie są wasze konie?
- Zostawiliśmy je w obozie - wyjaśnił Hamund, wskazał na północ, w kierunku przeciwnym do miejsca ukrycia reszty wieśniaków.
- Brak wam grosza, by zatrzymać się w mieście? - Żołnierz zaśmiał się pogardliwie, po czym uniósł berdysz, gestem nakazując swemu koledze, by uczynił podobnie. - W porządku, możecie przejść, ale żeby nie było z wami żadnych kłopotów.
Nie wierzę, no nie wierzę. Sam napisał, że po przeprawie przez góry wyglądają jak łachudry, a strażnicy wpuszczają ich usłyszawszy, że są kupcami, choć nijak nie mogą tego udowodnić.
Wielce wiarygodna gadka. Gdzie towary? A, potkłem się i do morza wpadły. Czemuś taki obdarty? A, rybami zaśmierdłem i koty mnie podrapały. Kim właściwie jesteś? A, przydupasem Galbatorixa. Znaczy, rzyci mu użyczam.

Inaczej traficie w dyby albo jeszcze gorzej.
Zrobimy wam gili-gili!

Po lewej stronie wejścia stała szeroka na sześć stóp tablica, zwieńczona wąskim daszkiem osłaniającym przypięte do niej pożółkłe pergaminy.
I może jeszcze za szkłem?
Nie, taka co się reklamy samie zmieniają.

Połowę tablicy obwieszono oficjalnymi proklamacjami i zawiadomieniami.
Oczywiście, wszyscy bez problemu potrafili je odczytać.

Na drugiej połowie rozpięto listy gończe z portretami ściganych przestępców. W samym środku wisiała podobizna Rorana bez brody.
BUAHAHAHA! Khem. A tę podobiznę to mu da Vinci walnął? *wróciła do gderania*

Roran odkrył, że imperium daje za niego dziesięć tysięcy koron, dość by przeżyć w spokoju kilkadziesiąt lat. W pewien perwersyjny sposób wysokość nagrody uradowała go; nagle poczuł się ważniejszy.
Kolejny perwers! *spadła z fotela*
W dodatku megaloman!

A potem jego wzrok powędrował do sąsiedniego listu gończego Widniała na nim twarz Eragona.
Pewnie był zajebiście przystojny.
Namalowany w iście barokowym stylu.

- O jakie zbrodnie go oskarżają? - spytał Gertrude Roran.
Skóra wokół oczu uzdrowicielki zmarszczyła się, gdy kobieta przyjrzała się tablicy.
- Zdradę, tak samo jak ciebie. Piszą tu, że Galbatorix da hrabstwo temu, kto schwyta Eragona, lecz ci, którzy podejmą taką próbę, powinni działać ostrożnie, bo jest on niezwykle niebezpieczny.
*śmieje się do rozpuku*

Roran zamrugał ze zdumienia.
- Eragon? - Nie potrafił tego pojąć, póki nie przypomniał sobie, jak on sam zmienił się przez ostatnie kilka tygodni.
I duma rozparła go tak, że się wzion i penkł.

W naszych żyłach płynie ta sama krew. Kto wie, może od swej ucieczki Eragon osiągnął tyle samo, albo i więcej niż ja.
Wiesz, nie chcę cię dołować czy coś, ale... he...
Z dziećmi trzeba szczerze! Eragon ma smoka, ukochanego, podstarzałego (ale wciąż sprawnego... khem, fizycznie) elfa, domek na drzewie i WŁASNY PRYSZNIC!

A ty, Roranie nie zwracaj na siebie uwagi jak zaczniesz nagle zachowywać się w... dziwny sposób.

Po tych słowach grupka rozdzieliła się na trzy części.
Głowy i torsy poszły w prawo, ręce w lewo, a nogi na wprost.

Darmmen, Larne Hamund wyruszyli razem, by zakupić jedzenie dla wieśniaków, zarówno na potrzeby bieżące, jak i zapasy na następny etap podróży. Gertrude, zgodnie z tym, co powiedziała strażnikom, poszła po zioła, mikstury i maści. A R, Horst i Baldor powędrowali ulicami opadającymi w stronę portu gdzie mieli nadzieję wynająć statek, który przewiózłby wieśniaków do Surdy czy też przynajmniej do Teirmu.
I na wszystko mieli forsę.
Zwłaszcza na statek. *parsk*

Głuchy szum wody [w morzu] uderzającej o słupy pod jego stopami sprawiał, że Roran miał wrażenie, iż stoi na powierzchni olbrzymiego bębna.
Najbardziej nietrafne porównanie roku 2008.

wtorek, 17 kwietnia 2012

Cudowne Dziecko, czyli opowieść o Michali... tfu, Meihnie, część 3

Meldujemy posłusznie, że postępów technicznych i pisarskich na Atlantydzie brak. Za to Majonez okazuje się nie być tym, za kogo go uważaliśmy, gołębie wydają się być jedynymi stworzeniami, których boi się jednorożec, a Meihna w dalszym ciągu boi się wszystkiego, tylko nie tego, czego powinna. Enjoy!




— ...Chodź ze mną... — Zjawa uniosła się lekko w powietrzu, odpłynęła wdzięcznym ruchem przed siebie i już po chwili została po niej tylko błękitna poświata. Meihna stała chwilę oniemiała. Nie musiała się śpieszyć, wiedziała, gdzie duch chce ją zaprowadzić.
A wiedziała, bo miała Przeczucie.

Ruszyła wolno, przesuwając się niepewnie wzdłuż ściany, cały czas oczarowana tym wszystkim, co się naokoło niej dzieje.
Jakby jeszcze ktoś miał wątpliwości, to wytłumaczę: dziewczę dostaje histerii na widok modelu układu słonecznego, ale gdy w środku nocy widzi ducha, jest oczarowana.

Meihna czuła na sobie spojrzenie stojących nieruchomo posągów, nie wiedząc, czy są one życzliwe, czy może zioną w jej stronę kamienną nienawiścią. Z oczu posągów trudno jest cokolwiek wyczytać, są niedostępne dla zwykłego śmiertelnika. A jednak czasami, gdy wokoło panuje niczym niezmącona cisza, można wyczuć na sobie ich wzrok.
Ale tylko wtedy, gdy się cierpi na poważne zaburzenia psychiczne.
Czuję się w tej chwili pouczana przez aŁtorkę. Traktuje czytelnika jak dziecko, któremu trzeba co chwilę coś wyjaśnić, przerywając właściwą opowieść.

Kiedy Meihna ocknęła się, stała oparta o ścianę przy komnacie jadalnej. Z dala zobaczyła pędzącą do niej Narę. Co się wydarzyło? Czy śniła na jawie? Może straciła przytomność? Cokolwiek to było, na pewno nie wydarzyło się przypadkiem. Na pewno nie!
Jestem o tym Przekonana!
A nawet Przekonana!!!

Bez dłuższego zastanowienia pobiegła do swojej komnaty po śpiącego pod jej łóżkiem Jednorożca
Jak jej się pod łóżkiem zmieścił cały jednorożec? To była wersja mini? oO
Jednorożec kieszonkowy! Zmieści się do twojej supermodnej torebki od Luisa Wujtą!

— Chodź! — powiedziała. — Idziemy do Nitrusa!
Zwierzę spojrzało na nią ze zdziwieniem, po czym podniosło się wolno, bez pośpiechu. Dziewczyna złapała je za grzywę i zaczęła ciągnąć z całych sił do wyjścia
Animal abuse! Mówiłam, że to wcielenie Elmirki? Mówiłam?!

W zaciśniętej dłoni trzymała grzywę Jednorożca, który szedł spokojnie obok niej, jakby ani ciemność, ani noc nie robiły na nim wrażenia. Dziewczyna zazdrościła mu tego opanowania, sama wciąż nie mogąc powstrzymać drżenia, próbowała więc wmówić sobie, że oto jest słoneczny dzień, ciepły i bezpieczny, i nic, ale to nic nie może jej się przytrafić... Naraz coś świsnęło znienacka nad jej głową!
Świszczypałek!

Upadła z krzykiem na ziemię, zakrywając głowę dłońmi, jakby to miało uchronić ją przed czymkolwiek. Jednorożec stanął czujnie, rozglądając się dokoła, po raz pierwszy wyraźnie zaniepokojony.
Nawet jednorożec – stworzenie od wieków opisywane jako delikatne i płochliwe – jest bardziej odważny od naszej królewny.

— Co to było? — spytała półgłosem. Jakby w odpowiedzi usłyszała nad głową ciche piszczenie. Powoli spojrzała do góry... i zbladła. Po niebie latała z zawrotną szybkością chmara nietoperzy, co chwilę nurkując i przelatując tuż nad jej głową. Meihna popatrzyła nieprzytomnym wzrokiem na Jednorożca.
— Tylko spokojnie... — powiedziała. — To tylko nietoperze, takie latające myszy.
Nagle krzyknęła rozpaczliwie i pobiegła bez namysłu przed siebie, nie zatrzymując się, nie oglądając.
Iiit’s facepalm time!

Biegła i biegła na oślep, nie patrząc na nic. Czuła tylko wiatr we włosach, przerażone kołatanie własnego serca i swój szybki oddech. Nagle grunt pod jej stopami zmiękł, a ona sama potknęła się i upadła na ziemię... Była na plaży. Odetchnęła z ulgą i położyła twarz na piasku. Jednorożec dobiegł do niej i stanął spokojnie, wpatrując się w nią z zaciekawieniem.
Jednorożec nie ogarnia, co ta jego pani odwala.
Podzielam jego uczucia...

Nagle chmury na niebie rozpłynęły się, a całą zatokę rozjaśnił blask księżyca.
— Dziś pełnia — szepnęła. — Niesamowite... Dziś pełnia, noc tak bardzo kojarzona z Zenorą
Sama dowiedziała się o kimś takim jak Zenora na początku książki, a teraz nagle wie tak wiele o krążących o niej legendach. Nie wspominając już o najbardziej wkurzającej mnie przypadłości Głównych Bohaterów/Bohaterek: NIEUSTANNE GADANIE DO SIEBIE NA GŁOS. ><”

Nagle chmury na niebie rozpłynęły się, a całą zatokę rozjaśnił blask księżyca.
— Dziś pełnia — szepnęła. — Niesamowite... Dziś pełnia, noc tak bardzo kojarzona z Zenorą, kiedy to nikt o zdrowych zmysłach nie wystawia nosa z domu, a ja siedzę tu teraz sama przed jej jaskinią... Czy ja oszalałam?
Ty, zaczyna do niej docierać!
Nie łudź się, że to coś zmieni.

Zdało się, że w jaskini oprócz Meihny i Jednorożca nie ma nikogo, ani żywej duszy, ale czy to możliwe? Przecież starzec obiecał czekać na nią, tak bardzo chciał dowiedzieć się, jakie dostaną wskazówki.
O rly? Pierwsze słyszę.
Ale aŁtorka to wie. To wystarczy. Co z tego, że sama straciła rachubę, co zapisała, a co nie?

Jednak dla Meihny las ten był zawsze przychylny, choć mógł zniszczyć ją tak samo jak innych. Stała przecież oko w oko z czymś, czego Atlantydzi bali się najbardziej, odchodząc niemal od zmysłów na samo o tym wspomnienie... A jednak ona przeżyła. Dlaczego doznała łaski, której nie zaznał nawet król? Czy ona, Meihna, naprawdę tak dużo miała zdziałać? Była aż tak ważna?
Tak, ona, Meihna, miała przeżyć, bo ona i właśnie ona ma niezwykłą, tajemniczą Misję do spełnienia, którą tylko ona może wykonać, dlatego właśnie, że jest oną. Tą wybraną przez Los Bohaterką, Zbawczynią, jedyną i najcudowniejszą Merysójką Atlantydy.
A mówili, że Milo był Garym Stu...
http://thatguywiththeglasses.com/videolinks/ir/marzgurl/reviews/32579-surprise-marzgurl-review-atlantis-the-lost-empire

Na razie stała przed tajemniczym, czarnym lasem i zastanawiała się, czy dobrze robi, ufając mu. Nie miała co do tego pewności, ale nie było wyjścia. Musiała wejść między srogie, niedostępne drzewa i stawić czoła wszystkiemu, co ją spotka, nie mogła się wycofać. Już nie.
A to przepraszam, ktoś ją do tego zmusza? Celuje do niej z pistoletu i grozi, że jak nie wejdzie do tego głupiego lasu, to zabije jej całą rodzinę (choć na dobrą sprawę już nie bardzo jest kogo zabijać)? SAMA najpierw polazła do jaskini, a nie znalazłszy tam Nitrusa, SAMA pomyślała, że a, pójdę se do lasu, może coś się stanie. No i dobra, siadam i czekam, aż coś ją napadnie w tym lesie, spotka Nitrusa albo Zecorę, nieważne, ale na pewno znowu ocipieje ze strachu bez powodu.

