Czarne owce literatury czyli analizy ZŁYCH książek: września 2012

czwartek, 27 września 2012

Cudowne Dziecko, czyli opowieść o Michali... tfu, Meihnie, część 12

Jednak wrzucam analizę dzisiaj, jako że jutro mogę nie mieć czasu. Tym razem naprawdę już jesteśmy blisko końca, a mimo to sprawy komplikują się coraz bardziej.






Mag mówi Meihnie, że ten cały eliksir sprawi, że zapadnie w długi, głęboki sen, a jej dusza przeniesie się na Atlantydę, by zrobić wywiad. Już brzmi głupio, a za chwilę będzie zapewne jeszcze lepiej... Meihna wypija eliksir, pada nieprzytomna, a przy opisie zasypiania pada mnóstwo wielokropków. Gdy otwiera oczy, znajduje się w lesie całkowicie pokrytym śniegiem i rozpoznaje w nim miejsce, gdzie spotkała dzika, co z jakiegoś powodu bardzo ją cieszy i ma ochotę całować drzewa. Gdy wtem!

nagle usłyszała odgłos kroków stawianych na śniegu. Spojrzała mimowolnie za siebie... i naraz podskoczyła, kuląc się jednocześnie w sobie. Przed nią stał dzik, z nozdrzy buchała mu para, ruda sierść nastroszyła się bojowo.
O mój Boru, dziiik!

A już myślałam, że nigdy już nie będziemy mieć okazji do wykorzystania tego gifa. :D

Patrzył na Meihnę tak jak wtedy, gdy spotkali się po raz pierwszy: mądrze, spokojnie. Księżniczka cofnęła się.
— Kim jesteś? — spytała drżącym głosem. — Kim jesteś?!
- No... dzikiem. Chrrrrum.

Serce zamarło w niej całkowicie, w oczach wciąż miała rozszarpane ciało Tyncjona. Zastanawiała się, czy i ją spotkać ma taka sama śmierć, czy dzik zabije także drugie z dzieci Menrosa.
Erm... Halo? Jesteś DUSZĄ. Nie ma cię tam! Halooo!
Poza tym, dobre pytanie. CZEMU właściwie dzik zabił jej ojca, brata i narzeczonego? Bo nie zachowali się tak jak ona i nie zaczęli go błagać o litość, tarzając się na liściach? Ja bardzo poproszę o jakieś sensowne wyjaśnienie.

Zwierzę stało długo nieruchomo, niewzruszenie, aż nagle pochyliło głowę, jego ciało zaczęło się wysmuklać, plecy wyprostowały się, racice powoli przekształcały w ręce. (...) Po chwili stanął przed nią już nie dzik, lecz wysoka postać w płaszczu, z twarzą osłoniętą obszernym kapturem, wyglądająca trochę jak zjawa, a trochę jak posąg, zimny i niedostępny. Lecz oto postać zsunęła kaptur, odsłaniając pociągłą, smutną twarz Nitrusa...
A teraz to ma jeszcze mniej sensu... Dlaczego NITRUS zabił króla i spółkę? Jaki miał w tym interes? Zrobił to dla hecy? I czemu perłowy mag przed nim nie ostrzegł, skoro był na tyle wszechwiedzący, że wiedział wszystko o Meihnie, gdy tylko pojawiła się w pobliżu? Już mnie zaczyna głowa boleć...

Meihna dostaje szału i rzuca się na Nitrusa z pięściami, ale on odpycha ją. Wtedy zaczyna się nad nim „pastwić” zmuszając go czarami do padnięcia na ziemię i zadając mu ból. Ale Nitrus uwalnia się i rzuca królewną o drzewo, aż biedulka ma wrażenie, że połamała wszystkie kości.


Meihna rzuciła mu nienawistne spojrzenie.
— Myślałam, że jesteś moim przyjacielem — szepnęła, bo na nic więcej nie miała siły. (...)
— Nie ciebie miałem zabić. Nie o tym mówiła przepowiednia.
— Przepowiednia! Też coś! Mogłeś sam o sobie decydować!
Nitrus westchnął.
— Wszyscy jesteśmy tylko marionetkami w rękach losu. Nie wiemy jak i kiedy, ale zawsze spełniamy jego oczekiwania.
Aha... A więc Nitrus zabił, bo PRZEZNACZENIE mu kazało. Odnoszę wrażenie, że aŁtorka nie do końca pojmuje starożytną ideę przeznaczenia. Posłużę się zatem najprostszym, szolnym przykładem: Edyp. Wyrocznia powiedziała jego ojcu, królowi Teb, że syn go zabije i poślubi własną matkę, więc porzucił go w górach. Ale małego Edypka znaleźli pasterze i odchowali, a gdy dorósł, wyrocznia powiedziała mu tę samą przepowiednię, którą usłyszał jego ojciec. Edyp myślał, że jego ojcem jest król Koryntu, więc uciekł daleko z tamtych okolic, a po drodze przypadkiem zabił swojego prawdziwego ojca. Później uratował Teby od sfinksa i wziął za żonę swoją matkę. O wszystkich tych szczegółach NIE WIEDZIAŁ. Starał się uniknąć przeznaczenia, ale i tak go dopadło. Nawet twórcy „Oszukać przeznaczenie” lepiej wiedzieli, na czym to polega!
Widocznie potrzebny był jakikolwiek antagonista. Padło na Nitrusa, bo Meihna tak bardzo miała mu za złe, że „sobie zginął i ją zostawił”.

Tamtego letniego poranka król i książęta nie musieli mnie atakować. Ale ich przeznaczenie było takie, że zaatakowali, a ja się broniłem. Miałem świadomość, iż to ja będę tym, który wypełni część przepowiedni, wiedziałem to od zawsze
I jestem po prostu bez żadnego powodu zły. Mwahahaha!

Tej części w ogóle nie rozumiem. Niby nadszedł moment na odpowiedzi, ale pytania, które zdaje Meihna zdają się być kompletnie niezwiązane z tym, co naprawdę ważne, a odpowiedzi Nitrusa kompletnie bez sensu i wpływu na te szczątki fabuły. I tak:


Meihna wstała z trudem.
— Zabiłeś moich bliskich, jesteś mi winien własne życie. Powiedz, dlaczego Zenora musiała opuścić wyspę.
Bo umarła? Bo znudziła jej się wszechobecna słodycz? Bo zapragnęła zmiany klimatu? Czemu powinno nas to w ogóle obchodzić?
Odpowiedź Nitrusa zaczyna się od opowieści o jakimś poprzednim królewiczu Atlantydy, jakimś Iloriosie, który był szalenie przystojny, mądry i w ogóle – a nasza dezorientacja rośnie.

Kiedy się narodził, ojciec zaręczył go z pięcioma królewnami, twierdząc, że kiedy dorośnie, sam wybierze sobie żonę.
Z tych pięciu, no to faktycznie dał mu wolną rękę. Królewicz wybierze jedną, a ojcowie pozostałych czterech wywołają wojnę.
Nie w tej książce, niestety.

Sam [ojciec Iloriosa] ożenił się z egzotyczną pięknością z zachodu, którą znalazł podczas jednej ze swoich licznych wypraw i zabrał na Atlantydę, niekoniecznie za jej zgodą. W końcu jednak byli bardzo dobrym małżeństwem.
Nooo, bo najlepsze małżeństwa to te z przymusu. Jedynym wyjątkiem są te, których udziałem musi się stać Meihna.

Z zapchajdziury w postaci długiej i nudnej opowieści dowiadujemy się, że Ilorios w dniu siedemnastych urodzin poszedł popływać nago w oceanie, gdy wtem zobaczył na skale piękną, białowłosą dziewczynę, która zarąbała mu ubrania i uciekła. Wrócił goły do pałacu, ale nikt go nie widział, bo znał tajne przejście. Później odbyło się huczne przyjęcie i Nitrus dokładnie opisuje wszystkie pięć księżniczek (nuuudyyy...!). Wybiera chińską księżniczkę, żeni się, żyją długo i szczęśliwie. Pewnego razu zauważa znajomą postać przebiegającą przez ogrody.


Z początku niczego tam nie znalazł, stwierdził nawet, że coś musiało mu się przywidzieć
O mój Boru! Nie wierzę własnym oczom! A więc jednak można! Można się nauczyć, że „przewidywać” i „przywidzieć” to nie to samo! Alleluja!
Nie ciesz się, może to literówka. ;P

Królewicz spotyka dziewczynę z plaży i nie może przestać o niej myślec. Nocą wymyka się, by się z nią spotkać (a ja nadal nie wiem, jaki to ma związek z Meihną).
Ciekawostka: cała ta długa i nudna historia do tej pory była pisana w jednym ogromnym akapicie, nawet dialogi. Dopiero teraz aŁtorka zaczęła na powrót używać entera.

— Jeśli pójdziesz teraz ze mną, będzie to miało tragiczne skutki... Ale jeśli nie pójdziesz, skutki również będą tragiczne, więc...
Więc wszystko jedno, chodźmy się bzykać!

I tak też się dzieje: książe regularnie odwiedza dziewczynę nocami poza chwilami, kiedy jest pełnia. Jego żona dowiaduje się o tym, ale zachowuje stoicki spokój. Po jakimś czasie król umiera, co oznacza, że
Ilorios przestał być następcą tronu, a stał się prawowitym władcą Atlantydy. A władca nie mógł mieć kochanki; jego zadaniem było świecić przykładem, być nienagannym symbolem wszystkich cnót.
Buahaha! Dobre! Niech ktoś da tej słodkiej aŁtoreczce do przeczytania cykl „Pieśń lodu i ognia”, proszę. xD

Ilorios postanawia zerwać stosunki z tajemniczą dziewczyną (której imienia nie pofatygował się poznać)
(bo był zbyt zajęty penetrowaniem jej... osobowości), ale gdy tylko ją widzi, cały misterny plan idzie w pizdu. Niestety okazało się, że była to noc pełni księżyca i... nic się nie dzieje. Hm. Młody król wraca do pałacu i ucina sobie pogawędkę z jakimś kapłanem. Stanowczo odmawia przekazywania bogactw kapłanom, co bardzo oburza... kapłana (Boru, ile powtórzeń, ale tu się inaczej nie da). Czyli teraz nagle to znowu ci bezwyznaniowi kapłani są źli. Kapłan wygłasza raczej dziwną mowę w bardzo wymuszony sposób nawiązującą do Zenory:

— Kto ma mieć w królestwie wysoką pozycję, jeśli nie kapłani? Wiedźmy? Magowie? Nawiedzeni szaleńcy? Twój ojciec, panie, dawno powinien rozprawić się z Zenorą i jej podobnymi.
— Zenorą? Myślałem, że to bajki!
— Za dużo myślisz, za mało działasz, o królu! Bajki? Bajki?! Kto w takim razie porywa ludzi? Kto robi garnce z ich czaszek? Kto wypija z uwielbieniem krew niemowlaków, i to wszystko w pełnię?
Jakoś nie słyszeliśmy do tej pory o jakichkolwiek porwaniach, mordach albo czaszkach.

Ilorios zastanowił się.
— Nie słyszałem nigdy o tych strasznych mordach...
— Ach! Jak o czymś tak okropnym może słyszeć książę, światło Atlantydy?! Kto miałby czelność ranić tym jego święte uszy?!
— Hmmm... Ty to robisz.
— Ależ, panie! Ja cię tylko uświadamiam. Z bólem to czynię, ale...
Ja pierdolę, jakie to jest wszystko infantylne i naiwne...

Król chyba tylko dla świętego spokoju zgadza się stracić Zenorę.


— Niech straże przyprowadzają jutro z samego rana, w południe zostanie stracona i... — kapłan nadstawił ucha. — Złożona w ofierze twoim bogom.
JAKIM bogom?! Na Teutatesa, aŁtorko, świat, który stwarzasz, nie składa się wyłącznie z głównej bohaterki i otaczających ją kwiatków i jednorożców! OGARNIJ SIĘ!

Zidiociały król nie skojarzył faktów i nie podejrzewa, że polująca w pełnie Zenora i jego dziewczyna zabraniająca mu przychodzić w tym samym czasie może być tą samą osobą. Gdy przyprowadzają mu ją, jest w szoku. Rozkazuje jej raz na zawsze opuścić Atlantydę, Zenora płacze, mówi, że nie może opuścić Atlantydy, ale w końcu zgadza się (zupełnie jakby miała wybór). Koniec opowieści.

Jeśli Nitrus zamierza odpowiadać tak na każde pytanie, to ja już odpadam.

Nitrus umilkł i spojrzał na Meihnę. — Tej nocy urodziła mnie — powiedział. — A że byłem za mały, by wyjść na świat, schowała mnie w brzuchu jednej ze stojących w lesie skał.
Uhm... okej...

Meihna zakryła twarz dłońmi.
— Dlaczego nie powiedziałeś mi tego wszystkiego wcześniej?
— Nie byłaś w stanie zrozumieć tej opowieści, póki sama kogoś nie pokochałaś. Król też nie chciał ci jej opowiedzieć, nie mogłaś przecież odczytać jego pamiętnika... Teraz jesteś gotowa, by dowiedzieć się prawdy.


— Więc ty...
— Jestem stryjem twojego dziadka, we mnie i w tobie płynie ta sama krew, nigdy bym cię nie skrzywdził.
Meihna stanęła do niego tyłem, splatając ręce na piersi.
— Mojego ojca i brata zabiłeś, wtedy nie przeszkadzało ci pokrewieństwo.
— Nie mówię o tej krwi, księżniczko. Nie o tej...
— Jak to...? — dziewczyna odwróciła się, ale Nitrusa już nie było, rozpłynął się w powietrzu.
Sama aŁtorka nie umiała udzielić odpowiedzi na to pytanie, więc sobie sprytnie i bezsensownie wybrnęła.
To nie jest sensowne wyjaśnienie, jakiego oczekiwałam. :c

Meihna leci do pałacu. Przed drzwiami stoją straże i zastanawia się, jak ich ominąć. Zamienia się więc w motyla i wszystko funkcjonuje dokładnie tak, jakby wszyscy zapomnieli, że jest tam tylko duchem, a nie ciałem, kurtyzana żesz mać. Wlatuje do komnaty Teriny (dziwne, że nie zamknęła okna, skoro jest taki mróz) i przemienia się z powrotem. Gdy Terina wychodzi z szoku (bardzo szybko), opowiada, jak Aro-Gant powiedział, że Meihna nie żyje, wtrącił Majoneza do lochów, ogłosił się królem Atlantydy i przy pomocy latających maszyn zaczął podbój świata. Wszystkie państwa sprzymierzyły się przeciwko Atlantydzie i planują ją zniszczyć w jeden dzień. Powodzenia...

— Aragos wszędzie przedstawiał się jako Mojnes, syn Menrosa! Zachowuje się, jakby dążył do tego, żeby cały świat znienawidził nasze królestwo.
— I dąży do tego! Naprawdę. To ma być zemsta.
— Zemsta? Za co?
— Aragos nie jest księciem z dalekiego królestwa, tylko... Mniejsza z tym! Długo musiałabym ci tłumaczyć.
Nie, nie mniejsza z tym. WYTŁUMACZ. Bo to nie ma sensu. Za co niby zemsta? Co mu zrobiła Atlantyda?
Nic, ale „zemsta” to takie fajne słowo!

Terina mówi, że jutrzejszej nocy na Atlantydę przybędzie sto armii i zabiją wszystkich. Prosi Meihnę, by zabrała jej nowonarodzonego synka, żeby przeżył, ale Meihna się sprzeciwia, mówi, że uratuje Atlantydę. I kiedy już miałam pochwalić pamięć o tym, że Meihna jest tu duszą, a nie ciałem, dzieje się to:

Meihna wybiegła z komnaty, od razu wpadając na dwóch strażników, z których jeden złapał ją za ramiona, drugi uderzył z całej siły w głowę... Nie zdążyła zareagować.
Ja pierdzielę...

Meihna budzi się w towarzystwie Aro-Ganta i szaleje ze złości. Aro-Gant wyjawia, że wcale nie chodzi mu o zemstę, a o zazdrość: Atlantyda zawsze uchodziła za największy, najlepszy i najwspanialszy kraj i nie podobała mu się rola „podnóżka”.


Meihna podniosła czoło.
— Chcesz wojny? Dostaniesz! A teraz wypuść mnie, słyszysz?! Wypuść!!!
Aru-Ghaan zaśmiał się.
— Jak miło widzieć cię tutaj. To tak, jakby siedzieć w klatce z dzikim kotem, strasznie... ale pociągająco.
A więc Aro-Gant zamienia się nagle w zboczeńca i oferuje księżniczce życie w zamian za to, że będzie jego. Próbuje ją „brutalnie pocałować”, ale królewna zmienia się w tygrysa. Wściekła wyskakuje przez okno i zmienia się w kruka.

Krew pulsowała jej w mózgu, wściekłość i oburzenie nie pozwalały myśleć. „Świat jest zły...”, pomyślała z goryczą, a za chwilę zreflektowała się: „Świat jest dobry, ale ludzie są źli...”, jednak i to stwierdzenie nie wydawało jej się odpowiednie. Świat jest dobry, ale ludzie nie są dość mądrzy, by ogarnąć tę dobroć. Minie dużo czasu, nim nauczą się tego.
Filozofka w każdym calu, rozmyśla na tematy egzystencjalne nawet w obliczu zagrożenia.

— To niesprawiedliwe! — jęknęła. — Dlaczego to wszystko jest aż tak niesprawiedliwe?! Świat oszalał, zaczyna niszczyć sam siebie, gubiąc po drodze prawdziwe wartości i zastępując je fałszywymi, wymyślonymi przez głupich ludzi, kierujących się jedynie własnym interesem! To takie niesprawiedliwe...
Witaj w rzeczywistości, słoneczko.

