Czarne owce literatury czyli analizy ZŁYCH książek: Cudowne Dziecko, czyli opowieść o Michali... tfu, Meihnie, część 11

wtorek, 25 września 2012

Cudowne Dziecko, czyli opowieść o Michali... tfu, Meihnie, część 11

Na obecnym etapie przygody Meihny bardziej nas nużą i denerwują niż bawią. Dlatego uznałyśmy, że czas rozprawić się z tą książką raz na zawsze. A ponieważ takie klocowate analizy na dwadzieścia stron ciężko przeczytać na raz, ogłaszamy, co następuje:
PRZEZ NAJBLIŻSZY CZAS ANALIZY ATLANTYDY BĘDĄ SIĘ UKAZYWAĆ CO KILKA DNI, AŻ DO ZAKOŃCZENIA KSIĄŻKI. PO OSTATECZNYM ROZPRAWIENIU SIĘ Z TYM DZIEŁEM WSZYSTKO WRÓCI DO NORMY I ANALIZY BĘDĄ SIĘ UKAZYWAĆ CO WTOREK.

Na stanowiska! Do atakuuu!





 Meihna siedziała na głazie z głową wspartą na ramieniu Liaama. Czuła się w tym momencie tak bezpiecznie, że pragnęła tylko móc tak wiecznie trwać, nieniepokojona upływem czasu, nieniepokojona niczym. Liaam trzymał w ręku jej dłoń
Cała złość i nienawiść minęła mu jak ręką odjął.
Widocznie Meihna miała przekonujące argumenty. Takie co najmniej 75C.

Meihna spojrzała na niego, na jego spokojne niebieskie oczy, w których tak przejrzyście malowały się wszystkie jego uczucia, wszystkie myśli.
— Ojej... — szepnęła, a było to pierwsze słowo, jakie wypowiedziała od pewnego czasu, bojąc się, że mowa może być zbyt przyziemna, zbyt prosta, całkiem teraz nieodpowiednia.
*odrywa kawałek strony z książki i przez chwilę żuje go zapamiętale* Miałam rację. Czysty karmel. Aż cukier zgrzyta!

Liaam uśmiechnął się lekko i nachylił do niej, ale w tym momencie, nie wiadomo skąd, pojawiła się
między nimi Koza, swoim trzeźwym meczeniem psując całą romantyczność sytuacji.
- Byłabym wdzięczna – zameczała koza – gdybyście przestali się wreszcie gzić i raczyli mnie wydoić.

— To dziwne — powiedziała Meihna, dochodząc do wniosku, że skoro Koza i tak zniszczyła nastrój, to można bez przeszkód coś powiedzieć. — Bardzo dziwne.
— Nie. — Liaam patrzył na nią tak, jakby nie mógł zdjąć z niej wzroku, jakby wręcz napawał się jej widokiem. — To nie było dziwne, tylko... niezwykłe! Cudowne!
— Nie będzie nam teraz łatwiej iść dalej, wiesz o tym.
— Przeciwnie! Teraz mogę pójść wszędzie, choćby na koniec świata, byleby tylko być z tobą!
Meihna posmutniała.
— No właśnie. Chyba nie będzie nam dane być razem, nasze opowieści mają dwa różne zakończenia. Przykro mi.
Dziewczyna wstała, patrząc na rozciągającą się przed nią drogę.
— Tędy. Tędy musimy iść.
Liaam wziął ją za rękę i skinął zachęcająco głową.
Ciężko mi w to uwierzyć, ale ten chłopak nadal jest kreowany na idiotę, tylko tym razem powodem jest ogłupienie przez miłość do naszej nieskazitelnej królewny.
Jeżeli aŁtorka naprawdę tak bardzo utożsamiała się z Meihną, to bardzo, ale to bardzo współczuję jej przyszłemu/obecnemu chłopakowi.

— Dlaczego nie powiedziałaś mi, że umiesz czarować?
— Bałam się, że nie zrozumiesz, że przestraszysz się, weźmiesz mnie za złą wiedźmę... cóż. Nie myliłam się.
— Nie obawiałaś się, że za którymś razem nie dam sobie wmówić, że coś mi się przyśniło?
Meihna zaśmiała się.
- Daj spokój, za głupi jesteś.

Liaam i Meihna konwersują w najlepsze – W KOŃCU, bo do tej pory ich relacje opierały się na ratowaniu Liaama. Ale nawet to jest powodem do wciśnięcia kolejnych filozofizmów: dowiadujemy się, że jednorożec nie ma imienia, bo Meihna sądzi, że to czyni z niego jej własność, a nie przyjaciela. Mówi też, że bardzo jej się nie podoba to, że w kraju Liaama (który nadal nie ma nazwy) ludzie nadają imiona wszystkiemu włącznie z drzewami (o czym też pierwsze słyszymy). Wzniosła idea, ale i w tym rozumowaniu trafiają się kwiatki:


Tego nauczył Meihnę ojciec i to uważała za zupełnie słuszne. (...) Twierdził, że każdy ma prawo nadawać imię tylko swoim dzieciom i nikomu ani niczemu poza tym. Meihna i Tyncjon zawsze stosowali się do tego, jednak Mojnes uważał te przekonania za skrajnie niemądre, podając przykład, że jeśli zechce zawezwać jednego ze swoich psów, to skąd pies będzie wiedział, że chodzi właśnie o niego? Dlatego też chłopiec nazywał swoje zwierzęta, nie zważając na zakazy ojca, i to często nadawał im imiona dziwne, w ogóle do nich niepasujące. I tak na nie nie reagowały.
Primo: jeśli nadawanie imion jest takie karygodne, to nazywanie dzieci też powinno być złe. Są kultury, w których ludzie w różnych rytuałach sami „odkrywają” swoje imiona, można było bez żadnych przeszkód zastosować to i na Atlantydzie. No tak, tylko że tutejsza Atlantyda nie ma żadnej własnej kultury i zwyczajów.
Secundo: ponownie Mojnes wychodzi tu w moich oczach na najnormalniejszego z tej całej metafizycznie natchnionej bandy. Zwierzęta – wbrew temu, jakimi treściami sra Michaśka – nie są głupie i reagują na imiona tak samo jak na komendy. O ile Majonez nie wołał za każdym razem inaczej na tego samego psa, powinny reagować.
Tertio: jestem ciekawa jak się nazywa to michaśkowe stadko kotów. 1, 2, 3, 4, 5, 6 i 7?


