Czarne owce literatury czyli analizy ZŁYCH książek: czerwca 2012

wtorek, 26 czerwca 2012

Cudowne dziecko, czyli opowieść o Michali... tfu, Meihnie, część 6

Coś się nam wlecze ta analiza jak gówno przez morze... To już szósta część, a jesteśmy dopiero w połowie i końca nie widać. Dziś dosyć krótko - sesja wciąż nie daje nam spokojnie zagrać w League of Legends - ale za to całkiem kwikaśnie (przynajmniej dla nas ^^). Zapraszamy!





— Ale ja wciąż nie rozumiem, po co twój brat miałby przypływać na Atlantydę i w dodatku nie przyznać się do swej tożsamości! To całkiem nielogiczne!
— Tak, wiem. Ale boję się, że jest to dowodem na to, że nie ma dobrych zamiarów.
Zupełnie jakby dzięki nowej tożsamości nie wydał się wszystkim podejrzany. Ups, sorry: tylko naszej szalenie spostrzegawczej królewnie.

— Gdzie jest Mojnes? Nie sądzisz, że powinien dowiedzieć się o wszystkim?
— Aru-Ghaan urządził dziś w pałacu przyjęcie.
— Ojej! Znowu?!
— Niewolnice powiedziały mi, że będzie to przyjęcie, jakiego jeszcze nie było. Pełne sztucznych ogni i afrykańskich tancerek, magów, drogich potraw i napojów, kwiatów przywiezionych ponoć z końca świata. Wierzę, że Aru-Ghaan się postara.
Moment. Aro-Gant jest gościem. Od kiedy to goście mogą tak sobie wydawać przyjęcia w cudzych pałacach? Facet dosłownie wbija się na chatę i robi bibę.
Widocznie jego imię nie wzięło się z niczego.

— Myślę, że Aru coś knuje, ale nie jestem pewna. Wczoraj wieczorem wyszłam na chwilę z komnaty, by cię poszukać. Na korytarzu stał Aru- Ghaan z jednym ze swoich ludzi i rozmawiał z nim o czymś półgłosem. Próbowałam podsłuchać choć jedno słowo, lecz mówili zbyt cicho. Jedynie przy końcu rozmowy Aru powiedział głośniej: „Nie! Skoro nasz gołąbek wyleciał nam z klatki, musimy przejść do planu B. Plan B, mój druhu, plan B”.
Kszszt. Roger, do you copy? Orzeł wylądował, powtarzam, orzeł wylądował. Wdrożyć procedury. Nie brać jeńców, ale kopsnij trochę ciasteczek. Odbiór. Kszszt.
Ach, ta piękna retoryka starożytnych...

Dziewczyna wstała szybko.
— Muszę znaleźć Mojnesa! Kto wie, czy ten demon nie zechce zrobić mu krzywdy!
— Idź, ale uważaj na siebie. Gdyby i tobie coś się stało, pękłoby mi serce!
Nie, żeby pałac był pełen strażników gotowych oddać życie za rodzinę królewską, czy coś.
Meihna musi po prostu odegrać standardową piękną heroinę. Enjoy the show.

Meihna wbiega na huczne przyjęcie (serio, do tej pory nie zauważyła, że takowe się szykuje?). Majonez jest nawalony jak Messerschmitt i otoczony półnagimi dziwkami. Aro-Gant każe swoim sługom przytrzymać Meihnę i na jej oczach przekupuje Majoneza perspektywą większej ilości wina i dziwek, by zdradził mu, gdzie jest tajna machina. Nikt na sali nie zwraca najmniejszej uwagi na to zajście, nawet gdy Aro-Gant każe SWOIM żołnierzom wtrącić KSIĘŻNICZKĘ ATLANTYDY do lochów w JEJ PAŁACU. Po prostu... bez komentarza. Ten fakt świadczy sam o sobie.

— To tylko dziewczyna — powiedział uspokajająco do Mojnesa, który patrzył na siostrę, usilnie próbując sobie coś przypomnieć. — Jest zazdrosna, że lubię cię bardziej od niej.
Widać, kto w tym związku byłby seme, a kto uke.

— Jeśli cię to pocieszy, kwiatuszku, braciszek nie zdradził cię. Jest pod wpływem echinokaktusa, na trzeźwo nie chciał nic powiedzieć.
Przez pół książki byliśmy przekonywani, że Majonez jest głupim bawidamkiem.
Po co to dodawanie mu teraz szlachetności? A echinokaktus to halucynogen, a nie jakieś veritaserum.

Całe więzienie tworzyły głębokie dziury zakryte od góry gęstą kratą. Niemożliwością było wydostać się z nich bez drabiny, nawet gdyby krata była otwarta. Meihna pożałowała bardzo, że Nitrus nie zdążył nauczyć jej, jak udało mu się uciec z, tego samego przecież, więzienia.
AŁA! Ech, przepraszam, o mało nie wybiłam sobie oka od facepalmu... Przecież WSZYSCY wiedzą, jak Nitrus uciekł: zamienił się w szczura. Pokazał ci już, jak zamienić się w ptaka, skoro jesteś już tak zdolna i obeznana z czarami, co za problem sobie wyfrunąć?

Mojnes jest głupi, oboje o tym wiemy. Jednak, jak widać, słuchał cię i nie powiedział mi nic o maszynie, póki...
— Póki nie podałeś mu narkotyku! Jesteś podły!
— Biorę to, co mi się należy. Początkowo chciałem wziąć tylko ciebie, ale im dłużej przebywałem z Mojnesem, tym bardziej przekonywałem się, że to jego darzę największym uczuciem i z nim chcę spędzić resztę moich dni...

Dobra, koniec żartów o gejach. Przynajmniej w kontekście Majonez x Aro-Gant. A skoro o tym drugim mowa: nasz Książę Czarujący spuścił się do lochu księżniczki *dramatyczna pauza* na drabinie i uciął z nią małą pogawędkę. Proponuje jej wolność w zamian za bzykanko forever after. Ale nasza królewna-feministka ma to gdzieś i w nagłym zwrocie akcji wciąga Aroganta do lochu, a sama ucieka. Oczywiście ani trochę nie dziwi mnie, że była na tyle silna, by ściągnąć go z drabiny ani że nie złapał księżniczki za dupę, kiedy się gramoliła po drabinie na górę, ani też to, że żaden strażnik nie pilnował wyjścia z celi.


Biegła na oślep w ciemnościach
To chyba jej ulubiona rozrywka.

Kiedy dobiegała do muru, odbijała w lewo lub w prawo, byle nie cofać się i nie natrafić na goniących ją mężczyzn

 
W końcu zrozpaczona zaczęła kręcić się w kółko, a im częściej napotykała ścianę, tym jej strach narastał, a ona przestawała widzieć, gdzie biegnie. Nagle jedna ze „ścian” zdała jej się inna niż reszta...
Kiedy Meihna obudziła się, leżała znowu w ciemnym lochu, a koło niej przebiegało właśnie kilka szczurów.
*całkowita konsternacja* Znokautowała ją ściana?

Wszystko zaczęło się powoli odtwarzać w myślach. Była na siebie zła. Powinna zgodzić się na propozycję Ani, a skoro tylko wyszliby z lochów, zabić go albo uciec, albo poczekać, aż szanse na ucieczkę będą większe.
Huh? Jakiej Ani? Czyżby jednej z koleżanek z klasy Michaśki, o których tak bardzo lubi pisać? Wtf?

Meihna długo nie siedzi w śmierdzącej celi, bo pod postacią szczura przychodzi do niej Nitrus. Okazuje się, że o zagrożeniu ze strony Egiptu wiedział i król-nieboszczyk i jego równie martwy syn, choć poza świętym oburzeniem ze strony królewny wpływu na fabułę to nie ma. Nitrus uczy ją, jak zmienić się w pająka i oboje uciekają z więzienia.


— Naprawdę mi się udało?! Naprawdę?!
— Tak, i to całkiem dobrze. Większość osób przy pierwszej metamorfozie pozostaje, na przykład, z ludzką głową czy rękoma, ty zaś od razu cała przemieniłaś się w pająka.
— Ach! To wspaniale! Czego jeszcze muszę się nauczyć?
— Cóż, do wypełnienia misji potrzeba ci jeszcze umiejętności latania i telepatii.
Do tego pierwszego potrzeba 100 Punktów Nauki, do telepatii już 500. No nic, nie mamy wyjścia: idziemy expić.

Tego pierwszego nauczę cię w drodze na wschód, telepatii zaś nie będę mógł cię nauczyć.
— Dlaczego?
— Ludzka telepatia działa jedynie między osobami, które darzą się prawdziwą miłością. Osobami, które, choć w dwóch ciałach, są jedną duszą.
O Boru, robi się zmierzchowo. To znaczy, że prędzej czy później księżniczka znajdzie sobie jakiegoś tró lowera, żeby mogła tej całej telepatii w ogóle używać.
Swoją drogą, czy taka idea telepatii tylko nam wydaje się taka jakaś... z dupy wzięta?

— Czy to... — zaczęła Meihna, wskazując na statek. — Tym płyniemy? Nitrus skinął głową.
— „Dziecko Mórz”. Najwspanialszy statek, jaki widziało ludzkie oko. Jedyny w swoim rodzaju. Popłyniemy nim do miejsca, gdzie czeka twoja pomoc
Żadnych pegazów? Jestem rozczarowana.
Ale statek koniecznie wypasiony. Dam głowę, że zaczarowany.

— To statek jednej drogi. Nigdy nie zabiera nikogo z powrotem na Atlantydę, to jego zasada.
— Mówisz tak, jakby była to żywa istota... — Meihna zaśmiała się niepewnie. Nitrus westchnął, ale nic już nie powiedział, jakby wychodząc z założenia, że cokolwiek powie, będzie to za trudne do zrozumienia dla młodej, niedoświadczonej głowy księżniczki.
Przecież jest jedno słowo, które tłumaczy wszystko, od głupiej zasady „one way ticket” dla statku po to, jakim cudem na książka została w ogóle wydana.




Meihna kiwnęła głową i w tym momencie poczuła na dłoni ciepły oddech. Podskoczyła z przerażeniem, odwracając się jak oparzona. Jednorożec podniósł na nią pokorne oczy wiernego psiska, które poczłapałoby za swoim panem wszędzie i zawsze.
A piłeczkę przyniósł i ogonkiem pomerdał? -.-”

— Przyszedł tu za mną, wiedział, gdzie iść... Mogę go wziąć? — spytała stojącego obok niej Nitrusa.
— Ta podróż może okazać się dla niego zgubna. Wiesz, że nic, co należy do Atlantydy, nie może jej bezkarnie opuścić.
Meihna spojrzała na niego z przerażeniem.
— Myślałam, że to tylko niemądra tradycja, nic więcej!
— To, co zrodziła Atlantyda, zostanie z nią na zawsze lub też, zostawiając ją, zapłaci za to najwyższą cenę.
*headdesk* Księżniczki wysyłane za ocean dla ożenku się nie liczą. Powoli zaczyna mi brakować cierpliwości na te bzdury.

— I nie da się temu zapobiec?
— Nie, to jest silniejsze niż wszystko inne, to jest prawo Atlantydy... Ale powiem ci coś. Jeśli zabierzesz stąd Jednorożca, zginie przy tobie. Jeśli zaś zostawisz go tutaj, zabiją go ludzie Aru-Ghaana, więc weź go, bo wyrok na to zwierzę i tak już zapadł.
Jednorożec musi być zachwycony perspektywą czekającej go wycieczki.
Chaaarlieee! We’re going on adventureee! We’re going on adventure, Charlieee! Come with us, Charlie, it’ll be fun!

Kiedy stanęła na statku, stwierdziła ze zdumieniem, że nie ma na nim ani załogi, ani nikogo, kto mógłby nim kierować. Nie było nawet wioseł! W ogóle od razu statek ten wydał się Meihnie strasznym, uśpionym stworem, niezgłębionym i niezrozumiałym. W ogóle to zapomniałam o tym napisać, ale statek wydał się Meihnie podejrzany. Już wtedy, wcześniej. Nie chce mi się scrollować do góry, żeby to dopisać, to napiszę teraz.

