Czarne owce literatury czyli analizy ZŁYCH książek: Cudowne Dziecko, czyli opowieść o Michali... tfu, Meihnie, część 10

czwartek, 6 września 2012

Cudowne Dziecko, czyli opowieść o Michali... tfu, Meihnie, część 10

Z Atlantydą jest coraz gorzej. Z nami też. Ta książka jest... uch.
Nie jesteśmy w stanie powiedzieć nic więcej. Przekonajcie się sami.






Gdy się obudziła, panowała jeszcze głęboka noc. W chacie nie było nikogo prócz przeżuwającej zapamiętale kawałek glinianej skorupy Kozy
Gratulujemy kozie nowego imienia, które jest dokładnie tak pozbawione pomysłowości, jak w przypadku jednorożca. I zastanawiamy się, czy koza – nawet przy całej swojej żarłoczności – byłaby w stanie zeżreć glinianą skorupę miski.

Księżniczka, zaniepokojona całą tą sytuacją, kazała Jednorożcowi zostać w chacie, mimo iż uparcie chciał iść z nią. Jej samej wcale nie uśmiechało się iść teraz do lasu, kiedy zwierzęta wychodzą na żer, a każde drzewo zdaje się groźnym upiorem.
Nie lubię tak od samego początku rzucać mięsem, no ale...
Kurtyzana jej chędożona mać, zupełnie jakby zapomniała już, że wcale nie tak dawno jechała konno przez las w środku nocy! Jak bardzo niekonsekwentnym można być, do jasnej cholery?!


Niepokoiło ją zwłaszcza to, że nie wiedziała, gdzie jest Liaam. Od kiedy poznała go, bez niego nie czuła się bezpiecznie, co trochę ją dziwiło, bo przecież nieraz bywała sama, nieraz wałęsała się nocą po lesie i jaskiniach, nie czując strachu.
Jak niezdarnie nie byłoby to przedstawione, i tak już wiemy, że się zakochała. Next scene, please.
W sumie mnie to nawet fascynuje. Przecież każda dziewczynka i nastolatka, które próbują pisać o miłości, zawsze ubierają to w romantyczne, słodkie słówka, hołubią i czczą swego wyimaginowanego wybranka, są te wszystkie klisze o patrzeniu sobie w oczy i tak dalej, a u tutaj... Liaam nie gniewający się na Meihnę, jak tylko na nią spojrzy, Meihna nawet nie czująca się samotnie bez niego, ale po prostu zdziwiona tym, że przywykła do jego obecności, wszystko to całkowicie wyprute z jakichkolwiek emocji... Myślę, że tak o miłości może pisać tylko ktoś, kto jest zakochany głównie w samym sobie. To raczej smutne.

Wsłuchiwała się uważnie we wszystkie dochodzące ją dźwięki, wyłapując ich setki razy więcej, niż zazwyczaj
*cedzi przez zaciśnięte zęby* Przed-niż-nie-stawia-się-przecinka!

Powtarzała sobie w duchu, że przecież nic jej nie grozi, a nawet jeśli grozi, to poradzi sobie z tym, jak zresztą zawsze.
Bo jest mądra, zdolna i niezwykle utalentowana, wiemy, czy możemy w końcu przejść do jakiejś akcji mającej faktyczny wpływ na fabułę?

Nagle zauważyła majaczącą w oddali sylwetkę, zbyt realną, jak na wspomnienie. Czujnie ukryła się za drzewem, obserwując, jak postać staje się coraz większa i wyraźniejsza, z czasem przerosła już sylwetkę ludzką. Księżniczka odetchnęła z ulgą, widząc gniadą mordę konia, wyłaniającą się z mgieł.
Mordę wyłaniającą się z mgieł...! *kwikła i spadła z krzesła*


— Dobrze, że się nie zgubiłyście — powiedziała, klepiąc zwierzę po szyi. — Nie miałabym na czym jechać dalej...
To zdanie to czysta kwintesencja materializmu głównej bohaterki.
I mam wrażenie, że nie tylko bohaterki...

Po chwili spostrzegła drugiego konia, idącego ku niej stępem ze spuszczoną głową.
Wie, co go czeka.

Pełnia oznaczała, że towarzysząca jej noc nie jest do końca zwykła. Gdy księżyc był idealnie okrągły, działy się rzeczy, które normalnie nigdy nie mogły mieć miejsca.
Niech ją zeżre jakiś wilkołak, BŁAGAM!

Meihna zauważa światło z ogniska. Na miejscu znajduje wiedźmę, która celuje z łuku do przywiązanego do drzewa Liaama. Tu następuje dość dziwna scena, w której wiedźma ani drgnie, mimo że Meihna zamienia się kolejno w grzechotnika, orła, tygrysa i gza, w każdej postaci gryząc ją, drapiąc, szarpiąc i zadając straszliwe rany. W końcu, gdy zamienia się z powrotem w człowieka, osłania Liaama własnym ciałem akurat w chwili, gdy wiedźma wypuszcza strzałę i trafia w Meihnę. Tak, tak, Michaśka, rozumiemy przekaz, jest wyraźny i dosłowny do porzygu, ale czy to wszystko naprawdę było konieczne? O tym, że wiedźmie nic się nie stało mimo rzekomych głębokich ran zadanych przez Meihnę, chyba nie muszę wspominać?
Królewna budzi się, gdy wiedźma ją opatruje; najwyraźniej teleportowali się wszyscy do chaty, biorąc pod uwagę niewyjaśnioną obecność ściany, pod którą leży nieprzytomny Liaam.


— Omal mnie nie zabiłaś! — zachrypiała dziewczyna.
Starucha uśmiechnęła się.
— Właściwie prawie to zrobiłam. Teraz to tylko naprawiam.
Hę...?

— Co teraz z nami zrobisz? Obawiam się, że nie wykonaliśmy żadnego z twoich zadań.
Wiedźma uśmiechnęła się.
— Przeciwnie, księżniczko, przeciwnie...
Może nam to wyjaśnisz? W którym momencie Meihna wykonała którekolwiek z twoich zadań, jak...? Nic...?
Okeeej, ta powieść i tak ma tyle dziur, że jedna w tę czy w tę stronę nie robi mi różnicy. -.-


Czarownica wstała bez słowa i podeszła do drzwi chaty.
— Chodź — powiedziała. — Myślę, że będziesz w stanie chodzić, natarłam cię dostateczną ilością maści.
Maści... Kobieto, ona właśnie oberwała z bliskiej odległości strzałą!
Ale nie wiemy, gdzie! Trolololo, Michaśka 1, Winky 0.

Do tego niebo już przygotowywało się do wschodu słońca, więc czarnosiwe kolory nocy zastąpiły granaty, kiwi, mango, limonki i ciemne odcienie fioletu.

Wiedźma prowadzi Meihnę przez las, po czym – oczywiście – znika i zostawia biedną królewnę samą. Nagle coś rozbłyska i Meihna widzi ogrody wokół jej pałacu z czasów panowania jej ojca: jest bogato, ślicznie i fokle. Gdy próbuje dotknąć jakiegoś listka, wszystko znika. Zaraz jednak pojawia się następna wizja: tym razem ogród jest brzydki i zniszczony.

Wiatr jęczał smętnie w konarach drzew, jakby już tylko z przyzwyczajenia, niebo zasnuły senne cirrocumulusy
Pod jej nogami chrzęściła smętnie sucha poaceae, a na pobliskiej gałązce aesculusa hippocastanuma zakrakał ponuro corvus corax.

