Czarne owce literatury czyli analizy ZŁYCH książek: lipca 2012

wtorek, 31 lipca 2012

Pofrut smoka, czyli Dziedzictwa księga trzecia, część 4

Dziś wielkie wydarzenie: ślub Rorana i Katriny!
Przy okazji pragnę nadmienić, że w związku z moim wyjazdem w góry w przyszłym tygodniu analiza może się opóźnić o dzień lub dwa. Ale za to będzie... specjalna. ^^






WĄTEK ERAGONA

Orrin wyjaśniał, że pierwszy atak początkowo szedł doskonale. Jeźdźcy wpadli na nieprzyjaciół, rozdając na prawo i lewo ciosy, które uważali za śmiertelne, sami podczas ataku stracili tylko jednego żołnierza. Gdy jednak stanęli do walki z pozostałymi przy życiu wrogami, wielu powalonych podniosło się z ziemi i dołączyło do bitwy.
Świt żywych trrrupów...
Inferiusy! *chowa się pod łóżkiem*

Gdy wróg prze do walki z kością sterczącą z łydki, oszczepem przebijającym brzuch i odrąbaną połową twarzy i nadal się śmieje, mało kto jest w stanie ustać pola.
No co, to byli weseli ludzie najwyraźniej.

Eragon (...) spytał, czy nadal chcą wziąć tego dnia ślub.
(...) Roran kopnął kamień czubkiem buta. - Imperium w każdej chwili znów może zaatakować, jutro może być za późno. Gdybym... gdybym jakoś zginął przed ślubem, co by się stało z Katriną i naszym...
A gdybyś zginął po ślubie, wiele by to zmieniło.
Najlepiej niech zginą oboje, a jeszcze lepiej razem z Eragonem, wszystkim to oszczędzi czasu i zmartwień. ^^
A najbardziej nam. :>

Pogładziła palcami brodę Rorana, on uśmiechnął się i objął ją ramieniem.
Nie rozumiem połowy z tego, co się między nimi dzieje - poskarżył się Saphirze Eragon.
Niedorozwój.
Nie... prawiczek.

A potem zaczęli śpiewać pradawne pieśni weselne z doliny Palancar.
Pradawne pieśni weselne... *wyglebiła się*
Kolorowe jarmaaarki!

Gdy Roran i Katrina pokonali połowę drogi, z wierzb porastających brzegi rzeki Jiet wyleciała para białych synogarlic. Ptaki trzymały w łapkach wianek z żółtych żonkili. Kiedy się zbliżyły, Katrina zwolniła kroku i się zatrzymała. Ptaki okrążyły ją trzykrotnie z północy na wschód, opadły i złożyły wianek na czubku jej głowy, po czym wróciły nad rzekę.
Nie wierzę, że to się dzieje naprawdę. Normalnie jest tak słodko, że zaraz się skarmelizuję.
Za dużo Disneya.

Gdy ostatni refren dobiegł końca, Eragon uniósł ręce.
- Witajcie wszyscy. Dziś zgromadziliśmy się, by uczcić związek pomiędzy rodzinami Rorana Garrowssona i Katriny Ismirasdotter.
Pfff... *ledwo się trzyma na nogach z tłumionego śmiechu*
Eraś do seminarium!

- Słuszne to i właściwe.
Zaprawdę godne to i sprawiedliwe, słuszne i zbawienne jest...

Cóż zatem wnosi Roran Garrowsson do tego małżeństwa, by im obojgu dobrze się wiodło?
- Wnosi swoje imię - odparł Horst. - Wnosi swój młot. Wnosi siłę swoich rąk. I wnosi obietnicę farmy w Carvahall, na której oboje będą żyć w pokoju.
Mało. W krajach arabskich kosztowałoby go to sporo wielbłądów.
A gdzie pierścionek z brylanteeem? *tupie racicą*

- A co Katrina Ismirasdotter wnosi do tego małżeństwa, by ona i jej mąż żyli w dostatku?
- Wnosi swą miłość i oddanie, z którymi będzie służyć Roranowi Garrowssonowi. Wnosi umiejętności prowadzenia domu. I wnosi wiano.
Zaskoczony Eragon patrzył, jak Birgit kiwa dłonią. Na ten znak dwaj stojący obok Nasuady mężczyźni wystąpili naprzód, dźwigając metalową skrzynię. Birgit otworzyła zatrzask, uniosła wieko i zademonstrowała Eragonowi zawartość. Zdumiał się na widok stosu klejnotów.
- Wnosi złoty naszyjnik wysadzany diamentami. Wnosi broszę z czerwonym koralem z Południowego Morza i perłową siatkę do włosów. Wnosi pięć pierścieni ze złota i elektrum. Pierwszy pierścień...
Wiedziaaałam, że tak będzie. Przekupiły go. xD

- I czy przysięgasz, że do jutrzejszego zachodu słońca dasz jej klucze swego domostwa i obejścia, a także szkatuły, w której trzymasz swą monetę, by mogła zająć się twymi sprawami, jak przystoi żonie?
To miało podtekst?
Nie wiem, ale i tak mam skojarzenia.

- Nadanym mi prawem Smoczego Jeźdźca ogłaszam was mężem i żoną!
*chórkiem* Aaaameeent!

Roran i Katrina odwrócili się do zebranych i unieśli ku niebu złączone ręce.
- Niechaj rozpocznie się uczta! - powiedział Roran.
Godzinę temu stoczono krwawy bój, w którym wojska Nasuady poniosły ogromne straty, przypominam.
Oj tam, trupy. Ich strata! *wychyla butlę wina*

Z sakiewki u pasa (Eragon) wyjął dwie proste złote obrączki, wypolerowane do połysku. (...) Większą wręczył Roranowi, mniejszą Katrinie. (...)
- Jeśli kiedykolwiek będziecie potrzebowali pomocy mojej bądź Saphiry, obróćcie raz pierścień wokół palca i powiedzcie: „Pomóż mi, Cieniobójco; pomóż mi, Jasnołuska”, a usłyszymy was i przybędziemy najszybciej, jak będziemy mogli.
To mi pachnie Potterem i monetami z Gwardii Dumbledore'a.

A mnie telefonem komórkowym...  

- Mam dla was jeszcze jeden dar. - Eragon odwrócił się, gwizdnął i pomachał. Przez tłum przecisnął się stajenny, prowadzący za uzdę Śnieżnego Płomienia. (...)
Roran zmierzył wzrokiem konia.
- Wspaniałe zwierzę.
- Najlepsze. Przyjmiesz go?
Roran zastanowił się chwilę.
- Nie. Daj mi Saphirę!

- Czy to ty podarowałaś Katrinie suknię i wiano?
(Nasuada) - Owszem.
(...)
- Zawsze starasz się zwiększyć szanse powodzenia Vardenów, prawda?
Nooo, bardzo zwiększyła ich szansę, dając wieśniaczce, którą zna tylko z tego, że jest żoną kuzyna Eragona, skrzynię pełną złota i kieckę ślubną.
Bo ,,kupiła lojalność Rorana, która jest warta sto tarcz i sto włóczni". Chciałabym to zobaczyć w realu. :]

- Posłuchaj mnie, Cieniobójco - wyszeptał mężczyzna, przyciągając Eragona do swej pomarszczonej twarzy. - Widziałem twojego brata i on płonął. Lecz nie płonął jak ty.
Bo Eraś to gorrrący chłopak.

- Właśnie, Cieniobójco. Czasami zastanawiam się, czy Galbatorix nie zdołał schwytać bogów i uczynić z nich niewolników.
Szykuje się walka Erasia na niebiosach z bogami wyklętymi. A jego miecz płonąć będzie...
...jak jego lędźwia...

Eragon i Saphira poszli dalej, do jego namiotu. Tam Saphira zwinęła się na ziemi w kłębek, gotowa do snu.
To musiał być cyrkowy namiot.
Przecież ta cała saga to jeden wielki cyrk.

WĄTEK RORANA

- Co cię obudziło?
Zadrżała.
- Myślałam.
Męczące, wiemy.

- A jeżeli Galbatorix zaatakuje Du Weldenvarden, to odlecę na księżyc i wychowam nasze dziecko pośród duchów zamieszkujących niebiosa.
*fikła i nie jest w stanie skomentować*

WĄTEK ERAGONA

W ten sposób narazilibyśmy się na ataki zarówno z przodu, jak i od tyłu.
Wcaleniemamskojarzeń.

- Wczoraj w walce z tobą Murtagh odniósł druzgocącą klęskę.
Konkurs: kto odgadnie, jaki jest tu błąd, wygra buzi od Pałoliniego. Załatwiłam to w 50%. Jeszcze tylko Pałolini musi się zgodzić.

Saphiro, mam nadzieję, że zgodzisz się zostać tutaj, podczas gdy Eragon wyruszy do krasnoludów, abyśmy mogli oszukać Imperium i Vardenów co do miejsca jego pobytu. Jeśli zdołamy ukryć twe odejście - skinęła na Eragona - przed masami, nikt nie będzie miał powodów podejrzewać, że cię tu nie ma. Musimy jedynie wymyślić stosowną wymówkę, by wyjaśnić nagłe pragnienie pozostawania w namiocie za dnia.
,,Eragon nie może cię przyjąć, Sir Hooli'ghanie, ma srakę."

- Jeśli Saphira nie zaniesie mnie do Farthen Duru - spytał szorstko Eragon - jak mam tam dotrzeć bez zbytniej zwłoki?
- Biegnąc. Sam mi mówiłeś, że przebiegłeś większą część drogi z Helgrindu.
No, Eraś, wpadłeś. Teraz tylko konsola, god mode i hajda wio.

Postanowiłam zatem, że będzie ci towarzyszył Kull. To jedyne stworzenia mogące dotrzymać ci kroku.
Jak do tej pory tylko elfy były w stanie zapierdzielać szybciej od koni.
Not any more.

Spojrzał jej w oczy.
- Mógłbym odmówić spełnienia rozkazu i pozwolić ci mnie ukarać.
Jego słowa zaskoczyły ją.
- Widok Jeźdźca chłostanego przy słupku poczyniłby niepowetowane szkody Vardenom.
Wielkie mi co. Wychłostajcie go w ukryciu.
Przy słupku po lewym półdupku.
A prawy półdupek wystaje mu za słupek...
*razem* Hej, siup, zmiana dup!


- Dlaczego musicie udać się aż do Ellesmery? Nie dysponujecie sposobem nawiązania bezpośredniej łączności z nauczycielami?
Eragon rozłożył ręce.
- Bardzo bym chciał. Niestety, nie stworzono jeszcze zaklęcia, które przebiłoby się przez czary ochronne wokół Du Weldenvarden.
Zaraz, zaraz, przecież to było jeszcze w tym tomie. Proszę bardzo, rozdział ,,Błąkać się samotnie":
Zaklęcia ochronne elfów nie pozwalały niczemu magicznemu przekroczyć granic Du Weldenvarden. Obejmowało to także postrzeganie na odległość. (...) Teraz jednak, kiedy wymaszerowały, porzucając cień ogromnych sosen o czarnych szpilkach, potężne zaklęcia już ich nie chroniły i można było korzystać z narzędzi takich jak widzące szkło.

Ku zdumieniu Eragona, porośnięty futrem elf nie protestował.
- Aprobujesz ten pomysł? - spytał Eragon.
- Okazywanie aprobaty bądź nie nie jest moją rolą. - Ton głosu Blódhgarma przypominał mruczenie.
Kici, kici, bądźmy nieprzyzwoici.

