Czarne owce literatury czyli analizy ZŁYCH książek: Cudowne Dziecko, czyli opowieść o Michali... tfu, Meihnie, część 9

środa, 15 sierpnia 2012

Cudowne Dziecko, czyli opowieść o Michali... tfu, Meihnie, część 9

Ciągłe wyjazdy i totalny brak czasu z uwagi na robienie zbroi na cosplay nie sprzyjają punktualności analiz, ale - prędzej czy później - i tak wrzucę. :) Wracamy do Meihny, która użera się z deszczem, bełkocze bardziej niż zwykle i kolejny raz daje popis tego, jak nieskazitelną jest bohaterką.





Wiedźma na noc przemienia się we wronę i zasypia, warując przy drzwiach. Meihna chce uciekać, więc układa z Liaamem plan, że ona się gdzieś schowa (a tak naprawdę stanie się niewidzialna, ale nie chce mu o tym powiedzieć, żeby nie odkrył jej magicznych zdolności – rychło w czas, dziuniu, skoro widział jak zmieniasz się w NIEGO i tylko Imperatyw Ałtoreczkowy sprawia, że tego nie ogarnia). Plan nie wypala: czarownica udaje, że wychodzi z chaty poszukać jej w lesie.

Kiedy wyszli z chaty, wiedźma już tam na nich czekała. (...)
Wiedźma spojrzała na dziewczynę.
— Nie żal ci było CZASU na realizowanie tak niemądrych planów? — Księżniczka patrzyła na nią bez słowa. — Nie rób tego więcej. Tylko marnujesz swój cenny czas.
— Obawiam się, że zmarnuję go na wykonywaniu twoich zadań.
Wiedźma pokręciła głową.
— Ani jedna chwila, którą tu spędzisz, nie będzie zmarnowana. To, do czego się tak śpieszysz, nie będzie miało najmniejszego sensu, jeśli nie przejdziesz całej drogi. O, tak. Żadnego sensu. Skróty nie zawsze są dobre. Czasami można przeoczyć coś bardzo ważnego.
Meihna spojrzała na Liaama. Był dość daleko, by nie słyszeć ich rozmowy.
To gdzie on stał? Na dachu? Wyszli oboje, wiedźma stała tuż obok, nie ma takiej możliwości, by...
Winky, patrz mię na usta: tu-NIC-nie-ma-sensu.
Fakt. Furda sens, ale Mondrość Rzyciowa być musi!

Po krótkiej wymianie bzdur, wiedźma daje Meihnie pierwsze zadanie.

— Niedaleko stąd, w głębi lasu znajdziesz polanę. Z początku wyda ci się pusta i nieciekawa, nie daj się jednak zwieść pozorom. Kiedy wpatrzysz się w nią w głębszym skupieniu, znajdziesz coś, co należy do mnie. Przyprowadź to tu na złotym sznurze. To będzie twoje pierwsze zadanie.
Dopiero teraz Meihna zauważyła trzymany przez czarownicę sznur. Zastanawiała się, co trudnego może być w tym zadaniu, ale mogła liczyć, że tkwi w nim drugie, głębsze dno.
No pewnie, że Drugie Dno. A nawet Głembia i Pszesłanie. Choć mam wrażenie, że aŁtorce chodziło raczej o niedopowiedzenie.
Takie w stylu gier RPG: misja zabicia potwora z groty wydaje się być prosta, dopóki po zabiciu go na bohaterów nie wyskoczy jeszcze z pięćdziesiąt takich.

Dziewczyna zawołała Liaama, z zaciekawieniem przyglądającego się drzewu wiśni.
Aaa, tu się schował! Ja nie wiem, czy aŁtorce wydaje się całkowicie naturalne, że w potencjalnie niebezpiecznej chwili, gdy zostają przyłapani na ucieczce i jego towarzyszka wdaje się w konfrontację z wiedźmą, chłopak odchodzi na bok, gapi się na drzewka i czeka, aż skończą?
Oj no, bo w tej chwili nie był potrzeeebny. Zacznie znowu być, jak trzeba będzie popisać się heroizmem i go uratować.

