Czarne owce literatury czyli analizy ZŁYCH książek: sierpnia 2012

wtorek, 28 sierpnia 2012

Całe mnóstwo magicznych stworzeń, czyli "Dziewiąty mag", część 2

Plusem "Dziewiątego maga" jest to, że akcja posuwa się naprzód szybciej niż na Atlantydzie. Minusem - cała reszta. Dziś będziemy mieli okazję poobserwować niezwykłe zwyczaje ludzi z Reystonelandii, pośmiejemy się wraz z Jasiem Fasolą, a także poznamy całą prawdę o elfach.





Dni mijały jeden podobny do drugiego. Praca - dom, praca - dom, co jakis czas kolejna rozprawa rozwodowa... Ariel czasami zastanawiała sie, czy naprawde spotkała Fabiena i fioletowe karły?
A ja się zastanawiam, czy na Ariel przypadkiem nie rzucono zaklęcia zapomnienia?
Widocznie z Fabiena taki czarodziej jak z koziego tyłka instrument muzyczny. Ewentualnie znów do akcji wkracza Imperatyw Ałtoreczkowy i dalsze pytania są zbędne.

Nawet Amanda miała żal do ojca za niestosowne - jak to okreslała - zachowanie. Z Aurora miały cicha umowe, że poobserwuja Ariel, ale nie zauważyły, by sie z kims spotykała. Ich idealny kandydat - Fabien, ten gosc, który ja uratował kilka tygodni temu, przepadł jak kamien w wode, wiec nie drażyły tego tematu. Pewnie faktycznie miał tabuny zadurzonych fanek. Szkoda.
Wybaczcie, ale kompletnie tego nie kupuję. Mamy tu dziesięcioletnią dziewczynkę mającą za przyjaciółkę trzydziestoletnią przyjaciółkę swojej matki (już się gubię, a jeszcze nawet nie wymieniłam tych wszystkich imion na A) i obie bardzo się starają o to, by zeswatać matkę tej pierwszej z superprzystojnym facetem, o którym nie wiedzą NIC poza tym, że jest „piękny”, przy czym dziecko właśnie straciło ojca, z którym matka użera się w sądzie. To jest jeszcze mniej realistyczne od Meihny wpadającej z ogromnej wysokości w „czułe objęcia” rwącej rzeki.

Zakonczył sie rok szkolny. Ariel pomyslała, że czas wysłac Amande na obóz, żeby sie bardziej usamodzielniła.
I żeby bachor nie przeszkadzał matce w byciu Główną Bohaterką.

W powieści co kilka „gwiazdek” mamy serwowane bardzo krótkie przerywniki: jakieś gwałtowne rozkazy, nie wiadomo kto, nie wiadomo do kogo, nie wiadomo dlaczego, bez żadnego najmniejszego opisu, ale widocznie opowieść potrzebowała czegoś „dramatycznego”. Oto przykład:


*
Zostało ich kilku! Zlikwidowac wszystkich! - Czerwone slepia bez zrenic błysneły wsciekle w ciemnosciach i zgasły.
*

Mineło kilka tygodni dodatkowych patroli, wart, szkolenia co bardziej tepych adeptów i dodatkowych zajec na poligonie dla smoków.
Szkolenia tępych zajęć, tak?
Ale głupi ci Rzymianie.

- Marcus! Marcus! - Obudziło go dzikie walenie do drzwi i głos zdenerwowanego Tristana. - Obudz sie, do cholery!
Własnie był po służbie i padł jak nieżywy na łóżko. Jednakże lata służby nauczyły go, że takie walenie w drzwi może byc spowodowane tylko bardzo ważnymi przyczynami.
Marcus, szybko! Fabien dorwał się do ziemskiego kanału dla dorosłych!
Te "spowodowane przyczyny" zgrzytają mi w zębach jak garść piachu...

Okazuje się, że Fabien wrócił z karnych patroli i jest ciężko ranny, poturbowany przez „wyjątkowo agresywnego cyklopa”. Jako że nigdy jeszcze w tej książce nie spotkałam cyklopa, pozostaje mi tylko ziewnąć i mieć nadzieję, że był naprawdę ogromny i urwał temu pięknisiowi głowę.


W głowie Marcusa tłukła sie tylko mysl, jak mocno poraniony jest jego przyjaciel. Pocieszał sie, że co prawda elfy już nie były niesmiertelne, ale odkad skrzyżowały sie z ludzmi - wytrzymałe i szybko sie regenerowały.
Skłonności do chędożenia wszystkiego, co popadnie nie wyszły im na dobre.
Pójdźcie za przykładem Eragona: niech magiczne tatuaże pozamieniają ludzi w elfy. ^^
Efekty mogą być... ciekawe.


Marcus wszedł do pokoju, w którym na magicznym leczniczym łożu spoczywał nagi Fabien.
Mrrry...

Potem każda rane namascił wonna mikstura, a do ampli (w kształcie smoka oczywiscie), która wisiała nad łożem (w kształcie smoka, oczywiście), wsypał jakies ziele (w kształcie smoka, no a jakim niby).

Wszystkie jego zabiegi spowodowały, że rany elfa przestały krwawic i chyba przestały też bolec, bo teraz Fabien usmiechnał sie, a przynajmniej próbował to uczynic opuchnietymi, spieczonymi goraczka ustami. Chciał cos powiedziec, ale Marcus uciszył przyjaciela gestem.
Położył mu paluszek na zmysłowych wargach... Kurcze, wydawało mi się, że to będzie kolejny paranormal-trójkącik, a tu póki co mamy same yaoice.
Jedno nie wyklucza drugiego. Wszystko przed nami. ^^

Potem odprowadził czarodzieja na bok i wypytał o zdrowie przyjaciela. Od niego dowiedział sie, że Fabien miał pecha, bo jego pegaz został raniony w skrzydło i elf spadł prosto w łapy wsciekłego cyklopa. Podobno cudem uratował sie, dobywajac buzdyganu, którym poobcinał poteżne paluchy bestii i oslepił jedyne oko. Na szczescie cała akcje widzieli inni oficerowie i jeden z nich odwiózł rannego na swoim pegazie do koszar.
Patrzeć patrzeli, ale żeby pomóc, to ni.
Bo by im się fryzury zwichrzyły! Albo co gorsza – mogli zostać ranni i ich nieskazitelne skóry pokryłyby się *gulp* BLIZNAMI!

[Zorian] Wychodzac, zatrzymał sie chwile w drzwiach i spojrzał przenikliwie na Marcusa. „Wiec od ciebie zależy nasz los? Mam nadzieje, że Fabien sie nie myli, bo inaczej niech Wielki Xaviere ma nas w swojej opiece" - powiedział telepatycznie.
Nawet bogowie mają takie jakieś... kiczowate imiona. Jak dzieci Wiśniewskiego, no dosłownie. Fabienne, Xavier, jeszcze tylko Etienette nie było.
Ja tam się cieszę, że nie Renesmee.

Z powodu ran Fabiena, Marcus zostaje wyznaczony na zastępstwo i otrzymuje misję sprowadzenia ze świata ludzi kogoś, kto by się znał na smokach, które są coraz słabsze.

- Słuchaj, Marcus, ta osoba to nasz ostatni kandydat. Wszystko w twoich rekach, wiec nie spieprz tego, dobra? I uważaj, ostatnim razem napadły na niego nacpane krasnoludy... – powiedział elf resztka sił.
Ostatni kandydat, który został już skreślony, bo nie uwierzył w to wszystko, czego był świadkiem. Czy naprawdę na caluteńkim świecie nie znalazł się ani jeden weterynarz-miłośnik fantastyki, który posikałby się ze szczęścia, gdyby mu powiedzieć, że musi udać się do innego świata, by leczyć smoki? Nawiasem mówiąc, skoro mają tam takich medyków, że w kilka sekund są w stanie wyleczyć ciężkie rany, i skoro smoki są na takim samym poziomie intelektualnym, co ludzie, jak to możliwe, że nie mają tam lekarzy znających się na smokach czy zwierzętach ogólnie? Co do tej pory robili ze smokami, które się zraniły, dobijali? To nie dziwota, że mają ich coraz mniej. -.-”

- Spoko, stary. Znajde goscia i przywloke go tu chocby za kudły. A po drodze bede ochraniac jak zgniłe jajo przed stłuczka - pocieszył go Marcus, ale efekt osiagnał odwrotny
To cytuję tylko po to, by pokazać nieporadność pisarską autorki. I tak, na końcu zdania nie ma kropki.

- Nie, nie! Kandydat musi dotrzec do nas dobrowolnie! Musisz go przekonac, to podstawowy warunek! Własnie dlatego Zorian miał watpliwosci co do ciebie... (...)
- Słuchaj - zaczał Marcus - jestem miłym gosciem, umiem sie dogadac z każdym facetem.
Ale nie podejrzewasz, że twój kandydat to tak naprawdę dziewczyna, łohihihi! Ale Fabien ci nie powie, bo inaczej nie miałbyś niespodzianki, a my nie mielibyśmy przezabawnej sceny, gdy zdajesz sobie z tego sprawę!
Nie wątpimy, że z facetem by się dogadał... To tylko my i nasze spaczone umysły, czy tu naprawdę jest tyle gejowskich podtekstów, że głowa mała?
Jeśli są, to chyba niezamierzone. Ale jakby na to spojrzeć... Cała armia zabójczo pięknych elfów zamkniętych w koszarach i ani jednej elfki – a przynajmniej my jako czytelnicy jeszcze żadnej nie spotkaliśmy... Coś musi być na rzeczy.

- Tu masz namiary, gdzie pracuje, a tu, gdzie mieszka, i Marcus... badz uprzejmy... to naprawde miła osoba – poprosił cicho Fabien.
- Okej, elfie.
Muszę mówić, jak bardzo nienaturalnie to brzmi? Czy w otoczeniu autorki znajomi mówią do siebie per „człowieku”, „ludziu” etc.? Już pomijam fakt, że to są wyszkoleni oficerowie trenujący smoki, mówiący do siebie „okej”, „spoko” i tak dalej.

Fabien leżał chwile, odpoczywajac. Wiedział, że tylko Marcusowi może zaufac. Miał jednak wrażenie, że o czyms zapomniał mu powiedziec. Hmm... co to mogło byc? Zastanawiał sie tak kilka minut. Zmuszał obolała głowe do wysiłku, bo czuł, że informacja jest istotna. Zaraz, powiedział Marcusowi jak wejsc i wyjsc ze swiata równoległego. Jak sie ubrac, żeby nie wygladac dziwacznie. Kto i dlaczego jest celem. Że ma zachecic Ariel do dobrowolnego przejscia do ich swiata i gdzie ja zaprowadzic, jak już tu dotra. Ale czy powiedział, że Ariel... jest kobietą? Cholera jasna!
O co te nerwy? Marcus to seryjny gwałciciel czy co?
Nope, but it’s sooo hilarious!
By the way, jak na mój gust to te rozkazy powinien dostać bezpośrednio od GENERAŁA, a nie kumpla leżącego w gorączce w szpitalu. Ups, w „bungalowie medycznym”.

- Filip!
Natychmiast zjawił sie chochlik pomagajacy mag-medykowi, który opiekował sie Fabienem, a jako obłożony klatwa milczenia mógł przysłuchiwac sie całej rozmowie oficerów.
Nie, żeby nie mógł tych supertajnych informacji przekazać komuś listownie albo na migi.
Klątwa milczenia na MEDYKA? Dlaczego? Jak ktoś taki może wołać o pomoc, przyniesienie narzędzi czy coś takiego? Wyobrażanie sobie kompletnie niemą załogę ostrego dyżuru? Toż to jakaś paranoja!
Jak te elfy są takie durne, to nic dziwnego, że im armia wymiera.

- Jasna cholera! Gon za Marcusem, może go jeszcze złapiesz i mu to przekażesz! – nakazał elf. - To bardzo ważne!
Mały chochlik pomknał ile sił w nogach, ale po chwili wrócił i oznajmił bardzo uprzejmie:
- Pan Marcus jest już po drugiej stronie. Nie udało mi sie go dogonic. - Znowu skłonił sie nisko.
Fabien westchnał cieżko:
- Przeczuwam kłopoty, Filipie, i to ogromne...
Marcus to gwałciciel. Innego wytłumaczenia dla tej paniki nie widzę. Cnoto Ariel Ogden, zostałaś ostrzeżona.
Cnoto jak cnoto, córkę już ma...
Ojtam, ojtam.