Meihna szła znanymi sobie drogami, mijała znajome drzewa i kamienie...
W tym złym i nieprzyjaznym lesie, w którym była raz, zabłądziła i natknęła się na dzika...

Zastanawiała się, co czuje Nitrus. Zauważyła, że kiedy wchodzą do lasu, starzec wzdycha melancholijnie, zamyśla się, wydaje się całkiem obok realnego świata... Kiedy znaleźli się w jego jaskini, wszystko to pogłębiło się jeszcze, Meihna wiedziała, jak bardzo grota ta musi być starcowi droga... Jaskinia Nitrusa... taaak.
Tyle upojnych nocy na zimnej skale...

Nagle coś ją tknęło. Może to intuicja, może jeden z czarów Nitrusa, a może coś zupełnie innego, ale nagle wiedziała, że musi wejść w głąb jaskini, że coś tam na nią czeka, coś bardzo ważnego.
PrzeczÓcie!
To po wuj lazła do tego lasu, skoro zaraz i tak wróciła do jaskini? -.-

Jaskinia w czarodziejski sposób wydaje się Meihnie większa, z większą ilością korytarzy i malunków na skale, mimo to dziewczę prze naprzód, gnane swym niezawodnym, merysójskim Przeczuciem. Znajduje list od Nitrusa (skoro kobiety nie miały prawa mieć takiej wiedzy jak mężczyźni, dlaczego w ogóle umie czytać?), w którym ten informuje ją, że wyruszył na poszukiwanie czegoś, o czym „nie może jej teraz powiedzieć”, że nadejdą ciężkie czasy i Meihna musi być silna, i... no cóż, każe jej „najlepiej siedzieć w swojej komnacie i nikomu się nie pokazywać”. Niby żeby „wróg” nie skojarzył jej z niebezpieczeństwem, ale my już wiemy, o co chodzi: księżniczka jest po prostu upierdliwą jęczybułą i starzec ma jej dość.
Poza tym: kim niby ma być ten „wróg”? Póki co wychodzi, że największym zagrożeniem jest Majonez i kapłani, a odnoszę wrażenie, że to nie ich mają tu na myśli. Ci cali kapłani NADAL nie zostali nam nawet przedstawieni. -.-

Gdyby jednak coś Ci groziło, ukryj się tu, w mojej jaskini, tego miejsca nikt nie zna.
Poza, no, WSZYSTKIMI. Bo to zła, osławiona jaskinia Zenory.

nagle drzwi jej komnaty otworzyły się i pojawiła się w nich uśmiechnięta Nara.
— Czas wstawać, moja pani! — powiedziała. — Wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują, że rozpoczęła się długa chłodna jesień, a to oznacza, że nadszedł czas na ciepłe poranne kąpiele!
Meihna spojrzała na nią i uśmiechnęła się lekko. Taaak... ciepłe kąpiele. Niezmiennie od szesnastu lat wraz z jesienią nadchodził na nie czas.
To znaczy, że Meihna kąpie się tylko raz do roku?
To by tłumaczyło niechęć jej niedoszłego narzeczonego. xD

Meihna zdjęła ciężkie, atłasowe szaty
Atłas to akurat lekki jest...

Tu następuje długi na dwie strony opis kąpieli...

— Dobrze. Jaką chcesz, pani, suknię? Czerwoną czy żółtą?
— Daj mi dziś niebieską. Nie mam ochoty na żywe kolory.
— Ależ niebieską nosi się zimą!
Kąpie się raz w roku, jedną sukienkę nosi cały kwartał... Od tej królewny musi zajeżdżać starym capem.

— To nic. I tak dawne tradycje przestały już obowiązywać... Przynieś niebieską.
Prawie że czekam na zdjęcie przedstawiające, w co ubrała się bohaterka...
Niebieska atłasowa sukienka, here you go:

Nagle rozległ się tętent kopyt i na dziedziniec wgalopował drobny gniady koń. Meihna zmarszczyła czoło. Mojnes? Co tu robi Mojnes, tak wcześnie?!
I dlaczego, do cholery, jest koniem?!

— Gdzie ty byłeś? — Meihna patrzyła na brata ze złością. — Gdzie ty znowu byłeś?!
— Nie twoja sprawa, siostro. Nie zapominaj, że jestem królem.
(...)
Meihna westchnęła i ukryła twarz w dłoniach. Tak nie mogło być! Król Atlantydy nie może tak po prostu opuszczać pałacu, w dodatku na noc!
Ojeja, wielkie mi halo, poszedł po prostu nocować u kolegi, by pograć w LoLa i pooglądać podkradzione tacie Playboye. Młodzież musi się wyszumieć!

A królestwo osłabione, bez władcy przepadnie, pryśnie jak piękny sen.
*w ciszy napawa się głupkowatością tego zdania*

— Hmmm... On chyba nie jest gotowy na to wszystko, co przypadło mu teraz w udziale.
— Nikt go do tego nie przygotowywał, zawsze miał beztroskie życie.
Terina pokręciła głową.
— On sobie nie poradzi.
Meihna jęknęła. Znowu to samo!
— Ależ poradzi sobie! Na pewno sobie poradzi!... Chyba.
Jestem teraz równie skonfundowana, co ten jednorożec parę akapitów wyżej. Zwyczajnie przestałam ogarniać, co tak naprawdę myśli Meihna.
Meihna nie myśli, Meihna JEST.
Krowi placek na łące też nie robi wiele poza tym, że jest, i można by o nim napisać o wiele lepszą powieść niż to-to.

— Wiesz, chciałam być rozsądna. Wyjść za niego, bo tak być powinno, choć cała buntuję się przeciwko temu. Jednak naprawdę chciałam okazać się mądra i dojrzała.
Meihna złapała ją za ręce.
— I jesteś! Naprawdę jesteś bardzo mądra!
— Nie... Czas mija, a ja wciąż odkładam tę decyzję... Ale teraz postanowiłam. Wyjdę za Mojnesa, nim spadnie pierwszy śnieg. Naprawdę!
Ekhem. Ostatnio mówiła, że wyjdzie za niego, jak księżyc będzie w pełni. Księżyc już odbębnił swoją część umowy, a ta dziunia nadal się ZASTANAWIA? A co na to Majonez? Co na to żona zmarłego króla? Co na to „kapłani”, którzy to zarządzili?!

— To niedługo. Jesień w tym roku jest wyjątkowo chłodna.
— Wiem. Nadworni astrologowie mówią, że zima przyjdzie już za sześćdziesiąt dni. Dlatego za miesiąc, w pełnię księżyca...
Nie chcę przerywać ci tego natchnionego monologu, ale miesiąc ma około trzydziestu dni.

Terina spojrzała na swój brzuch, który z dnia na dzień robił się coraz bardziej okrągły.
Kiedy powiedziała, że jest w ciąży, kończyło się lato. Teraz zaczyna się jesień. Mógł minąć może z miesiąc. Gdzie tu mowa o jakichkolwiek krągłościach po miesiącu? Przecież wtedy zarodek  wygląda tak:

Terina spojrzała na swój brzuch, który z dnia na dzień robił się coraz bardziej okrągły.
— Tylko on podtrzymuje mnie na duchu.
— Syn Tyncjona... Kiedyś zostanie królem.
A tu dup – córka. Trolololo!

Nagle drzwi komnaty jadalnej otworzyły się i do środka wszedł pewnym krokiem Mojnes z nieznikającym mu nigdy z twarzy uśmiechem. Terina rzuciła mu wrogie spojrzenie, które natychmiast zauważył i skwitował śmiechem.
— Kapłan powiedział mi, że znasz już datę naszego ślubu!
U, ci kapłani też mają Przeczucia.
Może to zaraźliwe?

— To tylko formalność! Pamiętaj o tym!!!
Powiedziała kobieta w państwie patriarchalnym do króla.

— Oczywiście ta bezsensowna formalność doda mi wiele przywilejów! Jako mąż i ojciec będę już prawnie dorosły i wreszcie pozbędę się tych tłustych kapłanów, którzy mieli doradzać mi do tego wspaniałego momentu, a tak naprawdę wszystko robili bez konsultacji ze mną. Ale teraz będę władcą w każdym tego słowa znaczeniu.
— I to będzie tragedia!
Jw.

Meihna wytyka Majonezowi, że co chwila urządza przyjęcia, na które idzie kasa ze skarbca w ilości porównywalnej do tej, którą wydają księżniczki na biżuterię, perfumy i suknie przez cały rok. Majonez rozkazuje, by w takim razie sprzedały swoje wszystkie kosztowności i chodziły w tanich ciuchach i wisiorkach z muszelek.


Następne dni Meihna spędzała na próbach rozwiązania otaczających ją zagadek, a największą z nich była tajemnicza Zjawa nawiedzająca ją coraz częściej, niezmiennie mówiąc jej o niesamowitym znaku znajdującym się w skarbcu.
*czerwona ze złości* Magiczna perła mająca przynieść pomoc, o której była mowa na samym początku, głupia pipo!
Już wiem, czemu się nie boi tych duchów: zwyczajnie jej spowszedniały. Lata toto po zamku i jęczy w kółko o tym samym...

Gołąb pocztowy przynosi kolejny list od Nitrusa – równie nudny i nic nie wnoszący, co poprzedni, ale najwyraźniej czymś trzeba było zapełnić książkę. Meihna odpisuje, kończąc list dramatycznym: Boję się...

Dziewczyna złożyła kartkę i przywiązała ją do nóżki czekającego już na to gołębia. Kiedy ptak odleciał, Jednorożec ułożył się z ulgą przy Meihnie, zadowolony, że wszystko skończyło się dobrze i nikt go nie pożarł.
Gołębie są TAKIE straszne!

Cały pałac rozpoczął przygotowania do mającego odbyć się niedługo ślubu i choć wszyscy udawali wielką radość, nikt tak naprawdę nie cieszył się z tego, jak potoczyły się losy, i nikt nie patrzył już z nadzieją w przyszłość.
A więc nawet nie bomby zniszczyły Atlantydę – jej mieszkańcy po prostu solidarnie pocięli się z rozpaczy.

zdając sienie zauważać
*wyją* Sieje-je, sieje-je, sie-je-JE!

Jedynie Meihna chodziła naprawdę uśmiechnięta, reagując spokojnie na wszelkie rozkazy brata, zdając sienie zauważać panującego dookoła smutku, co zaczęło wywoływać ciche plotki, że księżniczka od tragicznego wypadku oszalała z rozpaczy i teraz nie jest już całkiem zdrowa na umyśle.
Zupełnie jakby kiedykolwiek była...

Jedynym powiernikiem dziewczyny w tych trudnych dla niej dniach była Nika, rozsądna, zdolna zrozumieć wszystko, co usłyszała.
Z którą komunikowała się najwyraźniej telepatycznie, biorąc pod uwagę zakaz opuszczania pałacu, by zuooo jej nie przejrzało.
No i jaka mądra ta Nika: rozumie, co się do niej mówi... Toż to prawdziwa rzadkość, zaiste!

Pewnego dnia księżniczka siedziała z Niką w lesie.
Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, pewna królewna miała wszędzie bardzo daleko... *suchar dnia*
Enyłej, tu następuje scena wypisz-wymaluj jak z książeczki dla dzieci: „Dwie dziewczynki siedziały w lesie. Hmm – powiedziała jedna – nie wiem, co mi chce powiedzieć ta zjawa, która każe mi szukać czegoś w skarbcu. Hmm – zamyśliła się druga – może znajdziemy odpowiedź wśród malowideł w jaskini? Tak, to doskonały pomysł! – ucieszyła się pierwsza. W nocy spotkały się przed jaskinią...” Naprawdę, dosłownie taka. Dla ciekawskich przytaczam cytat, pozostali nic nie stracą, jak ten fragment pominą.


