Czarne owce literatury czyli analizy ZŁYCH książek: Cudowne dziecko, czyli opowieść o Michali... tfu, Meihnie, część 8

środa, 25 lipca 2012

Cudowne dziecko, czyli opowieść o Michali... tfu, Meihnie, część 8

Przepraszamy za drobne opóźnienie i już pędzimy z następną częścią przygód Meihny. Biorąc pod uwagę, że zostało nam jeszcze 160 stron, z ostrożnego rachunku wychodzi, że partów wyjdzie jeszcze tak ze cztery, pięć. Być może jest to najwyższy czas, by rzucić się na coś nowego... Ale naprawdę bardzo, bardzo, BARDZO nie chcemy czytać znowu "Achai" i nie spieszy nam się z analizą. :( Popatrzcie tylko, z Meihną jest całkiem wesolutko:





Nagle usłyszała krzyk, który wyrwał się z czyjegoś gardła zduszonym: „Meihna!!!”. (...) Dziewczyna bez namysłu zwróciła konia i popędziła do miejsca, gdzie spłoszony koń Liaama usilnie próbował zerwać sznur, którym przywiązany był do drzewa.
Na jego miejscu robiłabym to samo. Ta miurwa ma w głębokim poważaniu kondycję i zdrowie stworzeń, na których jeździ, ważne tylko, żeby JEJ koń był biały (a jest).

Nagle stanęła.
Na koniu.


Przed nim [Liaamem] stał na tylnych łapach niedźwiedź, zbyt duży jednak na niedźwiedzia, przypominający raczej wielkiego drapieżnego słonia.
Bo uwierzę, że Meihna wie, jakich rozmiarów jest standardowy niedźwiedź. Zresztą jakie to ma znaczenie, to wyolbrzymienie nie ma żadnego celu ani fabularnego sensu, ma tylko dodać heroizmu naszej dzielnej królewnie, która zaraz przegoni misia na cztery wiatry.

Liaam, spostrzegłszy Meihnę, zatrzymał ją ostrzegawczo ręką.
— Stój, nie podchodź! To bestia, demon, nie zwierzę!
Dziewczyna westchnęła.
— Zostaw go — powiedziała spokojnie. — Z mojego doświadczenia wynika, że stwory takie jak ten nie lubią, gdy wymachuje się do nich bronią. Bez niej nic ci nie zrobi, uwierz mi. Wiem, co mówię.
Lecz gdy tylko Meihna odwróciła się, chcąc odejść bez walki, jak zrobiła to, napotkawszy w lesie dzika, niedźwiedź runął na nią niczym szalony wojownik, rycząc i wcale nie chcąc puścić jej wolno.
O, niespodziewanie zaczynam lubić tę książkę. ^^

Wtedy dziewczyna odwróciła się błyskawicznie, wyrywając z białych ze strachu palców Liaama miecz, i wycelowała nim prosto w brzuch zwierzęcia...
Okej, przeszło mi... Zacznijmy od tego, że nigdzie nie zostało wspomniane, by zsiadła z konia. Ani że Liaam stoi tuż obok niej, bo tylko w takim położeniu mogłaby mu tak szybko zabrać miecz i wycelować w niedźwiedzia, który również stoi obok i rzuca się na nią całym ciałem. A głupoty tej sceny jeszcze się nie wyczerpały, czytajcie dalej.

wycelowała nim prosto w brzuch zwierzęcia... Ledwie to zrobiła, oślepił ją dochodzący nie wiadomo skąd snop światła, zmuszając ją tym samym do osłonięcia oczu rękoma. Gdy światło ustało, a Meihna znów mogła swobodnie patrzeć, ku swemu zdziwieniu nie zobaczyła już niedźwiedzia, a jedynie bladego ze strachu Liaama.
Nope! Just Chuck Testa (stare i suche, wiemy).

Tak więc wielki niedźwiedź zamienił się w Liaama i oboje teraz kłócą się, który jest prawdziwym Liaamem, a biedna Meihna nie wie, któremu pozwolić zaszlachtować drugiego.

Jednorożec, który stanął teraz obok niej, nasrożył się, fukając nieufnie na obydwu chłopców.
Drugi już raz próbuję sobie wyobrazić jednorożca – tutaj połączenie kozy z koniem – który się stroszy i fuka i mi to nie wychodzi.
Może to jest taki bardziej kotorożec niż jednorożec?