Eragon i Nar Garzhvog biegli cały dzień, noc i następny dzień, zatrzymując się tylko, by się napić i ulżyć pęcherzom.
Superbohaterowie nie muszą sikać!
Ale urgale muszą. W końcu to prymitywy nieokrzesane jedne. ^^

- (urgal) Rozpal wielki ogień, a ja przyniosę strawę.
(...)
Garzhvog ruszył ku niemu, dźwigając pod lewą pachą truchło tłustej sarny. (...)
- Zamierzasz ją upiec na rożnie? Czy urgale jadają mięso na surowo?
Tak. A ten ogień to dla hecy.
Nie ma to jak świeża sarenka, której oślizgłe wnętrzności jeszcze parują naturalnym ciepłem. Pychotka!

Czekając, aż gulasz dojdzie
*stara się beztrosko gwizdać, ale i tak ma skojarzenia*
Patrz, nawet zupa jest tam taka jakaś niedomiziana.

Patrzył i rozmyślał o Saphirze, potem o Aryi, wreszcie o Aryi i Saphirze, następnie dla odmiany o Saphirze i Aryi.
A na dobry koniec: o Oromisie. ^^

- Nie wydaje ci się ciekawe, że urgale i krasnoludy mają po czternaście palców, a elfy i ludzie po dziesięć?
Szykuje się skandal na miarę ,,Mody na sukces", gdzie Bruk czy inny zbuk ma dzieci ze wszystkim, co się rusza.

Kość zatrzymała się w palcach urgala, po czym znów zaczęła się poruszać, w przód, w tył.
I tak powstało pierwsze dildo.

Nasze kobiety nie spojrzą na byka, który nie dowiedzie swej siły w bitwie i nie zabije przynajmniej trzech przeciwników. A walka niesie w sobie radość, której nie dorówna nic innego. Lecz mimo że uwielbiamy zbrojne starcia, nie oznacza to, że nie jesteśmy świadomi naszych wad. (...) Nie ma po co zatem rozważać zła z przeszłości. Jeśli nie zdołamy zapomnieć o krzywdach, jakie wyrządziły sobie nasze rasy, nigdy nie będzie pokoju między ludźmi i urgralgra.
To mi się totalnie kłóci. Z jednej strony urgale są bezlitosnymi maszynami do zabijania, a z drugiej filozofami. Wychodzi na to, że w tym wesołym, pałoliniowym świecie wszyscy są dobrzy i robią się be dopiero pod wpływem Wilka Bardzozłego Galba.

Przed nimi stał wilk o szarym grzbiecie, wielki jak koń, z kłami niczym szable i płonącymi żółtymi oczami, obserwującymi każdy ich ruch.
Jacob! Waruj!

Shrrg! - pomyślał Eragon.
Żżżcc?
Jjkk tt cc? Shrrg!
Hhh.

WĄTEK RORANA

Gdzieś w głębi umysłu czuł słaby, lecz ciągły nacisk, mentalne swędzenie, które dniami i nocami wskazywało w tym samym kierunku: w stronę Katriny.
To ,,mentalne swędzenie" brzmi co najmniej intrygująco. xD

Żołnierz wyraźnie znał się na szermierce. Roran pojął, że jeśli nie zdoła go pokonać w ciągu najbliższych kilku sekund, tamten go zabije. (...) Nie dysponując niczym innym, postanowił uciec się do nieoczekiwanego. Wyciągnął i szyję i krzyknął: „Buu!” - jakby chciał wystraszyć kogoś w ciemnym korytarzu. Żołnierz wzdrygnął się i w tym momencie Roran pochylił się i opuścił młot wprost na kolano tamtego.
*szczęka stuknęła jej o podłogę*
*poklepała ją ze współczuciem po ramieniu*

WĄTEK ERAGONA

Orik go wezwał.
- Mamy w stajniach osła, gdybyś chciał pojechać konno.
- Nie, jeśli ci to nie wadzi, wolę iść pieszo.
Co oni mają do osiołków? Ja bym się przejechała na kłapouchu.
Ale to hańba... hańba... hańba...
W rzyć niech se ją wsadzą. *przytula się do osiołka*

Ty martwisz się o Durgrimst Ingeitum i całą waszą rasę, ja mam obowiązek martwić się o nich, ale i o całą Alagaesię.
*podaje Erasiowi chusteczkę* Biedniątko. Cały świat na jego małej, pustej główce.

- Istnieje inny sposób, Eragonie - rzekł już łagodniej Orik. - Byłby dla ciebie trudniejszy, ale rozwiązałby nasz problem.
- Ach tak? A jakież to cudowne rozwiązanie?
- Krzyknijmy na inne klany: ,,buuu!"

- Może faktycznie - odparł ze śmiechem Orik. - Poza tym myślę, że Hvedra (jego żona) (swoją drogą wszyscy w zamążpójście idą, a jeden Eraś nawet nie może Oromisa odwiedzić) obcięłaby ją, gdyby sięgnęła mi kolan. Ma bardzo zdecydowane poglądy co do właściwej długości bród.
Tylko bród? :3

WĄTEK RORANA

Rorana zdziwiło, że wyszkoleni żołnierze popełnili równie oczywisty błąd. Może pochodzą z miasta?
W miastach są same nooby.

- Wyślij sygnał - rzekł głośno. (...)
- Wysłałem - odparł Carn po chwili ciszy
Puścił mu strzałkę.
Głuchacza.
Szczurka.
Sowę.
Co?!
No, sowę mu wysłał... Taki ptak, ma duże oczy i robi ,,hu-huu".

- Martland mówi, że podziela twoje obawy, jeśli jednak nie chcesz uciec do Nasuady, z ogonem podwiniętym między nogi
*nie chce wiedzieć, co ten ogon by robił między jego nogami*
Jak to co? Byłby podwinięty. ^^

Ogier zarzucił gwałtownie głową, w mroku jego grzywa i boki połyskiwały jak srebro. Nie po raz pierwszy Roran pożałował, że jego koń nie ma bardziej kamuflującej barwy, mógłby być na przykład gniadoszem albo kasztanem.
Czyżby Pałolini czytał moją parodię?
Uwaga, cytat:
Znieruchomiał w momencie, w którym zobaczył na trakcie trzy alabastrowe rumaki niosące na grzbietach jeźdźców. Gdyby to nie była zasadzka, ryknąłby gromkim śmiechem; tylko idioci biorą siwe konie na wyprawę, którą mają odbyć niezauważeni, a ci trzej byli ewidentnie zauważalni.
Winky "Deragon", parodia "Eragona", którą zaczęła pisać w gimnazjum i do tej pory nie może skończyć


dźgnął końcem młota i złamał mu nos, zalewając twarz potokiem szkarłatnej krwi.
Ja bym się spodziewała zielonej.
 

W jednym błysku zrozumiał, czemu żołnierze wybrali równie kiepskie miejsce na obóz: nie obchodzi ich, czy trafią w pułapkę, bo nie możemy ich zranić.
Mów za siebie. *obraca w dłoniach detonator*
 

Jego oczy zasnuła czerwona mgła
W (żałosnej, swoją drogą) książce Piekary i Kucharskiego ,,Necrosis" jest opowiadanie pod tytułem ,,Czerwona mgła". Owa mgła oznacza ,,chorobę" głównej bohaterki objawiającą się nieokiełznaną żądzą seksu. Zastanawiam się, czy w tym przypadku mamy do czynienia z tym samym zjawiskiem. xD
 

Trudniej ich zabić niż węże. Możemy rozsiekać ich na strzępy, a oni wciąż będą atakować, jeśli nie trafimy w ważny narząd.
*wyobraziła sobie podskakujące krwawe strzępy*
Gore!
 

Kiedy Martland Rudobrody ruszył przez zasłany trupami obóz, żołnierz, którego Roran wziął za nieżywego, obrócił się i zamachnął z ziemi mieczem, odcinając prawą dłoń hrabiego. (...)
- Zostawcie mnie! To żadna rana, idźcie do wozów! (...)
Carn uniósł odciętą dłoń Martlanda.
- Może zdołam ją doczepić, ale potrzebuję paru minut.
- Ach, do diaska, dawaj ją! - Martland wyrwał magowi swą dłoń i schował za pazuchę. - Przestań kręcić się przy mnie i jeśli zdołasz, ocal Velmara i Lindena. Możesz spróbować ją doczepić, kiedy oddalimy się kilka staj od tych potworów.
I do tego czasu wcale się nie wykrwawi na śmierć.
Ba, pewnie z łatwością zatamuje krwawienie.
 

WĄTEK ERAGONA


wbił gniewny wzrok w posadzkę wyłożoną prostokątami agatu i jadeitu.
A cały świat klepie biedę.
Chłopy! Idziem na rozbój! Rozkradamy pałac krasnoludów! *łapie kilof i wybiega z pokoju, a za nią z tumultem tłum wieśniaków*
...
 

Rozmawiając z Iortinn, zawsze czuł się niezręcznie. Krasnoludy uważały ją za wielką piękność nawet wedle standardów ludzkich wyglądała niezwykle. Co więcej, najwyraźniej budził w niej fascynację, czego nie potrafił pojąć.
Ja też nie. Przecież Eraś to teraz elfickie książątko.
W tej książce nawet gdyby Eraś był wampirem, a reszta populacji wilkołakami, wszyscy by go podziwiali i kochali.
Daj mi już spokój z wampirami...
 

*ómiera z nudów nad dokładnymi opisami, czym się zajmują poszczególne krasnoludzkie klany i co zamierzają zrobić w związku z wyborem nowego króla*


Jak tłumaczył Orik, była to najdelikatniejsza część procesu i w pewnych wypadkach zdawało się, że ciągnęła się morderczo długo.
*łypie spode łba*
 

- Gdzie jesteśmy, Kvistorze? - spytał Eragon, zerkając na swych straże ników.
- We komenacie.
- Bezedura!
Dla tych, co nie zrozumieli: http://www.youtube.com/watch?v=kUaENCgvv28
 

Nagle zesztywniał, widząc grupę Az Sweldn rak Anhuin, przekraczającą gęsiego korytarz.
My jesteśmy krasnoludki, hopsasa, hopsasa...
 

Wszystkie krasnoludy odwróciły głowy i spojrzały na niego. Ich rysy przesłaniały noszone publicznie fioletowe woale. Ostatni w rzędzie splunął na ziemię u stóp Eragona, po czym zaklął, bo opluł sobie woalkę.
 

Zaledwie odrobina dziennego światła przenikała do podstawy Tronjheimu. Elfy nazywały go Miastem Wiecznego Zmierzchu.
Raj dla fanek Patinsona.
 

Latarnie mieniły się wszystkimi barwami tęczy, zupełnie jakby ściany sali wysadzono tysiącami lśniących klejnotów.
Candy Mountain!
 

Podchodząc do rusztowania, pozdrowił skinieniem głowy Skega, stojącego na platformie nad Isidar Mithrimem. Eragon poznał już wcześniej szczupłego krasnoluda o zręcznych palcach.
Nie chcę znać szczegółów.
 

- Czy istnieje cokolwiek, co mógłbym zrobić, jakiś wasz zwyczaj, ceremonia, która ugłaskałaby Vermunda i jego pobratymców?
Zamiziajcie ich na śmierć.
 

Thordris, przywódczynię Durgrimst Nagra, u której widział jedynie kręcone ciemnorude włosy
Widzicie? Nawet krasnoludzkie kobiety nie mające wpływu na fabułę mają loki.
To już chyba jakiś fetysz.
 

Iorunn zauważyła spojrzenie Eragona i na jej ustach pojawił się leniwy uśmieszek. Mrugnęła do niego.
Eragon poczuł, jak pieką go policzki i koniuszki uszu, do których napłynęła krew.
*śpiewa* Love me, love me, say that you love me...
 