Pewnego dnia księżniczka siedziała z Niką w lesie.
— Naprawdę, nie mam pojęcia, co to może być za znak! Przeszłam skarbiec ze dwadzieścia razy i nic nie zauważyłam!
— Ale w twoich snach Zjawa mówi ciągle to samo? Żadnych podpowiedzi?
— Tylko tyle, że TO znajduje się w skarbcu... I to właściwie tyle.
— Może wskazówki są gdzie indziej? Jakieś księgi, może listy?
— Nie... Raczej nie. Sprawdziłam już wszystkie możliwości.
Nika zamyśliła się.
— A może... hmm... Mówiłaś mi kiedyś o malowidłach na ścianach jaskini Nitrusa, pamiętasz?
— Tak, rysunki. Myślisz, że są wskazówką?
— Tego nie wiem. W każdym razie nie zaszkodzi pójść tam i sprawdzić, co przedstawiają. Bardzo mało prawdopodobne, że jest to zupełnie bez znaczenia.
— Może masz rację. Pójdę tam dzisiejszej nocy i sprawdzę.
— Idę z tobą! Kto wie? Może przyda ci się moja znajomość legend? Mówią, że w każdej legendzie jest ziarnko prawdy... Kto wie?
*
Gdy nadeszła noc, Meihna i Nika spotkały się przed jaskinią Zenory.


— Nie boisz się? — Meihna spojrzała na dziewczynę badawczo. — Nie możesz się bać!
— Nie boję się... — Nika przełknęła ślinę. — Niby dlaczego miałabym się bać? Tylko do jaskini Zenory nigdy nie wejdę, ale do każdego innego miejsca — pójdę za tobą.
No co jest, kurwa?! Teraz nagle jaskinia Zenory i Nitrusa to dwa zupełnie różne miejsca?! Dafuck?! GDZIE to było opisane, no, kurwa, gdzie?!
Czytelnik nie jest od zadawania pytań, czytelnik jest od bezmyślnego wielbienia wspaniałości osoby aŁtorki, która napisała osiem książek! Co z tego, że sześć z nich nigdy nie wyszło z szuflady? Wszystko przed nimi!
I to mnie właśnie napawa coraz większym niepokojem...

Meihna zamknęła oczy i wyciągnęła przed siebie obie dłonie, koncentrując się intensywnie, skupiając myśl. Stała chwilę nieruchomo, czując, jak wzbiera w niej siła, niczym ogień w wulkanie, i po chwili poczuła przyjemne ciepło na otwartej dłoni. Nika wytrzeszczyła oczy.
— Jak to zrobiłaś?!
Z rąk księżniczki wydobywało się mdłe zielone światło, oświetlające jej drogę do jaskini.
— Nie wiem. Już dawno zastanawiałam się, czy będę w stanie to zrobić.
W końcu jestem tu Główną Bohaterką i w ogóle.

Tak jak Meihna to zapamiętała, ściany groty pokryte były gęsto rysunkami przedstawiającymi ludzi, zwierzęta i rośliny, a także księżyc we wszystkich stadiach, od nowiu po pełnię.
— I co? — Nika zmrużyła oczy. — Co tu jest namalowane?
— Zaraz sprawdzę... — Meihna podeszła do ściany i podniosła rękę.
— Widzę kobietę... Tak, to kobieta. Potem... mężczyzna... Tutaj jest kobieta i mężczyzna, chyba są zakochani.
A teraz cytat sprzed paru stron:
Meihna dostrzegła dziwne napisy pokrywające całe ściany groty. (...) Księżniczka zaintrygowana dotknęła lekko tajemniczych znaków. Były wypukłe, gładkie, wypisane nieznaną jej metodą.
Komentarz jest zbędny. Tu wszystko jest jasne. Panna Michalina nawet nie raczyła przeczytać swojego dzieła kilka razy przed wrzuceniem go do druku (i z zakazem robienia korekty!). Bo i po co? Mama chwali, koleżanki z klasy chwalą, więc siłą rzeczy to musi być dobre! Kurde, aż się sama sobie dziwię, czemu jeszcze nie zaspamowałam wydawnictwa Albatros moją tfurczością sprzed 10 lat – jest na podobnym poziomie, powinno im się spodobać.
Nie spodoba się, bo nie jesteś tak „wszechstronnie medialna” jak Michaśka.

— Widzę kobietę... Tak, to kobieta. Potem... mężczyzna... Tutaj jest kobieta i mężczyzna, chyba są zakochani.
— Typowe! — prychnęła Nika. — Trzymają się za ręce!
— Tak... Na następnym rysunku ta kobieta trzyma coś w rękach, Co to może być?
— To dziecko! Można się było domyślić! A ta kulka nad jej głową? Jestem pewna, że to księżyc!
— W pełni. Ciekawe.
— A tu są jacyś ludzie. Nie wyglądają przyjaźnie!
— Wskazują palcami na kobietę, ona się boi.
— Tak! A tu mężczyzna wyganiają! Ona odchodzi, ale dziecko chowa w... co to jest? Co za historia!
A więc „tajemnicze napisy” na ścianie jaskini nagle zmieniły się w komiks, wnosząc z powyższego dialogu. Nawiasem mówiąc, ta książka w dużej mierze składa się z dialogów...

— Hmmm... Dziwne. Ta kobieta.
— Co? Co z nią?
— Wygląda zupełnie, jak moja Zjawa. Ma takie włosy, taką suknię.
I oczy tego samego koloru. Położenie kości policzkowych i kształt nosa także się zgadzają. A te misterne koronki w mankietach to po prostu wypisz-wymaluj.
Litości, to są malunki naskalne czy fototapeta?!

— A mężczyzna? Czy to może być Nitrus?
— Nie, na pewno nie... Chociaż on mi kogoś bardzo przypomina. Ale nie Nitrusa.
— To kogo w takim razie? Kto to jest?
— Ktoś, kogo kiedyś widziałam. Dawno temu. Nie przypomnę sobie teraz...
Tego gościa z telewizji, co prowadził Teleranek!

— Czy to możliwe, że [Nitrus] ukrywa przed tobą jakąś wielką tajemnicę?
— O! To jest więcej niż możliwe! On ukrywa przede mną tak dużo rzeczy, że cud, iż mówi mi cokolwiek!
— Więc myślisz, że historia z obrazu ma coś wspólnego z tobą?
— Tak... Na pewno.
Myślę, że to, iż w czasie pełni zbrzuchaci cię jakiś buc, ludzie będą cię wytykać palcami i będziesz jak zwykle przerażona, jest dość prawdopodobne. Tobą. Tobie. Iż że ponieważ.

— Tak... Na pewno.
Tej nocy Zjawa znów pokazała się Meihnie. Kiedy chciała odejść, dziewczyna złapała ją mocno za skrawek sukni.
To przeskakiwanie od jednej sceny do drugiej jest STRASZNE. Wyobraźcie sobie, że oglądacie film z takimi cięciami. Gandalf na wozie wjeżdża do Shire i zaczyna rozmawiać z Frodem – CIACH! Na przyjęciu eksplodują fajerwerki – CIACH! Frodo otwiera kopertę z Pierścieniem, w strachu chce go dać Gandalfowi, czarodziej przemawia stanowczo dudniącym głosem – CIACH! Sam i Frodo wyruszają w drogę... Koszmaaar!

Kiedy chciała odejść, dziewczyna złapała ją mocno za skrawek sukni. Materiał był tak delikatny, iż księżniczce wydało się, że trzyma mgiełkę, nierealną, senną.
Księżniczka spojrzała na swoją dłoń pokrytą jakąś lśniącą, trupiozielonkawą maź.
- Fuuuuj, ektoplazma...

To zadanie dla Pogromców Duchów!


Zjawa nachyliła się do Meihny i pogłaskała japo głowie miękką, ciepłą dłonią.
— Jestem przyjacielem.
— A dokładniej? Jakie jest twoje imię?!
Kobieta wzniosła oczy ku niebu, po czym zamknęła je i szepnęła:— Posłuchaj mnie, bo już nigdy więcej się nie spotkamy.
Jasne. Do tej pory pojawiała się co noc i bełkotała jak niespełna rozumu, ale wystarczyło zmusić taką do gadania, a już jej się odechciało nocnych nawiedzeń.
Dlaczego żaden egzorcysta do tej pory na to nie wpadł?

— Ale... Czekaj! Jak się nazywasz?! — Meihna próbowała złapać rozpływającą się w powietrzu sylwetkę. Przezroczyste usta Zjawy szepnęły już ostatnie zdanie:
— Oni nazywali mnie Zenorą...
LOL, dokładnie jak Zecora – wszyscy się jej bali, a okazało się, że jest dobra.
Wiecie... kucyki są fajne, ale kiedy nie ma się pomysłu na książkę na tyle, by ściągać z nich imiona i fabułę, to trzeba jednak wracać do przedszkola i swoje odleżakować.

Meihna obudziła się nagle, drżąc na całym ciele. Zenora? Zenora?! Zenora?!!! To była Zenora?!
Czy podekscytowane postaci wszystko muszą powtarzać po trzy razy? Trzy razy?! Trzy razy???!!!

Czego jeszcze ona, Meihna, może się dowiedzieć? Już nic chyba nie zdziwi jej i nie przerazi bardziej !
W takich momentach krew mnie zalewa i mam ochotę zaprezentować naszej mimozie listę najohydniejszych ludzkich zbrodni ze wszystkich dziejów i szerokości geograficznych. O, przepraszam: geograficznych !

Meihna nic z tego nie rozumiała. Wszystko było takie nielogiczne, nic się z sobą nie kleiło...
Tandetne, chińskie podróbki! Wszystko klejem robione!

Jakież było jej zdziwienie, gdy drzwi zagrodził jej strażnik. Dziewczyna spojrzała na niego zdziwiona, lecz gdy próbowała go ominąć, zatrzymał ją gwałtownie i jej zdziwienie sięgnęło zenitu, więc stanęła zdziwiona, dziwiąc się niemożebnie.

— Co się stało?! Chcę wejść do skarbca!
— Wybacz, księżniczko, rozkazy króla. Zabronił wpuszczania do skarbca kogokolwiek.
— Ależ ja jestem księżniczką!
Muszę wypróbować ten tekst, jak mnie kanar przyłapie bez biletu. xD

Meihna poczuła, jak buzuje w niej wściekłość. Czy naprawdę nic nie może pójść łatwo? Czy teraz, kiedy wie więcej na temat tego, czego szuka, nie będzie mogła pójść i wziąć tego?
Bardzo czegoś chcę, ale nikt mi nie chce tego dać! To skandal! Maaamooo, CHCĘĘĘ!!!

Terina zmarszczyła brwi.
— Słońce nawet raz nie okrążyło Ziemi, a ty już każesz mi zapomnieć?
Meihna zamilkła. (...) przypomniała sobie nagle o modelu konstrukcji świata, który pokazał jej Tyncjon...
Kiedy to było? Sto lat temu? Dzień? Dziewczyna zdała sobie sprawę, że wie coś, czego nie wie Terina. Czy Tyncjon nie pokazał jej modelu? Nie wyjaśnił, jak działa świat? Pewnie wyczuł, że byłoby to dla niej wielkie przeżycie i szok...
Nawet mi się nie chce tego komentować, kontynuujmy...
Onwards to the land of stupidity and inconsistency!


Dlaczego więc nie zawahał się pokazać tego Meihnie? Dlaczego wszyscy tak bardzo ją obciążają, powierzają największe tajemnice?!
Naści chusteczkę, wytrzyj nosek.

O, jakże by chciała żyć w słodkiej niewiedzy, a nie głowić się nad zagadkami świata!
Jak problemu nie widzę, to problem też mnie nie widzi! Jakie to proste. <3

Terina W KOŃCU wychodzi za mąż. Zostajemy uraczeni opisem pełnego przepychu zamkowego dziedzińca, wliczając w to łabędzie w srebrnych klatkach i złote fontanny tryskające winem.

Wszędzie panował ogólny gwar podniecenia i wyczekiwania, zebrała się cała ludność z okolicznych wiosek, pchająca się teraz, walcząc jak zwierzęta o miejsce z lepszym widokiem.
No jasne... Wsiura na królewskim weselu, przepychająca się „jak zwierzęta”. To musiała być piękna uroczystość.

Ceremonia rozpoczyna się, Meihna kontempluje złoty tron, oczywiście ma masę Złych Przeczuć et cetera. Nadchodzi moment kulminacyjny, ino w Atlantydzie zamiast obrączek jest nacinanie sobie dłoni do krwi i łączenie ich.


Mojnes wysunął dłoń ku Terinie. Dziewczyna spojrzała na nią i już wyciągnęła swoją... gdy wtem cofnęła ją gwałtownie...
Tłum zamarł, kapłan spojrzał na nią ze zdziwieniem.
— O co chodzi? — spytał. Terina wybuchnęła histerycznym płaczem.
— Nie mogę!!! — wykrzyczała. — Nie mogę!!!
On ma AIDS! On ma AIDS!!!