I w tym momencie przyszło jej do głowy jedyne słuszne rozwiązanie. Powoli zaczęła wyobrażać sobie, jak jej ciało zmienia się stopniowo w ciało Liaama, jak jej sylwetka wydłuża się, ręce i nogi nabierają mięśni. Gdy wreszcie otwarła oczy, chłopak stojący przed nią wydał z siebie coś na kształt odgłosu skrajnego zdumienia i przerażenia, tak szczerego, że bez zastanowienia zamachnęła się i wbiła miecz prosto w klatkę piersiową tej drugiej, stojącej za nią postaci...
Słodka, skromna, miła, delikatna jak mimoza, mordująca z zimną krwią...

— Zabiłaś mnie! — wyszeptał.
Dziewczyna nie mogła wyksztusić słowa. Jak mogła się tak pomylić? Była pewna, że... — Ale jeśli zabijesz demona, ja przeżyję! Zrób to, nie chcę umrzeć!
Księżniczka spojrzała na postać stojącą za nimi. Chłopak wciąż wpatrzony był w Meihnę, a właściwie w Liaama, którego wygląd przybrała, a jego twarz wygięta była grymasem niedowierzania.
— Ale potem zamienisz się znów w siebie, prawda? — spytał z nadzieją.
To najbardziej idiotyczny tekst, jaki mógł w tej chwili wygłosić. Demon czy cokolwiek, którego Meihna właśnie przebiła mieczem wciąż próbuje udawać, że to on jest prawdziwym Liaamem i wcale nieźle mu to wychodzi, a on co, tak po prostu sobie stoi i nie próbuje przekonać Meihny, że ten na ziemi kłamie? Przecież gdyby ta idiotka uwierzyła, mogłaby zabić i prawdziwego Liaama, widzimy, że byłaby do tego zdolna.
Ale tak się, oczywiście, nie dzieje, bo ten idiotyczny komentarz Liaama jest właśnie tym, dzięki czemu Meihna ostatecznie rozpoznała w nim prawdziwego chłopaka. Gdy zdaje sobie z tego sprawę, demon znika bez śladu włącznie z plamami krwi na mieczu. Wygodne i odpowiednio dramatyczne. Dodatkowo Meihna stanowczo utrzymuje, że nic nie zrobiła, że nie zmieniła wyglądu w czarodziejski sposób, że nie było żadnego niedźwiedzia i generalnie Liaam ma zwidy, bo za dużo zjadł przed snem. Głupie, bezcelowe i sukowate do szpiku kości.

Noc była ciemna, niebo całkiem zakryte ciężkimi chmurami, tak że ani gwiazdy, ani księżyc nie miały szans przebić się przez nie. Rosa oblazła już trawę i liście, szyje i boki koni lepiły się od potu, ich żebra i grzbiety naznaczone były paskudnymi odparzeniami od siodeł i otarciami od popręgów, które zaczęły już krwawić, z ich pysków kapała na ziemię gęsta piana, gdy chrapliwie i z trudem oddychały, a gdyby królewna i jej głupi przydupas raczyli zsiąść z wierzchowców i z boku popatrzeć na ich chód, zauważyliby, że zwierzęta kuleją i znajdują się na skraju wyczerpania.
Tak więc jechali beztrosko na słaniających i potykających się koniach przez ciemny las w środku nocy, radośnie ignorując wszystkie niewidoczne przeszkody, na jakie po drodze wpadali: dołki, wystające korzenie, gałęzie szarpiące im ubrania i włosy oraz pajęczyny, w które wpadali centralnie twarzami.

Meihna lubiła myśleć o księżycu. Lubiła jego pełnię, lubiła nów... Dlatego nie była zachwycona, gdy Liaam, jak zwykle konkretny, zaczął ją namawiać, żeby zatrzymali się na noc.
Nie lza tak na siedząco albo, nie daj Bór, na leżąco o księżycu rozmyślać. Bo jeszcze konia niedostatecznie się zmorduje.

Zastała Liaama ćwiczącego fechtunek mieczem, obierając sobie za przeciwnika duży głaz leżący nad szerokim zielonkawym bagnem.
Jego też całe życie w zamknięciu chowali, że nie rozumie, że z takim „przeciwnikiem” może sobie ten miecz pięknie stępić?