Księżniczka wstała ponownie, jakby nie mogąc zdecydować się, co robić, gdzie pójść. Do rana pozostało już niewiele czasu, a ona, choć opowieść Nitrusa wyjaśniła wiele tajemnic, wciąż nie znała odpowiedzi na najważniejsze pytanie. Jak uratować Atlantydę?
Niby jakie tajemnice wyjaśniła ta beznadziejnie nudna i bezsensowna historyjka o Zenorze? Wygnali ją, kapłani są źli, łał, to faktycznie wiele tłumaczy. -.-

Nagle dziewczyna usłyszała kroki. Przemieniła się w jaszczurkę i ukryła za kamieniem, obserwując, jak przechodzi obok niej dwóch strażników, mówiących coś do siebie w bełkotliwym, niezrozumiałym dla niej języku i łypiących groźnie spod peruk dzikimi, smolistymi oczyma.
O, to teraz nagle Meihna nie zna egipskiego? Miała matkę-egipcjankę (i najwyraźniej nie uznała jej za dostatecznie ważną, skoro jej nie odwiedziła), była niby taka mądra i wykształcona, a teraz co?
Gdyby to, co mówią strażnicy miało być dla niej w jakikolwiek sposób ważne, to by znała egipski. Ale tak to pfe, nieważne.

Królewna pod postacią jaszczurki idzie za strażnikami i dociera do lochów.

Za czasów Menrosa niewiele osób siedziało w lochach
Bo wszyscy byli prawi i sprawiedliwi i w ogóle, żadnych morderców, złodziei... <3 Dopiero rządy tego głupiego Majoneza wszystko zepsuły!

Kiedy rządy przejął Mojnes, wtrącał do lochów każdego człowieka, który odważył się podważyć jego zdanie lub miał nieszczęście drażnić go czy denerwować
Hm... Kaprysy kaprysami, ale nie uwierzę, że na Atlantydzie nie było żadnych przestępców czy choćby nawet drobnych cwaniaczków.
Może ich od razu skazywano na śmierć? Zaiste Atlantyda to wspaniały kraj!

Kiedy jednak królem ogłosił się Aru-Ghaan, w opustoszałych dotąd lochach zaczęło brakować miejsca dla przybywających z każdą chwilą więźniów. Meihnę ściskało w gardle, kiedy widziała najdzielniejszych wojowników, wodzów i wiernych poddanych Menrosa i Mojnesa zamkniętych w dołach niczym najgorsi złoczyńcy.
Skąd możesz wiedzieć o złoczyńcach, skoro najwyraźniej nigdy ich tam nie mieliście?
Może byli, ale delikatne uszka królewny nie mogły słuchać o takich brzydkich rzeczach.

Meihna znajduje ledwo żywego Majoneza. Z jego słów wyciąga bardzo dziwne wnioski...

Księżniczka wstała, ale Mojnes złapał ją za rękę.
— Nie, nie odchodź. Zostań ze mną.
— Wrócę, obiecuję, ale znajdę coś do jedzenia, poproszę Terinę...
— Terina? Nie jest z Aragosem?
Mojnes skrzywił się. Meihna spojrzała na niego z niepokojem.
— Co? Co ty mówisz?! Jesteś zmęczony!
— Nie. Terina. Z Aragosem.
Meihna zmarszczyła brwi. Czując, jak ogarniają gniew, wyleciała z lochu pod postacią nietoperza i udała się z powrotem do pałacu, do komnaty Teriny. Stanęła przed dziewczyną, patrząc na nią wrogo z mieszaniną żalu i odrazy.
— Oszalałaś?! — krzyknęła, sama dziwiąc się, że umie krzyczeć tak głośno. — Co ci obiecywał?! Co proponował ci w zamian?!!
Terina jęknęła i usiadłszy na łożu, zakryła twarz dłońmi.
— Więc już wiesz... Kto ci powiedział?
*również zakrywa twarz dłońmi i zaczyna szlochać* Tak bardzo nie rozumiem... To jest kompletnie bez sensu...!

— Mojnes.
— Więc on żyje?! Dzięki wam, bogowie!
— Nie nazwałabym tego życiem, ale mówić jeszcze umie. Ty nie jesteś normalna.
Ty zresztą też.

— Meihno! Ja naprawdę...
— Co? Łatwo było zapomnieć Tyncjona?!
Terina wstała z oburzeniem, ale po chwili opadła znów bezsilnie.
— Ty tego nie zrozumiesz. To szaleniec!
— Rozumiem, zapewniam cię.
— I zboczeniec, niezdrowy na umyśle! Powiedział, że zabije mnie, jeśli nie... sama wiesz. A byłam w ciąży.
Ołmajgaaad... Zaraz sama oszaleję. Więc jakąż to zbrodnię właściwie popełniła Terina? Pozwalała się bzykać Aro-Gantowi? A jakie miała inne wyjście? W przeciwieństwie do niektórych, nie jest merysujkowatą pindą, która może się w każdej chwili zmienić w tygrysa. A jak przypomnę sobie słowa samej Michaśki na temat tej biednej Teriny, to mnie podwójnie krew zalewa:
-Czy nie uważasz, że Twoje postacie kobiece są nieco zbyt bez wad?
-Ależ nie! Terina ma wiele wad, przede wszystkim jest bardzo słaba psychicznie. Nie potrafi stawić czoła życiu, rozczula się nad sobą.

Cały żenujący wywiad z Miss Doskonałości znajdziecie tutaj.

Świat się wali, Meihno! Służba uciekła, bo Aragos życzył sobie widzieć każdej nocy kogoś innego, niezależnie od płci! To przecież jakiś koszmar! Zemsta bogów!
KWIIIK! Nic się nie ukryje przed chucią Aro-Ganta! Ratuj się kto moooże!

Jeśli świat jest aż tak zły, już niedługo bogowie będą zmuszeni go zniszczyć.
Starożytni bogowie, jak powszechnie wiadomo, stanowczo stronili od uciech cielesnych.
A Zeus z niesmakiem odtrącał te tłumy napalonych kobiet, które lgnęły do jego pioruna.

Nagle do komnaty wbiegła Nara z tacą z gorącym napojem. Kiedy zobaczyła Meihnę, wypuściła tacę oniemiała, po czym padła na kolana i zaczęła całować z pasją stopy księżniczki.
— Dlaczego usługuje ci moja niewolnica?
— Moją zabrał Aragos. Zdawała mu się zbyt ładna.
Erm, a co miała zrobić Nara, skoro ogłoszono, że Meihna nie żyje? Zabić się do wtóru ze swoją panią?
Ależ nie, w wywiadze z aŁtoreczką możemy przeczytać, że Nara jest postacią komiczną. Więc zaśmiejmy się wszyscy razem nad losem niewolnicy, która musi całować swoją zdzirowatą panią po stopach: hahahahahahaha, plebs jest taki zabawny!

Meihna westchnęła.
— Chyba dobrze, że nie zostawiłam tu Jednorożca.
Jeszcze by go Aro-Gant wychędożył.

Nara wspomina coś kompletnie bez związku o Zenorze i Meihnie przypomina się, że pozostaje jeszcze sprawa tajemniczych napisów na ścianie w jaskini. Leci tam, a ja jestem ciekawa, jakim to niby cudem teraz nagle będzie w stanie je odczytać.


Ale dlaczego właśnie ona? Dlaczego to wszystko złożone zostało na jej barki, dlaczego nie obarczono tym kogoś silnego, doświadczonego, jak Menros czy Tyncjon? Jak wiele zdziałać mogła niedoświadczona księżniczka w porównaniu z wojownikami, książętami czy królem? Oni mogliby zebrać armię, odpowiedzieć wojną, odeprzeć nieprzyjaciela, a ona? Cóż, ona mogła zrobić tylko jedno.
Siąść, płakać i użalać się nad swoim straszliwym losem.

W końcu stanęła w grocie, patrząc na ciemną kamienną ścianę. Uklękła. Dotknęła koniuszkami palców zapisanych na niej słów. Zaczęła czytać... Poczuła, jak w jej sercu rozlewa się ciepłe, cudowne poczucie ulgi. Nadzieja...
I tymi słowy kończy się... rozdział czy coś, nie wiem, w tej książce po prostu co jakiś czas tekst się urywa i zaczyna od następnej strony. A samych stron zostało nam już tylko trzydzieści, zatem odłożymy to na następny, ostatni już raz. Dobijemy Atlantydę już w najbliższy wtorek!

wtorek, 25 września 2012

Cudowne Dziecko, czyli opowieść o Michali... tfu, Meihnie, część 11

Na obecnym etapie przygody Meihny bardziej nas nużą i denerwują niż bawią. Dlatego uznałyśmy, że czas rozprawić się z tą książką raz na zawsze. A ponieważ takie klocowate analizy na dwadzieścia stron ciężko przeczytać na raz, ogłaszamy, co następuje:
PRZEZ NAJBLIŻSZY CZAS ANALIZY ATLANTYDY BĘDĄ SIĘ UKAZYWAĆ CO KILKA DNI, AŻ DO ZAKOŃCZENIA KSIĄŻKI. PO OSTATECZNYM ROZPRAWIENIU SIĘ Z TYM DZIEŁEM WSZYSTKO WRÓCI DO NORMY I ANALIZY BĘDĄ SIĘ UKAZYWAĆ CO WTOREK.

Na stanowiska! Do atakuuu!





 Meihna siedziała na głazie z głową wspartą na ramieniu Liaama. Czuła się w tym momencie tak bezpiecznie, że pragnęła tylko móc tak wiecznie trwać, nieniepokojona upływem czasu, nieniepokojona niczym. Liaam trzymał w ręku jej dłoń
Cała złość i nienawiść minęła mu jak ręką odjął.
Widocznie Meihna miała przekonujące argumenty. Takie co najmniej 75C.

Meihna spojrzała na niego, na jego spokojne niebieskie oczy, w których tak przejrzyście malowały się wszystkie jego uczucia, wszystkie myśli.
— Ojej... — szepnęła, a było to pierwsze słowo, jakie wypowiedziała od pewnego czasu, bojąc się, że mowa może być zbyt przyziemna, zbyt prosta, całkiem teraz nieodpowiednia.
*odrywa kawałek strony z książki i przez chwilę żuje go zapamiętale* Miałam rację. Czysty karmel. Aż cukier zgrzyta!

Liaam uśmiechnął się lekko i nachylił do niej, ale w tym momencie, nie wiadomo skąd, pojawiła się
między nimi Koza, swoim trzeźwym meczeniem psując całą romantyczność sytuacji.
- Byłabym wdzięczna – zameczała koza – gdybyście przestali się wreszcie gzić i raczyli mnie wydoić.

— To dziwne — powiedziała Meihna, dochodząc do wniosku, że skoro Koza i tak zniszczyła nastrój, to można bez przeszkód coś powiedzieć. — Bardzo dziwne.
— Nie. — Liaam patrzył na nią tak, jakby nie mógł zdjąć z niej wzroku, jakby wręcz napawał się jej widokiem. — To nie było dziwne, tylko... niezwykłe! Cudowne!
— Nie będzie nam teraz łatwiej iść dalej, wiesz o tym.
— Przeciwnie! Teraz mogę pójść wszędzie, choćby na koniec świata, byleby tylko być z tobą!
Meihna posmutniała.
— No właśnie. Chyba nie będzie nam dane być razem, nasze opowieści mają dwa różne zakończenia. Przykro mi.
Dziewczyna wstała, patrząc na rozciągającą się przed nią drogę.
— Tędy. Tędy musimy iść.
Liaam wziął ją za rękę i skinął zachęcająco głową.
Ciężko mi w to uwierzyć, ale ten chłopak nadal jest kreowany na idiotę, tylko tym razem powodem jest ogłupienie przez miłość do naszej nieskazitelnej królewny.
Jeżeli aŁtorka naprawdę tak bardzo utożsamiała się z Meihną, to bardzo, ale to bardzo współczuję jej przyszłemu/obecnemu chłopakowi.

— Dlaczego nie powiedziałaś mi, że umiesz czarować?
— Bałam się, że nie zrozumiesz, że przestraszysz się, weźmiesz mnie za złą wiedźmę... cóż. Nie myliłam się.
— Nie obawiałaś się, że za którymś razem nie dam sobie wmówić, że coś mi się przyśniło?
Meihna zaśmiała się.
- Daj spokój, za głupi jesteś.

Liaam i Meihna konwersują w najlepsze – W KOŃCU, bo do tej pory ich relacje opierały się na ratowaniu Liaama. Ale nawet to jest powodem do wciśnięcia kolejnych filozofizmów: dowiadujemy się, że jednorożec nie ma imienia, bo Meihna sądzi, że to czyni z niego jej własność, a nie przyjaciela. Mówi też, że bardzo jej się nie podoba to, że w kraju Liaama (który nadal nie ma nazwy) ludzie nadają imiona wszystkiemu włącznie z drzewami (o czym też pierwsze słyszymy). Wzniosła idea, ale i w tym rozumowaniu trafiają się kwiatki:


Tego nauczył Meihnę ojciec i to uważała za zupełnie słuszne. (...) Twierdził, że każdy ma prawo nadawać imię tylko swoim dzieciom i nikomu ani niczemu poza tym. Meihna i Tyncjon zawsze stosowali się do tego, jednak Mojnes uważał te przekonania za skrajnie niemądre, podając przykład, że jeśli zechce zawezwać jednego ze swoich psów, to skąd pies będzie wiedział, że chodzi właśnie o niego? Dlatego też chłopiec nazywał swoje zwierzęta, nie zważając na zakazy ojca, i to często nadawał im imiona dziwne, w ogóle do nich niepasujące. I tak na nie nie reagowały.
Primo: jeśli nadawanie imion jest takie karygodne, to nazywanie dzieci też powinno być złe. Są kultury, w których ludzie w różnych rytuałach sami „odkrywają” swoje imiona, można było bez żadnych przeszkód zastosować to i na Atlantydzie. No tak, tylko że tutejsza Atlantyda nie ma żadnej własnej kultury i zwyczajów.
Secundo: ponownie Mojnes wychodzi tu w moich oczach na najnormalniejszego z tej całej metafizycznie natchnionej bandy. Zwierzęta – wbrew temu, jakimi treściami sra Michaśka – nie są głupie i reagują na imiona tak samo jak na komendy. O ile Majonez nie wołał za każdym razem inaczej na tego samego psa, powinny reagować.
Tertio: jestem ciekawa jak się nazywa to michaśkowe stadko kotów. 1, 2, 3, 4, 5, 6 i 7?


Meihna uśmiechnęła się na to wspomnienie. Ona sama nigdy nie miała problemów z przywołaniem do siebie Jednorożca, zwierzę bowiem albo nie odstępowało jej na krok, albo, jeśli akurat oddaliło się wyjątkowo, przychodziło zawsze instynktownie w momencie, kiedy księżniczka go potrzebowała.
Ewentualnie nie przychodziło, gdy wymagał tego Imperatyw Ałtoreczkowy.
No tak, jednorożec jest magiczny i taaak przywiązany do swej pięknej i mądrej pani, że czyta jej w myślach. Ale reszta fauny świata: psy, kozy, konie – są głupie jak stołowe nogi.

Meihna (...) usłyszała szum, wskazujący na dużą bliskość rzeki.
— Ojej. Znowu? Czy tutaj świat składa się tylko z pól i rzek?
Ja odniosłam raczej wrażenie, że z klifów i jaskiń.

— Nie, są jeszcze przecież lasy... no i góry.
JESTEŚCIE w górach, bystrzaki. -.- 
I w tych bezdrzewnych lasach. 

— Wyczuwam problem w przedostaniu się na drugi brzeg.
My spidey senses are tingling!

Rzeka jest bardzo rwąca i Meihna decyduje, że dalej pójdzie sama, a Liam i zwierzaki zostaną i poczekają. Całuje się z Liaamem (przerwa na tęczowe rzygi), zmienia się w ptaka, frrru i już jest po drugiej stronie. Lecz nagle jednorożec wpada w panikę i rzuca się do rzeki, a Meihna za nim. Jak zwykle w takich przypadkach, na spotkanie wychodzi wodospad. Królewna i jednorożec spadają, Liaam zostaje na górze – oopsie doopsie.


Dziewczyna uderzyła mocno ramieniem o dno, instynktownie chroniąc głowę, po czym, jak kawałek drewna, wypłynęła na powierzchnię.
*
Teraz już nurt zelżał, można było spokojnie dopłynąć do brzegu. Meihna, usiadłszy na trawie, zaczęła pocierać ręką obolałe ramię
Ech... O ile ten wodospad nie miał metra wysokości, Meihna powinna gryźć glebę. Jak nie od samego upadku, to od tego, że płynęła nurtem „jak kawałek drewna” na tyle długo, że prąd się uspokoił i straciła wodospad z oczu.

Meihna robi dwa kroki w las i zapada się w „idealnie zamaskowane” bagno. Hm... bagno równa się woda, błoto... Serio, jak można czegoś takiego nie zauważyć? Mieszkam niedaleko bagien i stwierdzam, że całkiem łatwo można odróżnić stabilny grunt od podmokłego.


Cała suknia dziewczyny obleziona była teraz gęstą rzęsą niczym śliną bagiennego potwora, i ociekała zieloną mazią, brudną i cuchnącą.
Żywotna ta maź, skoro ją oblazła.
Może to był Nyogtha. Oby tak! ^^

Wielka ropucha, którą księżniczka zagarnęła niechcący, wpadając do bajora, zeskoczyła teraz z jej ramienia, rechocząc z oburzeniem, i usiadłszy na kamieniu, zaczęła przyglądać się dziewczynie znużonymi oczyma. Jednorożec zaciekawił się niezmiernie zielonym stworzeniem
O, a jednak żyje... Dziwnie to zabrzmi, ale szczerze mówiąc to miałam nadzieję, że nie przeżyje podtapiania się w wodospadzie i otrzymamy dramatyczną scenę próby ratowania mu życia w rwącej rzece.
Może gdyby to była dobra książka...