— Mamy zadanie — powiedziała. — Nie wydaje się trudne, ale jestem pewna, że to tylko pozory.
— Myślisz, że jest w nim jakiś podstęp?
— Myślę, że ma jakieś głębsze znaczenie. Zdążyłam się już nauczyć, że nie spotykają mnie rzeczy bez znaczenia.
Takie osoby muszą wieść bardzo urozmaicone duchowo życie. Ciekawa jestem, jakim mistycyzmem sobie tłumaczy wdepnięcie w psią kupę albo zepsuty kasownik w tramwaju.

— Widziałaś tę wiśnię rosnącą przy chacie?
— Tak. Co z nią?
— Owocuje! Myślałem, że już za późno na owoce!
Meihna machnęła ręką.
— Jeśli to cię dziwi, to nie widziałeś jeszcze dziwnych rzeczy. Zaczarowana albo po prostu spóźniona wiśnia nie jest jeszcze niczym nadzwyczajnym.
Liaam, naucz się, że Meihna to osoba, która jest skupiona tylko na sobie. JA jestem najpiękniejsza, JA się nigdy nie mylę (nawet wtedy, gdy się mylę), tylko JA JEDYNA znam prawdziwe znaczenie wszystkich rzeczy i generalnie wszystko się sprowadza do MOJEJ zajebistości. Pucuj mi lakierki, ścierwo.

— Co do tej kobiety... Jesteś pewna, że możemy jej ufać? Jest wiedźmą.
— Fakt posiadania magicznych zdolności nie jest jeszcze niczym złym.
— Wiem, ale... Wolałbym nie stykać się z magami.
Nie chcę cię martwić, kochasiu, ale wasza misja polega na znalezieniu jednego.
O, hej, o ile zakład, że ta wiedźma to Nitrus albo nasz perłowy mag?
To by było bardzo przewidywalne i w sumie pasujące do konwencji baśni albo legendy, ale znając Michaśkę, jest to tylko kolejna natchniona zapchajdziura mająca pokazać, jaką szalenie uduchowioną filozofką jest w swej całej aŁtoreczkowości.

Zbiera się na burzę. Meihna histeryzuje, że przez deszcz nie ruszą się z chaty do końca zimy, na co Liaam przytomnie zwraca uwagę, że mogą iść w deszczu, ale to nie dociera do Meihny, która ma postawę „nie bo nie”. Ona miała wzbudzać w czytelniku sympatię, co nie...?
W każdym razie kręcą się po lesie, ale nie mogą znaleźć żadnej polany. Wpadają na pomysł, że może ta polana jest w Zaświatach i resztę dnia spędzają na poszukiwaniu wejścia do tychże.

Ja wiem, jak się dostać do Zaświatów! Można sobie podciąć żyły, uciąć głowę, nabić się klatką piersiową na coś ostrego... Możliwości są nieskończone!

— Wiem, co zrobimy — powiedziała Meihna, choć, biorąc pod uwagę, jak bardzo była zmęczona, mówienie sprawiało jej wielką trudność.
Ach, tak, TERAZ, kiedy jest odpowiednio dramatyczny moment, by o tym wspomnieć, księżniczka jest zmęczona. Ale po całym dniu i całej nocy konno, bez postoju, odpoczynku i porządnego posiłku – łii tam, a skąd.

— Wrócimy do wiedźmy, spytamy jej, jak możemy znaleźć tę jej polanę, i przyjdziemy z powrotem do lasu.
Liaam spojrzał na nią z powątpiewaniem.
— Jeśli chcesz znać moje zdanie, to całe to zadanie polega na tym, byśmy znaleźli polanę samodzielnie.
— Och, nie bądź niemądry! Gdyby tak było, od razu by nam to powiedziała. Poza tym byłoby to zupełnie bezsensowne zadanie.
Muszę mówić, jak bardzo się to kupy nie trzyma? Gdyby wiedźma NIE chciała, by sami znaleźli tę polanę, to WTEDY by im powiedziała, gdzie jest. Nie wspominając o tym, że powiedziała im, że ta polana jest niedaleko stąd.
Ćśśś, bo wyjdzie, że Meihna nie ma racji, a ona zawsze musi ją mieć, nawet, gdy jej nie ma.