Meihna uśmiechnęła się na to wspomnienie. Ona sama nigdy nie miała problemów z przywołaniem do siebie Jednorożca, zwierzę bowiem albo nie odstępowało jej na krok, albo, jeśli akurat oddaliło się wyjątkowo, przychodziło zawsze instynktownie w momencie, kiedy księżniczka go potrzebowała.
Ewentualnie nie przychodziło, gdy wymagał tego Imperatyw Ałtoreczkowy.
No tak, jednorożec jest magiczny i taaak przywiązany do swej pięknej i mądrej pani, że czyta jej w myślach. Ale reszta fauny świata: psy, kozy, konie – są głupie jak stołowe nogi.

Meihna (...) usłyszała szum, wskazujący na dużą bliskość rzeki.
— Ojej. Znowu? Czy tutaj świat składa się tylko z pól i rzek?
Ja odniosłam raczej wrażenie, że z klifów i jaskiń.

— Nie, są jeszcze przecież lasy... no i góry.
JESTEŚCIE w górach, bystrzaki. -.- 
I w tych bezdrzewnych lasach. 

— Wyczuwam problem w przedostaniu się na drugi brzeg.
My spidey senses are tingling!

Rzeka jest bardzo rwąca i Meihna decyduje, że dalej pójdzie sama, a Liam i zwierzaki zostaną i poczekają. Całuje się z Liaamem (przerwa na tęczowe rzygi), zmienia się w ptaka, frrru i już jest po drugiej stronie. Lecz nagle jednorożec wpada w panikę i rzuca się do rzeki, a Meihna za nim. Jak zwykle w takich przypadkach, na spotkanie wychodzi wodospad. Królewna i jednorożec spadają, Liaam zostaje na górze – oopsie doopsie.


Dziewczyna uderzyła mocno ramieniem o dno, instynktownie chroniąc głowę, po czym, jak kawałek drewna, wypłynęła na powierzchnię.
*
Teraz już nurt zelżał, można było spokojnie dopłynąć do brzegu. Meihna, usiadłszy na trawie, zaczęła pocierać ręką obolałe ramię
Ech... O ile ten wodospad nie miał metra wysokości, Meihna powinna gryźć glebę. Jak nie od samego upadku, to od tego, że płynęła nurtem „jak kawałek drewna” na tyle długo, że prąd się uspokoił i straciła wodospad z oczu.

Meihna robi dwa kroki w las i zapada się w „idealnie zamaskowane” bagno. Hm... bagno równa się woda, błoto... Serio, jak można czegoś takiego nie zauważyć? Mieszkam niedaleko bagien i stwierdzam, że całkiem łatwo można odróżnić stabilny grunt od podmokłego.


Cała suknia dziewczyny obleziona była teraz gęstą rzęsą niczym śliną bagiennego potwora, i ociekała zieloną mazią, brudną i cuchnącą.
Żywotna ta maź, skoro ją oblazła.
Może to był Nyogtha. Oby tak! ^^

Wielka ropucha, którą księżniczka zagarnęła niechcący, wpadając do bajora, zeskoczyła teraz z jej ramienia, rechocząc z oburzeniem, i usiadłszy na kamieniu, zaczęła przyglądać się dziewczynie znużonymi oczyma. Jednorożec zaciekawił się niezmiernie zielonym stworzeniem
O, a jednak żyje... Dziwnie to zabrzmi, ale szczerze mówiąc to miałam nadzieję, że nie przeżyje podtapiania się w wodospadzie i otrzymamy dramatyczną scenę próby ratowania mu życia w rwącej rzece.
Może gdyby to była dobra książka...

Jednorożec zaciekawił się niezmiernie zielonym stworzeniem, czegoś tak dziwnego nie widział jeszcze nigdy w życiu, podszedł więc do niego ostrożnie i począł obwąchiwać nachalnie do czasu, kiedy ropucha, tracąc cierpliwość, z głośnym rechotem wydęła ekstremalnie policzki, co nadało jej jeszcze dziwniejszy wygląd.
A teraz ciekawostka dnia: ropuchy wydymają podgardle, nie policzki.
Chyba że w kreskówkach. Tych gorszych.

Meihna wraca do wodospadu i gdy zastanawia się, jak dostać się na górę razem z jednorożcem, nagle słyszy skądś dziewczęcy śmiech.

Nikt nie odpowiedział, ale dziewczyna wiedziała, że śmiech nie mógł jej się przesłyszeć, był zbyt głośny, zbyt realny... Choć realny, tak naprawdę, nie był.
To zupełnie jak korekta tutaj...

Chwilami przypominał trele ptaka, upojonego zimowym słońcem, albo wesołe szemranie wiatru w harfie eolskiej...
Woah, to pierwszy sygnał o tym, że rzecz się dzieje w starożytności od czasów introdukcji, w której zostało to określone.

Zdawało jej się, że czuje odurzającą woń narcyzów, choć, oczywiście, nie było to możliwe, zważywszy na porę roku, jaka właśnie trwała, ale nagle zauważyła z niemałym zdziwieniem... że drzewa pokryte są bujnymi czapami soczyście zielonych liści!
Boru, znowu będzie coś metafizycznego...

bagna zniknęły gdzieś zupełnie, a w ich miejsce pojawiła się młoda trawa, gilgocząca przyjemnie stopy.


Przed dziewczyną rozkwitł nagle dywan z krwistoczerwonych róż, pozbawionych jednak jakichkolwiek kolców, tak że nie raniły stóp. A kiedy się na nie nastąpiło, uginały się tylko na chwilę, po czym znów prostowały dumnie, jak nowo narodzone.
Nie, żeby róże rosły na krzewach czy coś...

Rzęsy księżniczki ciężkie były od pyłku kwiatowego, usta lepkie od słodkiego soku z owoców, mimo iż żadnego nie jadła, oczy upajały się orgią kolorów, węch — orgią zapachów.
Nie rzucę żadnym zboczonym komentarzem, to zbyt oczywisty żart.
Coś często tu się o orgiach wspomina...