Jednorożec zaciekawił się niezmiernie zielonym stworzeniem, czegoś tak dziwnego nie widział jeszcze nigdy w życiu, podszedł więc do niego ostrożnie i począł obwąchiwać nachalnie do czasu, kiedy ropucha, tracąc cierpliwość, z głośnym rechotem wydęła ekstremalnie policzki, co nadało jej jeszcze dziwniejszy wygląd.
A teraz ciekawostka dnia: ropuchy wydymają podgardle, nie policzki.
Chyba że w kreskówkach. Tych gorszych.

Meihna wraca do wodospadu i gdy zastanawia się, jak dostać się na górę razem z jednorożcem, nagle słyszy skądś dziewczęcy śmiech.

Nikt nie odpowiedział, ale dziewczyna wiedziała, że śmiech nie mógł jej się przesłyszeć, był zbyt głośny, zbyt realny... Choć realny, tak naprawdę, nie był.
To zupełnie jak korekta tutaj...

Chwilami przypominał trele ptaka, upojonego zimowym słońcem, albo wesołe szemranie wiatru w harfie eolskiej...
Woah, to pierwszy sygnał o tym, że rzecz się dzieje w starożytności od czasów introdukcji, w której zostało to określone.

Zdawało jej się, że czuje odurzającą woń narcyzów, choć, oczywiście, nie było to możliwe, zważywszy na porę roku, jaka właśnie trwała, ale nagle zauważyła z niemałym zdziwieniem... że drzewa pokryte są bujnymi czapami soczyście zielonych liści!
Boru, znowu będzie coś metafizycznego...

bagna zniknęły gdzieś zupełnie, a w ich miejsce pojawiła się młoda trawa, gilgocząca przyjemnie stopy.


Przed dziewczyną rozkwitł nagle dywan z krwistoczerwonych róż, pozbawionych jednak jakichkolwiek kolców, tak że nie raniły stóp. A kiedy się na nie nastąpiło, uginały się tylko na chwilę, po czym znów prostowały dumnie, jak nowo narodzone.
Nie, żeby róże rosły na krzewach czy coś...

Rzęsy księżniczki ciężkie były od pyłku kwiatowego, usta lepkie od słodkiego soku z owoców, mimo iż żadnego nie jadła, oczy upajały się orgią kolorów, węch — orgią zapachów.
Nie rzucę żadnym zboczonym komentarzem, to zbyt oczywisty żart.
Coś często tu się o orgiach wspomina...

Meihna stwierdziła, że choć wcale go nie próbowała, to wystarczyło, że przeszła obok kwiatu, a już czuła jego smak, słodki, bardzo intensywny, ale każdy troszkę różniący się od poprzedniego.
Wiecie, co ja myślę? Że ta scena jest snem aŁtorki, który bardzo chciała przelać na papier. Bardzo prawdopodobne, że w całej książce mnóstwo scen było fragmentami snów. Nie ma w tym nic złego, o ile wszystko razem ma jakiś sens. Tu go jest niewiele.
Teraz powiedzenie, że do napisania książki zainspirował cię sen jest takie modne i fokle. <3 Kij z tym, że doskonała większość pisarzy czerpała pomysły ze snów.

Głos był intymny
Mhhh... Przy tej książce wyjątkowo nie chcę mieć skojarzeń, no ale jak, jak...?!
*klepie ze zrozumieniem po główce*

Gdy Meihna dochodzi do źródła chichotu, wszystkie te śliczności nagle znikają i zamiast nich pojawia się paskudna sceneria.

Na popękanej jałowej ziemi stał osamotniony spalony kikut drzewa, na którym siedziały w bezruchu dwie wrony, łypiąc na Meihnę to jednym, to drugim okiem. Księżniczka oszołomiona spojrzała na nie, nie wiedząc, ani gdzie jest, ani co się stało. Wtem ptaki zapłonęły czarnym ogniem, po czym... przemieniły się w dwie nagie dziewczyny, osłonięte jedynie swoimi nienaturalnie długimi włosami, spływającymi, niczym szal po spalonym drzewie.
Ledwo wyrzuciłam z umysłu wizję „intymnych głosów”, a tu mi na chama goliznę wciskają. .__.
Muehehe, szkoda, że Liaama tu nie ma.

Usta istoty rozciągnięte były w dzikim uśmiechu, nie-spełzającym jej z twarzy ani na chwilę
Nie-dziwię się. W końcu nie-codziennie spotyka się tak nie-naganną merysujkę.

Usta istoty rozciągnięte były w dzikim uśmiechu, nie-spełzającym jej z twarzy ani na chwilę, co nadawało jej wygląd raczej demoniczny, bo nienormalny.
Ciągły uśmiech = szatan = dziwak. Kolejna ważna Rzyciowa Lekcja.
A zaraz po niej nasza ulubiona metafizyka:

— Czeka nas taki sam los! — powiedziała do księżniczki, a zabrzmiało to tak poważnie, że Meihna poczuła się nieswojo. — Jesteśmy zbyt delikatni dla tego świata, znikniemy zniszczeni przez tych, którzy nas nie rozumieją. I tak nic na to nie poradzisz.
— Ale co?! Kiedy znikniemy?! O czym ty mówisz?! — Meihna spłoszyła się trochę. Istota westchnęła. To jej głos nucił melodię, był cichy i intymny.
— Nadejdą ciężkie dni. Schowaj to, co kochasz. Znajdziesz to, kiedy przyjdzie pora, choć długo będziesz musiała czekać. My też się ukryjemy i nikt się nie dowie... nikt się nie dowie... A teraz wróć do lasu, nim coś stracisz, tam nie jest bezpiecznie dla ludzi...
Nie rozumiem, laski przeczą same sobie (wróć do lasu, bo tam nie jest bezpiecznie, wtf?), są na przemian określane jako jedna lub dwie osoby, a o doborze tego całego „erotycznego” słownictwa wolę się nie wypowiadać.
I dobrze. Tu nie chodzi o to, żeby to rozumieć, tylko żeby brzmiało tajemniczo i mądrze. W sam raz do zacytowania w pamiętniczku.
Baj de łej, jednorożec znowu gdzieś znika, zapomniany przez aŁtorkę. A Meihna dyrda z powrotem, gdy wtem chichot znów się rozlega. Z początku ma go gdzieś, ale...

Naraz stanęła gwałtownie, bo oto do głowy przyszła jej myśl, że jeśli nie do niej kierowana jest słodka melodia... to do kogo?!
Do Liaama! Liaam pójdzie za słodkim głosem, a tam dwie gołe laski! 2 girls 1 idiot!
Biegnij, Meihno! Ratuj swego przydupasa!

Na wszelki wypadek postanowiła to sprawdzić i poszła ostrożnie w stronę, z której dochodził śpiew, a im dalej szła, tym teren robił się bardziej bagnisty, bardziej ponury i w ogóle straszniejszy
I w ogóle masakra.

— Przynajmniej nie ma tu Aru-Ghaana... — westchnęła, ale ledwie to powiedziała, stanęła nagle z przerażeniem. Kilka razy przecierała oczy, modląc się, aby to, co widziała, okazało się tylko złym snem, przewidzeniem
*wali głową w blat*

Zobaczyła istotę, podobną do dwóch poprzednich, ale o wiele bardziej odrażającą, nieposiadającą w twarzy ani śladu naiwności. Jej włosy były nieskazitelnie białe, zlewające się tym samym z mgłą, co sprawiało wrażenie, jakby Istota była jej częścią. Ciało też miała białe, trupio białe, do pasa zanurzone w bagnie, a od pasa zaś wdzięczące się kusząco i zachęcające do dotknięcia go, do zanurzenia się wraz z nim w tym cudownym bajorku, aby raz na zawsze zniknąć w jego głębinach z Istotą. Wszystko to nie przeraziłoby Meihny ani trochę, ale zarówno białe ręce, jak i słodki głos skierowane były do Liaama, który całkiem zahipnotyzowany, pozbawiony jakichkolwiek myśli szedł ku nim bezradnie.
Lol, szczerze mówiąc nie spodziewałam się, że mój debilny domysł się sprawdzi. Ale to psuje konwencję, teraz to Liaam miał ratować, a nie wciąż być ratowany.
Wyczuwam silne kompleksy...

Meihna biegnie na pomoc, ale zue korzenie oplatają ją od stóp do głów tak, że nie może mówić, a przemiana w żadne zwierzę nie skutkuje.

„Liaam, Liaam, proszę! Proszę, obudź się! Otrzeźwiej, to tylko czary, ona chce cię zwabić do bagna! Nie ma ptaków, nie ma owoców, głos jest zły!”.
Nagle ku swojemu zdumieniu usłyszała Liaama, choć ten milczał. „Ale tu jest tak pięknie...”
A no tak, zapomniałam o tym... Już wiemy, po co ten cały romans: żeby Meihna zdobyła zdolność telepatii, o której mówił Nitrus. Boru, czy tutaj wszystko musi być tak przedmiotowe? To mi się aż w głowie nie mieści!

„Liaam, błagam! Zrozum, to tylko...”.
„Wiesz, że tu drzewa jednocześnie mają kwiaty i owoce?”.
„Liaam!!!”.
„Różne owoce... Przynieść ci coś?”.
„Liaam!!!”.
„Przyniosę ci. Ale najpierw znajdę głos...”.
Kiepsko się starasz. Spróbuj:
LIAAM!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Aż mi metafizyczne bębenki popękały.

Meihna kopnęła jeszcze raz w kokon. Po raz pierwszy od bardzo dawna poczuła, że chce płakać. I płakała, płakała rzęsiście i rozpaczliwie, nie próbując ukryć tego przed nikim, nie próbując ukryć tego przed samą sobą!
Ach, ojejku, o rety, o Boziu!

Księżniczka przełknęła łzy.
„Nie zostawiaj mnie! Nie ty! Wszyscy po kolei mnie zostawiali, ale nie ty! Nigdy nie odchodź!”.
Boże, zero empatii w tej dziewusze. Liczę się tylko ja, ja, ja. A o tym, że po tym, jak bez słowa opuściła Atlantydę, jej matka na pewno zalewa się łzami, to już nie pomyślała? Nie, to świat się na nią uwziął, Nitrus wyparował razem ze wszystkimi innymi bohaterami i są godni potępienia. Zrobiłabym jej krzywdę, gdybym tylko mogła.

„Nie odchodzić? Nie chcesz, żebym odszedł?”.
„Nie!”.
„Dlaczego?”.
Meihna zdenerwowała się trochę na tak niemądre pytanie, ale wytłumaczyła je sobie tym, że Liaam nie jest teraz w pełni władz umysłowych.
Jak zwykle, co nie?
Przywykła do jego rozkosznej głupkowatości.

„Bo... no cóż”. Uśmiechnęła się przez łzy. „Nitrus mówił mi, że nie może nauczyć mnie telepatii. Powiedział, że... ech. Nie sądziłam, że jeszcze kiedyś to powiem, ale... Kocham cię. Tak! Kocham...”.
Dzięki temu mogę czytać w myślach, więc cię kocham. *ręce, nogi i cycki jej opadły*
Najgorsze wyznanie miłosne ever.

Bum, korzenie puszczają Meihnę, a wabiąca Liaama istota chyba znika, nie wiem, nikt już o niej nie wspomina, bo gruchanie tych dwóch gołąbeczków jest ważniejsze.

— Więc ty mnie kochasz? — powtórzył pytanie. Meihna szczerze się oburzyła.
— Nie pocałowałabym cię, gdybym cię nie kochała! Nie należę do osób rozdających pocałunki.
Na kolana, śmieciu!

— Tak naprawdę to ja cię pocałowałem. Nie wytrzymałem, od kiedy zdałem sobie sprawę, co do ciebie czuję, kochałem cię z każdym dniem coraz bardziej! Teraz żałuję każdej chwili, którą przeżyłem, nie znając ciebie! Ale... nie śniłem nawet, że ty możesz czuć to samo do mnie!
Bo nie czuje. To wredna, wyrachowana sucz. Nie wróżę wam szczęśliwej przyszłości.
Jak Meihna będzie szczęśliwa to wystarczy. <3

— Muszę ci coś powiedzieć... — zaczął niepewnie. Księżniczka pokręciła przecząco głową. — Nie byłem z tobą do końca szczery, ja...
Meihna przerwała mu:
— Ja też. Proszę, nie psuj tej chwili, później wyjaśnimy sobie wszystko od początku. Moja opowieść zajęłaby chyba kilka dni...
Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, co niezwykłego może się okazać w przypadku Liaama. Zareagował nerwowo na pytanie o swojego ojca... Jego ojciec jest powiązany z Aro-Gantem? Jest perłowym magiem? Wróżką-zjebuszką? Nic nie wydaje się dostatecznie niedorzeczne.
Mam tylko nadzieję, że na tych ostatnich kilkunastu stronach nie wcisną znowu jakiegoś nowego, szalenie ważnego dla tych szczątków fabuły bohatera.
Choć Meihna nauczyła się porozumiewać telepatycznie z ukochanym, wciąż nie potrafiła latać bez przemiany w ptaka, wciąż więc pozostawał problem powrotu w górę wodospadu.
Możeby tak spróbować tą drogą, którą Liaam zlazł na dół?
On nie zszedł, on się teleportował.
Pff, głupstwa pleciesz, postać drugoplanowa nie ma prawa mieć zdolności choć w połowie tak zajebistych, jak Głowna Bohaterka.

Meihna westchnęła. Wyglądało na to, że znaleźli się w pewnego rodzaju więzieniu, bo, choć nie było ono ani zamknięte, ani pilnowane przez strażników, trudno było się z niego wydostać.
Na dobrą sprawę kto powiedział, że muszą koniecznie iść tamtędy? Sami nie wiedzą, dokąd zmierzają, więc co za różnica? Muszą się pchać tam, gdzie ich nie swędzi?
To podstawowa zasada: bohaterowie zawsze wybierają tę drogę, na której spotkają jak najwięcej niebezpieczeństw, które będą mogli w epicki sposób pokonać.

Nagle koło nogi dziewczyny przebiegło niewielkie futrzane stworzenie. Meihna najpierw krzyknęła przestraszona, a potem uśmiechnęła się i wyciągnęła rękę do zwierzątka, które swoimi skośnymi, bystrymi oczami zaczęło przyglądać się jej z ciekawością.
— Ooo... Patrz, jakie to słodkie...
Liaam skrzywił się.
— Nie. To okropne. Kuny są bezwzględnymi mordercami, wysysają krew z ptaków, bo są zbyt małe, by zjeść je w całości.
Jak to jest, że lgną do niej wszystkie dzikie zwierzęta?
No przecież jest KSIĘŻNICZKĄ, no.

— Weźmy ją z sobą! Patrz, jak się patrzy!


Księżniczka zaczęła zbliżać się powoli do kuny, ręce trzymając wyciągnięte i szepcząc, że jej zamiary są jak najlepsze, ale kiedy zdawało się, że niemal dotyka już nastroszonego futerka, zwierzę odskoczyło sprężyście i zniknęło w dużej norze zamaskowanej dobrze wśród traw. Po chwili wysunęło główkę i spojrzało wymownie na Meihnę.
— Ono chce nam wskazać drogę! — krzyknęła dziewczyna. — Przez norę! Tam jest przejście!
*patrzy na ekran w niedowierzaniu* Że co?

Bez namysłu podbiegła do wykopanej w ziemi dziury i stwierdziła z miłym zaskoczeniem, że jest na tyle szeroka, iż spokojnie mieści się w niej człowiek.
— To chyba tunel. Nasza jedyna szansa na wydostanie się stąd.
*wciąż mruga, skonsternowana* No ale... że z „Alicji w Krainie Czarów” będziemy zżynać to się nie spodziewałam.
Co nie znaczy, że należą się za to Michaśce oklaski. Wręcz przeciwnie... o_O

Nora kuny prowadziła do podziemnej jaskini, a właściwie do szerokiego tunelu, który, choć nie sprawiał wrażenia zbytnio stabilnego, wyglądał, jakby wykopany był specjalnie dla wysokich ludzi, nie zaś dla malutkiego stworzonka.
I oni na serio wleźli do tej nory. Nie, wybaczcie, ale ja nadal nie wierzę w to, co czytam.

Kuna dreptała truchtem na przedzie, oglądając się co chwilę, aby sprawdzić, czy Meihna i Liaam wciąż za nią idą i czy nie oddalają się zbytnio, bo przecież zgubienie się pod ziemią nie byłoby dla nich zbyt bezpieczne, zwłaszcza, że nie byli przyzwyczajeni do przebywania w miejscach takich jak to, nie wiedzieli, jak się zachować.
Fenomen magicznej kuny zapewne też nie zostanie nam nigdy wyjaśniony...

A wiedza ta była bardzo ważna: nie wolno było opierać się, ani nawet dotykać kruchych ścian, mówić zbyt głośno, a już na pewno nie można było próbować wyrywać wystających korzeni, które nieraz bardzo irytująco przeszkadzały w chodzeniu.
A wiedzieli to od kogo? Kuna im powiedziała? Czy po prostu Michaśka za bardzo się wczuła w rolę i postanowiła swych bohaterów pouczyć?

Księżniczka zastanawiała się, gdzie kuna może ich zaprowadzić i czy nie jest to jakiś kolejny zmyślny podstęp, ale ponieważ wędrówka pod ziemią nie należała do najprzyjemniejszych i raczej nie wyglądała na część kuszenia, było to raczej mało prawdopodobne.
Bo kuszenie jest tylko wtedy, gdy ładnie wygląda. Myślę, że Szatan ma w sobie tyle finezji, by nie ograniczać kuszenia tylko do wystawienia delikwentowi gołej laski przed nosem, ale także – ekhem! – kusić perspektywą szybkiej i wygodnej realizacji celu.
Szatan może i ma, ale Michaśka – nie.