— Dlaczego? Może sama nie wie, gdzie znajduje się ta polana, i chce, byśmy znaleźli ją dla niej! Tak często bywa. Może tylko my, z jakichś powodów, możemy ją znaleźć?
Meihna zastanowiła się. Wydawało jej się to całkiem niedorzeczne. Choć oczywiście możliwe. Wiedziała, że może spodziewać się wszystkiego, że musi przygotowana być na różne sytuacje. Jednak nie mogła oprzeć się wrażeniu, że wiedźmie nie chodziło wcale o odnalezienie magicznej polany, ale o coś ważniejszego, mającego większe znaczenie nie dla niej samej, lecz dla Meihny.
Wniosek: Liaam gada z sensem, a Meihna zwyczajnie nie może się pogodzić z tym, że może się w czymś mylić i na dokładkę rzecz może nie tyczyć się bezpośrednio jej zajebistości. Ale koniec końców zapewne i tak racja będzie po jej stronie, przecież jest merysójką.

Z trudem wstali, przytrzymując się pni drzew, i ruszyli wolno w stronę chaty wiedźmy. Ledwo rozpoznali drogę, gdyż las pod osłoną nocy wyglądał nieco inaczej niż za dnia, jednak charakterystyczne kamienie i drzewa wiernie ich prowadziły.
Pogromcy Mitów sprawdzili kiedyś, czy człowiek chodząc porusza się w linii prostej (odcinek Walk a straight line). Okazało się, że jest to niemożliwe – wydaje mu się, że cały czas idzie prosto, a tymczasem nieświadomie skręca i zatacza koło. W lesie nie jest inaczej i to dzięki temu tak łatwo się w nim zgubić. W świetle tego faktu sprawa jest jasna: tu powieść powinna się zakończyć, gdyż Meihna i Liaam zabłądzili i umarli z wycieńczenia tudzież zeżarła ich leśna fauna, mniej lub bardziej zaczarowana, ale za to bardzo głodna.

Nagle Meihna spojrzała czujnie na niebo.
— Zdaje mi się, że poczułam kroplę deszczu! Nie, nie, tylko nie to! Jeszcze nie teraz!


Zaczyna lać, Meihna histeryzuje. Chowają się w pobliskiej grocie (jak to się dzieje, że w tym świecie gdzie nie pójdziesz, to trafiasz na jakąś jaskinię?), Meihna każe Liaamowi zostać przy wejściu, a sama idzie w głąb. Tak, to kolejna chwila na parę Natchnionych Westchnień, Głembokich Pszemyśleń i Mondrości Rzyciowych. *idzie po torebkę na rzygi*

Gdy raz weszło się do którejś z nich, nigdy już nie zapomniało się tego pierwszego niepokoju i zaraz potem uczucia ulgi, bo przecież nic złego nie mogło się stać.
Poza zawaleniem się sufitu, wpadnięciem w jakąś dziurę (tak, aŁtoreczko ty moja złota, jaskinie mogą mieć odnogi we wszystkie strony, nie tylko w poziomie!), brakiem powietrza, natknięciem się na niedźwiedzia albo inne pomieszkujące w jaskini przyjazne zwierzątko, to faktycznie nic.

Nagle jej wzrok przykuł jasny snop światła wydobywający się ze szczeliny w ścianie. Zaintrygowana schyliła się i spojrzała w nią, a jej oczom ukazała się spowita mgłą łąka. (...)
— Meihno!!! — powtórzył jeszcze głośniej niż poprzednio. — To jest to! To ta polana! Patrz sama!
Dziewczyna schyliła się i spojrzała na łąkę.
O ja cię sunę... ŁĄKA ≠ POLANA! To nie są, kuźwa, synonimy! Łąka jest na otwartej przestrzeni, polana – w środku lasu!
To mi przypomina tego geniusza z pewnego forum literackiego, który namiętnie pisał erotyki, a przy tym nie odróżniał pończoch od rajstop. ^^

Nasi podekscytowani bohaterowie szukają drogi na polanę, ale trafiają tylko na ślepy zaułek w postaci podziemnego jeziora.