Mojnes zaśmiał się sztucznie, po czym jego twarz zamarła w lodowatym wyrazie.
Terina spojrzała na niego błagalnie.
— Wybacz mi, ja...
Król popatrzył na nią... i nagle podniósł rękę, z całej siły uderzając nią w zapłakaną twarz Teriny, która upadła na ziemię, kuląc się ze strachu.
Trzynastolatek. Który na początku książki biegał po ogrodzie z drewnianym mieczykiem.
Ale teraz, jak bierze ślub, to staje się „mężczyzną w pełnym tego słowa znaczeniu”. To od razu dodaje mu... potencji.

Ludzie stali oniemiali, nie wiedząc, jak się zachować, a Meihna patrzyła na brata ze smutkiem. To straszne, pomyślała. Co jeszcze się wydarzy? Co jeszcze spotka Atlantydę?
Pewna nastolatka napisze o niej książkę.
Polska przeprasza mieszkańców Atlantydy...

wtorek, 10 kwietnia 2012

Najgłupszy - Dziewictwa księga druga część 3

Kolejny raz nurkujemy w wir fascynujących przygód Eragona i Rorana... A dziś pierwszy raz zobaczymy, co słychać u Nasuady. Odkryjemy także tajemnicę upodobań seksualnych Eragona, powiększymy listę powieściowych emo do trzech, a także dowiemy się, skąd w Alagaesii wzięła się Nutella. Have fun!



 

WĄTEK RORANA

Na widok tych potworów sam o mało nie odgryzłem sobie języka. - Horst potrząsnął bujną grzywą włosów i zarżał, jak na ogiera przystało.

Przez żelazne kleszcze ściskające mu gardło przedarł się zdławiony szloch.
Przez chwilę się zastanawiałam, kto go torturuje, zanim wpadłam na to, że to metafora.
Tak?! Cholera, już myślałam, że naprawdę mu robią kuku... bu. ;_;

Roran przeklinał go najczarniejszymi słowami, jakie znał.
Ten czarny żuk wytarzany w smole zagotowanej w burym kotle na hebanowych drwach zżeranych przez mroczne korniki czczące Ciemnego Pana, który bzykał się z Panią Nocy...

Nawet gdybym mógł swobodnie odejść z Carvahall, jak miałbym znaleźć Ra'zaców? Kto wie, gdzie oni mieszkają?
W chatce z piernika.
Wiejska 4/8/6.

To było beznadziejne.
To wciąż JEST beznadziejne.

Zdawało się, że minęły całe wieki, nim szlochy Rorana zamieniły się w słabe jęki protestu.
*ma skojarzenia*

W zakamarkach mojej wiedzy musi kryć się rozwiązanie, jeśli tylko okażę się dość pomysłowy.
Już wiem! Obrzućmy orki kamieniami!
Ale tu nie ma orków...
Yyy... no to... WIEM! Przywiążmy elfkę smokowi do brzucha!
Jesteś wredna, wiesz?

- Gdyby, jeśli, może, jak - mamrotał, raz po raz zaciskając lewą dłoń.
Borze, jeżu, kurwa mać - mamrotała, waląc głową w biurko.

Oczyma duszy Roran ujrzał stojącą przed nim Katrinę, bladą i znękaną, poważnie spoglądającą bursztynowymi oczami. Przypomniał sobie ciepło jej skóry, korzenny zapach włosów i to, jak się czuł, będąc z nią pod osłoną ciemności.
Pałolini, wstydliwa chłopina, nie potrafi nazywać rzeczy po imieniu.
Ale angielskie słowo ,,sex" jest takie trudne, ma AŻ TRZY LITERY! xD

Na jego głową ciężki pióropusz chmur zabarwił się złotem i fioletem.
Aureolka mu wyrosła.
Taki mały, taki duży może świętym być...

chwycił pochodnię, osadzoną na tyczce wetkniętej w zachłanne błoto
- Ej! Oddawaj, skurwielu! - wrzasnęło błoto.

Unosząc rękę, wyprostował palce, ukazując wszystkim szkarłatne łzy ściekające ku ramieniu.
Czerwone koraaale!
Nieee, stygmaty!

Przemowa Rorana jest tak piemkna, że zasługuje na zacytowanie w całości, ale jest za długa. Wklejam najgłupsze fragmenty. :]
- Oto mój ból - rzekł. - Przyjrzyjcie się dobrze, bo będzie też wasz, o ile nie pokonamy przekleństwa, które zesłał nam okrutny los. (...) Nie wystarczy, że każdego dnia naszego życia ciężko harujemy, nie wystarczy, że musimy płacić mordercze podatki Galbatorixowi, mamy jeszcze znosić te bezsensowne męki? - Roześmiał się szaleńczo prosto w niebo, podnosząc głos do krzyku. Usłyszał dźwięczący w nim obłęd. (...) Teraz znam prawdziwą naturę imperium i Galbatorixa. Są źli. (To było odkrywcze.) (...) Nasze dzieci i ich potomkowie będą żyć w mroku (Jak na mhroczne dzieci mhroku przystało.) (...) będą recytować o nas sagi. Będą śpiewać pieśń o Carvahall (Będziemy sławni, będziemy sławni!)

- Myślicie, że ktoś pójdzie ze mną? Czy byłem dość dobry?
Albriech zaśmiał się głośno.
- Byłeś bez-na-dziej-ny w pełnym tego słowa znaczeniu!
A na pewno bardzo kwikaśny.

Roran poczuł w ustach smak trocin
Niestety, nikt mu ich nie wepchnął do gardła. To tylko kolejna, wspaniała metafora.
A mogę ja wepchnąć? Mogę? Proszę...

Nie mogłam uwierzyć własnym oczom, gdy Eragon zaczął chodzie zaledwie dwa dni po tym, jak otarł sobie fiuta do żywego ciała.

Roran szczycił się swym ciałem
Codziennie rano miział się z lustrem.

Roran szczycił się swym ciałem i jego uszkodzenie wywołało atak paniki.
- Jezusie Nazarejski! Moja twarz! Moje paznokcie! Łaa! Potrzebuję KOSMETYYYCZKIII!!!

Nawet jeśli odzyska władzę w ręce, na zawsze pozostanie mu szeroka blizna, pamiątka po obrażeniach.
Strashne.
Cieszę się, że zostało nam wyjaśnione słowo blizna, inaczej mogłabym się nie połapać, o co chodzi.

Czajnik zaczął głośno gwizdać.
Nie będę się czepiać takich błahostek, że w średniowieczu z całą pewnością nie mieli gwizdków na czajniki.
,,Ale w Alagaesii mają!" - odwrzasnął Pałolini, tupiąc nóżką.

I wszyscy traktowali Rorana z szacunkiem, który dziwnie go drażnił. (...) Jestem napiętnowany, pomyślał Roran
Tylko Tró Emo może uznać szacunek za napiętnowanie.
On nam psuje kanon, to Murtagh był powieściowym emo.

Teraz zrozumiał, jak udało mu się wpłynąć na wieśniaków. Obnażył zęby. Mogę wykorzystać ten wygląd, użyć go do zniszczenia Ra'zaców.
Jak tylko go zobaczą, zejdą ze śmiechu.

Albriech zbliżał się, maszerując między domami, na plecach dźwigał trzy baryłki piwa.
Strong Man.
W szkole wołali na niego Pudzian.

WĄTEK ERAGONA

Smok odwrócił się, by wylądować, i Eragon zachłysnął się głośno, gdy smok przypadkowo puścił bąka.

Smok odwrócił się, by wylądować, i Eragon zachłysnął się głośno. Lewa przednia noga smoka została odrąbana, pozostał po niej tylko żałosny biały kikut.
Zobaczył brak przedniej nogi, gdy smok się od niego odwrócił. Logiczne.
Mógł też z początku być do niego tyłem, ale z tekstu wynika, że jednak był przodem do Eragona i dopiero teraz się odwrócił.

Był to elf o srebrnych włosach, niewiarygodnie stary, choć jedyną oznakę wieku stanowiły głęboki żal i współczucie odciśnięte w rysach pięknej twarzy.
*myśli, jak to skomentować, ale po dłuższej chwili rezygnuje i stwierdza, że sam cytat wystarczy*

Jeździec uśmiechnął się, ujął ramiona Eragona i podniósł go, patrząc nań z taką czułością, że Eragon nie był w stanie odwrócić wzroku.
Pedofil!
Nieletniego maca!

Smoczyca czekała nieruchomo, sztywno wyginając szyję, podczas gdy Glaedr [smok] obwąchiwał jej policzek i krawędź skrzydła. Eragon dostrzegł, jak napięte mięśnie nóg Saphiry drżą.
No co, każdego denerwuje ten pierwszy raz.

Glaedr stracił nogę, a ja - dotknął boku swej głowy - ja także jestem okaleczony. Wycięli mi musk.

- To prawda. Pokaż mi swoje ręce; przekonałem się, że wiele mówią o danej osobie. - Eragon zdjął rękawice i pozwolił elfowi chwycić się za przeguby szczupłymi palcami. Oromis obejrzał uważnie odciski swego towarzysza. (...) - I mało pisałeś i rysowałeś, być może w ogóle.
Skąd! Jak ci Eragon machnie portrecik to normalnie mucha nie kuca.
Picasso przy nim to popierdółka jakaś!

- Już lepiej. Każdy, kto ma taką kolekcję blizn, jest albo beznadziejnym pechowcem, walczy jak berserker, albo świadomie naraża się na niebezpieczeństwo.
W takim razie Eragon jest beznadziejnym berserkerem.
A poza tym: jaka kolekcja?!

Zetknął czubki swych długich palców, zakończonych paznokciami okrągłymi i jasnymi niczym rybie łuski, długimi na cztery centymetry, pomalowanymi oczojebnie różowym lakierem i ozdobionymi kryształkami Swarovskiego.

- Wiesz chyba - Eragon poczuł gwałtowną falę wstydu, która sprawiła, że zapiekły go policzki - o moim... kalectwie? - Zająknął się na ostatnim słownie, nienawidząc jego brzmienia.
Ojejciu, biedny Eragonek, plecki go bolą i ma duzią bzidką bliznę... Zaraz, o którym kalectwie mowa? Umysłowym? Ach, to rzeczywiście straszne.

Eragonowi ścisnął się żołądek, chłopiec poczuł w ustach smak żółci
Z mężczyzny zdegradowali go na chłopca.
What a shame.

- Zgadzam się w imieniu tych, dla których walczę, ludzi z Alagaesii, wszystkich ras cierpiących pod jarzmem Galbatorixa. Bez względu na ból, przysięgam, że będę uczył się pilniej niż jakikolwiek Jeździec wcześniej.
- Siadaj. Jedynka.
- Ale za co?!
- I masz przyjść z rodzicami!
- Pierdolę, nie robię.

[Oromis, ten stary elf] Przez chwilę patrzył na Glaedra i w końcu wydał Eragonowi polecenie:
- Wstań i zdejmij tunikę. Chcę zobaczyć, do czego jesteś zdolny.
Mówiłam, że pedofil!
Ale on ma kilkaset lat... to niesmaczne. oO"

Zdjął tunikę i zadrżał, czując na skórze chłodny powiew. A potem wyprostował ramiona i wypiął pierś.
Oromis okrążył go (...)
- Teraz pochyl się, nie zginając kolan.
O___O

Następnie Oromis zwrócił się do Saphiry.
- Chce poznać także twoje zdolności, smoku.
O kurwa.

Przez następne pięć godzin, według szacunków Eragona, Oromis zapoznawał się ze wszystkimi aspektami wiedzy jego i Saphiry, od botaniki, poprzez pracę ciesielską, po metalurgię i medycynę.
Bo Eragon ma dyplomy Oxfordu i Harvardu ze wszystkiego.
Zdolna bestia.

Gdy przerwali, by spożyć posiłek, Oromis zaprosił Eragona do swego domu, zostawiając smoki na dworze.
Chcą pobyć sami...

Obraz był tak wyraźny i doskonały w każdym szczególe, że Eragon z początku wziął go za magiczne okno. Dopiero gdy przekonał się, że wizerunek pozostaje nieruchomy uwierzył, że naprawdę został namalowany. (...)
- Fairth to wizerunek przywołany magią na wypolerowanym łupku, na którym wcześniej rozprowadzono warstwy barwników. Obraz na drzwiach przedstawia dokładnie Ilireę taką, jaką widziałem ją w chwili wymówienia zaklęcia.
Interesująca parafraza aparatu fotograficznego.
Ech, ten Pałolini...

