Czarne owce literatury czyli analizy ZŁYCH książek: października 2012

wtorek, 23 października 2012

No cóż

Hm.

Dobra, bez wielkiego owijania w bawełnę. Czarne Owce odchodzą tymczasowo na emeryturę. Składa się na to kilka czynników, a niemal wszystkie kręcą się wokół czasu: że ogólnie jest mi go brak, a pisanie analiz co tydzień jest bardzo czasożerne, że przez czytanie na okrągło chłamu nie mam czasu na wartościową literaturę, no i najgorsze: że nie mam czasu na realizowanie się na polu twórczości własnej, a było nie było - to jest mój priorytet.

Nie mówię, że zamykam bloga na amen; analizy wciąż będą się ukazywać, ale w trybie bardzo nieregularnym, raz na ruski rok lub ciut częściej, po prostu kiedy uda mi się znaleźć chwilkę, by coś skrobnąć (i raczej nie będzie to Eragon - zabieram się do niego jak pies do jeża, bo to jest po prostu TAKIE NUDNE!). Przepraszam Czytelników mniej i bardziej stałych, że tak wyszło, ale cóż... tak to bywa, jak się ktoś porwie na coś, co trochę przerasta jego możliwości. ;P

PS Wiem, że wśród Was zdarzają się osoby, które same pisały lub miałyby ochotę napisać analizę jakiejś wybitnie wybitnej książki. Kalevatar na przykład zdradziła się ostatnio z chęcią obsmarowania Baldura. ]:> Tak więc jeśli poczujecie się na siłach i skrobniecie analka jakiejś zuej książki, piszcie na winkyyy@interia.pl (z dopiskiem "analizy", "analki" czy cokolwiek w tytule, bo na tę skrzynkę przychodzi mi spam z całego świata i mogłabym przez przypadek wywalić). Przy czym nadmienię, że nie opublikuję na blogu wszystkiego jak leci, pamiętajcie, by zachować jako-taki poziom (choć wiem, że czasem bardzo trudno utrzymać nerwy na wodzy ;P). Dzięki temu blog nie umrze całkowicie, a może nawet tchnie to w niego zupełnie nowe życie. :)

No, to dziękuję za wszystkie komentarze, propozycje i uwagi. I się nie żegnam, tylko optymistycznie mówię: do zobaczenia. ^^

wtorek, 16 października 2012

Idziemy expić, czyli Wrota Baldura

Prawdopodobnie ofiara, którą sobie wybrałyśmy, jest zbyt głupia, by ją analizować, bo koń jaki jest – każdy widzi. Ale mamy to gdzieś. :D Po wydumanych filozofizmach z Atlantydy każdemu przyda się chwila odmóżdżenia, jaką oferuje dzieło Philipa Athansa pod tytułem „Wrota Baldura”. 



O grze cRPG pod tym samym (choć lepiej brzmiącym po angielsku) tytułem słyszał chyba każdy, nawet jeśli z samą grą nie miał styczności. I tu, niestety, muszę się przyznać, że w całym swym zamiłowaniu do fantastyki i gier, mój kontakt z Baldur’s Gate zakończył się na pierwszym rozdziale. Dlatego w tych nadzwyczajnych okolicznościach na stanowisko Konsultanta Do Spraw Baldurycznych powołuję Pirata, który od czasu do czasu będzie wtrącał coś od siebie na temat zgodności z grą czy też jej brakiem, tudzież innych mankamentów. Dzięki temu już na dzień dobry dowiedziałam się, że fabuła książki to po prostu fabuła gry przedstawiona na wojowniku-człowieku w najprostszej kombinacji. A więc chyba jednak dobrze wyszłam na tym, że nie znam dobrze gry, bo tylko by mnie szlag trafiał z powodu tego całkowitego braku pomysłu i nowości.

Nie traćmy więcej czasu, czas zebrać drużynę i idziemy expić!







Moim dwóm córkom dedykuję
(wciąż jestem normalny)
Ktoś tu gramatyki lekcje od Mistrza Yody pobierał, hmm.
Ja bym do tej normalności jego wątpliwości miała. To już cała dedykacja, a wrażenie sprawia, jakby urwana w połowie była, hmm.

No to lu: rozdział pierwszy. Pierwsze zdanie powieści ma magiczną moc: dobre zachęci do czytania, kiepskie – do rzucenia książką o ścianę. Jak zatem brzmią czarodziejskie słowa zapraszające nas do zagłębienia się w świat tego dzieła?

Ostrza starły się ze sobą aż iskry poszły. Abdel natarł z taką siłą, że jego ramię wpiło się w ciężkie ostrze własnego pałasza.
Iii już się pogubiłam. Facet trzymał pałasz i uderzył nim tak mocno, że jego ostrze wbiło mu się we własne ramię. Jeśli dobrze to sobie wyobrażam, to z niego musi być dupa, nie szermierz!
A czego ty się spodziewałaś po bohaterze na pierwszym levelu?

Wróg zatoczył się dwa kroki w tył i wyrzucił lewą rękę w bok, by powstrzymać upadek. Abdel natychmiast wykorzystał przewagę i ciął w odsłonięty brzuch napastnika, rozdzierając na strzępy jego kolczugę, ciało i kręgosłup.
To w dalszym ciągu pierwszy akapit. Przyzwyczajcie się do takich opisów, będzie ich jeszcze wiele.
*chichocze radośnie* I on tym pałaszem rozciął człowieka na pół razem z kręgosłupem, tak?

Minęło jakieś dziesięć czy nawet dwadzieścia sekund, zanim mężczyzna, którego Abdel zabił, pojął, że jest już martwy.
Bystrością nigdy nie grzeszył, rozwiązywanie krzyżówek przychodziło mu z trudem, więc to i tak niejaki sukces, że uwinął się w niecałe pół minuty z zauważeniem, że nie żyje.

Patrzył się w dół, na głęboką ranę w swoim brzuchu, przecinającą go prawie na pół. Krew była wszędzie, czerwień mieszała się z żółto-szarą tkanką rozprutych wnętrzności. Twarz umierającego przybrała niemal komiczny wyraz: była biada, zaskoczona i jakby zniesmaczona.
Biada bladej twarzy, bo nieestetycznie wyglądają jej rozwłóczone po gościńcu flaki! Moment, gdzie my się właściwie znajdujemy?
*nie jest w stanie odpowiedzieć, gdyż kwiczy*

Ten widok sprawił, że serce Abdela zabiło żywiej; on sam nie wiedział, czy z powodu szoku czy raczej przyjemności.
Jesu, następny z fetyszem na rozczłonkowywanie przy pomocy ostrych narzędzi. Gdybym była Prof. S. Jonalistą powiedziałabym, że te straszne gry mają dewastujący wpływ na psychikę młodych ludzi.
A potem byś się zdziwiła, kiedy bym ci powiedziała, że szanowny pan autor tego dzieła wydał je, mając lat trzydzieści pięć.