— To jest niemożliwe — powiedział chłopak. — Jeśli była szczelina, przez którą widzieliśmy polanę, musi, po prostu musi gdzieś być wyjście, które do niej prowadzi.
Aż nie wiem, jak to skomentować.
Idąc dalej tym tokiem myślenia, jeśli z jednej wyspy widzisz drugą wyspę, to znaczy, że one po prostu MUSZĄ być połączone mostem.

 
Liaam wpada na pomysł, że przejście może być pod wodą.

— Najpierw ja wejdę. Jeśli nie wypłynę z powrotem, to znaczy, że albo udało mi się przejść na drugą stronę... albo utonąłem. W drugim przypadku nie wchodź do wody. (...) Jeśli mi się uda przepłynąć, wrócę po ciebie.
Ta suka może zamienić się w rybę i bezpiecznie sama sprawdzić jezioro, ale i tak woli narażać życie Boru ducha winnego chłopca, na którego w domu czeka rodzina. Ona jest dziesięć tysięcy razy gorsza od Belli, która nic sobie nie robi z faktu, że wypija hektolitry krwi ukradzionej ze szpitala, która mogła uratować życie wielu ludzi. Egoistyczna, samolubna, zapatrzona w siebie idiotka.

Podróż w głębiny była dla niej całkiem nowym, niesamowitym przeżyciem. Nie mogła porównywać tego ani z tonięciem, ani z rozpaczliwym płynięciem w zmąconych wodach podczas sztormu. To było coś metafizycznego, zupełnie spokojnego, dziejącego się z jej woli.
*czerwona ze złości, mamrocze coś o lodowato zimnej wodzie, całkowitych ciemnościach, szoku termicznym i wszystkich jego skutkach: dezorientacji, niekontrolowanym oddechu lub bezdechu, panice i wreszcie omdleniu, a także o tym, jak łatwo zrobić research, wreszcie o tym, jak bardzo pozbawionym wyobraźni i wiedzy o otaczającym nas świecie trzeba być, by beztrosko pisać takie duby smalone*

Meihna nie bała się. Wiedziała, że gdy zabraknie jej powietrza lub gdy ciśnienie w uszach stanie się niemożliwe do wytrzymania, będzie mogła spokojnie zamienić się w łososia lub szczupaka i płynąć dalej.
Rybeńko, w świetle tego, co przed chwilą napisałam, ciśnienie to teraz twój najmniejszy problem. Zanim byś dopłynęła na niebezpieczną dla człowieka głębokość, zabiłby cię szok termiczny – w jaskiniach temperatura wody ma tylko kilka stopni, God damn it!
Nawet nie zdążyłaby umrzeć, bo zesrałaby się jak tylko opuściła się do tej wody na wysokość pasa i natychmiast wystrzeliłaby z powrotem na powierzchnię.

Wiedziała, że woda, która ją otacza, jest magiczna. Tak jak cała jaskinia. Tak jak wszystkie jaskinie...
Jeżeli ta jaskinia jest tak "magiczna" jak wszystkie inne, to nie ma się z czego cieszyć.


Meihna stała w niewielkim jeziorze, którego wody rozlewały się na znaczną część łąki, co nadawało mu nie bardzo poważny kształt
Jezioro miało bowiem kształt czapeczki błazna.

— Wiedźma powiedziała, że znajdziemy tu coś... nie wiem dokładnie co, ale kazała to sobie przynieść.
— I nie mówiła, co to jest? Przecież to może być wszystko! Liść, gałązka, konik polny, kamyk, a nawet...
Konik polny na złotym sznurze uwiązany! Pierwszy rumak królewskich stajni! <3

Nieopodal nich na polanie stał koń. Piękny, wysoki, czarny rumak o lśniącej falującej grzywie i mocarnych kopytach. Każdy mięsień rysował się dokładnie na jego ciele, co nadawało mu wygląd rzeźby, a wspanialszej, bo żywej, z krwi i kości.
Czyżby rumak z legendy o koniu i jabłonkach?
Ee, daj spokój, myślisz, że do tej pory aŁtorka jeszcze w ogóle o niej pamiętała?