- Chcę się dowiedzieć tak wielu rzeczy - wyszeptał Eragon. - Kim jesteś, skąd pochodzisz, skąd przybył Brom, jaki był Morzan, jak, co, kiedy, dlaczego?
DLATEGO. *zdrowo zirytowana*

Oromis starannie oskubywał grono porzeczek, pochłaniając kolejno smakowite owoce. Gdy ostatni z nich zniknął między czerwonymi jak wino wargami
Zmysłowe, karminowe wargi stuletniego starego pryka...

Przez chwilę przyglądał się Saphirze i dostrzegł, że w obecności Glaedra zachowuje się nieśmiało i zalotnie. W jednej chwili obracała się, oglądając coś na polanie, w następnej szeleściła skrzydłami i przybliżała się do większego smoka, kołysząc głową z boku na bok i machając koniuszkiem ogona
Zastanawia się, jak go zgwałcić.

- Kąpałeś się dziś rano? - spytał, zaskakując Eragona, który w odpowiedzi pokręcił głową. - Proszę zatem, zrób to jutro i każdego następnego dnia
- Każdego dnia? Woda jest na to za zimna, dostanę zimnicy.
Wykręca się jak diabeł na widok święconej. ^^

- Czy widziałeś niewielkie pomieszczenie z zagłębieniem w posadzce?
- Sądziłem, że służy do prania ubrań albo pościeli.
- Nie, do prania twojej osoby. W ścianie nad zagłębieniem są ukryte dwa pokrętła; obróć je i możesz wykąpać się w wodzie o dowolnej temperaturze.
Pałolini jest tak nowoczesny, że nie wyobraża sobie, jak w średniowieczu mogli nie mieć pryszniców, aparatów czy gwizdków na czajniki. ><"

Saphira chętnie usiadła na swym łożu, gawędząc na temat Glaedra, podczas, gdy Eragon badał tajemnice łaźni elfów.
Z rozczarowaniem stwierdził, że nagie elfie niewolnice nie były wliczone w cenę.

Nastał ranek, a wraz z nim zjawiła się paczuszka owinięta w przejrzysty papier zawierająca obiecane przez Oromisa brzytwę i lusterko. Ostrze było dziełem elfów i nigdy się nie tępiło.
Jakżeby inaczej.

Eragon, krzywiąc się, najpierw się wykąpał w parującej, gorącej wodzie
Za czysta! Za czysta!

a potem uniósł lusterko, oglądając swą twarz.
Jakiś ty seksowny...
*cmok*

Wyglądam starzej, znać po mnie wiek i zmęczenie. I nie tylko.
Bezbrzeżną głupotę i skrajny marysuizm takoż.

Jego rysy wyostrzyły się, nadając mu ascetyczny, drapieżny wygląd.
*siłą powstrzymuje się od parsknięcia*

Nie był elfem, ale nikt, kto przyjrzałby mu się uważniej, nie wziąłby go za człowieka czystej krwi.
*zaczyna się dusić*

Odgarniając włosy, odsłonił zwężające się wyraźnie uszy, kolejny dowód tego, jak więź z Saphirą odmieniła jego ciało.
*nie wytrzymuje i 'ryka' śmiechem*

Trudno przyszło mu zaakceptować przemianę ciała. (...) Świadomość, że nie ma nic do powiedzenia co do kształtu własnego ciała, budziła w nim opór, ale jednocześnie był ciekaw, do czego doprowadzi ów proces. Dodatkowo, wciąż przechodził przez własny, ludzki okres dojrzewania i związane z nim trudności i tajemnice.
- Nie urósł... - mruknął zawiedziony, zerkając w dół.
Ale za to uszy ma długie... Nie można mieć wszystkiego. ^^

Kiedy w końcu dowiem się, kim i czym jestem? - myślał.
Przyłożył brzytwę do nadgarstka (...) i przesunął po skórze.
Ile emo można zmieścić w jednej powieści?
Duuużo.

Gdy jednak dotarł do podbródka, brzytwa poślizgnęła mu się w palcach i skaleczyła głęboko od kącika ust aż po koniec szczęki. Eragon zawył i upuścił ją, przyciskając dłoń do rany, z której krew spływała wprost na szyję - Przez odsłonięte zęby wykrztusił:
- Waise heill! piersi.
Głodnemu chleb na myśli? xD

[Saphira] Zlustrowała pomieszczenie.
Bądź ostrożniejszy. Wolałabym, żebyś pozostał włochaty niczym liniejący jeleń, niż miał obciąć sobie głowę przy próbie golenia.
Ja bym wolała, by obciął sobie głowę.
I co to za figura: włochaty niczym liniejący jeleń? oO"
Kosmaty jak łosoś.
Futro z tilapii!

wymówił wymyślone na poczekaniu zaklęcie. Z jego twarzy opadły smużki czarnego pyłu, pozostawiając idealnie gładkie policzki.
Zaklęcie KudłoPrecz: będziesz gładki niczym pupa niemowlęcia!

- Brom zawsze miał zręczne ręce.
Stary erotoman Oromis coś o tym wie...
Jeżu w borze, to z kim tego nie robił...?

- To, co ci pokaże, nazywamy rimgarem, Tańcem Węża i Żurawia - oświadczył. stając naprzeciwko niego w kwadracie. - To seria póz, jakie opracowaliśmy na potrzeby Kamasutry.

To seria póz, jakie opracowaliśmy, by przygotować naszych wojowników do walki, choć obecnie korzystają z nich wszystkie elfy pragnące zachować zdrowie i sprawność. Na rimgar składają się cztery poziomy, każdy trudniejszy niż poprzedni.
Kolejna ,,cudowna" parafraza - tym razem jogi i wschodnich sztuk walki. -__-"
Nawet zwierzęta wykorzystał podobne...

Ku ogromnej uldze Eragona kolejne pozycje okazały się na tyle łagodne, by nie rozpalić ognia w lędźwiach...
Złośliwiec. xD

Oromis ćwiczył wraz z nim, demonstrując sprawność i siłę niespotykane u kogoś tak starego. Elf potrafił dotknąć czołem palców u nóg.
A potrafi polizać swój łokieć?

- Zmyjmy teraz pot z naszych ciał - rzekł Oromis, gdy skończyli.
A ja wciąż mam skojarzenia!
Pozostaje mieć nadzieję, że to nadal jest wina Pało... Paoliniego.

Obaj podeszli do strumienia obok domu i szybko zrzucili ubrania. Eragon ukradkiem przyglądał się elfowi, ciekaw, jak tamten wygląda, obnażony.
Taka pedofilia w drugą stronę jak się nazywa?
Gerontofilia.
Eragonek to gerontofil!

Na jego piersi i nogach nie wyrastał nawet najmniejszy włosek, podobnie wokół lędźwi.
A ten gdzie się patrzy?!
No co, niektórzy lubią gładkich...
Ale żeby taki stary i pomarszczony? oO"

- Otwórz swój umysł i słuchaj otaczającego cię świata, myśli wszystkich istot na tej polanie, od mrówek wśród drzew po robaki w ziemi.
O nie. Nasz ,,ulubiony" rozdział.  
*idzie spać"

Każdy człowiek czy istota, ktokolwiek, kto chciałby wtargnąć do jego umysłu i zawładnąć nim, mógł to teraz uczynić. Eragon spiął się podświadomie
Obawia się penetracji z zewnątrz...

Zawsze wiedział, że ludzie w Alagaesii są nieliczni j narażeni na różne niebezpieczeństwa, nigdy dotąd jednak nie wyobrażał sobie, że nawet owady tak bardzo przewyższają ich swoją liczbą.
Ciekawe, czy Pałolini też tak myślał, zanim porównał na Wiki liczebność ludzi i owadów.

Mrówki zachowywały się niczym pasterze mszyc, prowadząc je i chroniąc, a także pobierały od nich pożywienie, masując im brzuchy koniuszkami swoich czułków.
Mrówki miziające mszyce. Zaczynam się zastanawiać, czy sam ,,Eragon" nie jest jakąś zmyślną parodią, bo aż wierzyć mi się nie chce, że ktoś mógł wypisywać takie bzdury (nie tylko o mrówkach tu mowa) na serio.
Albo na trzeźwo.

Zrelacjonował wszystko, co zdołał sobie przypomnieć, nie pomijając najdrobniejszych i najmniej ważnych obserwacji, dumny ze zgromadzonej wiedzy. Gdy skończył, Oromis uniósł brwi.
- I to wszystko?
- Ja... - Eragona ogarnęła rozpacz, bo pojął, że jakimś cudem udało mu się źle zrozumieć sens całego ćwiczenia. - Tak, ebrithilu.
Melduję, że przeczytałam ,,debilu".

Jakie są podstawowe samogłoski występujące w pradawnej mowie?
- Co takiego?
Wkrótce okazało się, jak dalece Eragon nie ma pojęcia o podstawach pradawnej mowy.
Pałolini miał pewnie podobną wiedzę, gdy brał się za pierwszy tom Dziewi... Dziedzictwa.
I nadal wiele nie zmądrzał.

- Pobłogosławiłeś dziecko w pradawnej mowie? - spytał Oromis z nagłą czujnością. - Pamiętasz, jak dokładnie brzmiało to błogosławieństwo? (...) To nie błogosławieństwo, lecz klątwa. (...) Powiedziałeś zatem: „Niechaj dobry los i szczęście stale ci sprzyjają i bądź ochroną od złego”. Zamiast ustrzec dziecko przed kaprysami losu, skazałeś je na to, by poświęcało się dla innych, chłonęło ich nieszczęścia i cierpienia tak, by mogli żyć w pokoju…
*skanduje* Eragon ma kłopoty, Eragon ma kłopoty, sialalala... ^____^
I jest debilem, i jest debilem... ^^

- Przez całe życie nie spotkałem nikogo takiego jak wasza dwójka. Każda decyzja którą podejmujecie, wydaje się mieć skutki sięgające o wiele dalej, niźli ktokolwiek mógłby przypuszczać. Każdy wasz kaprys zmienia świat.
Fszehmocny Eragon Cieniobujca i potenżna Safira Lśnioncouska zmieniom śfiat.
Niestety, wcale nie na lepsze.

- Rozumiem, że zmusiłem bezbronne dziecko, by przyjęło na siebie straszne przeznaczenie, nie pytając go nawet o zgodę.
Nooo, a gdyby spytał to by wiele zmieniło. ,,Przepraszam bardzo, dziewoczko, mogę cię przekląć?" - ,,Dawaj, będę Tró!"
Zakładając, że bobas byłby w stanie wydusić z siebie coś więcej niż ,,guguuu!"

Oromis pokazał mu okrągły drewniany bibelot, spoczywający na dłoni. - Dopóki będziesz pamiętał, by nakręcać je regularnie, urządzenie to obudzi cię o stosownej porze każdego ranka.
Jak wręczy Eragonowi komórkę, zacznę mordować - powoli i brutalnie.
*odsuwa się na stosowną odległość*

Przedmiot wielkości orzecha pokrywały głębokie rzeźbione zawijasy, otaczające gałkę wyrzezaną na podobieństwo róży kosmatej.
Kosmata róża?
Pałolini ma wiecznie włochate myśli.
To się leczy.

Niemal udławił się, widząc przekraczającą próg Aryę. (...) Zerwał się z miejsca, dostrzegając, że Arya ma gołe cycki.

- Nasze opanowanie magii - odparła równie cicho Arya - daje nam tyle swobody, ile zapragniemy. Nie polujemy, nie uprawiamy ziemi. W rezultacie całymi dniami zbijamy bąki i mamy wszystko w dupie.

Z niesamowitą szybkością wyciągnęła cęgi z ognia, ukazując pierścień rozpalonej do białości stali zaciśnięty w ich szczękach, przesunęła go przez krawędź niedokończonej kolczugi wiszącej na kowadle, chwyciła młot i uderzeniem wzbiła w powietrze snop iskier, zamykając ogniwo.
*z tego, co wie, zupełnie nie tak robiono kolczugi, ale już nie będzie się czepiać, bo nikt nic nie zrozumie z jej wywodów, a będą się czepiać, że anal nieśmieszny*

Starła odrobinę brudu z rękojeści, po czym oplotła ją palcami i dobyła miecza z wprawą wojownika. Powiodła wzrokiem wzdłuż krawędzi Zar'roca i wygięła w dłoniach ostrze tak mocno, że Eragon zląkł się, że zaraz pęknie.
*gotuje się ze złości* Pomijając fakt, że żaden człowiek nie byłby tak silny... *opanowuje się* Eragon ma miecz z plastiku.
Z Fisher-Price.