Meihna stwierdziła, że choć wcale go nie próbowała, to wystarczyło, że przeszła obok kwiatu, a już czuła jego smak, słodki, bardzo intensywny, ale każdy troszkę różniący się od poprzedniego.
Wiecie, co ja myślę? Że ta scena jest snem aŁtorki, który bardzo chciała przelać na papier. Bardzo prawdopodobne, że w całej książce mnóstwo scen było fragmentami snów. Nie ma w tym nic złego, o ile wszystko razem ma jakiś sens. Tu go jest niewiele.
Teraz powiedzenie, że do napisania książki zainspirował cię sen jest takie modne i fokle. <3 Kij z tym, że doskonała większość pisarzy czerpała pomysły ze snów.

Głos był intymny
Mhhh... Przy tej książce wyjątkowo nie chcę mieć skojarzeń, no ale jak, jak...?!
*klepie ze zrozumieniem po główce*

Gdy Meihna dochodzi do źródła chichotu, wszystkie te śliczności nagle znikają i zamiast nich pojawia się paskudna sceneria.

Na popękanej jałowej ziemi stał osamotniony spalony kikut drzewa, na którym siedziały w bezruchu dwie wrony, łypiąc na Meihnę to jednym, to drugim okiem. Księżniczka oszołomiona spojrzała na nie, nie wiedząc, ani gdzie jest, ani co się stało. Wtem ptaki zapłonęły czarnym ogniem, po czym... przemieniły się w dwie nagie dziewczyny, osłonięte jedynie swoimi nienaturalnie długimi włosami, spływającymi, niczym szal po spalonym drzewie.
Ledwo wyrzuciłam z umysłu wizję „intymnych głosów”, a tu mi na chama goliznę wciskają. .__.
Muehehe, szkoda, że Liaama tu nie ma.

Usta istoty rozciągnięte były w dzikim uśmiechu, nie-spełzającym jej z twarzy ani na chwilę
Nie-dziwię się. W końcu nie-codziennie spotyka się tak nie-naganną merysujkę.

Usta istoty rozciągnięte były w dzikim uśmiechu, nie-spełzającym jej z twarzy ani na chwilę, co nadawało jej wygląd raczej demoniczny, bo nienormalny.
Ciągły uśmiech = szatan = dziwak. Kolejna ważna Rzyciowa Lekcja.
A zaraz po niej nasza ulubiona metafizyka:

— Czeka nas taki sam los! — powiedziała do księżniczki, a zabrzmiało to tak poważnie, że Meihna poczuła się nieswojo. — Jesteśmy zbyt delikatni dla tego świata, znikniemy zniszczeni przez tych, którzy nas nie rozumieją. I tak nic na to nie poradzisz.
— Ale co?! Kiedy znikniemy?! O czym ty mówisz?! — Meihna spłoszyła się trochę. Istota westchnęła. To jej głos nucił melodię, był cichy i intymny.
— Nadejdą ciężkie dni. Schowaj to, co kochasz. Znajdziesz to, kiedy przyjdzie pora, choć długo będziesz musiała czekać. My też się ukryjemy i nikt się nie dowie... nikt się nie dowie... A teraz wróć do lasu, nim coś stracisz, tam nie jest bezpiecznie dla ludzi...
Nie rozumiem, laski przeczą same sobie (wróć do lasu, bo tam nie jest bezpiecznie, wtf?), są na przemian określane jako jedna lub dwie osoby, a o doborze tego całego „erotycznego” słownictwa wolę się nie wypowiadać.
I dobrze. Tu nie chodzi o to, żeby to rozumieć, tylko żeby brzmiało tajemniczo i mądrze. W sam raz do zacytowania w pamiętniczku.
Baj de łej, jednorożec znowu gdzieś znika, zapomniany przez aŁtorkę. A Meihna dyrda z powrotem, gdy wtem chichot znów się rozlega. Z początku ma go gdzieś, ale...

Naraz stanęła gwałtownie, bo oto do głowy przyszła jej myśl, że jeśli nie do niej kierowana jest słodka melodia... to do kogo?!
Do Liaama! Liaam pójdzie za słodkim głosem, a tam dwie gołe laski! 2 girls 1 idiot!
Biegnij, Meihno! Ratuj swego przydupasa!

Na wszelki wypadek postanowiła to sprawdzić i poszła ostrożnie w stronę, z której dochodził śpiew, a im dalej szła, tym teren robił się bardziej bagnisty, bardziej ponury i w ogóle straszniejszy
I w ogóle masakra.

— Przynajmniej nie ma tu Aru-Ghaana... — westchnęła, ale ledwie to powiedziała, stanęła nagle z przerażeniem. Kilka razy przecierała oczy, modląc się, aby to, co widziała, okazało się tylko złym snem, przewidzeniem
*wali głową w blat*

Zobaczyła istotę, podobną do dwóch poprzednich, ale o wiele bardziej odrażającą, nieposiadającą w twarzy ani śladu naiwności. Jej włosy były nieskazitelnie białe, zlewające się tym samym z mgłą, co sprawiało wrażenie, jakby Istota była jej częścią. Ciało też miała białe, trupio białe, do pasa zanurzone w bagnie, a od pasa zaś wdzięczące się kusząco i zachęcające do dotknięcia go, do zanurzenia się wraz z nim w tym cudownym bajorku, aby raz na zawsze zniknąć w jego głębinach z Istotą. Wszystko to nie przeraziłoby Meihny ani trochę, ale zarówno białe ręce, jak i słodki głos skierowane były do Liaama, który całkiem zahipnotyzowany, pozbawiony jakichkolwiek myśli szedł ku nim bezradnie.
Lol, szczerze mówiąc nie spodziewałam się, że mój debilny domysł się sprawdzi. Ale to psuje konwencję, teraz to Liaam miał ratować, a nie wciąż być ratowany.
Wyczuwam silne kompleksy...

Meihna biegnie na pomoc, ale zue korzenie oplatają ją od stóp do głów tak, że nie może mówić, a przemiana w żadne zwierzę nie skutkuje.