Fragment „sciany" w krzakach, blisko ławki z porecza wyrzezbiona na kształt smoczej głowy, uchylił sie i Marcus wyjrzał zza niego - po czesci by sprawdzic, czy przejscie jest bezpieczne, po czesci ze zwykłej ciekawosci. W przeciwienstwie do Fabiena jeszcze nigdy nie był w swiecie alternatywnym, wiedział tylko, że istnieje. Zreszta dopiero niedawno został przeszkolony na strażnika portalu i nie zdażył do tej pory skorzystac z tego praktycznie.
Jest strażnikiem portalu, ale nie wie, jak przez takowy przechodzić i musi mu o tym mówić ranny kumpel. Zaraz się dowiemy, że jest oficerem, ale jeszcze nie latał na pegazie albo że jest trenerem smoków, tylko tak jakoś nie miał okazji żadnego szkolić.

A teraz miał odnalezc faceta imieniem Ariel Odgeon (phi! co to za imie dla meżczyzny?)
Żydowskie. O wiele ładniejsze od tych wszystkich Fabienów, Xavierów i innych cudactw.

Musiał jednak goscia troche poobserwowac, żeby wiedziec, jakie ma słabe punkty. Z taktycznego punktu widzenia - a był przecież oficerem - należało rozpoznac teren i wroga.
Zdaje się, że to miała być pokojowa ak...
Milcz! Stalking jest taaaki romantyczny! <3
Jako ofiara takowego z całą stanowczością stwierdzam, że NIE, nie jest.

Poznajemy Croya, który upiera się, by iść z Marcusem. Nie zostaje on określony inaczej niż „przyjaciel”, co zapewne ma kazać nam myśleć, że to kolejny elf, ale całość jest napisana tak niezgrabnie, że to oczywiste, że Croy nie jest elfem – przede wszystkim nie zostaje opisany jako „piękny”. Ze spoilera w pierwszej części analizy już wiecie, że to smok, więc po prostu kontynuujmy.


Z danych, jakie posiadał, wynikało, że ten cały Ariel pracował w szpitalu dla zwierzat.
„To oni lecza zwierzeta? - usmiechnał sie ironicznie pod nosem. - Ciekawe jakie". W jego swiecie takie pojecie jak mag-medyk dla zwierzat w ogóle nie istniało. Leczyc ludzi i elfy, to sie rozumie. Chochlikom lub krasnoludom czasem pomóc, dobrze. Ale zwierzetom? To mu sie nie miesciło w głowie.
Krasnoludom CZASEM pomóc to dobrze. Typowe elfie podejście. ;P O nieleczeniu istot, od których jest uzależnione ich przetrwanie już się wypowiadałam, więc nie będę się powtarzać.
A ja myślałam, że w tym magicznym świecie nie mają ludzi, że za brzydcy są. Coraz mniej ogarniam.

Marcus w osłupieniu obserwuje dziwy tego świata, takie jak chodnik z pasami czy samochody. Ech... Strażnik portalu do drugiego świata, który nic o tym świecie nie wie? Czego oni ich uczą w tych koszarach, manicure’u?!

Znalazł też liste tutejszych zwierzo-mag-medyków z ich godzinami pracy i tym, czym dokładnie sie zajmuja. To go zastanowiło. Jesli w tym swiecie opieka nad zwierzetami była tak rozwinieta, to może faktycznie ten cały Ariel pomoże im przy smokach. A tak w ogóle to czy oni mieli tu smoki?
Dopiero co sam rozkazał swojemu smokowi pozostać w ukryciu, by nikt go nie zobaczył, a więc musiał zdawać sobie sprawę z tego, że tu nie mają smoków. Nie pozostaje mi nic innego, jak rytualnie przyrżnąć kilkakrotnie czołem w blat biurka.

- Pani doktor, ten pan do pani. Mówiła pani, żeby informowac od razu, wiec...
Marcus nabrał głeboko powietrza. Zakreciło mu sie w głowie. Przez chwile miał nadzieje, że to jakas koszmarna pomyłka albo paskudny dowcip. To nie mogła byc prawda!
„Wielkie nieba! - pomyslał oburzony i zdumiony. – Ariel Odgeon! Jestes KOBIETĄ!"
„Wiem! - ktos zniecierpliwiony odpowiedział mu telepatycznie. - Od jakichs trzydziestu pieciu lat! Moi rodzice też byli zaskoczeni i zawiedzeni!"


Ariel wkurzył sam fakt, że znowu ktos przemawia do niej telepatycznie, bo to tylko swiadczyło o jej problemach ze zdrowiem psychicznym i zapowiadało kłopoty. Sapneła. Dobra, tym razem skonczy to tu i teraz. Nie da sie ciagac po jakichs kawiarniach i słuchac bzdur o smokach.
Stwierdzam, że klątwa zapomnienia zamiast na bohaterkę, zadziałała na autorkę.
Myślę, że nie ostatni raz. Konspekty, notatki, czytanie tego, co się napisało – a po co to komu?

Okreciła sie na piecie, żeby wrednie spławic intruza i... zobaczyła najpiekniejsze i najbardziej błekitne oczy, jakie w życiu widziała.
A co z Fabienem? Już zapomniałaś o pięknie Fabiena? Ty żmijo!

Własciciel tych oczu był dosc postawnym meżczyzna lat trzydziestu pieciu, może czterdziestu, z krótko przystrzyżonymi, ciemnymi włosami i taka sama broda. Na nieznajomym jej widok też musiał zrobic wrażenie, bo stał w bezruchu, oddychajac szybko i cieżko niczym sprinter po wyscigu.
Oczywiście, że zrobiła na nim wrażenie. Spodziewał się faceta i romantycznego wieczorku przy świecach, a tu jakieś babsko.

Oboje intensywnie mysleli nad tym, gdzie sie już widzieli, bo że tak było, żadne z nich nie miało watpliwosci!


- Ehm! - odchrzakneła recepcjonistka Kathey, bo sytuacja zaczeła sie robic komiczna, żeby nie powiedziec: niezreczna. - Wiec jak mówiłam, ten pan chciał z pania porozmawiac. Podobno macie wspólnego znajomego. Obydwoje natychmiast odwrócili od siebie wzrok i zamilkli zakłopotani.
Zamilkli po tej niezręcznej chwili wspólnego milczenia.

- Wy dwaj należycie do jakiejs sekty czy co? – zapytała zdenerwowana. - Uparliscie sie, żeby mnie przesladowac? Tak? Nic z tego! Nie dam sobie wciskac kitu o karłach, zakleciach, smokach i swiecie równoległym. Nawet mimo tego że wszystkie te rzeczy widziałam na własne oczy i przez pewien czas byłam całkiem przekonana o ich prawdziwości! A może nie tyle ich, co tamtego przystojniaka, ale muszę być na was wściekła, bo inaczej zepsułabym schemat!

W przeciwienstwie do Fabiena, który był wyjatkowo pieknym meżczyzna, grzecznym, żeby nie powiedziec - czarujacym, w Marcusie cos ja zaniepokoiło. Przy Fabienie czuła spokój i pełnie bezpieczenstwa, mimo że ja wkurzył tymi wstawkami o smokach i magicznym swiecie. Natomiast przy Marcusie - jak w rozpedzonym rollercoasterze, i to w niezapietej uprzeży! Miał w sobie cos, co podnosiło cisnienie, pobudzało krew do życia, przyspieszało bicie serca. Kiedy usłyszała go telepatycznie w klinice, dostała gesiej skórki. A gdy spojrzała w jego błekitne oczy patrzace na nia wnikliwie spod czarnej czupryny, poczuła, że brakuje jej tchu. Stanowczo Marcus Brent BYŁ NIEBEZPIECZNYM człowiekiem!
Nie było nam, czytelnikom, dane tego odczuć, więc należy to topornie objaśnić, by nikt nie miał najmniejszych wątpliwości. Bo z mojego czytelniczego punktu widzenia Marcus jest raczej głupkowaty, nieodpowiedzialny, ale przynajmniej lojalny wobec przyjaciół. Nic z tych rzeczy, o których mówi Ariel.
Bodaj Hemingway twierdził, że jednym z sekretów dobrego pisarstwa jest przedstawianie swoich bohaterów dokładnie tak, jak się ich opisuje. Pani Reystone tego nie czyni.

Ariel się wkurza i mówi, że teraz to ona chce wybrać miejsce na spotkanie, takie, w którym czułaby się bezpiecznie. Mówi Marcusowi, że będzie w aquaparku i odjeżdża. Marcus wyciąga informacje o lokalizacji tegoż od recepcjonistki.
 
Godzine pózniej zaparkowała wóz przed samym wejsciem do aquaparku. (...) Oczywiscie pierwszym, co zobaczyła, jak tylko weszła do holu, były szerokie plecy Marcusa stojacego na galeryjce przed kasami
Oczywiście. Dla wszystkich było to tak oczywiste jak ampułka w kształcie smoka.

Marcus nie może przestać się dziwić, że w aquaparku półnadzy mężczyźni kąpią się razem z kobietami i to tak licznie. Czy oni tam w ogóle uprawiają seks celem, no wiecie, prokreacji? Może elfy faktycznie składają się wyłącznie z homoseksualistów?


- Tłoku? Słonko, teraz ten basen jest prawie pusty.
Też mówię do obcych, śledzących mnie i narzucających mi się mężczyzn „słonko”. To takie normalne i naturalne.

- Mój przyjaciel zapomniał kapielówek - zagaiła Ariel do sprzedawczyni. - Znajda sie jakies, które beda na niego pasowały?
Prawie zemdlał z zażenowania, gdy młoda sprzedawczyni razem z ta medyczka od zwierzat bezwstydnie otaksowały go wzrokiem, dłużej zatrzymujac spojrzenie w okolicy posladków.
Jeśli stał przodem do nich, to chyba jednak nie pośladków...
Skąd możesz wiedzieć, co gdzie mają elfy? Widziałaś jakiegoś?
Nie i im dłużej to czytam tym bardziej jestem przekonana, że nie mam ochoty.

Dziewczyna usmiechneła sie znaczaco do Ariel.
- Hmm, L-ka bedzie nieco za mała, XXL-ka stanowczo za duża. Mysle, że tylko rozmiar XL. O, mam tutaj całkiem niezłe bokserki.
Bokseeerkiii! Wszyscy faceci w opkach nie mają slipów, tylko bokserki – check!
XL? Jak na filigranowego elfa to dupę ma pokaźną. ^^

- Słuchaj, to jest przebieralnia - tłumaczyła mu Ariel jak małemu dziecku. - Tu sie zamykasz od srodka. – Przekreciła gałke i z miejsca sama poczuła sie zakłopotana ta sytuacja.
- Zdejmujesz z siebie wszystkie ciuchy i...
- Wszystkie?... - wychrypiał z przerażeniem Marcus. Był sam na sam w ciasnej przebieralni z kobieta, która mówiła mu, że ma sie rozebrac. I to do naga...
Mujeju, mujeju, toż to się tak nie godzi!
Gdyby nie fakt, że w jego świecie wszyscy mówią językiem tak karykaturalnie współczesnym, próbowałabym powiedzieć coś o innych czasach i kulturze, ale nie, chyba jednak nie...

- Och przestan w koncu z ta pruderia! - zezłosciła sie. - Jak to zrobisz, załóż kapielówki i poczekaj na mnie na korytarzu. Wtedy powiem ci, co dalej, łapiesz?
Pokażę ci, jak to się robi z KOBIETĄ, a nie jakimiś zniewieściałymi spiczastouchymi pięknisiami...

W trakcie przebierania dotarł do niej fragment jego mysli:
„Hmm, przyprowadziła mnie tu, bo sie mnie boi. Tu jest pełno ludzi, a ja bede prawie nagi, bez buzdyganu, praktycznie bezbronny...
Uno momento, to on cały ten czas paradował po mieście w tym całym mundurze i z buzdyganem za pasem? I nie zwróciło to niczyjej uwagi, nawet pani ekspedientki ze sklepiku ze strojami kąpielowymi? Ech, mimo tylu analiz wciąż nie mogę przywyknąć do tak rażącego braku logiki...

Dyskretnie na niego zerkneła. Trzeba przyznac, że kapielówki były dobrane idealnie. Nie chciała przygladac mu sie zbyt natarczywie, żeby nie pogłebiac jego zażenowania. Zrobiła szybki ruch reka w jego kierunku i zobaczyła przerażenie w oczach Marcusa. Chyba sadził, że zamierza wsadzic mu rece do gatek!
Hyyyy...!

Tymczasem ona jednym szarpnieciem zerwała metke smetnie wiszaca przy kapielówkach.
Łeee...