Wiedziała, że ten kawałek ziemi symbolizuje stan całej Atlantydy. To ją bolało najbardziej. Była kobietą, nie wiedziała dokładnie, jakie uchwały i rozporządzenia wydaje Mojnes, ale widziała, widziała przecież, że nie są one słuszne. Nie są słuszne...
Bez komentarza. Pozwolę wam ponapawać się idiotyzmem tego fragmentu w ciszy.

Księżniczka zastanawiała się, co ujrzy w następnej wizji, będąc trochę ciekawa, a trochę zaniepokojona.
A skąd wiedziała, że będą następne? Nigdy nie widziała swoich ogrodów w takim stanie, skąd mogła wiedzieć, czy to nie przyszłość?
Przeczócie...?

Gdy wizja przyszła, dziewczyna nie wiedziała z początku, co sobą przedstawia.
Najpierw wszędzie unosiła się gruba warstwa dymu, przesłaniająca jakikolwiek widok, jakby chcąc oszczędzić go księżniczce. W końcu jednak rozwiała się nieco, choć powietrze wciąż było lekko siwe i falujące. Spalone kikuty drzew ledwo trzymały się w pionie, czarne i kruche, trawa sucha i płowa odsłaniała spękaną ziemię. W oddali widać było jeszcze krwawe jęzory ognia, zagarniające zaborczo wszystko, co napotkały na swojej drodze. Minęło trochę czasu, nim w tych szczątkach Meihna rozpoznała swój ogród.
Więc niesłuszne uchwały i rozporządzenia Majoneza doprowadzą do wybuchu wulkanu?
Wojna, pożoga i te sprawy. A wszystko przez tego okropnego dzika! (Czy ktoś jeszcze w ogóle o nim pamięta?)

W źrenicach odbijały jej się czerwone blaski ognia, wzlatujące ruchliwie w powietrze niczym obrzydliwe gnomy tańczące nad swoją ofiarą.
Zaprawdę, gnomy to obrzydliwe stworzenia, lubujące się w mordzie i chaosie.


Meihna przez chwilę rozpacza na środku leśnej dróżki, lecz wtem zauważa zjawę i postanawia za nią pójść.

Meihna nie wiedziała, dokąd prowadzi ją nieznajoma postać, ale czuła się całkiem bezpiecznie. Wiedziała, że gdziekolwiek by to było, nie czeka jej żadne niebezpieczeństwo, że póki zjawa prowadzi ją, tańcząc między drzewami, póki pozwala jej siebie widzieć, nic jej nie grozi.
Całkiem bezpiecznie, jak z innymi magicznymi bytami, które rozpalały światełka na moczarach i w lasach i prowadziły wędrowców na pewną zgubę!

Nagle postać zniknęła, tak jak kilka razy przedtem, jednak tym razem Meihna czuła, że nie wie już, w którą iść stronę. To oznaczało, że zjawa doprowadziła ją do miejsca, do którego chciała. Teraz nie pozostało księżniczce nic innego, jak czekać, obserwując, co się wydarzy.
Tym całym tłumaczeniem każdej najmniejszej rzeczy aŁtorka tylko pokazuje, że traktuje czytelników jak idiotów.
Bo przecież nie każdy jest w stanie zrozumieć, co gra w jej duszy, tej całej głębi i filozofii... Wait a minute, tu nawet nie ma jeszcze nic filozoficznego. oO

Zjawa znów się pojawia, stojąc na rozstaju dróg (głęęębia...) i przybierając postać Meihny (głęęębia taaaka, że o jaaa pierdooolę...).

Z jednej strony chciała odejść, uciec stąd jak najdalej, z drugiej zaś fascynowało ją patrzenie w swoje własne oczy.
Nawet sama Meihna musiała przyznać, że jest oszałamiająco piękną istotą.
Boru, powtarzam się, niech ta książka się już skończy...

Zjawia dzieli się na dwie Meihny: jedna, stojąca na drodze do chaty wiedźmy, ma miecz i wygląda bojowo, druga – stojąca na drodze na pola – uśmiecha się spokojnie. Nagle ta z mieczem pada martwa na ziemię. Wtedy obok prawdziwej królewny pojawia się wiedźma.


— To ty, Meihno. I twój los. Zależny od tego, gdzie teraz, się udasz.
Wybierze drogę miecza (i co tam robi ten przecinek po teraz?).
Meihna spojrzała na zjawy.
— Co masz na myśli?
— Życie nie jest łatwe, moja droga. (...)
Wybierze drogę miecza.
— Zrozumiałam już, że muszę wybierać. Nie wiem tylko między czym!
— (...) Między krótkim życiem spędzonym na rozpaczliwej próbie uratowania swojego ginącego królestwa (...) i życiem długim, pełnym radości i codziennych trosk... tutaj. Z dala od Atlantydy.
Wybierze drogę miecza.
Meihna podskoczyła z oburzeniem.
— Proponujesz mi, abym stchórzyła i zostawiła Atlantydę? W zamian za co? Wygodne życie?! Za kogo ty się uważasz, starucho?! Prędzej zginę, niż zostawię to, co kocham, co zostało powierzone mojej opiece!
Wybierze drogę miecza, przecież jest merysójką i ma obsesję na punkcie bycia wybawicielką, możemy przejść do momentu, kiedy faktycznie coś robi i zostawić za sobą te pseudofilozoficzne duby smalone?!
Ależ Winifredo! Jeśli księżniczka postanowi ocalić Atlantydę, niechybnie zginie!
Tym lepiej! Przynajmniej coś się zacznie dziać!
Kim ty się stałaś...
Wkurwioną analizatorką, a teraz lećmy z tym dalej, bo naprawdę nie wytrzymam.

Wiedźma przekonuje Meihnę, że jej śmierć będzie bezcelowa i lepiej zrobi, jeśli zostanie tu. Królewna wpada w szał, kłóci się z nią i nawet zaczyna dusić, ale zostawia ją, bo ma „mętlik w głowie”.


— TY jesteś swoim królestwem! Nie martw się tytułem. Twój brat się nim nie martwił.
Meihna prychnęła.
— Mój brat nigdy nie przejmował się niczym. Tak został wychowany. Żeby się nie przejmować.
Totalny idiotyzm. Rodzice nigdy nie pomyśleli o tym, że jeśli ich najstarszy syn zginie, młodszy będzie musiał objąć tron?
Wszystko jedno, to i tak taka mowa-trawa, mądrze i poważnie brzmiący zapychacz.

Meihna nagle zdaje sobie sprawę, że chce uratować Atlantydę nie z poczucia obowiązku, ale z miłości. Wybiera swoją drogę, odrzuca propozycję wypicia eliksiru zapomnienia i nakazuje wiedźmie odejść. Jaki zatem był cel tej całej, długiej przygody z wiedźmą? Mnóstwo okazji do popisania się głębokimi przemyśleniami i sztuczne przedłużenie książki – nie wyjaśnia się, jaki cel miała wiedźma w więzieniu Meihny, w rzekomych trzech zadaniach, o których aŁtoreczka najwyraźniej sama zapomniała w trakcie pisania... NIC! Tylko kolejnych parę wielokropków na koniec:

Starucha kiwnęła głową. Podniosła ręce, zamknęła oczy, po czym rozpłynęła się w powietrzu, a z nią dwie zjawy... Jakby wszystkie trzy były tylko marnym przewidzeniem lub snem...
*pisze list zaadresowany do Michaliny Olszańskiej, w którym tonem nauczycielki każe jej po 1000 razy odmienić słowa „przywidzenie” i „przewidywać”*

Meihna idzie przez las i zauważa, że zniknęła jaskinia, w której było przejście do magicznego świata, klif, z którego omal nie spadła (mimo że to był i tak sen), no i chata wiedźmy. Znajduje w jej miejscu Liaama. A już myślałam, że puścimy go w niepamięć jak Zenorę i jej dzika.