„Liaam, Liaam, proszę! Proszę, obudź się! Otrzeźwiej, to tylko czary, ona chce cię zwabić do bagna! Nie ma ptaków, nie ma owoców, głos jest zły!”.
Nagle ku swojemu zdumieniu usłyszała Liaama, choć ten milczał. „Ale tu jest tak pięknie...”
A no tak, zapomniałam o tym... Już wiemy, po co ten cały romans: żeby Meihna zdobyła zdolność telepatii, o której mówił Nitrus. Boru, czy tutaj wszystko musi być tak przedmiotowe? To mi się aż w głowie nie mieści!

„Liaam, błagam! Zrozum, to tylko...”.
„Wiesz, że tu drzewa jednocześnie mają kwiaty i owoce?”.
„Liaam!!!”.
„Różne owoce... Przynieść ci coś?”.
„Liaam!!!”.
„Przyniosę ci. Ale najpierw znajdę głos...”.
Kiepsko się starasz. Spróbuj:
LIAAM!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Aż mi metafizyczne bębenki popękały.

Meihna kopnęła jeszcze raz w kokon. Po raz pierwszy od bardzo dawna poczuła, że chce płakać. I płakała, płakała rzęsiście i rozpaczliwie, nie próbując ukryć tego przed nikim, nie próbując ukryć tego przed samą sobą!
Ach, ojejku, o rety, o Boziu!

Księżniczka przełknęła łzy.
„Nie zostawiaj mnie! Nie ty! Wszyscy po kolei mnie zostawiali, ale nie ty! Nigdy nie odchodź!”.
Boże, zero empatii w tej dziewusze. Liczę się tylko ja, ja, ja. A o tym, że po tym, jak bez słowa opuściła Atlantydę, jej matka na pewno zalewa się łzami, to już nie pomyślała? Nie, to świat się na nią uwziął, Nitrus wyparował razem ze wszystkimi innymi bohaterami i są godni potępienia. Zrobiłabym jej krzywdę, gdybym tylko mogła.

„Nie odchodzić? Nie chcesz, żebym odszedł?”.
„Nie!”.
„Dlaczego?”.
Meihna zdenerwowała się trochę na tak niemądre pytanie, ale wytłumaczyła je sobie tym, że Liaam nie jest teraz w pełni władz umysłowych.
Jak zwykle, co nie?
Przywykła do jego rozkosznej głupkowatości.

„Bo... no cóż”. Uśmiechnęła się przez łzy. „Nitrus mówił mi, że nie może nauczyć mnie telepatii. Powiedział, że... ech. Nie sądziłam, że jeszcze kiedyś to powiem, ale... Kocham cię. Tak! Kocham...”.
Dzięki temu mogę czytać w myślach, więc cię kocham. *ręce, nogi i cycki jej opadły*
Najgorsze wyznanie miłosne ever.

Bum, korzenie puszczają Meihnę, a wabiąca Liaama istota chyba znika, nie wiem, nikt już o niej nie wspomina, bo gruchanie tych dwóch gołąbeczków jest ważniejsze.

— Więc ty mnie kochasz? — powtórzył pytanie. Meihna szczerze się oburzyła.
— Nie pocałowałabym cię, gdybym cię nie kochała! Nie należę do osób rozdających pocałunki.
Na kolana, śmieciu!

— Tak naprawdę to ja cię pocałowałem. Nie wytrzymałem, od kiedy zdałem sobie sprawę, co do ciebie czuję, kochałem cię z każdym dniem coraz bardziej! Teraz żałuję każdej chwili, którą przeżyłem, nie znając ciebie! Ale... nie śniłem nawet, że ty możesz czuć to samo do mnie!
Bo nie czuje. To wredna, wyrachowana sucz. Nie wróżę wam szczęśliwej przyszłości.
Jak Meihna będzie szczęśliwa to wystarczy. <3

— Muszę ci coś powiedzieć... — zaczął niepewnie. Księżniczka pokręciła przecząco głową. — Nie byłem z tobą do końca szczery, ja...
Meihna przerwała mu:
— Ja też. Proszę, nie psuj tej chwili, później wyjaśnimy sobie wszystko od początku. Moja opowieść zajęłaby chyba kilka dni...
Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, co niezwykłego może się okazać w przypadku Liaama. Zareagował nerwowo na pytanie o swojego ojca... Jego ojciec jest powiązany z Aro-Gantem? Jest perłowym magiem? Wróżką-zjebuszką? Nic nie wydaje się dostatecznie niedorzeczne.
Mam tylko nadzieję, że na tych ostatnich kilkunastu stronach nie wcisną znowu jakiegoś nowego, szalenie ważnego dla tych szczątków fabuły bohatera.
Choć Meihna nauczyła się porozumiewać telepatycznie z ukochanym, wciąż nie potrafiła latać bez przemiany w ptaka, wciąż więc pozostawał problem powrotu w górę wodospadu.
Możeby tak spróbować tą drogą, którą Liaam zlazł na dół?
On nie zszedł, on się teleportował.
Pff, głupstwa pleciesz, postać drugoplanowa nie ma prawa mieć zdolności choć w połowie tak zajebistych, jak Głowna Bohaterka.

Meihna westchnęła. Wyglądało na to, że znaleźli się w pewnego rodzaju więzieniu, bo, choć nie było ono ani zamknięte, ani pilnowane przez strażników, trudno było się z niego wydostać.
Na dobrą sprawę kto powiedział, że muszą koniecznie iść tamtędy? Sami nie wiedzą, dokąd zmierzają, więc co za różnica? Muszą się pchać tam, gdzie ich nie swędzi?
To podstawowa zasada: bohaterowie zawsze wybierają tę drogę, na której spotkają jak najwięcej niebezpieczeństw, które będą mogli w epicki sposób pokonać.

Nagle koło nogi dziewczyny przebiegło niewielkie futrzane stworzenie. Meihna najpierw krzyknęła przestraszona, a potem uśmiechnęła się i wyciągnęła rękę do zwierzątka, które swoimi skośnymi, bystrymi oczami zaczęło przyglądać się jej z ciekawością.
— Ooo... Patrz, jakie to słodkie...
Liaam skrzywił się.
— Nie. To okropne. Kuny są bezwzględnymi mordercami, wysysają krew z ptaków, bo są zbyt małe, by zjeść je w całości.
Jak to jest, że lgną do niej wszystkie dzikie zwierzęta?
No przecież jest KSIĘŻNICZKĄ, no.