Wciąż leciał w powietrzu, aż w końcu trafił ostrzem o ścianę tak mocno, że Eragonowi zdrętwiała ręka. Z krystalicznym brzękiem klinga bułata pękła na tuzin kawałków, pozostawiając mu sześciocalowy szpikulec poszarpanego metalu, sterczący z rękojeści.
No i z czym do ludzi? To ze szkła było?
*leniwie* Co ty wiesz o zabijaniu? Ty stara dupa jesteś.
 

Zderzył się z krawędzią łukowatego przejścia, zyskując nową kolekcję skaleczeń i sińców.
Będzie się czym pochwalić Roranowi. ^^
 

Uwaga, uwaga, w końcu mamy do czynienia z czymś nowym... ale wątpię, czy bardziej  interesującym:
 

WĄTEK SAPHIRY 


Wiatr-porannego-ciepła-nad-płaską-ziemią, różniący się od wiarru-porannego-ciepła-nad-wzgórzami zmienił kierunek.
Hę?
*łyp łyp*
 

Wyobraziła sobie, jak jej łuski mienią się w jasnym świetle i jak ci, którzy widzą ją krążącą na niebie, muszą się zachwycać tym widokiem, i zamruczała z zadowolenia, napawając się świadomością, że jest najpiękniejszą istotą w Alagaesii.
Narcyz! Zdechniesz w sadzawce.
*przerażonym głosem* To już nawet nie jest marysuizm...
 

Była najcudowniejszą istotą w Alagaesii i tak właśnie być powinno.
Cóż... ta tutaj przynajmniej nie wmawia sobie i wszystkim wkoło, że jest brzydka, nijaka i nie może się równać wspaniałością z pewnym wampirem.
Ale za to pozuje na okładce!
 

Brzuch miała pełny, niebo było czyste i nie musiała się niczym zajmować, prócz wypatrywania spragnionych walki wrogów, co zresztą i tak czyniła z przyzwyczajenia.
Z bloga Saphiry: obudziłam się rano, zeżarłam tuzin dzików, polatałam sobie, zachwycając się swoją skromną osobą, rozgromiłam obóz nieprzyjaciela, znowu się trochę sobą pozachwycałam i poszłam spać.
|<0Mc1uYc1e pLz :*:* :D xP :F 
 

Kiedy wreszcie Eragon, najbliższy-umysłem-i-sercem-Eragon nawiąże kontakt z Nasuadą i poprosi, by ona, Saphira, dołączyła do niego w Tronjheimie? Nalegała, by posłuchał rozkazu Nasuady i wyruszył w-góry-wyższe-niż-mogła-wzlecieć, ale minęło już zbyt dużo czasu i czuła w piersi chłód i pustkę.
Opisy może i ciekawe, ale i tak mam nieodparte wrażenie, że ktoś tu jest jeszcze bardziej niedorozwinięty od Eragona.
To nie niedorozwój, to SZTÓKA.
 

Saphira znów warknęła, kłapnęła zębami na maleńkiego wróbla, dość niemądrego, by podleciał za blisko. (...) Nawet z wysokości tysięcy stóp mogła zliczyć pióra na grzbiecie pustułki
Wróbelek na wysokości tysięcy stóp. Ciekawe.
 

Wczoraj dotarli do brodu i od tej pory trzecia część ludzi-będących-przyjaciółmi i urgali-będących-przyjaciółmi i koni-których-nie-wolno-jej-jeść przeprawiła się przez rzekę.
To się robi męczące.
 

Ujrzała kawalkadę czterdziestu pięciu znużonych koni, drepczących w stronę Vardenów.
Szybko liczy, skubana.
,,Szybciej od ciebie" nie znaczy ,,szybko".
Wal się na dziób.
 

Większość nie miała jeźdźców, toteż dopiero po półgodzinie, gdy dostrzegła już twarze ocalałych, przyszło jej do głowy, że może to być oddział Rorana, wracający z wypadu.
To w jakiej odległości od niej się znajdowali? A ona na jakiej wysokości? I nikt nie zareagował na jej widok? Nie da się mieć TAK dobrego wzroku.
Ale da się mieć lornetkę. ^^
 

Wycofując się z umysłu Aryi, poczuła pytające dotknięcie czarno-błękitnego-wilczego-futra-Blódhgarma.
Nawet Kociak na nią leci.
Prędzej ona na niego... z ich dwojga to ona umie latać
 

znów przyśpieszyła, szybując na wysokość stu stóp nad brązową, niedobrą-do-picia-wodą. Od czasu do czasu uderzając skrzydłami, by utrzymać wysokość, frunęła w górę rzeki Jiet, uważając na nagłe zmiany ciśnienia, typowe dla zimnego-powietrza-nad-bieżącą-wodą, które mogły zepchnąć ją w nieprzewidzianą stronę, albo, co gorsza, na ostre-szpiczaste-drzewa, albo łamiącą-kości-ziemię.
To naprawdę infantylne. *zgina nonszalancko nadgarstek*
 

Przemknęła nad Vardenami zgromadzonymi nad rzeką, dość wysoko, by jej przybycie nie przeraziło niemądrych koni-których-jej-jeść-nie-wolno, a potem, opadając na nieruchomych moich-ach-tak-pięknych-skrzydłach, wylądowała na placu między namiotami-za-małymi-by-do-nich-wchodzić - Nasuada kazała go przygotować specjalnie dla niej - i popełzła przez obóz-przyjaciół-który-można-odwiedzać do pustego namiotu Eragona-mojego-pimbi-bimbi, gdzie czekał już Blódhgarm-niebieskie-futro-fetyszysta i jedenastka elfów, którymi dowodził. 


Nad jej głową zahuczała ważka i Saphira nie po raz pierwszy przypomniała sobie, że wieśniacy nazywają te owady małymi smokami. Cóż za durny szczeniak wymyślił coś podobnego. Zupełnie nie wygląda jak smok - zagrzmiała i zapadła w drzemkę.
Ładny grzmot, skoro był tylko myślą i i tak nikt go nie słyszał.
 

Wielki-okrągły-ogień-na-niebie wisiał już nisko nad horyzontem
No jak dziecko... albo niewychowany dzikus...
W Morrowindzie była taka książka ,,Abecadło barbarzyńców". A jak Atronach... B jak Bolączka Biedaka...
 

Blódhgarm pół wyśpiewał, pół wyszeptał zaklęcie, tworzące niematerialną podobiznę Eragona. Elf kazał mu wyjść z namiotu i wdrapać się na grzbiet Saphiry, gdzie siedział, rozglądając się wokół: idealna imitacja niezależnego życia. Pozornie zjawa była doskonała, lecz nie miała własnego umysłu i gdyby któryś z agentów Galbatorixa próbował podsłuchać myśli Eragona, natychmiast odkryłby podstęp. Jego sukces zależał zatem od Saphiry, która miała nosić zjawę po obozie i jak najszybciej znikać z oczu, a także od reputacji Eragona, tak groźnej, że zniechęciłaby ukradkowych obserwatorów do prób wydobycia informacji o Vardenach z jego świadomości, w obawie przed zemstą.
Nooo, bo Eraś to jest taki straszny, że setka najlepszych magów Galba na jego widok zesrałaby się w gacie ze strachu
 

Saphira ruszyła w podskokach przez obóz.
Kicu, kicu.
 

Gdy dotarła do czerwonoskrzydłego-jak-poczwarka-motyla-namiotu Nasuady
Nawet Saphira używa tych kretyńskich porównań. -.-"
Ale i tak naszymi numerami jeden pozostaną na zawsze ,,włochaty niczym liniejący jeleń" i ,,cośtam jak śnieg usypany na piersi kardynała".
 

Niecałą minutę później do czerwonego namiotu wmaszerował Martland Rudobrody, Roran i człowiek-okrągłe-uszy, którego nie poznała.
To tak niespotykane, by ludzie mieli okrągłe uszy, że aż musiała to podkreślić.
 

Kapka filozoficznych złotych myśli Pałoliniego:
Saphira wiedziała, że Eragon dziwi się czasem, czemu ona nie bierze większego udziału w rozmowach. Miała po temu prosty powód: prócz Aryi i Glaedra najlepiej czuła się, rozmawiając z Eragonem. W jej opinii większość dyskusji stanowiła jedynie czczą gadaninę. Nieważne, czy mieli okrągłe-uszy, szpiczaste-uszy, rogi, czy byli mali, dwunodzy albo byli nałogowymi gadułami. Brom nie gadał, to właśnie lubiła w nim najbardziej. Dla niej wybór był prosty: mogła albo podjąć działanie poprawiające sytuację, w takim przypadku to czyniła, albo też nie i wszystko inne stanowiło jedynie próżny hałas. Tak czy inaczej nie martwiła się o przyszłość, oczywiście prócz Eragona. O niego martwiła się zawsze.
*smarknęła, wzruszona*
 

sięgnęła myślami ku namiotowi Rorana i naparła na jego umysł, aż w końcu opuścił otaczające świadomość bariery.
Saphira? - spytał.
Znasz kogoś innego podobnego do mnie?
Oczywiście, że nie, po prostu mnie zaskoczyłaś. W tej chwili jestem, uhm... nieco zajęty.
Przyjrzała się barwie jego emocji, a także emocjom Katriny i rozbawiły ją wnioski.
Przeszkodziła im w krochmaleniu pościeli.
 

WĄTEK RORANA 


tytuł rozdziału
Ucałuj mnie słodko
Momenty na cały rozdział? Uhuhuhu. ^^
Nie ciesz się, Pałolini to popierdółka. Nie będzie nawet namiętnych pocałunków jak u Meyer.
:C
 

- Za każdym razem, kiedy wyjeżdżasz, czuję się tak, jakby wracała do mnie mniejsza część ciebie. Stałeś się taki ponury i milczący... Jeśli chcesz mi opowiedzieć o tym, co cię gryzie, to wiesz, że możesz, nieważne jakie to straszne. Jestem córką rzeźnika, widziałam wielu poległych w boju.
Wiele wieprzy walczyło mężnie z mym ojcem, ale koniec końców każdy poległ pod jego zakrwawionym tasakiem i złożył na tacy swój szlachetny ryj...
*parrrrrrrrsk*
 

- A Eragon albo...
- Nie są nawet w połowie tak dzielni jak ty. (...)
- Eragon rzucił na mnie zaklęcia ochronne.
- Ale już ich nie masz. Poza tym żadne zaklęcia nie chroniły cię w Carvahall, a czy wtedy uciekłeś przed Ra’zacami?
No... tak. Uciekł. Z całą wioską.
Ktoś tu nagina fakty, żeby brzmiało bardziej epicko, ale nie z nami te numery, sasasa...
 