Tunel się kończy i nasi bohaterowie wychodzą na rozległe błonia.

Czy to tutaj chciała doprowadzić ich kuna? Nim się jednak spostrzegła, zwierzątko z zacięciem ogiera pobiegło do przodu
Kfik!

zwierzątko z zacięciem ogiera pobiegło do przodu, pokonując zwinnymi szusami bardzo duże, zważywszy na wielkość samego zwierzątka, odległości.
Nie wiem, czym są „szusy”, ale zaimponowało mi to zwierzątko.
Zaimponiło wręcz.

Kuna pobiegła do klifu (ja pierdzielę, kolejny...), a Meihna za nim. Ku przerażeniu królewny, zeskoczyła w dół, lecz okazało się, że wylądowała na „dużej górce piasku”. Czy było to wysoko? Myślicie, że aŁtorka raczyła określić?

— Mam skoczyć?! — Meihna nie była zbytnio przekonana, w końcu malutkie ciało kuny to nie to samo, co jej, ale stwierdziła w końcu, że chyba musi to zrobić.
Nie do końca ją to przekonywało, bo gdyby jednak to prawdopodobnie – tak myślała, sądząc, iż wszelkie poszlaki na to wskazują, jakoby istniałoby być może jakieś niewielkie, ale zawsze jakieś niebezpieczeństwo.

Wylądowała na miękkim piasku, choć uderzenie z wysoka i tak zaparło jej dech w piersiach.
O ile nie wylądowała na brzuchu, to nawet „miękki piasek” mógł jej połamać nogi, o skręceniach i zwichnięciach nie wspominając...
Ale jak na brzuchu to luz, tylko ze dwa żeberka poszły. ^^

Po chwili na dół kica także jednorożec i Liaam. O kozie ani słowa, ale na pewno lezie z nimi. Okazuje się, że są na plaży. Góry, a zaraz obok morze, wtf... Trafili na tunel pod Morskim Okiem! W każdym razie z morza wystają wielkie, ostre i strome skały, aż zaczynają się zastanawiać, czy nie trafili do jakiegoś innego świata. Włażenie do zwierzęcych nor zawsze tak się kończy, powinni o tym wiedzieć. Lecz zdziwniej i zdziwniej robi się, gdy podpływa do nich samoistnie łódź, a gdy do niej wsiadają (razem z kuną i kozą, która się nagle znalazła), sama odbija od brzegu i płynie bez niczyjej pomocy. Dopływają do dziwnych skał, wysiadają z łodzi i... W KOŃCU poznają swojego perłowego maga. Alleluja!

Kuna przebiegła obok dziewczyny i zniknęła gdzieś w cieniu, aby za chwilę wrócić, już nie sama. Za nią wyszedł zza skały starzec, trochę podobny do Nitrusa, ale o jeszcze starszej i jednoznacznie dobrej twarzy, z której, spod gęstej sieci zmarszczek, patrzyły na księżniczkę mądre, wodnistoniebieskie oczy.


— Witam cię, Meihno — powiedział niskim, spokojnym głosem, brzmiącym jak cichy grzmot letniej burzy. — Witam cię, Liaamie. (...) Witam również was, Jednorożcu i Kozo, wy również przebyliście długą drogę, aby dojść tutaj. O tak, tylko wy wiecie, co przeżyliście...
- Paaanie! – zameczała żałośnie koza. – Oni przez caaałą drogę mnie ani razu nie wydoili! Nawet nieee wiesz, jak mnie wymiona bolą!

Mag zaprasza ich do środka. Tam informuje Liaama, że Meihna tak naprawdę jest księżniczką Atlantydy, a Meihnę, że...


— Liaam zaś, moja droga księżniczko, jest pierworodnym synem króla Morinagha, wodza ludu Morino w... Stwierdziłem, że powinniście wiedzieć, w końcu łączy was coś więcej niż przyjaźń, prawda?
Zaraz! Wróć! Lud Morino w czym? O co chodzi? I jakie, do jasnej cholery, Morino? Jak można rzucać nam taki ciężki kawał gówna na ostatnich stu stronach książki?!
Jedyne Morino, jakie znalazłyśmy, to jakaś gmina we Włoszech. Niezłe ma to królestwo, nie ma co.
No i wreszcie: czy na dobrą sprawę kogokolwiek dziwi fakt, że Liaam też okazał się być księciem?

Meihna spojrzała na Liaama pytająco, zastanawiając się, jak mogła nie domyślić się, że chłopak pochodzi z królewskiego rodu. Po pierwsze, wskazywały na to bardzo znacznie jego maniery i sposób zachowania.
Nie wiedziałam, że głupkowatość jest oznaką pochodzenia z królewskiego rodu.
O, a tak a propos, to chyba rozgryzłam, dlaczego Liaam w fazie bycia misiaczkiem Meihny nadal jest opisywany i traktowany jak imbecyl. Spróbujcie obejrzeć różne filmy o Winx czy te nowsze o Barbie. Tam zawsze, ale to ZAWSZE wybranek/chłopak bohaterki jest czasem księciem z bajki, ale głównie podkreślana jest jego głupkowatość: przewraca się jak dziewczyna wręcza mu torby z zakupami, nie wie jak obchodzić się ze ściereczką do kurzu i ogólnie robi za obiekt różnych „śmiesznych” sytuacji. Tutaj jest dokładnie to samo.

Po drugie, Liaam był wysoki, nawet wyższy od niej, a wzrost był zawsze cechą charakterystyczną rodu królów Atlantydy, więc jeśli już ktoś ich przerastał, a mogło to się tyczyć jedynie kobiet, jeszcze nigdy nie spotkano człowieka wyższego od króla, na pewno miał w sobie szlachetną krew.
*po jakiejś godzinie, jak już wreszcie udało jej się rozgryźć to zdanie* Boru, ta interpunkcja... Anyway: to co, teraz nagle wychodzi, że Liaam TEŻ jest z Atlantydy? Królestwo Morino w królestwie Atlantydy, łat de fak? I skąd się wziął na tej samej wyspie (czemu każdy ląd w tej książce jest wyspą?!) co Meihna?

Po trzecie, kto, jeśli nie książę, mógł biegle władać językiem atlantydzkim?
Ktokolwiek, kto się go uczył? Nie wspominając o tym, że królowie i książęta to zwykle nie byli mocno wykształceni, któryś nasz król – nie pamiętam niestety który – nie umiał nawet liczyć.
Ale tutaj akcja się podobno w starożytności dzieje...
No właśnie, PODOBNO.

Meihna zastanowiła się, dlaczego wszyscy magowie muszą mieć długą, białą brodę, ale przemilczała swoje pytanie, uważając je za zbyt aroganckie. Starzec uśmiechnął się jednak dobrotliwie.
— Lubimy owijać ją sobie wokół palca, kiedy rozmyślamy — powiedział.
Długie białe brody są dżezi.

— Umiesz czytać w myślach? Nitrus nie uczył mnie...
— Nitrus? Ach, no tak! Nitrus, syn Zenory, to on cię przecież przygotowywał.
Meihna wypuściła bezwiednie trzymany w palcach kawałek placka.
— Czyj syn?!!! — spytała, ale mag odwrócił się już i poszedł w głąb jaskini. Dziewczyna pobiegła za nim. — Zenory?! Nitrus jest synem... Zenory?!!!
Ee... So what?
Dawno nie było okazji do pokrzyczenia z mnóstwem wykrzykników i tyle.

— Meihno. Widocznie uznał, że nie byłaś przygotowana, by się tego dowiedzieć.
— Ale to niczego by nie zmieniło! Nitrus wiedział przecież, że rozumiem, iż Zenora nie była zła! Dlaczego więc ukrywał przede mną prawdę?
Ja mam inne pytanie: skoro to nic takiego, to czego się drzesz, tępa dzido?!

— Przyszłam tu do ciebie, abyś mi pomógł ocalić Atlantydę. Znosiłam wszystko, co mnie spotykało, podejmowałam wyzwania tylko dlatego. Jak mi pomożesz?
— Meihno, moja pomoc polegała głównie na tym, że w czasie, kiedy byłaś w podróży, mającej doprowadzić cię do mnie, sama dowiedziałaśsię, co zrobić, aby uratować swoje królestwo. Ja pokażę ci tylko, jak to zrobić.
Oczywiście... Spodziewałam się czegoś takiego. „Wszystko, czego potrzebujesz, miałaś ze sobą cały czas, w swoim sercu”, sratatata. A już myślałam, że więcej tak ogromnych banałów nie uświadczę.

Nitrus mówi, że poda Meihnie eliksir, który pozwoli jej dobrze spać. Ale aby go zrobić, potrzebuje kilku składników (Boru, tylko nie to...), które należą do czterech żywiołów i trzeba porozumieć się ze swoją duszą, by je uzyskać, i to jest bardzo trudne, o mój Boru, ta pseudometafizyka nigdy się nie skończy. Meihna próbuje, ale jej się nie udaje, więc... mag, jakkolwiek się nazywa, mówi, że spróbują jutro.


— Udasz się na Atlantydę, gdy będziesz gotowa.
— A jak nigdy nie będę?!
Meihna spojrzała na maga przestraszonym wzrokiem. Starzec uśmiechnął się ojcowsko.
— Będziesz. Będziesz...


Mag zaprowadza Meihnę na szczyt skały i urządza przedstawienie. Najpierw skała pod jego stopami rozłupuje się, wyrasta z niej mały pęd, piorun uderza w skałę, wzniecając ogromny pożar, który w chwilę później gasi jeszcze większa fala. W ten sposób uzyskał składniki do eliksiru (czy nie Meihna miała to zrobić?), który nagle okazuje się, że nie do końca ma służyć zapewnianiu spokojnego snu.

— Właśnie... Przeszłam dużo, ale właściwie nie wiem po co. Spotykały mnie dziwne, bezsensowne rzeczy.
Nawet nie wiesz jak bardzo bezsensowne...

— Mylisz się, księżniczko. Wszystko w życiu jest po coś, ta podróż była po to, byś poznała siebie. (...) Nikt nigdy nie wie o sobie wszystkiego, to jedna z największych tajemnic świata, dla każdego indywidualna. Gdy ktoś żyje tak długo jak ja, zaczyna się do tego przyzwyczajać, z pokorą patrzy na to dzieło, jakim jest życie, nawet najprostsze. O, tak, nigdy nie uda nam się zgłębić osobowości mrówki.
Nieprawda, Eragon zgłębił!
Nie każcie mi do tego wracać... To było najnudniejsze przeżycie w moim życiu.

Meihna przechyliła głowę i spojrzała badawczo na maga.
— „O, tak”?
Starzec zmarszczył brwi.
— Co: „o, tak”?
— To słowo. Wiedźma też go nadużywała, tak jak ty... Pomyślałabym, że jest to przynależne czarodziejom, ale Nitrus nigdy nie powiedział: „O, tak”! Ty znasz wiedźmę?
Mag uśmiechnął się.
— Tak się składa, że znam. Tak dobrze, jak i niedźwiedzia, dziwne zjawy-cienie i Istotę, próbującą zwabić Liaama do bagna. Wszystkie te postacie posłużyły mi do jednego celu: sprawdzenia, kim tak naprawdę jesteś.
Aha... Dobra, nie mam więcej pytań...

— Nie rozumiem...
— Nie szkodzi. O twoim przybyciu dowiedziałem się, kiedy morze wyrzuciło cię na brzeg. Już wtedy wiedziałem o tobie dużo, miałem świadomość, po co tu przybyłaś.
Skąd o tym wiedział? Wynikało to z faktu, że jest mądry? To nie ma najmniejszego sensu.
Oj no, kuna mu powiedziała albo coś takiego, równie magicznego.

Tu mag przez dwie strony ciurkiem wychwala Meihnę, jak to wspaniale poradziła sobie ze wszelkimi stwarzanymi przez niego przeciwnościami losu. Dżizas...

Meihna jęknęła.
— A więc wszystko, co mnie spotykało, miało swój głęboki sens?
— Wszystko.
— Nawet Koza?! — Mag zaśmiał się, Meihna wpatrywała się w niego przerażonymi oczyma. — Czy Koza też jest jakimś niezwykle ważnym punktem w kształtowaniu mojej duszy?! To absurd!
— Kozę ofiarowałem wam, abyście nie pomarli z głodu. Niestety, nie potrafiłaś tego wykorzystać, więc musieliście wziąć ją bez żadnych korzyści, co często przysparzało wam wiele problemów... Ale cóż. Nie każdy potrafi obchodzić się ze zwierzętami.
Meihna wydęła z naburmuszeniem wargi.
— Nie umiem doić kozy, nie umiem latać. Z resztą daję sobie radę!
Ten running joke za każdym razem robi się coraz śmieszniejszy. *pauza* Nie.

Mag stwierdza, że eliksir musi „zaczerpnąć mocy z księżyca i bryzy”. Radzi Meihnie nie spać, bo do zażycia go powinna być bardzo zmęczona. Ha, powodzenia, ta siksa to He-Man w sukience i nic go nie ruszy. Mag idzie spać i zostawia ją samą.

Księżniczka usiadła na skale, wpatrując się w dal, słuchając niespokojnego szumu fal. (...)
— Los zabawił się mną... — szepnęła.
- Boru, jaki kicz – wymamrotała w niedowierzaniu Winky.

Słowo „nigdy” wydało jej się teraz takie dziwne, śmieszne... Czym ono się różni od „zawsze”? Przecież można powiedzieć: „oni już NIGDY nie wrócą” i „oni już ZAWSZE będą nieobecni”.
A oba znaczą zupełnie coś innego, ale pfft, głemboka myśl dnia być MUSI.

Dla śmierci śmierć jest życiem, początek dnia to koniec nocy.
Eee... Nie. Śmierć jest śmiercią dla każdego.
- POLEMIZOWAŁBYM – rozległ się głęboki głos brzmiący jak zamykające się wieko trumny.

Słowo to tylko maleńki czubek ogromnej góry zanurzonej w morzu uczuć. To uczucia i myśli mogą zabić, uratować, zmienić bieg wydarzeń. Prawdziwa miłość nie potrzebuje słów, dlaczego więc miałyby być one potrzebne na co dzień? To jest właśnie to, w czym ludzie, ukarani przez bogów, gorsi są od zwierząt. Potrzebują mowy, ich serca są głuche na prawdziwą, subtelną rozmowę uczuć. Kto wie? Może nadejdzie dzień, kiedy wszystko się zmieni, a człowiek zorientuje się, jak daleko zabrnął w swojej pysze i wróci z pokorą do początków...
I zamieni się z powrotem w małpę...?
Ogłaszamy konkurs: najfajniejsza interpretacja tego bełkotu dostanie medal Virtuti Grafomani. Oferta ograniczona w czasie!
 
NASTĘPNA CZĘŚĆ JUŻ W PIĄTEK! 

wtorek, 18 września 2012

Całe mnóstwo magicznych stworzeń czyli "Dziewiąty mag", część 3

Dziś trochę krótko, a to dlatego że niestety musiałam większość tygodnia uczyć się do wczorajszej poprawki (zdałam!). Będzie za to bardzo wesoło: poznamy praktyczne zastosowanie Mocy w realnym świecie, mroczne tajemnice preferencji odzieżowych elfickich generałów, a wszystkiemu towarzyszyć będzie rozkoszne poczucie przebywania w blogaskowym wszechświecie.

A z ogłoszeń parafialnych: utworzyłam w kolumnie po lewej dział Propozycje. Tam możecie zgłaszać wszystkie złe książki, które waszym zdaniem zasługują na solidny opieprz.





Pojechali citroenem do domu Ariel. Marcus był mocno przejęty, że wsiada do tego pojazdu, ale od razu stwierdził, że bardziej pasuje mu latanie na pegazach.
Lubi czuć moc między nogami...

Aurora (...) gdy zobaczyła citroena na podjeździe, natychmiast przybiegła pytać, co z grillem, „bo Liam się niecierpliwi". Oczywiście oniemiała na widok błękitnych oczu Marcusa, który zdążył tylko odczytać w jej myślach, że „Ariel to ma szczęście do pięknych mężczyzn, ale szkoda, że wychodzi za maż za niewłaściwych". Nie bardzo wiedział, co o tym myśleć.
Że to dość z dupy wzięta myśl. Prawidłowa reakcja na widok przystojnego faceta to:


Marcus szybko znalazł z nim [Liamem] wspólny język, bo maż Aurory też kiedyś był oficerem zawodowym.
Marcus: Słuchaj, Liam, też nie lubisz jak ci pegaz okuleje? No staaary, masakra, w końcu ciężko dowodzić smokami z ziemi!
Liam: *awkward look*


Wino było smaczne, grill skwierczał, a w oczekiwaniu na wyżerkę Aurora wręczyła przyjaciółce gitarę i zmusiła do śpiewania. Jakimś cudem Ariel dziś nie miała na to ochoty, ale dla świętego spokoju wzięła gitarę i zaczęła nucić.
„Jakimś cudem” to wydano tę blogaskową książkę. I wiecie, co jest najlepsze? Że jest oznakowana jako 18+! Nie żartuję, popatrzcie sami! (Tam jest co prawda tom drugi, ale można uznać, że odnosi się to do całej planowanej trylogii).
http://www.fantastyka.pl/24,198.html

- Nie, nie, nie, nie to! Zaśpiewaj balladę, wiesz która! - nalegała Aurora.
- Nie mam pojęcia, o której balladzie mówisz! – wysyczała wściekłym szeptem przyjaciółka.
- Ariel, nie bądź uparta, dobrze wiesz, o jaka mi chodzi!
Marcus przyglądał się kobietom z zaciekawieniem. Toczyły miedzy sobą jakaś rozgrywkę, ale o co? Po chwili zrezygnowana Ariel przymknęła oczy i zaczęła nucić:
  Jesteś poezją...
Marcusa aż zatkało. Nie wiedział, że rozbawiona Aurora przypatruje mu się ukradkiem. Sam zachwycony wpatrywał się w śpiewającą Ariel. Wielkie nieba, ile razy jeszcze ta kobieta go zaskoczy?! Gdzieś w głębi serca pojawił się smutek i tęsknota za kimś, kto dla niego zaśpiewałby tak pięknie.
Ja nie wiem, czy to naprawdę takie trudne, stworzyć postać, która będzie się zachowywać tak, jak się ją opisuje? Marcus miał być tym szalonym, nieprzewidywalnym i – cytuję – NIEBEZPIECZNYM mężczyzną, a tu co i rusz się okazuje, że to skończona pipa, a nie facet.
To będzie dziwne, co powiem, ale już „Zmierzch” – tak, „Zmierzch”! – miał lepiej rozróżnionych charakterologicznie bohaterów.