— Nie uwierzysz, co mi się śniło — powiedział cicho.
Meihna położyła mu rękę na ramieniu.
— Masz rację — powiedziała. — Nie uwierzę, więc lepiej nic mi nie mów.
Liaam zdawał się zbity z tropu. Już wytłumaczył sobie, że wszystko dziwne, co go ostatnio spotykało, było snem, ale za nic nie mógł zrozumieć, w jaki sposób wydostała się z niego Koza stojąca teraz obok Jednorożca i przeżuwająca monotonnie uschniętą gałązkę.

Ona nie może tak na poważnie. Robi z tego biednego chłopaka przygłupa, który nie ma za grosz własnego rozumu i pomyślunku i służy tylko podkreśleniu wspaniałości Meihny. Po prostu w głowie mi się nie mieści taka przedmiotowość.
Nie do wiary, że jednocześnie jest kreowany (bardzo na siłę, trzeba przyznać) na przyszłego wybranka Meihny.

Meihna spojrzała na dwa przywiązane do drzewa konie. Na ich mordach rysował się obraz przyjemnego przerażenia. Musiały być świadkami rozpłynięcia się w powietrzu chaty, w związku z czym dostały najwspanialszy powód do strachu, jaki mogły sobie wymarzyć i który będzie je bawił do końca życia.
*wyje potępieńczo, bo nie ma już siły na komentowanie mądrości Michaśki na temat koni*

Następnych kilka dni Meihna i Liaam spędzili w drodze, rzadko się zatrzymując, prawie w ogóle z sobą nie rozmawiając. Oboje nie chcieli się do tego przyznać, ale dni spędzone razem bardzo ich zbliżyły, teraz każdemu z nich brakowało rozmowy z tą drugą osobą, ale nie byli pewni, czy tej drugiej osobie brakuje rozmów z nim.
Wręczam tej scenie nagrodę Najbardziej Wymuszonego Romansu Ever.

— Myślisz, że będziemy musieli przechodzić przez góry? — spytała, zastanawiając się nad możliwością innego wyjścia.
— Cóż. Obawiam się, że tak. Zdaje mi się, że obejście ich zajmie nam więcej czasu. Nie wiemy, jak długo się ciągną.
— Masz rację... Ale boję się trochę wejść w góry. Są jak pułapka, wysokie, niedostępne...
Liaam zastanowił się.
— Popatrz na to z innej strony. Jest tam też wiele miejsc do ukrycia się.
— I zaczajenia!
— Ach! W lesie też ktoś mógł się na ciebie zaczaić. Nie bój się. Jesteś ze mną... — Te ostatnie słowa sprawiły, że księżniczka poczuła się dziwnie. Nie potrafiła nawet tego nazwać. Nie chciała... Uśmiechnęła się tylko
Pocałujcie się już, miejmy to za sobą, bo rzygnę. -.-

Liaam złapał ją za rękę. Drgnęła, niczym porażona dziwnym ogniem.
— Czy zatrzymamy się choć raz na dłużej? Choć na chwilę, nie pędząc nigdzie, nigdzie się nie śpiesząc?
Zwróćcie uwagę na tę gwałtowną metamorfozę: dosłownię stronę temu Liaam był jeszcze głupkowatym „chłopcem”, który istniał tylko po to, by Meihna mogła go ratować, teraz nagle jest „chłopakiem”, którego zdanie się liczy, który wzbudza zainteresowanie Meihny... Jakby ktoś nagle wrzucił nowego bohatera o tym samym imieniu.

Na Atlantydzie Meihna rzadko chodziła w góry. Czuła przed nimi respekt tak wielki, że wkradanie się do ich wnętrza, deptanie ich kamiennych ciał, penetrowanie najintymniejszych zakątków uważała za coś brutalnego, swoiste świętokradztwo.
Ona na pewno mówi o górach...?
Swoją drogą, czemu pchają się w te góry, czemu nie poszukają jeszcze w okolicy? Miało tu być magów tyle, ile „gwiazd na niebie”, czemu nie spotkali ani jednego, poza zbzikowaną wiedźmą?

Jedyne wejście do świata skał prowadziło przez wąską szczelinę, przez którą ledwie mógł przecisnąć się człowiek.
Tak sobie szli równiną, szli, szli, a tu nagle hyc – skaliste góry.
Jak Eragon wkraczający na pustynię.

Meihna wiedziała, że konie muszą zostać. Zdjęła z nich więc siodła i ogłowie, poklepała je po ciepłych pyskach
No w końcu! Już myślałam, że nigdy nie zgadnie, jak się nazywa ta część ciała konia i że nie „morda”.

Z początku zwierzęta stały posłusznie, nie wiedząc, dlaczego dziewczyna nagle je oswobadza. (...) Jednak kiedy zobaczyły rozciągające się przed nimi łąki, całe dla nich, nieograniczonych żadnymi wodzami, i rozglądając się, stwierdziły, że nikt ich nie obserwuje, zarżały radośnie, stając dęba, i z bielmem na oku, z pianą na pysku pogalopowały przed siebie, ku wieczystej wolności.
Coś te konie lubią napoje z pianką.

Meihnie i Liaamowi zaś, którzy musieli teraz iść pieszo, droga dłużyła się, będąc niezwykle ciężką. (...) Koza jakby znalazła się właśnie w swoim żywiole: skakała z jednej skały na drugą, idealnie celując, nigdy nie potykając się czy chwiejąc.
Wut? To oni zabrali ze sobą tę kozę? Dobrze wiedzieć, ale co z jednorożcem?
Gdzieś tam sobie egzystuje, zapomniany przez aŁtorkę.

Meihna, Liaam i, no cóż, Koza cały dzień łażą po górach, lecz w końcu Meihnę dopada straszliwe zmęczenie. Zatrzymują się na noc (niemożliwe!) i układają się do snu.

Meihna nie wiedziała właściwie, czego tak naprawdę się boi, ale czuła, że coś lub ktoś czyha na nią w skalnych zaułkach i szczelinach. (...) Wstała więc i zaczęła energicznie chodzić w kółko, usilnie starając się nie zasnąć. Liczyła gwiazdy, mówiła sama do siebie, ale widok zwiniętego w kłębek Jednorożca
Ooo, no patrzcie, znalazła się zguba.

Rozeźlona splotła ręce na piersi i zeszła w dół zbocza, bo tylko spacer mógł powstrzymać ją przed zaśnięciem.
A zmęczenie paszło! W końcu jest...
Merysójką, wiemy. Powtarzasz się z częstotliwością godną Michaśki.
Naprawdę trzeba rozprawić się z tą książką raz na zawsze. .__.

Surowe kamienne ściany przywodziły na myśl obmarzłe lochy
Wystarczyłoby odpalić Google i w niecałe 5 sekund Michaśka dowiedziałaby się, że słowo „obmarzły” NIE ISTNIEJE. Nie potrafię sobie nawet wyobrazić, co ono mogłoby oznaczać. Zmarznięte? Zmarznięte lochy?
Twoja ironia jest obmrażająca, doprawdy.