Patrzyła bez słowa w tajemnicze, spokojne oczy zwierzęcia, czuła jego ciepły oddech, słyszała bicie serc, jego i jej, idealnie zgranych. Zdało jej się, że patrzy nie na konia, ale na jakieś niesamowite, niewyobrażalnie piękne, boskie stworzenie, tak wolne i niezależne...
*rzyga do wcześniej przygotowanej torebki*

Liaam załapał konia za grzywę, próbując siłą zarzucić mu pętlę na szyję, rumak wierzgnął jednak dziko, po czym z pianą na pysku pogalopował w dal
Ta piana to z cappucino. Biorąc pod uwagę fakt, że cały czas stał i ładnie wyglądał, nie ma skąd mieć piany ze śliny.

Jakkolwiek długo szli, wszędzie rozciągała się bezkresna polana, zdająca się nie mieć końca.
*bezradnie przyrżnęła głową w blat i tak już została*

Nagle zobaczyła ciemną postać zwierzęcą, zmierzającą powoli ku nim.
Jasna postać człowiecza w postaci Winky podniosła głowę, a na jej twarzy odmalowała się następująca mina:


Ogier pochylił głowę, nie mając w sobie nic z poprzedniej agresji ani spłoszenia. Księżniczka spokojnie oplotła mu linę wokół szyi, po czym pogłaskała z czułością czarny łeb.
— Dlaczego tobie dał się związać, a mnie nie? — Liaam wyglądał na niezadowolonego. Meihna uśmiechnęła się.
Sorry Gregory, ale to JA tu jestem Główną Bohaterką.

— Oddasz go wiedźmie? — spytał.
— Nie wiem. Powinnam... muszę. Ale z drugiej strony chciałabym go zatrzymać!
Bo jest śliczny i w ogóle, a po co innego istnieją konie, jak nie po to, by były śliczne? <3
Oj, nie, to trzeba uściślić. W michaśkowym uniwersum konie dzielą się na dwa podgatunki: porażająco piękne istoty z legend oraz rozkosznie płochliwe chabety służące do zajeżdżania ich na śmierć.

Meihna zatrzymała się. Najbardziej pragnęła, by to wspaniałe zwierzę było wolne, niezależne od nikogo, nawet od niej... Wypuściła linę. Liaam złapał się za głowę.
— Co robisz?!! Głupia!!!
— To jedyne wyjście. Jeśli wyprowadzę go z tego świata, prędzej czy później ktoś go zniewoli. Nieważne, czy będzie to wiedźma, czy ja, czy ktokolwiek inny. Nie zniosę tego.
— Ale, ale... Zadanie!
Liaam, frajerze, właśnie na TYM polega zadanie i to jest to jego słynne Drugie Dno. Cóż za niespodziewany plot twist, normalnie sama bym nie wymyśliła.
Totalnie się nie spodziewałam. Nie dostaliśmy żadnych wskazówek ani nic. Arcydzieło.