— Sądzę, że nie ma co tracić czasu, nim dopłyniemy na miejsce, muszę cię jeszcze wiele nauczyć. — Mag stanął wyprostowany przed dziewczyną. — Spróbuj zmusić mnie, bym usiadł — powiedział. (...)
— Chcesz, abym zmusiła cię, byś usiadł? Jak?!
— Otwórz swój umysł. Przy pełnym rozluźnieniu połącz go z moim i zmuś mnie, żebym usiadł.
To wszystko brzmi tak cudownie prosto. Otwórz swój umysł, słuchaj swego serca... Jeśli to takie łatwe, dlaczego ¾ ludności Atlantydy nie zajmuje się czarami?
Bo magia to zuo, dziki i pełnie księżyca!

Dziewczyna skrzywiła się. Nitrus westchnął i zamknął oczy. Nagle Meihna poczuła nieodpartą potrzebę siądnięcia
*patrzy i mruga w niedowierzaniu*
Jezusicku Niebieski, tekst jak z zeszytów szkolnych. Autentyk z podstawówki Winky:
- Marcin, siądź!
- Już siądam!

Wiem, jak ta książka została wydana. Michaśka włamała się w nocy do drukarni i narozrabiała, a jak rano redaktor zauważył, co się stało, to wolał robić dobrą minę do złej gry i zrobił dziewczynie reklamę, by spróbować coś na tej tragedii zarobić. To musiało tak wyglądać, bo ja po prostu NIE WIERZĘ, by można było świadomie wydać coś takiego i to jeszcze zgadzając się na fanaberie autoreczki o nierobieniu korekty.

— Masz silny umysł... — powiedział. —Nie wiedziałem, że aż tak silny...
— Jeśli tak, to dlaczego nie wrócę do pałacu i nie zmuszę Aru-Ghaana, by opuścił Atlantydę?
— Gdyby to było takie proste, już dawno bym ci to zaproponował. Możesz władać czyimś umysłem tylko wtedy, kiedy jesteś z nim w kontakcie wzrokowym lub przynajmniej stoisz obok niego. Umiejętność robienia tego na odległość posiedli tylko najlepsi, uczący się tego przez setki, a nawet tysiące lat.
Tylko że Meihna nie chciała robić tego na odległość, imbecylu. Besides, skoro Nitrus jest taki potężny, czemu sam nie zrobi porządku na Atlantydzie?
Bo Przepowiednia i fokle. I Michalina w roli Meihny. Wszystko ma tu pewien marysuistyczny sens.

— Naprawdę nikt nie umie całkowicie kierować cudzym umysłem?
— Cóż... Był taki ktoś...
— Naprawdę? Kto?
— Zenora. Ona umiała wszystko, to również, ale nie używała tej umiejętności, uważała ją za niegodziwą. Nikt, kto posiada choć kroplę ludzkiej krwi, nigdy nie będzie mógł w pełni posiąść tej sztuki. Wiesz, co by się stało, gdyby ludzie, żądne władzy bezmyślne istoty, dysponowały taką mocą? Już dawno rodzaj ludzki przestałby istnieć. Dawno.
*blink blink* Wait, what? A Zenora kim niby była, jeśli nie człowiekiem, wróżką? I od kiedy to ludzie są „bezmyślnymi istotami”? Gdyby ludzie byli bezmyślni, księżniczka właśnie ganiałaby małpy po drzewach w stroju Ewy. Fail, Michaśka, fail.

— Koniec nauki na dzisiaj. Musisz dobrze wypocząć. Nie oczekuj jednak pałacowych wygód, jesteśmy na statku. — Starzec położył przed dziewczyną wielki kosz i niedźwiedzią skórę.
Ja pierdzielę, przed chwilą statek był opisany jako wielki żaglowiec z ogromnym posągiem syreny na dziobie, a teraz nagle się okazuje, że wszyscy śpią na pokładzie, na powietrzu? To jest w końcu statek czy kajak, kurwa?!
Jestem zawiedziona tylko tym, że spodziewałam się zrzynki z „Wyprawy Jednorożca” i statku większego w środku niż na zewnątrz.

Z torby wyjął dzbanek i kilka zawiniątek i postawił je przed Meihną.
— Masz tu mleko, ser i suszone mięso.
Tak! Do kompletu Schematycznego Posiłku w Powieści Fantasy brakuje jeszcze tylko wina.
I lembasów, nie zapominaj o lembasach.

Księżniczka rozwinęła szmatkę, w którą zawinięty był ser, wdychając z rozkoszą jego wspaniały zapach. Od dwóch dni nie miała w ustach nawet okruszka
To dlaczego nie zjadła nic poprzedniego wieczoru?
Bo wykluczyłoby to zajmujący opis śniadania na cztery linijki tekstu.

— Jestem gotowa. Możemy zaczynać naukę.
— Cóż się stało? Nigdy nie byłaś do tego aż tak chętna.
Dafuq? Ta dziunia całą książkę nie robi nic innego, tylko czeka na to, aż wreszcie będzie mogła się czegoś nauczyć, stary pryku. Nie wykręcaj kota ogonem.

— Dobrze więc. Umiesz już zamieniać się w zwierzę, sprawiać, by ludzie widzieli cię jako kogoś innego lub aby w ogóle cię nie widzieli. Umiesz też kierować cudzym umysłem, choć, jak ci już mówiłem, umiejętności tej mogłaś nabyć tylko w pewnym stopniu.
„Raz ci się udało” nie oznacza „umiesz”. Nikt nie jest w stanie nauczyć się czegoś ot tak, wszystko wymaga ćwiczeń i Michaśka, która jest skrzypaczką, powinna o tym wiedzieć.
Myślę, że była po prostu wychowana w silnej atmosferze złotego, genialnego dziecka. Parenting fail.

Nie potrafisz jeszcze latać.
Meihna jęknęła.
— I chyba się nie nauczę! Tyle razy już próbowałam i nigdy mi się nie udało! Myślę, że nie nauczę się tego i dojenia kozy!
Gdyby to było zgrabniej zapisane, żart byłby niezły. Póki co, niestety, kolejny fail.

Dziewczyna niechętnie zastosowała się do tego rozkazu i, łapiąc równowagę, wspięła się na dziób. Nitrus stanął przy niej, choć sam pozostał obiema nogami na pokładzie.
Ona mnie do tego zmusza, no... Ech, dawajcie tego screena.


Dziewczyna westchnęła, patrząc z rozpaczą na swoje szaty, które pamiętały i loch, i wilgotną noc w jaskini Zenory, i wcale nie wyglądały jak szaty księżniczki.
Czy od rozkazu Majoneza księżniczki nie miały chodzić w workach na kartofle?
Zadajesz zbyt wiele niewygodnych pytań i pewnego dnia odwiedzą cię smutni panowie w garniturach.

Mistyczna Powieść Fantasy Napisana Przez Nastolatkę nie może się obejść bez przynajmniej jednego proroczego snu. Meihna śni o tym, że biegnie plażą, słysząc głosy i nagle woda z oceanu torpeduje w kosmos, zostawiając suchą pustynię. Potem jednak woda wraca i zaczyna zataczać coraz ciaśniejsze kręgi wokół księżniczki. Koniec. Cóż, przynajmniej znaczenie nie jest tak nachalne jak w „Zmierzchu”.

Uklękła więc na piasku i zaczęła kreślić palcem tajemnicze znaki, te, które widziała w jaskini Zenory, a których sama nie potrafiła odczytać...
*przywiązuje Winky do krzesła, by uniemożliwić jej dalsze facepalmowanie* No. Starczy tego samookaleczania.
Ale ja MUUUSZĘ! Przecież ona czytała te znaki! Czytała je jak komiks! A teraz nagle znowu nie wie, co oznaczają?!

— Miałam dziwny sen... — zaczęła niepewnie. — Bardzo dziwny.
— Sny nigdy nie są dziwne. To my nie umiemy ich zrozumieć, zatem może to my jesteśmy dziwni.
Zatem mój sen o tym, że całuję się z Johnnym Deppem jako Jackiem Sparrowem, odgryzam mu przy tym język, ale on nie zwraca na to uwagi i dalej mnie całuje, nie jest ani trochę dziwny. I wiem na pewno, co oznacza. W niedzielę na obiad będą pampuchy. *_*
*robi dziwną minę i po chwili milczenia postanawia nie komentować*

Nitrus uśmiechnął się do siebie.
— Zdziwi cię jeszcze mnóstwo rzeczy, księżniczko. Ale... Tak. Ten statek nie jest zwykłą drewnianą łodzią. Nie ma w tym jednak niczego strasznego, a jedynie tajemniczego i... smutnego.
— Smutnego?
— Tak. Historia „Dziecka Mórz” jest tragiczna. Jego cierpienia jeszcze się nie skończyły.
Statek. Pięknie. Puściliśmy już w niepamięć Zenorę, straszliwego dzika, śmierć króla i jego syna, teraz czas, żebyśmy pochylili się nad tragicznymi dziejami smutnego statku.


— A kiedy się skończą?
— Niedługo. To jego ostami rejs.
Meihna poczuła nieodpartą chęć pocieszenia statku. Sama też nie lubiła ostów.

Meihna idzie spać – mimo że dopiero co był ranek – i gdy się budzi okazuje się, że Nitrus zniknął i szaleje sztorm. Na jego czas aŁtorka najwyraźniej zapomniała o czymś takim jak enter i cały opis zawiera się w jednym, długim na dwie strony akapicie. Po ostatnich przeżyciach z „Wymazywaniem” Bernharda, mam podobnych zabiegów po dziurki w du... uszach.

Niebo ołowianoczarne rozjaśniało się co chwilę potężnymi błyskawicami alabastrowymi i warczało groźnie, niczym nastroszony, wygłodniały pies szarobury.

Nagle niebo z wielkim grzmotem rozbłysło raz jeszcze, fala przypominająca wieloryba obaliła się na statek
LOL. Ze wszystkich możliwości w słowniku synonimów ta brzmiała najbardziej kretyńsko, czy co? Nie wspominając o tym, że obalić się = przewrócić się. Fala się potkła i fikła na statek?

fala przypominająca wieloryba obaliła się na statek, który w jednej sekundzie stanął w idealnym pionie
No teraz to mamy prawdziwą zagadkę. Fala się potkła, fikła na statek, a ten z wrażenia stanął dęba. A prawa fizyki miały w tym czasie przerwę obiadową.

Ledwo zdołała w ogólnym skotłowaniu wodnym wypłynąć na powierzchnię,
*leży i kwiczy*

po czym zaczęła rozglądać się przerażona, machając obficie rękoma
Machając obfi... nie, ja nie mogę. xD *ómiera na zakwik*
To nie taka z niej delikatna mimoza, skoro łapska ma obfite.

Delfin, pomyślała, mimo że jej mózg odmawiał jej już posłuszeństwa i ledwo trzymała się powierzchni, obejmując ciężkiego Jednorożca. „Muszę zamienić się w delfina!”. Ostatkiem sił skupiła się po raz ostatni... i natychmiast poczuła napływ nowych sił. Zarzuciła na grzbiet zwierzę i pracując zawzięcie płetwami, pomknęła przed siebie, nabierając co chwilę powietrza.
Księżniczka pod postacią delfina dopływa z Jednorożcem (swoją drogą, na imię weny brakło?) na grzbiecie na suchy ląd i traci przytomność. W tej dramatycznej chwili przerwiemy analizę, bo jeszcze pokwikuję po „ogólnym skotłowaniu wodnym” i „obfitym wymachiwaniu rękami” i muszę dojść do siebie.

wtorek, 12 czerwca 2012

Pofrut smoka, czyli Dziedzictwa księga trzecia, część 1

Po raz trzeci na salonach gościmy Christophera Paoliniego, a z nim trzeci tom dzieła jego życia, jakim jest Eragon. Z góry pragniemy przeprosić, gdyż początek analizy został napisany przy użyciu bardzo wczesnej, tragicznej, skanowanej wersji e-booka i byków w nim co niemiara. Na szczęście szybko znalazłyśmy lepszą wersję, ale postanowiłyśmy nie edytować tego, co napisałyśmy, bo i to ma swój urok. Zapraszamy do lektury!



WĄTEK ERAGONA

Ukośne promienie wieczornego słońca zasnuwały wzgórze długimi, wąskimi cieniami i daleko na zachodzie oświetlały taflę jeziora Leona, zamieniając horyzont w migoczącą sztabkę złota.
Forsaaa! *rzuciła się z kilofem w łapie*
Jesteśmy bogaaateee!