Ariel i Marcus pływają, ona przeprasza za to, jak go potraktowała, zwierzyła się ze swoich wątpliwości, blebleble, nuuudy! Aż tu nagle:


- Skad wiesz o buzdyganie? - zapytał ostro.
- Z twoich mysli - odparła zdumiona. - Myslałes tak tam, w przebieralni...
Marcus patrzył na nia wytrzeszczonymi oczami. Teraz telepatycznie wyczuła jego... strach! Przed nia!
- P-p-potrafisz przełamac obronne zaklecie adger? - wyjakał ze zdumieniem. – To niemożliwe!
Biedny Marcus, jeszcze nie wie, do czego zdolne są Mary Sue...
Nadal nie wiemy, czemu to właśnie Arielka jest taka speshul i zaczyna mnie to powoli drażnić.

Czuła sie bardzo głupio, ale była mu winna to wyznanie. „Czytam w tobie jak w otwartej ksiażce. Wszystkie twoje mysli, uczucia, pragnienia, marzenia sa dla mnie tak oczywiste, że prawie namacalne. W przebieralni nawet nie zauważyłam, że użyłes tej telepatycznej osłony – przyznała niesmiało. - Widze po twojej reakcji, że to zle wchodzic komus do umysłu bez jego pozwolenia, ale uwierz mi, zrobiłam to nieswiadomie..." (...)
Do licha, kim była ta kobieta, że miała TAKIE możliwosci?
Czemu więc tak potężne umiejętności nie ujawniły się wcześniej? Z tego, co mówił Fabien, żeby czytać komuś w myślach, wystarczy że samemu się będzie telepatą. Logikooo! Halooo! Gdzie jesteś?

A teraz, jesli pozwolisz, powiem ci, o co chodzi - zaczał. - W moim swiecie istnieje dziewiec miast. Wszystkie sa połaczone terminalami do szybkiej teleportacji. W osmiu z nich rzadza Naczelni Czarnoksieżnicy. Dziewiate miasto go nie ma. Podobno kiedys sie zjawi, ale kiedy, tego nikt dokładnie nie wie.
To będzie Ariel. Koniec lektury, więcej nie muszę wiedzieć.
Analizuj, leniu śmierdzący. Przed nami jeszcze tyle możliwości na kretyńskie zwroty akcji!
Ale to będzie Ariel. To oczywiste jak...
Analizuj.
To będzie Ariel.
Bo każę ci czytać wszystkie tomy „Achai”.
O Boru, nie! Dobrze, już będę grzeczna, obiecuję!
Ale to i tak będzie Ariel.


- Każde z dziewieciu miast jest otoczone magiczna kopuła ochronna - kontynuował. – Kopuły wymyslono w celu ochrony mieszkanców przed atakami trolli, chimer, cyklopów, wampirów i innych odrażajacych stworzen.
Hydr chaosu, arcyliszy, wiwern, gorgon, minotaurów, czarcich lordów...

Marcus dalej tłumaczy, że kopuły robią się coraz słabsze w miarę tego, jak słabną smoki.


Nie wiem czemu, ale w moim swiecie nie ma magów zajmujacych sie leczeniem smoków
„Nie wiem czemu”. O mój Boru, nie wierzę. „Nie wiem czemu”. Szanowna pani aŁtorko (gratuluję nowego miana), to najbardziej leniwe, najgłupsze i najgorsze z możliwych wyjaśnień. Tym bardziej, że parę stron wcześniej Marcus dziwił się, jak można leczyć psy, więc można to było wytłumaczyć po prostu tym, że mieszkańcy magicznego świata mają taką a nie inną mentalność. To nadal dość kiepskie wyjaśnienie, ale i tak sto razy lepsze od „nie wiem czemu”.

Wszechwidzaca Oriana doradziła radzie Naczelnych Czarnoksieżników wyszukanie kogos w twoim swiecie, kto bedzie sie znał na zwierzetach i kto... bedzie pochodził z rodziny czarnoksieskiej. Zrobiła długa liste kandydatów. Niestety, nie umiem tego wyjasnic, wykruszyli sie i zostałas ty.
Znowu: „nie wiem czemu”, ale zostałaś tylko ty. Nasza speshul Ariel Sue. I wiem, czemu inni się wykruszyli: pozabijał ich ten, który co jakiś czas wykrzykuje po jednym zdaniu między gwiazdkami i jednocześnie ten, który wysłał na Arielkę krasnoludy, ale szczerze mówiąc jego osoba jakoś w ogóle mnie nie obchodzi. Arielka ważniejsza i fokle.
I pochodzi z rodziny czarnoksięskiej. Nasza Arielka jest sierotą – z czego się natychmiast krzykliwie zwierza. Wszystkie schematy w normie, możemy kontynuować.
Aha, nie dowiadujemy się, kim jest „Wszechwiedząca Oriana” i jaką pełni funkcję. Oczywiście.

- Ja? Do twojego swiata? - Ariel wytrzeszczyła oczy. - Oszalałes? Mam tu dziecko, dom, prace. Mam to wszystko zostawic?
- Spokojnie, przecież tu wrócisz - pocieszył ja Marcus. - W moim swiecie czas płynie inaczej. Pobedziesz troche u nas, doradzisz, a potem wrócisz - obiecał. - I nikt nawet nie zauważy, że cie nie było, bo tu upłynie raptem chwila.
Schemaaat...

Ariel stwierdza, że ta rozmowa nie nadaje się do kontynuowania w aquaparku, więc zaprasza Marcusa do siebie na grilla z Aurorą i jej mężem. Przerwa, bo mózg mi się zaczyna lasować...

wtorek, 21 sierpnia 2012

Pofrut smoka, czyli Dziedzictwa księga trzecia, część 5

Matko Borska, w chwili przerwy od robienia cosplayu przypomniało mi się, że dzisiaj wtorek i wypadałoby dać analizę. Lepiej późno niż wcale, bo mam całkowite urwanie dupska. Jeśli ktoś się wybiera na Polcon, rozglądajcie się za Viktorem z League of Legends - to będę ja. A tymczasem kończymy trzeci tom trylogii, która okazała się wcale nie być trylogią, bo Pałolini źle wycenił ilość zapchajdziur, jakimi wypełnił stronice swych książek. Have fun!




WĄTEK ERAGONA

tyuł rozdziału:
Glumra
Nie brzmi to apetycznie.

Głęboko pod Tronjheimem wśród skał otwierała się jaskinia, długa na tysiące stóp. Wzdłuż jednej ze ścian ciągnęło się nieruchome czarne jezioro nieznanej głębokości, wzdłuż drugiej marmurowy brzeg.
Na wysepce pośrodku stała wysoka, łysa postać w czarnych szatach.
- Siet. Odkryli kryjówkę. Avada Kedavra!


- Już wcześniej groziła nam wojna klanów, ale teraz czeka tuż za progiem. Musimy działać szybko, jeśli mamy zapobiec temu strasznemu zagrożeniu. Trzeba znaleźć knurlan, zadać pytania, pogrozić, zaproponować łapówki, dać po lizaku i ukraść zwoje, i to wszystko przed rankiem.

Eragonie, uważaj: lud głębokich tuneli zwykłe unika obcych, są niezwykłe wrażliwi na punkcie swego honoru i mają własne dziwne zwyczaje. Srąpaj ostrożnie
No ale żeby tak od progu się zesrać?
Dobrze chociaż, że ostrożnie.

A potem, wciąż zawodząc, Glumra podniosła się i kiedy na nią patrzył, podeszła do kredensu i położyła lewą dłoń na stolnicy. Nim zdążył ją powstrzymać, chwyciła nóż do mięsa i obcięła pierwszy człon małego palca. (...) Otworzył usta, chcąc spytać, czy ma uzdrowić ranę, jednak zmienił zdanie, wspominając ostrzeżenia Orika przed osobliwymi zwyczajami ludu głębokich tuneli i ich niezwykłym poczuciem humoru.

Krótka retrospekcja na potrzeby komentarza:
Naprzeciw niego Glumra, krasnoludka z rodu Mord, matka Kyistora, zabitego strażnika Eragona, zawodziła, wyrywała sobie włosy i tłukła się w piersi pięściami. Na pulchnej twarzy dwa połyskujące ślady znaczyły szlak spadających łez. (...)
Po minucie Glumra wyprostowała się, odetchnęła głęboko, po czym przemyła kikut palca, posmarowała żółtą maścią i zabandażowała. Z krągłą jak księżyc twarzą, wciąż bladą od szoku, usiadła naprzeciw Eragona.
- Dziękuję ci, Cieniobójco, że sam przyniosłeś mi wieści o losie mego syna. Cieszę się, wiedząc, że zmarł dumną śmiercią, jak przystało wojownikowi.
- Był niezwykle dzielny - odparł Eragon. (...)
Glumra skinęła powoli głową, wbijając wzrok w ziemię. Przygładziła przód sukni.
- Wiesz, kto odpowiada za ten atak na nasz klan, Cieniobójco?
Zaskakująco szybko doszła do siebie.
Bo trzeba być twardym, a nie mientkim! Rozpacz jest dla leszczy.

zaczęła nucić żałobną pieśń w ojczystej mowie. (...) Glumra śpiewała kilkanaście minut, potem umilkła, nadal wpatrując się w posążki, i powoli bruzdy na jej zrozpaczonej twarzy wygładziły się, a tam, gdzie wcześniej Eragon dostrzegał jedynie gniew, szok i brak nadziei, pojawiła się spokojna akceptacja, pogoda i subtelna radość.
To lepsze niż Prozac.

Skąd mam wiedzieć, która religia jest tą prawdziwą, zastanawiał się. Fakt, że ktoś wyznaje daną wiarę, nie oznacza, że to właściwa droga... Może żadna z religii nie obejmuje całej prawdy tego świata. Może każda religia kryje w sobie fragmenty prawdy, a my mamy obowiązek rozpoznać je i złączyć w jedną całość? A może elfy mają rację i bogowie nie istnieją? Ale skąd mam to wiedzieć?
Zapytaj wujka Google i cioci Wikipedii.
Ach, jaki ten Eraś jest straszliwie rozdarty...

- Dopóki w mych kościach tli się życie, nie mogę pozwolić, by mężowie, którzy walczyli u boku mego syna, legli w mroku i wilgoci jaskiń. Wezwij swych towarzyszy, posilimy się razem i będziemy radować tej mrocznej nocy.
Będzie krasnoludzka orgia.
Yay! *wyjmuje colę i prażynki*

- Tak, wiem o co najmniej jednej trójnogiej informacji, która wzbudziłaby sporą konsternację, gdyby została rozgłoszona.
*konspiracyjny szept* Król jest nagi!

ktoś z was dysponuje większą wiedzą na temat tego tajemniczego zdarzenia?
Kiedy Gannel skończył mówić, Eragon napiął się, gotów skoczyć naprzód, gdyby ukryte za fioletowymi zasłonami krasnoludy z Az Sweldn rak Anhuin zaczęły tańczyć taniec go-go.

Popatrzcie! Teraz upodobnił się do elfa i dzięki niezwykłej magii zyskał elfią siłę i szybkość.
+miliard do statystyk!

Eragon (...) Jak sam mi powiedział, przysiągł na Kamienne Serce, bo czuł się związany ze wszystkimi rasami Alagaesii, a zwłaszcza z nami.
Szczególnie będąc człowiekiem, który transformował w elfa.
Może krasnolud to następny lvl?

- W Eragonie otrzymaliśmy wszystko, o czym kiedykolwiek marzyliśmy! - wykrzyknął Orik. - To Smoczy Jeździec! Istnieje!
Nie jest wymyślony?!
W naszym świecie na szczęście jest. ^^

Są nawet tacy, których tak bardzo przepełnia paląca nienawiść, że uciekli się do przemocy, by nasycić swój gniew. Może wciąż sądzą, że robią to co najlepsze dla naszego ludu. Oznacza to jednak, że mózgi mają zgniłe jak zeszłoroczny ser.
Czy mam przez to rozumieć, że mam mózg zgniły jak zeszłoroczny ser?
Popatrzmy... Zrównałaś ,,Dziedzictwo" z ziemią już dwa i pół raza, obsmarowałaś Paoliniego ze wszystkich stron, dodajmy do tego sarkazm, cynizm i ogólne zniesławienie, a wszystko to, by pokazać, że są lepsze książki i lepsi autorzy... Tak, masz mózg zgniły jak zeszłoroczny ser.