— Chyba nie powiesz mi, że koń, piękny, ale jednak tylko koń, jest ważniejszy od twojej misji! Jeśli nie zrobimy wszystkiego, co rozkaże nam ta wstrętna starucha, ona nigdy nas nie wypuści, a ty nie zdołasz
uratować swojego królestwa!
Meihna zamyśliła się.
— Tak. Oczywiście masz rację. Racjonalnie rzecz biorąc, to niemądre przedkładać dobro zwierzęcia nad wszystko inne... ale ja wcale tego nie robię. Czuję, że to, co powinnam zrobić, to właśnie wypuszczenie teraz tego konia wolno i pozostawienie go w jego własnym świecie... Nie wiem dlaczego. Po prostu wiem, że muszę tak zrobić.
Ech... Wiecie, to wszystko naprawdę mogłoby i mieć sens, i nastrój, i ciekawy build-up, gdyby nie to, że jest natychmiast tłumaczone tym cudownym, mistycznym, niezawodnym Przeczuciem. O ile bardziej dramatyczna byłaby ta scena, gdyby koń z całych sił walczył o wolność, a Meihna stała rozdarta między troską o jego dobro (bo kto wie, co z nim zrobi wiedźma) a chęcią ocalenia królestwa. Ale nie, w tym świecie jedyne, co się liczy, to TAJEMNICZOŚĆ. Bosh...
Trzeba jeszcze umieć pisać. Nie wróżę sukcesu na tym polu komuś, kto nie odróżnia łąki od polany.
(ehehehe, polu)


Meihna pogłaskała konia, po czym z ciężkim sercem zostawiła go samego wśród mgieł. Wiedziała, że dobrze zrobiła.
Of course.

Chłopak łypnął złowrogo na dziewczynę. Nie wiedział dlaczego, ale gdy tylko na nią spojrzał, cała złość od razu mu minęła.
Bo jest PIĘKNA. Zupełnie jakby mało razy było to podkreślane, aleś ty tępy, Liaam.

Wiedział tylko, że nie opuści Meihny, że będzie z nią do końca jej misji... albo jeszcze dłużej. Że chce narażać się przy niej na te wszystkie niebezpieczeństwa i niesamowite zdarzenia... Nie wiedział tylko dlaczego...
Bo jesteś predestynowany do zostania jej księciem z bajki i nie masz w tej kwestii nic do gadania. <3
Swoją drogą... to dość dziwny sposób przedstawiania zakochania. Nawet bardzo. o_O

Meihna i Liaam wracają do chaty wiedźmy. Na jej pytanie, czy wykonali zadanie, Meihna odpowiada, że nie wie. I... tyle. Koniec. Nikt już nie porusza tego tematu, a wiedźma daje im od razu drugie zadanie. *podnosi wielką tabliczkę z czerwonym napisem: SENS PILNIE POSZUKIWANY!*

— Czas na drugie zadanie... — powiedziała zamyślona. Wyglądała teraz tak, jakby właśnie je wymyślała. Po chwili znów się odezwała: — Prawda, że koń był piękny? — Meihna nie odpowiedziała — O, tak. Wiem, że ty też tak uważasz... Ale mniejsza z tym. Idź do lasu, twoje zadanie znajdzie cię samo.
Czyżby chodziło o konia? Tego ładnego, który nie jest sprowadzany do roli skutera?
Przede wszystkim to chodzi o wygłoszenie jeszcze paru metafizycznych uwag o odwadze łososia, pięknie kamyczków czy czymś takim.

Wiedziała, że wiedźma specjalnie wysłała Liaama na polowanie. To zadanie ona, Meihna, miała wykonać sama, bez niczyjej pomocy i wsparcia.
Co uczyni jej zwycięstwo jeszcze wspanialszym i bardziej godnym podziwu, jakim musimy ją darzyć.
Michaśka, ty naprawdę nie musisz nam wszystkiego tłumaczyć jak krowie na granicy. Serio.

Dzień ten zdawał się najpogodniejszym dniem świata. Meihna znużona usiadła pod drzewem i oparła głowę o jego chłodny pień. Po chwili powieki zaczęły jej ciążyć, usilnie domagając się, by je zamknęła. Zamknęła. Zasnęła...
Płyta się jej zacięła. Zacięła. Teraz.
Miało być oryginalnie, wyszło idiotycznie.

Bo, że ma biec, wiedziała już bardzo dobrze.
Bo, że, za, in, we, stuj, w, ko, re, ktę, bo, nie, wy, trzy, mię.

Coś nieokreślonego pchało ją ciągle przed siebie, nie pozwalając się zatrzymać. Widziała setki obrazów, słyszała setki dźwięków, w jej nos uderzała mieszanina leśnych zapachów.
Było nie ćpać? Było?!
Ale te grzybki to zupełnie jak kurki wyglądały...