Po jakimś czasie, gdy Katrina rozluźniła mu się w ramionach, i on sam nie czuł się już taki spięty, pogładził jej szyję. - Chodź, ucałuj mnie słodko i wracajmy do łóżka. Jestem zmęczony, chcę zasnąć.
Zasnąć, taaak?
Ach, ucałuj mnie słodko, moja ty dzika kotko... Pałolini też będzie takie rzeczy wygadywał do swojej dziewczyny?
Dziewczyny?! *wymieniły spojrzenia* *ryknęły śmiechem*
 

Katrina zaśmiała się i ucałowała go najsłodzi ej jak umiała, a potem położyli się razem, jak wcześniej.
Aaach, jak rozkosznie. <3
 

Jedynie rzeka Jiet płynąca obok, nigdy nieustająca w biegu, szumiała cicho, wlewając się w sny Rorana, w których wyobrażał sobie, że stoi na dziobie statku z Katriną u boku, krzycząc: ,,jestem królem świata!"
*śpiewa, a raczej wyje* Jooor hiiir! Der naaafin aj fiiir! End aj noł dat maj hart łil goł ooon!
Łiiil steeej! Foreeewer dys łeeej! Ju ar seeejf in maj hart end...
...Maj hart łyl goł ooon end OOON!
*kurtyna*
 

środa, 25 lipca 2012

Cudowne dziecko, czyli opowieść o Michali... tfu, Meihnie, część 8

Przepraszamy za drobne opóźnienie i już pędzimy z następną częścią przygód Meihny. Biorąc pod uwagę, że zostało nam jeszcze 160 stron, z ostrożnego rachunku wychodzi, że partów wyjdzie jeszcze tak ze cztery, pięć. Być może jest to najwyższy czas, by rzucić się na coś nowego... Ale naprawdę bardzo, bardzo, BARDZO nie chcemy czytać znowu "Achai" i nie spieszy nam się z analizą. :( Popatrzcie tylko, z Meihną jest całkiem wesolutko:





Nagle usłyszała krzyk, który wyrwał się z czyjegoś gardła zduszonym: „Meihna!!!”. (...) Dziewczyna bez namysłu zwróciła konia i popędziła do miejsca, gdzie spłoszony koń Liaama usilnie próbował zerwać sznur, którym przywiązany był do drzewa.
Na jego miejscu robiłabym to samo. Ta miurwa ma w głębokim poważaniu kondycję i zdrowie stworzeń, na których jeździ, ważne tylko, żeby JEJ koń był biały (a jest).

Nagle stanęła.
Na koniu.


Przed nim [Liaamem] stał na tylnych łapach niedźwiedź, zbyt duży jednak na niedźwiedzia, przypominający raczej wielkiego drapieżnego słonia.
Bo uwierzę, że Meihna wie, jakich rozmiarów jest standardowy niedźwiedź. Zresztą jakie to ma znaczenie, to wyolbrzymienie nie ma żadnego celu ani fabularnego sensu, ma tylko dodać heroizmu naszej dzielnej królewnie, która zaraz przegoni misia na cztery wiatry.

Liaam, spostrzegłszy Meihnę, zatrzymał ją ostrzegawczo ręką.
— Stój, nie podchodź! To bestia, demon, nie zwierzę!
Dziewczyna westchnęła.
— Zostaw go — powiedziała spokojnie. — Z mojego doświadczenia wynika, że stwory takie jak ten nie lubią, gdy wymachuje się do nich bronią. Bez niej nic ci nie zrobi, uwierz mi. Wiem, co mówię.
Lecz gdy tylko Meihna odwróciła się, chcąc odejść bez walki, jak zrobiła to, napotkawszy w lesie dzika, niedźwiedź runął na nią niczym szalony wojownik, rycząc i wcale nie chcąc puścić jej wolno.
O, niespodziewanie zaczynam lubić tę książkę. ^^

Wtedy dziewczyna odwróciła się błyskawicznie, wyrywając z białych ze strachu palców Liaama miecz, i wycelowała nim prosto w brzuch zwierzęcia...
Okej, przeszło mi... Zacznijmy od tego, że nigdzie nie zostało wspomniane, by zsiadła z konia. Ani że Liaam stoi tuż obok niej, bo tylko w takim położeniu mogłaby mu tak szybko zabrać miecz i wycelować w niedźwiedzia, który również stoi obok i rzuca się na nią całym ciałem. A głupoty tej sceny jeszcze się nie wyczerpały, czytajcie dalej.

wycelowała nim prosto w brzuch zwierzęcia... Ledwie to zrobiła, oślepił ją dochodzący nie wiadomo skąd snop światła, zmuszając ją tym samym do osłonięcia oczu rękoma. Gdy światło ustało, a Meihna znów mogła swobodnie patrzeć, ku swemu zdziwieniu nie zobaczyła już niedźwiedzia, a jedynie bladego ze strachu Liaama.
Nope! Just Chuck Testa (stare i suche, wiemy).

Tak więc wielki niedźwiedź zamienił się w Liaama i oboje teraz kłócą się, który jest prawdziwym Liaamem, a biedna Meihna nie wie, któremu pozwolić zaszlachtować drugiego.

Jednorożec, który stanął teraz obok niej, nasrożył się, fukając nieufnie na obydwu chłopców.
Drugi już raz próbuję sobie wyobrazić jednorożca – tutaj połączenie kozy z koniem – który się stroszy i fuka i mi to nie wychodzi.
Może to jest taki bardziej kotorożec niż jednorożec?




I w tym momencie przyszło jej do głowy jedyne słuszne rozwiązanie. Powoli zaczęła wyobrażać sobie, jak jej ciało zmienia się stopniowo w ciało Liaama, jak jej sylwetka wydłuża się, ręce i nogi nabierają mięśni. Gdy wreszcie otwarła oczy, chłopak stojący przed nią wydał z siebie coś na kształt odgłosu skrajnego zdumienia i przerażenia, tak szczerego, że bez zastanowienia zamachnęła się i wbiła miecz prosto w klatkę piersiową tej drugiej, stojącej za nią postaci...
Słodka, skromna, miła, delikatna jak mimoza, mordująca z zimną krwią...

— Zabiłaś mnie! — wyszeptał.
Dziewczyna nie mogła wyksztusić słowa. Jak mogła się tak pomylić? Była pewna, że... — Ale jeśli zabijesz demona, ja przeżyję! Zrób to, nie chcę umrzeć!
Księżniczka spojrzała na postać stojącą za nimi. Chłopak wciąż wpatrzony był w Meihnę, a właściwie w Liaama, którego wygląd przybrała, a jego twarz wygięta była grymasem niedowierzania.
— Ale potem zamienisz się znów w siebie, prawda? — spytał z nadzieją.
To najbardziej idiotyczny tekst, jaki mógł w tej chwili wygłosić. Demon czy cokolwiek, którego Meihna właśnie przebiła mieczem wciąż próbuje udawać, że to on jest prawdziwym Liaamem i wcale nieźle mu to wychodzi, a on co, tak po prostu sobie stoi i nie próbuje przekonać Meihny, że ten na ziemi kłamie? Przecież gdyby ta idiotka uwierzyła, mogłaby zabić i prawdziwego Liaama, widzimy, że byłaby do tego zdolna.
Ale tak się, oczywiście, nie dzieje, bo ten idiotyczny komentarz Liaama jest właśnie tym, dzięki czemu Meihna ostatecznie rozpoznała w nim prawdziwego chłopaka. Gdy zdaje sobie z tego sprawę, demon znika bez śladu włącznie z plamami krwi na mieczu. Wygodne i odpowiednio dramatyczne. Dodatkowo Meihna stanowczo utrzymuje, że nic nie zrobiła, że nie zmieniła wyglądu w czarodziejski sposób, że nie było żadnego niedźwiedzia i generalnie Liaam ma zwidy, bo za dużo zjadł przed snem. Głupie, bezcelowe i sukowate do szpiku kości.

Noc była ciemna, niebo całkiem zakryte ciężkimi chmurami, tak że ani gwiazdy, ani księżyc nie miały szans przebić się przez nie. Rosa oblazła już trawę i liście, szyje i boki koni lepiły się od potu, ich żebra i grzbiety naznaczone były paskudnymi odparzeniami od siodeł i otarciami od popręgów, które zaczęły już krwawić, z ich pysków kapała na ziemię gęsta piana, gdy chrapliwie i z trudem oddychały, a gdyby królewna i jej głupi przydupas raczyli zsiąść z wierzchowców i z boku popatrzeć na ich chód, zauważyliby, że zwierzęta kuleją i znajdują się na skraju wyczerpania.
Tak więc jechali beztrosko na słaniających i potykających się koniach przez ciemny las w środku nocy, radośnie ignorując wszystkie niewidoczne przeszkody, na jakie po drodze wpadali: dołki, wystające korzenie, gałęzie szarpiące im ubrania i włosy oraz pajęczyny, w które wpadali centralnie twarzami.

Meihna lubiła myśleć o księżycu. Lubiła jego pełnię, lubiła nów... Dlatego nie była zachwycona, gdy Liaam, jak zwykle konkretny, zaczął ją namawiać, żeby zatrzymali się na noc.
Nie lza tak na siedząco albo, nie daj Bór, na leżąco o księżycu rozmyślać. Bo jeszcze konia niedostatecznie się zmorduje.

Zastała Liaama ćwiczącego fechtunek mieczem, obierając sobie za przeciwnika duży głaz leżący nad szerokim zielonkawym bagnem.
Jego też całe życie w zamknięciu chowali, że nie rozumie, że z takim „przeciwnikiem” może sobie ten miecz pięknie stępić?

— Masz dobrego przeciwnika — powiedziała, opierając się o drzewo. — Nie rusza się.
Liaam spojrzał na nią z wyrzutem.
— A z kim mam walczyć? Jesteśmy w środku bezludnego lasu, wątpię, czy znajdę tu jakiegoś wroga. Mam oczywiście na myśli człowieka z krwi i kości
Cudnie, teraz chcą ludzi dla ćwiczeń szlachtować. Piękny przykład, piękny.
Ale przecież bandyci to świetny cel do nabijania expa! Pełno ich wszędzie i zawsze są zdelevelowani!

W powietrzu unosił się zapach końskich ciał nagrzanych południowym słońcem. Zwierzęta przebierały ze zniecierpliwieniem nogami, chętne do dalszej wędrówki
Bo koń to taki samochód, tylko że oddychający i ślicznie wyglądający na obrazkach. Wystarczy zatankować od czasu do czasu i może popierdalać całą dobę.
*usilnie stara się nie wybuchnąć*


Zwierzęta przebierały ze zniecierpliwieniem nogami, chętne do dalszej wędrówki, wciąż strzygąc uszami w nasłuchiwaniu czegoś, czego mogłyby się przestraszyć. Bo konie lubią się bać, lubią spłoszyć się nagle na środku łąki, przerażone niebezpiecznym i krwiożerczym zwierzęciem, jakim jest mysz czy skowronek. Podnoszą wtedy łby, rozglądając się szaleńczo zbielałym okiem i zaczynają galopować w kółko, nakręcając z lubością swój własny strach do wymiarów tak olbrzymich, że wydawać by się mogło, iż przeraziło je coś naprawdę strasznego. Kiedy wreszcie stają, rżąc cicho, z podnieceniem, spuszczają głowy i zaczynają skubać spokojnie trawę, jakby nic się nie wydarzyło. Lecz gdy tylko wiatr mocniej zawieje lub świerszcz wyskoczy z zarośli, szczęśliwe zaczynają swą zabawę od początku...
Winky eksplodowała i musiała ją karetka zabrać do szpitala, żeby posklejać jej krwawe, drgające w furii szczątki. Pozwólcie zatem, że podsumuję powyższy akapit. Panna Michalina Olszańska twierdzi, że koniki są piękne, ale głupiutkie, ach, tak rozkosznie głupiutkie, że się boją małego świerszczyka, i tak bardzo się cieszą ze swojej głupkowatości, i brykają radośnie. Wnioskuję zatem, że Miśka całą swoją wiedzę o koniach czerpie stąd: http://blingee.com/blingee/search?query=horse

Liaam zwraca słuszną uwagę na to, że idą szukać pomocy od kogoś, o kim nic nie wiedzą i na dokładkę żył tysiące lat temu, ale Meihna gasi jego rozsądek swoimi pseudomądrościami, którym my, jako czytelnicy Wielkiego Dzieła, mamy przyklaskiwać:

Meihna uśmiechnęła się tajemniczo.
— O tobie też nic nie wiem, a jednak ci ufam. Nie mówię, że na tobie polegam. Mojemu... nauczycielowi też ufałam, a jednak nauczył mnie, że nie mogłam na nim polegać. Ostatecznie zniknął gdzieś w noc tego sztormu czy cokolwiek to było... Już zapewne go nie zobaczę.
Ludzieee... Charlotta z „Księżniczki i żaby” jest bardziej dojrzała!