Eragon musiał ugryźć się w język, by nie wskoczyć na stół i nie wygłosić płomiennej mowy przeciw Vermundowi, dopóki krasnoludy nie zgodzą się powiesić go za jego zbrodnie.
Łooo, no i pozbawił nas dobrego materiału do obśmiania w analizie. :c

- Bo pomyślałem o czymś, czego nie przewidziałeś, Vermundzie. Chcesz, byśmy zostawili w spokoju ciebie i twój klan? Proponuję zatem zebranym, abyśmy spełnili życzenia Vermunda. (...)
- Nie ośmielicie się!
Orik się uśmiechnął.
- Och, ależ nie tkniemy nawet palcem ciebie ani twych pobratymców. Po prostu będziemy was ignorować i odmawiać handlu z Az Sweldn rak Anhuin. Czy wypowiesz nam wojnę za nic, Vermundzie? Bo jeśli zebrani zgodzą się ze mną, to właśnie zrobimy: nic. Czy zmusisz nas mieczem do kupowania waszego miodu, tkanin i ametystów?
To się nazywa embargo i, moim zdaniem, jest całkiem dobrym powodem do odpowiedzenia przemocą.
Ech, otoczkę to ma mądrą, ale nas, starych wyg, Pałolini nie oszuka. Nadal nie grzeszy rozumem ani tym bardziej błyskotliwością.

WĄTEK RORANA

Roran czuł pod ręką żyzną czarną ziemię. Podniósł luźną bryłkę i rozgniótł między palcami, kiwając głową z aprobatą. Była wilgotna, pełna gnijących liści, łodyżek, mchu i innej materii organicznej, idealnej do nawożenia zbiorów. Przycisnął ją do warg i języka. Ziemia smakowała życiem, przepełniały ją setki smaków, od rozbitych w piach gór, po chrząszcze, zbutwiałe drzewo i delikatne koniuszki korzeni trawy.
Mmm, torf trawiasty z delikatną nutą końskiego nawozu...
Jak krasnoludy z ,,Artemisa Fowla"! Chciałabym go zobaczyć w akcji, jak z jednej strony pożera, a z drugiej... xD

To tam powinienem teraz być. Orać pole i założyć rodzinę z Katriną, a nie podlewać ziemię sokiem z ludzkich żył.
Ło tam! Ziemia użyźniona świeżymi trupami to marzenie rolnika!
Jedyny problem to te blachy, co się w pług zaplątują, ale na sprzedaży tego rycerskiego złomu też da się wyżyć...

Nagła obawa ścisnęła wątpia Rorana. Co to za hałas? Czy to mogły być metalowe łuki? One w ogóle istnieją?
Kałachy...! *waha się między obśmianiem a facepalmem, w końcu decyduje się na to drugie*

Niezależnie od przyczyny wiedział, że nie powinien słyszeć kwiku koni.
Bo konie robią rere-kum-kum.

Nie chce nam się cytować, ale sytuacja wygląda tak: ludzie Rorana (konnica) pochowali się między domami, bo żołnierze Galba mają kusze i skupiwszy się w jednym miejscu, puszczają salwy.
Ale Pałolini już nie pomyślał o tym, że kusza, choć skuteczna, to nie jest ani szybkostrzelna, ani nie ma ładunku kilku bełktów - a naciągnięcie każdego kolejnego to strata czasu wystarczająca, by zbliżyć się do wroga i mu dać w pysk.
Ale Roran chowa się za chatą i panikuje. Zaraz zobaczymy, cóż za wspaniały plan obmyślił Pałolini...
Roran rozejrzał się, jego wzrok przypadkiem padł na łuk i kołczan przypięte do jednego z siodeł. Uśmiechnął się. Zaledwie paru wojów z jego oddziału walczyło jako łucznicy, każdy jednak miał przy sobie łuk i strzały, by móc upolować zwierzynę i wykarmić oddział podczas wypraw w głuszę, bez wsparcia reszty Vardenów.
Roran wskazał ręką dom, o który się opierał.
- Weźcie łuki i wdrapcie się na dach, ilu tylko się zmieści. Jeśli jednak cenicie sobie własne życie, nie pokazujcie się, dopóki nie powiem inaczej. Kiedy rozkażę, strzelajcie aż zabraknie wam strzał bądź tamci zginą co do jednego.
*zdecydowany facepalm*

Rój strzał mknął ze świstem w powietrzu, niczym krwiożercze dzierzby pędzące ku ofierze.
KRWIOŻERCZE WRÓBLE ATAKUJĄĄĄ!

Roran uniósł włócznię nad głowę, jakby miał ją cisnąć, a gdy tamten zawahał się, kopnął go między nogi i jednym pchnięciem pozbawił życia.
Pchnięciem między nogi, taaa...? *lubieżny chichot*

- Ilu... ilu zabiłem? - spytał (Roran) Haralda. (...)
- Było ich stu dziewięćdziesięciu trzech! - wykrzyknął Carn, gramoląc się ku nim z dołu.
- Jesteś pewien? - spytał z niedowierzaniem Roran. Tamten skinął głową.
- O tak, patrzyłem i liczyłem uważnie.
W ferworze krwawej bitwy wszyscy mają czas i ochotę, by liczyć, ilu ludzi zabił towarzysz. Naaajs. Poza tym: kolejny raz liczenie trupów i kolejny raz zalatuje mi to rywalizacją Legolasa i Gimlego z ,,Dwóch Wież".
To teraz do końca rozdziału Roran będzie ubolewał nad ilością przerwanych przezeń żyć, a jednocześnie przepełni go poczucie spełnionego obowiązku jako męża i ojca nienarodzonego jeszcze wspaniałego bohatera.

dowiedział się, że z jego osiemdziesięciu jeden ludzi tylko dziewięciu poległo w walce. Tymczasem Edric i Sand stracili w sumie stu pięćdziesięciu.
Edric straciłby ich więcej, tyle że garstka jego ludzi pozostała z Roranem, kiedy ten przybył im na pomoc.
Bo wszyscy wokół są głupi. Tylko Roran (no i Eragon, oczywista) zawsze podejmuje najlepsze decyzje.

WĄTEK SAPHIRY

Wygrzewała się na gładkiej, kamiennej półce kilkanaście stóp ponad pustą-miękką-skorupą-namiotem Eragona.
To on mieszka w kokonie?
Po co? Już się przepoczwarzył w książątko. ;P

Jedynej podniety dostarczył jej dostrzeżony poprzedniego ranka na północno-wschodnim horyzoncie czerwonołuski Cierń.
Wrau! Smoki marcują!

Otworzywszy paszczę, ryknęła, rzucając wyzwanie wszelkim bogom, by odważyli się jej sprzeciwić. Jej, która była córką Iormtingra i Vervady, dwóch największych smoków swoich czasów.
No tak, ślachectwo zobowiązuje. Ale to jej nie pomoże, jak Flying Spaghetti Monster dobierze jej się do ogona swymi makaroniastymi mackami i klopsikami. *szatański chichot*

WĄTEK ERAGONA (I SAPHIRY)

Orik podziękował skinieniem głowy. Mânndrath odpowiedział tym samym - koniuszek jego długiego nosa poruszył się lekko.
Jak u tapira. ^^


Iorunn przerwała tok jego myśli, kiwając głową w stronę Hreidamara, a potem przenosząc powłóczyste spojrzenie na Eragona, który poczuł się jak oglądany na targu cenny okaz bydła.
To już wiemy, kogo wysłać w przyszłym roku do Pampeluny. ]:>

Eragon, który miał właśnie zadać przyjacielowi jeszcze jedno pytanie, odkrył nagle, że stoi sam w kącie.
Trzeba było nie zabierać kolegom klocków!

- Wasza Wysokość, czy mogę odejść? Jest pewna... sprawa, którą chciałbym się zająć, o ile już nie jest za późno.
Siku? ^^
Nażarł się tych krasnoludzkich grzybków i teraz ma sraczkę. ;P

Czteropiętrowy korytarz był tak szeroki, że Eragon bez trudu wymijał wędrujące nim krasnoludy, choć w pewnym momencie szereg Knurlcarathn zatrzymał się przed nim i, nie mając wyboru, musiał nad nimi przeskoczyć. Krasnoludy umknęły na boki ze zdumionymi okrzykami. Przepływając w górze, Eragon napawał się ich zaskoczonymi minami.
Hopsa! I to w matrixowym stylu, skoro zdążył się ,,ponapawać" w locie.
Nie matrixowym, tylko idiotycznym.
No też prawda.

Przyśpieszając gwałtownie, Eragon otworzył umysł przed Saphirą, usuwając wszelkie otaczające go bariery, tak by mogli złączyć się bez ograniczeń. Niczym fala ciepłej wody zalała go jej świadomość, podobnie ją jego własna. Eragon sapnął, potknął się i o mało nie upadł. Padli w objęcia własnych myśli, tuląc się z bliskością, której nie był w stanie dorównać żaden kontakt fizyczny, pozwalając, by ich jestestwa ponownie się złączyły.
Bo moje jestestwo jest twoim jestestwem, i w naszym jestestwie razem jesteśmy, albowiem nic nie może naszych jestestw rozdzielić: ani odległość, ani czas, ani okrutny Galbatorix o dwóch jajach...
Uno momento, jedno już się wykluło.
No tak... Więc teraz Galbatorix jest stworzeniem jednojajowym. ^^

Świadomość, że jest się z kimś, kto ich kocha i rozumie każdą cząstkę ich istoty i kto ich nie porzuci w nawet najbardziej rozpaczliwych okolicznościach - to właśnie była najcenniejsza bliskość, jakiej można zaznać.
*sniff*

Po drodze zatrzymałam się tylko raz. Nie zrobiłabym nawet tego, tyle że byłam zbyt spragniona, by lecieć dalej.
Chcesz powiedzieć, że przez trzy dni nie spałaś i nie jadłaś?
Trzy dni? No dobra, to pobawmy się w matematykę...
Załóżmy, że Saphira leciała ze średnią prędkością 100 km/h (po smoku nie spodziewam się mniej). Trzy dni = 72 godziny. W sumie daje to 7200 pokonanych kilometrów. To tak na oko licząc jakieś dziewięć razy tyle, co szerokość geograficzna Polski. Kutfa, a z mapki na dwie stroniczki a5 nie wygląda, jakby ten świat był tak ogromny.

No i przypomnijmy, że w pierwszym tomie Eraś, Murtagh i prawie Brom przemierzali ten świat konno całkiem szybko...

Nigdy nie byłem bezradny - zaprotestował. Po prostu mam potężnych wrogów.
Z jakichś przyczyn to zdanie niezwykle rozbawiło Saphirę.
Mnie też. xD

Orik (który został królem krasnoludów), stąpając powoli i dostojnie, szedł od wschodniej bramy aż do serca Tronjheimu. Brodę miał wyszczotkowaną i zakręconą, był ubrany w buty na koturnach, obcisły kombinezon z lśniącego lateksu, obrożę nabijaną ćwiekami i skórzaną maskę z otworem na usta.

buty na koturnach, uszyte z najlepszej, wyczyszczonej do połysku skóry, ze srebrnymi ostrogami zamocowanymi do obcasów
Khem. A ostróg się nie nosi na wysokości obcasów, a już na pewno się ich do nich nie mocuje.
Nie czepiaj się! Podziwiaj wspaniałość kunsztu literackiego!

Cały ten pyszny strój i zbroja sprawiały, że Orik jakby lśnił własnym światłem.
Kolejny, co się sparkli? *przewraca oczami*

Za królem maszerowało dwanaścioro krasnoludzkich dzieci, sześciu chłopców i sześć dziewczynek - tak przynajmniej zakładał Eragon, sądząc po ich fryzurach, bo i jedni, i drudzy nosili długie brody.

Nagle z pierścienia otaczającego komnatę wystąpił Gannel, wódz klanu Durgrimst Quan, i stanął z prawej strony tronu.
AND SUDDENLY...! nothing happened. But it happened suddenly.

Krasnolud o masywnych barkach przywdział na tę okazję sute czerwone szaty
*opluła ekran, dopóki nie dotarła do słowa ,,czerwone"*

Ciekawostka: spotkanie z krasnoludzkim bogiem. Hardkor, jednym słowem.