Meihnie śni się, że biegnie i nie może się zatrzymać, bo ktoś przejął kontrolę nad jej ciałem. Wbrew swojej woli skacze z klifu do morza, ale w ostatniej chwili odzyskuje władzę i przemienia się w ptaka. Potem budzi się.

Nagle przypomniała sobie o Jednorożcu.
Ałtorka też.

Czym prędzej pobiegła nad rzekę. (...) Przed nią między drzewami stał Jednorożec, patrząc na nią wzrokiem obrażonym i pełnym wyrzutu. Księżniczka podbiegła do niego i objęła mocno jego ciepłą, białą szyję, przepraszając jednocześnie za tak wielkie zaniedbanie.
Ten Jednorożec i tak pełni tu rolę chihuahuy w torebce, nie marnujmy na niego miejsca w książce i skupmy się na nieziemskiej urodzie i nieprzeciętnej inteligencji Meihny.

— Nie uwierzysz, co znalazłem — powiedział, bardzo z siebie zadowolony.
Odsunął się, teatralnym gestem ukazując stojącą za nim kozę, przeżuwającą z zapałem suchego liścia.
Meihna stężała.
— Co to?! — w jej głosie zabrzmiała groza, godna momentu, gdy ujrzy się potwora lub ducha. Nie kozę.
O mój Boru, KOZA!!! Ratuj się kto może!!!


Meihna jęknęła. Nie miała dobrych doświadczeń ze zwierzętami hodowlanymi. Jednorożec natomiast bardzo się Kozą zainteresował.
Z tego romansu wyniknie piękny kozorożec. <3

Wiedźma cieszy się z kozy i po krótkim tupaniu nóżką Meihna jest zmuszona ją wydoić.


Schyliła się ostrożnie, czekając na jakiś objaw agresji, ale Koza stała spokojnie, nie zwracając na nią najmniejszej uwagi. Księżniczka nieco spokojniej wyciągnęła ręce... i nagle krzyknęła z przerażeniem.
Bo koza okazała się być kozłem, a Meihna zdążyła już złapać...

Zwierzę patrzyło na nią, przeżuwając beznamiętnie spory kosmyk jej pięknych włosów. Dziewczyna wyrwała go jej ze złością z pyska i wyszła jak burza z chaty, trzaskając drzwiami tak, że omal nie wypadły z zawiasów. Po chwili wróciła, ociekając wodą.
— Deszcz — powiedziała krótko i usiadła pod ścianą, podkulając pod siebie nogi.
Element Komiczny, w razie jakby ktoś nie załapał.
Z tymi tendencjami do wyjaśniania wszystkiego przez narratora, w książce w odpowiednich momentach powinny się podnosić takie rozkładane tabliczki z napisami, by publiczność odpowiednio reagowała. W sumie możemy zacząć już teraz. Proszę państwa: „LAUGH”.

Wiedźma daje obrażonej Meihnie miskę z jakimś jedzeniem, nie wiem, tu jest opisane jako „gęsta, gorąca ciecz” – wolę nie wiedzieć.

Lecz ledwo biorąc pierwszy łyk, podniosła miskę do ust, wypuściła ją nagle i opadła nieprzytomna na podłogę.
To znaczy, że najpierw wzięła łyk, a dopiero potem podniosła miskę do ust. Czy ona ma zamiast warg aparat ssący?

Tym dramatycznym momentem, bez jakiejkolwiek wiedzy o ukończeniu przez Meihnę drugiego zadania, kończymy dzisiejszą analizę.

7 komentarzy:

  1. Zdążyłam się stęsknić za Meihną i jej mądrościami z rzyci wziętymi. Są takie cudownie Natchnione i Tajemnicze, ach, ach!
    Nadal się zastanawiam co brali ci, którzy zdecydowali się wydać to coś drukiem. Ale cóż, może i lepiej, że brali, przynajmniej jest z czego pokwiczeć.