— Masz dobrego przeciwnika — powiedziała, opierając się o drzewo. — Nie rusza się.
Liaam spojrzał na nią z wyrzutem.
— A z kim mam walczyć? Jesteśmy w środku bezludnego lasu, wątpię, czy znajdę tu jakiegoś wroga. Mam oczywiście na myśli człowieka z krwi i kości
Cudnie, teraz chcą ludzi dla ćwiczeń szlachtować. Piękny przykład, piękny.
Ale przecież bandyci to świetny cel do nabijania expa! Pełno ich wszędzie i zawsze są zdelevelowani!

W powietrzu unosił się zapach końskich ciał nagrzanych południowym słońcem. Zwierzęta przebierały ze zniecierpliwieniem nogami, chętne do dalszej wędrówki
Bo koń to taki samochód, tylko że oddychający i ślicznie wyglądający na obrazkach. Wystarczy zatankować od czasu do czasu i może popierdalać całą dobę.
*usilnie stara się nie wybuchnąć*


Zwierzęta przebierały ze zniecierpliwieniem nogami, chętne do dalszej wędrówki, wciąż strzygąc uszami w nasłuchiwaniu czegoś, czego mogłyby się przestraszyć. Bo konie lubią się bać, lubią spłoszyć się nagle na środku łąki, przerażone niebezpiecznym i krwiożerczym zwierzęciem, jakim jest mysz czy skowronek. Podnoszą wtedy łby, rozglądając się szaleńczo zbielałym okiem i zaczynają galopować w kółko, nakręcając z lubością swój własny strach do wymiarów tak olbrzymich, że wydawać by się mogło, iż przeraziło je coś naprawdę strasznego. Kiedy wreszcie stają, rżąc cicho, z podnieceniem, spuszczają głowy i zaczynają skubać spokojnie trawę, jakby nic się nie wydarzyło. Lecz gdy tylko wiatr mocniej zawieje lub świerszcz wyskoczy z zarośli, szczęśliwe zaczynają swą zabawę od początku...
Winky eksplodowała i musiała ją karetka zabrać do szpitala, żeby posklejać jej krwawe, drgające w furii szczątki. Pozwólcie zatem, że podsumuję powyższy akapit. Panna Michalina Olszańska twierdzi, że koniki są piękne, ale głupiutkie, ach, tak rozkosznie głupiutkie, że się boją małego świerszczyka, i tak bardzo się cieszą ze swojej głupkowatości, i brykają radośnie. Wnioskuję zatem, że Miśka całą swoją wiedzę o koniach czerpie stąd: http://blingee.com/blingee/search?query=horse

Liaam zwraca słuszną uwagę na to, że idą szukać pomocy od kogoś, o kim nic nie wiedzą i na dokładkę żył tysiące lat temu, ale Meihna gasi jego rozsądek swoimi pseudomądrościami, którym my, jako czytelnicy Wielkiego Dzieła, mamy przyklaskiwać:

Meihna uśmiechnęła się tajemniczo.
— O tobie też nic nie wiem, a jednak ci ufam. Nie mówię, że na tobie polegam. Mojemu... nauczycielowi też ufałam, a jednak nauczył mnie, że nie mogłam na nim polegać. Ostatecznie zniknął gdzieś w noc tego sztormu czy cokolwiek to było... Już zapewne go nie zobaczę.
Ludzieee... Charlotta z „Księżniczki i żaby” jest bardziej dojrzała!



— Skoro tak bardzo wierzysz w przeznaczenie, dlaczego nie usiądziesz po prostu i nie poczekasz, aż samo do ciebie przyjdzie?
Meihna pokręciła głową.
— Przeznaczenie nie jest jednoznaczne. Zawsze można zmienić je w odpowiednim momencie, ale tego momentu nie można przeoczyć. Boję się, że ja swój przeoczyłam i teraz błądzę bez celu po świecie, w którym i tak nie ma już dla mnie przyszłości...
Sorry, laluniu, ale pierdzielisz. Albo wierzysz w przeznaczenie, albo jego brak. Predestynacja zakłada NIEZMIENNOŚĆ losu, który jest z góry określony, a to oznacza, że niezależnie od podjętych działań stanie się to, co zostało gdzieś tam w górze zapisane. Tak więc ZDECYDUJ SIĘ – w tej i w wielu innych sprawach.