Tę chwilę zastanowienia Abdel niemal przypłacił życiem, kiedy jeden z pozostałych bandytów niespodziewanie zbliżył się, wywijając trzymanymi w obu dłoniach małymi, ostrymi toporkami.
– Kamon – zawołał go po imieniu Abdel, jednocześnie cofając się pół kroku w tył, aby uchylić się przed drugim toporkiem. – Dawno się nie widzieliśmy. (...)
– Abdel – zaczął Kamon – przykro mi z powodu twojego ojca.
To był stary trik z odwróceniem uwagi, starszy nawet niż sam Gorion, który kiedyś wydawał się Abdelowi najstarszym człowiekiem przemierzającym ulice i trakty Faerunu.
Uważaj! Za chwilę użyje starożytnej sztuki kopnięcia w krocze znanej z legendarnego starcia Vraela i Morzana!
Oj, będzie combo.
Tyle xp. <3

Abdel zerknął kątem oka na swego ojca. Gorion trzymał się dzielnie, jak zwykle starając się tak walczyć, by nie zabić bandytów, którzy oczywiście nie byli tak łaskawi jak ów starzec.
I zabijali go raz po raz.

Abdel zaczekał, aż Kamon wysunie w jego stronę prawe ramię i niespodziewanie wyprowadził mieczem cios od dołu, podbijając ostrze toporka z taką siłą i szybkością, iż wytrącona broń zdarła styliskiem skórę wnętrza dłoni rywala.
Trzeba było nie owijać sobie toporków papierem ściernym.
Jak na doświadczonego i zaprawionego w bojach wojownika, to ma dość delikatne rączki...

Jego toporek tkwił teraz zaklinowany na ostrzu miecza Abdela.
Abdel powinien teraz jak najszybciej pozbyć się nadzianego na miecz toporka, jednak uznał, że może to być doskonała okazja do popisania się jakąś epicką sztuczką i poczekał na dobrą ku temu okazję.

zamarł, kiedy usłyszał za sobą skrzypienie żwiru. Miał nadzieję, że Kamon wykorzysta sytuację i zareaguje właściwie, i Kamon wyświadczył mu tę przysługę. Bandyta rzucił się nań szybko, celując drugim toporkiem w jego pierś. Abdel błyskawicznie podkurczył kolana, zasłaniając się jednocześnie mieczem. (...) Cios Eagusa, który mierzył w Abdela, roztrzaskał czaszkę Kamona, od czubka aż po podbródek.
Uprzejmy ten bandyta, tak się pozwolić zabić.
- Sir, czy byłby pan uprzejmy nie interweniować, gdy uchylę się przed wymierzonym we mnie ciosem tak, by uderzył w pana?
- Ależ naturalnie, sir, gotów jestem nawet rzucić się w kierunku ostrza, aby dać panu jak największe szanse przeżycia.
- Jest pan nazbyt łaskawy, sir.
- Sir.


Piąty bandyta, ten który dotąd trzymał się z dala, strzelił z kuszy i jego bełt utkwił w prawym boku Abdela. Abdel chwycił za drzewce i wyrwał je z rany, rozszarpując przy tym kolczugę i wyjąc z bólu. Na chwilę ich wzrok spotkał się i Abdel posłał mu tak złowrogie spojrzenie, że kusznik cofnął się w popłochu. Miał nadzieję, że bandyta przeraził się na tyle, by więcej już nie strzelać.
Ważna życiowa lekcja: jeśli ktoś celuje do ciebie z kuszy (lub czegokolwiek), rzuć mu Złowrogie Spojrzenie. Sukces gwarantowany.
Chyba że MG wstał lewą nogą.

Abdel (...) wykorzystał tę chwilę, by sprawdzić, jak radzi sobie ojciec. Szło mu dobrze, jego przeciwnik męczył się coraz bardziej, wyprowadzając coraz bardziej chaotyczne ciosy.
Jego ojciec, czyli „najstarszy człowiek przemierzający ulice i trakty Faerunu”, kulawy i walczący drewnianym kijem. Ci najemnicy muszą być jacyś tacy...
Zdelevelowani?
Nawet mocno.

Abdel wreszcie uwolnił ostrze swego miecza od toporka, jednym okiem wciąż obserwując ojca, drugim zezując na Eagusa.


Calishitański najemnik uśmiechnął się, odsłaniając srebrny ząb, dawno już zmatowiały.
– Zostaliśmy dobrze opłaceni, sir (kwik!), szkoda gadać. Lepiej poddajcie się, to może i nie zdechniecie – odpowiedział Gorionowi.
Nagle rozległ się odgłos, jakby ktoś zrzucił olbrzymiego arbuza z wysokiej wieży – to Eagus uwolnił swoją halabardę.
Haha, nie no, ja chyba tu zbędna jestem, to dzieło analizuje się samo. xD

Eagus uwolnił swoją halabardę. Podniósł długie drzewce do góry i zatoczył nim, zbryzgując Abdela i drogę wokół siebie krwią Kamona. Abdel rzucił toporkiem, lecz Eagus z łatwością go odbił. Rzut nie miał na celu zabić Eagusa, a jedynie wytrącić go z równowagi. Abdel wiedział, że jest tylko jeden sposób
Czuję się, jakbym oglądała bardzo zacięty mecz tenisa. Albo mistrzostwa w League of Legends w momentach teamfightów, bo tak samo nie mogę nadążyć, co mówią komentatorzy.

Zerwał się i szybko skoczył, na straszne pół sekundy tracąc ziemię pod nogami.
To chyba jakaś skrajna postać lęku wysokości, bać się nawet podskoczyć.
Nasz wybawca, proszpaństwa! :D

Poleciał wprost na Eagusa i poczuł, jak ostrze jego miecza zagłębia się w szczelinie przerdzewiałej zbroi bandyty, zanim jeszcze jego nogi dotknęły ziemi. Zamierzał wstać i wepchnąć miecz głębiej, szatkując flaki Eagusa na sałatkę
*płacze ze śmiechu*

Eagus zakrztusił się ze śmiechu
Jak dobrze go rozumiem...

Eagus wyraźnie był już zmęczony, może nawet stracił zbyt wiele krwi, bowiem zaatakował tak wolno i niezdarnie, że Abdel aż rozczarował się, z jaką łatwością udało mu się odbić cios halabardy ręką
Jakby tobie z bebechów ktoś próbował zrobić sałatkę *parsk* mieczem, to też byś nie sprawiał wrażenia kogoś w szczytowej formie.
Głównemu bohaterowi z 1hp wystarczy, że sobie pośpi osiem godzin i już będzie śmigał. ^^

siła ciosu niemal nie złamała mu prawego przedramienia.
Niemal nie złamała – czyli jednak złamała, ale niewiele brakło, by nie złamała. A korekta gdzie?
W karczmie pod kontuarem, wyjąc jakąś piosnkę na krasnoludzką modłę.

Zabolało, ale Abdel zignorował ból i wymierzył Eagusowi solidnego kopa.
W rzyć!

Podszedł i poderżnął Eagusowi gardło, patrząc jak powoli gasną mu oczy, wraz z uchodzącym zeń życiem. Abdel uśmiechnął się, choć wiedział, że Gorion tego nie lubi.
Zbije cię lagą, jak zauważy, że miałeś czelność się uśmiechnąć.
Jeśli przeżyje, w co wątpię, ale myślę, że pisak czeka na odpowiednio dramatyczną chwilę, by nas o tym poinformować.