- To dobry człowiek - stwierdziła autorytatywnie przyjaciółka. - Nie to co Steven. Ale czemu ty mnie tak wypytujesz? Jest coś miedzy wami czy co? - Już taka miała naturę, że najchętniej wyswatałaby Ariel natychmiast.
- No co ty! Ledwo go znam. Pytam z ciekawości.
- To ci odpowiem. Gdyby mnie poprosił o rękę, obym mu ja oddała jeszcze tego wieczoru razem z cała reszta ciała - wypaliła Aurora.
Rotfl. Idealne wzorce do naśladowania: samotna matka-rozwódka, która ślini się do wszystkich napotkanych przystojniaków jeszcze przed zakończeniem rozprawy sądowej, kobieta w szczęśliwym związku, która najchętniej puściłaby się z tymi samymi przystojniakami... Dziecko też jakieś patologiczne, bo sprząta w swoim pokoju.

- Nie wiem, kim jesteś ani co zamierzasz w stosunku do Ariel, ale powinieneś wiedzieć, że to w porządku kobitka... Pewnie ci tego nie mówiła, ale jest tuż po rozwodzie ze Stevenem, takim żałosnym dupkiem, i bardzo to przeżywa.
Właśnie widzę...

Wiec jeśli knujesz coś paskudnego... - zawiesiła wymownie głos.
- Nie, nie mam zamiaru jej skrzywdzić - odparł spokojnie.
- Możesz być spokojna. Przy mnie Ariel jest bezpieczna.
- Dajesz słowo? - nie ustępowała.
- Oficerskie słowo honoru, że jej nie skrzywdzę i nie dopuszczę, żeby zrobił to kto inny - obiecał poważnie Marcus. (...)
Zostali [Ariel] z Marcusem sami.
Ulala. To oznacza albo namiętny seks, albo...

nagle rozległo się walenie do drzwi.
- Ariel! Ariel, ty dziwko! Otwieraj, do cholery!
...albo żenującą scenę ratunku dla podkreślenia jego obietnicy sprzed dwóch minut.

Otworzyła drzwi. Stał tam, chwiejąc się na nogach, wściekły Steven i zajeżdżało od niego wódką.
Pan Tadeusz niechybnie! Tej książce też by się przydało dookreślenie miejsca akcji, bo ewidentnie aŁtorce wciąż mylą się realia polskie z niewiadomojakimi.
Jak na tych wszystkich polskich komediach romantycznych, gdzie wszyscy są piękni, bogaci i nawet studentki mieszkają w luksusowym apartamencie ze ścianami wykładanymi boazerią...
I jeszcze jedno: wiemy już, że Steven to dupek, bo zostawił żonę z dzieckiem, czy naprawdę jest konieczne robienie z niego AŻ takiego zwyrodnialca?
Tak, bo ktoś musi być czarnym charakterem!

- Ty zdziro! - wrzasnął. - Gdzie Amanda? Jak śmiałaś ja wysyłać gdziekolwiek bez mojej zgody?
- Też się ciesze, że cie widzę, Steven - powiedziała zimno Ariel. - Przypominam, że to ja mam pełna władze rodzicielska nad Amandą i nie muszę cie pytać, gdzie i po co mogę wysyłać własna córkę.
A to dlaczego? Proces podobno cały czas trwa, więc gówno ma, a nie pełną władzę.
Pijany we wszystko uwierzy.
- Ej, patrz, Chuck Norris!
- Gdziuuee...?
*pizd drzwiami*


Steven zamachnął się i jego ręka wymierzyła Ariel tęgi policzek. Cios był tak mocny, że w jednej chwili znalazła się na podłodze.
- Ty szmato!... - zaczął znów, ale nie miał szans kontynuować, bo doskoczył do niego Marcus. Palcem wskazującym dotknął szyi Stevena i ten, jakby uniesiony czarodziejska mocą, zawisł w powietrzu, majtając bezradnie nogami i najwyraźniej się dusząc.


- Znalazłaś sobie nowego alfonsa, dziwko, tak? Teraz on cie rżnie? - wychrypiał Steven, zbierając się z kolan.
Jeśli ktoś myślał, że obecność słów „dziwka”, „rżnąć kogoś” i „szmata” to powód, by tekst dostał znaczek 18+, to źle myślał. Infantylizm tej książki osiąga poziomy niedostępne nawet dla gimnazjalistek, na litość boską...

-I tak ci odbiorę Amandę, to tylko kwestia...
Wystarczył tajemniczy ruch reki oficera i były maż Ariel wyleciał z domu jak z procy, po czym rąbnął o chodnik na podjeździe.
Dobra, nie mogę po każdym zdaniu dawać fragmentów z „Gwiezdnych wojen”... Ale rozumiecie, o co chodzi.
Expelliarmus!

Tymczasem Marcus ukląkł przy siedzącej na podłodze i plączącej kobiecie. Objął ja. (...) Jeszcze nigdy w życiu nie było mu dane trzymać kobiety w ramionach.
*nuci cicho na krasnoludzką modłę* Elfyyy pedały, elfyyy...

- Jesteś pewna, że chcesz tu zostać? - zapytał cicho, gładząc ja po włosach i wdychając ich zapach. Zakręciło mu się w głowie.
Wtulona w ramiona Marcusa ledwo słyszała jego głos, za to doskonale słyszała bicie jego serca, czuła ciepło ciała i zapach skóry. Czuła się bezpiecznie jak dziecko w łonie matki. Jeeezu, jak pragnęła, żeby to się nigdy nie skończyło...
Wiecie co... Czuję się autentycznie zażenowana lekturą tego. Nie analizuję już blogasków, bo one są głupie w dość oczywisty sposób i dlatego zajęłam się książkami. Ale to... to JEST blogasek! Blogasek, który w niewyjaśniony sposób trafił do drukarni* i teraz zaśmieca półki księgarń, pretendując do miana dobrej literatury fantasy. A potem nic dziwnego, że ludzie nie traktują takowej poważnie.
*Po prawdzie to jednak wyjaśniony: „Dziewiąty mag” był pracą, która wygrała jakiś konkurs. Po naszych doświadczeniach z konkursami literackimi stwierdzamy, że o kant rzyci je rozbić, jeśli TAKIE dzieła zdobywają pierwsze miejsca. Ludzie, nie bierzcie udziału w konkursach, zamiast tego lepiej pisać i spamować wydawnictwa do oporu.

Ariel stwierdza, że odprowadzi Marcusa, choć nie wie właściwie dokąd. Romantyczny spacerek w parku zakłóca pojawienie się Croya, smoka Marcusa, na widok którego Ariel automatycznie mdleje. Nasza wybawicielka, drodzy czytelnicy...

 Przysunął swój ogromny zielony pysk do twarzy Ariel i polizał ja końcówką rozwidlonego języka za uchem.
- Croy! Jesteś obrzydliwy! - rzucił z niesmakiem Marcus, jednocześnie zdumiony, że jego smok tak jawnie dotyka kobiety.
Polizać za uchem mężczyznę – to jeszcze by zrozumiał, ale KOBIETĘ?!

Zanim zastanowiła się, co robi, wyciągnęła rękę i... pogłaskała smoka po zielonym pysku. Uśmiechnęła się. Był ciepły i miły w dotyku. Croy przymknął oczy jakby z rozkoszy, a Marcus sam omal nie zemdlał na widok kobiety dotykającej smoka. W jego świecie to było nie do pomyślenia!
To czemu w ogóle ktokolwiek rozpatrywał kandydaturę kobiet? Tak, tak, było jakieś mało znaczące pierdzielenie o pochodzeniu z czarodziejskiego rodu, ale na chwilę obecną to brzmi tylko jako pretekst do stworzenia kolejnej merysójkowatej bohaterki będącej alter ego autorki.

- Mam na imię Croy - przedstawił się smok. - Ty musisz być Ariel. Wybacz Marcusowi, że nas sobie nie przedstawił. To dość gburowaty typ. Zawsze muszę myśleć o wszystkim za niego. - Zaśmiał się z własnego dowcipu.
No TEGO to już się stanowczo nie spodziewała! Dowcipkujący smok? Również wybuchnęła śmiechem
Hahahahahahahaha to nie było śmieszne.

Croy tłumaczy Arielce, jak bardzo potrzebują jej pomocy. Ponieważ jest smokiem, jest w tym o wiele bardziej przekonujący od Marcusa.

„Dlaczego powinnam ci wierzyć? Może jednak chcecie mnie jakoś skrzywdzić?" - dopytywała się Ariel..
„Moja droga, smoki, podobnie jak elfy, nie potrafią kłamać. Jesteś inteligentna i masz więcej darów i możliwości, niż to sobie uświadamiasz. Możesz sprawdzić moja prawdomówność poprzez dotyk. Wystarczy, że położysz mi dłoń na szyi. To sprawdzi też poziom twoich umiejętności magicznych" - zachęcił ja łagodnie Croy.
Ee... Już u Paoliniego nie kupowałam tego nieudolnie zerżniętego z Ziemiomorza systemu niemożności kłamania w Pradawnej Mowie, ale tutaj jest jeszcze większe kuriozum. Najpierw mówi, że smoki nie potrafią kłamać. Potem, że prawdomówność sprawdza się przez dotyk, a więc to by oznaczało, że jednak potrafią. No i w końcu to dotykanie... Mam jakieś dziwne wrażenie, że to kolejny pretekst, tym razem do tego, by kiedyś w przyszłości obmacać parę „pięknych” elfów. I jeszcze jedno: elfy kłamią, czego dowód mieliśmy, gdy Marcus ukrywał pijanego Fabiena w swojej kwaterze. 

„Nie mam żadnych umiejętności magicznych" – zaprotestowała telepatycznie Ariel.
Ta książka chyba też poszła do druku bez redakcji...

- Helou! - wtrącił się na głos zirytowany Marcus.
- Joł, młodafoka!
Kfiii, brak mi słów...

– Czy moglibyście przejść na kanał telepatyczny ogólnie dostępny? (...)
„Zdaje mi się, że Marcus jest nieco zazdrosny, że ja potrafię się z tobą komunikować na innych kanałach
Sąsiad sąsiadowi zazdrości stu kanałów na kablówce.
Ja pitolę, co ja czytam. .__.

Ariel dotyka szyi Croya, co sprawia, że jego łuski zmieniają kolor. Nie wiemy na jaki, nie wiemy czemu, w każdym razie wszystkim wydaje się to niezmiernie istotne, więc może później ktoś raczy wyjaśnić. Smok składa Arielce pokłon i cała trójka przechodzi przez portal do magicznego świata.

Marcus oschle polecił Croyowi udać się do zagród smoków - chyba nadal był na niego obrażony za te prywatna rozmowę z Ariel. Sam zaprowadził ja wąskimi uliczkami do jakiegoś domu. Zastukał cicho do drzwi i po chwili otworzyła im starsza kobieta w długiej sukni i ze srebrnymi warkoczami.
-Witaj, Marcelina - powiedział. - Masz zbyt normalne imię, więc jesteś nieważna, przechowaj Arielkę i nie wtrącaj się do fabuły.

Przekroczyła próg domu. Spodziewała się, że wszystko tu będzie jak w bajkach o czarownicach, czyli dębowe, ciężkie meble, palenisko z wielkim kotłem, ponura atmosfera, pełno dziwnych sprzętów, różdżek, ksiąg, słojów z dziwna zawartością, ziół, obowiązkowa sowa albo czarny kot. Tymczasem trafiła do zwykłego z pozoru, mieszczańskiego domu z normalnym salonikiem, kuchnia, sypialniami.
- Rozczarowana? - spytała domyślnie Marcelina. - Kochana, my też idziemy z duchem czasu. Już się nie lata na miotłach, teraz są terminale do teleportacji. Różdżek używają tylko dzieci, które dopiero uczą się kontroli nad swoimi umiejętnościami. A eliksiry warzą w domu hobbyści. Pozostali kupują je gotowe, na przykład w sklepie Orestesa. Postęp cywilizacyjny nas rozleniwił.
A mimo to nadal walczycie bronią białą, do oświetlania pomieszczeń używacie świec, nie wiecie jak się leczy zwierzęta i wykorzystujecie je do brutalnych walk, mimo że są bardzo istotne dla waszego przetrwania i na wyginięciu. Cały wasz postęp cywilizacyjny wygląda tylko odrobinę lepiej niż na Atlantydzie.

Chwile później leżała w łóżku, smacznie śpiąc. Dlatego też nie wiedziała, że jakiś czas potem dwie osoby weszły do jej pokoju.
- Wiec to jest ta nasza nadzieja? - zapytała pierwsza z powątpiewaniem w głosie. Przez chwile przyglądali się śpiącej z uwaga.
- Tak, panie - odparł Marcus i zgasił świecę.
- Chodź do mnie, musimy porozmawiać. I wezwij Fabiena. Natychmiast.
Erm, przepraszam? Ja tak tylko chciałam przypomnieć, że Fabien leży ciężko ranny w szpita... bungalowie medycznym i minął dopiero niecały dzień, więc na pewno mu się nie polepszyło od tamtego czasu...
Zamknij się. Magia i czary. Następna scena!

A teraz przerwa na nasze ulubione, gwiazdkowe reklamy!
*
Fala wściekłości - a jednak jeden pozostał żywy! – czerwone ślepia nie miały źrenic i nie miały też litości. Winni poniosą kare i będą cierpieć. O tak, bardzo cierpieć! Będą błagać o śmierć, ale ta nadejdzie, dopiero gdy odpokutują klęskę powierzonego im zadania! To będzie przestroga dla innych...
*
To naprawdę wygląda jak przerwa na reklamy. Albo wygaszacz ekranu. o.O
 
Zamyślony Severian, Naczelny Czarnoksiężnik trzeciego miasta, przechadzał się po przeszklonym gabinecie na najwyższym pietrze ratusza miejskiego. Hmm, jedyny kandydat i do tego kobieta... Jak to możliwe, że tylko ona została? Każde miasto miało po dwunastu kandydatów - co razy dziewięć daje stu ośmiu. I prawie wszyscy z jakiegoś powodu zostali wyeliminowani, tylko ona nie...
Dwa słowa: Mary Sue.
CO?! Wymordowali im ponad stu kandydatów, a oni dopiero TERAZ się zastanawiają: „hm, no ciekawe co się stało”?! Już po pierwszych mordach powinni zapewnić pozostałym kandydatom maksymalną ochronę! Co za imbecyle, a jakby Arielkę też zabili?
To ta książka nigdy by nie powstała. *pauza* Ej, mam pomysł! Zabijmy Arielkę!

Severian (wiem, że akapit wyżej mam wyjaśnienie, ale ja nadal ledwo kojarzę, kto kim jest) rozmyśla o tym, że taka mała kobietka w zagrodach smoków, złamanie prawa, hańba itp., ale wszechwiedząca Oriana (cały czas mam przed oczami tę Oriannę) powiedziała, że płeć jest bez znaczenia, a wszechwiedzącej Oriany trzeba słuchać. Słowem: bla, bla, bla.


Zrobi to po to, aby jego następca miał nad czym sprawować rządy, bo bez smoków nie będzie kopuł ochronnych ani żadnej obrony przed bestiami. Bez smoków miasta znikną, a wraz z nimi ludzie, elfy i inne przyjazne istoty.
Wróżki, leśne duszki, fauny, jednorożce, czarodziejki Winx...

jego rozważania przerwało pukanie do drzwi.
- Wejść! - nakazał.
Jego osobisty chochlik Tobiasz zaanonsował: - Panowie oficerowie Marcus i Fabien do Waszej Ekscelencji.
Ariel, Marcus, Fabien, Xaviere, Marcelina, Filip, Tobiasz... Obu tym światom przydałoby się jakieś ujednolicenie, bo oszaleć idzie z tymi imionami.
A może ten równoległy, magiczny wymiar to Polska...?
Ej, w sumie to ciekawy pomysł. xD

Severian nakazał wprowadzić gości. I tu nagle otrzymujemy opis jego wyglądu.


Severian był półelfem w dojrzałym wieku. (...) Miał ciemne, krótko ostrzyżone włosy, skórę koloru kawy z mlekiem, mała bródkę i nosił się dość nowocześnie. Nie był zwolennikiem długich, niewygodnych szat ani wielkich kapeluszy czarodziejskich. Uważał to za nieco przestarzały folklor. W pracy wolał zwykły garnitur i krawat
Elf w garniturze... Moja wyobraźnia została zgwałcona. T_T

W pracy wolał zwykły garnitur i krawat („żeby wyglądać godnie i poważnie"), a co w domu, nie wiadomo, bo jego osobisty chochlik Tobiasz był obłożony klątwą milczenia i choćby chciał, nie mógł zdradzić tajemnicy.
Severian lubił się przebierać w babskie ciuszki. ^^


Severian gratuluje, dziękuje, sratata. Fabien dostaje zadanie dalszego wtajemniczania Arielki, a Marcus ma zażyć eliksir niepamięci, co wcale mu się nie podoba. W końcu wyznaje, że dał jej rodzinie oficerskie słowo honoru, że nie stanie jej się krzywda, co lekko irytuje Severiana:
- Dałes OFICERSKIE SŁOWO HONORU?! – zagrzmiał Severian.