Liaam patrzył na nią z niepokojem. W jej pięknej, smutnej twarzy widział, że wie, co mówi. Naraz przeraziły go jej słowa, i choć sam nie wiedział dlaczego, przeszyło go niczym niewyjaśnione zimno, paraliżujące ciało, wprowadzające myśli w martwicę.
Ot, Meihna to utajony dementor.
OMG, dementor-Mary Sue. To dopiero pomysł na DZIWNE fan fiction.

Zdawała sobie sprawę, że tak naprawdę nie wie dokładnie, jakie niebezpieczeństwo czeka Atlantydę, że swoje zmartwienia opiera na przepowiedni, która przewidziała niegdyś śmierć jej brata i ojca. Wierzyła jej, nie miała wątpliwości, że jest prawdziwa. Już nie...
To w końcu wierzy w jej prawdziwość czy „już nie”? -.-

Dlatego też nie chciała tracić ani chwili na rzeczy bezsensowne, niepotrzebne, miała poczucie, że każdy dzień, każda sekunda jest darowana jej od losu, ale nie dla niej. Dla Atlantydy.
Stawała więc tylko wtedy, gdy było to niezbędnie konieczne
Makijaż, fryzura, te sprawy...

Głośnymi myślami próbowała zagłuszyć chlupot potoku, usilnie odciągała swoją własną uwagę od wody, od rzeki. Nagle ściągnęła wodze, tak że koń stanął na chwilę dęba, i pokłusowała w stronę, z której dochodził ją szum.
Właśnie, zapomniałam z tego wszystkiego o jednej całkiem ważnej kwestii: a Meihna umie jeździć konno? Skoro była chowana pod kloszem w tym swoim podobno patriarchalnym państewku?

— Jestem zmęczona, muszę wziąć kąpiel — powiedziała do Liaama, który spojrzał na nią pytająco, gdy znaleźli się nad rwącym brzegiem. — Odwróć się i popilnuj koni. To potrwa tylko chwilkę.
Chłopak stanął posłusznie tyłem do rzeki, walcząc z przemożną chęcią odwrócenia się, a chęć ta gryzła go i była coraz bardziej nieznośna.
Przedtem zawsze „chłopiec”, teraz nagle „chłopak”. Nadciąga miiiłooość...

Meihna się kąpie, woda jest cudowna, krystaliczna, daje życie, wielokropek, blablabla. Liaam tymczasem liczy liście i udaje, że nie myśli o gołych cyckach Meihny, gdy WTEM!


Zdawało mu się, że widzi chatkę, małą, drewnianą, zarośniętą bluszczem, lecz pomyślał, że to zbyt niemożliwe, by tak daleko od wioski, na całkowitym odludziu stała sobie nagle chatka.
Kto to widział, żeby w lesie nad rzeczką ktoś MIESZKAŁ, pfff.

Nie chciał zbliżać się zanadto, tylko tak, by przekonać się, czy to, co widział, rzeczywiście było chatką, czy może tylko stumetrowym apartamentowcem.

Nie pomogło poczucie, że zostawił Meihnę samą! Jedyne, czego teraz chciał, to iść, iść przed siebie i zbadać tę dziwną chatę. Teraz już widział dokładnie, że to była chata...
Burdel-chata. Tak sądzę. Cóż innego mogłoby odciągnąć jego myśli od najpiękniejszego dziecięcia ludzkiego, jakim była Meihna?

Meihna wyszła z wody odświeżona i szczęśliwa. Wiatr wysuszył przychylnie jej ciało, miał bowiem dobry dzień i pomyślał sobie: a, co mi tam, ładna, zgrabna, zaokrąglona po wakacjach – wysuszę, niech ma.

Wstała więc i rozejrzała się dokoła. Jednorożec stanął obok niej, nasłuchując i węsząc uważnie, po czym ruszył w stronę, w którą poszedł Liaam.
Ten jednorożec to jakaś szkaradna hybryda! Kozioł, koń, kot i pies? Atlantyda to nie jakaś utopijna wysepka szczęśliwości tylko wyspa doktora Moreau!