I nagle zdał sobie sprawę, że przecież Gorion wciąż walczy, a poza tym...
Był jeszcze kusznik.
*facepalm* I przez cały ten czas kusznik sobie stał i grzecznie czekał, aż Abdel go zauważy? Kurcze, ludzie w tym Faerunie to bardzo dobrze wychowani są.

Był jeszcze kusznik. Stał dalej. Mrużył swe ciemne oczy w porannych promieniach słońca. Jego ćwiekowana, skórzana kamizela skrzypiała przy każdym ruchu. Długie rude włosy falowały ciężko na wietrze. Kusznik celował w Goriona.
Uwaga, napięcie rośnie, naszykujcie się...

Z gardła Abdela wydarł się pełen rozpaczy krzyk.
– Oj...
Spust zwolnił cięciwę, ciężki bełt ze świstem przeciął powietrze...
– ... cze...
... i utkwił prosto w oku Goriona.
– ... eeee!!!
*kwiczy niczym prosiątko w błotku*

Abdel już wiedział, zanim jeszcze bezwładne ciało Goriona legło na żwirze drogi, że jego jedyny ojciec, którego znał, już nie żyje.
To ilu ma tych ojców?
Nie mam pojęcia. Zróbmy o tym musical!


Abdel wpada w szał, co objawia się tym, że przeciwnicy srają ze strachu na jego widok, a on sam nagle zyskuje zdolności nadprzyrodzone – tak myślę, biorąc pod uwagę roztrzaskiwanie mieczy na kawałki uderzeniami sztyletu oraz takie kwikogenne scenki:
Calishita prawdopodobnie zdążył jeszcze zobaczyć, jak złamane ostrze jego szabli uderza o ziemię, zanim świat mu zawirował, a coś mokrego i lepkiego zbryzgało twarz. Jego odcięta głowa mogła jeszcze żyć, aby to zobaczyć, ale on sam był już martwy, zanim głowa i ciało dotknęły ziemi.

Kusznik nie zamierzał dłużej czekać, by kląć, błagać o litość czy struchleć z przerażenia. Może nie był najbystrzejszym człowiekiem na Wybrzeżu Mieczy, ale był bystry na tyle, by w trosce o własne życie rzucić się do ucieczki.
Abdel, wciąż ogarnięty niepohamowaną żądzą mordu, gonił go tak długo, aż wreszcie dopadł i pokrajał na kupę broczącego krwią mięsa. W końcu przybrany syn Goriona z Candlekeep, wyczerpany do nieprzytomności opadł na tę stertę podziurawionej skóry, flaków, strzaskanej kuszy, i zapłakał.
Ja przepraszam, ale mimo wszystko nie mogę się zdobyć na reakcję inną od histerycznego śmiechu.
Jakie cudne ilustracje mogłyby zaistnieć w tej książce. ^^

Uff, no to dotarliśmy do pierwszych „gwiazdek”. Wiemy już, że naszym głównym bohaterem jest Abdel, który walczył z jakimiś bliżej nieznanymi najemnikami, choć kilku z nich kojarzył z roboty pilnowania jakiegoś tajemniczego towaru w magazynie. Na pytanie, czy w oryginale bohater gracza miał jakieś zwady z najemnikami, Pirat odpowiada:
Tylko jeśli takowe spowodowałaś (tzn. bardzo niska reputacja = kłopoty z prawem i dużo łowców nagród). Czasem można się wkręcić i wtrącić w jakąś robotę najemników, ale raczej nie ma żadnej konkretnej grupy.
A więc jednak są jakieś przejawy własnej pomysłowości!
Przechodzimy do ciągu dalszego: topornego przedstawienia nam sylwetki głównego bohatera.


Abdel od lat sprzedawał siłę swego ramienia i umiejętności wzdłuż i wszerz całego Wybrzeża Mieczy. Ostatnie dziesięć dni tygodnia spędził eskortując karawanę kupiecką od Wrót Baldura do biblioteki w Candlekeep. Masywny monastyr w Candlekeep był jego domem w czasach dzieciństwa
Chhrrr...

Dobra, oszczędzę wam tego i spróbuję streścić, choć dociera do mnie gdzieś tak połowa tego naszpikowanego nazwami bullshitu. Gorion był przybranym ojcem Abdela, mnichem jakiegoś tam boga. W końcu Abdel uznał, że życie mnicha nie jest dla niego, gdyż – niczym disneyowska księżniczka – pragnął więcej od życia.

Goriona przerażały niektóre potrzeby Abdela: jego potrzeba walki, zabijania, ale przy tym zdawał się je rozumieć, jakby spodziewając się tego po swym przybranym synu.
...Okej. Światy gier komputerowych rządzą się swoimi prawami, przyjmijmy, że to nadal jest gra, ino mniej interaktywna.

Gorion był sztywnym chudzielcem, prawdziwym molem książkowym, Abdel natomiast był doskonale umięśniony, miał ostre rysy i atramentowo czarne, długie włosy, które opadały na ramiona z tą samą gracją, jaka kryła się w zwinnych ruchach jego ciała.
Rząd trzeci, ostatnia kolumna – to musi być on! :D
Ja stawiam na: czwarty rząd, pierwsza kolumna.
To kobieta.
Czyżby?

Abdel wyjechał... najemniczyć, lecz w końcu się stęsknił i wrócił do Candlekeep, by odwiedzić przybranego ojca. Ten przy spotkaniu był bardzo radosny, a jednocześnie dziwnie tajemniczy, jakby miał mu do powiedzenia coś niezwykle ważnego – jakżeby inaczej. Gorion pyta, czy Abdel wybierze się z nim do gospody, w której musi się z kimś spotkać.

– Czy to ma coś wspólnego z moimi rodzicami? ... Z moją matką? – pod wpływem impulsu zapytał nagle Abdel. (...)
– Nie – odparł krótko. Na dłuższą chwilę zapadła nieprzyjemna, nienaturalna cisza. – Nie z twoją... nie z twoją matką.
On po prostu chciał dotrzeć do „Pomocnej dłoni”, aby spotkać się z pewnymi ludźmi, którzy mieli dla niego jakieś informacje. To wszystko.
Ktoś, gdzieś, jakieś coś... I nam najwyraźniej też muszą wystarczyć takie wyjaśnienia. Cieszymy się niezmiernie.

Życie Goriona zawsze koncentrowało się wokół spraw związanych z pozyskiwaniem od ludzi różnych informacji, dlatego też Abdel nie mógł dziwić się jego prośbie.
Gorion – jak było napisane parę akapitów wyżej – był skrybą. Czyżby także i szpiegiem? :o
Ciekawe, ile brązowych wynosił cały jego dobytek i za ile kupią obiad w karczmie. :3

A zatem nasi bohaterowie wybrali się w drogę do karczmy, gdy wtem dnia trzeciego napotkali niezbyt przyjaźnie nastawionych najemników. I znów wracamy do tego uroczego momentu leżenia i płakania na kupie flaków.