- Panie, ona ma córkę, do której musi wrócić. Obiecałem jej to. Spotkanie ze smokami to pewna śmierć.
Zwłaszcza Croy zrobił na nas wrażenie straszliwej, nieokiełznanej i nieprzewidywalnej bestii.
Fakt. Miał straszne poczucie humoru.

- Oficerze - zaczął groźnie Naczelny Czarnoksiężnik - jeśli ona jest jedynym i ostatnim kandydatem zdolnym ocalić nasze smoki, to czy zdajesz sobie sprawę, jak jest dla nas ważna? Każde miasto ma po kilkaset tysięcy mieszkańców. Tylko smoki, kopuły i oficerowie ich bronią. Jeśli zabraknie smoków, same kopuły nie wytrzymają i, z całym szacunkiem dla Korpusu Oficerskiego, wy też nie zdołacie nas obronić! Bestie wykończą wszystkich. Powiedz mi, Marcus - teraz mówił podejrzanie łagodnie - czyje życie jest ważniejsze? Jednej kobiety czy wielu setek tysięcy kobiet, dzieci i mężczyzn? Czyje życie poświęcisz? I doskonale wiesz, że nie idzie tego załatwić inaczej! - ryknął.
Nie rozumiem... Ariel jest jedynym kandydatem, który pozostał przy życiu (gratulujemy ostrożności), jak i ona kojfnie, to mogą od razu się poddać – przynajmniej taką wersję zdarzeń przedstawiano nam do tej pory. A teraz nagle naczelnik tego burdelu nie dba o jej bezpieczeństwo? To ja jestem głupia czy wszyscy wokół w tej książce?

Po krótkim tupaniu nóżką Severian stwierdza, co następuje:


- Dobrze wiec, nie wypijesz eliksiru niepamięci. Fabien będzie przewodnikiem tej Ariel, a ty w czasie wolnym od służby będziesz mu pomagał. Co do inspekcji zagród nie zmieniłem zdania, skoro jednak dałeś słowo, pójdziesz tam wraz z nią i postarasz się zrobić wszystko, żeby jej nie zeżarły, jasne? Zresztą z tego, co mi wiadomo, to z jednym smokiem już miała kontakt i przeżyła, czyż nie? - „Co prawda był to Croy, a on, jak wiemy, jest... hmm... stanowczo zbyt łagodny, ale fakt faktem..."
Wciąż nie mogę się przyzwyczaić do tego całkowitego olewania faktu, że różni ludzie mówią w różnym stylu, a najwyżsi rangą, poważni ludzie z całą pewnością nie używają takich kolokwializmów, jak: zeżreć, spoko, masakra i tak dalej. To mnie po prostu załamuje. -.-
Ale kogo to obchodzi, ważne, że i Fabien, i Marcus będą towarzyszyć Arielce w tym magicznym światku i oboje będą jej się wydawać równie pięknymi, wspaniałymi kandydatami na nowych mężów! <3

wtorek, 11 września 2012

Erasiowe Wojny, epizod IV: Nowa nadzieja, część 1



I tak oto dotarliśmy do finalnego tomu trylogii, która okazała się być tetralogią, a w Polsce nawet pentalogią autorstwa Christophera Paoliniego; tomu zatytułowanego leniwie tytułem całego cyklu, czyli "Dziedzictwo" (i jak tu się w czymś nie pomylić?). Już od samego początku poziom absurdów osiąga cudownie wysokie szczyty i ani na moment nie opuszcza nas wrażenie, że przez tyle lat uprawiania trudnej sztuki pisarstwa, Paolini nie polepszył się ani odrobinę, o czym za chwilę sami się przekonacie.
Przy okazji pragnę nadmienić, że to ostatni fragment analizy archiwalnej, to jest napisanej Bór raczy wiedzieć ile czasu temu - teraz ze wszystkim będziemy na bieżąco, więc kolejne części zapewne nie będą tak długie. Bardzo za to przepraszam i proszę o zrozumienie - sama zarządzam tym całym burdelem (ekhem!), no, z Muzą, ale ona się nie liczy. Niemniej dołożymy wszelkich starań, by analizy ukazywały się regularnie. ^^
Dobra, koniec pierdzielenia. Analizę czas zacząć!


Jak zawsze, książkę tę dedykuję mojej rodzinie A także wszystkim śniącym i marzycielom wielu artystom, muzykom i bajarzom bez których nigdy nie doszłoby do tej podróży.
Przez tych wszystkich artystów i bajarzy mamy rozumieć tych, z których dzieł Pałolini sobie beztrosko zżynał?

Na początku były smoki: dumne, groźne i niezależne. Ich łuski lśniły jak klejnoty i każdy, kto na nie spojrzał, czuł rozpacz, bo wspaniała i straszliwa była ich uroda.
To samo czuję, jak widzę małe, puchate króliczki.

*rozpacza* Boooru, jakie to straszliwie piękne! T__T

A potem bóg Helzvog stworzył z kamieni Pustyni Haradackiej krępe, mocarne krasnoludy.
(...)
Potem zaś zza srebrnego morza do Alagaesii przypłynęły elfy.
Same się stworzyły.

One także ruszyły na wojnę ze smokami. Elfy jednak były silniejsze od krasnoludów



Elfy jednak były silniejsze od krasnoludów i zniszczyłyby smoki, tak jak smoki zniszczyłyby elfy.
Tak więc wszystkie ludy zniszczyły się nawzajem i koniec pieśni.
Chciałabyś...

Potem do Alagaesii przypłynęli ludzie. I rogate urgale. I Ra zacowie, łowcy w mroku, pożeracze ludzkiego mięsa.
I gnomy. I niziołki niskie. I olbrzymy cuchnące. I drowy w mroku się lubujące.

Zniewolił czarnego smoka Shruikana i przekonał trzynastu innych Jeźdźców, by poszli w jego ślady.
Czternastu na jednego to banda łysego!
Bosh, to dopiero orgia.

A każdemu smokowi, którego dosięgli, odbierali serce serc - Eldunari - kryjące w sobie potęgę i umysł smoków, odłączone od ciała.
I przez osiemdziesiąt dwa lata Galbatorix władał niepodzielnie ludźmi. Zaprzysiężeni umarli kolejno, ale nie on, dysponował bowiem siłą wszystkich smoków i nikt nie zdołałby go pokonać.
O, miło W KOŃCU poznać powód, dla którego Galb sobie żyje jak pączek w masełku. Pal licho, że dowiadujemy się tego ze streszczenia trzech poprzednich tomów.

Galbatorix i Zaprzysiężeni obalili Jeźdźców i spalili ich miasto na wyspie Vroengard (...)
Ra'zacowie zabili Garrowa i spalili dom Eragona.
Mają fajny fetysz, piromani chędożeni.
No bo wiesz, wszystko wygląda lepiej na tle wybuchu. A ponieważ tu nie ma co wybuchać, to chociaż taka pożoga...

Tam magowie uleczyli Aryę, tam też Eragon pobłogosławił zapłakane dziecko, Elvę, życząc jej, by była chroniona przed nieszczęściem. Niestety, dobrał niewłaściwe słowa i nieświadomie przeklął ją, klątwa ta zaś zmusiła dziewczynkę, by stała się ochroną przed nieszczęściami innych.
Primo: bachor wcale nie płakał, jak Eragon ją ,,błogosławił". Secundo: nie wiem, po co w ogóle o niej wspominać, skoro nie odegrała praktycznie ŻADNEJ roli przez cały czas, a tylko stała i ,,upiornie" wyglądała.
To samo można powiedzieć o połowie postaci pojawiających się w ,,Erasiu". Minus upiorny wygląd.
Chociaż z tym też różnie bywa.

Durza jednak zadał mu bolesną ranę w plecy i mim o zaklęć uzdrowicieli Vardenow Eragon cierpiał straszliwe męki.
Jejq.
Czyli kolejny gówno wnoszący wątek.

Podczas gdy Oromis i Glaedr szkolili Eragona i Saphirę, Galbatorix posłał Razaców wraz z oddziałem żołnierzy do ojczystej wioski Eragona, Carvahall, tym razem po to, by porwać jego kuzyna Rorana.
Do tej pory nie rozumiem, PO CO. Pałolini najwyraźniej też, bo nie wyjaśnił.
Epic stuff, my dear! Epic stuff!

Rana na plecach Eragona wciąż mu doskwierała, lecz w czasie elfickiej ceremonii Przysięgi Krwi, podczas której elfy świętują traktat pomiędzy Jeźdźcami i smokami, widmowy smok przywołany na koniec uroczystości uleczył go. Co więcej, zjawa obdarzyła Eragona siłą i szybkością dorównującą najpotężniejszym elfom.
I zamienił go w elfie książątko! Dlaczego o tym nie wspomina?!
Może dotarło do Pałoliniego, co uczynił i teraz się wstydzi? ^^

Wtedy ze wschodu nadleciała postać zakuta w błyszczącą zbroję. Postać dosiadała lśniącego czerwonego smoka.
Błyszczący, lśniący... Myślałam, że to kolejny tom ,,Eragona", a nie ,,Zmierzchu".

Roran poślubił Katrinę, która nosiła w łonie dziecko.
To zabrzmiało trochę... błe. oO"
Katrina jest kangurem i nosi młode w torbie. ^^ 

Podczas oblężenia Feinster Eragon i Arya natknęli się na trzech wrogich magów, jeden z nich przerodził się w Cienia, Varaugha. Z pomocą Eragona Arya zabiła nowego Cienia.
No. I. Co. Z tego. Pamiętam tę scenę, jest napisana równie beznamiętnie, jak opis posiedzenia na kibelku. I nie wnosi NIIIC do fabuły!

Ale Galbatorix sięgnął ku nim i opanował umysł Murtagha. Posługując się jego rękami, powalił Oromisa, a Cierń zabił ciało Glaedra.
Zabił ciało... I don't know anymore.
Winky, goopia babo, umysł Glaedra żyje w tym kamieniu, co go wyrzygał. Ach i och. Ignorantko.
Po prostu nie kupuję tego pomysłu.

AKCJA WŁAŚCIWA: WĄTEK ERAGONA
Eragon sparował cios drobnym ruchem przegubu, władając Brisingrem szybciej, niż potrafiłby tego dokonać jakikolwiek człowiek bądź elf. Twarz żołnierza stężała ze zgrozy, gdy pojął swój błąd. Próbował uciec, zanim jednak zdołał pokonać choćby kilka cali, Eragon rzucił się naprzód i trafił go prosto w brzuch.
Brzuch jest za mało epicki. Wypływająca zawartość jelit i żołądka musi wyglądać i pachnieć okropnie. Prawdziwy Eragon trafiłby w serce.
A przed chwilą skręcił kostkę, zeskakując z Saphiry. To jakaś podróba! Gdzie nasze elfie książątko?!

Saphira, ciągnąc za sobą proporzec tryskającego z pyska złocisto-błękitnego ognia
Taki ogień musi być ciężki, skoro musi go za sobą ciągnąć.

Tuż po Saphirze pojawiła się elfka Arya. Długie czarne włosy tańczyły szaleńczo wokół kanciastej twarzy
EVERYBODY DANCE NOW!

Posłał jej szybki uśmiech. Arya odpowiedziała tym samym, promieniowała radością i groźną energią. W bitwie jej rezerwa znikała bez śladu; poza walką rzadko się zdarzało, by elfka tak bardzo się otworzyła.
Rajcuje ją tylko krwawa sieka. To jest definicja hardkoru ostatecznego, bzykanie na polu bitwy, kiedy wokół giną ludzie. oO
Ee tam, ludzie. Oni i tak istnieją tylko po to, by można było ich jak najwięcej zabić. Jak mobki w League of Legends.

Eragon uskoczył za tarczę, gdy między nimi pojawiła się falująca zasłona błękitnego ognia. Spod rąbka hełmu patrzył
Rąbek hełmu mu się zawinął, ajciu. ^^

patrzył, jak Saphira zalewa skulonych żołnierzy rzeką płomieni, która otoczyła ich, nie czyniąc najmniejszej szkody.
Nie no, jasne, napalm i wybuchy też istnieją tylko dla celów dekoracyjnych i nikomu nie robią krzywdy.
Co też hollywoodzkie produkcje robią z ludźmi...

Ustawieni w szeregu na blankach zamku łucznicy wypuścili grad strzał, celując w smoczycę. Okalające ją gorąco było tak potężne, że garść pocisków już w powietrzu stanęła w ogniu i rozpadła się w proch
Przestaję to rozumieć. Lecące 65 metrów na sekundę strzały spalają się zanim dolecą do płomieni, a ludzie siedzący w środku są cali i zdrowi.
Nie czepiaj się. To fantasy jest. Tu aŁtorom wolno WSZYSTKO.

Eragon, jak już kilka razy wcześniej, pojął, że ktokolwiek przygotował zaklęcia ochronne żołnierzy, musiał być zręcznym i potężnym magiem.
Aaaa, a więc to CZARY. No tak. W tym kraju amulety o mocach tak potężnych, że w każdej grze komputerowej robiłyby za cheaty, rozdaje się jak ciastka, a mimo to jakoś nikt nie może sobie z niczym poradzić. To już wykracza nawet poza paranoję.
Winky, koniec narzekania, zacznij wreszcie analizować.

W ostatniej chwili Eragon obrócił lekko tułów, napiął ręce i pierś i rąbnął obolałym ramieniem prosto w mostek napastnika.
Siła zderzenia odrzuciła żołnierza o kilkanaście jardów
Nieee no, jak ja mam nie narzekać? Co to ma być, ,,Przyczajony tygrys, ukryty smok"? To nie było fajne nawet w konwencji chińskich mitów! ><"
Kolejny dowód na to, że z Winky taki kulturoznawca, jak ze Szpaka kulturysta. ^^
Zamilcz.

Jego wargi wygięły się w gorzkim uśmiechu. Łucznicy na murach pojęli już, że mogliby zwyciężyć tylko gdyby udało im się zabić jego samego i elfy, nieważne ilu swoich musieliby przy tym poświęcić.
... To po co wysyłać na pewną śmierć tylu ludzi?
Mówię ci, że to nie ludzie, tylko mobki.

Kiedy ostrzał ustał, Eragon przerzucił Brisingra do lewej dłoni, podniósł jedną z włóczni przeciwnika i cisnął w stojących czterdzieści stóp wyżej łuczników. Włócznia to broń, którą ciężko rzucać celnie bez długiej praktyki. Nie zdziwił się zatem, odkrywszy, że chybił człowieka, w którego celował. Zaskoczyło go natomiast to, że nie trafił w żadnego z łuczników.
Ooo, no i teraz dzidzia będzie miała focha.
Maaamooo! Ta włócznia jest zepsuuuta! Przez nią chybiłeeem! Zabij zbrojmistrza, który zrobił takie badziewieee!

Arya także cisnęła włócznią, przebijając dwóch stojących obok siebie łuczników. Następnie wycelowała w nich miecz.
- Brisingr! - rzuciła i włócznia zapłonęła szmaragdowozielonym ogniem.
(...)
- To niesprawiedliwe - mruknął Eragon. - Ja nie mogę użyć tego zaklęcia, bo mój miecz zacznie płonąć jak ognisko.
*klepie biedactwo po główce i daje lizaka*

Z głuchym łoskotem wrota otwarły się i rozchyliły. Ze środka wypłynęła ciemna chmura dymu z pochodni, tak gęsta, że najbliżsi Yardeni zaczęli kasłać i zasłaniać twarze. Gdzieś w głębi mroku rozległ się stukot okutych żelazem kopyt na kamiennych płytach, a potem z serca chmury wypadł koń i jeździec.
Nazgul!

Głowicę lancy otaczała słaba aura nienaturalnego światła, zdradzająca obecność magii. (...)
Smoczyca nie mogła uciec. Nie mogła uskoczyć. Zamachnęła się zatem łapą w nadziei, że odtrąci pocisk. Chybiła jednak - zaledwie o parę cali - i Eragon patrzył ze zgrozą, jak lanca wbija się na ponad jard w jej pierś tuż pod obojczykiem.
Proszę państwa, to pierwsza rana, jaką Saphira odnosi od czasów, kiedy w pierwszym tomie strzały podziurawiły jej skrzydła.
Czy możemy mieć zatem nadzieję, że zdechnie?
Nie zapominaj, że to nadal mimo wszystko jest Pałolini...

Saphirze, oczywiście, nic nie jest, co nie przeszkadza jej heroicznie posyczeć i postękać nad swoim losem. Dowiadujemy się za to, że włócznia o śmiesznym grocie jest jednym ze starożytnych artefaktów stworzonych do zabijania smoków. Potem rozlega się chuj-wie-skąd potworny pisk, od którego kruszeją mury i na Rorana majestatycznie zwala się cały zamek.

- Nie! - ryknął Eragon (...) Jego krzyk był tak głośny, że głos mu się załamał, w głębi gardła poczuł ciepły miedziany smak krwi.
Pałolini ma jakiś fetysz na krew. -.-" Pamiętacie jak w pierwszym tomie Eraś czytając umysł Aryi ,,zanurzał się w poetyckich wersach krwi"?
Bo krew jest TAKA EPICKA.