Kiedy ujrzała porośniętą bluszczem chatkę, zatrzymała się gwałtownie, patrząc na nią nieufnie. Na wszelki wypadek wzięła do ręki leżącą obok niej dużą gałąź i zaczęła skradać się ku domkowi.
Gdyby chata wykazała wrogie nastawienie, Meihna mogłaby się na nią rzucić i okładając okiennice patykiem, krzyczeć: GIIIŃ, ARCHITEKTONICZNA ABOMINACJO!

Meihna nie bała się niedźwiedzia, właściwie nigdy nie bała się zwierząt. Wyjątkiem był dzik, jego naprawdę się przeraziła. Ale gdy zobaczyła w lesie Liaama, stojącego z wyciągniętym mieczem naprzeciwko niedźwiedzia, wiedziała, że jeśli nie zechcą go zabić, to i on nie zrobi im krzywdy... Myliła się, ale z początku tak właśnie sądziła.
I mimo tego, że się myliła, miała absolutną rację.


Teraz była w innej sytuacji. Nie wiedziała, jakie moce uwięziły ją w tym strasznym domu ani co zechcą z nią zrobić.
Oj, już ja bym wiedziała, co jej zrobić... *szuka kluczy do sali tortur*
Nie! Brzydka Winky, zła Winky! Wara od mojego sex-roomu, nie sprowadzać mi tam niestabilnych psychicznie Mary Sue!

W środku napada na nią stara, siwa wiedźma. Meihna swoim zwyczajem wpada w panikę i ucieka, ale starucha dziwnym trafem ciągle siedzi jej na ogonie. Więc najpierw Meihna zamienia się w sarnę, ale wiedźma w wilka, potem w skowronka, ale wiedźma w jastrzębia, aż w końcu Meihna wpada do rzeki i zmienia się w łososia. I nagle ni z gruchy ni z pietruchy w środku tego ciągnącego się już trzecią stronę akapitu ciągłej akcji pojawia się moment na Natchnione Przemyślenia:

Dziewczyna rozumiała, dlaczego ludzie nazywają łososie królami ryb. Tylko król miał tyle siły, by przeciwstawić się prądom, wodospadom i wszystkiemu, co płynęło z naprzeciwka. Meihna wiedziała, że jeśli nie stawi czoła przeciwieństwom losu, jeśli nie zmierzy się z niebezpieczeństwami i tymi, którzy chcą jej zaszkodzić, nigdy nie powróci do miejsca, w którym się urodziła. Musi być łososiem...
*parsk* Wyobrażam sobie Rafikiego krzyczącego do Simby: bądź odważny, bądź łososiem!
Lubię łososia. Łosoś to bardzo smaczna ryba.

ujrzała Jednorożca galopującego bojowo w stronę wiedźmy. Niczym mieczem ubódł ją swoim ostrym rogiem, wytrącając jej z ręki szamoczącą się rybę. Meihna wpadła z powrotem do wody i tam, złapawszy oddech, zamieniła się w dziewczynę. Korzystając z sytuacji, że starucha, zwijając się z bólu, nie patrzy na nią, złapała Jednorożca i pobiegła z nim do lasu.
Okej, nawet przyjmując, że temu jednorożcowi bliżej do kozy niż konia, chciałabym zobaczyć naszą słodką trzpiotkę biegnącą przez las ze zwierzęciem ważącym bez mała 60kg na rękach.

Nagle podskoczyła jak oparzona.
— A gdzie Liaam?! — krzyknęła, oddychając szybko. (...) Wiedziała, że nie zostawi Liaama na pastwę szalonej wiedźmy, nawet jeśli mało prawdopodobne jest, że chłopak jeszcze żyje. Zapłakała więc nad swoim strachem i wróciła do chaty.
Zapłakała Samotną, Kryształową Łzą?
Perłową, ona wyżej ceni perełki.

Pchnęła mocno drzwi i natychmiast uskoczyła w bok, na wypadek gdyby wiedźma już na nią czekała i zechciała przywitać nożem czy strzałą. Nic jednak się nie wydarzyło i Meihna weszła cicho do środka. Na podłodze związany i nieprzytomny leżał Liaam.
Czemu nie widziała go wcześniej?
Bo pozbawiłoby to nas emocjonującej sceny akcji oraz – co ważniejsze – Rzyciowej Mondrości o odwadze łososia.