— Skoro tak bardzo wierzysz w przeznaczenie, dlaczego nie usiądziesz po prostu i nie poczekasz, aż samo do ciebie przyjdzie?
Meihna pokręciła głową.
— Przeznaczenie nie jest jednoznaczne. Zawsze można zmienić je w odpowiednim momencie, ale tego momentu nie można przeoczyć. Boję się, że ja swój przeoczyłam i teraz błądzę bez celu po świecie, w którym i tak nie ma już dla mnie przyszłości...
Sorry, laluniu, ale pierdzielisz. Albo wierzysz w przeznaczenie, albo jego brak. Predestynacja zakłada NIEZMIENNOŚĆ losu, który jest z góry określony, a to oznacza, że niezależnie od podjętych działań stanie się to, co zostało gdzieś tam w górze zapisane. Tak więc ZDECYDUJ SIĘ – w tej i w wielu innych sprawach.

Liaam patrzył na nią z niepokojem. W jej pięknej, smutnej twarzy widział, że wie, co mówi. Naraz przeraziły go jej słowa, i choć sam nie wiedział dlaczego, przeszyło go niczym niewyjaśnione zimno, paraliżujące ciało, wprowadzające myśli w martwicę.
Ot, Meihna to utajony dementor.
OMG, dementor-Mary Sue. To dopiero pomysł na DZIWNE fan fiction.

Zdawała sobie sprawę, że tak naprawdę nie wie dokładnie, jakie niebezpieczeństwo czeka Atlantydę, że swoje zmartwienia opiera na przepowiedni, która przewidziała niegdyś śmierć jej brata i ojca. Wierzyła jej, nie miała wątpliwości, że jest prawdziwa. Już nie...
To w końcu wierzy w jej prawdziwość czy „już nie”? -.-

Dlatego też nie chciała tracić ani chwili na rzeczy bezsensowne, niepotrzebne, miała poczucie, że każdy dzień, każda sekunda jest darowana jej od losu, ale nie dla niej. Dla Atlantydy.
Stawała więc tylko wtedy, gdy było to niezbędnie konieczne
Makijaż, fryzura, te sprawy...

Głośnymi myślami próbowała zagłuszyć chlupot potoku, usilnie odciągała swoją własną uwagę od wody, od rzeki. Nagle ściągnęła wodze, tak że koń stanął na chwilę dęba, i pokłusowała w stronę, z której dochodził ją szum.
Właśnie, zapomniałam z tego wszystkiego o jednej całkiem ważnej kwestii: a Meihna umie jeździć konno? Skoro była chowana pod kloszem w tym swoim podobno patriarchalnym państewku?

— Jestem zmęczona, muszę wziąć kąpiel — powiedziała do Liaama, który spojrzał na nią pytająco, gdy znaleźli się nad rwącym brzegiem. — Odwróć się i popilnuj koni. To potrwa tylko chwilkę.
Chłopak stanął posłusznie tyłem do rzeki, walcząc z przemożną chęcią odwrócenia się, a chęć ta gryzła go i była coraz bardziej nieznośna.
Przedtem zawsze „chłopiec”, teraz nagle „chłopak”. Nadciąga miiiłooość...

Meihna się kąpie, woda jest cudowna, krystaliczna, daje życie, wielokropek, blablabla. Liaam tymczasem liczy liście i udaje, że nie myśli o gołych cyckach Meihny, gdy WTEM!


Zdawało mu się, że widzi chatkę, małą, drewnianą, zarośniętą bluszczem, lecz pomyślał, że to zbyt niemożliwe, by tak daleko od wioski, na całkowitym odludziu stała sobie nagle chatka.
Kto to widział, żeby w lesie nad rzeczką ktoś MIESZKAŁ, pfff.

Nie chciał zbliżać się zanadto, tylko tak, by przekonać się, czy to, co widział, rzeczywiście było chatką, czy może tylko stumetrowym apartamentowcem.

Nie pomogło poczucie, że zostawił Meihnę samą! Jedyne, czego teraz chciał, to iść, iść przed siebie i zbadać tę dziwną chatę. Teraz już widział dokładnie, że to była chata...
Burdel-chata. Tak sądzę. Cóż innego mogłoby odciągnąć jego myśli od najpiękniejszego dziecięcia ludzkiego, jakim była Meihna?

Meihna wyszła z wody odświeżona i szczęśliwa. Wiatr wysuszył przychylnie jej ciało, miał bowiem dobry dzień i pomyślał sobie: a, co mi tam, ładna, zgrabna, zaokrąglona po wakacjach – wysuszę, niech ma.

Wstała więc i rozejrzała się dokoła. Jednorożec stanął obok niej, nasłuchując i węsząc uważnie, po czym ruszył w stronę, w którą poszedł Liaam.
Ten jednorożec to jakaś szkaradna hybryda! Kozioł, koń, kot i pies? Atlantyda to nie jakaś utopijna wysepka szczęśliwości tylko wyspa doktora Moreau!

Kiedy ujrzała porośniętą bluszczem chatkę, zatrzymała się gwałtownie, patrząc na nią nieufnie. Na wszelki wypadek wzięła do ręki leżącą obok niej dużą gałąź i zaczęła skradać się ku domkowi.
Gdyby chata wykazała wrogie nastawienie, Meihna mogłaby się na nią rzucić i okładając okiennice patykiem, krzyczeć: GIIIŃ, ARCHITEKTONICZNA ABOMINACJO!

Meihna nie bała się niedźwiedzia, właściwie nigdy nie bała się zwierząt. Wyjątkiem był dzik, jego naprawdę się przeraziła. Ale gdy zobaczyła w lesie Liaama, stojącego z wyciągniętym mieczem naprzeciwko niedźwiedzia, wiedziała, że jeśli nie zechcą go zabić, to i on nie zrobi im krzywdy... Myliła się, ale z początku tak właśnie sądziła.
I mimo tego, że się myliła, miała absolutną rację.


Teraz była w innej sytuacji. Nie wiedziała, jakie moce uwięziły ją w tym strasznym domu ani co zechcą z nią zrobić.
Oj, już ja bym wiedziała, co jej zrobić... *szuka kluczy do sali tortur*
Nie! Brzydka Winky, zła Winky! Wara od mojego sex-roomu, nie sprowadzać mi tam niestabilnych psychicznie Mary Sue!

W środku napada na nią stara, siwa wiedźma. Meihna swoim zwyczajem wpada w panikę i ucieka, ale starucha dziwnym trafem ciągle siedzi jej na ogonie. Więc najpierw Meihna zamienia się w sarnę, ale wiedźma w wilka, potem w skowronka, ale wiedźma w jastrzębia, aż w końcu Meihna wpada do rzeki i zmienia się w łososia. I nagle ni z gruchy ni z pietruchy w środku tego ciągnącego się już trzecią stronę akapitu ciągłej akcji pojawia się moment na Natchnione Przemyślenia:

Dziewczyna rozumiała, dlaczego ludzie nazywają łososie królami ryb. Tylko król miał tyle siły, by przeciwstawić się prądom, wodospadom i wszystkiemu, co płynęło z naprzeciwka. Meihna wiedziała, że jeśli nie stawi czoła przeciwieństwom losu, jeśli nie zmierzy się z niebezpieczeństwami i tymi, którzy chcą jej zaszkodzić, nigdy nie powróci do miejsca, w którym się urodziła. Musi być łososiem...
*parsk* Wyobrażam sobie Rafikiego krzyczącego do Simby: bądź odważny, bądź łososiem!
Lubię łososia. Łosoś to bardzo smaczna ryba.

ujrzała Jednorożca galopującego bojowo w stronę wiedźmy. Niczym mieczem ubódł ją swoim ostrym rogiem, wytrącając jej z ręki szamoczącą się rybę. Meihna wpadła z powrotem do wody i tam, złapawszy oddech, zamieniła się w dziewczynę. Korzystając z sytuacji, że starucha, zwijając się z bólu, nie patrzy na nią, złapała Jednorożca i pobiegła z nim do lasu.
Okej, nawet przyjmując, że temu jednorożcowi bliżej do kozy niż konia, chciałabym zobaczyć naszą słodką trzpiotkę biegnącą przez las ze zwierzęciem ważącym bez mała 60kg na rękach.

Nagle podskoczyła jak oparzona.
— A gdzie Liaam?! — krzyknęła, oddychając szybko. (...) Wiedziała, że nie zostawi Liaama na pastwę szalonej wiedźmy, nawet jeśli mało prawdopodobne jest, że chłopak jeszcze żyje. Zapłakała więc nad swoim strachem i wróciła do chaty.
Zapłakała Samotną, Kryształową Łzą?
Perłową, ona wyżej ceni perełki.

Pchnęła mocno drzwi i natychmiast uskoczyła w bok, na wypadek gdyby wiedźma już na nią czekała i zechciała przywitać nożem czy strzałą. Nic jednak się nie wydarzyło i Meihna weszła cicho do środka. Na podłodze związany i nieprzytomny leżał Liaam.
Czemu nie widziała go wcześniej?
Bo pozbawiłoby to nas emocjonującej sceny akcji oraz – co ważniejsze – Rzyciowej Mondrości o odwadze łososia.

On jednak leżał wciąż nieprzytomnie i niemożliwe było, by sam się ocknął. Meihna zaczęła go więc lekko trącać, potem mocniej, aż w końcu trzęsła nim, krzycząc, by się obudził.
Dżizas, tu zaraz do rękoczynów dojdzie!
Meihna ma dziwne pojęcie na temat pierwszej pomocy.
Tak to jest, jak się nie uważa na PO i zamiast wkuwać rodzaje gaśnic, pisze się jakieś pierdołowate opowiadanka!

— Czego od nas chcesz?!
— Ja?! — Starucha zarechotała. — Czy to nie wy wkradliście się na moje terytorium, panno... Meihno?
Księżniczka zbladła. Skąd ta wiedźma wie, kim jest? Starucha wyglądała na rozbawioną.
— O, tak! Wiem o tobie wszystko. Tak. Moja przewaga nad wami polega na tym, że ja wiem o was wszystko, a wy o sobie nawzajem nie wiecie nic! O, tak!
— I niech tak zostanie! — wycedziła z naciskiem Meihna.
Nie ogarniam tej przewagi. Wręcz ciśnie mi się na usta: no i co z tego...? Tym bardziej, że wiedźma odpowiada:
— O, tak, tak zostanie. Moja przewaga jest przewagą wtedy, gdy ją mam, nie sądzisz?
To trochę tak, jakby Dath Vader sobie pomyślał: e, nie powiem Luke’owi, że jestem jego ojcem, sensu to nie ma, ale będzie śmiesznie, jak się hajtnie z własną siostrą, hjohjohjo.

— O! — Wiedźma znów zarechotała. — Pewnie myślisz, że was zjem. Tak, tak myślisz. Ale ja nie zrobię niczego podobnego. Możecie przydać mi się w inny sposób. Zrobicie dla mnie... powiedzmy... kilka rzeczy. Oddacie mi przysługę, a ja puszczę was wolno. Co ty na to?
Co ja na to? O nieee... Kolejne przedłużajło-zapychajło. Wiecie, też kiedyś napisałam „książkę”, w której mnóstwo niezwiązanych ze sobą wydarzeń następowało bardzo szybko po sobie i do niczego nie prowadziły. Opowiadała o przygodach moich, mojej siostry i dwóch kuzynek w świecie Fantazji, miała 100 stron i napisałam ją w wieku 10 lat. Im dłużej czytam te atlantydzkie bzdety, tym większe mam wrażenie, że po małym liftingu miałabym szansę wydać tę swoją opowiastkę, ba, nawet w postaci całej tetralogii, jaką planowałam (dwa i pół tomu skończone, jestem blisko wielkiego sukcesu i sławy).

wtorek, 17 lipca 2012

Pofrut smoka, czyli Dziedzictwa księga trzecia, część 3

Wciąż mamy cichą nadzieję, że w czarnoowcowej sondzie nie wygra "Achaja" i zachęcamy do głosowania. A w międzyczasie:





WĄTEK ERAGONA

- Wątpię jednak, czy będzie to konieczne. Prawdziwe imiona nie tak łatwo odkryć jak przypuszczasz.
A parę stron temu Eraś sam, ot tak wymyślił sobie prawdziwe imię Sloana.