Eragon podążył za jej spojrzeniem i trzydzieści stóp w górze ujrzał coś dziwnego pośród spadających płatków: szczelinę, puste miejsce, w którym ich nie było, jakby zajmował je niewidzialny obiekt. Miejsce to rosło, sięgając ku posadzce, a pustka okolona płatkami przybrała kształt istoty podobnej do krasnoluda, człowieka, elfa bądź urgala, lecz o proporcjach innych, niż którakolwiek znana Eragonowi rasa; głowa dorównywała niemal szerokością ramionom, potężne ręce sięgały niżej kolan, a z masywnego torsu wyrastały krótkie, krzywe nogi.
Z postaci zaczęły promieniować cienkie, ostre jak igła promienie wodnistego światła. Nagle Eragon ujrzał mglisty obraz olbrzymiego kudłatego stwora, wypełniający sylwetkę nakreśloną przez płatki. Bóg - jeśli był to bóg - miał na sobie jedynie przepaskę na lędźwiach. Ciemna, mocno ciosana twarz kryła w sobie zarówno łagodność, jak i okrucieństwo, jakby miał w zwyczaju bez ostrzeżenia przechodzić z jednego w drugie.

Każdy z krasnoludów przyniósł Orikowi podarunek swego klanu bądź cechu: kielich ze złota, wypełniony po brzegi rubinami i diamentami; zbroję zaklętą tak, by nie przebiło jej żadne ostrze (...)
Eragon i Saphira podeszli do władcy jako ostatni.(...)
- Oto mój dar, królu Oriku. Nie wykułem tej bransolety, ale rzuciłem na nią chroniące cię zaklęcia. Dopóki będziesz ją nosił, nie musisz lękać się trucizny. Jeśli zabójca próbuje cię dźgnąć, uderzyć albo czymś w ciebie rzucić, broń chybi. Bransoleta uchroni cię też przed większością wrogiej magii. Ma również inne cechy, które mogą ci się przydać, gdyby coś zagroziło twemu życiu.
To ja nie wiem, jakim cudem z takimi bogactwami i artefaktami w tej krainie ciągle toczy się wojna, ciągle dobrzy są prześladowani i zabijani przez ,,niezwyciężonych" złych i tak dalej.
Czy ja dobrze słyszę, czy ty naprawdę próbujesz się tu doszukać jakiejś logiki?
Nie, racja. Żartowałam tylko.

Smoczyca pochyliła się i dotknęła czubkiem pyska gwiaździstego szafiru. Pęknięcia olbrzymiego klejnotu zajaśniały niczym błyskawice, a potem rusztowanie pękło z trzaskiem i opadło na podłogę, ukazując znów cały Isidar Mithrim w pełnej krasie.
Lecz nie do końca taki sam. Klejnot miał teraz barwę głębszej, bogatszej czerwieni, a wewnętrzne płatki róży mieniły się smugami przydymionego złota.
Pff. Też mi czary. Krasnoludy i tak musiały wcześniej same posklejać te puzzle.

WĄTEK RORANA

Katrina zadrżała.
- Ale pięćdziesiąt batów... Dlaczego musi być ich aż tak wiele? Zdarza się, że ludzie giną po takiej chłoście.
- Tylko jeśli mają słabe serce. Nie martw się, trzeba czegoś więcej, by mnie zabić.
Mnie. *szczerzy zęby w obleśnym uśmiechu, wymachując kluczami do sali tortur*

- Dziękuję - wymamrotał Roran.
Angela roześmiała się.
- Nie ma za co dziękować, Roranie. A raczej jest, ale nie przykładaj do tego zbyt wielkiej wagi. Poza tym bawi mnie myśl, że opatrywałam rany pleców twoje i Eragona. No dobrze, znikam. Uważaj na fretki!
Ee... haha.

- Byłeś bardzo dzielny - szepnęła.
- Naprawdę?
- Tak. Jórmundur i wszyscy, z którymi rozmawiałam, mówili, że ani razu nie krzyknąłeś i nie błagałeś o przerwanie chłosty.
Ciężko krzyczeć i błagać o przerwanie chłosty mając drewniany kołek w zębach. (Njeee chce mi się szukać odpowiedniego cytatu, wybaczcie).

- Angela uważa, że przy odrobinie szczęścia blizny nie będą zbyt duże. Tak czy owak, gdy już się zagoją, Eragon, bądź inny mag, może je usunąć, nie pozostanie po nich wówczas żaden ślad.
To po chuj taka kara? -.-"
Dla szeroko pojmowanego picu oraz podkreślenia niezwykłej odwagi podmiotu, w tym przypadku Rorana.

WĄTEK ERAGONA

Saphira nie powitała Oromisa ani Glaedra. Pozostała w miejscu; głowa opadła jej tak, że nos dotykał ziemi, a barki i tylne łapy dygotały jak podczas mrozu. (...) Glaedr uniósł i obrócił gigantyczną głowę. Spojrzał w dół na Saphirę, która nie zareagowała nawet na jego obecność. Olbrzymi smok chuchnął na nią, w jego nozdrzach jarzyły się płomyki. Z przejmującą ulgą Eragon poczuł wlewającą się w Saphirę energię, uciszającą drgawki i wzmacniającą ciało.
Chuch, który leczy.

Płomienie w nozdrzach Glaedra zniknęły w obłoczku dymu. Polowałem dziś rano - rzekł i jego myślowy głos rozszedł się echem w całym jestestwie Eragona.
Jestestwo zadrżało, przejęte.

- Więcej wina? - Oromis uniósł karafkę cal nad stołem. Gdy Eragon pokręcił głową, elf odstawił ją i złożył dłonie, stykając koniuszki palców. Okrągłe paznokcie przypominały szlifowane opale.
Świeżo po manicurze. Ten zabieg wlicza się w elfie możliwości manipulacji plastycznych we własnym ciele?
Jeśli tak, to Oromis jest chyba transwestytą. Ops, Oromisia.

I wówczas, ku zdumieniu Eragona, odezwała się Saphira.
Powiedzcie mu - rzekła do Oromisa i Glaedra i dźwięczące w jej myślach wzburzenie wstrząsnęło Eragonem.
Saphiro? - spytał zdumiony. Co mają mi powiedzieć?
Nie odpowiedziała na jego pytanie i znów zwróciła się do Glaedra i Oromisa.
Ten spór nie ma sensu. Nie zadręczajcie dłużej Eragona. Jedna z ukośnych brwi Oromisa powędrowała ku górze.
- Ty wiesz? Wiem.
- Co wiesz?! - ryknął Eragon.
Miał ochotę wyrwać z pochwy miecz i zagrozić im wszystkim, dopóki nie wyjaśnią, o co chodzi.
Oromis wskazał smukłym palcem wywrócone krzesło.
- Usiądź. Musisz wiedzieć, że... *dramatyczna pauza* Galbatorix jest twoim ojcem, Morzan matką, a Murtagh stryjem siostry jego kuzyna od strony babci.
Moda na sukces, koniec odcinka 8974265.





Ee, nie, żartowałam tylko. ^^ Najlepsze dopiero przed nami.


Eragon podniósł z wściekłą miną krzesło i opadł na nie.
A więc sidział na lewitującym krześle?

Eragon pokręcił głową.
- Nie wiem! Nie wiem! Proszę...
Glaedr prychnął i z jego nozdrzy wystrzelił słup dymu i płomienia.
Czyż to nie oczywiste? Twoim ojcem był Brom.
Stać mnie tylko na jeden komentarz, który w pełni zobrazuje moje odczucia.
Ja pierdolę. xD


Zdarzyło się, że jakieś dwadzieścia lat temu Vardeni zaczęli otrzymywać od swych szpiegów w Imperium meldunki na temat działalności tajemniczej kobiety, znanej jedynie jako Czarna Ręka.
- Mojej matki - wtrącił Eragon.
- Twojej i Murtagha - potwierdził Oromis.
Ach, więc mamy ojca-bohatera i matkę-dziwkę. Wszystkie schematy w normie. ^^

- Zastanów się, Eragonie. Gdybyś mieszkał z Bromem i gdyby wieść o jego przeżyciu dotarła do uszu szpiegów Galbatorixa, obaj musielibyście uciekać z Carvahall w obawie o własne życie.
Jeśli mnie pamięć nie myli, i tak to zrobili.
No ale wiesz... teraz to heroiczniej brzmi.

A pośrodku polany leżało zwalone drzewo; na jego pniu siedział Brom.
Stary mężczyzna odrzucił kaptur płaszcza, odsłaniając nagą czaszkę
AAA! Makabra! Aaa!
Wołać doktora Lectera! Podano do stołu! *wyciąga nóż i widelec*

Chciałbyś obejrzeć wspomnienie pozostawione ci przez Broma czy wolisz zaczekać?
Nie, dość czekania - odrzekł. (...)
Eragon posłuchał i od Saphiry popłynęła rzeka uczuć: widoków, dźwięków, zapachów i wszystkiego, czego doświadczyła.
(...) - Słońce zawsze przemierza ścieżkę od horyzontu po horyzont, księżyc podąża w jego ślady, dni płyną, i tak też toczy się nasze życie. - Brom opuścił głowę i spojrzał na Saphirę, a poprzez nią na Eragona. - (...) Jeśli mnie oglądasz, Eragonie, to znaczy, że mój kres nadszedł. Nie żyję, a ty wiesz, że jestem twoim ojcem.
Do listy nowoczesnych wynalazków, bez których Paolini nie wyobrażał sobie życia Eragona, dodajemy kamery i nagrania wideo.
,,Zdziwniej i zdziwniej - zawołała Alicja"...

Myślę, że to dlatego, że wiem, że nadeszła twoja kolej, że ponieważ gdyż jesteś Eragonem, toteż wiesz, że wszyscy wiedzą, że teraz ty poniesiesz sztandar.

Lecz kiedy widzę cię z Saphirą, mam ochotę piać do słońca niczym próżny kogut.
Widok Broma robiącego ,,kukuryku" musiałby być zaiste osobliwy. ^^

Tak czy owak, zawsze udawało mi się zwyciężyć, dlatego że w odróżnieniu od większości posługuję się rozumem.
A dopiero co Eraś przypomniał prorocze słowa Angeli, że jedyną rzeczą, jaka się w życiu udała Bromowi, to zabicie Morzana.
Ahaaa... a więc nawet zrobienie Eragona mu się nie powiodło? :3
*chichocze wyjątkowo złośliwie*

w pojedynkach czarodziejów inteligencja odgrywa większą rolę niż czysta siła.
Tak więc inwestuj w artefakty dające bonusy, tak z +15 do inteligencji i +10 do siły woli.

Oby gwiazdy czuwały nad tobą, Eragonie Bromssonie.
*kfikła*

Złoty smok obrócił głowę na łapach i spojrzał na Eragona, jego łuski zachrzęściły. W odróżnieniu od większości stworzeń - rzekł - świadomość smoka nie kryje się wyłącznie w czaszce. Wszyscy nosimy w piersiach twardy, podobny do klejnotu obiekt (...). Nazywamy go Eldunari, co oznacza „serce serc”. (...) Smok może też usunąć ze swego ciała Eldunari (...) W ten sposób jego ciało i świadomość mogą istnieć osobno (...) Lecz podobny uczynek naraża nas na wielkie niebezpieczeństwo, albowiem ten, kto dzierży w dłoniach nasze Eldunari, trzyma też w nich naszą duszę.
Ooo, wpływów z ,,Ostatniego smoka" jeszcze nie było! W sumie dziwiło mnie to.
Jeszcze tylko umiejętność skoku w pomiędzy, rogogon węgierski i już będzie full wypas.

Eragon skrzywił się i odwrócił z powrotem do elfa i złotego smoka.
- Czemu nie powiedzieliście nam o tym wcześniej?
- Bo Pałolini wymyślił to dopiero teraz.

Smok zamknięty w Eldunari to wciąż smok, nie ma jednak ani pragnień ciała, ani też narządów pozwalających je zaspokoić.
Cała wieczność bez seksu...
Boring.

- A jeżeli miecz nie będzie do mnie pasował? - spytał Eragon.
- To wybierzemy ci inne dodatki, zaiste! - odparł Oromis, cmokając i przerzucając swoje kolorowe boa przez ramię.

Eragon milczał chwilę.
- Co zrobimy między dniem dzisiejszym a jutrzejszym rankiem, mistrzu?
Oromis spojrzał na Eragona i Saphirę. Na jego twarzy zagościł lubieżny uśmiech.

- Nauczysz mnie, jak przenosić przedmiot z miejsca na miejsce bez chwili zwłoki, tak jak uczyniła to Arya z jajem Saphiry?
Zaklęcia typu Wingardium Leviosa, Locomotor i Mobiliarbus, I guess.

- Nauczysz mnie, jak przenosić przedmiot z miejsca na miejsce bez chwili zwłoki, tak jak uczyniła to Arya z jajem Saphiry?
Oromis skinął głową.
- Doskonały wybór. Zaklęcie jest dość kosztowne, ale ma wiele zastosowań. Z pewnością okaże się wielce pomocne w walce z Galbatorixem i Imperium
Tak, można na przykład wysłać Galbatorixa w kosmos.