— Kapłani Helgrindu - wymamrotał do Rorana.
— Umieją posługiwać się magią?
- To możliwe. Nie odważę się zbadać góry umysłem, dopóki nie odejdą, bo jeśli się pokapuje, to jak w nas piżgnie jaką półką skalną... A wiesz, Roruś, góry to strasznie nerwowe są.

Żelazne języki uderzały o ścianki żelaznych gardeł, a ich ponury dźwięk odbijał się echem od wzgórz. Akolici krzyczeli do wtóru, jęcząc i wrzeszcząc w ekstazie.
Uspokoję wasze skojarzenia: języki i gardła to wspaniała metafora dzwonków.
Ale czemu tamci jęczeli, ba! wrzeszczeli w ekstazie, to my już nie wiemy.
I nawet nie wiemy, czy chcemy wiedzieć.

Porywy wiatru co chwila zagłuszały deklamacje szamana, lecz Eragon dosłyszał urywki zdań (...) To, co zrozumiał, sprawiło, że zadrżał. Kazanie bowiem traktowało o sprawach, o których lepiej nie wiedzieć
Takich, jak kąpiele kilkusetlenich elfów z szesnastoletnimi chłopcami w strumyku?
Takich, jak nie do końca niewinne igraszki wyżej wymienionych, w dodatku z udziałem smoków?
A może takich, jak wielkie elfie orgie w środku lasu?
*razem, kręcąc głowami* Nieeee.
...o sprawach, o których lepiej nie wiedzieć, złowrogiej nienawiści dojrzewającej przez stulecia w mrocznych jaskiniach ludzkich serc, by wreszcie rozkwitnąć pod nieobecność Jeźdźców; o krwi, obłędzie i ohydnych rytuałach odprawianych pod czarnym księżycem.
MHROOOK!

- Teraz naprawdę jesteście mymi braćmi i siostrami, tu bowiem, w cieniu potężnego Helgrindu, skosztowaliście soku z moich żył. Krew wzywa krew i jeśli kiedykolwiek wasza rodzina będzie potrzebować pomocy, róbcie, co tylko w waszej mocy dla Kościoła i dla innych uznających moc naszego Straszliwego Pana...
Jeżu, a Łociec Dyrektor skąd tam?!
Mohery są jak szarańcza: wszędzie wlezą.

Gdy wrócił do swego ciała, odkrył, że Roran przygląda mu się z miną zgłodniałego wilka.
Mój Borze, takie akcje już na samym początku pierwszego rozdziału?

Roran wyjaśnił później, że udało mu się dokonać tego wszystkiego tylko dlatego, że potężne uczucie popychało go do czynów budzących lęk u innych, dzięki czemu mógł stawić czoło swym wrogom.
*śpiewa* De pałer of looow! E fors from abooow! Klinin maj soooul!
*wyje* Flejm on bern dizajer! Law łif tongs of fajer! Purdż de souuul!
*wyją razem* Mejk law jooor goool!


Co jeszcze ważniejsze, Eragon i Roran byli ostatnimi dziedzicami rodu.
*jak już doszła do siebie po ataku śmiechu* Ja nie wiedziałam, że takie chłopki-roztropki ze wsi mogą się pochwalić jakimś wielkim RODEM. xD
A jak, dziedziczą stodołę, widły i krowę.

Nawet teraz, gdy planowali wydrzeć Katrinę ze szponów Ra'zaców, obaj wojownicy - śmiertelnik Smoczy Jeździec - marzyli o tym, by zabić nienaturalne sługi króla Galbatorixa.
*w tle słychać jakiś poważny soundtrack* I tak oto śmiertelny Roran i nieśmiertelny Eragon wspólnymi siły rzucili się na ratunek pięknej, zgrabnej i powabnej Katrinie-Córce-Rzeźnika, albowiem tylko oni w całym państwie mieli tyleż odwagi, co skrajnej głupoty.

wątpię by Razacowie zostawili Katrinę długo samą. Nie, jeśli Galbatorix chce, by przeżyła, żeby móc ją wykorzystać przeciwko mnie.
Galbatorix zrobi wszystko, by tylko Roran nie mógł poślubić Katriny.
Może ma jakiś kompleks? ^^

Konające pozostałości ogniska wiły się w agonii i jęczały zbolałym głosem, błagając o litość.
- Muahaha - powiedział Eragon i chlusnął wodą.

Jeszcze tej nocy wzmocnił zarówno węźlasty kij, jak i rączkę młota Rorana kilkoma zaklęciami, które miały uchronić je przed złamaniem - pominąwszy naprawdę wyjątkowe okoliczności.
Takie jak majestatyczne pęknięcie broni w krytycznym momencie, by wydawało się, że nie ma już ratunku, który jednak w cudowny sposób nadejdzie.

Sięgając w głąb swego jestestwa
Wybaczcie, nie wiem, czemu, ale strasznie mnie to rozbawiło. xD

- Jutro możemy mieć problem.
- To znaczy?
- Pamiętasz, jak powiedziałem, że wraz z Saphirą łatwo poradzimy sobie Ra'zacami? - zapytał Eragon, zwracając się także do smoczycy.
- Owszem.
- Żartowałem.

- Mógłbyś uczynić mnie równie silnym i szybkim jak ty?
Eragon zastanawiał się kilka minut, nim odpowiedział.
- Nie. To ja tu jestem głównym najprzystojniejszym elfim książątkiem, a ty byś mi tylko psuł opinię.

Na ów dźwięk mur, na który napierał Eragon, pękł na dziesiątki kawałków, gdy nowe myśli zdekoncentrowały Rorana: Co to... Do diaska! Nie zwracaj uwagi, bo się przebije! Katrina, pamiętaj o Katrinie. Nie zważaj na Eragona. Ów wieczór, gdy zgodziła się za mnie wyjść, zapach trawy i jej włosów... Czy to on? Nie! Skup się! Nie...
Eragon chciał tylko podejrzeć jego wspomnienia po upojnej nocy, jaką Roruś spędził z gorrrącą Katriną. ^^
Skądś musi brać doświadczenie. xD

Wykorzystując zamęt panujący w głowie Rorana, Eragon parł naprzód.
*ma skojarzenia*

Niewiele mam do opowiadania. Zawsze mi się podobała. W dzieciństwie niewiele to znaczyło, ale gdy wszedłem w wiek męski, zacząłem się zastanawiać, kogo poślubię i kto miałby zostać matką moich dzieci.
Galbatorix.
Poza tym: buahaha! Cóż za wyidealizowany portret średniowiecznego chłopa: pragnie kochającej żony i gromadki uśmiechniętych dzieci...
I jeszcze stadka małych szczeniaczków.
...Podczas gdy nawet w dzisiejszych czasach tylko chędożenie im we łbach.

- I zalecałeś się do niej? — spytał Eragon po krótkiej, pełnej szacunku chwili. - Prócz przekazywania komplementów za moim pośrednictwem, co jeszcze robiłeś?
- Pytasz jak ktoś pragnący instrukcji?
- No, bo widzisz, próbowałem poderwać jedną taką elfią dupę, ale chyba coś jej się nie spodobało.
- Może nie trzeba było opowiadać z rozmarzeniem o kąpielach w strumyku z Oromisem?

- (...) Co właściwie łączy cię z Aryą?
Przenikliwość Rorana wstrząsnęła Eragonem.
- Nic! Księżyc zmącił ci rozum.
- Bądź szczery. Spijasz słowa z jej ust niczym diamenty i wpatrujesz się w nią, jakbyś konał z głodu, a ona była przepyszną ucztą, pozostającą tuż poza twoim zasięgiem.
Boru... *brak jej słów*

- W takim razie odpowiedz na moje pytanie i wyjaśnij, jak się rzeczy mają między tobą i Aryą. Rozmawiałeś o tym z nią bądź jej rodziną?
Tia. ,,Cześć, królowo Islanzadi, wiesz co, ta twoja córcia to niezła laska jest."

- Owszem. - Eragon zapatrzył się w błyszczącą głogową laskę.
*nie zauważyła słowa ,,głogową" i zakrztusiła się ze śmiechu*

Zmusił się, by przełknąć żółć wzbierającą w gardle i odesłać ją przez serce do zaciśniętego żołądka
Jeszcze kilka takich podniosłych, fizjologicznych szczegółów i rzygnę.
Konkretnie to chyba gastronomicznych.
Ale i tak rzygnę.

W tej okropnej wersji e-booka trafiają się czasem różne kffiatooshqi, takie jak ten:
zdaję iprawę z faktu, że w Alagaesii żyją inne dziewczęta i że ludzie czasami biją się więcej niż raz.

Od tego momentu dysponujemy lepszą książką, bez błędów. Przynajmniej tych wynikających ze skanowania.
 
- Twój język stał się równie splątany jak korzenie świerku - rzekł Roran.
- Taaa? A fallus twój wyglądem swym przywodzi na mą myśl kłaczek, co z kociego wydarł się gardła.

- Przecież nie możesz być nieśmiertelny.
- Jestem.
Niestety.

Gałąź, którą Roran dorzucił do ognia, pękła ze stłumionym trzaskiem, gdy gorąco żaru przeniknęło zeschnięte drewno, docierając do niewielkiego skupiska wilgoci bądź żywicy, które w jakiś sposób przetrwało dziesiątki lat upałów i eksplodowało w obłoczku pary.
Te opisy mnie bawią i denerwują jednocześnie. oO"
Weź Amol. *hihihi*

- Nie jestem niezwyciężony - przypomniał Eragon. - Wciąż mogę zginąć od miecza bądź strzały. I wciąż mogę się zarazić nieuleczalną chorobą.
- Ale jeśli unikniesz tych niebezpieczeństw, będziesz żyć wiecznie.
Ach, czyli jest nadzieja, że rzeczywistość wykończy go w inny sposób. ^^
Nie wykończy. Autorem jest Pałolini.
*po chwili ciszy* Kurwa.

- Kogóż innego mógłbym poślubić, jeśli nie elfkę?
Krasnoludkę, urgalkę, Ra'zaczkę...

Zwłaszcza biorąc pod uwagę to, jak teraz wyglądam.
Na takie ulizane książątka lecą wszystkie plastiki.
Ale on nie jest liderem szkolnej drużyny futbolowej.
To rzeczywiście może stanowić problem.

Eragon zwalczył pokusę pomacania zakrzywionych koniuszków uszu, co ostatnio weszło mu w nawyk.
Oplułam ekran. xD
Jak Oromisa nie ma, to se mastubuje uszy. *jebła ze śmiechu*

Nie jestem już zwykłym człowiekiem, ale nie jestem też elfem. Tylko czymś pomiędzy: mieszańcem, odmieńcem.
Następny, kurwa. -.-"

- Uśmiechnij się - rzucił Roran. - Może nie będziesz się musiał martwić życiem wiecznym. Galbatorix, Murtagh i Ra’zacowie, czy nawet jeden z żołnierzy Imperium, w każdej chwili mogą przebić nas stalą.
Rzeczywiście, pocieszające.
Jak odpowiedź faceta ,,Ale chociaż było nam dobrze" po tym, jak dziewczyna mu oznajmi, że jest z nim w ciąży.

Cisza zrodzona ze znużenia, bliskości i przeciwnie - wielu różnic, jakie los stworzył u tych, którzy kiedyś wiedli życie stanowiące drobne wariacje na temat tej samej melodii.
Ta głębia być zbyt głęboka. Ja nie rozumie.

Eragon spojrzał na czarne sklepienie nieba, oceniając godzinę po tym, jak daleko przesunęły się gwiazdy. Było później niż przypuszczał.
,,Fak, przegapiłem Różową Landrynkę..."