- Nie, nie, nie, nie - mamrotał. - On nie mógł zginąć. Nie mógł, nie mógł, nie mógł... - Zupełnie jakby słowa miały wpłynąć na rzeczywistość, Eragon powtarzał je raz po raz.
*ziewa*

A potem wyobraził sobie Rorana tuż przed tym, jak przesłonił go grad kamieni i pyłu, stojącego pod sklepieniem wrót twierdzy, i nagle pojął, co musi zrobić.
Uch... Lepiej by zrobił, jakby wyobraził sobie Rorana tuż PO tym. A raczej to, co zostało z Rorana.
Jak go uratują, to chyba się zabiję...
Zresztą pff. Chędożyć życie setek bezimiennych żołnierzy walczących po naszej stronie. Ale resztki Rorana trzeba wyciągnąć choćby i ryzykując życie wszstkich pozostałych.

Po jego prawicy, między nim i drzwiami wiodącymi do wrót twierdzy, ustawił się oddział ponad pięćdziesięciu żołnierzy. (...)
Z płonącym mieczem w dłoni spojrzał wprost na żołnierzy.
- Odsuńcie się - warknął.
Tamci wahali się jeszcze chwilę, a potem odwrócili się i umknęli.
*facepalm*

Przestrzeń przed nim rozświetlił rozproszony błękitny blask. Wówczas tuż przed sobą ujrzał Rorana, pokrytego pyłem, krwią, popiołem i potem, wyszczerzonego w upiornym grymasie. (...)
- Najwyższy czas, żebyś... - zaczął, a potem oczy wywróciły mu się gwał-
townie i zemdlał.
*idzie się zabić*
Aby chwycić Rorana, nim ten runął na posadzkę, Eragon musiał upuścić Brisingra. Choć czynił to niechętnie, rozluźnił uchwyt i miecz z brzękiem uderzył o kamienną płytę
A jak mu się lakier porysuje?!
Roran, wal się, i tak powinieneś być martwy! *rzuca się na ratunek mieczowi*

- No dalej, obudź się.
Po paru sekundach powieki kuzyna zatrzepotały, w końcu uniósł je i ujrzawszy swego wybawcę błogi uśmiech ozdobił jego twarz. Eragon zniżył się z wolna i zatonęli w romantycznym pocałunku...

- Co z pozostałymi? - spytał, wskazując ręką stertę gruzów. Roran pokręcił głową.
- Jesteś pewien?
- Nikt nie zdołałby tego przeżyć.
Właśnie, kurwa. Do piachu, ty młotoręka merysójko!

- A co z tobą? Nic ci nie jest?
- Co? - Roran zmarszczył brwi, wyraźnie zaskoczony, jakby ta kwestia nawet nie przyszła mu do głowy. - Wszystko w porządku... Możliwe, że złamałem rękę w nadgarstku. Nic poważnego.
Rzekł, ignorując dyndające mu beztrosko z rękawa zmiażdżone resztki tego, co kiedyś mogło być ręką.
*trzyma kciuki* Prawa, prawa, prawa, niech to będzie prawa ręka...
I naprawdę myślisz, że nikt mu tego magicznie nie wyleczy bez śladu?
Wciąż się łudzę, że Pałolini tylko udaje tę swoją dziecinadę, a na serio jest mistrzem survivalu i lubi filmy gore.

Eragon posłał znaczące spojrzenie Blódhgarmowi. Rysy elfa stężały, jakby z niezadowolenia, podszedł jednak do Rorana.
Widzicie, Kociak się ze mną zgadza, Roran powinien wąchać kwiatki od spodu.

- W takim razie znajdźmy tego miękkiego starego głupca.
Eee...

Chętnie stuknę go kilka razy młotem
EEEEEE... o__O

Gdy dotarli na trzecie piętro, Eragon usłyszał głośny tupot i ujrzał, jak sklepione przejście przed Roranem wypełnia się nagle gąszczem ostrych włóczni. Dwie z nich skaleczyły Rorana w policzek i w prawe udo; na kolano spłynęła krew.
Dobić! Dobić!

uderzył w hełm, który zadźwięczał niczym żelazny garnek.
W tym celu hełm musiałby być - niczym czaszka Pałoliniego - PUSTY.
Czy ktoś może w końcu wysłać tego chłopa do szkoły?

Eragon (...) Nagle ujrzał pędzący ku sobie topór, obracający się w powietrzu. Uchylił się i topór wbił się idealnie pośrodku czoła stojącego za nim Rorana.
Chciałabyś.
Jak nie zrobi tego Pałolini, to zrobię to ja!

Pośród dźwięków metalu, pękających kości i odcinanych kończyn we czwórkę wybili resztę żołnierzy. Jak zawsze w walce, Eragona ogarnęło uniesienie
Widzisz, coś może być w tym gore.
This... is... just... sick.

Ku uldze Eragona, musiał zabić zaledwie trzech strażników, nim reszta poddała się, odrzucając na ziemię broń i tarcze.
Wówczas Arya podeszła do lorda Bradburna, który przez cały czas siedział w milczeniu.
- Czy teraz rozkażesz swym żołnierzom złożyć broń?
Zdaje się, że już to zrobili...
Kim on w ogóle jest? Po co na niego napadli? Co jest grane?! Czy nikt nie wytłumaczył Paoliniemu, że przy planowaniu kilku tomów jednej powieści, należy to wszystko rozłożyć tak, by każdy tom z osobna stanowił w mniejszej lub większej części odrębną całość? To, co on tu zrobił, to przerwanie poprzedniego tomu w środku akcji i kontynuowanie jej w kolejnym. Jak wielki jest to idiotyzm, sami widzicie - nikt nie wie, o co chodzi. 

potem dosłyszał dobiegające z dziedzińca w dole okrzyki - mógłby przysiąc, że dźwięczała w nich radość. (...)
- Cieniobójco! Spójrz! Nadchodzą kotołaki! Nadchodzą kotołaki!
Oh sweet Jesus. Faktycznie, to ogromna ulga, że do ich armii dołączy grupa ludzi zamieniających się w koty - albo kotów zamieniających się w ludzi, kij ich tam wie - i mówiących wątpliwymi zagadkami. Jesteśmy uratowani. Hu-kurwa-raa.

Tytuł rozdziału: KRÓL KOT
Król lew!
Łaaaaa cyweniaaaa, ałabałabi ciłałaaaa!

- Jego Najwyższa Królewska Wysokość Grimrr Półłapy, król kotołaków, Pan Samotnych Miejsc, Władca Nocnych Granic i Ten, Który Stąpa Sam.
*parsk*

Mimo delikatnych rysów, nie było wątpliwości, że Grimrr jest mężczyzną: świadczyły o tym wielkie jądra.

Nagle, ku zdumieniu Eragona, Grimrr wydał z siebie krótki donośny syk.
Angela oderwała wzrok od skarpety.
- Ćwir, ćwir - rzuciła z rozmarzoną, lekko bezczelną miną.
Przez moment Eragon miał wrażenie, że kotołak ją zaatakuje.
O Jeżu, tak, ją też zabijcie. Wkurwia mnie już od trzech tomów.

Zdumienie Saphiry dorównywało temu Eragona.
Ćwir, ćwir? - powtórzyła.
Wzruszył ramionami, zapominając, że smoczyca go nie widzi.
Kto wie, czemu Angela coś robi bądź mówi.
Bo jest beznadziejnie ŹLE skonstruowaną postacią ekscentryczną?

Można by nawet rzec, że w ciągu ostatniego stulecia twój lud stał się dla nas zaledwie mitem. Czemu zatem akurat teraz ujawniacie się przed nami?
- Pałoliniemu kończyły się bezsensowne wątki do sztucznego pogrubienia książki. Padło na nas.
Poza tym: skoro kotołaki stały się mitem, skąd ludzie na dziedzińcu wiedzieli, że to, co się do nich zbliża to właśnie kotołaki i że to dobry znak?

Och, jakże słodko będzie smakować zemsta, równie słodko, jak szpik młodego dziczka. Nadszedł czas, ludzka istoto, by wszystkie rasy, nawet kotołaki, stanęły razem i wspólnie dowiodły Galbatorixowi, że nie złamał naszej woli walki. Dołączymy do twojej armii, pani Nasuado, jako wolni sprzymierzeńcy, i pomożemy ci tego dokonać.
Tia... A poza tym: zemsta ZA CO?! Dopiero co powiedziano, że:
Kotołaki zawsze słynęły ze swej tajemniczości i niechęci do innych, a także, z tego, że trzymały się na uboczu we wszelkich konfliktach, zwłaszcza od czasu upadku Jeźdźców.
Co wskazuje na to, że żyły sobie na uboczu i miały wszystko dokładnie w dupie - ani słowa o jakiejkolwiek krzywdzie ze strony Galbatorixa. Więc o co im teraz...?!
Winky, ćśśś. Posłuchaj: autorem jest Pałolini. Więcej nie trzeba dodawać.

Jest nas niewielu, lecz w boju nikt nie może się z nami równać. I mogę także dowodzić jednokształtnymi, choć nie przemawiam w ich imieniu, są bowiem niemi jak inne zwierzęta. Mimo to uczynią, o co je poprosimy.
- Jednokształtnymi? - powtórzyła Nasuada.
- Tymi, których wy nazywacie kotami.

Nie, serio. Potężna armia składająca się z ludzi, elfów, krasnoludów, orkopodobnego czegoś, kotołaków i kotów. KOTÓW, kurwa.
Z tego się robią powoli ,,Opowieści z Narnii". TAKIEJ profanacji już NIE zniesiemy. *idzie uzbroić bombę wycelowaną w miejsce zamieszkania Pałoliniego*

(Kociak... nie, ta ksywka już jest zarezerwowana. Nyan Cat przedstawia swoje warunki.)
- Targujesz się jak krasnoludzki kauzyperda - mruknęła cierpko Nasuada. Pochyliła się ku Jórmundurowi i Eragon usłyszał, jak szepcze: - Czy wystarczy nam wątróbki, by wykarmić ich wszystkich?
Bo wątróbka na drzewkach rośnie. W ich armii znajdują się wyspecjalizowani zbieracze wątróbek.

Rozstali się i Eragon z Saphirą ruszyli do jednego z kuchennych namiotów, rozbitych wokół ognisk Vardenów. Tam zaczęli opychać się mięsem i miodem. (...)
Dobre? - spytała Saphira, gdy wgryzł się w kawał pieczonego schabu.
Coooo? Przeca Eragon jest wegetarianinem i brzyyydzi się na samą myśl o zabijaniu zwierzątek.
I mu stoi, jak siecze ludzi na krwawe kawałki.
Miecz chyba...

Eragon wbił wzrok we własną pierś i kciuki. Ułożył je obok siebie, by móc je porównać.
Pierś z kciukami? Dziwne kryterium, powiedziałabym.

Lewy miał więcej zmarszczek na drugim stawie niż prawy, który znaczyła niewielka poszarpana blizna. Nie pamiętał, skąd się wzięła, choć z pewnością musiało się to stać od czasu Agaeti Blodhern, Święta Przysięgi Krwi.
O mój Bozie, to skaza na moim idealnym, książątkowym ciałku, muszę sobie zrobić operację plastyczną. T__T

[Arya] Zamiast zbroi miała na sobie tę samą czarną skórzaną koszulę, spodnie i buty na cienkich podeszwach, jak wówczas, gdy uratował ją z Gil'eadu.
Te same, co TRZY TOMY TEMU? Te same, które miała na sobie w WIĘZIENIU?
Nie, nie mam więcej pytań. To jest... arrrrgh.

Założę się, że śmierdzi od niej gorzej niż od najbardziej obrzydliwego, starego capa, który lubi siadać w tramwaju akurat przed tobą i zasmradza cały pojazd na resztę dnia.

Arya przyłożyła dłonie do obu stron Eldunan i zamknęła oczy. Gdy tak siedziała, skorzystał ze sposobności, by przyjrzeć się jej otwarcie i uważnie
Cyyyyyckiiiiii...

Pod każdym względem wydawała mu się ucieleśnieniem piękna, choć wiedział, że inni mogliby rzec, że nos ma za długi, twarz zbyt kanciastą, zbyt szpiczaste uszy bądź zanadto umięśnione ramiona.
Pierdolenie o Szopenie, wszyscy już wiemy, że jest idealnie piękna.
Jesteśmy utrzymywani w tym przekonaniu od trzech tomów, nie damy się tak łatwo zwieść!

Z zewnątrz dobiegły odgłosy kląskających kroków, a potem Albriech, bo istotnie był to on, krzyknął:
- Eragon! Eragon!
- Co ?
- Matce właśnie zaczęły się bóle! Ojciec przysyła mnie, żeby ci powiedzieć i poprosić, byś zechciał zaczekać wraz z nim w razie, gdyby cokolwiek poszło nie tak i gdybyśmy potrzebowali twej znajomości magii.
Boru... Teraz Eraś będzie robił za akuszerkę.
Nie załamuj się, to może być lepsze od sceny porodu w ,,Zmierzchu". xD
WIEM! On po prostu wykorzystuje okazję, by zobaczyć z bliska waginę! Hjohjohjohjo...

WĄTEK RORANA
Tytuł rozdziału: CZYMŻE JEST CZŁOWIEK?
Kolejny raz w ciągu jednej analizy nie jestem w stanie powiedzieć nic poza: Boru...

Zbliżywszy się do namiotu, ujrzał Katrinę stojącą nad balią pełną gorącej wody z mydłem.
Uu, będzie seks?

Prała właśnie na tarze zakrwawiony bandaż.
Chyba jednak nie...

W formie bardziej nachalnej od Coelho (ale mniej od Olszańskiej) Pałolini słowami Katriny udziela nam Niezwykle Ważnej Życiowej Lekcji:
- Nie mogłabym myśleć o tobie źle, nieważne, co czułeś, kiedy waliła się ściana. Liczy się tylko to, że wciąż żyjesz. Przecież, kiedy się zawaliła, nic nie mogłeś zrobić, prawda?
Pokręcił głową.
- W takim razie nie ma się czego wstydzić. Gdybyś mógł to powstrzymać albo uciec, ale byś tego nie zrobił, wówczas straciłabym szacunek do ciebie. Ale uczyniłeś wszystko co w twojej mocy, a kiedy nic więcej nie mogłeś zdziałać, pogodziłeś się ze swoim losem i nie buntowałeś się na darmo przeciw niemu. To oznaka mądrości, nie słabości.

- Nie zamierzam się sprzeczać. Jeśli nie usiądziesz, to cię zaniosę i przywiążę do tego pniaka.
Jej twarz rozjaśnił psotny uśmieszek.
- Czyżby?
SEEEKS.

- Tak. A teraz zmykaj! - Gdy Katrina niechętnie ustąpiła miejsca przy balii, Roran jęknął.
Ja też. Chcę zobaczyć w końcu, jak wygląda pałoliniowy seks.
Nie przeceniałabym Pałoliniego. Gore, flaki, bzdurne frazesy - to tak. Ale seks? Zapomnij...

Kiedy Baldor do nich dotarł, musieli odczekać kilka sekund, nim złapał oddech.
- Chodźcie szybko - rzucił. - Matka właśnie zaczęła rodzić i...
(...)
Zgroza i podniecenie dodały Roranowi sił.
Dobra, rozmyśliłam się, nie chcę seksu w pałoliniowym wydaniu. Tutaj wszyscy w wystarczającym stopniu podniecają się ogromem różnych niepokojących rzeczy. o___O"

- Gotów? - spytała Katrina, wyłaniając się z namiotu i obwiązując głowę i szyję niebieską chustą.
Roran chwycił leżący z boku pas i młot.
Na co mu młot, chce nim rozmaślić noworodka jak tylko wyjdzie?!
Skądś muszą brać tę wątróbkę dla ich nowych oddziałów.
 
WĄTEK NASUADY

-To ostatni, pani. Nie będziesz ich więcej potrzebować. I oby tak dalej.
Pasmo płótna zsunęło się z cichym szelestem z przedramion Nasuady, gdy jej służka, Farica, zdjęła opatrunek. Nasuada nosiła podobne bandaże od dnia, gdy wraz wodzem Fadavalem sprawdzali nawzajem swoją odwagę podczas próby Długich Noży.
Czy ta próba nie była czasem w... drugim tomie? Dla porównania: złamany przegub Eragona w pierwszym zagoił się bez śladu w dwa tygodnie.
Na to, dlaczego rany cięte Nasuady goiły się dłużej niż złamana ręka Erasia, składa się kilka czynników:
- Nasuada jest kobietą,
- jest czarna,
- nie jest Erasiem,
- Pałolini nie miał jak zacząć tego rozdziału.


Tu następuje zapchajdziura w postaci 11-wersowego (!!!) opisu wyglądu blizn Nasuady i 15-wersowy opis jej stosunku do nich. Oszczędzę wam cytatu, ale fakt jest wart odnotowania.

W krótkim czasie, jaki minął, odkąd Vardeni i Surdanie rozpoczęli atak na Imperium, Nasuada widziała, jak Orrin na jej oczach staje się coraz głupszy.

Orrin nie wyglądał wcale tak źle. Nos miał wydatny i wąski, lecz żuchwę mocną, a usta pięknie skrojone i wyraziste. Lata spędzone na placu ćwiczeń zaowocowały piękną sylwetką.


Czy byłby dobrym ojcem?
Odkrycie! Odkrycie! Zauważyłam interesującą zależność. Drugi tom był jednym wielkim seksualnym podtekstem, a Pałolini lat miał wówczas 22, czyli głowę wypełniał mu głównie seks. Teraz ma lat 29 (Jerzó, jaki on stary) i dzieci mu się zachciewa.