    OdpowiedzUsuń
  2. Już miałam pisać komcia w duchu "O kurde, ale to dziecinne", kiedy zguglałam sobie autorkę i odkryłam, że pisała to, mając lat 15. No tak, to wiele wyjaśnia...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tym bardziej dziwi, czemu puścili to do druku i to jeszcze bez redakcji - bo że takowej nie przeprowadzono, jestem już stuprocentowo pewna. Na miejscu Olszańskiej zapadłabym się pod ziemię ze wstydu, gdybym miała wydawać coś, co napisałam w gimnazjum, a ta wydaje się być zachwycona - to pozowanie na okładce, piosenki i cała reszta...

      Usuń
    2. Przypomniało mi się, jak Musierowicz opowiadała o swych początkach w "Naszej Księgarni". Dostała dwie dobre redaktorki, które przeorały jej debiutanckie dzieło w tę i wewtę i zrobiły z niego coś, co się nadawało do czytania. Teraz, mam wrażenie, wydawnictwa robią debiutantom krzywdę, puszczając ich wypociny jak leci. A nawet i nie tylko debiutantom, a Uznanym Autorom (patrz Ziemiański).

      Usuń
  3. Szkoda dziewczyny. Ja też pisałam różne bzdury w gimnazjum i spaliłabym się ze wstydu, gdyby ktoś je odszukał (mam nadzieję, że wszystko spaliłam).

    To mi przypomina książkę "Wybrańcy Jednorożca", wydaną jakieś, hm, sześć lat temu. Dzieło to było niewypowiedzianie bzdurne - bohaterami były psy (zachowujące się jak dzieci), którymi przewodniczył garystuowy husky. Czworonóg dostał magiczny pierścień i wyruszył na poszukiwanie Jednorożca - po co, na co, którędy, dlaczego, tego ludzkość nigdy się nie dowie. Książka była napisana przez czternastolatkę, którą wydawca prezentował jako samorodny talent, w Internecie powstał fanklub, a po forach książkowych kręcili się fani i bronili tego tytułu jak niepodległości.
    Dziś poza mną nikt najwyraźniej nie pamięta, że taki debiut w ogóle był, a po "samorodnym talencie" ni widu, ni słychu. Kura ma rację - wydawcy robią wiele krzywdy debiutantom. Niefajnie.

    Analiza jak zwykle zgrabna i słuszna, choć przyznaję, treść zaczyna mnie powoli męczyć - o ile akcja dziejąca się jeszcze na Atlantydzie była interesująca przez to motanie się ałtorki w kreacji świata przedstawionego, to obecny klimat "szóstego dna głębokiego jak zlew" jest usypiający i nudny w swojej miałkości.

    Fragment dotyczący odprężającej kąpieli w lodowatej wodzie w jaskini jest cudnej urody i przywodzi mi na myśl grę "Rayman 2" - tam pluskanie się w sadzawkach umiejscowionych w grotach było równie nastrojowe i milusie. Ale "Rayman 2" mógł sobie na to pozwolić, bo to faktycznie były przyjemne dla oka fragmenty, a gra miała klasę. O.

    Gif z kózkami - przesłodki.

    Pozdrowienia i niech kisiel ze spóźnionych wiśni będzie z Wami!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kaziku, uwielbiam się na ciebie natykać w różnych częściach internetu, od Nightwood i Śmiechawki przez twoje cudnej urody recenzje (jak choćby tych "Wybrańców", Boru, jak ja bym chciała to przeczytać), na blogach kończąc. :) Niech budyń waniliowy będzie z Tobą. ^^

      Usuń
  4. Przeglądałam recenzje tej książki i natknęłam się na to:
    (...)Swoje książki pisze najpierw ołówkiem, a następnie przepisuje na komputerze. Jak twierdzi, "palce zabrudzone grafitem mają dla mnie wciągającą moc i magię"(...)
    Jak możecie się spodziewać dobrej kolejności wydarzeń? Ona to pisze OŁÓWKIEM!
    Wraca ze szkoły, je obiadek, robi lekcje, a potem wyciąga ulubiony zeszycik i pisze przy "szumie wody".

    OdpowiedzUsuń