Na pierwszą niespodziewaną oznakę życia Abdel rzucił się w stronę leżącego ojca.
Gorion chrapliwie wciągnął oddech
Łoesu, a miałam przez chwilę nadzieję, że przynajmniej tego banału „ostatnich słów” nam oszczędzą. -.-
Pokazałabym tu filmik z jakiegoś rosyjskiego Mam Talent, by pokazać, ile oznak życia wykazuje człowiek, który dostał strzałą (a co dopiero BEŁTEM – krótszym, grubszym, lecącym z większą szybkością i wbijającym się z większą siłą) prosto w oko, ale to zbyt drastyczne.

Gorion ostatkiem sił rzuca na Abdela zaklęcie leczące.

Dodam ze swej strony, że Gorion to czarodziej, a czarodzieje nie potrafią rzucać zaklęć leczniczych. A w grze został zabity przez main evila.  

Abdel, którego rana już się zasklepiła, prawie całkowicie wyleczony, powiedział:
– A teraz twoja kolej.
Gorion nie zaczął rzucać następnego leczącego czaru.
– Ten był jedyny – wychrypiał mnich.
*sniff* Najbardziej wzruszające „out of mana”, jakie w życiu widziałam. :c

Abdel zapragnął przekląć swego przybranego ojca za to, że zmarnował na niego swą jedyną leczącą modlitwę.
– Ty umierasz... – tylko to był w stanie z siebie wykrztusić.
– Jak na to wpadłeś? – wykaszlał z przekąsem Gorion, topiąc się w kałuży własnej krwi.

– Ty umierasz... – tylko to był w stanie z siebie wykrztusić.
– Powstrzymaj wojnę... Ja już nie mogę...
Ciało Goriona zatrzęsło się od nagłego, wyczerpującego kaszlu i nagle w gwałtownym spazmie wyciągnął lewą rękę ku Abdelowi, tak że ten aż się wystraszył. Gorion ściskał w dłoni kawałek podartego pergaminu. Wysiłek sprawił, że opierzony bełt zadrżał w jego przebitym oku. Na pergamin padły krople krwi.
Na tę poruszającą chwilę nawet grawitacja postanowiła zrobić wyjątek i zadziałała w drugą stronę, by krew z przebitego oka leżącego mężczyzny pofrunęła na trzymany przezeń w wyciągniętej dłoni pergamin.

Ciało Goriona skurczyło się w nagłym spazmie bólu, aż Abdel zamarł.
– Twój ojciec... – i znów kaszel. Łza spłynęła z oka Goriona, jego jedynego oka, które mogło jeszcze płakać. Znów zmusił się do mówienia
– Khalid... Jahe...
I zaraz potem wydał swoje ostatnie tchnienie, a jego zdrowe oko spojrzało w niebo. Abdel krzyczał nad konającym ojcem tak długo, póki jego ramię nie przestało konwulsyjnie drżeć.
– Kurwaaaaaa...! Zawsze to samo! Wszystko by zdążył przed tą śmiercią zrobić: rzucić potężne zaklęcie, zabić dziesięciu wrogów, herbatę zaparzyć, ale jak przychodzi do podzielenia się Najważniejszą Informacją w Moim Życiu, to natychmiast charczy i zdycha!
Witamy w Pisakowie. :D

Długo jeszcze siedział na drodze, w towarzystwie martwych jedynie i kraczących wron
Wrony-zombie! Martwe, a kraczą!
Jako rzecze Michalina Olszańska: Taak. Wrony to mądre ptaki.

Długo jeszcze siedział na drodze, w towarzystwie martwych jedynie i kraczących wron, aż w końcu wstał i zaczął wygrzebywać ojcu grób.
Brakuje mi tu jeszcze wycia wilków i co najmniej jednej błyskawicy. Ach, no i ulewy, nie zapominajmy o ulewie.
W grze ostatnie słowa Goriona to coś w stylu "uciekaj bla bla", i to wypowiedziane krzykiem podczas walki. Ogólnie rzecz biorąc, bohater musi zwiewać, bo gonią go dwa brzydkie ogry, główny zły i jakaś kapłanka/czarodziejka.    
I tak oto kończy się rozdział pierwszy. My już kochamy tę książkę, tak rozkosznie zła jest, a wy? ^^

wtorek, 9 października 2012

Sprawa się rypła

Cóż, nie do końca miałam to na myśli, kiedy po ostatniej analizie pisałam, że potrzeba nam rekonwalescencji, ale wychodzi jednak na to, że w tym tygodniu analka nie będzie. No po prostu nie chce mi się niemal tak bardzo, jak Olszańskiej nie chciało się robić researchu, a zapierdziel na uczelni w tym nie pomaga. :c Kajam się, mea culpa i zapraszam za tydzień. Z tej okazji pozwolę wam zadecydować: czy w najbliższy wtorek powinien ukazać się ciąg dalszego Erasia, czy też wolicie niespodziankę?

 

wtorek, 2 października 2012

Cudowne Dziecko, czyli opowieść o Michali... tfu, Meihnie, część 13

To jest to. Nadszedł czas. Najwyższy czas, by ostatecznie rozprawić się z dziełem, jakim jest "Dziecko gwiazd. Atlantyda". Zapnijcie pasy, bo będzie się działo. Zakończenie przeszło moje najśmielsze oczekiwania, osiągając szczyty głupoty, które wydawały mi się niemożliwe. Nie przedłużajmy zatem tego momentu: do dzieła!






Przeskakujemy do świtu, który zwiastuje, że Meihna (a raczej jej dusza, do jasnej cholery) zaraz zniknie z Atlantydy. Oczywiście, nie wiemy, czy królewna odczytała znaki w jaskini, co z nich odczytała i co z tego wynika. W każdym razie Meihna budzi się koło perłowego maga.

— Czy zrobiłaś to, o co cię prosiłem? Dowiedziałaś się czegoś?
— Tak... Muszę tam wracać, inaczej dziś w nocy stanie się coś strasznego!
— Oczywiście.
Wait a second, przed chwilą była mowa, że drugi raz eliksir może nie zadziałać. I czy zrobienie nowego nie zajmuje całej nocy? No bo chyba nie popłyną na Atlantydę wpław, jakim cudem mieliby zdążyć przed nocą?
Ojtam, ojtam. Pierdołami się będziesz przejmować. Ałtorka się nie przejmowała, to czemu my mamy sobie zawracać głowę?

— Oczywiście. Spotkałaś Nitrusa?
Meihna nachmurzyła się, pamiętała już wszystko dokładnie.
— Opowiedział mi historię Zenory, dużo zrozumiałam.
— Taki właśnie był cel twojej podróży. Teraz wiesz już prawie wszystko, choć jest jeszcze kilka tajemnic, nierozwiązanych zagadek, z pozoru niemających z sobą nic wspólnego, a jednak wyjaśnione składają się w jedną logiczną całość.
Nie. Ja na przykład nie rozumiem nic. Ale wszystkie pytania będę zadawać na koniec, bo a nuż, a widelec coś się JEDNAK wyjaśni.

— Dane mi będzie poznać odpowiedzi na nie?
— Tak. Nie na wszystkie, ale obiecuję ci, że dowiesz się wiele o sobie.
No tak, bo ze wszystkich „tajemnic” tej książki najbardziej mnie interesują niuanse dotyczące tej hołubionej przez całą książkę srólewny...