Czekaj, pokażę ci siniak, którym może szczycić się mężczyzna. - Rozsznurował lewy but, podwinął nogawkę spodni, ukazując czarną plamę szeroką jak kciuk Eragona i przecinającą mięsień czworogłowy. (...)
- Imponujące, ale mogę to przebić. - Eragon ściągnął tunikę, wyszarpnął koszulę ze spodni i obrócił się, demonstrując Roranowi wielką plamę na żebrach i podobną na brzuchu. (...)
Teraz Roran odsłonił skupisko nieregularnych sinozielonych siniaków, każdy rozmiaru złotej monety, maszerujących od lewej pachy do podstawy kręgosłupa. (...)
Eragon przyjrzał się im, po czym zachichotał. (...) Zdjął buty, po czym wstał i zsunął spodnie, pozostając jedynie w koszuli i wełnianych gatkach.
Zaraz się całkiem rozbiorą, a potem...
...Się do siebie dobiorą. ^^
Będzie yaoi! Incest nawet! xD

Wewnętrzną stronę ud pokrywała cała gama kolorów, jakby Eragon był egzotycznym owocem, który dojrzewa nierówno (...)
Roran skrzywił się i zadrżał.
- Czy to sięga aż do... - Urwał i machnął niezgrabnie ręką.
- Niestety.
- Muszę przyznać, że to niezwykły siniec. Powinieneś być dumny, podobne obrażenia, i to w tym szczególnym... miejscu budzą lęk w sercu każdego męża.
Ja cię sunę, jakbym zobaczyła takiego wielkiego siniaka na udach i się dowiedziała, że fiut też ucierpiał niemało, to TAK BYM SIĘ ŚMIAŁA, że by w Nepalu usłyszeli, a oni tu coś pierdolą o niezwykłym męstwie i szczególnych obrażeniach! XD XD XD
No wiesz, w końcu ,,podczas walki kopnął Vraela w krocze" i tak dalej. xDDD

Chwilowe podniecenie rozjaśniło twarz Rorana, potem jednak zawahał się i w jego oczach błysnął niepokój.
- Teraz? Czy to rozsądne?
- Jak powiedziała Saphira, lepiej, bym zajął się tobą, dopóki mam okazję.
(...) Sekundę później jęknął mimo woli
Zaczynam lubić moje skojarzenia.

Mmm. Nie przesadzałeś - rzekła do Rorana. Cóż za słodki i soczysty kąsek - taki miękki, słony i smakowity, że mam ochotę zatańczyć z rozkoszy.
Rozumiem, że Eraś i Roran... ale żeby jeszcze z Saphirą - to już chyba przesada.
Dla Oromisa nie istniało takie słowo, jak ,,przesada" :]

Spojrzeli po sobie, drżąc z podniecenia.
A wtedy BUM! Eksplozja namiętności.

Do diaska! Eragon miał ochotę zakląć soczyściej: motyla noga!

Teraz zaczął nucić najszybciej jak umiał, wymawiając dokładnie każde słowo w pradawnej mowie. Każde wypowiadane zdanie, a był ich legion
To zanim skończyłby recytować te tysiąc zdań, już dawno by przerżnęli tę bitwę. -.-"

Miał czas na zaledwie jeszcze jedno zaklęcie, nim będzie musiał zająć się powstrzymaniem Ra’zaca przed wbiciem mu miecza między nerki i wątrobę.
Odsunął się lekko na bok i dostał tylko w śledzioną.

Rozstawił szerzej nogi, gdy dwóch Ra’zaców rzuciło się na niego.
Zdecydowanie za dużo skojarzeń jak na jeden rozdział.

Największym niebezpieczeństwem pozostawał atak!
Coś ty?!

- Kveykva! - krzyknął Eragon.
DJ Quack Quack.
Kto oglądał ten odcinek Laboratorium Dextera? =)

Ra’zac przed nim zareagował gwałtowniej - upuścił łuk, zakrył osłoniętą kapturem twarz i wrzasnął przenikliwie.
Shireee... Baggins!

Ostatni cios strzaskał pancerz Ra zaca niczym skórę wysuszonej tykwy. W bezlitosnym rubinowym blasku, który był jako ten ostatni zachód słońca, na który patrzył konający flaming, rozlewająca się wokół kałuża krwi szkarłatnej niczym samotna, pustynna róża, którą smagają bezlitosne wiatry, mieniła się fioletem.

- Dziewiąte po prawej, idź po nią. Ja sprawdzę inne cele, Ra’zacowie mogli zostawić w nich coś ciekawego.
Jakieś seksowne elfki czekające na uwolnienie...

Rzeźnik siedział skulony pod ścianą po lewej, obie ręce miał przykuta łańcuchami do żelaznego pierścienia nad głową.
- Zemsta będzie słodka - mruknął Roran, oblizując lubieżne wargi.

Owszem, rzeźnik był człowiekiem godnym pogardy, lecz liczne wspomnienia i doświadczenia, które ich łączyły, zrodziły poczucie bliskości, które dręczyło sumienie Eragona.
Zabierzcie moje skojarzenia! Ja już nie chcę! *przerażona*
*wyjmuje kaftanik bezpieczeństwa*

Nie odrywając wzroku od Rorana, Katrina wstała i drżącą ręką dotknęła jego policzka.
- Przyszedłeś.
- Przyszedłem.
- Och, Roranie! Przyjszłeś!
- Przyjszłem.
Lol.

W końcu Roran cofnął się i ucałował ją trzykroć w usta. Katrina zmarszczyła nos.
- Zapuściłeś brodę!- wykrzyknęła. Ze wszystkich rzeczy, które mogła powiedzieć, ta była tak nieoczekiwana - a jej głos tak zdumiony - że Eragon zachichotał.
Hahaha. Ale zajebisty żart. Hohoho.

Ciałem dziewczyny wstrząsnął dreszcz. Zamknęła oczy i po jej policzku spłynęła samotna łza.
*zakwik totalny* SAMOTNA ŁZA! Samotna łza! SaMoTnA łZa! SAMOTNA łza!
Opkowości stało się zadość!

Za plecami słyszał, jak rozmawia z Roranem, wymieniając serie krótkich zdań.
- Kocham cię... Horst i pozostali są bezpieczni... Zawsze... Dla ciebie... Tak... Tak... Tak... Tak.
*znowu ma skojarzenia*
Winkyyy... weź się opamiętaj. *znudzona wyjmuje kaftanik*

Eragon oddarł z niej pas tkaniny i wręczył Katrinie.
- Obwiąż tym oczy - polecił. (...)
naprzeciwko pojawiła się Saphira. Na jej widok Katrina sapnęła i przywarła do Rorana
JAK ją zobaczyła z zasłoniętymi oczami? *wali się młotkiem po głowie*
*rzuca się w panice, by zabrać młotek*

Eragonie! - zawołała Saphira.
On jednak pokręcił głową.
- Nie, ja tu zostaję.
(...) - Jak wydostaniesz się z Imperium? - spytał Roran.
- Pobiegnę. Jestem teraz równie szybki jak elf.
Muza, oddawaj młotek.
Chędoż się.

Ganga! I nie wracaj po mnie ani nie wysyłaj nikogo innego. Nic mi nie będzie. Ganga! Ganga!
*śpiewa, kiwając się na boki* Ołwer hir is rejdijoł gugu, rejdijoł gaga...

Eragon stał tam, dopóki nie zniknęła mu z oczu i nie wyczuwał jej już myślami. A potem, z sercem ciężkim jak ołów, wyprostował ramiona i odwróciwszy się od słońca i wszelkiego co jasne i żywe, ponownie zstąpił w pogrążone w mroku tunele.
A wokół rozbrzmiewała pieśń piękna i bolesna...
Zooostańmy razem! Zooostańmy razem! Ja i tyyy!

- Przybądź, o pożeraczu ludzkiego mięsa, zakończmy naszą walkę - mówił. - Ty jesteś ranny, a ja znużony. Twoi towarzysze nie żyją, ja jestem sam. Godni z nas przeciwnicy. Przyrzekam, że nie użyję przeciw tobie gramarye, nie zranię cię i nie uwiężę rzuconym już zaklęciem. Przybądź, o pożeraczu ludzkiego mięsa, zakończmy naszą walkę...
Z ciemności dobiegł mrożący krew w żyłach, syczący głos:
- Ssspierdalaj.


Wiedział, że nieostrożnie posługiwał się magią i że gdyby zginął, jego bezmyślne zachowanie mogło skazać Vardenów na całkowitą klęskę.
Ale uradowałoby przynajmniej mnie...
To za mało. Antyfani są dla Pałoliniego niczem puch marny, który pozostał...
Dobra, daj se siana.

Puszka Red Bulla dodała Eragonowi skrzydeł.

Dramatyczne, pierwsze zdanie nowego rozdziału:
Eragonowi zaburczało w brzuchu.
Nie moshe bydź!

Oromis poświęcił wiele lekcji najróżniejszym klimatom i regionom geograficznym
Przeczytałam ,,pornograficznym". *padła*
Jak Oromis to jeszcze nie znaczy, że automatycznie pornografia. Chociaż...

choć dzięki temu utrzymałby się na nogach ze Sloanem, transfuzje energii trudno byłoby nazwać satysfakcjonującymi, bo nie napełniały żołądka.
Mógł też zapolować.
Eragon skrzywił się, po czym zakręcił kijem i wbił jego koniec w ziemię. Po tym, jak odczuwał myśli i pragnienia najróżniejszych zwierząt, sam pomysł zjedzenia któregoś z nich budził w nim odrazę.
Wielkie mi co. Zjedz Sloana.
Jeden problem mniej. I tak już wcisnął Katrinie kit, że nie żyje. ^^

przyjrzał się dłoniom Sloana (...) Długie, kościste palce, zakończone długimi paznokciami - w Carvahall zawsze o nie dbał: przycinał równo cążkami, piłował w idealne półkola, malował odżywką z wyciągu z fiuta, pokrywał warstwą różowego lakieru i przylepiał mnóstwo błyszczących dżecików.

Gdyby to zrobił, Sloan mógłby wytropić Rorana i Katrinę
Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że był na skraju wyczerpania, ledwo żył, był cały poraniony, oślepiony, a Roran i Katrina odlecieli na smoku. =_=

- Gdzie ja jestem? - spytał.
(...)
- Elfy, a także Jeźdźcy z minionych czasów, nazywali to miejsce Mirnathor. Krasnoludy zwą je Werghadn, a ludzie Szarym Wrzosowiskiem. Niziołki zwykły nazywać to mianem Jakiegoś Starego Pagórka, dla morrowindczyków to Duża Zła Czerwona Góra, a słyszałem nawet nazwę Zadóp'ie.

Głuchym szeptem, jakby przemawiał po potężnym ciosie w żołądek, Sloan dodał: - Ty nie możesz być Eragonem. On był brzydki i głupi.
A to już nie jest? ^^
Nie. Teraz to KSIĄŻĄTKO.

- Jestem Eragonem, a nawet znacznie więcej. Jestem Argetlamem, Cieniobójcą i Ognistym Mieczem.
*zeszła na nadmiar skojarzeń*

W zwykłych okolicznościach Eragon nie mógłby postrzegać osoby bądź miejsca, których wcześniej nie oglądał. Lecz widzące szkło elfów zaklęto tak, by przekazało obraz otoczenia każdemu, kto się z nim skontaktuje. Podobnie zaklęcie Eragona przekazywało obraz jego i jego otoczenia na powierzchnię szkła.
Skajpa mają i kamerkę.
W tej książce już nic nie będzie w stanie nas zadziwić.
Oj, nie wiem, nie wiem...

lecz strzeż się: naciągnięty łuk może równie łatwo pęknąć i zranić łucznika, jak posłać w powietrze strzałę...
Mi raz pękł łuk w dłoni i nawet mnie nie dotknął.
Bo to był jakiś gówniany indonezyjski łuk kupiony na Allegro, a on na pewno ma na myśli wielki, długi łuk o naciągu większym od ciężaru łucznika, który potrafi wyrwać rękę, która napnie cięciwę...
I by poleciała razem ze strzałą? Yay! Ja chcę to zobaczyć! Najlepiej na Eragonie! xD
 
królowa Islanzadi pchnęła ją, maszerując wprost do widzącego szkła. (...) Dopiero po chwili uświadomił sobie, że jej rękę pokrywa świeża krew.
Pocięła się...

W jej niskim, melodyjnym głosi pobrzmiewały echa szumiących sosnowych szpilek, bulgoczących strumieni i muzyki wygrywanej na trzcinowych fletniach.
Musiało to dziwnie brzmieć.

- Co zrobiliście? - spytał, choć podejrzewał, że zna odpowiedź. Islanzadi uniosła wysoko głowę, rysy jej twarzy stwardniały.
A oni wciąż mają tam wszystko twarde!