Jezioro pokryte było już cieniutką, kruchą jeszcze warstwą lodu, tak delikatną, że nawet lekkim dotknięciem palca można było ją złamać. To oznaczało zimę.
E tam?
Ja wiem, że to są rzeczy, na opisywanie których nie warto marnować miejsca w książce (bo jeszcze by się nie zmieściły te wszystkie filozofizmy), ale czy Liaam i Meihna mają jakieś ciepłe ubrania? Przez całą ich podróż ani razu nikt się nie zająknął o jakimkolwiek bagażu ani tym bardziej o tym, co mają na sobie.

Nagle usłyszała coś tuż za sobą, jakby gwałtowny, niewyjaśniony świst, który umilkł tak szybko, jak powstał.
Świst mógł co najwyżej ucichnąć.
Chyba że świst to takie małe, puchate zwierzątko z Atlantydy, które schowało się Meihnie do kieszeni i przypłynęło wraz z nią na tę wyspę (doczytałyśmy w poprzednich analkach, że to jest wyspa, jak zresztą każdy inny ląd w tej książce).

Straszliwy świst przeraził Meihnę niemal na śmierć (jak wszystko...) i dziewczyna ucieka z powrotem do obozu. Jest tak wystraszona, że nie może spać całą noc. Rano nic nie mówi Liaamowi (jak zwykle) i ruszają w dalszą drogę.

Dzień był chłodny, podobnie jak noc, na trawie połyskiwała szadź. Wilgotny wiatr wgryzał się w zmarznięte ciała, sprawiając, że lodowaciały jeszcze bardziej, drżąc niczym liście na wietrze.
Nie wiedziałam, że wiozą ze sobą jakieś trupy. Ach, zaraz, to o ICH ciała chodzi...
Ciała lodowaciały coraz bardziej, z wolna pokrywając się lądolodem.

Meihna zastanawiała się, jak zimno musi być teraz na łąkach nieokrytych żadnymi skałami czy drzewami. Tam panował jeszcze wilgotniejszy wiatr morski, przynoszący olbrzymie fale i uderzający z hukiem o klify, krusząc je jak piach.
W górach zaś jest dość wysoko, a im wyżej, tym zimniej. Nie trzeba być geniuszem, by odkryć, że w kolejce na wyciąg jadący na Kasprowy Wierch jest 20 stopni, a po wjechaniu na szczyt parę minut później o 15 mniej. Zresztą o czym ja mówię, wystarczy podręcznik do geografii, by odkryć to bez konieczności wybrania się na wycieczkę do Zakopanego. -.-

Tu następuje KOLEJNA sekwencja metafizycznego podziwiania cudów natury, w tym przypadku wybrzeża ukształtowanego przez wiatr (czy wybrzeże nie jest z grubsza kształtowane przez wodę?). Blablabla, nagle Meihnę coś „przestrasza”.


— Słyszałeś coś? — szepnęła do Liaama.
— Ale co?
— Świst! Dziwny... Jakby ktoś w błyskawicznym tempie przebiegł tuż za mną! Musiałeś słyszeć!
Nie bój się śwista, on chciał tylko się z tobą pobawić i poiskać ci włoski, jest taki milutki i puchaty. <3

Czuła się o wiele bezpieczniej przy kimś, kto w jednej ręce trzymał kij, a przy drugiej przywiązany miał miecz
Pomijając fakt, że do tej pory to ON musiał być przez NIĄ ratowany.

poza tym towarzystwo Liaama sprawiało jej dziwną przyjemność, całkiem niewytłumaczalną. On również, kiedy dziewczyna stanęła obok niego, uśmiechnął się z zadowoleniem i szedł tak blisko niej, jak było to możliwe.
Ach, no tak, to wszystko tłumaczy. Póki był tylko „chłopcem”, Meihna musiała robić za dzielną bohaterkę, ale teraz, kiedy się w sobie zakochali, dzieweczka nagle utraciła zdolność radzenia sobie z każdym niebezpieczeństwem i potrzebuje dzielnego mężczyzny, który mógłby ją wybawiać z opresji. Klasyczna dumbass in distress.

— Zastanawiałem się — powiedział po chwili, starając się, aby zabrzmiało to zwyczajnie, bez zbytniej troski — czy nie jesteś głodna. W końcu nie jedliśmy od dwóch dni.
Taaak mimochodem o tym wspominam, choć żołądek skręca mi się z głodu.
Czy oni przypadkiem nie wloką ze sobą DOJNEJ KOZY? Rozumiem, że Meihna może mieć kozofobię, ale w takim przypadku naprawdę mogłaby się poświęcić i wydoić to cholerne zwierzę, bo by mu w końcu suty pękły. A jak nie wydoić, to Liaam mógłby ją zabić – wychował się na wsi, na pewno wie, jak to się robi i nie brzydzi się takich rzeczy!
Mógłby zabić kozę czy Meihnę?
Hm... Jedno i drugie przyniosłoby wymierne korzyści.

Meihna uśmiechnęła się. Oczywiście, że była głodna, ale przejęta tym, aby jak najszybciej przejść przez góry, starała się o tym nie myśleć i w efekcie rzeczywiście niemal zapomniała o jedzeniu.
Ewidentnie aŁtorka nigdy nie szła po górach. I nie mam na myśli spacerku po Krupówkach, tylko prawdziwą wyprawę w prawdziwe góry. Ktoś niewprawiony (np. ja ^^) dostaje świra z braku wody i jedzenia (choć bardziej wody), wędrując nieustannie pod górkę. A co dopiero, kiedy tam, gdzie łażą, nie ma żadnych wygodnych szlaków.

Chłopak wyciągnął swój miecz i zaczął strugać nim koniec kija. Po jakimś czasie wyrzeźbił oszczep tak ostry, że mógłby przebić nim nawet kamień
Diamentowy miał ten kij czy jak? oO

Meihnie nie uśmiechało się siedzieć samej na wzgórzu, otoczonej tajemniczymi świstami
*parsk!* Świsty otoczyły biedną księżniczkę i wytrzeszczając ogromne oczyska, mamrotały: miiiiziaj nas, Meihnooo...

Liaam trafia na trop jelenia, ale Meihna ustawicznie płoszy biedne rogate żyjątko. Chłopak grzecznie prosi ją, by posadziła dupsko w jednym miejscu i mu nie przeszkadzała. Zostawia ją samą i królewna nudzi się tak niemiłosiernie, że musimy poznać ze szczegółami jej rozrywkę polegającą na kicaniu po gałązkach jako wiewiórka. Potem przygląda się buszującej w poszyciu wronie i w dość naukowy sposób podziwia jej mądrość, co kwituje błyskotliwym:

Taak. Wrony to mądre ptaki.

Meihna podniosła wzrok i nagle zamarła. Zza drzewa wyszedł ku niej jeleń (...) Spojrzała ostrożnie na jelenia, aby sprawdzić, czy zwierzę wciąż nie ma zamiaru się spłoszyć, po czym wyciągnęła rękę w jego kierunku, bardzo powoli, bardzo delikatnie. Koniuszkami palców poczuła miękkie futerko
Dziki jeleń pozwolił jej się pogłaskać. -.-” (I na dokładkę ma futro!)