Włoski na grzbiecie dłoni zjeżyły się i falowały w powiewach wiatru.
Jak wodorooosty...

Pomruk był teraz tak głośny, że zęby Eragona uderzały o siebie, poczuł w ustach metaliczny smak, zjeżyły mu się włosy. Włosy Aryi uczyniły to samo, mimo ich długości.
Jak piorun w miotłę szczelił. ^^

Mimo ogarniającej Eragona euforii, obecność stworzenia była tak dziwna i obca, że pragnął przed nim uciec. Lecz wewnątrz świadomości nie miał się gdzie schronić. Musiał pozostać w bliskim intymnym kontakcie z ognistą duszą istoty, podczas gdy ona przeglądała jego wspomnienia, przeskakując z jednego do następnego z prędkością elfiej strzały.
Bliskie spotkania z piorunami kulistymi są takie erotyczne.
Ten Pałolini naprawdę, naprawdę jest zboczony.

Po ostatnim, niemal błyskawicznym przelocie przez jego ciało, istota się wycofała.
Piorun go przeleciał! *jebut*

- Z pewnością nie sądzisz, że mag ma prawo zmuszać duchy, by słuchały jego woli. Są takie piękne, że... - Pokręcił głową, walcząc z emocjami. - Każdego, kto je krzywdzi, winno się wychłostać, by wył z bólu.
- Zgaduję, że Oromis nie zdążył omówić z tobą tego tematu, nim opuściliście z Saphirą Ellesmerę.
- Mieliśmy... inne zajęcia.

Jej ramiona uniosły się i opadły.
Japierdykam, nie można napisać po prostu, że ,wzruszyła ramionami? ><"
Nie rozumiesz, co gra w duszy Pałoliniego!

Lepiej, żeby to nie trwało dłużej niż kilka godzin; nie mogę krążyć po świecie, jaśniejąc jak latarnia. To niebezpieczne. I niemądre. Kto słyszał o Smoczym Jeźdźcu ze świecącą częścią ciała?
*niewinnym głosikiem* Którą?

Dopóki Galbatorix nie wie o Oromisie i Glaedrze, mamy przewagę.
Na pewno nie wie, biorąc pod uwagę, że cała trójka chodzi po świecie już ze 100 lat.

Oromis i Glaedr bardziej niż ktokolwiek pragnęli zniszczyć Galbatorixa. Skoro zdecydowali się czekać w Ellesmerze, musieli mieć po temu ważne powody.
Czekanie, aż Pałolini wpadnie na pomysł, jak zboczony starzec i kulawy smok mogą pokonać Galba, Murtasia i całe imperium.

liść i łodyżka lilii zamieniły się w szczere złoto, płatki w białawy metal, którego nie rozpoznał, a serce kwiatu, ukazane, gdy Arya odchyliła lilię, wydawało się wyrzeźbione z rubinów i diamentów. (...)
- Prawdziwe pytanie - rzekła Arya - brzmi: czy kwiat może zrodzić nasiona?
- Mógłby się rozrosnąć?
- Wcale by mnie to nie zdziwiło.
Załóżcie kwiaciarnię. Może to będzie ciekawsze od ich obecnych przygód. *ziewa*
I znów mają coś ślicznego i bogatego... -_-

- Słyszałem już wcześniej powiedzonko „pozłacać lilię”, ale duchy naprawdę to zrobiły! Pozłociły lilię. - Wybuchnął śmiechem. Jego głos rozszedł się echem po pustej równinie.
Wargi Aryi zadrżały.
- Cóż, zamiary miały szlachetne. Nie możemy ich winić za to, że nie znają ludzkich powiedzonek.
- Nie, ale... Ha, ha, ha!
Też chcę się pośmiać. Ha, ha, ha.

Eragon wyciągnął się na wolnym od kamieni kawałku ziemi. Wciąż chichocząc, osunął się w otchłań snu na jawie.
*z nadzieją* I nie wrócił...?

Otworzył umysł jak najszerzej i zbierając wszystkie siły, krzyknął: Saphira!’Jego myśl pomknęła nad ziemią niczym włócznia. Odpowiedź nadeszła szybko. Eragon!
Saphira skoczyła na niego jak Dino na Freda Flintstone'a, wylizując po twarzy.

Jeśli jeszcze kiedyś tak mnie zaskoczysz, przyszpile cię do ziemi i obliżę od stóp do głów.
Mówiłam? xD

Eragon zadrżał. Język Saphiry pokrywały zakrzywione kolce, które jednym pociągnięciem były w stanie zedrzeć z jelenia sierść i skórę.
To ma sens, gdy jest skórą rekina, ale mieć coś takiego w pysku?
Pałolini lubi hardkor. ^^

A teraz, czy moglibyśmy porzucić podobnie mroczne rozważania? Pogadajmy o kucykach.


Przez ostatnie kilka dni wciąż rozmyślałem tylko o losie, przeznaczeniu, sprawiedliwości i innych równie poważnych sprawach i kompletnie mnie to wyczerpało.
Przeczytaj ,,Zmierzch". Odmóżdża.

położył dłonie po obu stronach ciepłej szyi, czując wznoszenie się i opadanie mięśni przy każdym oddechu.
Złapałam się z całej siły, ale jedyny ruch na mojej szyi wynikał z krążenia krwi.
Ktoś tu powinien się przejść na lekcje biologii. I nie jesteśmy to my.

Lekko jak piórko przeskoczył z lewej łapy smoczycy na jej ramiona, a stamtąd w zagłębienie u podstawy szyi, w którym zwykle siadał. (...) Tu jest moje miejsce, przy tobie. Jego nogi zawibrowały, gdy Saphira zamruczała radośnie.
Cóż za doznania.

Bądź pozdrowiona, alfakona.
Ja bym się obraziła.

Czy jadłaś dość ogniodrzewu? Twój oddech wydaje się silniejszy niż zwykle.
Nie, to czosnek. Chuchnąć?

od czasu Agaeti Blódhren zauważyłem, że ludziom zdarza się mocno cuchnąć. Ale nie możesz zaliczać mnie do nich, bo nie jestem już do końca człowiekiem.
Eragon nie może śmierdzieć! Mery Su nigdy nie śmierdzą!
Jak ja lubię tego gogusia.

Pragnąc wywrzeć pozytywne wrażenie, Eragon przeczesał palcami włosy, postawił je na żel, wyciućkał dwa tik-taki, rozpiął zawadiacko koszulę i wyprostował ramiona.

- Blódhgarmvodhr, czy przypadkiem nie widziałem cię podczas Agaeti Blódhren? - Pamiętał bowiem, jak oglądał elfa o podobnym futrze, baraszkującego pośród drzew podczas zabaw.
Kotki lubią igraszki.
I baraszkowanie.
*siłą próbuje utrzymać powagę*

- Sądzę, że spotkałeś moją kuzynkę, Liothę. Łączy nas niezwykłe rodzinne podobieństwo, choć jej futro jest brązowe i cętkowane, a moje ciemnoniebieskie.
- Przysiągłbym, że to byłeś ty.
-.-"
Kociak, jaki jest, każdy widzi.

Czy zgodzisz się ze mną - spytała Saphira - że roztacza przyjemną woń?
Eragon pociągnął nosem. Nic nie czuję.
Bo sam śmierdzi i zazdrości.

A co z Nasuadą? Czy ona uległa jego urokowi?
Nasuada jest mądra i czujna. Kazała Triannie rzucić na siebie zaklęcie, które ochroni ją przed wpływami Blódhgarma.
Zacinęła jej na nosie żabkę do wieszania prania.

Jakaś kobieta dwakroć zawołała: „Cieniobójco, czy zostaniesz moim mężem?”. Spojrzał w tamtą stronę, ale nie zdołał odszukać źródła głosu.
Nie ma to jak mieć fangirlsy.

- Roranie, jesteś dla mnie jak brat, a ty, Katrino, jesteś dla mnie siostrą. Gdybyście kiedykolwiek mieli kłopoty, wezwijcie mnie i nieważne, czy potrzebny wam będzie Eragon rolnik, czy Eragon Jeździec, wszystko co do mnie należy, pozostanie do waszej dyspozycji.
*zdechła*
Rolnik, rolnik, rolnik, pod rolnikiem ciągnik. Na ciągniku rolnik worek ma. W tym worku są buraki i choć chce rolnik w krzaki nie może, bo w mieście buraków skup już trwa...

- Obyście żyli długo, obyście zawsze byli razem i szczęśliwi i obyście mieli wiele dzieci.
Jaki ten Pałolini prorodzinny. o_o
Może sam nie może ten teges?

WĄTEK ERAGONA (A WŁAŚCIWIE TO KAŻDEGO PO TROCHU)

Eragon wykrył też splątany wzór mrocznych, pokręconych myśli Elvy, dobiegających z miejsca, w którym magiczne dziecko ukrywało się na końcu pawilonu.
Dlaczego wszystko, co dotyczny Elvy, jest mroczne?
Bo jest Curką Mrokó? ^^

Nawet Galbatorix na jego mrocznym tronie
O, a Galb jest Curem Mrokó.
Bo wszyscy mroczni to jedna jest rodzina.
*nuci* Każdy sługa mroku ma kozę u boku... ^^

Król Orrin przyciągnął zapasowe krzesło do Nasuady i usiadł w plątaninie długich kończyn i falujących fałd materiału.
To ile on miał tych kończyn? o_O
Wedle mojej rachuby powinien mieć trzy. Jeśli to pośrodku też się liczy...
Nie, cicho, potem mówią, że to ja jestem niewyżyta. ;P

- Na zbyt wiele sobie pozwalasz... Wasza Wysokość - rzekła lodowatym tonem Nasuada. - Nie masz władzy, by zatrzymać mnie w tym miejscu. Ani też Eragona, mojego wasala, ani Saphiry, ani Aryi, która nie podlega żadnym śmiertelnym władcom, lecz komuś potężniejszemu niż my oboje.
Latającemu Potworowi Spaghetti!

Lecz od czasu objęcia stanowiska najwyraźniej zapomniałaś, że nadal jestem królem Surdy i że my, Langfeldowie, wywodzimy swój lud od samego Thanebranda Dawcy Pierścienia
Czyli co, zrobili mu przeszczep pierścienia?
Od Saurona.

Nasuada i ja podlegamy przynajmniej jednemu władcy, przed którym klęknąć musi każdy król. Odpowiadamy przed Angyardem, w jego krainie wiecznego zmierzchu.
Kraina wiecznego Zmierzchu?! NIEEE!
*ucieka z kwikiem*
A tak całkowicie baj de łej... kto to w ogóle jest ten Angyard? Domyślam się, że jakiś bóg, ale skoro wydaje się być taki ważny, czemu słyszymy o nim pierwszy (i ostatni, jak się okazuje) raz?

- Rozumiesz mnie, Eragonie? Jesteś tak niebezpieczny, ze po prostu MUSIMY trzymać cię w tym zabawnym pokoju z poduszkami na ścianach i w kaftaniku...
Bez niego jeszcze byś coś sobie zrobił.