Proszę, wysłuchaj mnie, o wielkie drzewo! Potrzebuję twojej pomocy! Całą krainę ogarnęła wojna, elfy opuściły bezpieczne granice Du Weldenvarden, a ja nie mam miecza, którym mógłbym walczyć.
- Och, stlasne - warknęło drzewo. - A teraz spadaj, zasłaniasz mi słońce i nie mogę w spokoju fotosyntezować.

- Tak, półtoraręczny miecz byłby idealny.
- Jak długą chciałbyś klingę?
- Nie dłuższą niż u Zar’roca.
- Mhm. Prostą czy zakrzywioną?
- Prostą.
- Jakieś preferencje co do jelca?
- Ma mieć kształt srebrzystych ogierów, ze skokami podkurczonymi, rzucających się w bój niczym w zachód słońca krwawy...
*mrug mrug*

Stanęła przed Eragonem, trzymając drugi pogrzebacz. Jej czoło zmarszczyło się groźnie, gdy uniosła go przed sobą w salucie i krzyknęła: - Stawaj, Cieniobójco!
Zawartość spodni Eragona poruszyła się niespokojnie.
Mrówki w gaciach? ^^

Teraz nastąpił cały rozdział opisujący dokładnie proces wykuwania miecza. BORU, JAKIE TO NUDNE. Takie rzeczy stanowczo nie powinny wychodzić poza podręniczki kowalstwa.
Ale nie, bo przecież Pałolini musi się pochwalić swoją wiedzą. Przecież to typowe.

Chwyciwszy rąbek tkaniny, Rhunón uniosła ją, odsłaniając miecz. Eragon się zachłysnął.
Czyżby miecz przedwcześnie wytrysnął? *chichocze paskudnie*

Opuściła głowę i obwąchała miecz. Niebieski-Klejnot-Ząb, tak bym go nazwała. Albo Niebieski-Czerwony-Szpon.
Dla ludzi to brzmi śmiesznie.
To może Grabieżca albo Rozpruwacz? A może Szpon Bitewny, Lśniący Cierń, Odcinacz?
Fallus Eragonis!

- Zdecydowałem - rzekł. - Mieczu, nazywam cię Brisingr.
I z odgłosem przypominającym szum wiatru klinga stanęła w ogniu.
Doszła.

- Ale ja nie próbowałem rzucać zaklęcia! - zaprotestował Eragon. - Powiedziałem tylko brisingr... - Zaklął, bo miecz znów zapłonął; zgasił go po raz czwarty.
Najwyższy czas zmienić mu baterie.

WĄTEK RORANA

Katrina spuściła wzrok, milczała chwilę, po czym wyciągnęła zza gorsu czerwoną chustkę. - Proszę, weź to ode mnie, by cały świat wiedział, jaka jestem z ciebie dumna. - Przywiązała chustkę do jego pasa.
Roran pocałował ją dwukrotnie i puścił, a ona przyniosła mu z łóżka tarczę i włócznię. Odbierając je, ucałował ją po raz trzeci, po czym wsunął rękę pod rzemień tarczy.
- Gdyby coś mi się srało... - zaczął.
I cała wzniosłość wpizdu. xD

WĄTEK ERAGONA

Nim polecimy na skały Telnaeir - rzekł - jest jeszcze coś, co muszę załatwić w Ellesmerze.
Musisz? - spytała.
Nie zaznam spokoju, jeśli tego nie zrobię.
SIKUUU!

Cieszę się, że naostrzyliście mi nóż; noże mężczyzny zawsze powinny być ostre.
A jakże. To zupełnie, jak moje riposty. Twisted Evil
Ej no, miałaś dać jakiś zboczony komentarz.
Nie... nie ma Oromisa, nie ma skojarzeń. :c

Postanowiłem - zagrzmiał Glaedr - oddać wam moje serce serc, Saphiro Jasnołuska, Eragonie Cieniobójco. (...)
Jego gardło zaciskało się i rozluźniało, coraz szybciej i szybciej, aż w końcu opuścił głowę, tak że zrównała się z Eragonem, i otworzył paszczę, z której uleciało gorące cuchnące powietrze. Eragon zmrużył oczy, wałcząc z mdłościami. I gdy tak patrzył w głąb pyska Glaedra, ujrzał, jak gardło smoka zaciska się po raz ostatni, a potem pomiędzy fałdami ociekającej wilgocią krwistoczerwonej tkanki pojawił się przebłysk światła. Niemal w tym samym momencie okrągły przedmiot, mający około stopy średnicy, zsunął się po szkarłatnym języku Glaedra i wypadł z jego paszczy tak szybko, że Eragon ledwie zdążył go złapać.
Ach... a więc to jest to, co Glaedr wspaniałomyślnie wyrzygał dla Erasia.
Wzruszające... A teraz wybaczcie, bo i mnie zbiera się na pawia. Ale to, co wyrzygam, nie będzie zbyt cenne. *pogalopowała do łazienki*

na zachodnim horyzoncie pokazała się zamglona czerwona łuna. Na jej widok Eragon obrócił się, wyciągnął z juków zbroję, szybko włożył kolczugę, ochronną czapkę, hełm, nagolenniki i zarękawia.
I to wszystko zrobił siedząc na lecącym smoku.
Cudotwórca, normalnie.

Eragonie, Saphiro, przybywacie na czas! - krzyknęła czarodziejka. Arya i jeszcze jeden elf wspięli się na mury, ale duży oddział żołnierzy złapał ich w pułapkę! Jeśli ktoś im nie pomoże, nie przeżyją nawet minuty. Pośpieszcie się!
Za wykonanie tego zadania dostaniecie dużo expa!

Saphira wywróciła dwóch z nich, po czym podpaliła następnych dwóch krótką strugą ognia z nozdrzy, tak że nieszczęśnicy ugotowali się w zbrojach.
Saphira działa jak mikrofalówka.
Żarcie z puszki! Pychota!

- Przylecieliśmy z Saphirą najszybciej jak mogliśmy. Jak się miewa Katrina?
- Dobrze.
- Kiedy ta bitwa się skończy, będziesz musiał mi opowiedzieć wszystko, co się z wami działo od czasu mojego odejścia.
Ech, ten Eragon, wiecznie głodny pikantnych szczegółów...

Jeśli ktoś nie atakował od razu, Eragon próbował przekonać wrogów do poddania się (...)
- Imperium jest naszym wrogiem, nie wy - powtarzał Eragon. - Nie atakujcie nas, a nie będziecie mieli powodu się nas obawiać.
Ekhem, zdaje się, że to VARDENI zaatakowali to miasto, a nie na odwrót.
Whatever. Eraś jest wspaniały, Saphira piękna, Galb zły, a Arya ma duże cycki. Czy coś innego ma jakieś większe znaczenie?

- Nazwałeś swój miecz Ogień?! - wykrzyknęła Angela z niedowierzaniem. - Ogień? Co to za nudne imię! Równie dobrze mogłeś go nazwać Płonące Ostrze i dać sobie spokój. Ogień, też mi coś. Hmf. Nie wolałbyś mieć miecza nazwanego Pogromca Owiec albo Kosiarz Chryzantem czy jakoś podobnie? Więcej wyobraźni!
No właśnie! Ja cały czas obstaję przy Fallusie Eragonisie.

- Przecz stąd, ohydny krzywoprzysięzco! - krzyknął Oromis. - Nie damy ci żadnej satysfakcji!
Tak! Oromis daje tylko Eragonowi!
Raczej na odwrót... ^^

Glaedrze... uwolnij mnie - wymamrotał w myślach Oromis.
Chwilę później jeszcze słabszym głosem wyszeptał: Nie opłakuj mnie.
A potem towarzysz życia Glaedra odszedł w otchłań.
Odszedł!
Odszedł!
Czerń. Pustka.
Tyle tylko zostało po Oromisie w tyłku Eragona. *sniffa*
I kto będzie nam dostarczał skojarzeń w następnym tomie? NIEEE!

A człowiek, który siedział na podłodze między trójką magów, stał obok niego, unosząc w powietrzu za gardło Aryę.
Z jego skóry zniknął wszelki kolor. Stała się biała jak kość. Włosy, wcześniej ciemne, obecnie lśniły jasnym szkarłatem. A kiedy spojrzał na Eragona i uśmiechnął się, Eragon przekonał się, że jego oczy stały się rdzawe. Z wyglądu i zachowania przypominał teraz Durzę.
- Na imię mamy Varaug - powiedział Cień.
Pałoliniemu zabrakło pomysłów na coś nowego, więc powraca do utartych przez siebie schematów.
Kolejny Cień, który będzie próbował odzyskać jajo, które ktoś wykradnie ze skarbca, a to jajo znajdzie jakiś chłystek, i...

Z nieznanych przyczyn Varaug był jeszcze silniejszy od Durzy
Auto-balance, jak w The Elder Scrolls! Siła wrogów rośnie wprost proporcjonalnie wraz z twoim poziomem.

Varaug dźwignął się na kolano. Potem zastygł, gdy Eragon zdwoił wysiłki.
- Zabij go! - krzyknął Eragon.
Arya skoczyła naprzód w burzy czarnych włosów... I pchnęła Cienia prosto w serce.
Łeee. *rzuca popcornem w ekran*

- Co teraz? - spytał. Przywódczyni uniosła hardo głowę.
- Teraz - odparła - pomaszerujemy na północ do Belatony, a gdy ją zajmiemy, dalej do Dras-Leony. Ją także podbijemy. Stamtąd ruszymy na Uru baen, gdzie pokonamy Galbatorixa, bądź zginiemy, próbując tego dokonać. Oto, co teraz zrobimy, Eragonie.
Coś czuję, że czwarty tom będzie jeszcze gorszy od trzech poprzednich razem wziętych.
Kwestia nastawienia. Bez Oromisa... będzie mało analnie. ^^

podczas walk podpalono kilkanaście domów w Feinster i buchające w niebo płomienie dodały miastu niesamowitej urody.
Kocham zapach pożogi o poranku!

Eragon uniósł głowę znad Eldunari Glaedra, witając słońce i nowy dzień, i uśmiechnął się na myśl o bitwach, które nadejdą. Nie mógł się już doczekać chwili, gdy wraz z Saphira stawią w końcu czoło Galbatorixowi i zabiją mrocznego króla.
Ja też. Ta szopka trwa stanowczo zbyt długo.

Tu kończy się trzecia księga cyklu Dziedzictwo.
Dalszy ciąg i zakończenie tej historii znajdą się w księdze czwartej.
*chórkiem* AAAMEEENT!
 

środa, 15 sierpnia 2012

Cudowne Dziecko, czyli opowieść o Michali... tfu, Meihnie, część 9

Ciągłe wyjazdy i totalny brak czasu z uwagi na robienie zbroi na cosplay nie sprzyjają punktualności analiz, ale - prędzej czy później - i tak wrzucę. :) Wracamy do Meihny, która użera się z deszczem, bełkocze bardziej niż zwykle i kolejny raz daje popis tego, jak nieskazitelną jest bohaterką.





Wiedźma na noc przemienia się we wronę i zasypia, warując przy drzwiach. Meihna chce uciekać, więc układa z Liaamem plan, że ona się gdzieś schowa (a tak naprawdę stanie się niewidzialna, ale nie chce mu o tym powiedzieć, żeby nie odkrył jej magicznych zdolności – rychło w czas, dziuniu, skoro widział jak zmieniasz się w NIEGO i tylko Imperatyw Ałtoreczkowy sprawia, że tego nie ogarnia). Plan nie wypala: czarownica udaje, że wychodzi z chaty poszukać jej w lesie.

Kiedy wyszli z chaty, wiedźma już tam na nich czekała. (...)
Wiedźma spojrzała na dziewczynę.
— Nie żal ci było CZASU na realizowanie tak niemądrych planów? — Księżniczka patrzyła na nią bez słowa. — Nie rób tego więcej. Tylko marnujesz swój cenny czas.
— Obawiam się, że zmarnuję go na wykonywaniu twoich zadań.
Wiedźma pokręciła głową.
— Ani jedna chwila, którą tu spędzisz, nie będzie zmarnowana. To, do czego się tak śpieszysz, nie będzie miało najmniejszego sensu, jeśli nie przejdziesz całej drogi. O, tak. Żadnego sensu. Skróty nie zawsze są dobre. Czasami można przeoczyć coś bardzo ważnego.
Meihna spojrzała na Liaama. Był dość daleko, by nie słyszeć ich rozmowy.
To gdzie on stał? Na dachu? Wyszli oboje, wiedźma stała tuż obok, nie ma takiej możliwości, by...
Winky, patrz mię na usta: tu-NIC-nie-ma-sensu.
Fakt. Furda sens, ale Mondrość Rzyciowa być musi!