— Weźmy ją z sobą! Patrz, jak się patrzy!


Księżniczka zaczęła zbliżać się powoli do kuny, ręce trzymając wyciągnięte i szepcząc, że jej zamiary są jak najlepsze, ale kiedy zdawało się, że niemal dotyka już nastroszonego futerka, zwierzę odskoczyło sprężyście i zniknęło w dużej norze zamaskowanej dobrze wśród traw. Po chwili wysunęło główkę i spojrzało wymownie na Meihnę.
— Ono chce nam wskazać drogę! — krzyknęła dziewczyna. — Przez norę! Tam jest przejście!
*patrzy na ekran w niedowierzaniu* Że co?

Bez namysłu podbiegła do wykopanej w ziemi dziury i stwierdziła z miłym zaskoczeniem, że jest na tyle szeroka, iż spokojnie mieści się w niej człowiek.
— To chyba tunel. Nasza jedyna szansa na wydostanie się stąd.
*wciąż mruga, skonsternowana* No ale... że z „Alicji w Krainie Czarów” będziemy zżynać to się nie spodziewałam.
Co nie znaczy, że należą się za to Michaśce oklaski. Wręcz przeciwnie... o_O

Nora kuny prowadziła do podziemnej jaskini, a właściwie do szerokiego tunelu, który, choć nie sprawiał wrażenia zbytnio stabilnego, wyglądał, jakby wykopany był specjalnie dla wysokich ludzi, nie zaś dla malutkiego stworzonka.
I oni na serio wleźli do tej nory. Nie, wybaczcie, ale ja nadal nie wierzę w to, co czytam.

Kuna dreptała truchtem na przedzie, oglądając się co chwilę, aby sprawdzić, czy Meihna i Liaam wciąż za nią idą i czy nie oddalają się zbytnio, bo przecież zgubienie się pod ziemią nie byłoby dla nich zbyt bezpieczne, zwłaszcza, że nie byli przyzwyczajeni do przebywania w miejscach takich jak to, nie wiedzieli, jak się zachować.
Fenomen magicznej kuny zapewne też nie zostanie nam nigdy wyjaśniony...

A wiedza ta była bardzo ważna: nie wolno było opierać się, ani nawet dotykać kruchych ścian, mówić zbyt głośno, a już na pewno nie można było próbować wyrywać wystających korzeni, które nieraz bardzo irytująco przeszkadzały w chodzeniu.
A wiedzieli to od kogo? Kuna im powiedziała? Czy po prostu Michaśka za bardzo się wczuła w rolę i postanowiła swych bohaterów pouczyć?

Księżniczka zastanawiała się, gdzie kuna może ich zaprowadzić i czy nie jest to jakiś kolejny zmyślny podstęp, ale ponieważ wędrówka pod ziemią nie należała do najprzyjemniejszych i raczej nie wyglądała na część kuszenia, było to raczej mało prawdopodobne.
Bo kuszenie jest tylko wtedy, gdy ładnie wygląda. Myślę, że Szatan ma w sobie tyle finezji, by nie ograniczać kuszenia tylko do wystawienia delikwentowi gołej laski przed nosem, ale także – ekhem! – kusić perspektywą szybkiej i wygodnej realizacji celu.
Szatan może i ma, ale Michaśka – nie.

Tunel się kończy i nasi bohaterowie wychodzą na rozległe błonia.

Czy to tutaj chciała doprowadzić ich kuna? Nim się jednak spostrzegła, zwierzątko z zacięciem ogiera pobiegło do przodu
Kfik!

zwierzątko z zacięciem ogiera pobiegło do przodu, pokonując zwinnymi szusami bardzo duże, zważywszy na wielkość samego zwierzątka, odległości.
Nie wiem, czym są „szusy”, ale zaimponowało mi to zwierzątko.
Zaimponiło wręcz.

Kuna pobiegła do klifu (ja pierdzielę, kolejny...), a Meihna za nim. Ku przerażeniu królewny, zeskoczyła w dół, lecz okazało się, że wylądowała na „dużej górce piasku”. Czy było to wysoko? Myślicie, że aŁtorka raczyła określić?

— Mam skoczyć?! — Meihna nie była zbytnio przekonana, w końcu malutkie ciało kuny to nie to samo, co jej, ale stwierdziła w końcu, że chyba musi to zrobić.
Nie do końca ją to przekonywało, bo gdyby jednak to prawdopodobnie – tak myślała, sądząc, iż wszelkie poszlaki na to wskazują, jakoby istniałoby być może jakieś niewielkie, ale zawsze jakieś niebezpieczeństwo.

Wylądowała na miękkim piasku, choć uderzenie z wysoka i tak zaparło jej dech w piersiach.
O ile nie wylądowała na brzuchu, to nawet „miękki piasek” mógł jej połamać nogi, o skręceniach i zwichnięciach nie wspominając...
Ale jak na brzuchu to luz, tylko ze dwa żeberka poszły. ^^

Po chwili na dół kica także jednorożec i Liaam. O kozie ani słowa, ale na pewno lezie z nimi. Okazuje się, że są na plaży. Góry, a zaraz obok morze, wtf... Trafili na tunel pod Morskim Okiem! W każdym razie z morza wystają wielkie, ostre i strome skały, aż zaczynają się zastanawiać, czy nie trafili do jakiegoś innego świata. Włażenie do zwierzęcych nor zawsze tak się kończy, powinni o tym wiedzieć. Lecz zdziwniej i zdziwniej robi się, gdy podpływa do nich samoistnie łódź, a gdy do niej wsiadają (razem z kuną i kozą, która się nagle znalazła), sama odbija od brzegu i płynie bez niczyjej pomocy. Dopływają do dziwnych skał, wysiadają z łodzi i... W KOŃCU poznają swojego perłowego maga. Alleluja!