On jednak leżał wciąż nieprzytomnie i niemożliwe było, by sam się ocknął. Meihna zaczęła go więc lekko trącać, potem mocniej, aż w końcu trzęsła nim, krzycząc, by się obudził.
Dżizas, tu zaraz do rękoczynów dojdzie!
Meihna ma dziwne pojęcie na temat pierwszej pomocy.
Tak to jest, jak się nie uważa na PO i zamiast wkuwać rodzaje gaśnic, pisze się jakieś pierdołowate opowiadanka!

— Czego od nas chcesz?!
— Ja?! — Starucha zarechotała. — Czy to nie wy wkradliście się na moje terytorium, panno... Meihno?
Księżniczka zbladła. Skąd ta wiedźma wie, kim jest? Starucha wyglądała na rozbawioną.
— O, tak! Wiem o tobie wszystko. Tak. Moja przewaga nad wami polega na tym, że ja wiem o was wszystko, a wy o sobie nawzajem nie wiecie nic! O, tak!
— I niech tak zostanie! — wycedziła z naciskiem Meihna.
Nie ogarniam tej przewagi. Wręcz ciśnie mi się na usta: no i co z tego...? Tym bardziej, że wiedźma odpowiada:
— O, tak, tak zostanie. Moja przewaga jest przewagą wtedy, gdy ją mam, nie sądzisz?
To trochę tak, jakby Dath Vader sobie pomyślał: e, nie powiem Luke’owi, że jestem jego ojcem, sensu to nie ma, ale będzie śmiesznie, jak się hajtnie z własną siostrą, hjohjohjo.

— O! — Wiedźma znów zarechotała. — Pewnie myślisz, że was zjem. Tak, tak myślisz. Ale ja nie zrobię niczego podobnego. Możecie przydać mi się w inny sposób. Zrobicie dla mnie... powiedzmy... kilka rzeczy. Oddacie mi przysługę, a ja puszczę was wolno. Co ty na to?
Co ja na to? O nieee... Kolejne przedłużajło-zapychajło. Wiecie, też kiedyś napisałam „książkę”, w której mnóstwo niezwiązanych ze sobą wydarzeń następowało bardzo szybko po sobie i do niczego nie prowadziły. Opowiadała o przygodach moich, mojej siostry i dwóch kuzynek w świecie Fantazji, miała 100 stron i napisałam ją w wieku 10 lat. Im dłużej czytam te atlantydzkie bzdety, tym większe mam wrażenie, że po małym liftingu miałabym szansę wydać tę swoją opowiastkę, ba, nawet w postaci całej tetralogii, jaką planowałam (dwa i pół tomu skończone, jestem blisko wielkiego sukcesu i sławy).

2 komentarze:

  1. Matko. Więc to jest ten badziew, którym zachwycała się moja dziesięcioletnia kuzynka?
    W czasie czytania "Zmierzchu", czy "Eragona" po prostu się śmiałam. Bo to tak głupio-naiwne bzdurki dla odmóżdżenia, czy też popracowania nad komentarzami na marginesach. Ale TO jest tragicznie, tragiczne. I naprawdę nie chcę wiedzieć co brał ten, kto dopuścił do publikacji tego tForu.
    Analizy są piękne. Bez komentarzy wymiękłabym chyba po pierwszych paru zdaniach. Dziękuję za zrobienie mi dnia <3.
    A teraz poczłapię czytać Sagę o Ludziach Lodu. Równe głupoty czasem występują, ale przynajmniej są sympatyczne.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wtedy dziewczyna odwróciła się błyskawicznie, wyrywając z białych ze strachu palców Liaama miecz, i wycelowała nim prosto w brzuch zwierzęcia... Ledwie to zrobiła, oślepił ją dochodzący nie wiadomo skąd snop światła, zmuszając ją tym samym do osłonięcia oczu rękoma.
    Jak? Dźgnęła się mieczem w oko? Miecz to nie jest patyk, tego się nie robi z drewna tylko metalu!
    W ogóle, to kiedy ona się nauczyła machać mieczem? Co to jest? Arya Stark?

    OdpowiedzUsuń