Po krótkiej wymianie bzdur, wiedźma daje Meihnie pierwsze zadanie.

— Niedaleko stąd, w głębi lasu znajdziesz polanę. Z początku wyda ci się pusta i nieciekawa, nie daj się jednak zwieść pozorom. Kiedy wpatrzysz się w nią w głębszym skupieniu, znajdziesz coś, co należy do mnie. Przyprowadź to tu na złotym sznurze. To będzie twoje pierwsze zadanie.
Dopiero teraz Meihna zauważyła trzymany przez czarownicę sznur. Zastanawiała się, co trudnego może być w tym zadaniu, ale mogła liczyć, że tkwi w nim drugie, głębsze dno.
No pewnie, że Drugie Dno. A nawet Głembia i Pszesłanie. Choć mam wrażenie, że aŁtorce chodziło raczej o niedopowiedzenie.
Takie w stylu gier RPG: misja zabicia potwora z groty wydaje się być prosta, dopóki po zabiciu go na bohaterów nie wyskoczy jeszcze z pięćdziesiąt takich.

Dziewczyna zawołała Liaama, z zaciekawieniem przyglądającego się drzewu wiśni.
Aaa, tu się schował! Ja nie wiem, czy aŁtorce wydaje się całkowicie naturalne, że w potencjalnie niebezpiecznej chwili, gdy zostają przyłapani na ucieczce i jego towarzyszka wdaje się w konfrontację z wiedźmą, chłopak odchodzi na bok, gapi się na drzewka i czeka, aż skończą?
Oj no, bo w tej chwili nie był potrzeeebny. Zacznie znowu być, jak trzeba będzie popisać się heroizmem i go uratować.

— Mamy zadanie — powiedziała. — Nie wydaje się trudne, ale jestem pewna, że to tylko pozory.
— Myślisz, że jest w nim jakiś podstęp?
— Myślę, że ma jakieś głębsze znaczenie. Zdążyłam się już nauczyć, że nie spotykają mnie rzeczy bez znaczenia.
Takie osoby muszą wieść bardzo urozmaicone duchowo życie. Ciekawa jestem, jakim mistycyzmem sobie tłumaczy wdepnięcie w psią kupę albo zepsuty kasownik w tramwaju.

— Widziałaś tę wiśnię rosnącą przy chacie?
— Tak. Co z nią?
— Owocuje! Myślałem, że już za późno na owoce!
Meihna machnęła ręką.
— Jeśli to cię dziwi, to nie widziałeś jeszcze dziwnych rzeczy. Zaczarowana albo po prostu spóźniona wiśnia nie jest jeszcze niczym nadzwyczajnym.
Liaam, naucz się, że Meihna to osoba, która jest skupiona tylko na sobie. JA jestem najpiękniejsza, JA się nigdy nie mylę (nawet wtedy, gdy się mylę), tylko JA JEDYNA znam prawdziwe znaczenie wszystkich rzeczy i generalnie wszystko się sprowadza do MOJEJ zajebistości. Pucuj mi lakierki, ścierwo.

— Co do tej kobiety... Jesteś pewna, że możemy jej ufać? Jest wiedźmą.
— Fakt posiadania magicznych zdolności nie jest jeszcze niczym złym.
— Wiem, ale... Wolałbym nie stykać się z magami.
Nie chcę cię martwić, kochasiu, ale wasza misja polega na znalezieniu jednego.
O, hej, o ile zakład, że ta wiedźma to Nitrus albo nasz perłowy mag?
To by było bardzo przewidywalne i w sumie pasujące do konwencji baśni albo legendy, ale znając Michaśkę, jest to tylko kolejna natchniona zapchajdziura mająca pokazać, jaką szalenie uduchowioną filozofką jest w swej całej aŁtoreczkowości.

Zbiera się na burzę. Meihna histeryzuje, że przez deszcz nie ruszą się z chaty do końca zimy, na co Liaam przytomnie zwraca uwagę, że mogą iść w deszczu, ale to nie dociera do Meihny, która ma postawę „nie bo nie”. Ona miała wzbudzać w czytelniku sympatię, co nie...?
W każdym razie kręcą się po lesie, ale nie mogą znaleźć żadnej polany. Wpadają na pomysł, że może ta polana jest w Zaświatach i resztę dnia spędzają na poszukiwaniu wejścia do tychże.

Ja wiem, jak się dostać do Zaświatów! Można sobie podciąć żyły, uciąć głowę, nabić się klatką piersiową na coś ostrego... Możliwości są nieskończone!

— Wiem, co zrobimy — powiedziała Meihna, choć, biorąc pod uwagę, jak bardzo była zmęczona, mówienie sprawiało jej wielką trudność.
Ach, tak, TERAZ, kiedy jest odpowiednio dramatyczny moment, by o tym wspomnieć, księżniczka jest zmęczona. Ale po całym dniu i całej nocy konno, bez postoju, odpoczynku i porządnego posiłku – łii tam, a skąd.

— Wrócimy do wiedźmy, spytamy jej, jak możemy znaleźć tę jej polanę, i przyjdziemy z powrotem do lasu.
Liaam spojrzał na nią z powątpiewaniem.
— Jeśli chcesz znać moje zdanie, to całe to zadanie polega na tym, byśmy znaleźli polanę samodzielnie.
— Och, nie bądź niemądry! Gdyby tak było, od razu by nam to powiedziała. Poza tym byłoby to zupełnie bezsensowne zadanie.
Muszę mówić, jak bardzo się to kupy nie trzyma? Gdyby wiedźma NIE chciała, by sami znaleźli tę polanę, to WTEDY by im powiedziała, gdzie jest. Nie wspominając o tym, że powiedziała im, że ta polana jest niedaleko stąd.
Ćśśś, bo wyjdzie, że Meihna nie ma racji, a ona zawsze musi ją mieć, nawet, gdy jej nie ma.

— Dlaczego? Może sama nie wie, gdzie znajduje się ta polana, i chce, byśmy znaleźli ją dla niej! Tak często bywa. Może tylko my, z jakichś powodów, możemy ją znaleźć?
Meihna zastanowiła się. Wydawało jej się to całkiem niedorzeczne. Choć oczywiście możliwe. Wiedziała, że może spodziewać się wszystkiego, że musi przygotowana być na różne sytuacje. Jednak nie mogła oprzeć się wrażeniu, że wiedźmie nie chodziło wcale o odnalezienie magicznej polany, ale o coś ważniejszego, mającego większe znaczenie nie dla niej samej, lecz dla Meihny.
Wniosek: Liaam gada z sensem, a Meihna zwyczajnie nie może się pogodzić z tym, że może się w czymś mylić i na dokładkę rzecz może nie tyczyć się bezpośrednio jej zajebistości. Ale koniec końców zapewne i tak racja będzie po jej stronie, przecież jest merysójką.

Z trudem wstali, przytrzymując się pni drzew, i ruszyli wolno w stronę chaty wiedźmy. Ledwo rozpoznali drogę, gdyż las pod osłoną nocy wyglądał nieco inaczej niż za dnia, jednak charakterystyczne kamienie i drzewa wiernie ich prowadziły.
Pogromcy Mitów sprawdzili kiedyś, czy człowiek chodząc porusza się w linii prostej (odcinek Walk a straight line). Okazało się, że jest to niemożliwe – wydaje mu się, że cały czas idzie prosto, a tymczasem nieświadomie skręca i zatacza koło. W lesie nie jest inaczej i to dzięki temu tak łatwo się w nim zgubić. W świetle tego faktu sprawa jest jasna: tu powieść powinna się zakończyć, gdyż Meihna i Liaam zabłądzili i umarli z wycieńczenia tudzież zeżarła ich leśna fauna, mniej lub bardziej zaczarowana, ale za to bardzo głodna.

Nagle Meihna spojrzała czujnie na niebo.
— Zdaje mi się, że poczułam kroplę deszczu! Nie, nie, tylko nie to! Jeszcze nie teraz!


Zaczyna lać, Meihna histeryzuje. Chowają się w pobliskiej grocie (jak to się dzieje, że w tym świecie gdzie nie pójdziesz, to trafiasz na jakąś jaskinię?), Meihna każe Liaamowi zostać przy wejściu, a sama idzie w głąb. Tak, to kolejna chwila na parę Natchnionych Westchnień, Głembokich Pszemyśleń i Mondrości Rzyciowych. *idzie po torebkę na rzygi*

Gdy raz weszło się do którejś z nich, nigdy już nie zapomniało się tego pierwszego niepokoju i zaraz potem uczucia ulgi, bo przecież nic złego nie mogło się stać.
Poza zawaleniem się sufitu, wpadnięciem w jakąś dziurę (tak, aŁtoreczko ty moja złota, jaskinie mogą mieć odnogi we wszystkie strony, nie tylko w poziomie!), brakiem powietrza, natknięciem się na niedźwiedzia albo inne pomieszkujące w jaskini przyjazne zwierzątko, to faktycznie nic.

Nagle jej wzrok przykuł jasny snop światła wydobywający się ze szczeliny w ścianie. Zaintrygowana schyliła się i spojrzała w nią, a jej oczom ukazała się spowita mgłą łąka. (...)
— Meihno!!! — powtórzył jeszcze głośniej niż poprzednio. — To jest to! To ta polana! Patrz sama!
Dziewczyna schyliła się i spojrzała na łąkę.
O ja cię sunę... ŁĄKA ≠ POLANA! To nie są, kuźwa, synonimy! Łąka jest na otwartej przestrzeni, polana – w środku lasu!
To mi przypomina tego geniusza z pewnego forum literackiego, który namiętnie pisał erotyki, a przy tym nie odróżniał pończoch od rajstop. ^^

Nasi podekscytowani bohaterowie szukają drogi na polanę, ale trafiają tylko na ślepy zaułek w postaci podziemnego jeziora.

— To jest niemożliwe — powiedział chłopak. — Jeśli była szczelina, przez którą widzieliśmy polanę, musi, po prostu musi gdzieś być wyjście, które do niej prowadzi.
Aż nie wiem, jak to skomentować.
Idąc dalej tym tokiem myślenia, jeśli z jednej wyspy widzisz drugą wyspę, to znaczy, że one po prostu MUSZĄ być połączone mostem.

 
Liaam wpada na pomysł, że przejście może być pod wodą.

— Najpierw ja wejdę. Jeśli nie wypłynę z powrotem, to znaczy, że albo udało mi się przejść na drugą stronę... albo utonąłem. W drugim przypadku nie wchodź do wody. (...) Jeśli mi się uda przepłynąć, wrócę po ciebie.
Ta suka może zamienić się w rybę i bezpiecznie sama sprawdzić jezioro, ale i tak woli narażać życie Boru ducha winnego chłopca, na którego w domu czeka rodzina. Ona jest dziesięć tysięcy razy gorsza od Belli, która nic sobie nie robi z faktu, że wypija hektolitry krwi ukradzionej ze szpitala, która mogła uratować życie wielu ludzi. Egoistyczna, samolubna, zapatrzona w siebie idiotka.

Podróż w głębiny była dla niej całkiem nowym, niesamowitym przeżyciem. Nie mogła porównywać tego ani z tonięciem, ani z rozpaczliwym płynięciem w zmąconych wodach podczas sztormu. To było coś metafizycznego, zupełnie spokojnego, dziejącego się z jej woli.
*czerwona ze złości, mamrocze coś o lodowato zimnej wodzie, całkowitych ciemnościach, szoku termicznym i wszystkich jego skutkach: dezorientacji, niekontrolowanym oddechu lub bezdechu, panice i wreszcie omdleniu, a także o tym, jak łatwo zrobić research, wreszcie o tym, jak bardzo pozbawionym wyobraźni i wiedzy o otaczającym nas świecie trzeba być, by beztrosko pisać takie duby smalone*

Meihna nie bała się. Wiedziała, że gdy zabraknie jej powietrza lub gdy ciśnienie w uszach stanie się niemożliwe do wytrzymania, będzie mogła spokojnie zamienić się w łososia lub szczupaka i płynąć dalej.
Rybeńko, w świetle tego, co przed chwilą napisałam, ciśnienie to teraz twój najmniejszy problem. Zanim byś dopłynęła na niebezpieczną dla człowieka głębokość, zabiłby cię szok termiczny – w jaskiniach temperatura wody ma tylko kilka stopni, God damn it!
Nawet nie zdążyłaby umrzeć, bo zesrałaby się jak tylko opuściła się do tej wody na wysokość pasa i natychmiast wystrzeliłaby z powrotem na powierzchnię.