Kuna przebiegła obok dziewczyny i zniknęła gdzieś w cieniu, aby za chwilę wrócić, już nie sama. Za nią wyszedł zza skały starzec, trochę podobny do Nitrusa, ale o jeszcze starszej i jednoznacznie dobrej twarzy, z której, spod gęstej sieci zmarszczek, patrzyły na księżniczkę mądre, wodnistoniebieskie oczy.


— Witam cię, Meihno — powiedział niskim, spokojnym głosem, brzmiącym jak cichy grzmot letniej burzy. — Witam cię, Liaamie. (...) Witam również was, Jednorożcu i Kozo, wy również przebyliście długą drogę, aby dojść tutaj. O tak, tylko wy wiecie, co przeżyliście...
- Paaanie! – zameczała żałośnie koza. – Oni przez caaałą drogę mnie ani razu nie wydoili! Nawet nieee wiesz, jak mnie wymiona bolą!

Mag zaprasza ich do środka. Tam informuje Liaama, że Meihna tak naprawdę jest księżniczką Atlantydy, a Meihnę, że...


— Liaam zaś, moja droga księżniczko, jest pierworodnym synem króla Morinagha, wodza ludu Morino w... Stwierdziłem, że powinniście wiedzieć, w końcu łączy was coś więcej niż przyjaźń, prawda?
Zaraz! Wróć! Lud Morino w czym? O co chodzi? I jakie, do jasnej cholery, Morino? Jak można rzucać nam taki ciężki kawał gówna na ostatnich stu stronach książki?!
Jedyne Morino, jakie znalazłyśmy, to jakaś gmina we Włoszech. Niezłe ma to królestwo, nie ma co.
No i wreszcie: czy na dobrą sprawę kogokolwiek dziwi fakt, że Liaam też okazał się być księciem?

Meihna spojrzała na Liaama pytająco, zastanawiając się, jak mogła nie domyślić się, że chłopak pochodzi z królewskiego rodu. Po pierwsze, wskazywały na to bardzo znacznie jego maniery i sposób zachowania.
Nie wiedziałam, że głupkowatość jest oznaką pochodzenia z królewskiego rodu.
O, a tak a propos, to chyba rozgryzłam, dlaczego Liaam w fazie bycia misiaczkiem Meihny nadal jest opisywany i traktowany jak imbecyl. Spróbujcie obejrzeć różne filmy o Winx czy te nowsze o Barbie. Tam zawsze, ale to ZAWSZE wybranek/chłopak bohaterki jest czasem księciem z bajki, ale głównie podkreślana jest jego głupkowatość: przewraca się jak dziewczyna wręcza mu torby z zakupami, nie wie jak obchodzić się ze ściereczką do kurzu i ogólnie robi za obiekt różnych „śmiesznych” sytuacji. Tutaj jest dokładnie to samo.

Po drugie, Liaam był wysoki, nawet wyższy od niej, a wzrost był zawsze cechą charakterystyczną rodu królów Atlantydy, więc jeśli już ktoś ich przerastał, a mogło to się tyczyć jedynie kobiet, jeszcze nigdy nie spotkano człowieka wyższego od króla, na pewno miał w sobie szlachetną krew.
*po jakiejś godzinie, jak już wreszcie udało jej się rozgryźć to zdanie* Boru, ta interpunkcja... Anyway: to co, teraz nagle wychodzi, że Liaam TEŻ jest z Atlantydy? Królestwo Morino w królestwie Atlantydy, łat de fak? I skąd się wziął na tej samej wyspie (czemu każdy ląd w tej książce jest wyspą?!) co Meihna?

Po trzecie, kto, jeśli nie książę, mógł biegle władać językiem atlantydzkim?
Ktokolwiek, kto się go uczył? Nie wspominając o tym, że królowie i książęta to zwykle nie byli mocno wykształceni, któryś nasz król – nie pamiętam niestety który – nie umiał nawet liczyć.
Ale tutaj akcja się podobno w starożytności dzieje...
No właśnie, PODOBNO.

Meihna zastanowiła się, dlaczego wszyscy magowie muszą mieć długą, białą brodę, ale przemilczała swoje pytanie, uważając je za zbyt aroganckie. Starzec uśmiechnął się jednak dobrotliwie.
— Lubimy owijać ją sobie wokół palca, kiedy rozmyślamy — powiedział.
Długie białe brody są dżezi.

— Umiesz czytać w myślach? Nitrus nie uczył mnie...
— Nitrus? Ach, no tak! Nitrus, syn Zenory, to on cię przecież przygotowywał.
Meihna wypuściła bezwiednie trzymany w palcach kawałek placka.
— Czyj syn?!!! — spytała, ale mag odwrócił się już i poszedł w głąb jaskini. Dziewczyna pobiegła za nim. — Zenory?! Nitrus jest synem... Zenory?!!!
Ee... So what?
Dawno nie było okazji do pokrzyczenia z mnóstwem wykrzykników i tyle.

— Meihno. Widocznie uznał, że nie byłaś przygotowana, by się tego dowiedzieć.
— Ale to niczego by nie zmieniło! Nitrus wiedział przecież, że rozumiem, iż Zenora nie była zła! Dlaczego więc ukrywał przede mną prawdę?
Ja mam inne pytanie: skoro to nic takiego, to czego się drzesz, tępa dzido?!

— Przyszłam tu do ciebie, abyś mi pomógł ocalić Atlantydę. Znosiłam wszystko, co mnie spotykało, podejmowałam wyzwania tylko dlatego. Jak mi pomożesz?
— Meihno, moja pomoc polegała głównie na tym, że w czasie, kiedy byłaś w podróży, mającej doprowadzić cię do mnie, sama dowiedziałaśsię, co zrobić, aby uratować swoje królestwo. Ja pokażę ci tylko, jak to zrobić.
Oczywiście... Spodziewałam się czegoś takiego. „Wszystko, czego potrzebujesz, miałaś ze sobą cały czas, w swoim sercu”, sratatata. A już myślałam, że więcej tak ogromnych banałów nie uświadczę.