Nagle zza drzewa wynurzył się Liaam, celując w jelenia swoim oszczepem. Meihna podbiegła do niego i złapała go za rękę, patrząc prosząco.
— Nie zabijaj go! — powiedziała. — Proszę, spójrz, jaki on piękny, nie zabijaj! (...)
— No dobrze. Co w takim razie chcesz zjeść? Wątpię, czy znajdziemy coś, czego nie będzie trzeba zabić. Jest zima.
— Tak, wiem... Może złowimy rybę?
A to ryby nie będą zabijać? Żywcem zjedzą i to się będzie liczyć jako niezabijanie?
*woła przez megafon* Macie kozę, idioci!

Liaam jęknął.
— Ryba to też zwierzę. Też trzeba pozbawić je życia! W dodatku nigdy nie wiadomo, czy ryba nie jest zaklętym królem albo jednym z bogów. (...) Wybacz, Meihno, ale mam do tych zwierząt szczególny stosunek, są magiczne.
Ja bardzo bym prosiła o dokładne określenie, jakiej narodowości jest Liaam, bym mogła w spokoju parskać nad tym, że ryby uważa za zaklętych bogów, bez narażania się na śmieszność, że nie znam czyjejś mitologii.
A ja przypomnę tylko cichutko, że na początku ich znajomości Liaam chodził po plaży i wystawiał sieci na ryby.

— Na coś musimy się zdecydować. Możemy tu umrzeć z głodu, ale nie sądzę, aby było to dobre rozwiązanie.
*razem* KOZA!!!

— Jeśli chcesz rybę, musisz ją złowić. Wybacz, Meihno, ale mam do tych zwierząt szczególny stosunek, są magiczne.
Księżniczka wybałuszyła oczy.
— Ale ja nigdy niczego nie złowiłam! Nie mam pojęcia, jak to się robi!
— To nie jest takie trudne, jak się wydaje. (...) Ja z zasady nie jadam niczego, co żyje w rzece, nigdy nie wiem, kogo mogę w niej złowić. Ty jednak, zważywszy, że jesteś z Atlantydy i nie znasz naszych legend i tradycji, możesz śmiało robić wszystko, czego zapragniesz, nikt cię za to nie ukarze. Ja mam swoje powody, by przestrzegać zasad...
A teraz wyobraźcie sobie Hindusa, który daje jakiemuś białemu krowę i mówi: ja nie mogę, dla mnie krowa jest święta, ale ty ją sobie weź i zrób tyle BigMaców, ile tylko chcesz.

— Jesteś pewien, że sam nie możesz niczego złowić? Przecież łowiłeś w morzu!
Liaam pokręcił głową.
— Ryby morskie to zupełnie co innego. Nie są zaczarowane. Ryby w rzekach, potokach, jeziorach żyją w słodkiej wodzie. Sam ten fakt wskazuje, jak bardzo są niezwykłe.
Nie wiem, w jakim zaczarowanym uniwersum się teraz znajdujemy (i jest to trochę frustrujące, biorąc pod uwagę fakt, jak bardzo „historyczna” usiłowała być ta powieść na początku), ale ta sprawa z rybami wydaje się po prostu tak straszliwie wymuszona, jak ten ich romans. Jest, bo aŁtorka miała ochotę przeżyć taką przygodę jako Meihna i tyle.

Meihna udała, że satysfakcjonuje ją to zapewnienie. Tak naprawdę uważała za całkiem niedorzeczne wierzenie, iż ryby to zaklęci królowie
Lepsze takie wierzenie niż żadne...

Meihna stoi w górskim potoczku (i ani trochę nie jest jej zimno w nóżki, no ale skoro ma za sobą nurkowanie w jaskini, to pewnie zdążyła się już zahartować) i próbuje złowić gołymi rękami rybę. Czemu nie użyje tego Liaamowego patyka albo miecza...?


Zdyszana i zła rozejrzała się, ale woda naokoło niej była spokojna, jakby ryby, nauczone, że w tym miejscu jest ktoś, kto chce je złapać, omijały ją z daleka.
W środku niezbadanych gór, gdzie nie prowadzą żadne szlaki, gdzie nikt nie mieszka... Na te ryby musi polować w tym konkretnym miejscu jakiś wyjątkowo zawzięty flaming!

W końcu jednak zobaczyła płynącego w jej stronę dużego suma (...) Kiedy ryba była tak blisko, że niemal ocierała się o nogi Meihny, dziewczyna na kształt oszalałego tygrysa rzuciła się do wody i z całej siły zacisnęła dłonie, choć nie była pewna, czy trzyma w nich rybę, kamień, czy może skrawek własnej sukni. Odczekała chwilę, po czym wstała, cała mokra i zziębnięta, i z zadowoleniem stwierdziła, że jednak to pierwsze.
„Duży sum”. Hmm... taki?


Już miała z dumą wrócić na brzeg... ale widok miotającego się i duszącego suma wstrząsnął nią do głębi.
Sama nie wiedziała, kiedy rozluźniła palce i pozwoliła rybie wrócić do potoku.
Też bym wypuściła, takie bydlę ciężko utrzymać...
Jelenia nie zje, ryby nie zje... Zaraz będzie płakać, że umiera z głodu, ale żeby wydoić kozę to pewnie nadal nie pomyśli.

Kiedy to zrobiła, załamała się, bo była już na wpół przytomna z głodu. Liaam czekał już na nią z rozpalonym ogniskiem, piekąc nad nim świeżo zabitego zająca.
NOOOŁ!!! Jelonek za śliczny, sum ma takie smutne oczka, ale MAŁEGO, SŁODKIEGO, UROCZEGO ZAJĄCZKA TO ZJE??!!
*szeptem* Winky kocha króliczki i zajączki... Meihna właśnie zdobyła wroga nr 1.

— Czułem, że niczego nie przyniesiesz, dlatego pozwoliłem ci spróbować coś złowić. Wiedziałem, że w końcu złapiesz jakąś nieszczęsną rybę, ale twoje sumienie nie pozwoli ci patrzeć, jak umiera. Śmierć ryby jest najcięższą śmiercią w przyrodzie, bardzo długą.
Jak jej się utnie głowę, to nie tak długą. Ale tego zajączka to wam nigdy nie wybaczę... Królikożercy.

— Pójdę poszukać drewna. Nie będzie to łatwe, w tych górach drzewo jest niezwykłą rzadkością. (...)
Meihna kiwnęła głową, a gdy tylko Liaam zniknął między drzewami


Trzask ognia w połączeniu z kojącym szumem wody tworzyły kołysankę tak delikatną i tak słodką, że nawet ktoś, kto w ogóle nie był zmęczony, poczułby nagle, że owłada go różowa pajęczyna senności.
To ja nie chcę wiedzieć, o czym te sny, skoro takie różowe.
Tekst jak z wiersza, którego autor koniecznie chciał napisać coś rozkosznie, bajecznie metaforycznego.

Obudziło ją poczucie ogromnego niepokoju, nawet strachu, choć nie było ku temu żadnych powodów. (...)
— Gdzie jest Jednorożec?!
Trzeba było pilnować swojej torebeczki z chihuahuą, a nie głaskać jakieś obce jelonki.
Nie no, nie mówcie mi, że zmierzamy do TEGO...