Arya wyszła minutę później, wyjaśniając, że musi złożyć raport królowej Islanzadi. A potem, jak rzekła:
- Nagrzać wannę pełną wody, zmyć piasek ze skóry i przywrócić rysom zwykły kształt. Nie czuję się sobą, gdy brak mi koniuszków uszu, mam okrągłe oczy i kości twarzy w niewłaściwych miejscach.
Nie ma to jak odnawiający lifting wieczorkami.

Potem sięgnął jeszcze głębiej pod łóżko, dotykając palcami tkaniny namiotu, i zaczął macać w ciemności.
Niemamskojarzeńwcaleawcale.

Jego dłoń natrafiła na długi, twardy przedmiot.
No dobra, mam.

Długą chwilę siedział, walcząc z myślami i wpatrując się w miecz. Nie wiedział, co nim kierowało, lecz dzień po bitwie wrócił na płaskowyż i wyciągnął go ze zdeptanego grzęzawiska, w które Murtagh go upuścił.
Ale na ratowanie Katriny nie mógł go wziąć, żeby tylko móc marudzić, że nie ma żadnego miecza? -.-"

(Nasuada) Od ich rozstania ona także się przebrała, teraz miała na sobie jasną letnią suknię barwy słomy. Gęste, przypominające mech włosy upięła wysoko na głowie w skomplikowaną masę węzłów i warkoczy, przytrzymywanych samotną białą wstążką.
Słoma, mech... to jakaś moda z Doliny Paproci?

- Teraz znów musimy zanurkować w bagno polityki.
Łii tam. Królewna Adda uważała, że polityka jest jak schadzka. Inna sprawa, że była małą, rozpuszczoną kur...
Najwyraźniej Pałolini jeszcze nie dorósł do tego poziomu, co Sapkowski na spółkę z twórcami gry Wiedźmin. ^^

Uniosła klapę namiotu i Eragon podskoczył, słysząc chóralny okrzyk:
„Niespodzianka!” W środku pełno było skąpo odzianych elfek, czipendejsów, a z wielkiego, trzypiętrowego tortu wyskoczył nagi Oromis.

Drobna dziewczynka o wąskich ramionach spojrzała na niego spod czarnej grzywki upiornymi, fioletowymi oczami i bezgłośnie wymówiła słowa, w których domyślił się pozdrowienia: „Witaj, Cieniobójco”.
Rzeczywiście, nie brzmi jak pozdrowienie. --"
To po prostu Eragon jest głupi. ^^

Roran uniósł hardo głowę. - Czy udzielisz ślubu Katrinie i mnie? (...)
- Kiedy? - spytał, odzyskawszy oddech. - Nasuada zaplanowała dla mnie jakąś misję, nie wiem jeszcze jaką, ale przypuszczam, że zajmie mi trochę czasu. Zatem... może na początku przyszłego miesiąca, jeśli okoliczności pozwolą?
I oni tak sobie swobodnie wszystko planują na wojnie. Och, dostałem jakąś ważną misję, ale tak za tydzień pewnie będę wolny.
I trochę expa skapnie.

- Co powiesz na pojutrze?
Wtedy będzie koniec świata! Buahaha!

Ramiona Rorana uniosły się, żyły na jego rękach napęczniały, gdy otworzył i zacisnął pięści.
Nagle wybuchły i trysły krwią.

Eragon potrzebował chwili, by pojąć znaczenie słów Rorana. Potem jednak nie zdołał powstrzymać szerokiego uśmiechu. Roran będzie ojcem!
- Nazwijcie go na mą cześć Eragonkiem!
Ja proponuję Orogona.
Jeszcze jakieś sugestie? :> Musimy coś wymyślić, bo Pałolini pewnie go nazwie w Strasznie Starej Mowie, co będzie znaczyło TenKtóremuPaznokiećWrasta albo TaCoPoszłaDoMiastaPoKawałekCiasta.

- Dziękuję. Teraz muszę przekazać wieści Katrinie i zaczniemy przygotowywać weselną ucztę. Kiedy ustalimy godzinę, dam ci znać.
Czynasta czydzieści z dokładnością do jednego ziarenka w klepsydrze. Piąty namiot po lewej. *załamała się*

Roran ruszył w stronę namiotu, potem obrócił się i uniósł wysoko ręce, jakby chciał przycisnąć do piersi cały świat.
- Eragonie, ja się żenię!
Byłoby fajniej, jakby wychodził za mąż.

A noc podążała swym szlakiem aż do poranka.
To ja też ci zdradzę coś odkrywczego: dzień trwa od świtu do zmierz... do wieczora.
Słowo ,,zmierzch" już nigdy nie będzie takie samo.

O świcie, gdy Eragon siedział na pryczy, oliwiąc kolczugę, jeden z vardeńskich łuczników przyszedł do niego, błagając, by uzdrowił mu żonę, którą zaatakował złośliwy guz.
Jestem ciekawa, jak odkrył, że to rak i że złośliwy.
No jak to, przeca to średniowiecze! Rozkroił kobiecinie ciało, zobaczył w środku guza i się dowiedział. ^^
A w średniowieczu jak człowieka bolała głowa, to otwierali mu czaszkę, żeby diabeł wyskoczył.

Naprzeciw niej siedziała wysoka kobieta o szerokich ramionach, ogorzałej skórze, czarnych włosach splecionych w długi gęsty warkocz opadający na plecy i twarzy nadal pięknej, mimo głębokich bruzd wokół ust, wyrytych przez czas.
Nadal czekam na brzydką bohaterkę.
No to się raczej nie doczekasz.

Obok kobiety przysiadła poważna nastoletnia dziewczyna, wkraczająca właśnie w pełen rozkwit swej urody.
Rzeczywiście. To jak oczekiwać braku marysuizmu w twórczości Meyer.

Już miał odejść, lecz Saphira parsknęła i wysunęła głowę ponad Eragonem i Angelą, górując nad dwiema kobietami. Wyginając szyję, chuchnęła najpierw na twarz starszej, a potem młodszej i posyłając myśli z siłą, której przeciwstawić się mogły tylko najpotężniejsze bariery
Czy tylko ja mam skojarzenia z Aslanem?
Nie! Paolini, zrzynaj ze wszystkiego, tylko nie mieszaj do swojej brei mojej kochanej Narnii! T__T

Co, żadnych śladów na ich czołach?
- Nie, Saphiro, nie będziemy już plagiatować Harry'ego Pottera.

Sześćdziesiąt stóp od pawilonu Nasuady drogę zagrodził im oddział pikinierów maszerujących przez obóz. Czekając, aż żołnierze przejdą, Eragon zadrżał i chuchnął na nich - a warto napomknąć, że jadł wcześniej śledzie w occie.

- Eragonie, Angelo, oboje wiecie, jak to jest dzielić czyjeś myśli i emocje, gdy ktoś umiera.
Wiedzą?
A już zwłaszcza Angela?

Czuję każdą śmierć wokół mnie. Nawet teraz wyczuwam, jak życie opuszcza Seftona, jednego z twoich żołnierzy, Nasuado, ranionego na Płonących Równinach. I wiem, co mogłabym powiedzieć, by ukoić jego grozę przed nicością. Jego strach jest tak wielki, że drżę! - Z głuchym krzykiem uniosła ręce przed twarz, jakby osłaniając się przed ciosem. - Ach, odszedł.
Istotnie, brzmi, jakby straszliwie cierpiała.
To się dopiero nazywa stoicyzm.

Właśnie naradzał się z Saphirą, gdy Elva przemówiła: - Nie!
Zdumiony, spojrzał na nią.
Z jej ciała promieniowała ekstatyczna radość.
Czy Pałolini nawet wobec dzieci musi używać tak jednoznacznie kojarzących się słów?
Jerzó, pedofil. O_O

Enyłej, Eragon zdejmuje swoje nieudane błogosławieństwo z Elvy i... teraz jest gorsza niż przedtem.
Dziewczynka odwróciła się do niej tak szybko, że jej włosy uniosły się w powietrzu.
- A tak, zapomniałam o tobie, moja piastunko. Zawsze wierna. Zawsze wścibska. Jestem wdzięczna, że adoptowałaś mnie po śmierci matki i opiekowałaś się mną od czasu Farthen Duru, ale nie wymagam już twojej pomocy. Będę mieszkać sama, zajmować się sobą i nie podlegać nikomu.
Kilkuletnie dziecko, proszę państwa.
Które parę akapitów temu powiedziało, że:
radzę pamiętać, że jestem jeszcze małym dzieckiem. Nie obchodziłam nawet drugich urodzin.

Eragon podniósł się chwiejnie.
- Co za potwora stworzyłem?
IT'S ALIVE! *psychodeliczny śmiech*

Gdy (Saphira) skręciła na zachód w stronę rzeki Jiet, jej głos zadźwięczał mu w głowie, z powodu odległości słabiej niż wcześniej: Kiedy wrócę, polecimy razem, prawda, Eragonie?
Tak, kiedy wrócisz, polecimy razem, tylko we dwoje.
Randka się szykuje. ^^

Przykucnąwszy, położył prawą rękę dłonią do góry na zdeptanej ziemi. Wybrał potrzebne słowa z pradawnej mowy i wymamrotał:
- Kuldr, risa lam iet un malthinae unin bóllr.
(...) Ze środka żółtej plamy wzleciała fontanna migotliwego pyłu, lądując pośrodku dłoni Eragona. (...) w końcu na jego ręce spoczęły trzy kule czystego złota, każda wielkości dużego laskowego orzecha.
To on powinien zostać górnikiem, a nie Smoczym Jeźdźcem, skoro na środku pola namiotowego jest w stanie znaleźć pod ziemią mnostwo złota.

- Chodzi o Elain, wiesz. Ciężko znosi tę ciążę (...) Może kiedyś znajdziesz chwilkę. Mógłbyś ją obejrzeć i jakoś pomóc..
- Tak uczynię - przyrzekł Eragon.
Eragon przyjmuje kolejne zadania jak w klasycznym eRPeGu.
A, dajcie spokój, po dwóch i jednej trzeciej tomu nie ma się już siły na komentowanie takich rzeczy... -_-

- Ukradłem je i nie jestem z tego dumny, ale potrzebowałem tych skór. Wątpię, czy bez nich przeżyłbym wystarczająco długo, by dotrzeć do elfów w Du Weldenvarden. Zawsze wolałem sądzić, że po prostu je pożyczyłem, ale, spójrzmy prawdzie w oczy: ukradłem je, bo nie zamierzałem ich oddawać. Proszę cię zatem o wybaczenie. A ponieważ zatrzymam te skóry, czy też to, co z nich zostało, powinienem za nie zapłacić.
Wyjął zza pasa jedną ze złotych kul - twardą, okrągłą i rozgrzaną od dotyku jego własnego ciała - i wręczył Gedricowi.
*brak jej słów*

Z zadowoleniem myślał o tym, jak załatwił tę sprawę.
Może czasami trochę to trwa, ale zawsze spłacam swe długi.
I to jest powód do wpadania w samozachwyt?
A już najbardziej przerażające jest to, że to może stanowić wzór dla kogoś.
Zdecydowanie muszę trzymać moje przyszłe dzieci z dala od tych książek. Ups: ksionrzek.

Eragon dotknął zwoju palcem.
- Powiedz mi zatem, skąd tak wiele papierów? Czy zostałeś pisarzem?
Lepiej, by niektórzy ludzie nie zostawali pisarzami.