Nitrus mówi, że poda Meihnie eliksir, który pozwoli jej dobrze spać. Ale aby go zrobić, potrzebuje kilku składników (Boru, tylko nie to...), które należą do czterech żywiołów i trzeba porozumieć się ze swoją duszą, by je uzyskać, i to jest bardzo trudne, o mój Boru, ta pseudometafizyka nigdy się nie skończy. Meihna próbuje, ale jej się nie udaje, więc... mag, jakkolwiek się nazywa, mówi, że spróbują jutro.


— Udasz się na Atlantydę, gdy będziesz gotowa.
— A jak nigdy nie będę?!
Meihna spojrzała na maga przestraszonym wzrokiem. Starzec uśmiechnął się ojcowsko.
— Będziesz. Będziesz...


Mag zaprowadza Meihnę na szczyt skały i urządza przedstawienie. Najpierw skała pod jego stopami rozłupuje się, wyrasta z niej mały pęd, piorun uderza w skałę, wzniecając ogromny pożar, który w chwilę później gasi jeszcze większa fala. W ten sposób uzyskał składniki do eliksiru (czy nie Meihna miała to zrobić?), który nagle okazuje się, że nie do końca ma służyć zapewnianiu spokojnego snu.

— Właśnie... Przeszłam dużo, ale właściwie nie wiem po co. Spotykały mnie dziwne, bezsensowne rzeczy.
Nawet nie wiesz jak bardzo bezsensowne...

— Mylisz się, księżniczko. Wszystko w życiu jest po coś, ta podróż była po to, byś poznała siebie. (...) Nikt nigdy nie wie o sobie wszystkiego, to jedna z największych tajemnic świata, dla każdego indywidualna. Gdy ktoś żyje tak długo jak ja, zaczyna się do tego przyzwyczajać, z pokorą patrzy na to dzieło, jakim jest życie, nawet najprostsze. O, tak, nigdy nie uda nam się zgłębić osobowości mrówki.
Nieprawda, Eragon zgłębił!
Nie każcie mi do tego wracać... To było najnudniejsze przeżycie w moim życiu.

Meihna przechyliła głowę i spojrzała badawczo na maga.
— „O, tak”?
Starzec zmarszczył brwi.
— Co: „o, tak”?
— To słowo. Wiedźma też go nadużywała, tak jak ty... Pomyślałabym, że jest to przynależne czarodziejom, ale Nitrus nigdy nie powiedział: „O, tak”! Ty znasz wiedźmę?
Mag uśmiechnął się.
— Tak się składa, że znam. Tak dobrze, jak i niedźwiedzia, dziwne zjawy-cienie i Istotę, próbującą zwabić Liaama do bagna. Wszystkie te postacie posłużyły mi do jednego celu: sprawdzenia, kim tak naprawdę jesteś.
Aha... Dobra, nie mam więcej pytań...

— Nie rozumiem...
— Nie szkodzi. O twoim przybyciu dowiedziałem się, kiedy morze wyrzuciło cię na brzeg. Już wtedy wiedziałem o tobie dużo, miałem świadomość, po co tu przybyłaś.
Skąd o tym wiedział? Wynikało to z faktu, że jest mądry? To nie ma najmniejszego sensu.
Oj no, kuna mu powiedziała albo coś takiego, równie magicznego.

Tu mag przez dwie strony ciurkiem wychwala Meihnę, jak to wspaniale poradziła sobie ze wszelkimi stwarzanymi przez niego przeciwnościami losu. Dżizas...

Meihna jęknęła.
— A więc wszystko, co mnie spotykało, miało swój głęboki sens?
— Wszystko.
— Nawet Koza?! — Mag zaśmiał się, Meihna wpatrywała się w niego przerażonymi oczyma. — Czy Koza też jest jakimś niezwykle ważnym punktem w kształtowaniu mojej duszy?! To absurd!
— Kozę ofiarowałem wam, abyście nie pomarli z głodu. Niestety, nie potrafiłaś tego wykorzystać, więc musieliście wziąć ją bez żadnych korzyści, co często przysparzało wam wiele problemów... Ale cóż. Nie każdy potrafi obchodzić się ze zwierzętami.
Meihna wydęła z naburmuszeniem wargi.
— Nie umiem doić kozy, nie umiem latać. Z resztą daję sobie radę!
Ten running joke za każdym razem robi się coraz śmieszniejszy. *pauza* Nie.

Mag stwierdza, że eliksir musi „zaczerpnąć mocy z księżyca i bryzy”. Radzi Meihnie nie spać, bo do zażycia go powinna być bardzo zmęczona. Ha, powodzenia, ta siksa to He-Man w sukience i nic go nie ruszy. Mag idzie spać i zostawia ją samą.

Księżniczka usiadła na skale, wpatrując się w dal, słuchając niespokojnego szumu fal. (...)
— Los zabawił się mną... — szepnęła.
- Boru, jaki kicz – wymamrotała w niedowierzaniu Winky.

Słowo „nigdy” wydało jej się teraz takie dziwne, śmieszne... Czym ono się różni od „zawsze”? Przecież można powiedzieć: „oni już NIGDY nie wrócą” i „oni już ZAWSZE będą nieobecni”.
A oba znaczą zupełnie coś innego, ale pfft, głemboka myśl dnia być MUSI.

Dla śmierci śmierć jest życiem, początek dnia to koniec nocy.
Eee... Nie. Śmierć jest śmiercią dla każdego.
- POLEMIZOWAŁBYM – rozległ się głęboki głos brzmiący jak zamykające się wieko trumny.

Słowo to tylko maleńki czubek ogromnej góry zanurzonej w morzu uczuć. To uczucia i myśli mogą zabić, uratować, zmienić bieg wydarzeń. Prawdziwa miłość nie potrzebuje słów, dlaczego więc miałyby być one potrzebne na co dzień? To jest właśnie to, w czym ludzie, ukarani przez bogów, gorsi są od zwierząt. Potrzebują mowy, ich serca są głuche na prawdziwą, subtelną rozmowę uczuć. Kto wie? Może nadejdzie dzień, kiedy wszystko się zmieni, a człowiek zorientuje się, jak daleko zabrnął w swojej pysze i wróci z pokorą do początków...
I zamieni się z powrotem w małpę...?
Ogłaszamy konkurs: najfajniejsza interpretacja tego bełkotu dostanie medal Virtuti Grafomani. Oferta ograniczona w czasie!
 