Bała się o Jednorożca. Niepodobne było do niego oddalać się tak i znikać nie wiadomo gdzie, zawsze szedł krok w krok za swoją panią. Meihna wiedziała, że jeśli już jej przyjaciel postanowił zostać i pozwolił jej odejść, musiało się stać coś niesamowitego.
Tak... najwyraźniej zmierzamy w TĘ stronę. Tę, która mówiła, że co opuściło Atlantydę, musi zdechnąć (nie licząc księżniczek wydawanych za zagranicznych księciów).
A miałam nadzieję, że o tym Michaśka też zapomni, ale nie, najwyraźniej trzeba gdzieś wcisnąć tę bezsensowną śmierć Boru ducha winnego jednorożca. -.-

Meihna znajduje Jednorożca tam, gdzie go ostatnio zostawiła. Biedaczek jest sparaliżowany strachem, który udziela się i królewnie. Wtem skądś wyłania się CIEŃ. Straszliwy i świszczący. Meihna łapie jednorożca i ucieka, co utwierdza mnie w przekonaniu, że zmieniła się w Hulka. Wpada w objęcia Liaama (całkiem dosłownie), ale choć świszczący cień jej nie gonił, nasza bardzo bogata duchowo królewna czuje, że jeszcze go spotka:
Nie puściła jednak ramienia Liaama i oglądała się co chwilę za siebie, czując, że to, cokolwiek to było, jeszcze wróci i zmieni coś w jej życiu nieodwracalnie...

Szli całą noc, bo Meihna nie uważała za dobry pomysł zatrzymywać się, a już na pewno spać!
Spanie jest dla plebsu!

Liaam z trudem powstrzymywał powieki od zamknięcia się i zaciskał zęby, żałując, że senności nie da się przepędzić kijem.
Jak to nie? Muza, pokaż panu, jak to się robi.
Z prawdziwą przyjemnością. :3 *bierze sękaty kij i zaczyna nim lać w dupsko Liaama*

Dlatego odetchnął z ulgą, widząc, jak niebo rozjaśnia się od pierwszych promieni słońca. Położył się wtedy na skale i odmówił dalszej drogi.
— Jest dzień, Meihno, nic już ci nie grozi. Daj mi odpocząć, zanim pójdziemy dalej, bo ledwo dotrwałem do świtu.
Meihna zgodziła się niechętnie, po czym usiadła obok niego i wyjęła z kieszeni perłę, gładząc jej idealnie gładką powierzchnię.
Liaam pada z nóg, mimo że to on jest bardziej zaprawiony w życiu w dziczy, zaś Meihna nic, tylko wzdycha poirytowana, że znów muszą się zatrzymać. Mogę ją zabić?
Jak dobrze pójdzie, to może coś innego ją wykończy.

Miała nadzieję, że klejnot powie jej, w którą stronę ma iść, tak, jak uczynił to poprzednio. A dróg było mnóstwo, każda bardziej wyboista od drugiej, każda mniej bezpieczna.
Ostatnio czytaliśmy, że w tych górach nie ma żadnych szlaków. A jak są, to kto nimi chodzi? Nikogo tu nie ma!
W świecie Meihny w ogóle tak jakoś nikogo nie ma. Zauważyliście tę potworną pustkę, jaka panuje w powieści? W całym królestwie Atlantydy było może z dziesięć postaci, o pozostałych tylko się wspominało mimochodem, a już w tym kraju Liaama to kompletnie nie ma o czym mówić, tam żyje tylko on, jego kompletnie nieważna rodzinka i zbzikowana wiedźma w środku lasu.
Najwidoczniej cała populacja świata jest niczym w porównaniu z Meihną i zwyczajnie nie ma o czym wspominać.

Koza patrzyła teraz inteligentnie na Meihnę, choć właściwie kiedy koza patrzy, trudno stwierdzić, co tak naprawdę jest obiektem jej obserwacji. W tym momencie jednak zwierzę przyglądało się księżniczce z wielką uwagą, na co wskazywał niezwykły fakt, że niczego jednocześnie nie przeżuwało. Zeskoczyło lekko ze skały i podeszło energicznie do Meihny, kładąc jej przednie racice na kolanach i bezwstydnie wpatrując się w nią z pyskiem tuż przy jej twarzy.
- WYDÓJ MNIE.

Dopiero kiedy Koza złapała zębami pukiel jej włosów, ujawniając tym samym prawdziwy powód swojego zainteresowania, księżniczka zepchnęła ją ze złością z kolan, mówiąc coś o nieinteligentnym, wścibskim stworzeniu.
Lubię tę kozę. ^^

— Spokojnie — szepnęła [do jednorożca]. (...)
Cichy, uspokajający głos Meihny obudził Liaama, który wsłuchiwał się w niego teraz niczym w najsłodszą muzykę, marząc, by głos ten nigdy nie zamilkł, aby płynął już zawsze tak, jak teraz, nadając barw szaremu, zimowemu światu. (...) Kiedy wyruszał z Meihną w tę dziwną podróż, ciągnęło go do przygody, do wyzwań, niebezpieczeństw, chciał walczyć, zabijać wrogów... Teraz już nie chciał walczyć...
Wymiotam tęczą i wielokropkami.

Ale od pewnego czasu zaczęła się czuć niepewnie. Nie wiedziała dlaczego, ale o końcu wędrówki zaczęła myśleć trochę chłodniej, trochę spokojniej, szła wolniej, częściej się zatrzymywała... Nie dlatego, że była zmęczona.
Skąd! Meihna zmęczona? Pfff, męczenie się też jest dla plebsu!
Hm, tak z innej beczki to zaczynam myśleć, że Michaśka naprawdę już zapomniała o tym, że według tego, co napisała, Jednorożec powinien już gryźć glebę.

Choć księżniczka poznała go stosunkowo niedawno, miała wrażenie, że zna go całe życie. Już od pierwszego dnia ich wędrówki potrafiła odróżnić od niego demona na podstawie jednej, niewielkiej reakcji, charakterystycznej tylko dla Liaama, teraz więc poznałaby go nawet wśród tysiąca tak samo wyglądających ludzi.
Zaiste. Swoją drogą, zgaduję, że nigdy się nie dowiemy, co to był za demon i czemu ich zaatakował?
Szczerze w to wątpię.

Choć za nic w świecie nie chciała się do tego przyznać, nawet, a może zwłaszcza przed sobą, przywiązała się do niego i nie było to przywiązanie takie jak do Kozy.
*rotfluje radośnie na podłodze*
Wydawało mi się, że za kozą raczej nie przepada. To oznacza, że Liaama traktuje po prostu niewiele lepiej od niej? Wielka miłość, proszę państwa!

Przeszło jej nawet przez myśl, że rozstanie z nim przyjdzie jej o wiele trudniej, niż myślała, podświadomie czuła, że w ogóle nie chce się z nim rozstawać, ale szybko odtrącała od siebie tego typu wnioski, zagłuszając je wyobrażeniami siebie samej jako nieugiętej, nieustraszonej księżniczki, która zrzeka się swojego dobra, a ginąć będzie z honorem, bez żalu...
Bycie bohaterem jest fajne, dopóki nie trzeba zacząć nim być, co nie?

Liaam budzi się, Meihna zachowuje się oschle i bucowato i rozkazuje ruszać dalej. Idzie daleko z przodu, zostawiając wszystkich w tyle (także tego jednorożca, co to podobno zawsze wiernie drepcze u jej boku) i, oczywiście, wystawia się na Nagłe Wydarzenie. Znów słyszy straszliwe świsty i paraliżuje ją strach.


Liaam sięgnął machinalnie po miecz, nie przestając rozglądać się czujnie. Księżniczka uśmiechnęła się do siebie blado, bo w obliczu tej mało przyjemnej sytuacji sprawiło jej pewnego rodzaju satysfakcję, że Liaam również usłyszał świst, w który przecież nie chciał wierzyć.
Jest sparaliżowana ze strachu, ale uśmiecha się na myśl, że to się dzieje naprawdę. Ona naprawdę ma coś z głową.