- Zar'roc - rzekła - pamiętam cię. - Przytuliła broń, niczym matka pierworodnego.
Elfy mają przeróżne zboczenia.

Jego miecz, Oromisa i dwa inne strzeżone przez rody, które zdołały ocalić je przed Wyrdfell.
Wyrdfell?- ośmielił się spytać Eragon Aryę.
Tak, Wyrdfell. Brzmi zdumiewająco podobnie do Vvardenfell, czyż nie?
Czy chociaż samo ,,Vvarden" i Vardeni. A potem mi powiedzcie, że Pałolini nie jest plagiatorem.
Nieee, Pałolini wielkim pisarzem jest!

- Brom... Pamiętam Broma. Błagał mnie, bym wykuła mu nowy miecz w miejsce tego, który stracił. Szczerze pragnęłam mu pomóc, ale złożyłam już przysięgę. Moja odmowa niepomiernie go rozgniewała, Oromis musiał go ogłuszyć, bo Brom nie chciał opuścić tej kuźni.
Eragon zapisał w pamięci tę informację.
,,Nowy wpis w dzienniku!"

- Święto - wyjaśniła Arya, kiedy ją o to spytał. - Co sto lat urządzamy Święto Przysięgi Krwi, by upamiętnić nasz pakt ze smokami.
W fantasTy święta o niefrasobliwych nazwach NIE ISTNIEJĄ. Wszystkie muszą być mhrochne, tayemnitche i nastroyowe, nawet jeśli nazwa nie ma nic wspólnego z istotą święta. I muszą się odbywać raz na sto lat.
No bo jak by to brzmiało, Dzień Przyjaciół Smoka?

Pośrodku polany stała samotna sosna. Nie wyższa niż reszta jej rodzeństwa, była jednak grubsza niż sto innych drzew razem wziętych.
Sosna o średnicy Pentagonu.

- Oczywiście, że jest przytomna - odparła Arya. Jej głos rozbrzmiewał miękko w nocnym powietrzu. - Chciałbyś, żebym opowiedziała ci historię drzewa Menoa?
- Bardzo.
Biała błyskawica przeszyła niebo niczym samotna zjawa i zatrzymała się pod postacią Bladgena obok Saphiry. Wąskie ciało i wygięta szyja kruka sprawiały, że przypominał skąpca pławiącego się w blasku stosu złota. Kruk uniósł białą głowę i zakrzyknął złowieszczo.
- Wyrda!
Jeszcze brakuje ulewy, wyjących w oddali wilkołaków i gnających niepewnym traktem spienionych koni, ciągnących podskakujący na wybojach powóz...

Historia ogromnego drzewa-Pentagonu o wdzięcznej nazwie Menoa jest tak wsrushayonca, że trzeba ją zacytować. Jak wam się nie chce czytać, możecie ominąć, mnie to doprowadziło tylko do jeszcze większej frustracji - te wszystkie historyjki są taaakie saaameee... -__-"
W dawnych czasach, w latach korzeni i wina, przed naszą wojną ze smokami i zanim staliśmy się nieśmiertelni w stopniu, w jakim nieśmiertelnym może być istota z krwi i wrażliwego ciała, żyła kobieta, Linnea. Linnea postarzała się, pozbawiona towarzystwa mężczyzny i dzieci. Nie czuła potrzeby posiadania ich, wolała zajmować się sztuką śpiewania do roślin, w której celowała. Działo się tak, dopóki w jej drzwiach nie stanął młodzian i nie omamił kobiety słowami miłości. Jego uczucie przebudziło Linriee taką, która, jak sądziła, nigdy nie istniała, i pragnienie doświadczenia tego, co nieświadomie poświęciła. Propozycja drugiej szansy okazała się zbyt wielką pokusą. Linnea porzuciła swą pracę i całkowicie oddała się młodzieńcowi. Przez jakiś czas byli szczęśliwi.
Lecz mężczyzna ów był młody i z czasem zaczął tęsknić za partnerką bliską mu wiekiem. Jego wzrok padł na młodą niewiastę, zaczął się do niej zalecać i zdobył jej serce. Przez jakiś czas oni także byli szczęśliwi.
Gdy Linnea odkryła, że została wzgardzona i porzucona, oszalała z żalu Młodzian uczynił rzecz najgorszą z możliwych: dał jej zakosztować pełni życia, a potem odebrał jej ją bez zastanowienia, niczym kogut podfruwający od jednej kury do drugiej. Znalazła go z tamtą kobietą i w swej furii zabiła nożem.
Linnea wiedziała, że to, co uczyniła, było złe. Wiedziała też, że nawet gdyby oczyszczono ją z zarzutu morderstwa, nigdy nie zdołałaby powrócić do swego poprzedniego życia. Straciło ono dla niej wszelką radość i sens. Podeszła zatem do najstarszego drzewa w Du Veldenvarden, przywarła do niego i złączyła się z nim śpiewem, porzucając wszelkie więzi łączące ją z jej własną rasą. Przez trzy dni i trzy noce śpiewała, a gdy skończyła, stała się jednością ze swymi umiłowanymi roślinami. I odtąd przez wszystkie tysiąclecia czuwa nad lasem. Tak właśnie powstało drzewo Menoa.

Arya pochyliła się z gracją, podniosła niewielką gałąź odrzuconą przez drzewo Menoa i zaczęła splatać ze szpilek niewielki koszyk.
Plecionka z sosnowych igieł?
Elfy zdolne są niesłychanie.

- Oromis-elda - rzekł, starannie przetrawiając każde słowo, nim w końcu je wypowiedział - jest bardzo dokładny. - Skrzywił się, gdy z miażdżącą siłą chwyciła go za ramię.
- Co się stało?
Próbował uwolnić się z jej uchwytu.
- Nic.
- Podróżowałam z tobą dość długo, by wiedzieć, kiedy jesteś szczęśliwy, zły albo cierpisz. Czy coś zaszło między wami?
Eragon rozpłakał się.
- Ja go kocham, a on mnie tylko wykorzystuuujeee...!

- Barzul! - Krasnoludzkie przekleństwo przeraziło Eragona; nigdy wcześniej nie słyszał, by Arya klęła, a to słowo wydawało się wyjątkowo stosowne, oznaczało, bowiem zły los.
Nawet wulgaryzmy są w Alagaesii przesłodzone i ugrzecznione. Żaden nigdy nie ryknie ,,kurwa!", tylko piśnie ,,masz ci los!"

WĄTEK NASUADY

- Ty - rzekła [Nasuada], wskazując go. - Ile twoich kur zabił? Powtórz.
- Trzynaście, pani.
Wszyscy chłopi w średniowieczu umieli liczyć do stu.

- Rozkazuję, zatem, byś zapłacił miedziaka za każdą skradzioną kurę. (...)
- To wszystko?! - wykrzyknął blady mężczyzna, jeszcze mocniej skręcając czapkę. - To nieuczciwa cena. Gdybym sprzedał je na targu...
Nasuada nie zdołała się pohamować.
- Tak, dostałbyś więcej. Ale wiem przypadkiem, że mości Gamble'a nie stać na pokrycie równowartości kur, bo to ja wypłacam mu pensję.
Miedziaka za każdą kurę, ja pierdolę, ale realizm... T_T Czy w Alagaesii nie wynaleźli jeszcze narzędzi tortur?
Ja im mogę pomóc...

Nieustanny upał pozbawiał ja sił i sprawiał, że nawet najprostsze zadania wydawały się nieznośnie trudne.
Nasuada - czarnoskóra piękność - nie przywykła do wysokich temperatur.

- Chcę, żeby przeniesiono tego Gamble'a. Dajcie mu prace, w której, wykorzysta się jego elokwencję, może w kwatermistrzostwie, byle tylko dostawał pełne racje. Nie chcę, żeby znów stanął przede mną oskarżony o kradzież.
I w efekcie ten, któremu Gamble ukradł kury, jest po wyroku sądu bardziej poszkodowany niż złodziej.
To mi śmierdzi jakąś aferą.

- Tak, pani. Ach, gdy byłaś zajęta, król Orrin prosił, byś odwiedziła go w pracowni.
- Co tam zrobił tym razem? Oślepił się?
- Wykastrował.
- Łee, to nie idę.

gdyby Galbatorix postanowił sam nas zaatakować, pomyślała z goryczą. Chroniła ich przed tym tylko duma Galbatorixa i taką przynajmniej miała nadzieję, jego strach przed Eragonem.
Galbatorix pewnie moczy się w nocy ze strachu przed walecznym Eragonem kaleką.

- Widzę, że doszedłeś do siebie po zeszłotygodniowym wybuchu. Orrin skrzywił się dobrodusznie.
- Nauczyłem się, że niemądrze jest łączyć fosfor i wodę w zamkniętej przestrzeni. Efekty mogą być dość gwałtowne.
Zaleciało mi Dexterem.
Albo jego kumplem Mandarkiem.

- Nie wiedziałam, że palisz.
- Tak naprawdę nie palę - przyznał - ale odkryłem, że dopóki mój bębenek nie do końca się zrósł, mogę zrobić coś takiego. - Zaciągnąwszy się, wydął policzki. Po chwili z jego lewego ucha wypłynęła smużka dymu, cienka niczym wąż opuszczający swe gniazdo, i popłynęła w górę wokół głowy.
Lol.
To bębenki mogą się zrosnąć po pęknięciu? Konia z rzędem ołowianych żołnierzyków temu, kto mi powie.

Fragment długi, ale muszę zacytować całość.
Zanurzając w tygielku długą, szklaną rurkę, napełnił je rtęcią, po czym palcem zatkał wolny koniec i pokazał Nasuadzie.- Zgodzisz się, że jedyną rzeczą w tej rurce jest rtęć?
- Zgodzę.
Dlatego właśnie chciał się ze mną widzieć? - pomyślała.
- A teraz? - Jednym szybkim ruchem odwrócił rurkę i wsunął otwarty koniec do kociołka, zabierając palec. Miast się wylać, jak oczekiwała Nasuada, rtęć w rurce opadła mniej więcej do połowy, po czym się zatrzymała i zamarła. Orrin wskazał pustkę ponad metalem. - Co zajmuje to miejsce?
- To musi być powietrze - oświadczyła Nasuada. Orrin uśmiechnął się szeroko i pokręcił głową.
- Skoro tak, jak udałoby mu się wyminąć rtęć bądź przeniknąć przez szkło? Nie ma żadnej drogi, którą mogłoby się tam dostać. - Gestem wskazał Faricę. - Jaka jest twoja opinia, panienko? Farica przez dłuższą chwilę przyglądała się rurce, w końcu wzruszyła ramionami.
- To nie może być nic, panie.
- Ach, wręcz przeciwnie. Myślę, że to właśnie jest nic. Uważam, że rozwiązałem jedną z najstarszych zagadek filozofii naturalnej, tworząc i dowodząc istnienia próżni!
Nagrodę Jobla temu panu.
Na cholerę Pałolini marnuje miescje w książce, by się pochwalić, że wie, co to jest próżnia?
Ja podejrzewam, że jego mózgoczaszkę wypełnia próżnia.

- Jakiemu celowi to służy?
Pochwaleniu się, że umie się wpisać odpowiednie hasło do Wikipedii.

A teraz zabawa w dokończenie zdania! ^^
- Najbardziej jednak podnieca mnie perspektywa...
Pytanie: co podnieca ,,króla" Orrina? Prawidłowa odpowiedź u dołu strony, małym druczkiem.

Zaledwie wczoraj Trianna pomogła mi jednym zaklęciem odkryć dwa zupełnie nowe gazy.
Jeden po fasoli, drugi po kapuście.

Zastanawiam się, czy samemu nie nauczyć się magii, jeśli mam taki talent i jeśli zdołam przekonać jakiegoś maga, by przekazał mi swą wiedzę.
Tak też uczynił Pałolini, z tym że wyglądało to tak: zastanawiał się, czy samemu nie napisać Ksionrzki, skoro ma taki Talęt i jeśli zdoła przekonać starych, by mu wydali.

Uwięziona w labiryncie przeciwności, dysponowała tylko jednym atutem - cyckami.