Meihna wyprostowała się.
— Będę odważna! — obiecała. — Muszę być! Zgaduję, że tym razem nie wyślesz mnie na Atlantydę za pomocą snu.
— Nie. Tym razem będziesz potrzebowała ciała i duszy. Musisz w pełnej postaci stawić czoła temu wyzwaniu.
Pff, jako sama tylko i wyłącznie dusza całkiem nieźle radziła sobie ze wszystkimi fizycznymi aspektami.
A ja ciekawa jestem, jakim magicznym sposobem teleportuje Meihnę na Atlantydę i jaką wymyśli wymówkę, by jej nie towarzyszyć.
Ej, wait a second. Dlaczego mag nie dał Meihnie tego eliksiru na czas ostatecznej konfrontacji? Przecież to idealny sposób, by był wilk syty i owca cała: królewna spróbowałaby ocalić Atlantydę (sami widzieliśmy, że mogła robić wszystko) i czy by jej się udało, czy nie, po wszystkim i tak obudziłaby się w bezpiecznym miejscu. No tak, ale tu wkracza do akcji Imperatyw Opciowy, że eliksir nie zadziała drugi raz, bez żadnego wyraźnego powodu... Ale wychodzi na to, że powyższa wyprawa i tak nie miała sensu, bo Meihna wszystkiego mogła się dowiedzieć od pana perłowego.

Meihna kiwnęła głową, po czym wyciągnęła rękę do Liaama. Nie patrzyła na niego, chciała tylko poczuć jego ciepło.
— Chodź — powiedziała. — Muszę ci coś powiedzieć.
Dziewczyna wyszła z jaskini i stanąwszy na skale, zaczęła patrzeć na fale, mieniące się pomarańczowo od wschodzącego słońca. Liaam stanął obok niej i uśmiechnął się uspokajająco, czule.
Czułe uściski, uśmiechy, wschód słońca... Romantyzm aż bije po oczach.

Meihna tłumaczy Liaamowi, że zginie, a z niego po raz kolejny robiony jest totalny głupek, ślepo zapatrzony w swą idealną wybrankę.


Liaam spojrzał na nią z niepokojem.
— Wyrok? O czym ty mówisz?
— O przepowiedni. Wiedziałam, że muszę zginąć, zanim śmierć dosięgła mego ojca i brata, nie bałam się więc czyhających na mnie niebezpieczeństw, bo i tak znałam swoje przeznaczenie. (...) Kiedy się czegoś obawiałam, był to strach o Atlantydę, nie o mnie. Chciałam zdążyć ocalić wyspę. Dlatego szłam odważnie, nie zważając na własne bezpieczeństwo...
I na bezpieczeństwo innych przede wszystkim, samolubna dziuniu. A ta jej ustawicznie podkreślana wierność Atlantydzie brzmi dla mnie jak takie wmawianie czegoś na siłę. No ale naprawdę, serio, uwierz mi, tak właśnie jest, jak mówię...!

Dlatego szłam odważnie, nie zważając na własne bezpieczeństwo... Ale pojawiłeś się ty i wszystko się zepsuło.
Aha! A więc to wszystko wina Liaama! Głupi podnóżek...
Boru, jak ja mu współczuję za tak okropną kreację.

Teraz muszę ci powiedzieć, że nie zobaczymy się już nigdy więcej... Nigdy więcej.
Liaam patrzył na nią chwilę, jakby nie do końca rozumiał znaczenie jej słów, jakby nie chciał w nie uwierzyć. W końcu ukląkł przed nią, ujął jej dłonie i spojrzał głęboko w smutne, unikające go oczy.
— Nie zostawię cię! — szepnął, a zabrzmiało to tak, jakby nie było nic bardziej naturalnego jak dobrowolne pakowanie się w szpony śmierci. — Jeśli ty zginiesz, ja również. Nie mam zamiaru żyć bez ciebie.
*przewraca tylko oczami*

Meihna spojrzała na niego ze złością.
— Nie bądź niemądry! Chcę, żebyś żył!
— Ale ja nie chcę! Jak to sobie wyobrażasz?! Śmierć w walce jest lepsza niż ta z tęsknoty i miłości.
— Ach! Miłość kończy się wraz ze śmiercią jednego z kochających się ludzi!
— Tak uważasz? — Liaam spojrzał bacznie na księżniczkę.
Dziewczyna spuściła wzrok. Wcale tak nie uważała. Odwrotnie! Wiedziała, że to wcale nie jest prawda!
Liaam, na wszystkich Przedwiecznych, OLEJ JĄ, bez niej naprawdę będzie ci lepiej.
Co ty?! Bez Meihny cały świat pogrąży się w żałobie!

— Ale zgodziłaś się kiedyś, abym poszedł z tobą szukać maga?! — Liaam wyglądał na rozgoryczonego. — Wtedy nie zastanawiałaś się, że kiedyś będziemy musieli się rozstać?! Naprawdę myślałaś jedynie o Atlantydzie? To tylko wyspa, Meihno! Tylko nieczuły kawałek ziemi, nic więcej!
Meihna rzuciła mu lodowate spojrzenie.
— Nie mów tak — powiedziała ostro.
— Nie? Popatrz na siebie! Ważniejsza dla ciebie jest wyspa niż człowiek! Niż miłość...
— Nieprawda.
— Jeśli nieprawda, to zostań ze mną! Nie płyń na Atlantydę, ocal swoje życie!
— Nigdy nie zostawię Atlantydy!
— A mnie tak?!
Ee... Czy Michaśka zdaje sobie sprawę, JAK to brzmi? Jasne, że na zdrowy rozsądek Meihna nie ma szans zapobiec szykującej się rzezi, ale gdyby wyjść z tego rozkosznego założenia, że jednak ma, że tylko ona może ją powstrzymać: Liaam wyrzuca jej, że woli uratować TYSIĄCE istnień, zamiast zostać z nim? Czy coś tu miało być romantyczne? A może TO miało brzmieć jak przejaw zdrowego rozsądku? No to stanowczo coś tu nie wyszło. :/

— To królestwo nie jest tylko kawałkiem ziemi, jak to określiłeś! To świat, dobry, czysty, psuty przez tych, którzy go nie rozumieją, bo są za mali, zbyt przyziemni, ważne dla nich jest tylko to, czego sami mogą dotknąć! Nie rozumiesz, że jeśli zabraknie Atlantydy, świat zacznie staczać się coraz bardziej, aż w końcu pogrąży się w ludzkim materializmie, wyzuty ze wszystkiego, co piękne, uduchowione, tajemnicze...
Ach, a więc gdyby nie głupi, przyziemni i materialistyczni ludzie, Atlantyda dalej by istniała, ludzie byliby tak uduchowieni i wspaniali jak Meihna, a cały świat zaludniałyby jednorożce i kucyponki. <3
No i dup – jak widać wszędzie wokół, Atlantydy nie ma, a świat wokół nas jest brzydki, nieuduchowiony i pozbawiony tajemniczości. I wszyscy jesteśmy temu winni, bo nie kontemplujemy nad mistyką ukształtowania wybrzeża!