Nieświadomie potarła prawą dłoń, jakby ją zabolała i wtem Eragon zobaczył na jej przedramieniu Mroczny Znak.
Ale Voldie wypalał je na lewej ręce.
A bo to by się Pałolini przejął?

- Słuchaj uważnie, bo nie zamierzam niczego powtarzać. Zrobiłeś to, co zrobiłeś, z powodu miłości do Katriny; tak przynajmniej twierdzisz. Ale, choć tego nie przyznasz, wierzę, że próbując rozdzielić ją z Roranem, byłeś posłuszny innym, niższym uczuciom. Gniewowi... nienawiści... mściwości... i własnemu bólowi.
Wargi Sloana zacisnęły się, tworząc białą wąską kreskę.
- Krzywdzisz mnie.
- Nie, nie sądzę. Ponieważ sumienie nie pozwala mi cię zabić, twoja kara musi być najstraszniejsza, jaką tylko zdołam wymyślić. Dwadzieścia cztery godziny oglądania w kółko wszystkich odcinków ,,Klubu Winx", sześćset sześćdziesiąt sześć seansów ,,Głupiej i głupszej", a wszystko przeplatane czytaniem ,,Zmierzchu". I będę pilnował, byś czasem nie zasnął.
- Nieee! Łaski, panie, łaski!

Zatem oto twoja kara: nigdy już nie zobaczysz córki, nie spotkasz się z nią ani z nią nie pomówisz, nawet na łożu śmierci. I będziesz żył ze świadomością, że jest z Roranem i że oboje są szczęśliwi bez ciebie. (...) Wymuszę ją, każąc ci złożyć przysięgi w mowie elfów - języku prawdy i magii - byś dotrzymał warunków wyroku. (...) Co więcej, nałożę na ciebie przymus podążania na północ, dopóki nie dotrzesz do miasta elfów Ellesmery, stojącego w sercu puszczy Du Weldenvarden. Możesz próbować mu się oprzeć, jeśli chcesz, ale, nieważne jak długo będziesz walczył, zaklęcie będzie cię dręczyć niczym nieznośnie swędząca rana, aż w końcu go posłuchasz i wyruszysz do królestwa elfów.
To mi się kojarzy z różnymi zabawami w dzieciństwie, gdy ta bardziej zaborcza osoba wymyślała coraz to głupsze pomysły, byle w zabawie stało się to, co ona chce, by się stało.
Widać nie ty jedna masz traumę na tym punkcie. ^^

Splunął na lewo od Eragona. - Jesteś jedynie żółtobrzuchym pomiotem sparszywiałego tryka, jesteś bękartem, niechcianym cielakiem, zafajdanym obleśnym gnojarzem, zarzyganym draniem, jadowitą ropuchą, mizernym zapłakanym pomiotem tłustej świni. (...) Masz ropę zamiast szpiku, grzyb zamiast mózgu, ty nieprawy wypierdku!
Sama bym tego lepiej nie ujęła. ^^
A Pałolini się uczy bluźnić. xD

Rzucę na ciebie czary, które powstrzymają ludzi i zwierzęta przed nękaniem ciebie i sprawią, że w razie potrzeby przyniosą ci strawę.
*wyobraża sobie, jak gromadka ptaszków niesie w dziobkach tacę z wykwintnym daniem*
Za dużo Disneya.

Sloanie, wysłuchaj mnie. Żyjąc pośród elfów, odkryłem, że prawdziwe imię człowieka zmienia się często wraz z jego wiekiem. Rozumiesz, co to znaczy? To, kim jesteś, nie jest ustalone raz na zawsze. Jeśli zechcesz, możesz sam się odmienić.
Zakład, że w ostatnim tomie zobaczymy go jako wielkiego mędrca albo potężnego wojownika?
Nawet mimo faktu, że jest ślepy? Przyjmuję. W końcu to Pałolini. :]

Eragon nie powiedział rzeźnikowi, że jeśli dowiedzie, iż szczerze żałuje swych zbrodni i że stał się innym, lepszym człowiekiem, królowa Islanzadi każe swym władającym magią przywrócić mu wzrok.
Kurde, przegram ten zakład.
Muahaha. xD

WĄTEK NASUADY (tylko nie to...)

Ucieszył ją jednak fakt, że żołnierze postanowili nazwać swój oddział Nocnymi Jastrzębiami
Nadaję ci imię... *cmok* Jaszczomb!

Mimo to jednak nie była całkiem bezbronna. W fałdach sukni ukrywała sztylet, drugi, mniejszy, tkwił za jej gorsem pod bielizną, a tuż za zasłoną wiszącą za fotelem Nasuady czekała Elva, jasnowidzące magiczne dziecko, gotowe interweniować w razie potrzeby.
Rzeczywiście, jak napadnie na nią banda wyszkolonych zabójców, poradzi sobie z ucałowaniem rąsi.

Fadawar postukał o ziemię długim na cztery stopy berłem. Wykuto je ze szczerego złota, podobnie jak fantastyczną kolekcję biżuterii wojownika: złote bransolety na przedramionach, półpancerz z kutego kruszcu, długie grube łańcuchy wokół szyi
Gangsta! Joł, ziomal!

- W takim razie twierdzę, że nie nadajesz się do przewodzenia Vardenom, tak jak pozwala mi moje prawo, i wyzywam cię na Próbę Długich Noży.
Hyyyy! Ojaaa! *chwila ciszy* Yyy... czyli że co, wyjmą swoje noże i porównają, który dłuższy?
*zakrztusiła się herbatą*

- Ale po co? Przecież jeśli przegrasz...
- Jeśli przegram, Vardeni nie będą już podlegać moim rozkazom, lecz rozkazom Fadawara.
Ach, ale przecież nie przegra, przecież to jest główna bohaterka swojego wątku: wspaniała, młoda, egzotyczna piękność, której niestraszne są wszelkie Próby Noży Dłuższych Czy Krótszych, której zwycięstwo będzie skromne, ale spektakularne, a po tym wszystkim będzie robić za wyniosłą, chłodną, opanowaną królową, która w pełni zasługuje na swoje miano i urząd, jaki piastuje...
Zmęczyłaś mnie tym zdaniem.
Ja siebie też. Ten Pałolini to musi mieć wytrwałość. xD

Przed wpadnięciem w panikę chroniła ją tylko przepowiednia Elvy: dziewczynka oznajmiła, że w tym starciu Nasuada zwycięży.
Tiaaa... -.-"

Fadawar zaczynał. Uniósł wyprostowaną lewą rękę dłonią do góry. Przyłożył ostrze noża do przedramienia tuż pod zagłębieniem łokcia i przesunął błyszczącą jak zwierciadło klingą po ciele. (...)
Uśmiechnęła się i także przyłożyła nóż do ręki. (...) Ich starcie było próbą siły woli, sprawdzającą, kto zniesie więcej nacięć.
To chyba raczej konkurs, kto jest bardziej emo. xD

Nadal rozluźniała mięśnie - gdyby je spięła, ból byłby znacznie większy - i wciąż się uśmiechała, gdy ostrze powoli gwałciło jej ciało.
O.O
...
O.O
Ee... Winky?
O.O

Fadawar dygotał, przekładając nóż z prawej dłoni do lewej; tradycja zabraniała cięcia więcej niż sześć razy w jedną rękę, by nie uszkodzić ścięgien i żył w pobliżu przegubu.
Tró Emo się nie poddaje! Nie poprzestaje na sześciu drobnych rankach!
*skanduje* Tnij-cie! Tnij-cie! Tnij-cie!

Zgiął się wpół, przyciskając do brzucha poranione ręce.
- Poddaję się - oznajmił.
Cienias.

Skłonili się i Ramusewa przemówił.
- Nigdy jeszcze nikt nie zniósł tak wielu cięć podczas Próby Długich Noży. Niniejszym ogłaszam cię Królową Emo!
Na sali rozległy się radosne szlochy.

- Rozumiem to doskonale - warknął Orrin. - Moja rodzina i ja broniliśmy Surdy przed zakusami Imperium każdego dnia od pokoleń. Tymczasem Vardeni jedynie ukrywali się w Farthen Durze, żyjąc na łasce Hrothgara.
Jego szaty zawirowały w powietrzu, gdy odwrócił się i wymaszerował z pawilonu.
- Kiepsko to załatwiłaś, pani - zauważył Jórmundur. Nasuada skrzywiła się, gdy Farica pociągnęła bandaż.
- Wiem - wysapała. - Jutro ukoję jego zranioną dumę.
Nie chcę wiedzieć, jak. :]

Boru, to już 100 stron, a nie dzieje się absolutnie NIC. -.-"
W dodatku ,,nic" większe nawet od dwóch poprzednich tomów. *sigh* To się nazywa poświęcenie.
Ale jesteśmy na nie gotowe! *wznosi miecz ociekający szkarłatną krwią Erasia wysoko w górę, na lśniącą klingę padają złote promienie zachodzącego słońca, a pojedyncze krople krwi ściekające z ostrza unosi wiatr*

wtorek, 5 czerwca 2012

Cudowne Dziecko, czyli opowieść o Michali... tfu, Meihnie, część 5

Chyba nikt się tego nie spodziewał, a już najmniej my same, ale udało nam się wyrobić przynajmniej z przepisowymi minimalnymi dziesięcioma stronami w Wordzie kolejnej części analizy. Ot, w tym nawale zajęć potrzebne było coś na osłodę (?), więc w międzyczasie potorturowałyśmy trochę naszą ulubioną księżniczkę. Zapraszamy do lektury!






Mojnes uroczyście obiecał siostrze dochować tajemnicy (...) Może wpływ na to miało jego przekonanie, że Meihna jest czarownicą? Mojnes dopiero co skończył przecież czternaście lat. Był młody, o wiele za młody i bardzo podatny na wpływ imponujących mu ludzi. Meihna zdawała sobie z tego sprawę i dlatego dbała bardzo o swój wizerunek tajemniczej kobiety, wychodzącej z pałacu podczas pełni księżyca z kwiatami we włosach.
Wianek + pełnia księżyca = czarownica. Brzmi logicznie!

Dziewczyna westchnęła i rozejrzała się. Czy drzewa wiedziały, co się naokoło nich dzieje? Czy zwierzęta w ogrodzie zdawały sobie sprawę, że królestwo, w którym żyją, niegdyś tak piękne i kolorowe, teraz umiera jak motyl, dla którego nadejście nocy równa się końcowi świata? Czy woda czuje strach, a wiatr smutniej śpiewa w konarach drzew?
Czy wiesz, czemu wilk tak wyje w księżycową noc i czemu ryś tak zęby szczerzy rad?

Dla roślin nadchodzi tylko kolejna zima, kolejny sen i, choć jest długi, ma swój koniec, po którym znów wybuchnie orgia kolorów, a życie tryśnie z ziemi ognistym strumieniem.
Usilnie staram się nie mieć skojarzeń, ale to po prostu niewykonalne.
Jak coś „tryska z ziemi ognistym strumieniem”, to z reguły nie jest to życie. Jest czerwone, płynne i bardzo, bardzo gorące.

Meihna często zastanawiała się, czy woda w morzu i w jeziorze to jedno i to samo stworzenie, czy też dwa całkowicie odmienne gatunki.
A myślała o zmianie dealera?
Morska woda ma wielowiekowy rodowód, a jeziorna to tam pff, kundel taki...

Tu fabuła zaczyna szaleć: królewna najpierw rozmyśla o różnicach między nimfami z jezior i duchami z mórz, potem nagle przypomina sobie, że Nitrus odszedł i do tej pory nie wrócił, idzie w stronę skarbca, bo „teraz Majonez jej nie odmówi”, lol, a po drodze wydaje jej się, że ktoś ją śledzi, a wszystko to na jednej stronie książki.

— Kimkolwiek jesteś... — szepnęła — zostaw mnie w spokoju! — ale uczucie obserwowanej nie opuściło jej aż do czasu, kiedy stanęła przed drzwiami do Sali Tronowej. Wtedy też dziewczyna usłyszała dziwny
świst, a przed nią ukazał się wielki szczur, trzymający w zębach kawałek pergaminu. Kiedy Meihna nachyliła się nad nim, zwierzę czmychnęło, pozostawiając za sobą tylko krótki liścik: „Nie rób tego!”.
Tu się robi coraz bardziej disneyowsko. Tylko że tutaj nic nie ma najmniejszego sensu. A ty, Remy, wracaj do kuchni.