Czy byłby dobrym ojcem?
Orrin oparł dłonie o wąski kamienny parapet i się wychylił.
- Musisz zerwać sojusz z urgalami - oznajmił, nie patrząc na nią.
Nie byłby! T__T

Opór Galbatorixa wydaje im się słuszny i zrozumiały, bo zawarliśmy pakt z urgalami. Zwykły człowiek nie rozumie, czemu się z nimi sprzymierzyliśmy. Nie wie, że Galbatorix sam wykorzystywał urgale
Nawet mimo faktu, że całe ich armie przemierzały kraj i niszczyły miasta w jego imieniu...

- Potrzebujemy pomocy urgali - odparła Nasuada. - I tak mamy za mało ludzi.
Ale macie koty!
*szeptem* Oby tylko większość z nich nie miała syndromu Garfielda.

- Powiem ci, co powinnaś zrobić - warknął. - (...) poślij Eragona i Saphirę do Kośćca wraz z batalionem żołnierzy, by na zawsze zmietli ich z powierzchni ziemi, tak jak powinni to byli uczynić Jeźdźcy wiele wieków temu.
(...) Wyraźny ból dźwięczący w głosie króla i napięcie na jego twarzy zaskoczyły Nasuadę. Przyjrzała mu się z większą uwagą, próbując ustalić powód tak gwałtownej reakcji. Po paru chwilach znalazła rozwiązanie, które po namyśle wydało się wręcz oczywiste.
- Kogo straciłeś? - spytała.
- Zabili mi żóóółwiaaa...! - rozbeczał się Orrin.

- Przyjaciela, z który m dorastałem w zamku Borromeo. Nie wydaje mi się, żebyś go poznała. Był jednym z poruczników mojej kawalerii.
- Jak zginął?
- Tak jak można oczekiwać. Dotarliśmy właśnie do stajni przy zachodniej bramie i zabezpieczaliśmy je do własnego użytku, gdy jeden ze stajennych wybiegł z boksu i przebił go widłami. Kiedy zapędziliśmy go pod ścianę, wciąż krzyczał bzdury o urgalach i o tym, że nigdy się nie podda...
Zaraz, no to nie urgale zabiły jego przyjaciela, tylko jakiś oszołom. To się kupy nie trzyma.
Ale ten oszołom bredził o urgalach. Liczy się!

- Choć cierpisz, nie możesz pozwolić, by ból kierował twoim i decyzjami... To niełatwe, wiem. O, jak dobrze wiem!
Pierwszy kondor jedno jajo zniósł i zdechł. Och, co za pech, że zdechł!
To się naprawdę zamienia w pseudoprzypowieściową opowiastkę w stylu Coelho.

- A zatem taka jest twoja odpowiedź? Nie zerwiesz z urgalami?
- Nie. Lubię te kosmate orgie z nimi. Przyłączyłbyś się kiedyś.

- Czy Du Vrangr Gata odkryła już sposób złamania przysięgi złożonej w pradawnej mowie? (...) Jeśli nie rozwiążemy tego problemu, i to szybko, może nas kosztować przegraną w wojnie - podsumował Orrin.
...what?
Ale ossochozi?

Po raz pierwszy objawił się po bitwie na Płonących Równinach, gdy okazało się, że wszystkich oficerów i większość zwykłych żołnierzy z armii Galbatorixa zmuszono do zaprzysiężenia wierności jemu i Imperium w pradawnej mowie. Wraz z Orrinem szybko pojęli, że nigdy nie będą mogli im zaufać, dopóki Galbatorix i Imperium istnieją, a może nawet po ich znisz- czeniu. W efekcie nie mogli pozwolić skłonnym do dezercji przyłączyć się do Vardenów, w obawie, że przysięgi mogą ich zmusić do niebezpiecznych zachowań.
Ach taaak. To ten problem, który był kluczowy kilka tomów temu, ale nikt wtedy o nim nie wspominał, bo Pałolini wymyślił go dopiero teraz.
Ile jeszcze zapchajdziur będziemy musiały znieść?
Dla mnie ten cykl to jedna wielka zapchajdziura.

WĄTEK ERAGONA
 
Tytuł rozdziału: BRUTALNIE W ŚWIATŁO DNIA...
Okrutnie w mrok nocy...
Biestalsko w samo południe...
Nieludzko w błysk zmierzchu...

Elain znów krzyknęła.
- Czy nie pozwolą ci choćby złagodzić jej bólu?
- Nie bardziej, niż już to zrobiłam. Eragon ruszył w stronę namiotu Horsta.
- Czyżby? - warknął przez zaciśnięte zęby.
Eragon - Smoczy Jeździec, pogromca Cienia, obrońca uciśnionych i ulubiony anestezjolog oddziału porodowego!

A potem Elain wydała z siebie wrzask, który zagłuszył wszelkie inne dźwięki, wrzask, jakiego Eragon nigdy już nie chciałby usłyszeć.
Tuż po nim zapadła krótka, głęboka cisza.
Obcy wreszcie przegryzł mostek i wydostał się na zewnątrz, a wszyscy osłupieli.

Gdy ostatnie okrzyki ucichły, kobiety w namiocie zaczęły zawodzić rozdzierająco, przenikliwie, i ów dźwięk zmroził Eragona do kości. Wiedział, co oznaczają ich lamenty, co zawsze oznaczały: wydarzyła się najgorsza możliwa tragedia.
- Nie - rzekł z niedowierzaniem, zeskakując z beczki. On a nie mogła umrzeć. Nie mogła... Arya przyrzekła.
(...)
- Co się stało? - spytał Baldor, kiedy zwolniła. Arya jakby go nie usłyszała.
- Eragonie, chodź.
- Co się stało?! - wykrzyknął gniewrnie Baldor, sięgając ku ramieniu elfki. Szybkim, niemal niedostrzegalnym ruchem chwyciła go za przegub i wykręciła mu rękę za plecy, zmuszając, by pochylił się niczym garbus. Twarz wykrzywił mu grymas bólu.
-Jeśli chcesz, żeby twoja siostrzyczka przeżyła, odsuń się i nie przeszkadzaj!
(...)
- Co właściwie się stało? - spytał Eragon, dołączając do niej. Arya odwróciła się ku niemu, jej oczy płonęły.
- Dziecko jest zdrowe, ale urodziło się z kocią wargą.
*jebła, leży i wstać nie może*
Poza tym, nawet po angielsku to się nazywa zajęcza warga. Na koty Pałolini też ma fetysz? -.-
Niniejszym ogłaszam Pałoliniego Człowiekiem O Tysiącu Fetyszy!

- Musisz ją uzdrowić, Eragonie - dodała Arya. - Tylko tym razem nie spierdol.

- No dobrze. - Eragon zacisnął dłoń na rękojeści Brisingra. Podjął już decyzję. - Zrobię to.
Roran z młotem, Eragon z mieczem... To dziecko ma przesrane nawet bez zajęczej wargi, zanim się jeszcze urodziło.

Eragon ledwo poznał żonę kowala: twarz miała wychudzoną, pod rozbieganymi oczami ujrzał ciemne kręgi. Z obu kącików spływały po skroniach jasnymi smużkami łzy, a potem niknęły wśród splątanych loków.
ZNOWU LOKIII...
Nie wzywaj imienia panów Aasgardu nadaremno.

Spośród zwojów tkaniny wyglądała maleńka, pomarszczona twarzyczka dziewczynki. (...) Najbardziej jednak w oczy rzucała się szeroka szczelina, ciągnąca się od lewego nozdrza aż do środka górnej wargi. Widać było przez nią maleńki różowy język, wyglądał jak wilgotny miękki ślimak, od czasu do czasu poruszający się lekko.
Nie chcę. Czytać. O. NICZYICH. Języczkach. Wyglądających. Jak. Ślimaczki. Pałolini, naprawdę nie masz już czego porównywać? Wróć do łez jak perły albo słów jak diamenty, to było bardziej strawne i nie zajeżdżało dziecięcą pornografią. ><

Eragon starał się stąpać jak najlżej, by nie potrząsać dzieckiem. Dziewczynkę otaczał obłok silnej piżmowej woni, przypominający zapach poszycia leśnego w ciepły leśny dzień.
Nie każcie mi tego komentować, błagam. T__T

Niemal dotarli już do celu, kiedy ujrzał stojącą między dwoma rzędami namiotów małą czarownicę, Elvę. Patrzyła na niego z powagą wielkimi fiołkowymi oczami. Miała na sobie czarno-fioletową sukienkę z długim koronkowym welonem okalającym głowę i odsłaniającym widoczny na czole srebrzysty znak w kształcie gwiazdy, podobny do jego gedwey ignasii.
Heloł? Niby kiedy stała się czarownicą, i to nadzianą, z tego, co widać? Ostatnio jak ją widzieliśmy, nawrzucała na swoją opiekunkę, odwróciła się na pięcie i diabli ją wzięli.
Searching for: logika. Results: 0. Try again?

Nie mógł sobie pozwolić na powtórzenie tego błędu, nie tyiko z powodu szkód, jakie mógłby wyrządzić, ale też, gdyby to zrobił, Elva stałaby się jego zaprzysięgłym wrogiem.
Straszny to los mieć za wroga sześciolatkę, która tak naprawdę jest dwulatką, ale autor ją sztucznie postarzył, by mogła brać udział w bieżących wydarzeniach!

Mimo całej swej mocy, Eragon obawiał się jej. Zdolność wnikania wzrokiem w ludzkie dusze i dostrzegania wszystkiego, co ich dręczy i niepokoi - i przewidywania wszystkiego, co może ich skrzywdzić - czyniła z niej jedną z najniebezpieczniejszych istot w całej Alagaesii.
Wiecie, kto jest bardziej niebezpieczny? Ten, kto trzyma w ręku detonator bomby atomowej. To gdzie ja go położyłam...

Bardzo delikatnie położył maleńką dziewczynkę na pościeli, uważnie, jakby była zrobiona ze szkła. Pomachała ku niemu zaciśniętą piąstką. Uśmiechnął się i dotknął jej koniuszkiem prawego wskazującego palca, a ona zagaworzyła cicho.
Gaworzenie pojawia się około 6 miesiąca życia, wcześniej to się nazywa gruchanie, a parę tygodni po narodzinach to bachor głównie je, sra i drze mordę - quote by moja siostra-pedagog. Oj, Pałolini, z ciebie to będzie gorszy ojciec niż z Orrina.
I te pedofilskie porównania... *wzdryga się*

Czuł, jak poprzez niego Saphira obserwuje dziewczynkę leżącą na kocach i drzemiącą, niezwracającą uwagi na otaczający ją świat. W szczelinie pośrodku górnej wargi połyskiwał jej język.
Jak Saphira zacznie się zastanawiać, czy niemowlaki są smaczne, to atmosfera w namiocie naprawdę się zagęści.
Ani słowa więcej o obślizgłych językach. I mean it.

I jak myślisz? - spytał.
Działaj bardzo powoli, żebyś przez przypadek nie ugryzł się w ogon.
Nie sądzę, by Eragon był w stanie sięgnąć ustami do swojego ogona.

Eragon zachichotał w duchu, a potem skupił się na układaniu zaklęć, które, jak sądził, zdołają uzdrowić dziewczynkę. Trwało to dość długo, niemal pół godziny.
I przez pół godziny noworodek tam sobie leżał, marzł, był głodny i cichy jak mysia? Nie mogli pozastanawiać się nad zaklęciami bez jego obecności?
Przestań marudzić, nie mogę się skupić na czekaniu na to, jak epickie imię dostanie dziewczynka uratowana przez Eragona od piętna krzywej mordy.

W trakcie ich bezdźwięcznej rozmowy Gertrude poruszyła się lekko.
- Wygląda tak samo jak przedtem. Magia nie zadziałała, prawda? (...)
- Magia - rzekł - jeszcze się nawet nie zaczęła.
Słysząc to, Gertrude umilkła. Wyciągnęła z torby kłębek żółtej włóczki, na wpół ukończony sweter i parę lśniących brzozowych drutów. Jej palce poruszały się w wyćwiczonym tempie, zręczne i szybkie.
To jakiś miejscowy zwyczaj, że jak dzieje się coś ważnego, to wyciągasz druty i dziergasz skarpety? Najpierw Angela przy wizycie króla Nyan Cata, teraz akuszerka przy ryzykownej próbie uzdrawiania czarami...
Jak Eragon będzie inicjował grę wstępną, to Arya zacznie dziergać szaliczek. ^^

gdy wraz z Saphirą uznali, że zaklęcia są bezpieczne, i Eragon miał pewność, że jego język prześliznie się gładko po każdym osobliwym dźwięku pradawnej mowy
PRZESTAŃCIE Z TYMI OŚLIZGŁYMI JĘZORAMI!
Lśniąąący jęęęzyk ociekający śliiiną...
*wyjmuje miniguna i wali gdzie popadnie*

I wtedy się zawahał.
Kiedy elfy używały magii, by nadać drzewu bądź kwiatu pożądany kształt albo odmienić ciało - własne czy też innej istoty - z tego co wiedział, zawsze ujmowały zaklęcie w ramy pieśni
O nie.
Ciesz się, że książki nie są tak zaawansowane technologicznie, byśmy musiały tego słuchać. ^^

wybrał pieśń z najdalszych zakamarków pamięci, pieśń, którą jego ciotka Marion śpiewała mu, gdy był mały, zanim jeszcze zabrała ją choroba; pieśń, którą kobiety z Carvahall nuciły swoim dzieciom od niepamiętnych czasów, kiedy opatulały je kołdrami przed długą nocą: kołysankę.
Bo ,,Lullaby" ładnie wygląda w tytule soundtracku.

Oczywiście, cały proces naprawiania zajęczej wargi też jest opisany szczegółowo jak w podręczniku medycyny (choć z pewnością nie tak poprawnie). Chyba zacznę liczyć te zapchajdziury, tak jak w pierwszym tomie omdlenia na koniec rozdziału.

W pewnym momencie, przed namiotem, Saphira zaczęła nucić do wtóru, powietrze wibrowało od jej niskiego głosu. Magiczne światełko rozbłyskało i gasło w rytm śpiewu smoczycy. Eragona niezwykle zdumiało to zjawisko. Postanowił spytać o nie później Saphirę.
Nowy wpis w dzienniku!
A Saphira po prostu ładowała akumulatorki.

Kiedy dziewczynka zapłakała z głodu, nakarmił ją cząstką energii.
*nabrała skojarzeń i zebrało jej się na mdłości*

Obok niego Gertrude nadal postukiwała drutami, ich rytm zakłócały tylko chwile, gdy uzdrowicielka pomyliła się, licząc oczka, albo musiała pruć kilka, by poprawić błąd.
Kogo tam obchodzi magia odprawiana na noworodku, który może nie przeżyć nocy, skarpeta się sama nie wydzierga.

Powoli, bardzo powoli szczelina w dziąsłach i podniebieniu dziewczynki zrosła się w gładką całość, dwie strony kociej wargi złączyły się - skóra rozlała się między nimi niczym ciecz - stopniowo tworząc różowy, nieskazitelny łuk.
Eragon bardzo długo majstrował i poprawiał nerwowo kształt owej wargi
Jak w Simsach.

Gertrude schowała robótkę do torby, wstała i podkuśtykała do łóżka.
- Nigdy nie spodziewałam się, że zobaczę coś takiego - rzekła. - A zwłaszcza u ciebie, Eragonie Bromssonie. - Zerknęła na niego pytająco. - Bo Brom był przecież twoim ojcem, prawda?
- Tak, tylko Pałolini zapomniał wam o tym powiedzieć, więc wcisnął to do twojej wypowiedzi, żeby nie było.

Zerknął na małą i nagle poczuł, że chce ją ochronić.
- Se ono waise ilia - obyś była szczęśliwa. - Nie było to zaklęcie, nie tak naprawdę, miał jednak nadzieję, że w przyszłości pomoże jej uniknąć nieszczęść. A jeśli nawet nie, to może przynajmniej sprawi, że się uśmiechnie.
I rzeczywiście. Maleńką twarzyczkę rozjaśnił szeroki uśmiech.
Kurwaaa... To naprawdę NIE JEST trudne, by choćby wygooglać, że dziecko zaczyna się uśmiechać około 2 miesiąca życia!
Słuchaj, to typowy wytrych i ułatwienie sobie przez autorów życia. Bohater znajduje jajo smoka, który całkowicie dorasta w dwa tygodnie i takie tam. Pałolini jest w tym po prostu królem.

- Mam zbyt zakrwawione ręce do takiej pracy - rzekł Eragon, oddając Horstowi córkę. - Ale cieszę się, że zdołałem pomóc.
*nie czai*
Moje ręce zbyt skalane są krwią wrogom wyprutą z żył, by leczyć niemowlaki, ale uczyniłem to, by mojej epickości stało się zadość!

- jak ją nazwiesz?
Kowal uśmiechał się promiennie do swej córki.
- Jeśli Elain się zgodzi, pomyślałem, że nazwiemy ją Nadzieja.
W końcu jakieś w miarę normalne imię... Miałam spore obawy po ostatnich doświadczeniach z Arielkami, Aurorami i innymi Reneesme.

I wtedy Albriech i Baldor przysunęli się do ojca, zerkając na nową siostrę
Pimp my sis!

Po jakimś czasie elfy rozprostowały swe długie
Hiohiohiohio...

Po jakimś czasie elfy rozprostowały swe długie nogi
Łee...

- Powinieneś być dumny z tego, co zrobiłeś - wymamrotała. - Dziecko jest zdrowe i doskonale ukształtowane. Nawet nasi najzdolniejsi magowie nie zdołaliby poprawić twojej gramarye. Dałeś tej dziewczynce wspaniały dar - twarz i przyszłość - i z pewnością o tym nie zapomni. Podobnie jak nikt z nas.
*znudzona* Taaak, wieeemy, że Eragon jest debeściak. .__.
I jego mafia też. Jest debeściak.