NASTĘPNA CZĘŚĆ JUŻ W PIĄTEK! 

13 komentarzy:

  1. To jest chyba bardziej opkowate niż przygody Arielki...
    W ogóle ta książka nie ma ładu ni składu.
    Uśmiałam się ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jaa weszłam na tę jej stronę i jeszcze wcześniej przeczytałam jakiś wywiad i normalnie rzygam już jej zajebistością! Może zabrzmię jak zazdrosna krowa, ale trudno. Jak czytam kolejny raz jaka to ona nie jest zdolna bo gra, śpiewa, pisze, modeluje i jeszcze kurna rysuje to mi się w żołądku wywraca i mam ochotę krzyczeć!
    No, trochę się wyładowałam, a teraz czas na ciąg dalszy analizy, przy okazji super pomysł z częstym dodawaniem notek, zazwyczaj się tułam po necie czekając na nowości w analizatorniach i cierpię.
    A tak w ogóle to michasia wydała jeszcze jedną książkę, może też jest warta zaanalizowania? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I do "Zaklętej" się dobierzemy, ale błagamy o litość, po lekturze "Atlantydy" będziemy potrzebować dłuuugich wakacji w pięciogwiazdkowym sanatorium. ^^

      Usuń
    2. Witam w gronie zazdrosnych krów, hejtersów, trolli i całej reszty podłego, anonimowego grona żałosnej gawiedzi. Mnie też odrzuca michasiowa wszechzajebistość wylewająca się z jej strony. Fascynuje mnie tylko, jak można robić tyle rzeczy, które z zasady wymagają sporego poświęcenia, jeśli ma się być w tym dobrym... Czyżby michasiowa doba miała 72 godziny? A może... Oh, bluźnię, wiem, ale może nasza autorka troszeńkę, tak ociupinkę, tak tyci tyci przecenia swoje ogarniające wszelkie artystyczne dziedziny uzdolnienia?
      No, bo jeśli śpiewa, gra i rysuje tak, jak pisze... To ojapierdykam.

      Usuń
    3. Rysunki możemy ocenić: Michaśka - och, pardon, MIŚKA - wszędzie epatuje swoją zajebistością. Tadam! https://www.facebook.com/mixie.olszanska/photos

      Patrząc na jej od wieków nieaktualizowaną stronę i biorąc pod uwagę fakt, że do tej pory wydawała starocie sprzed lat, istnieje cień szansy, że już nie pisze, a przynajmniej nie z takim zapałem jak kiedyś. A generalnie to chyba cały świat powinien przyjąć za oczywistą oczywistość, że Misiunia jest złotym dzieckiem. Dzieckiem Gwiazd wręcz. :P Jak dla może robić wszystko, może być modelką, skrzypaczką, śpiewaczką, kompozytorką, kierowcą ciężarówki - ale błagam, niech już nie próbuje nic więcej pisać!

      Usuń
  3. Dzisiaj przeczytałam kilka części analizy "Atlantydy" i czasem nie wiedziałam, czy śmiać się, czy płakać. Parokrotnie uderzyłam głową w blat - mam nadzieję, że nie zostanie mi guz. To jest jakaś tragedia po prostu.
    Komentarze oczywiście celne, a moją ulubienicą stała się koza o imieniu Koza ;D
    Wyrazy uznania za niepoddanie się i chęć dokończenia analizy tej książki ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Toć to gorsze od niektórych opek, jakich czytałam analizy. Przynajmniej niektóre mają choć trochę sensu. Jak to to zostało wydane - pojęcia nie mam.

    O, ona jeszcze rysuje - ale na jej stronie nie ma żadnych grafik. Buuhuu. Jako, że sama rysuje hobbystycznie to byłam ciekawa. No nic jakoś przeżyję.

    Ciekawe tylko czy przeżyję kolejną część analizy, bo już nie starcza mi kończyn do opadania. Tylko komentarze utrzymywały mnie przy życiu. ;-)

    Dobra, potrafię sobie jakoś wyobrazić, że to to się do druku przemknęło niecnie i niepostrzeżenie, ale na wszystkie demony podziemnego świata, jak to dostało pozytywne recenzje?! Jak?!

    OdpowiedzUsuń
  5. "Ja mam inne pytanie: skoro to nic takiego, to czego się drzesz, tępa dzido?!" - ten komentarz mnie po prostu ómarł!

    im dłużej czytam ten bełkot tym po prostu bardziej nie mogę! wyrazy współczucia i uznania dla Winky i Muzy

    OdpowiedzUsuń
  6. Analiza tym razem zmogła mnie. Poddaję się chwilowo i zacznę czytać później tam, gdzie skończyłam. Podziwiam was dziewczyny za cierpliwość i wytrzymałość, zdolną przenieść Himalaje w inne miejsce, ja idę dochodzić do zmysłów gdzie indziej...

    OdpowiedzUsuń
  7. Czy "Weźmy ją (go), patrz jak się patrzy" nie pochodzi czasem z którejś części Shreka? Tak coś mnie uderzyło, kiedy dotarłam do tego fragmentu.
    Swoją drogą - niewiele tak durnych książek miałam okazję czytać. Chyba tylko ta jedna trzecia "Anharu" Ómarła mnie bardziej (swoją drogą, straszna szkoda, że tego nie skończyłyście, nigdy nie byłam w stanie dotrwać do końca, żeby się dowiedzieć, czym jest ta Prawda Objawiona czy inne cholerstwo).

    OdpowiedzUsuń
  8. Moje ciało, po opadnięciu wszystkich kończyn, rozlało się po podłodze jak budyń.

    Nijak tego nie skomentuję. W polskim języku brakuje słów.
    Scheiß
    hovno
    merde
    shit
    stront
    stercore (w łacinie wszystko brzmi dziwnie oficjalnie)
    merdo
    dritt
    ...i dziękujmy translate.google.pl za biegłe władanie tyloma językami.

    OdpowiedzUsuń
  9. http://www.filmweb.pl/person/Michalina+Olsza%C5%84ska-1911546 Hmm...

    OdpowiedzUsuń