W tym momencie świst się powtórzył, z olbrzymiej skały zeskoczyła niczym kot postać, w kształtach przypominająca człowieka, ale człowiekiem na pewno nie będąca. Wyglądała właściwie, jak sam cień, czarna, bez rysów twarzy, przypominająca niematerialne widmo.
Wszyscy uwielbiają kopiować ideę cienia, ale jak dotąd nie spotkałam się z książką, w której byłby on tak dobrze skonstruowany, jak w „Czarnoksiężniku z Archipelagu”. A fakt, że w tej Atlantydzie i tak wszystko ma znikomy sens, tylko pogarsza sprawę.

Meihna krzyknęła przeraźliwie i schowała się za Liaama, omdlewając ze strachu. Chłopak wyciągnął miecz ku zjawie, nie będąc pewnym, czy broń może podziałać na ducha, ale oto usłyszał kolejny świst i kolejna zjawa zeskoczyła ze skały, tym razem z innej strony. Meihna znów krzyknęła
Będąc nieprzytomna? -.-
To tak przez sen.

Zjawy zacieśniały krąg, wydając z siebie sycząco-chrapliwe dźwięki i poruszając się tak miękko, że nie było wiadomo, czy rzeczywiście się poruszają, czy tylko przepływają w powietrzu jak dym.
Liaam złapał mocno Meihnę za rękę. Była lodowata i bezwładna.
— Ja odciągnę ich uwagę, a ty uciekniesz i nie zatrzymasz się dopóty, dopóki będziesz miała siły! — W tym momencie pojawiły się obok nich jeszcze trzy cienie, każdy większy i mniej realny od poprzedniego. Księżniczka kiwnęła z trudem głową, oddychając ciężko. Nie czekając na żaden znak, zebrała w sobie całą moc i wyskoczyła energicznie z kręgu cieni, po czym zaczęła biec ile sił w nogach, nie zważając na nic i nikogo.
I żaden nie próbował jej złapać? Żaden jej nie zatrzymał? Jeśli dobrze liczę, cieni jest już pięć, z czego trzy są dość duże, a wszystkie stoją w ciasnym kręgu. No i kim w ogóle są? To jakieś lokalne zjawy? Przywędrowały tu za Meihną z Atlantydy? WTF?!
Ćśśś, nie martw się, do końca jeszcze tylko niecałe sto stron, wytrzymasz...

Zjawy olały Liamma i rzuciły się za Meihną. Po chwili kluczenia między drzewami księżniczka i jej pachołek biegną obok siebie, ścigani przez masę cieni. Wtem Meihna wpada na to, że chodzi im o nią, wpycha Liaama w krzaki, a sama biegnie nad przepaść i zmienia się w orła. Cienie znikają bez śladu w tym samym momencie (why...?), ale to nie koniec kłopotów...

Podeszła do Liaama, ale ten odskoczył od niej jak oparzony. Na jego twarzy malował się gniew, jakiego Meihna nigdy u niego nie widziała, gniew połączony z poczuciem zdrady i oszukania. Patrzył na księżniczkę długo, nozdrza pracowały mu jak u rozwścieczonego byka, pięści miał zaciśnięte tak, że zbielały.
— Ty wiedźmo! — wycedził, a głos mu drżał. — Ty paskudna, okropna wiedźmo, ty, ty... wiedźmo!!! — Meihna spuściła głowę. — A więc to tak?! A więc to wasze demoniczne porachunki sprowadziły tu te potwory?! Wiedziały, kogo szukają!
Pamiętacie, jak ostatnio Liaam zareagował, gdy na własne oczy widział, jak Meihna czarami przemienia się w niego?
Chłopak wciąż wpatrzony był w Meihnę, a właściwie w Liaama, którego wygląd przybrała, a jego twarz wygięta była grymasem niedowierzania.
— Ale potem zamienisz się znów w siebie, prawda? — spytał z nadzieją.

Wybaczcie, ale ta sprawa naprawdę mnie wkurwia. Jeśli Michaśka koniecznie chciała wtrącić ten oklepany do porzygu motyw, że Liaam jest wściekły na Meihnę za ukrywanie swoich magicznych zdolności, czemu nie napisała tego tak, żeby Meihna nigdy ich przy nim nie używała? To, co mamy teraz, czyli jej idiotyczne przekonywanie go, że to wszystko mu się śniło, to tak obrzydliwe pójście na skróty ze strony Olszańskiej, że nie usprawiedliwia jej po prostu NIC. A jeszcze gorzej, że Liaam cały czas był traktowany jak upierdliwy głupek i przestał dopiero, gdy zaczął być wymagany wymuszony wątek miłosny. Jak bardzo wymuszony? Czytajcie dalej...

Liaam odwrócił się i splótł ręce na piersi jak obrażone dziecko.
— Mogłaś mi powiedzieć! — Jego głos był teraz raczej pełen żalu niż gniewu, ale za chwilę gniew powrócił. — Dlaczego mi nie powiedziałaś?!
Meihna jęknęła. Podeszła do niego, chcąc przeprosić go za przemilczenie tak ważnej kwestii. Wyciągnęła rękę, ale nim zdążyła go dotknąć, Liaam odwrócił się i spojrzał na nią jakoś dziwnie. Był teraz o wiele bliżej, niż powinien. Co gorsza, wcale jej to nie przeszkadzało. Nim zdążyła się zorientować, ich usta zetknęły się czule i nagle wszystko wokoło przestało się liczyć, straciło jakiekolwiek znaczenie, jakby cały świat zaczynał się i kończył na dwóch połączonych duszach. Na nich.
Nie mam... nic. Po prostu brak mi słów. A jestem tak wściekła, że gdybym miała zmusić się do jakiegoś komentarza, to byłby wybitnie niecenzuralny. Tak więc wybaczcie, ale... to wszystko na dziś.

15 komentarzy:

  1. "Pójdę poszukać drewna. Nie będzie to łatwe, w tych górach drzewo jest niezwykłą rzadkością. (...)
    Meihna kiwnęła głową, a gdy tylko Liaam zniknął między drzewami "

    Hahahahahahahahahahahahahahahahahaha!!! O ja pierdolę, pardon my french, hahahahahahaha!

    Matko. Moja. Jedyna. To jest... Czy ktoś to w ogóle przeczytał przed wydaniem? Ta książka tak boleśnie nie ma sensu, jest tak absolutnie wypruta z logiki, że to aż nieprawdopodobne.

    A co do zadań, to o ile dobrze zrozumiałam, jednak były trzy: uwolnienie konia, którego miała złapać, poświęcenie życia dla Liama i wybór trudnej drogi.

    Najbardziej dobija mnie schemat: Meihna zdawała sobie sprawę, że to potencjalnie niebezpieczne, ale przeczuwała/ wiedziała/ rozumiała, że jest całkowicie bezpieczna. I tak w kółko. No i ta uduchowiona atmosferka, którą kreuje wokół siebie Meihna aka Michaśka. Księżniczka zapewne sra stężonym mistycyzmem.


    Wątek romansowy jest tak na siłę, że już nie mogę. Żeby jeszcze Meihna choć raz się zachwyciła Liamem, jego siłą, odwagą, czymkolwiek, ale nieee, lepiej marnować miejsce na jakieś wydumane zapchajdziury, a chłopaka w trzech zdaniach przedzierzgnąć ze szczeniaka, którego trzeba ratować i można mu wmówić, że czarne jest fioletowe z żółte paski, w wybawiciela, opiekuna i tru loffa.