Eragon pociągnął łyk herbaty.
- Po bitwie na Płonących Równinach obiecałem opowiedzieć ci (Jeodowi), jak zginał Brom. Dlatego przyszedłem.
W zeszłym tomie Jeod dokładnie o tym opowiedział Roranowi. -.-"

Przesunął palcem po uszku kubka.
Porcelanowego.
Z owieczką Sheep.
I grającego ,,sto lat", jak się go podniesie.

Chociaż obawiam się, że gdy ludzie odkryją jego grób, nie zawahają się go rozbić, by zdobyć diamenty.
- Jeśli to zrobią, pożałują - wymamrotał Eragon.
Zapewne już dawno to zrobili. :] Zakładając, że udało im się pokruszyć diament...

- Pomyślmy zatem. - Jeod zastanawiał się chwilę. - (Morzan) Był wysoki, barczysty, włosy miał ciemne jak krucze pióra, a jego oczy miały różną barwę. Jedno było niebieskie, drugie czarne. Nie nosił brody, brakowało mu też koniuszka jednego palca, zapomniałem którego. Był wielce urodziwy, na swój okrutny, wyniosły sposób, a gdy przemawiał, przyciągał uwagę wszystkich. Zbroję miał zawsze wypolerowaną, nieważne czy kolczugę, czy płytową, jakby nie lękał się, że wypatrzą go wrogowie. I pewnie w istocie tak było. Kiedy się śmiał, wyglądał, jakby cierpiał.
No pewnie, ktoś taki może być tylko ojcem Erasia.
A jego mamusia zowie się Selena. Szkoda, że nie Dorcas. ^^

- A jego towarzyszka, kobieta Selena? Ją także poznałeś? Jeod się roześmiał.
- Gdybym poznał, nie byłoby mnie tu dzisiaj. Morzan mógł być wspaniałym szermierzem, potężnym magiem i zdrajcą, ale to ta kobieta budziła lęk w sercach ludzi. Morzan wykorzystywał ją wyłącznie w misjach tak odrażających, trudnych bądź tajnych, że nikt inny nie zgodziłby się ich podjąć. Była jego Czarną Ręką i jej obecność zawsze zwiastowała zbliżającą się śmierć, tortury albo zdradę.
Eragonowi zrobiło się niedobrze, gdy usłyszał taki opis jego matki.
Jeszcze dwa tomy temu opowiadano o niej jako biednej kobiecinie w cieniu okrutnego męża. Skoro obrosła TAKĄ legendą, nie wierzę w ,,różne wersje zdarzeń".
A moja mamusia jest zabujcom!

- Powiadano, że gdy zgłosiła się na służbę u Morzana, ten poddał ją próbie, ucząc słowa „uzdrawiać” w pradawnej mowie - znała się bowiem nie tylko na walce, ale też na zaklęciach - a potem postawił naprzeciw dwunastu najlepszych szermierzy.
- Jak ich pokonała?
- Uleczyła ich z lęku, nienawiści i wszystkiego, co każe człowiekowi zabijać. A potem, gdy stali, szczerząc się do siebie jak kretyni, podeszła do nich i kolejno poderżnęła im gardła...
Jak dla mnie te uczucia nie są czymś, z czego się można ,,wyleczyć". W ogóle z uczuć nie da się wyleczyć. A już na pewno pozbawienie człowieka złych uczuć nie uczyni z niego śliniącego się debila. Idiotyzm. -.-"
Ale mhrocznie i błyskotliwie brzmi... *na powykrzywianym drzewie zakrakali krucy*

Książki powinny trafiać tam, gdzie najbardziej je docenią, nie tkwić nieczytane, zakurzone na zapomnianych półkach. Zgodzisz się ze mną?
*patrzy na opasły tom ,,Erasia", który trzyma w ręku* *wrzuca książkę do pieca*
*patrzy, czy się równo pali*

- A jeśli chodzi o dar dla ciebie - powiedział Eragon - to nie pochodzi ode mnie, lecz od Saphiry. Zgodziła się i będziesz mógł na niej polecieć, gdy znajdziesz parę wolnych godzin.
Dla mnie byłoby to cokolwiek dziwne, gdybym pozwalała wszystkim jeździć na moim przyjacielu.
*wybuchła śmiechem od nadmiaru skojarzeń*
No co...?

- Jakiego miecza szukasz? - spytał. - Ten twój Zar’roc był jednoręczny, jeśli dobrze pamiętam. Miał ostrze szerokie na dwa kciuki - no, dwa moje kciuki
Wyobraziłam sobie Erasia próbującego utrzymać miecz o szerokości ludzkiego uda. Tyle wychodzi na dwa kciuki.
Chodziło o kciuka mierzonego w drugą stronę...
Tak? *odwraca linijkę, marszczy czoło* Od tej strony ma tyle samo. ^^
No dobra, a jeśli chodzi o szerokość kciuka, to co to był za miecz? Rapier?


- Klingi elfów zwykle bywają cieńsze i lżejsze niż nasze bądź krasnoludzkie. Sprawiają to zaklęcia wplecione w stal. Gdybyśmy wykuwali równie delikatne miecze, wytrzymywałyby w bitwie zaledwie minutę, a potem gięłyby się, pękały bądź wyszczerbiały tak mocno, że nie dałoby się przekroić nimi nawet sera. - Wzrok Fredrica pomknął ku Blódhgarmowi. - Zgadza się, elfie?
- Jak mówisz, człowieku - odparł z doskonałą modulacją Blódhgarm.
To po co takie w ogóle wykuwać?
No jak to po co? Dla szpanu. Przecież to elfy. A wszystko, co elfie, jest piękne, co nie znaczy, że użyteczne. ^^

Potrzebne ci dzieło krasnoludów. Ich kowale są najlepsi, oczywiście oprócz elfów.
Khem.

Co za dziwna myśl. Dziwne, że Roran się żeni
*śpiewa* Rudy! Rudy się żeeeni!
A potem tylko koko dżambo i noc poślubna!

Roran żonaty. Na samą myśl czuję się staro. Nawet my, jeszcze niedawno chłopcy, nie unikamy nieubłaganego upływu czasu. Tak właśnie mijają pokolenia i wkrótce nadejdzie nasza kolej, by posłać dzieci w świat, aby mogły uczynić to co do nich należy.
Sama myśl o tym, że Eragon mógłby mieć dzieci wydaje mi się przerażająca.

- A, Eragon - rzuciła Elain. - Miałam nadzieję, że się zjawisz. (...) Wciąż trzeba zagnieść ciasto na dwadzieścia bochnów chleba. Zajmiesz się tym?
Ja pierwsze słyszę, by ktoś uchodzący za najważniejszą personę w średniowiecznym kraju tak po prostu sobie ugniatał ciasto z plebsem.
Eraś musi spróbować wszystkiego. Z surowym ciastem włącznie.

Z donośnym przekleństwem Roran chwycił uprząż pierwszego muła i zaczął ciągnąć zwierzęta na bok. Widok ten rozbawił Eragona - nigdy jeszcze nie widział kuzyna tak zniecierpliwionego i poirytowanego.
- Potężny wojownik denerwuje się przed swym podbojem - zauważyła Isold, jedna z sześciu kobiet obok Eragona. Cała grupa wybuchnęła śmiechem.
- Może - odparła Birgit, mieszając wodę z mąką - martwi się, że jego miecz zegnie się w boju.
Bosche, jakie seksualne podteksty tu padają!
Niedługo to się zacznie samo analizować.

Sprośne dowcipy należały do tradycji na ślubach
Tylko na ślubach?
Wszystko musi tu mieć jakieś wytłumaczenie, nawet jeśli ze słowem ,,racjonalny" ma wspólną tylko literkę ,,a".

Eragon przejrzał zaklęcia ochronne, umieszczone wokół niego, Saphiry, Nasuady, Aryi i Rorana. Wszystkie wydawały się w porządku.
Firewall aktywny.

Eragon już przyglądał się ich wrogom. Około dwóch mil dalej pięć smukłych, czarnych jak smoła łodzi dobiło do bliższego brzegu rzeki Jiet. Wyroiła się z nich grupa mężów odzianych w mundury armii Galbatorixa.
I to w dniu ślubu...
Mówiłam, że Galb dokona wszelkich starań, by się on nie odbył. xD

(tytuł rozdziału) Ogień na niebie
*nuci* Jak statki na niebie...
*wyje* Piękne jak smoczek... Uuuu-uuu... ...pod pełnymi żaglami!
Jak Eraś w galopie...
Uuuu-uuu... ...z rozpalonymi lędźwiami!
Ej, wróć. Co ty klicisz? To Roran miał ogień w lędźwiach.
Póki co to raczej kto inny... *patrzy na niebo*

- Każ dwustu miecznikom i stu włócznikom pomaszerować za nimi. Niech pięćdziesięciu łuczników ustawi się siedemdziesiąt, osiemdziesiąt jardów od pola walki. Chcę zmiażdżyć tych żołnierzy, Jórmundurze, zmieść ich, zniszczyć bez śladu. Ci ludzie muszą pojąć, że nie ustąpimy ani cala.
Tak mówiąc, wręczyła Jórmundurowi linijkę i cyrkiel.

Podczas walki króla Orrina z żołnierzami Cierń wznosił się coraz wyżej i wyżej. Teraz jednak zawisł bez ruchu na niebie, w połowie drogi między walczącymi i obozem, i wzmocniony magią głos Murtagha odbił się echem po całej równinie
SONORUS!
*zirytowana macha różdżką* Silencio!

- Eragonie! Widzę cię tam, ukrytego za spódnicą Nasuady.
- Odwal się! - odwrzasnął Eragon. - I tak ci nie oddam tego lizaka!

- Bądź ostrożny, Eragonie - odparła także w pradawnej mowie. - Nie chcę, by Murtagh cię pobił.
- Spoko-loko, przylutuję mu z liścia, wyklepię mu maskę i nie ma chuja we wsi.

-...dowiedziałem się, że jeśli twoja osobowość się zmieni, to samo stanie się z prawdziwym imieniem w pradawnej mowie. To, kim jesteś, nie jest wyryte w kamieniu, Murtaghu! Jeśli wraz z Cierniem uda wam się zmienić coś w was samych, przysięgi przestaną was wiązać i Galbatorix straci nad wami władzę.
To brzmi zbyt prosto.
Spokojnie, już Pałolini wymyśli coś błyskotliwego.
Już wymyślił...
Spomiędzy zębów Saphiry trysnął płomień, Eragon zdusił w sobie podobnie gwałtowną reakcję.
Znaczy co, rzygnąłby na nich?

Galbatorix nie ucieszyłby się, gdyby, używając magii, Murtagh wzbudził w tobie panikę i w efekcie doprowadził do śmierci twojej bądź Ciernia czyjego samego.
Czy ja dobrze rozumiem? Gdyby Murtaś rzucił zaklęcie, Eraś i Saphira, uczeni i używający magii, zdechliby ze strachu?
Ja nie pojmaju.

Cierń i Saphira zderzyli się - Eragon miał wrażenie, jakby smoczyca wpadła na zbocze góry. Siła uderzenia rzuciła go naprzód, uderzył hełmem o sterczący z szyi szpikulec, wgniatając grubą stal.
Żałowałeś kasy na airbagi to teraz masz.

W miejscu, gdzie Zar roc wbił kolczugę w ciało, na skórze pozostała plama wielkości pięści. W jej środku widniała cienka czerwona linia długa na dwa cale, tu klinga wbiła się w ciało.
No coś ty? A ja myślałam, ze przez ucho przeszło.

Nad równiną rozległ się wzmocniony głos Murtagha: - Nie myślcie, że wygraliście, Eragonie, Saphiro! Przyrzekam, że znów się spotkamy, a wówczas Cierń i ja pokonamy was, bo będziemy jeszcze silniejsi niż teraz!
Zespół eR znowu błysnąąął...!