— Dobrze — powiedział zrezygnowany. — Płyń, ale ja popłynę razem z tobą. — Wyciągnął miecz i przyłożył sobie jego ostrze do serca — Jeśli odmówisz, tak zginę.
*szczęka jej opadła* A teraz jeszcze stawia jej TAKIE ultimatum... Okej, koniec mojego współczucia dla tego dupka.

— Odłóż miecz — powiedziała, starając się, by brzmiało to spokojnie, ale głos jej drżał. — Twoja śmierć nic tu nie wskóra. Na Atlantydzie nie będę walczyć, nie tak, jak myślisz.
To właściwie CO ona zamierza zrobić...?

Jeśli naprawdę mnie kochasz, ustąp i zostań tutaj, a gdy będzie po wszystkim, wróć do swego ojca, obowiązków, zapomnij, że znałeś mnie kiedykolwiek.
Księżniczka podeszła powoli do Liaama, nie przestając patrzeć mu w oczy, wyjęła delikatnie miecz z jego dłoni, po czym kiwnęła głową.
— Tak będzie najlepiej — szepnęła.
W tym samym momencie podszedł do nich mag.
— Myślę, księżniczko, że musimy omówić jeszcze kilka rzeczy, nim udasz się na wyspę.
Meihna poszła za nim do jaskini, zostawiając Liaama samego na otulonej przez morze skale. Nie odwróciła się. Tak było najlepiej...
Iii już się tobą więcej nie zajmujemy, Liaamie, bo na dobrą sprawę to jesteś mało ważny. Do zobaczenia w scenie, w której Meihna będzie musiała się mieć do kogo przytulić!

Jednorożec podszedł do Meihny, tyrpiąc głową jej rękę i tym samym domagając się pogłaskania. Dziewczyna wsunęła palce w jego białą grzywę, rozkoszując się jej aksamitną miękkością i uspokajającym śnieżnym kolorem.
Chyba już nie takim śnieżnym, biorąc pod uwagę fakt, że od początku podróży (ba, całej książki!) nikt go ani razu nie szczotkował.
Może to model samoczyszczący.

Patrzyła na maga, mag patrzył na nią i żadne z nich nie zamierzało rozpocząć rozmowy. Nie teraz, kiedy zrobiło się tak cicho i przyjemnie, tak niezwykle spokojnie. W końcu to miała być ostatnia spokojna chwila Meihny.
Pocelebrujmy tę chwilę jeszcze przez pięćdziesiąt wersów...

Ostatecznie dziewczyna ocknęła się.
— O czym chcesz porozmawiać? — spytała starca, zajętego właśnie czochraniem puszystego futerka łaszącej się do niego kuny.
Och, no nie wiem, może o pogodzie?
Nie żeby jakaś wielka katastrofa się zbliżała czy coś...
Sucho ma ta palma, no.

Meihna podeszła do maga, usiadła obok niego i spojrzała mu wyczekująco w oczy.


Starzec pogładził niespiesznie swoją siwą brodę.
— Mniemam — zaczął powoli — iż słyszałaś legendę, jaką pozwoliłem sobie przekazać ludziom, kiedy wróciłem z Atlantydy.
Meihna zastanowiła się.
— Tę o koniu? O rumaku bogów?
Oho. Czyżby Meihna miała wrócić na Atlantydzie na grzbiecie boskiego konia?

W ramach przypomnienia: legenda mówiła o boskim koniu, którego życie i siła były zależne od trzech jabłonek. Bóg, który wygrał zawody w poskramianiu konia, w nagrodę poślubił jedną z jabłonek. Jakiś bliżej nieokreślony bóg w gniewie ściął drugą jabłonkę, a koń zaczął opadać z sił. Wtedy przyszedł do niego kolejny nieokreślony obcy jeździec i zmusił rumaka do posłuszeństwa. I tyle. 

— Tę samą. Oczywiście nie płaczę perłami, to określenie w przenośnym sensie przypominało, jak powstają te wspaniałe klejnoty. Dzieci mórz...
Księżniczka spojrzała szybko na maga.
— Dzieci mórz? Ta nazwa...
— Tak, Meihno. Zaraz ci wytłumaczę. Myślę, że ktoś tak inteligentny jak ty, zorientował się, iż rumak w legendzie symbolizuje...
— Atlantydę? Tak, myślałam o tym. Wszystko układało się w logiczną całość.
W co musimy uwierzyć na słowo, bo gdy zaczniemy myśleć, okaże się, że wcale tak nie jest.
Oczywiście, że Meihna była tak inteligentna, by wyłapać to cudowne powiązanie...

— Ale na pewno było coś, co wzbudziło twoje wątpliwości. Coś niewyjaśnionego, może trudnego do zrozumienia? Oczywiście oprócz faktu, że legenda bardzo wybiegała w przyszłość.
Wiemy, że w trailerach to brzmi szalenie epicko, jak narrator niskim głosem burczy, że „legendy mówią o nadejściu kogoś tam”, ale generalnie to legendy mówią o tym, co BYŁO, są podkoloryzowanymi wersjami jakichś wydarzeń historycznych albo całkiem zmyślonymi opowieściami o przeszłości.
Ałtorka, która tak „świetnie porusza się w przestrzeni mitów” chyba o tym wie, co nieee?

Meihna – jako szalenie bystra i mądra osóbka – kojarzy, że trzy jabłonki z legendy o koniu mogą być trzema Córkami Natury, o których mówił (wciąż bezimienny) perłowy mag tysiąc lat temu pierwszej królowej Atlantydy. Od momentu, gdy jedna z nich opuści Atlantydę, kraj miał pogrążać się w nieszczęściu. Oczywiście tą „jedną z nich” jest Zenora, a Meihna ponoć zna dwie z nich. Mam dziwne podejrzenia...

— Czy... Czy Zenora jest jedną z nich?
— Tak. To ona zmuszona została opuścić Atlantydę, co zabiło i ją, i królestwo. Umierając, próbowała jeszcze uratować wyspę, zaklęła więc swoją duszę w statek dryfujący u wybrzeży Atlantydy, ale to nie wystarczyło. Wygnana z królestwa, nigdy już nie mogła zejść na ląd
Well, duh? W końcu była statkiem?

— Kim była pierwsza Jabłonka?
— Pierwsza z Cór Natury żyła bardzo, bardzo dawno temu. Została małżonką pierwszego władcy Atlantydy, one zawsze kochały władców swojej wyspy
Wait, to one były śmiertelne? Czy to nie jest trochę, ale tak odrobineczkę, tyci-tyci bez sensu? Czemu ten perłowy mag (który żył jeszcze w tamtych czasach, żył przecież jeszcze PRZED powstaniem Atlantydy) nie powiedział, że te dziołchy trzeba przetrzymać na Atlantydzie bez względu na wszystko? To się nie trzyma...
Jak to nie?! Gdyby nie to, Meihna nigdy nie miałaby okazji wykazać się niesamowitą odwagą, godnym podziwu patriotyzmem (matriotyzmem? W końcu kapłani są be) i poruszającą głębią jej umysłu i duszy!
...No tak.

— Kim była ostatnia, Jabłonka? Ostatnia opiekunka Atlantydy?
Starzec wstał i wyszedł z jaskini. Nim to jednak uczynił, spojrzał na księżniczkę i dał jej znak, by poszła za nim. Liaam siedział na skale ze spuszczoną głową, starzec minął go bez słowa, po czym zaczął wspinać się po skałach, coraz wyżej i wyżej. Meihna zrobiła to samo
Liaam jest już traktowany jak rekwizyt.