Czy ma posłuchać rady starca i znów się poddać? Podniosła głowę i krzyknęła:
— Słyszysz mnie, prawda?! Cały czas wiesz, co robię i myślę! Zatem... Powiedz mi, co mam robić, nie mogę siedzieć z założonymi rękami i patrzeć, jak mój świat wali się niczym zamek z piasku!
- Nic nie rób, kretynko! Ta opowieść ma dopiero 200 stron, „Zmierzch” ma z 600, chcesz być gorsza?!

Ale co jeśli Nitrus wie coś, czego nie wie ona — Meihna? Na pewno tak jest, on przecież wie wszystko... Albo prawie wszystko, skoro wyjechał, by czegoś szukać, i dotąd nie wrócił.
Pojechał szukać sensu. Nic dziwnego, że zaginął w akcji...

— Matko! — Meihna nie kryła zaskoczenia. — Jak miło... Jak miło cię widzieć!
— Szukałam cię. — Kobieta rozejrzała się. — Doszły mnie słuchy, że wychodzisz za mąż.
Nooo, bo to jest jedna z tych rzeczy, o których królowe dowiadują się mimochodem.
- Wasza wysokość, raport na dziś... Skończyły się olejki różane do kąpieli, w mieście panują zamieszki, kraj dotknęła klęska głodu... a, i twoja córka wychodzi za mąż.
- Co?! Skończyły się olejki?!


Księżniczka zmarkotniała.
— Tak. Nie pytaj kto to, bo nie wiem. Nikt nie wie!
— Właśnie to mnie martwi. Nie widziałam go z bliska, jednak mam dziwne uczucie, że skądś go znam... Ale to przecież niemożliwe!
Oj, losy mojej duszy wiszą na włosku. Czyżby Aragorn jednak nie był zakamuflowanym Nitrusem, a tylko na siłę wciśniętą postacią z dupy wziętą?

Meihna (...) Uśmiechnęła się więc tylko uspokajająco i szybkim krokiem odeszła w drugą stronę, a w głowie kłębiła jej się jedna myśl: Nie dopuścić do ślubu, nie dopuścić do ślubu!
Taaak, nie ma to jak zmiana priorytetów: od katastrofy czekającej cały kraj do ślubu z przystojnym, szarmanckim, troszeczkę zakłamanym Aragornem. Stlasne!
To na której stronie były te deklaracje, że królewna zrobiłaby wszystko dla Atlantydy...?

Ale jak to zrobić? Jeśli tak po prostu odwoła zaręczyny, to nie dość, że zwróci na siebie uwagę, to jeszcze może wywołać konsekwencje tragiczne w skutkach.
Ech... Laluniu zwana aŁtorką, wiem, że może nie chcieć ci się zaglądać do podręczników historii, ale obejrzyj sobie przynajmniej „Grę o tron” (bo na czytanie tyyylu tomów zapewne nie masz czasu, tak zajęta jesteś pozowaniem do reklam czekolady) i zobacz, jak przebiegły „zaręczyny” Sansy z Joffreyem. A potem zadaj sobie pytanie: czy ona PRZEŻYŁABY coś takiego, jak próba zerwania zaręczyn?!
http://www.youtube.com/watch?v=YsrXc3neQ6c

Co więc może zrobić, aby jak najbardziej zniechęcić do siebie Arakesa? Postanowiła, że zrobi wszystko.
Kiedy następnego dnia Meihna jadła posiłek wraz z bratem i Aragosem, miała już obmyślony szczegółowy plan działania, który miał sprawić, że jej zaręczyny z tajemniczym przybyszem zostaną zerwane.
Pierdnie przy stole?

Mężczyzna zaśmiał się z zadowoleniem.
— Czy to oznacza, że data naszego ślubu jest bliska?
Oczy Meihny zwęziły się.
— Nie tak szybko... — powiedziała tak słodko i niewinnie, że przypominała teraz czarę pełną miodu. — Czyżbyś nie słyszał nigdy o atlantydzkiej tradycji trzech podarków?
Aragos zawahał się.
— Cóż... Mojnes nic mi o niej nie wspominał...
Król spojrzał na siostrę ze zdziwieniem. Meihna zaśmiała się perliście.
— Och! Nic ci nie mówił, bo to tradycja (...) wymyślona na poczekaniu przez aŁtorkę, to oczywiste, że Mojnes nie ma o niej zielonego pojęcia...

— Polega ona na tym, że książę zaręczony z królewską córką, zanim zaprzysięgnie jej wieczną miłość, musi wykonać trzy wskazane przez nią zadania. Zazwyczaj jest to zapolowanie na jelenia, odgadnięcie trudnej zagadki czy też, jeśli księżniczka nie chce wyjść za mąż, udanie się w stuletnią podróż. Ja jednak postanowiłam wyznaczyć ci trzy całkiem proste zadania, by nie musieć czekać dłużej na ten piękny dzień, gdy pojmiesz mnie za żonę!
Ze wszystkich niedorzecznych rzeczy w tej powieści, ta jest (jak do tej pory), największa. Co to ma znaczyć, że jak księżniczka nie chce wyjść za mąż, każe iść narzeczonemu w stuletnią podróż? I wszyscy się na to godzą? To w takim razie te królewny sobie żyją w Atlantydzie jak pączki w masełku: wszystko im wolno, ich ciała są święte, sruty-gnuty, a jeśli narzekają, to tylko dlatego że od dobrobytu im się w dupach poprzewracało. -.-

Terina, która siedziała przy końcu stołu, wpatrując się w swój talerz, podniosła teraz głowę i spojrzała bacznie na Meihnę. Ich oczy spotkały się, przeprowadzając krótką, pozawerbalną rozmowę, po czym dziewczyna zmarszczyła brwi.
— Zapomniałaś dodać, że siostra twojego dziadka kazała narzeczonemu przyprowadzić skrzydlatego konia. Długo szukał, ale przyprowadził.
Chyba takiego:
(W sumie jakby mi ktoś dał nawet takiego, to byłabym skłonna go poślubić. :3)

— Jakie zatem dasz mi zadania, Meihno? Mam nadzieję, że nie będzie to odcięcie sobie głowy?
— Ależ nie! Oczywiście, że nie. Pierwsze zadanie nie jest trudne, musisz tylko przynieść mi włosy nimfy wodnej obwiązane złotą nicią i splecione w warkocz przez samą nimfę...
A więc odkryliśmy cel gadki o nimfach. Samo zadanie zaś jest bardzo sensowne: to chyba żaden problem znaleźć jakąś dziewuchę, urwać jej kłaki i zapleść w warkoczyk.
A może to o TAKĄ nimfę chodzi?

Aragos zaśmiał się tylko, a jego spojrzenie było tak samo ciepłe jak zawsze.
— Dobrze, księżniczko — powiedział. — Masz moje słowo, że jutro, zanim zajdzie słońce, przyniosę ci to, o co prosisz
Widzę, że Aragorn też już wpadł na ten sam pomysł, co ja. Sesese. C:

Terina westchnęła i zamyśliła się.
— Wiesz, Meihno... Skąd możesz wiedzieć, że jego wyspa nie istnieje? Albo jak wygląda kraniec świata? Przecież tak naprawdę nie wiesz wszystkiego. Nie znasz konstrukcji świata.
Meihna drgnęła. Przecież ona zna model Ziemi. Wie nawet, że Słońce jest centrum kosmosu!!!
I że w ogóle jest najmądrzejsza na świecie!!!

— (...) Przecież tak naprawdę nie wiesz wszystkiego. Nie znasz konstrukcji świata.
Meihna drgnęła. Przecież ona zna model Ziemi. Wie nawet, że Słońce jest centrum kosmosu!!! Terina kontynuowała:
— To, co mówią nam przez całe życie uczeni, może czasami okazać się błędne. Może prawdę odkryją dopiero nasze wnuki? A może nigdy nikt jej nie odkryje? Może coś, co wydaje się nam jasne i logiczne, coś, co według nas nie podlega dyskusji, jest w rzeczywistości czymś zupełnie innym... a może w ogóle tego nie ma? Mówienie, że wie się coś na pewno, jest błędem. Jest nierozsądne, bo w życiu nie ma niczego pewnego, nawet to, co widzisz, może okazać się złudne.
*mruga, skonsternowana* Jakim cudem przeszliśmy od tematu czarującego Aragorna do jakichś pseudofilozoficznych wynurzeń o niepewności?
Winky, naprawdę przepraszam, że to robię, ale uwierz mi, to ci ułatwi odbiór tego dzieła. *przesuwa wajchę podpisaną: MYŚLENIE na off*
Ooo... eeehehehe, ksionrzka... ma kartki... Luuubiem ksionrzki...

Świat nie jest prosty i choćby nawet bardzo chciało się go zrozumieć, jest to niemożliwe.
Brawo! Przerosłaś nawet Kapitana Oczywistość w stwierdzaniu rzeczy oczywistych! Owacje na stojąco!

To nie jest takie łatwe, jak na modelu Tyncjona. Świat to nie tylko różnego rodzaju kulki
What? o_O
No bo wiesz, są kulki do gry, gumy-kulki, kulki analne...

Kto wie, może kiedyś, w dalekiej przyszłości ludzie stwierdzą, że poznali już wszystko? Może będą chełpić się wiedzą o kulkach i gatunkach zwierząt
Rzucam kulturoznawstwo, idę na kulkoznawstwo. To o wiele bardziej przyszłościowe.

Albowiem kiedy ludzie w pełni świadomie będą potrafili odpowiedzieć sobie na pytanie, jak wygląda świat... świat ten zginie, ponieważ zabrane zostanie mu jego największe bogactwo. Tajemnica.
Wuj, nie tajemnica! Liczą się tylko kulki!!!
Zaczynam dostawać torsji na widok słowa „tajemnica”.

No ale kiedy Aragos odejdzie, król na pewno porzuci wszelkie zamiary, będzie zbyt leniwy, by podbijać świat. Zwłaszcza że w pewnym sensie i tak został już podbity, sława i uwielbienie miały większą moc niż strach.
Boru, nie ogarniam. Świat został już podbity, bo sława i uwielbienie. Ja już nawet uwierzę, że Michaśka wielką poŁetką była, ale niech to zostanie w czasie przeszłym, niech zostanie światowej sławy modelką i NIGDY WIĘCEJ NIE BIERZE PIÓRA DO RĘKI.

Wszystko było takie nielogiczne
No nie, kurwa?

Aragorn przychodzi na czas i wręcza Meihnie czarny warkocz obwiązany złotą nicią. Meihna jest wściekła, bo sądzi, że to nie są włosy nimfy, ale nie może tego udowodnić. Najwyraźniej bystrość nigdy nie była jej mocną stroną.


Tego samego dnia poszła do wioski, by spotkać się z Niką i na jej ramieniu wypłakać żale.
— Trzeba było kazać mu zrobić coś, co da się sprawdzić! — powiedziała dziewczyna, oglądając warkocz ze wszystkich stron. — Oczywiście, że to ludzkie włosy, ale kto to udowodni? Trzeba było kazać mu na przykład... zjeść na twoich oczach żywą kozę! Nie mógłby cię już wtedy oszukać!
— Wiem... Ale to wiązałoby się z moją inicjatywą zerwania zaręczyn. A ja nie mogę tego zrobić.
*przeklina długo i szpetnie* Ale kazać mu ujarzmić pegaza albo wysłać na stuletnią wyprawę to już mogła?! *dalej przeklina z pasją*


Meihna patrzyła niepewnie na Nike
Mam tego dość. Uruchamiam wyszukiwanie, by sprawdzić, czy to słowo W OGÓLE pojawia się tu w dobrej odmianie.
Word nie kłamie. W całej powieści NIGDZIE nie pojawia się słowo „Nikę”. Michaśka nie wyłączyła autokorekty, a biedne, sterroryzowane przez nią wydawnictwo nie śmiało poprawiać żadnych błędów.

Po raz pierwszy w ciągu ich [Meihny i Niki] znajomości jasna stała się granica, jaka dzieli ich światy, przepaść między nimi, przepaść nie do przeskoczenia. Z jednej strony księżniczka, wykształcona, mądra
BUAHAHAH...! Ekhem, przepraszam.