    Nieporadność językowa Michaśki mnie dobija. Czy tylko mnie razi poczucia zdrady i oszukania? Były jeszcze inne kwiatki, ale nie mam siły czytać tego jeszcze raz, żeby je wyłapać.

    Co do koni, to cóż... Jeździłam długo, teraz jeżdżę okazjonalnie i bardzo chcę do tego wrócić (możesz to skądś kojarzyć, Sigell ze Śmiechawki się kłania :P)i po prostu wypowiedzieć nie mogę do jakiej wściekłości doprowadzają mnie mądrości Michasi. Ja pierdykam...

    Samozachwyt i przekonanie o własnej wyjątkowości i uduchowieniu autorki wylewający się z jej strony nijak się ma do tego, co reprezentuje w książce.

    Bądź dzielna, kiedyś to skończysz.


    OdpowiedzUsuń
  2. Ej, ale weźmiesz coś potem, żeby nie ogłupieć, nie? Bo to jest naprawdę... naprawdę...
    Nie, brak mi słów, ja nie wiem nawet jak powinnam to opisać. Ja pierdolę...

    Tutaj nic nie ma sensu, nic nie trzyma się kupy. Logika odpłynęła w siną dal, a życie i prawdy życiowe (np. człowiek w którymś momencie naprawdę robi się głodny i musi coś zjeść) zajumały się razem z tą logiką. Gdzieś w cholerę

    OdpowiedzUsuń
  3. Zgrozą napawa mnie ta książka, zaprawdę powiadam wam to. Tu nie tylko beta, ale i gamma reading by się przydał przed publikacją. A i tak jestem pewna, że trzeba by wydać arkusz z erratą. Może jeszcze się dowiem, iż powyższa pozycja jest bestsellerem?! Jeśli tak, to nie mam słów...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marketing marketingiem, ale żeby Atlantyda widniała na jakiejkolwiek oficjalnej liście bestsellerów to nam nie wiadomo. ;)

      Usuń
  4. Tak przygody naszej kochanej MeiHny są naprawdę wspaniałe, a ten pocałunek z dupy wyjęty jest tego najlepszym przykładem. Padam na twarz i brak mi słów.
    Tak przy okazji, proponuję kolejny ciekawy kąsek do analizy, gdyby komuś się nudziło. Ja nie dałam rady przeczytać tej książki do końca. Coś o nastoletniej gejszy nimfomance: "Blond gejsza" Jina Bacarr

    tuptaczek

    OdpowiedzUsuń
  5. Tuptaczek, czytałam ja to! Słodka mamuniu moja, to było ZŁE. Straszne. Nimfomańskie wynurzenia ubrane w słodkie brzoskwinki i jaspisowe pale wcale nie brzmią lepiej.

    OdpowiedzUsuń
  6. To już bym chyba wolała swojską Fanny Hill :)))

    OdpowiedzUsuń
  7. Cudne! Ukwikałam się do imentu.

    Przyznam, że tego czytadła nie tknęłam palcem - przynajmniej oszczędziłam sobie traumy. Za to kontakt z utfórem już zanalizowanym dostarczył mi sporo uciechy. Dziękuję.

    P.S. Chciałabym nieśmiało zasugerować kolejnego potworka załugującego na analizę. "Klan Nieśmiertelnych" Joanny Rybak. Blogasek wydany drukiem, słowo akolitki Kultu Poprawnej Polszczyzny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Pomysł na powieść czerpałam ze snów. W tym szczególnym ujrzałam młodą, zagubioną kobietę biegnącą przez ciemny i nieznany las. W pewnym momencie dobiegła do miejsca, gdzie wybudowany był piękny, ogromny i stary zamek. Mieszkało w nim pięciu tajemniczych mężczyzn. Każdy z nich był niewyobrażalnie piękny, każdy z nich potrafił być śmiertelnie niebezpieczny, a zarazem każdy z nich posiadał wielkie, dobroduszne i szlachetne serce".

      O mój Boru, to faktycznie może być dobre. Dzięki za cynk. ^^

      Usuń
    2. Ja znam jedną Joannę Rybak O.o Ale to raczej nie ta... Nie chwaliła sięXD

      Usuń
  8. Gdyby chodziło o inną książkę, człowiek mógłby się łudzić, że wysłanie Meihny na ryby było obmyśloną przez Liaama zemstą za zmarnowanie mu wszystkich godzin poświęconych na tropienie, podchody, pościg i całą resztę stwierdzeniem, że jeleń jest zbyt piękny żeby go zabijać. Bo gdyby miał choć odrobinę charakteru, musiałby być wściekły. I za bardzo zmęczony, żeby powtarzać całą akcję jeszcze raz, zwłaszcza jeśli od dwóch dni nie jedli (panna Olszańska powinna sama kiedyś spróbować wszystkiego, na co skazuje swoje postaci), a przecież nie było trudno wmówić takiej ignorantce, że ryby na pewno są czyjąś reinkarnacją i są taaakie niezwykłe i on na nie polować nie może.
    Tak samo gdyby rzucając tekst o tym, jakie rzadkie jest drewno w górach dodał jeszcze coś o, załóżmy, górskich trollach, które wszystkie okoliczne drzewa wykorzystują na podpałkę i dodał, że jeżeli nie wróci za pół godziny, to znak, że został ich kolacją, scena byłaby uratowana. I ktoś z wydawnictwa mógłby to wszystko ałtorce podpowiedzieć, gdyby tylko przeczytał to przed drukiem.

    OdpowiedzUsuń
  9. "Meihna spojrzała na dwa przywiązane do drzewa konie. Na ich mordach rysował się obraz przyjemnego przerażenia. Musiały być świadkami rozpłynięcia się w powietrzu chaty, w związku z czym dostały najwspanialszy powód do strachu, jaki mogły sobie wymarzyć i który będzie je bawił do końca życia."
    WHAT. THE. FUCK.
    I don't even...
    Nie, nie, nie, ja tego zwyczajnie nie ogarniam. Podajcie mi kaftan bezpieczeństwa, bo rozum tracę!

    OdpowiedzUsuń
  10. Logika! Kurwa, gdzie się podziała logika? Przypomina mi się moje opowiadanie z 4 klasy. Było o kisielu, do którego wróżka dała za dużo żelatyny i ten się zbuntował.

    Mam do was bardzo ważne pytanie. Jestem chora na nerwicę. Możecie mi podać nazwy leków, które przyjmujecie czytając tą książkę?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Logika się upiła i poszła spać :D a dlaczego się upila? bo wyobraźcie sobie to poświęcenie, aŁtorzy by ją uzywali, a do tego dopuścić nie mogła :P Za dużo od logiki wymagacie.

      Usuń
  11. Późno bo późno, ale się wypowiem. Liaam chyba jest Celtem. Musi być z Irlandii lub Szkocji, obstawiam jednak pierwsze państwo.
    Szczególną rangę w mitologii celtyckiej nadawano łososiom. Znana jest legenda o Łososiu Wiedzy, który jadł żołędzie z magicznego drzewa i dzięki nim zyskał mądrość przewyższającą ludzką. No, i tyleż sensu w książce. Ale NIGDZIE nie było powiedziane, że nie wolno łapać ryb, ba!, to zwierzątko złowił pewien bard.
    Fail, Misia, fail. Mogło być tak logicznie, mógł być folklorystyczny smaczek. ;__;

    OdpowiedzUsuń