— Jabłonki nie żyły jednocześnie, to nie było potrzebne, a nawet mogłoby okazać się zgubne. Jedna przyczyniła się do rozwoju Atlantydy, druga do jej upadku, trzecia zaś miała ją ocalić. Aby jednak sprawdzić, czy serce ostatniej opiekunki wyspy jest czyste i czy godna jest tego zadania, zabrano jej wrodzone moce i miłość do królestwa wynikającą z tego, że jest jego częścią, a nawet świadomość, kim jest. Musiała udowodnić, że mimo wszystkich przeciwności będzie w stanie walczyć o Atlantydę nie dlatego, że jest za nią odpowiedzialna, nie dlatego, że takie wyznaczono jej zadanie, ale dlatego, że rozwinie się w niej prawdziwa miłość do miejsca, w którym się urodziła, że będzie chciała za nie walczyć, cokolwiek się stanie... Meihno... Urodziłaś się jako człowiek, sama musiałaś sprawić, by twoja dusza stała się czymś więcej. Udało ci się. Nie chodzi o czary czy magiczne moce, ale o to, co masz w sercu. Teraz jesteś już nie tylko Jabłonką...
I tak oto merysujkowatości stało się zadość! Gratulujemy, Meihno, bardziej zajebista już być nie możesz! Brawa, brawa!
Reakcja prawdziwa:


— Ja... — zaczęła cicho. — Ja nie mogę... Ja nie umiem...
— Umiesz, Meihno. Udowodniłaś to już dużo razy. Sama doszłaś do wszystkiego, nasza pomoc polegała wyłącznie na pokazaniu ci kilku sztuczek.
— Tak... sztuczki... Nie umiem władać żywiołami, a...
— Nie bój się. Umiesz.
Patrz mię na usta: jesteś Mary Sueee. Istnieje nawet duże prawdopodobieństwo, że przeżyjesz, mimo że według wszystkich przepowiedni i zdrowemu rozsądkowi powinnaś iść na dno razem z Atlantydą.

— Nie bój się. Umiesz.
— Ale ja przecież... — Meihna wyglądała na zdezorientowaną. — Ja zostawiłam Atlantydę! Chciałam ją ratować, musiałam ją zostawić!
A co ma piernik do wiatraka?

Starzec uśmiechnął się ciepło.
— Nie, moja droga. Ty nigdy jej nie zostawiłaś.
Aha, to, że trzeba było wygłosić powyższą kwestię. A że gadka Meihny nijak się ma do jej przemowy do Liaama sprzed paru minut to nie ma już najmniejszego znaczenia.

Wyciągnął ku dziewczynie dłoń, na której spoczywała spokojnie dobrze jej znana perła. — Weź ją — powiedział.
Księżniczka ujęła niepewnie klejnot. Natychmiast przeszył ją ciepły strumień energii, poczuła, jak coś nieokreślonego przechodzi przez jej ciało, od koniuszków palców, przez brzuch, serce, stopy, aż do głowy. (...)
— Dusza Atlantydy była cały czas z tobą.
Tak! Jestem jasnowidzem! Mówiłam, że okaże się, że Meihna miała wszystko ze sobą przez cały czas, mówiłam! No, to idę założyć sobie jakiś numer 0-700 dla frajerów, którzy będą chcieli, by im powróżyć. ^^

— Dusza Atlantydy była cały czas z tobą. Teraz nabrałaś mocy, by ją uwolnić. Odwróć się, proszę.
Księżniczka spojrzała szybko za siebie. Jej oczom ukazał się rumak o spienionym pysku, uderzający ze zniecierpliwieniem kopytami o skałę. Jego czarna grzywa falowała na wietrze niczym sztandar wolności i piękna, nozdrza pracowały intensywnie, ogon podniesiony z podekscytowania i rozpierającej ogiera energii uderzał to o jeden, to o drugi bok zwierzęcia jak fala atakująca brzeg. Kiedy rżał, rżenie to wchodziło z Ziemią w rezonans, jakby wydobywało się z jej głębi, z trzewi, z podbrzusza, jego sierść, czarna jak noc, odbijała światło słońca blaskiem dwa razy silniejszym, piana z pyska skapywała do morza, wzniecając fale, które na znak solidarności z boskim zwierzęciem również się pieniły.
A tu kolejny raz w oczy rzuca się drastyczne rozróżnienie na konie – głupiutkie chabety do zajeżdżania na śmierć oraz konie – boskie istoty z legend.
Swoją drogą, czy ta „piana u pyska” to według Michaśki jakiś wskaźnik urody albo wspaniałości? No to my pędzimy z wyjaśnieniem: pianę u pyska ma koń zmęczony. I co, Meihna będzie pruć na Atlantydę na skrajnie wykończonym rumaku?
Mam cichą nadzieję, że ten konik zrobi to, co robił koń, na którym kiedyś często jeździłam w stadninie: jak tylko Meihna z niego zejdzie, to on śśślurp – wytrze się obślinionym pyskiem o jeźdźca. ^^
No, wtedy już nie będzie jej się wydawał taki wspaniały. ;P

Mag ukląkł i pochylił głowę. — Dziecko bogów... Ukochane dziecko bogów.
— To jest dusza Atlantydy? — Meihna nie mogła oderwać oczu od zwierzęcia.
— Jedna z jej postaci. Koń. Symbol wolności. Wolność jest tym, czego wyspa potrzebuje teraz najbardziej, dlatego jej dusza przybrała postać rumaka.
Kiepsko, gdyby okazało się, że Atlantyda potrzebuje zapasów jedzenia i dusza Atlantydy przybrałaby postać ławicy sardynek.

Meihna spojrzała na rumaka, ich oczy spotkały się. Wyciągnęła niepewnie rękę, dotykając nią z szacunkiem ciepłych chrap, gładząc szyję. W jednej chwili poczuła, że staje się jednością ze zwierzęciem, że jej dusza staje się częścią jego.
Ach i och. Mogłabyś mieć taki stosunek do wszystkich zwierząt, nie tylko tych ślicznych i magicznych. -.-

Popatrzyła na Liaama siedzącego smutnie u podnóża skały, wpatrującego się w dal. Wiedziała, że widzi go po raz ostatni, ale pierwszy raz, myśląc o tym, nie poczuła rozżalenia ani niesprawiedliwości.
Nie szkodzi, i tak nie spodziewaliśmy się po tak samolubnej materialistce żadnych ludzkich uczuć.

— Odpowiedz mi na ostatnie pytanie — zwróciła się do maga. — Dlaczego właśnie ja? Dlaczego nie Menros? Dlaczego nie Tyncjon?
Starzec westchnął.
— Jesteś kobietą. Tylko kobiety potrafią wsłuchać się w swoją duszę, to coś, czego mężczyźni nigdy nie będą umieli. Oni uczą się, walczą, polują, żeby wykazać swoją wartość, ale wy? Wy żyjecie w symbiozie z Ziemią. Same jesteście jak Ziemia...
O wszystkich wielkich filozofach i poetach na ten moment zapominamy, by nas szlag nie trafił.
Uwaga, idzie suchar. Sokrates była kobietą! I Leśmian też była kobietą!