Meihna spojrzała na NikĘ z pogardą, gdy ta powiedziała, że nie umie czytać, co zakończyło się fochem ze strony Niki. Poruszona księżniczka rzuca szeptem w las obietnicę, że wynagrodzi Nice to, że jest jej jedynym towarzystwem...
Swoją drogą, zauważyliście, że w caaałej powieści tylko Meihna ma trudne do przeczytania imię? („Meihna”, jak informuje nas uprzejmie aŁtorka w przypisie na pierwszej stronie, czyta się „Mina”. Że też do tej pory nie zażartowałam z tego).

*wyje na melodię ”She’s a maniac”* She’s a Mary Sue, Maaary Sue, oh no! And the kind of one of worst that’re known!

Dziewczyna stanęła w drzwiach komnaty jadalnej i rzuciła ponuro:
— Chcę, aby Ajokon spotkał się ze mną jutro rano w ogrodzie. Wyznaczę mu następne zadanie.
— To już będzie drugie! — zaznaczył Mojnes, trochę bardziej wesoły niż zazwyczaj, i objął ramieniem uśmiechniętego Aragosa. Meihna spojrzała na niego z obrzydzeniem.
Nie jest yaoistką.
A Majonez to tak ją swata, żeby mieć Aragorna pod ręką, bo jawnie mu nie wolno go chędożyć...

Jednorożec leżący przy jej łóżku spojrzał na nią swoimi pięknymi ciemnymi oczami, po czym parsknął przyjaźnie starym zwyczajem koniowatych.
Po czym starym zwyczajem kozowatych, zeżarł jej sukienkę.

Gdy Jednorożec był podekscytowany lub zły, róg stawał się ciepły. Gdy wesoły lub figlarny – róg wibrował. A gdy jednorożec patatajał, tryskał tęczą spod ogona.

Jednak jednorożce nie były jedyną rasą zamieszkującą Atlantydę. Na wyspie występowały wszystkie gatunki zwierząt i prawie wszystkie rośliny świata, jak również wiele żyjących tylko i wyłącznie na Atlantydzie, jak morenesy, rogatyny czy atlantisy, olbrzymie konie, ptaki, których pióra odporne są na ogień, latające jaszczury, przez przyjezdnych brane często za ziejące ogniem smoki.
Atlantyda zagina czasoprzestrzeń: na jednej wyspie zmieściły się wszystkie istniejące biomy, a do tych biomów – wszystkie występujące w nich zwierzęta i rośliny. W sumie współczuję mieszkańcom, ten miliard gatunków owadów musi być nie do zniesienia.

Aragos czekał na nią pod wysokim kasztanowcem, otoczonym bajeczną pierzyną purpurowych liści.
Liście kasztanowca to się żółte robią na jesień. Jak na osóbkę pragnącą uchodzić za tak bardzo związaną z naturą, Michaśka wykazuje się dość sporą ignorancją w temacie.

— Bardzo ładne drzewo — powiedział Aragos, dotykając z zaciekawieniem grubego pnia.
Ej, laska, to twój kasztan?

— Mam nadzieję, że wiesz, po co się tu spotkaliśmy — powiedziała po chwili.
Well, duh? Powiedziałaś mu to wczoraj przy kolacji, tak?

— Słucham cię, pani. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, byś...
— Masz odwołać wojnę, do jakiej podkusiłeś króla Atlantydy, zniszczyć wszystkie związane z nią plany i już nigdy do niej nie wracać. To mój warunek.
Przez krótką chwilę oczy Aragosa przybrały gadzi wygląd, jednak zaraz powróciły do swego pierwotnego, ciepłego stanu.
To nie Nitrus, to Voldemort. Przegram zakład. :C

— Czy to oznacza, że odrzucasz mój warunek? — Meihna starała się, aby w jej głosie na dało się słyszeć nadziei. Aragos pokiwał wolno głową.
— To dla mnie bardzo trudne, uwierz... — zaczął, starannie dobierając słowa. — Ale w takiej sytuacji nie mam wyjścia. — Odwrócił się i odszedł w kierunku pałacu, a Meihna czuła, jak z każdym jego krokiem rośnie w niej nieokiełznana radość. Kiedy Aragos zniknął z pola jej widzenia, dziewczyna podskoczyła, klaszcząc dłonie, i zaczęła śmiać się jak małe dziecko. Znów była wolna! Znów mogła cieszyć się życiem, niczym młody ptak, bez poczucia, że ktoś zamknął ją w klatce! Dwa razy była o krok od ślubu i dwa razy udało jej się uniknąć go w ostatnim momencie.
Nie mam sił na komentarz... naprawdę nie mam.

Wszystko poderwało się do życia, by razem z księżniczką świętować jej zwycięstwo. Wielkie zwycięstwo, bo choć nie udało jej się teraz odwołać wojny, to zrobi to, zrobi na pewno!
Srał pies tysiące poległych w nadchodzącej wojnie! Walić potworne straty! Olać cienkim sikiem niedolę cywili, mordowanie niewinnych i gwałcone dziewczęta i kobiety! Ważne, że Minuśka nie musi wychodzić za mąż!

Nagle Meihna poczuła na czole zimną kroplę deszczu, która spłynęła wolno po jej twarzy jak łza, by zatrzymać się na ramieniu i tam już pozostać... Następna spadła na dłoń księżniczki, mieniąc się na niej jak najpiękniejszy kryształ.
Samotne Kryształowe... Krople Deszczu?
Kiepski z tego skrót wychodzi. Ale myślę, że SKŁ też się jeszcze doczekamy.

Księżniczka wstała, mrużąc oczy, lecz wokoło widziała tylko deszcz i mdło zarysowane sylwetki drzew. Poczuła, że stoi po kostki w rwącej rzece niosącej z sobą małe kamienie, gałęzie i liście, które obracały się tylko bezwładnie wraz z nurtem wody, jakby pogodzone ze swoim losem.
...
Królewna cały czas stoi tam gdzie stała, w królewskim ogrodzie, na trawce i purpurowych listkach kasztanowca, jakby się kto pytał.

Ależ Łynki, ty literaturoznawcza ignorantko, toż to hiperbolizacja jest, i to najwyższych lotów!

Resztkami sił Meihna złapała się śliskiego pnia drzewa, trzymając go mocno, jakby w obawie, że sięgająca jej do kostek „rzeka”, która tak bezdusznie topiła liście i dżdżownice, mogłaby porwać także i ją.
I my zapłaczmy gorzko nad strasznym losem liści i dżdżownic.
*a Muza nic, tylko: parsk, parsk, parsk*

Dziewczyna (...) usilnie próbowała rozpoznać, w którym miejscu ogrodu się znajduje. Zdawszy sobie jednak sprawę, że nie jest w stanie zobaczyć nic prócz ściany wody i ciemnych, niewyraźnych zarysów drzew, objęła mocniej pień, przy którym stała, i postanowiła czekać, aż deszcz zacznie rzednieć.
To naprawdę takie trudne do ogarnięcia w miejscu, w którym spędziła całe swoje życie? Stoi we własnym ogrodzie własnego pałacu obok wielkiego, charakterystycznego kasztanowca i nie ma pojęcia, którędy do drzwi frontowych?
Dramatyzm, moja droga, dramatyzm. Bieganie na oślep po lesie i te sprawy.

I nagle wszystko zaczęło cichnąć. Deszcz rozrzedził się (...) Meihna przetarła oczy, stwierdzając ze zdziwieniem, że była zaledwie kilka kroków od pałacu.
No proszę, kto by się spodziewał.

Mimo to Nara wręcz kazała jej wypić gorące końskie mleko i do końca dnia nacierała ją maściami i poiła dziwnymi miksturami z przepisu jej babki. Dziewczyna często powtarzała, że wiejskie metody są niezawodne i niejednemu uratowały życie.
Zupełnie jakby wtedy znali inne metody niż „wiejskie”. Nie widać tu ŻADNEGO zaawansowania cywilizacyjnego, w medycynie też się cudów nie spodziewamy.

Opowieści Nary o kolejnych chorobach jej babki, niezmiennie cudownie wyleczonych, nie należały może do najciekawszych, jednak dla Meihny, która w ostatnim czasie zajmowała się problemami metafizycznymi i duchowymi, były prawdziwym antidotum na zmartwienia.
Boshe, jaka ta ksienshniczka jest głemboka, metafizyczna i tajemnicza. Jestem oczarowana.

Terina zmarszczyła brwi.
— Szkoda tylko, że musiałaś się tak poświęcić.
— Ach, to nie było znowuż takie męczące... Zaraz! Co miałaś na myśli, mówiąc „poświęcić”? — Księżniczka spojrzała bacznie na dziewczynę. Miała złe przeczucia. Terina wzruszyła ramionami.
— Cóż... Ostatnio, jak rozmawiałyśmy, nie chciałaś za niego wyjść...
Meihna zbladła.
— Przecież za niego nie wychodzę... prawda?! Przecież była umowa! Nie przyjął jej!!!
Terina odwróciła z zakłopotaniem wzrok.
— Chyba, niestety, przyjął, Meihno. Naprawdę mi przykro, ale wygląda na to, że na tobie zależy mu bardziej niż na tej głupiej wojnie.
Trolololololo. ^^
Strasznie mi przykro, że unikniemy straszliwej wojny. To naprawdę okropne, że zamiast tego musisz wyjść za mąż.

Meihna złapała się za głowę i zaczęła chodzić w kółko, myśląc intensywnie.
— Nie, nie, nie... On coś knuje, wiem to na pewno!!! Ma inny plan, przewidział, że nie będę chciała dopuścić do tej wojny! Ona była tylko przykrywką do tego, co chce zrobić naprawdę!
ON CHCE MNIE WYCHĘDOŻYĆ!!!

— Jak by nie patrzeć, jesteśmy już prawie małżeństwem. — Ujął jej dłoń, wyrwała mu ją agresywnie.
— To się jeszcze okaże, mój panie! Nie chwal dnia przed zachodem słońca! Bo gdyby kózka nie skakała, to by nóżki nie złamała i pierwsze koty za płoty, kiedy już zasypię gruszki w popiele!

Swoją drogą, to czy skoro Aragorn dostosował się do drugiego zadania, nie powinien otrzymać trzeciego? 

Objął Meihnę wpół, drugą ręką zaczął gładzić japo policzku.
Gładzenie japy jest mało złowieszcze.

Meihna patrzyła z wściekłością w zielone oczy Aragosa. Wciąż miała poczucie, że są jej znane. Nienawidziła ich, lecz te, z którymi jej się kojarzyły, kochała. Ale czyje to były oczy?
Dzika. <3

Aragos ukłonił się i wyszedł, zostawiając ją oszołomioną i zroz paczoną.
I paczającą na Aragorna. Taki seks, że sama bym paczała.
Zrazy szamiąc.

Następne dni były dla Meihny najstraszniejszymi dniami w życiu.
Pławię się we współczuciu. *warczy znad sterty pięćsetstronicowych książek, tony notatek i dwóch zaległych esejów, w których napisała tylko tytuły – niezaprzeczalnych znaków zwiastujących rychłą sesję*

Czuła się uwięziona w niewidzialnej klatce i nikt prócz niej nie mógł lub nie chciał jej zauważyć.
Na tym właśnie polega niewidzialność, rybeńko.

Jedynie Kira zerkała niepewnie w stronę przybysza, jakby bała się do niego podejść. Od czasu, gdy Aragos przybył na wyspę, królowa jadała samotnie, całymi dniami siedząc w swojej komnacie i w ogóle z niej nie wychodząc, a kiedy już wychodziła, omijała mężczyznę szerokim łukiem. (...) Meihna długo próbowała tłumaczyć sobie strach matki kobiecą intuicją, zdolnością przeczuwania, jednak odnosiła ciągle dziwne wrażenie, że jest coś, czego Kira jej nie powiedziała, a co miało ścisły związek z Aragosem.
WIEM. Aragorn jest bękartem królowej, w końcu to ona ma zielone oczy. Jak Meihna to odkryje, będzie wielkie wytrzeszczanie oczu w niedowierzaniu i mnóstwo wykrzykników.
Jeśli myślisz, że twoja zmiana zdania sprawi, że nie przegrasz w zakładzie swojej duszy, to się mylisz. Michaśka jeszcze niejednym niesamowitym zwrotem akcji nas zadziwi. ;P

— Wiem... — zaczęła, starannie dobierając słowa — wiem, że ty też nie ufasz Aralokowi...
Kira odwróciła szybko wzrok, lecz Meihna nachyliła się do niej i spojrzała jej uważnie w oczy.
— Ale nie wiem, dlaczego się go boisz — powiedziała. — Bo boisz się, prawda?
Królowa patrzyła przez chwilę na córkę, jakby wahając się z odpowiedzią, po czym odwróciła głowę.
Jak ja nienawidzę takiego kreowania postaci i scen, gdzie dzieci stają się wielkimi mentorami swoich rodziców albo w zupełnie nieprzekonujący sposób górują nad dorosłymi. -.- *wspomina „Pannę nikt” Tryzny i jej frustracja rośnie*

Meihna zdziwiła się, że matka, która tak chętnie ją przyjęła, teraz chce, aby dziewczyna wyszła już, jednak przychyliła się do jej prośby i opuściła komnatę.
Cóż za łaskę okazała pani matce.