Uwięziona w labiryncie przeciwności, dysponowała tylko jednym atutem - władzą nad graczami, którzy mieli odegrać główną rolę w kolejnym akcie dramatu: Eragonem i Saphirą.
Uau, Nasuada ma władzę nad Eragonem...
A ja myślałam, że ten stary elf Oromis.
Różnica jest taka: Nasuada włada życiem Eragona, Oromis włada rzycią Eragona.

- Nim tu przybyliście... nie, nie tak. Nim twój Jeździec zmaterializował się w pełni z eteru niczym Moratensis z jego źródła (...)
Nie, inaczej... Nim Eragon Cieniobójca objawił się nam w podobie Matki Boskiej Fatimskiej... Nie, wróć. Zanim niczem poranna zorza na Alasce w barwach lazuru i błękitu paryskiego zalśnił na niebie Eragon Garrowson, dosiadając swej potężnej i wiernej smoczycy... Nie, moment. Nim ten półgłowek na smoku zaczął wszystko partaczyć...

To nie muszą być długie przerwy, wystarczy pięć, dziesięć minut. Możesz nawet ćwiczyć strzelanie z łuku, co również posłuży twojemu celowi, lecz w inny sposób.
Albo wiem, panno Nasuado, rąbanie drwa lub ćwiczenie władania młotem bojowym będzie dla ciebie idealnym zajęciem!

Musiała zaczekać na jego odpowiedź, a gdy ta nadeszła, miała w sobie żałobny ciężar złowieszczej przepowiedni.
- To nie ma sensu, jesteśmy beznadziejni, w końcu jakaś wredna nastolatka zanalizuje to, co ten debil Pałolini każe nam robić...

Roztańczone cienie chłodziły ich twarze; to chmara szpaków przesłoniła słońce.
Szpaki były wielkości TIRów.

- Czy twoi agenci nadal rozpowszechniają wieści o Eragonie?
- Staje się to coraz bardziej niebezpieczne, ale owszem. Mam nadzieję, że jeśli rozpuścimy w miastach takich jak Dras - Leona pogłoski o mocy Eragona, gdy dotrzemy do miasta i mieszkańcy go ujrzą, dołączą do nas z własnej woli i unikniemy oblężenia.
Pfff... *parska niepohamowanym śmiechem* MOC Eragona...

Nasuada zacisnęła palce na parapecie tak mocno, że w chwilę później zamek rozpadł się na kawałki.

Niesiona gniewem Nasuada trąciła prawym rękawem nefrytową butelkę i zrzuciła ją na ziemię.
Bardzo biedny kraj. Nawet butelki robią z kamieni szlachetnych.
A potem trzeba kury kraść.

Jej rękaw i spódnica kruszyły się, zamieniały w kredowobiałe pajęczyny, wydzielając gryzące opary.
- Uwolnij mnie z niej - poleciła.
Uwolnij ją z okowów sukni!
A ja myślałam, że takie teksty padają tylko w słabych pornosach.

Trzymając skażoną rękę jak najdalej od ciała w dwóch palcach drugiej ręki, rzekła:
- Fuj.

Palce służki gorączkowo drapały plecy Nasuady, w rozpaczliwym pośpiechu zmagając się z węzłami, aż w końcu rozluźniły wełniany stanik opinający tors.
Służka dobiera się do królowej. xD

Przez chwilę oddychała głęboko, uspokajając się; z rozpaczą przyjrzała się zniszczonej sukni. (...) Nasuada nie dysponowała niczym, co mogłoby ją zastąpić nie mogła też zamówić nowej sukni, biorąc pod uwagę trudności finansowe Vardenów.
Straszne! Królowa nie ma żadnych sukienek!
Kilerem mi zaleciało. ,,Jurek, trzysta dolarów? Ochujałeś? Co ja sobie za to kupię? Waciki?"

Będę musiała poradzić sobie jakoś bez niej, pomyślała.
Będę chodzić nago.

- Równie dobrze możemy ocalić jak najwięcej materiału. Wytnę zniszczone kawałki i każę je spalić. (...) Co więcej, gwarantuję, że inne damy zachwycą się nową modą i zaczną cię naśladować.
I tak oto Nasuada zapoczątkowała modę na mini.
W Alagaesii dokonują samych niezwykłych odkryć.

Zamierzając rozciąć szew, wyciągnęła rękę i zahaczyła czubkiem nożyczek rąbek klockowej koronki, przecinając ją na pół.
Fujara! Hahahahahahahahahahaha!
Swoją drogą ciekawe jest to, że koronki klockowe produkuje się dopiero od XVI wieku (my też umiemy korzystać z Wiki! ^^). Ja już w końcu nie wiem, na podobieństwo jakich czasów Pałolini pisze tę cholerną ,,trylogię".

Nie wstając z krzesła, Nasuada sięgnęła w dół i uniosła suknię, pokazując Triannie uszkodzoną koronkę. - Zatem wedle tych ograniczeń powinnaś móc opracować zaklęcie pozwalające produkować koronkę za pomocą magii?
Sprytne, kieckę sobie naprawi. Sprawa najwyższej wagi państwowej.

Pytam o koronkę, bo jeśli zdołacie produkować ją szybko i łatwo dzięki magii, będziemy mogli utrzymać Vardenów, sprzedając tanie koronki klockowe i niciane w całym imperium. Właśni poddani Galbatorixa dostarczą nam niezbędnych funduszy.
*zatkało ją*
W tej Alagaesii wszyscy wpadają na takie błyskotliwe, genialne pomysły... obrzucanie armii orkopodobnych stworów kamieniami, przywiązanie nieprzytomnej elfki smokowi do brzucha, teraz wyjście z kryzysu finansowego za pomocą sprzedaży koronek...
Skoro wszyscy klepią biedę, to niby za co mieliby je kupować? Ja-pier-do-lę... *z każdą sylabą wali czołem w blat biurka*

Nasuada z zadowoleniem odprowadziła wzrokiem czarodziejkę, po czym zamknęła drzwi, pozwalając sobie na chwilę dumy z tego, co osiągnęła. Wiedziała, że żaden mężczyzna, nawet jej ojciec, nie wymyśliłby czegoś podobnego.
Bo nie byłby na tyle głupi.

- Witaj, Jórmundurze. Jak się dziś miewa twój syn? - Ucieszyła się z jego przybycia. Ze wszystkich członków Rady Starszych Jórmundur najłatwiej zaakceptował jej przywództwo, służąc Nasuadzie z tą samą psią wiernością i determinacją jak wcześniej Ajihadowi.
Ta ,,psia wierność" zabrzmiała co najmniej niepokojąco.

- Magia najosobliwszego rodzaju.
- Ach tak?
- Pamiętasz dziecię, które pobłogosławił Eragon?
Oho. *wyciąga popcorn, colę i ze złośliwym uśmieszkiem patrzy na dalszy rozwój wydarzeń*

Nasuada zmarszczyła brwi. Z dawnych opowieści wiedziała, że zlekceważenie słów kotołaka to szczyt głupoty, często wiodący wprost do zguby. Jednakże jego towarzyszka, zielarka Angela, władała również magią i Nasuada nie do końca jej ufała.
Ciekawe, że wszyscy ze wszystkimi się tu znają.
A jeszcze tom temu Eragon nie znał nikogo.

Choć nie czuła się dobrze, Nasuada wiedziała doskonale, że i tak znosi gorąco lepiej niż większość ludzi, a to z powodu swej ciemnej skóry.
No wreszcie, Pałolini odkrył Amerykę w konserwach.
Już myślałam, że na to nie wpadnie.

- Kto tam?
- Pani Nasuada przybywa, by zobaczyć dziecko.
- Czy ma szczere serce i silną wolę? Tym razem to Nasuada odpowiedziała.
- Serce me jest czyste, a wola niczym żelazo.
O Borze...

Na środku pomieszczenia klęczała blada dziewczynka. Nasuada oceniła, że ma jakieś trzy, cztery lata.
W ciągu niespełna roku od ,,błogosławieństwa" Erasia, dziewczynka podrosła o cztery latka.

Na widok smoczego piętna jaśniejącego na czole dziecka Nasuada zachłysnęła się głośno. Spojrzała głęboko w fioletowe oczy. Dziewczynka wygięła usta w upiornym uśmiechu.
- Jestem Elva.
Mam trzy latka, trzy i pół. Sięgam głową ponad stół...
Mam fartusheq w trzy krzyżyki i zażywam narkotyki. ^^

To był głos dorosłej osoby, w którym brzmiało doświadczenie i cynizm. W ustach dziecka zabrzmiał odrażająco.
Oryginalne. Pewnie jeszcze ma długie kły i nocami odwiedza sypialnie małych chłopców.

- Usiądź, proszę. Czekałam na ciebie odkąd nauczyłam się mówić.
Nie wypuszczając sztyletu, Nasuada powoli opuściła się na kamienną posadzkę.
- Kiedy to było?
- W zeszłym tygodniu.
xD

Oszołomiona Nasuada gapiła się na dziewczynkę. Niczym klucz wsunięty w zamek
Lub jak penis wsunięty...
NIE KOŃCZ! Już się wyżyłaś na zajebistych porównaniach Orrina!

- Czym ty jesteś? - spytała ostro.
- Jestem tym, czym stworzył mnie Eragon.
- On cię pobłogosławił. Straszliwe, stare oczy zniknęły na moment pod powiekami, gdy
Elva mrugnęła.
- Sam nie rozumiał, co robi. Odkąd Eragon mnie zaczarował, gdy tylko widzę człowieka, wyczuwam wszelkie dręczące go troski i cierpienia, i te, które dopiero nastaną. Kiedy byłam mniejsza, nic nie mogłam z tym zrobić, toteż urosłam.
Jedno wynika z drugiego. Nie potrafiła mówić, więc skupiła się, stęknęła i urosła.

- Zastanawiasz się, czemu, widzę to. Bo jeśli ta wojna nie dobiegnie końca, i to im szybciej, tym lepiej, doprowadzi mnie do obłędu. Dostatecznie trudno jest mi znosić ból życia codziennego, a co dopiero okropności bitwy. Wykorzystaj mnie, zatem, a dopilnuję, byś żyła tak szczęśliwie, jak żaden inny człowiek.
Ona chce być wykorzystana. O.O

Tkwiła tam niczym upiorny płód w łonie matki, czekający na właściwy moment, by wychynąć na świat.
Drrrapieżne embriony, czyhające w mrocznych macicach na odpowiednią chwilę, by zerwać pępowinę i uniezależnić się od żywicielki...

- Jest niebezpieczniejsza od wielu i mniej niebezpieczna od innych. Jeśli jednak kogoś zabije, to najpewniej siebie.
O, w takim razie Elva powinna przejść do historii jako największe emo w dziejach, które czuje smuteq innych i popełnia samobójstwo, by sobie ulżyć.
Będą ją czcić pod postacią fioletowego penisa.

Jako suwerenka Eragona odpowiadam za jego czyny, nigdy jednak nie przypuszczałam, że mógłby zrobić coś równie potwornego.
On też nie przypuszczał.
I to jest najzabawniejsze. ^^

- Nie zrobię... trwałej.
Ondulacji.

WĄTEK ERAGONA

Opuścił głowę, zmagając się z huraganem, i powoli okrążył pokój, przywierając do ściany. W końcu dotarł do otworu, przez który wpadała wichura. (...) Wyłącznie dotykiem odnalazł skraj cienkiej błonki, którą można było wyciągnąć z drewna, by zamknąć otwór.
Aparaty, budziki, gwizdki na czajniki... czemu nie roleta na okno?
Jak tak dalej pójdzie to i komp się znajdzie. ^^

Eragon siłował się z zasłoną bez pomocy Saphiry. W chwili, gdy mu się udało, jego plecy rozdarł znajomy ból - niekończący się, wręcz ogłuszający ból.
Raz jeden krzyknął i ochrypł od siły owego krzyku.
Och, jejciu rety!
Przypomnijmy, że jego rana pochodzi od zwykłego cięcia mieczem... Oczywiście rana w tajemniczy sposób zabliźniła się zaraz po zakończeniu bitwy, co nie przeszkadza jej wywoływać od czasu do czasu pozbawiających przytomności ataków.

W połowie drogi natknął się na Saphirę, która wepchnęła głowę i szyję w przejście, rozdzierając łuskami drewno.
Nikt nie pomyślał, że DRZEWO to nienaljepsze mieszkanko dla SMOKA...
Ale to jest takie magiczne drzewo, elfowe. Wręcz morrowindowe. A u Telvanni to i mechaniczne centuriony po drzewkach biegały.