Wiedziała, że woda, która ją otacza, jest magiczna. Tak jak cała jaskinia. Tak jak wszystkie jaskinie...
Jeżeli ta jaskinia jest tak "magiczna" jak wszystkie inne, to nie ma się z czego cieszyć.


Meihna stała w niewielkim jeziorze, którego wody rozlewały się na znaczną część łąki, co nadawało mu nie bardzo poważny kształt
Jezioro miało bowiem kształt czapeczki błazna.

— Wiedźma powiedziała, że znajdziemy tu coś... nie wiem dokładnie co, ale kazała to sobie przynieść.
— I nie mówiła, co to jest? Przecież to może być wszystko! Liść, gałązka, konik polny, kamyk, a nawet...
Konik polny na złotym sznurze uwiązany! Pierwszy rumak królewskich stajni! <3

Nieopodal nich na polanie stał koń. Piękny, wysoki, czarny rumak o lśniącej falującej grzywie i mocarnych kopytach. Każdy mięsień rysował się dokładnie na jego ciele, co nadawało mu wygląd rzeźby, a wspanialszej, bo żywej, z krwi i kości.
Czyżby rumak z legendy o koniu i jabłonkach?
Ee, daj spokój, myślisz, że do tej pory aŁtorka jeszcze w ogóle o niej pamiętała?

Patrzyła bez słowa w tajemnicze, spokojne oczy zwierzęcia, czuła jego ciepły oddech, słyszała bicie serc, jego i jej, idealnie zgranych. Zdało jej się, że patrzy nie na konia, ale na jakieś niesamowite, niewyobrażalnie piękne, boskie stworzenie, tak wolne i niezależne...
*rzyga do wcześniej przygotowanej torebki*

Liaam załapał konia za grzywę, próbując siłą zarzucić mu pętlę na szyję, rumak wierzgnął jednak dziko, po czym z pianą na pysku pogalopował w dal
Ta piana to z cappucino. Biorąc pod uwagę fakt, że cały czas stał i ładnie wyglądał, nie ma skąd mieć piany ze śliny.

Jakkolwiek długo szli, wszędzie rozciągała się bezkresna polana, zdająca się nie mieć końca.
*bezradnie przyrżnęła głową w blat i tak już została*

Nagle zobaczyła ciemną postać zwierzęcą, zmierzającą powoli ku nim.
Jasna postać człowiecza w postaci Winky podniosła głowę, a na jej twarzy odmalowała się następująca mina:


Ogier pochylił głowę, nie mając w sobie nic z poprzedniej agresji ani spłoszenia. Księżniczka spokojnie oplotła mu linę wokół szyi, po czym pogłaskała z czułością czarny łeb.
— Dlaczego tobie dał się związać, a mnie nie? — Liaam wyglądał na niezadowolonego. Meihna uśmiechnęła się.
Sorry Gregory, ale to JA tu jestem Główną Bohaterką.

— Oddasz go wiedźmie? — spytał.
— Nie wiem. Powinnam... muszę. Ale z drugiej strony chciałabym go zatrzymać!
Bo jest śliczny i w ogóle, a po co innego istnieją konie, jak nie po to, by były śliczne? <3
Oj, nie, to trzeba uściślić. W michaśkowym uniwersum konie dzielą się na dwa podgatunki: porażająco piękne istoty z legend oraz rozkosznie płochliwe chabety służące do zajeżdżania ich na śmierć.

Meihna zatrzymała się. Najbardziej pragnęła, by to wspaniałe zwierzę było wolne, niezależne od nikogo, nawet od niej... Wypuściła linę. Liaam złapał się za głowę.
— Co robisz?!! Głupia!!!
— To jedyne wyjście. Jeśli wyprowadzę go z tego świata, prędzej czy później ktoś go zniewoli. Nieważne, czy będzie to wiedźma, czy ja, czy ktokolwiek inny. Nie zniosę tego.
— Ale, ale... Zadanie!
Liaam, frajerze, właśnie na TYM polega zadanie i to jest to jego słynne Drugie Dno. Cóż za niespodziewany plot twist, normalnie sama bym nie wymyśliła.
Totalnie się nie spodziewałam. Nie dostaliśmy żadnych wskazówek ani nic. Arcydzieło.

— Chyba nie powiesz mi, że koń, piękny, ale jednak tylko koń, jest ważniejszy od twojej misji! Jeśli nie zrobimy wszystkiego, co rozkaże nam ta wstrętna starucha, ona nigdy nas nie wypuści, a ty nie zdołasz
uratować swojego królestwa!
Meihna zamyśliła się.
— Tak. Oczywiście masz rację. Racjonalnie rzecz biorąc, to niemądre przedkładać dobro zwierzęcia nad wszystko inne... ale ja wcale tego nie robię. Czuję, że to, co powinnam zrobić, to właśnie wypuszczenie teraz tego konia wolno i pozostawienie go w jego własnym świecie... Nie wiem dlaczego. Po prostu wiem, że muszę tak zrobić.
Ech... Wiecie, to wszystko naprawdę mogłoby i mieć sens, i nastrój, i ciekawy build-up, gdyby nie to, że jest natychmiast tłumaczone tym cudownym, mistycznym, niezawodnym Przeczuciem. O ile bardziej dramatyczna byłaby ta scena, gdyby koń z całych sił walczył o wolność, a Meihna stała rozdarta między troską o jego dobro (bo kto wie, co z nim zrobi wiedźma) a chęcią ocalenia królestwa. Ale nie, w tym świecie jedyne, co się liczy, to TAJEMNICZOŚĆ. Bosh...
Trzeba jeszcze umieć pisać. Nie wróżę sukcesu na tym polu komuś, kto nie odróżnia łąki od polany.
(ehehehe, polu)


Meihna pogłaskała konia, po czym z ciężkim sercem zostawiła go samego wśród mgieł. Wiedziała, że dobrze zrobiła.
Of course.

Chłopak łypnął złowrogo na dziewczynę. Nie wiedział dlaczego, ale gdy tylko na nią spojrzał, cała złość od razu mu minęła.
Bo jest PIĘKNA. Zupełnie jakby mało razy było to podkreślane, aleś ty tępy, Liaam.

Wiedział tylko, że nie opuści Meihny, że będzie z nią do końca jej misji... albo jeszcze dłużej. Że chce narażać się przy niej na te wszystkie niebezpieczeństwa i niesamowite zdarzenia... Nie wiedział tylko dlaczego...
Bo jesteś predestynowany do zostania jej księciem z bajki i nie masz w tej kwestii nic do gadania. <3
Swoją drogą... to dość dziwny sposób przedstawiania zakochania. Nawet bardzo. o_O

Meihna i Liaam wracają do chaty wiedźmy. Na jej pytanie, czy wykonali zadanie, Meihna odpowiada, że nie wie. I... tyle. Koniec. Nikt już nie porusza tego tematu, a wiedźma daje im od razu drugie zadanie. *podnosi wielką tabliczkę z czerwonym napisem: SENS PILNIE POSZUKIWANY!*

— Czas na drugie zadanie... — powiedziała zamyślona. Wyglądała teraz tak, jakby właśnie je wymyślała. Po chwili znów się odezwała: — Prawda, że koń był piękny? — Meihna nie odpowiedziała — O, tak. Wiem, że ty też tak uważasz... Ale mniejsza z tym. Idź do lasu, twoje zadanie znajdzie cię samo.
Czyżby chodziło o konia? Tego ładnego, który nie jest sprowadzany do roli skutera?
Przede wszystkim to chodzi o wygłoszenie jeszcze paru metafizycznych uwag o odwadze łososia, pięknie kamyczków czy czymś takim.

Wiedziała, że wiedźma specjalnie wysłała Liaama na polowanie. To zadanie ona, Meihna, miała wykonać sama, bez niczyjej pomocy i wsparcia.
Co uczyni jej zwycięstwo jeszcze wspanialszym i bardziej godnym podziwu, jakim musimy ją darzyć.
Michaśka, ty naprawdę nie musisz nam wszystkiego tłumaczyć jak krowie na granicy. Serio.

Dzień ten zdawał się najpogodniejszym dniem świata. Meihna znużona usiadła pod drzewem i oparła głowę o jego chłodny pień. Po chwili powieki zaczęły jej ciążyć, usilnie domagając się, by je zamknęła. Zamknęła. Zasnęła...
Płyta się jej zacięła. Zacięła. Teraz.
Miało być oryginalnie, wyszło idiotycznie.

Bo, że ma biec, wiedziała już bardzo dobrze.
Bo, że, za, in, we, stuj, w, ko, re, ktę, bo, nie, wy, trzy, mię.

Coś nieokreślonego pchało ją ciągle przed siebie, nie pozwalając się zatrzymać. Widziała setki obrazów, słyszała setki dźwięków, w jej nos uderzała mieszanina leśnych zapachów.
Było nie ćpać? Było?!
Ale te grzybki to zupełnie jak kurki wyglądały...

Meihnie śni się, że biegnie i nie może się zatrzymać, bo ktoś przejął kontrolę nad jej ciałem. Wbrew swojej woli skacze z klifu do morza, ale w ostatniej chwili odzyskuje władzę i przemienia się w ptaka. Potem budzi się.

Nagle przypomniała sobie o Jednorożcu.
Ałtorka też.

Czym prędzej pobiegła nad rzekę. (...) Przed nią między drzewami stał Jednorożec, patrząc na nią wzrokiem obrażonym i pełnym wyrzutu. Księżniczka podbiegła do niego i objęła mocno jego ciepłą, białą szyję, przepraszając jednocześnie za tak wielkie zaniedbanie.
Ten Jednorożec i tak pełni tu rolę chihuahuy w torebce, nie marnujmy na niego miejsca w książce i skupmy się na nieziemskiej urodzie i nieprzeciętnej inteligencji Meihny.

— Nie uwierzysz, co znalazłem — powiedział, bardzo z siebie zadowolony.
Odsunął się, teatralnym gestem ukazując stojącą za nim kozę, przeżuwającą z zapałem suchego liścia.
Meihna stężała.
— Co to?! — w jej głosie zabrzmiała groza, godna momentu, gdy ujrzy się potwora lub ducha. Nie kozę.
O mój Boru, KOZA!!! Ratuj się kto może!!!


Meihna jęknęła. Nie miała dobrych doświadczeń ze zwierzętami hodowlanymi. Jednorożec natomiast bardzo się Kozą zainteresował.
Z tego romansu wyniknie piękny kozorożec. <3

Wiedźma cieszy się z kozy i po krótkim tupaniu nóżką Meihna jest zmuszona ją wydoić.


Schyliła się ostrożnie, czekając na jakiś objaw agresji, ale Koza stała spokojnie, nie zwracając na nią najmniejszej uwagi. Księżniczka nieco spokojniej wyciągnęła ręce... i nagle krzyknęła z przerażeniem.
Bo koza okazała się być kozłem, a Meihna zdążyła już złapać...

Zwierzę patrzyło na nią, przeżuwając beznamiętnie spory kosmyk jej pięknych włosów. Dziewczyna wyrwała go jej ze złością z pyska i wyszła jak burza z chaty, trzaskając drzwiami tak, że omal nie wypadły z zawiasów. Po chwili wróciła, ociekając wodą.
— Deszcz — powiedziała krótko i usiadła pod ścianą, podkulając pod siebie nogi.
Element Komiczny, w razie jakby ktoś nie załapał.
Z tymi tendencjami do wyjaśniania wszystkiego przez narratora, w książce w odpowiednich momentach powinny się podnosić takie rozkładane tabliczki z napisami, by publiczność odpowiednio reagowała. W sumie możemy zacząć już teraz. Proszę państwa: „LAUGH”.

Wiedźma daje obrażonej Meihnie miskę z jakimś jedzeniem, nie wiem, tu jest opisane jako „gęsta, gorąca ciecz” – wolę nie wiedzieć.

Lecz ledwo biorąc pierwszy łyk, podniosła miskę do ust, wypuściła ją nagle i opadła nieprzytomna na podłogę.
To znaczy, że najpierw wzięła łyk, a dopiero potem podniosła miskę do ust. Czy ona ma zamiast warg aparat ssący?

Tym dramatycznym momentem, bez jakiejkolwiek wiedzy o ukończeniu przez Meihnę drugiego zadania, kończymy dzisiejszą analizę.