Gdy tylko weszła do swojej komnaty, nadepnęła na niewielki kawałek zwiniętego pergaminu. Z wielką radością podniosła go i rozwinęła, lecz tego, co było w nim napisane, nie spodziewała się przeczytać.
Naraziłaś się wrogom. Zabierz skarb, póki możesz, i czekaj na mnie
w jaskini Zenory. Nie daj się zauważyć!
KIM SĄ CI WROGOWIE?! Naprawdę trzeba tu wciskać na siłę jakąś durną intrygę?! Nie wystarczyłby głupi Majonez na tronie i Aragorn wykorzystujący okazję?!

Meihna patrzyła przez dłuższą chwilę na list, czytając go kilka razy, po czym usiadła na łóżku i zaczęła gorączkowo myśleć. Jak może dostać się do skarbca i przy tym pozostać niezauważona? Może stać się niewidzialna i przesmyknąć przez drzwi, gdy będą otwarte, jednak jak wydostanie się z powrotem?

Bo rozwiązanie „tak samo jak weszłaś, głupia pipo” jest za proste.

Wieża skarbcowa znajdowała się nad rzeką. Istniało prawdopodobieństwo, że skacząc do niej, można by było ujść z życiem. Prawdopodobieństwo to było małe, ale było, a Meihna nie widziała już żadnego innego wyjścia.
Widać sama już doszła do wniosku, że jej śmierć tylko wszystko ułatwi.
Najwyższy czas!

a Meihna nie widziała już żadnego innego wyjścia. Tak więc musiała tylko poczekać, aż Mojnes zapragnie udać się do skarbca. A na to nie trzeba było czekać długo, król bowiem z zamiłowaniem przesiadywał wśród błyskotek i drogocenności, bawiąc się nimi jak dziecko. Meihna wiedziała o tym bardzo dobrze, dlatego kiedy Mojnes udał się do skarbca, ona już tam była i niewidoczna czekała, aż wielkie drzwi się otworzą.
Nie ma to jak gwałtowne zmiany planu. Szkoda jeszcze, że nie zemdlała i nie obudziła się w skarbcu.
Nie, to domena Erasia.

Ostatnimi czasy Meihna usilnie próbowała zgadnąć, który ze skarbów jest tym jedynym, o którym mówili jej Zenora i Nitrus. Wreszcie, po długich, gorączkowych rozmyślaniach odkryła, że odpowiedź jest tak prosta, iż niesamowite zdawało się, że wcześniej na nią nie wpadła. (...) Zatrzymała się dopiero przy dużej perle
Jeżu kolczasty, już myślałam, że nigdy na to nie wpadnie. Ale i tak ponarzekam: skoro teraz wpada na to tak beznamiętnie, całe to dotychczasowe pierdolenie, że nie ma pojęcia, o co chodzi, o kant dupy rozbić.
Jak i całą tą książkę. Tylko dupy szkoda, siniak się zrobi.

Dawno, bardzo dawno temu, kiedy Atlantyda dopiero zaczynała wspinać się na swoją dzisiejszą pozycję, kiedy rządziło nią siedem królowych, a sama wyspa nie była jeszcze jednym królestwem, lecz siedmioma niezależnymi państwami, przybył na nią starzec o brodzie białej niczym morska piana i oczach niebieskich jak woda w niezmąconym sztormem oceanie.
Dumbledore!
Ron Weasley!
Hermione...!
Harry Potter, yeah!
Snape, Snape, Severus Snape...
Singing our song all day long at HOOOGWARTS!

*pół książki za nami, odbija nam*

Nikt nie wiedział, kim jest ani skąd przybywa, on sam zaś mówił o sobie, że jest dzieckiem nieba, ziemi i wody, a imion ma tyle, co gwiazd na niebie.
W przypadku Tajemniczego Mędrca z Długą Siwą Brodą nie mogło być inaczej.

Nadszedł jednak dzień, że zatrzymał się przed pałacem królowej Taleny, a gdy ta wyszła mu na spotkanie, rzekł:
— Gdy sześć pozostałych królestw upadnie, twoje trwać będzie jako Wielkie Królestwo Atlantydy, strzeżone przez trzy Córki Natury. Lecz jeśli jedna z nich zginie lub opuści wyspę, królestwo zacznie pogrążać się w ruinie i niedługi czas minie, a całkiem przepadnie... A kiedy chwila ta będzie już bliska, niech potomek króla uda się na wschód, tam mnie odnajdzie, a jako dowód, że z tego pochodzi królestwa, niech przyniesie tę perłę. — Tu wręczył Talenie skarb, po czym dodał: — Wtedy pomoc przybędzie, nim się słońce obudzi.
Pozwolę sobie zgadnąć, że nigdy nie poznamy backstory ani tego starca, ani królowej Taleny i dlaczego właśnie jej królestwo z tych siedmiu ocalało i zostało wyróżnione.
Nie ma sensu się zastanawiać nad tym ostatnim. Że królestw było siedem to i tak tylko zapchajdziura, która miała fajnie brzmieć. Równie dobrze Atlantyda mogła wyrosnąć ze śmietniska.
Meihny ród ze śmietnika
I tam ją czeka kres,
Przed dzikiem zawsze umyka,
Ona naszą królewną jest!

Aragorn przydybał Meihnę w skarbcu. Dziwne, bo podobno była niewidzialna, ale co my tam możemy wiedzieć o magii.


— Czy nie mam prawa wynosić niczego z MOJEGO skarbca?!
— Cóż... O ile wiem, Mojnes nie byłby zadowolony.
— Doprawdy?! Pozwolił mi tu wejść! — Meihna zarumieniła się, bo zwykle nie chciała i nie potrafiła kłamać.
Pomijając te wszystkie razy, kiedy to robiła.

Odwróciła wzrok, podchodząc ukradkiem do okna. W dole biegła rwąca rzeka. Trzeba było być szaleńcem, żeby wierzyć, że skacząc do niej z tak wysoka, można ujść z życiem. Dlatego Meihna nie wierzyła w nic podobnego, ale postanowiła spróbować.
Lepiej, żeby ta durna cizia zginęła, bo jak nie...! *macha wściekle łapami* BĘDĘ GŁOŚNO KRZYCZEĆ!

Mogłaby znów stać się niewidzialna, ale wtedy odkryłaby swoje umiejętności magiczne. Lecz czy to jest gorsze od śmierci w nurcie rzeki? Meihna stwierdziła, że tak.
*słuchając głośnych tąpnięć i głuchych jęków Winky, pisze pozew o odszkodowanie za jej urazy głowy spowodowane nieustannym facepalmowaniem i waleniem czołem w ścianę/blat biurka*

Kiedy Aragos był już tak blisko, że czuła na sobie jego oddech, księżniczka mocno odchyliła się do tyłu, zobaczyła tylko, jak świat przekręcił się wokoło, po czym nie minęła nawet chwila i dziewczyna poczuła chłód wody, która z potężnym chlupotem objęła ją czułym uściskiem.
CZUŁYM! Wpadła w CZUŁE objęcia spienionej, rwącej rzeki, zleciawszy do niej z ogromnej wysokości! *wraca do powiększania pęknięć czaszki*

Wtedy otworzyła oczy, zobaczyła, jak wymachuje w popłochu rękoma, próbując ustalić, w którą stronę ma płynąć, aby wydostać się na powierzchnię.
Tak z lotu ptaka się zobaczyła.
W trybie TPP.

W końcu poczuła ucisk w klatce piersiowej i oto zaczęła dusić się, wciąż nie wiedząc, w którą stronę ma płynąć. Ostatkiem sił machnęła jeszcze rękoma... i nagle jej oczom ukazało się niebo.
Kiedy wyczołgała się wreszcie na brzeg, nogi ugięły się pod nią. Przez chwilę oddychała płytko, nie mogąc zaczerpnąć powietrza. Gdy odzyskała pełną świadomość, zauważyła, że w zaciśniętej, aż zbielałej dłoni wciąż trzyma perłę, że mimo wszystko jej nie wypuściła. Leżała chwilę na trawie, obracając w palcach swój skarb, teraz tak pięknie mieniący się w słońcu. Potem wstała ostrożnie, ciągle trochę osłabiona, i chwiejnym krokiem poszła w kierunku wybrzeża.
Otrzepała piórka i poszła dalej... Boru, daj mi cierpliwość, bo jak dasz mi siłę, to laptopa rozpierdolę i będę tego bardzo żałować. T_T

Tu pojawia się znowu duuużo pseudofilozofizmów o gwiazdach, księżycu i wodzie. Niektórzy to tak o wszystkim potrafią, daj takiemu gówno, a napisze wzniosły poemat o przemianie i ponownym odzyskiwaniu wartości. Na dokładkę aŁtorce chyba też już zaczyna brakować na to weny, bo nawet nie umie dobrze zakończyć swojego bełkotu:

Największym zaś skarbem morza są perły — małe księżyce, tak samo lśniące, tak samo chłodne, tak samo białe...
*
Meihna rozejrzała się.
Enyłej, Meihna zostaje w jaskini na noc i marznie jak pies, czekając na Nitrusa, ale rano znajduje ją Nara ze „strasznymi” wieściami z pałacu.

— Królowa! Królowa Kira szuka cię, pani, od wczoraj! Jest bardzo zdenerwowana! Mówi, że jeśli nie powie ci czegoś ważnego, może się stać coś strasznego, dla niej, dla ciebie, pani, i dla Atlantydy! Och, och, to takie straszne!
Ta niewolnica, z całym swoim karykaturalnym zachowaniem, i tak wkurwia mnie o wiele mniej od Meihny.

Gdy tylko Meihna znalazła się w komnacie, Kira zatrzasnęła drzwi, zamykając je szybko na klucz. Prędko zasłoniła również wszystkie zasłony i zgasiła świece, zostawiając tylko jedną, malutką, po czym usiadła na sofie przy Meihnie.
Ciemność, świece, miękka sofa... Mrrry.
Weź... oO

— Rację? — Meihna nachyliła się do matki. Starała się, by jej głos był ciepły i uspokajający.
— Tak. Od początku przeczuwałam, że coś jest nie tak, wiedziałam, że go znam!
— Znasz... kogo?
— Aragosa... A właściwie Aru. Aru-Ghaan to jego prawdziwe imię. On... on nie jest tym, za kogo się podaje.
Meihna prychnęła ze złością. Od razu wiedziała, że Adujos jest oszustem.
— Ty go znasz, matko? Kim on jest? Kira znów schowała twarz w dłoniach.
— Moim bratem.
TUDUDUDUMMM... Duszo Winky, pódź do mię. ^^
Aru-Ghaan... Po co te subtelności, nie można było nazwać go po prostu Aro-gant? Nie wspominając, jak bardzo egipskie jest to imię. Ech... To było oczywiste, że ze wszystkich sensownych rozwiązań, aŁtorka nie wybierze żadnego. No i co z tego, że to jej brat? 
Jaki ma cel w swoim działaniu? Dlaczego kłamał odnośnie swego pochodzenia? Egipcjanin nie może być pogromcą smoków i całej reszty niekojarzącej się ze starożytnością menażerii? Co to za antyegipskie, rasistowskie insynuacje? Czy to szaleństwo ma koniec? Czy Michaśka doczeka się Nike i Zajdla? Nie, nie, nie, Boru, błagam, nie, zabierzcie ode mnie tą wizję, nie zgadzam się, protestuję, jebnę gest Rejtana i klatą zabronię jej odebrać te nagrody! T___T