Wysunęła język i musnęła szorstkim koniuszkiem język Eragona.

Saphira wygięła szyję i spróbowała się cofnąć, bez skutku.
Co się stało?
Utknęłam.
Kubuś Puchatek musiał w takiej sytuacji poczekać aż schudnie. No cóż... miłej głodówki.

Jej łuski głęboko zarysowały korę, całkowicie ścierając delikatne wzory w drewnie.
Ups - mruknęła Saphira.
Przynajmniej to twoje dzieło, nie moje. Tobie elfy może wybacza. W końcu, jeśli je poprosisz, są gotowe całymi dniami i nocami śpiewać krasnoludzkie ballady miłosne.
ELFY śpiewające KRASNOLUDZKIE ballady?!
No... przynajmniej zerwał ze stereotypami.

Kolejny głupi tytuł rozdziału: DLACZEGO WALCZYSZ?

Podczas lotu Eragon i Saphira wymieniali się wspomnieniami z wczorajszych lekcji. Opowiedział jej wszystko, czego dowiedział się o mrówkach i pradawnej mowie, a ona o prądach opadających i innych niebezpiecznych zjawiskach pogodowych, a także o tym jak ich unikać.
Dzięki temu, gdy wylądowali i Oromis przepytał Eragona z lekcji Saphiry, a Glaedr Saphirę z tego, czego dowiedział się Eragon, zdołali odpowiedzieć na wszystkie pytania.
Też bym chciała tak zajebiście szybko zapamiętywać. Nie miałabym co roku czterech (co najmniej) zagrożeń. 

Tak jak poprzednio, Saphira odleciała z Glaedrem, a Eragon został na urwisku. Tym razem jednak zachowali łączącą ich więź, by móc przyswajać udzielane sobie instrukcje.
Nie wiem, czy Saphira będzie mogła się skupić, podczas gdy do jej umysłu będą docierać odczucia Eragona, któremu Oromis znowu dobiera się do rzyci...
Ani Eragon, którego będzie rozpraszać strumień świadomości z pierwszego razu Saphiry z Glaedrem. ^^

W chwili, gdy ich miecze się zetknęły, Eragon zrozumiał, że Oromis przewyższa go umiejętnościami, tak jak Durza i Arya. On sam był znakomitym szermierzem - człowiekiem, nie mógł jednak konkurować z wojownikami, w których żyłach płynęła magia.
No pewnie, Eragon jest najlepsiejszy, ale znajdzie się paru buraków, którzy umieją czary i wszystko diabli biorą. Argh, argh, argh...

Oromis testował Eragona na wszystkie możliwe sposoby, zmuszając go do wykorzystania całego arsenału pchnięć, ciosów, blokad i sztuczek. Na próżno, Eragon nie mógł dotknąć elfa.
Biorąc pod uwagę fakt, że to Oromis, mam skojarzenia, że ho-ho. ^^

Eragon dźwignął się na kolana i z mieszaniną niesmaku i żalu przyjrzał swej nowej tunice. Piękny rdzawy materiał pokrywała warstwa brudu, pamiątka konwulsji na ziemi. We włosach także miał błoto.
Boshe, strashne, jak ja wyglondam, gdzie moja kosmetyczka? ;((((((((((((((((((

Tu przez następne dwie strony Pałolini zanudza mnie niemal na śmierć długimi wywodami o tym, jak Eragon odkrywa fascynujące aspekty życia mrówekkkkkkkkkkzzzzzzzzzzzzzzzz... *śpi*
Budź się! Sama analizy nie napiszę!

A towarzysząc grupce mrówek wędrujących w górę gałązki różanego krzaku, obejrzał dobitną demonstrację tego, z jakimi wrogami przychodziło im się zmierzyć - jakiś stwór wyskoczył spod liścia i zabił jedną z nich.
*budzi się* Och, drodzy państwo, mamy tu niesamowity zwrot akcji - kolonię mrówek zaatakował jakiś potwór!

Eragon nie potrafił odgadnąć, co to za istota, bo mrówki widziały tylko jej fragmenty, a poza tym większą uwagę przykładały do zapachu niż wzroku. Gdyby były ludźmi, powiedziałbym, że zostały zaatakowane przez straszliwego potwora wielkości smoka, o szczękach potężnych jak najeżone ostrzami kraty bram w Teirmie, poruszającego się z oszałamiającą prędkością, myślał.
Czy to ptak? Czy to samolot? Nie! Penis wie, co to, ale mrówkom i tak wszystko jedno, zapowiada się pojedynek na śmierć i życie!

Rzuciły się na niego bez najmniejszego strachu, atakując grube nogi i wycofując się na sekundę przedtem, nim stwór chwycił je żelaznymi szczypcami.
Mrówki przystępują do frontalnego ataku, lecz co to? Potwór nie daje za wygraną i próbuje rozrywać im odwłoki szczypcami! Iiile krwiii!

Była to desperacka bitwa, żadna ze stron nie zamierzała ustąpić.


Tak bardzo zafascynowała go walka, że kiedy mrówki w końcu zwyciężyły, wydał z siebie radosny okrzyk, tak głośny, że spłoszył przycupnięte wśród drzew ptaki.
GOOOOO...! Yyy, znaczy: mrówki wygrywają!

Z ciekawości powrócił myślami do swego ciała i podszedł do różanego krzaka, by tam w spokoju oddać się masturbacji.
Tak sam? Oromis będzie zły, że go nie zaprosił.

Ujrzał zwykłego brązowego pająka z podwiniętymi nogami. Mrówki niosły go właśnie do swego gniazda.
Zdumiewające.
Zaiste. *ziewa potężnie*
Poza tym, od kiedy pająki atakują z własnej inicjatywy, zamiast czekać po borzemu, aż coś samo im wlezie do pajęczyny?

Musisz się bardziej przyłożyć, Eragonie. Wiem, że potrafisz, jesteś inteligentny i uparty, i możesz zostać wielkim Jeźdźcem.
Pfff. Mechanicznego byka chyba.
A i z tego szybko by się wyjebał.

Mimo że to trudne, musisz nauczyć się zapominać o kłopotach i skupiać całkowicie na aktualnym zadaniu.
Wyzbądź się twego emo...
Tego wewnętrznego fuj...

Oromis wyjął z szafek bochen świeżo upieczonego chleba i stój masła z orzechów laskowych
Może jeszcze Nutellę. >.<
I zagryzł Snickersem, i popił coca-colą.


Biorąc to wszystko pod uwagę, jaki byłby najłatwiejszy sposób rozwiązania owych różnych zagrożeń, pomijając osobisty udział w bitwie?
Eragon zamieszał zupę, by ją przestudzić, i starannie rozważył problem.
- Myślę - rzekł powoli - że najłatwiejszym wyjściem byłoby wyszkolenie oddziału magów, niekoniecznie nawet potężnych, zmuszenie ich, by przysięgli mi wierność w pradawnej mowie, a potem posłanie, by przeniknęli do Surdy i sabotowali wysiłki Vardenów, zatruwali studnie, sikali na mury i pluli na chodniki.

Tak czytam o sposobie walki magią i jak o tym dyskutują, i nic a nic z tego nie rozumiem. oO" Jeszcze tom temu mówiono, że żelazną regułą magicznego pojedynku jest wniknięcie do umysłu przeciwnika, by dwaj walczący wiedzieli, jakiego zaklęcia ma zamiar użyć drugi, by w porę móc zareagować (czy tylko ja widzę tę drobną niedorzeczność?). Teraz z kolei Oromis i Eragon zastanawiają się, czy warto wnikać do umysłu, bo ,,Miast próbować najpierw podbić twój umysł, nieprzyjaciel po prostu rzuci czar mający cię zabić, choć tuż przedtem, nim zostaniesz zniszczony, wciąż będziesz mógł odpowiedzieć tym samym. Nie możesz jednak powalić swego mordercy, jeśli nie wiesz, kim ani gdzie jest." Ni w chuja nie rozumiem, o co im biega.
Myślę, że Pałolini też nie.

- Wydaje mi się to złe. Niewłaściwe.
- Ach tak? Wyjaśnij…
- Co z prywatnością innych? Brom uczył mnie, bym nigdy nie gwałcił (...) innych, chyba, że to absolutnie konieczne.

- Czy mógłbyś mi powiedzieć, jakie jest najcenniejsze narzędzie umysłowe, które posiada człowiek? - spytał Oromis.
(...)
- Determinacja - wypalił w końcu. (...)
- Nieźle, ale jeszcze raz nie. Odpowiedź brzmi: logika, czy też, ujmując to inaczej, umiejętność analitycznego myślenia.
Analitycznego? Tak jak przy analizach? To znaczy, że jestem supermądra? Yay! *podnieciła się*

Usta Oromisa wygięły się w ostrym jak brzytwa uśmiechu.
Aż wargi zaczęły mu krwawić.
Te zmysłowe, karminowe wargi.

Usta Oromisa wygięły się w ostrym jak brzytwa uśmiechu.
- (...) Zgadzam się, że cnota odgrywa wielką wagę
*chrząka*

Szlachetni ludzie o powolnych umysłach wywołują zbyt wiele problemów tego świata.
Patrz: Eragon.

- Jak zamierzasz nauczyć mnie logiki?
Uśmiech Oromisa stał się szerszy.
Już mu coś zboczonego chodzi po łbie, staremu erotomanowi.
W sumie biedny ten Eragon.

Sprzątnęli ze stołu i wynieśli naczynia na dwór, by wyczyścić je piaskiem.
A potem będą z nich jeść?
Cicho, nie ty załapiesz salmonellę albo inne świństwo, co ci przeszkadza? ^^

Eragon odchylił się i rozprostował plecy.
Nie zabolały go?! O_O
Bo ten moment jest za mało dramatyczny.

Tymczasem jego mistrz wyjął z zagłębień w ścianie pięć zwojów.
- Dwa z nich są w pradawnej mowie - oświadczył - trzy w twoim ojczystym języku
Który już nie ma nazwy.
To dziwne, bo zazwyczaj nawet nazwy ojczystych języków mają mnóstwo apostrofów oraz kresek i kropek nad literkami.

Ręka elfa śmignęła z bezbłędną celnością i wyciągnęła ze ściany potężny szósty zwój. Oromis dodał go do piramidy tkwiącej w ramionach ucznia.
- To jest słownik. Wątpię, byś zdołał przeczytać go w całości, ale przynajmniej spróbuj.
Oromis wątpi w intelekt Eragona. Już go lubię.

Elf stanął w rozkroku na trawniku przed domem (...) zwrócony plecami do Eragona.
Oho, zaczyna się. xD

Magia to sztuka myślenia
Eragon nie posiadł ani jednego, ani tym bardziej drugiego.

Techniki te są tak potężne i niebezpieczne, że nigdy nie uczono ich takich jak ty nowicjuszy. Okoliczności jednak wymagają, bym ci je przekazał i ufał, że ich nie nadużyjesz.
Frajer.

Na oczach Eragona ponad strumieniem płynącym obok chaty utworzyła się kula wody i poszybowała w powietrzu, by zawisnąć pomiędzy wyciągniętymi palcami elfa. Strumień pod niskimi gałęziami drzew był ciemnobrązowy, natomiast podchodząca z niego kula bezbarwna niczym szkło. W środku pływały drobinki mchu, brudu i inne śmieci.
Papierki, sreberka po cukierkach, zużyte kondomy...

Gdyby nieprzyjaciel uwięził twoje nogi, im był silniejszy od ciebie, to próbując przełamać jego zaklęcie, zużyłbyś cała energię. Zginąłbyś, nie mogąc przerwać próby, nawet gdybyś pojął, że spełznie na niczym.
No patrz, a w poprzednim tomie udało mu się przerwać, gdy zamieniał piasek w wodę...
To już podpada pod jakieś prawa marysuizmu.

Podszedł do Oromisa, ukląkł i...
*rży jak gÓpia*

Podszedł do Oromisa, ukląkł i ukłonił się na modłę krasnoludzką przyciskając posiniaczone czoło do ziemi.
Bardzo mądre, do elfa kłaniać się jak do krasnoluda. -_-"
Bo Pałolini nie może się zdecydować, czy w Alagaesii one się lubią, czy nie. ^^
 

A tu rozwiązanie zagadki co podnieca ,,króla" Orrina:
- Najbardziej jednak podnieca mnie perspektywa wykorzystania magii do przeniknięcia tajemnic natury.