Meihna zamknęła oczy. Wsłuchała się w szum fal, w pieśń wiatru, w cichy oddech konia. Dała znak zwierzęciu. Była gotowa.
A jaki jest znak na popędzenie konia, to już aŁtoreczka nie wie. :3
Niech no ja jeszcze usłyszę tekst, że ona „kocha konie”...

Koń z Meihną na grzbiecie pocwałował po powierzchni oceanu w siną dal. Ponieważ do tej pory było to „morze”, mamy podejrzenia, że aŁtorka po prostu stosuje te słowa zamiennie, jak było w przypadku łąki i polany. W każdym razie po jakimś tam czasie galopowania wśród pieśni wiatru i innych mistycyzmów docierają na miejsce.

Pozwolił Meihnie zeskoczyć na ziemię, odsunąć się kilka kroków, po czym podniósł łeb, wielki a piękny
*parsk*

Śnieg stopniał całkiem, nie było już po nim śladu, dzień był ciepły i wyglądał raczej na późną wiosnę niż środek zimy, choć oczywiście drzewa wciąż nie miały liści. Pojawiły się jednak gdzieniegdzie pączki, co zazieleniło nieco krajobraz.
*siada w kwiat lotosu i medytuje przez chwilę* Dobrze, jestem spokojna... Jeszcze ostatniej nocy, w tej samej dobie, na Atlantydzie panowała całkowita zima i trzaskający mróz. Nagła obecność wiosny to tak oczywisty Imperatyw Opkowy, że chyba nie muszę tego komentować.
Na tamtej wyspie zresztą było to samo. „U nas jest zima, ale bez śniegu” – bo jeszcze trzeba by pomyśleć o wszystkich problemach, jakie sprawia zimowa pogoda i je *gulp* opisać!

Koń zmienia się w strumień i tyle go było widać. Meihna bezzwłocznie leci do wioski i każe totalnie zaskoczonej Nice uciekać z wyspy. Podobno Aro-Gant wprowadził rządy twardej ręki i podbił Atlantydę przy pomocy jej własnych latających maszyn (których, swoją drogą, nie spodziewam się zobaczyć), a ludzie w wiosce NIC nie wiedzą? Bez komentarza.
Następnie biegnie do pałacu i w drodze do komnaty Teriny nagle „zatrzymuje ją jakaś niewidzialna siła” i... Meihna pała nagłą miłością do wszystkiego, co znajduje się w ogrodzie
(który powinien być zniszczony – Meihna przecież widziała jego wizję) i całuje drzewa, głaszcze staw, leczy ławkę, z której Majonez wyjął szmaragd liściem i takie tam hippisowskie rzeczy. Potem zmienia się w kruka i wlatuje do pałacu. Na korytarzu czuje duchy przodków, mizia ściany, blaaaa...

Meihna podbiegła o matki, uklękła przed nią i złapała ją za rękę.
— Matko! Musisz uciekać z Atlantydy. Naprawdę, nie możesz tu zostać.
Królowa westchnęła.
— Tak, wiem. W porcie czeka już statek, który zabierze mnie z powrotem do Egiptu. Powinnam już iść.
I oni wszyscy mówią o tym tak spokojnie... Dzisiaj w nocy rozpęta się wielka wojna, która całkowicie unicestwi nasz kraj, ale w sumie zanim uciekniemy, zdążymy jeszcze rozegrać partyjkę szachów.

— Popłyniesz z ludźmi Aru-Ghaana? — Patrzyła na matkę uważnie. Królowa pokręciła głową.
— Nie, on nic o tym nie wie. Statkiem kierować będzie jeden z moich niewolników
JEDEN niewolnik? Całym statkiem? I skąd go wytrzasnęła? Jak jej się to udało w tajemnicy przed „geniuszem podstępu” Aro-Gantem?
Jeszcze tylko kilka stron, wytrzymaj...

Statkiem kierować będzie jeden z moich niewolników, w Egipcie nie wrócę do rodziny, nie zechcą mnie. Będę prowadzić życie zwykłego człowieka.
— Będzie ci ciężko, nie jesteś do tego przyzwyczajona. Zawsze żyłaś w pałacu.
— Jakoś sobie poradzę... A ty? Dokąd się udasz? Nie zostaniesz tu przecież!
Meihna odwróciła wzrok. Matka dotknęła jej policzka.
— Płyń ze mną, spodoba ci się w Egipcie. Spróbujemy żyć.
— Nie, ja... mamo... Ja mam już gdzie pójść.
Kira uśmiechnęła się smutno.
— Mam tylko nadzieję, że będziesz szczęśliwa — szepnęła.
Matka. Do córki.
- Mamo, idę na niechybną śmierć z rąk stu armii, które zniszczą kraj.
- Dobrze, córciu, tylko umyj ząbki.
ŁAT DE FAK?!


— Chcę ci coś dać — powiedziała, po czym ściągnęła z palca pierścień z ametystem i wręczyła go córce. — Dostałam go od twojego ojca. Teraz należy do ciebie, pamiętaj, kim jesteś. Nigdy nie zapomnij swojego świata, gdziekolwiek się znajdziesz. Tu się urodziłaś i to tu na zawsze pozostanie twój dom.
Od tej chwili sprawa dla mnie jest jasna – Meihna nie zginie, mimo wcześniejszych zapewnień. Nawet jednorożec nie zginął po opuszczeniu Atlantydy, jak było mu przepowiedziane, nie ma co mieć więcej złudzeń.

jak małe dziecko zarzuciła jej ręce na szyję i wybuchnąwszy szczerym płaczem, wtuliła się w nią, nie zważając na to, że jej nie wypada. Kira, chwilowo oszołomiona taką wylewnością, po chwili objęła córkę i głaszcząc ją czule po głowie, zaczęła nucić cicho piosenkę, kołysankę, którą śpiewała jej dawno temu.
Już to mówiłam ostatnio przy Eragonie, ale muszę się powtórzyć: „kołysanka” brzmi zarąbiście w tytule soundtracku. I na dokładkę do tej książki JEST dołączony soundtrakck... (odsyłam do pierwszej analizy).
Może powinnyśmy sobie teraz zapuścić tę piosenkę, tak dla nastroju? ^^
NIE.

Meihna biegnie do Teriny i każe jej natychmiast znaleźć jakiś statek, niewolników i uciekać razem z dzieckiem. Nikt nie kwestionuje tego, jak ma tego dokonać sama, otoczona wrogami i w przeciągu pół dnia, więc i my nie będziemy, bo już nam się zwyczajnie nie chce.


— I bez ciebie zginie dużo ludzi, twoja śmierć nic nikomu nie da, a wręcz odwrotnie. Ja nie mogę zaopiekować się twoim dzieckiem, bo przecież jestem tu Główną Bohaterką i to na dokładkę Młodą i Piękną, a nie dzieciatym mazgajem takim jak ty, który nawet nie umie się przeciwstawić dwa razy silniejszemu od ciebie uzurpatorowi-gwałcicielowi.

— Aragos wypływa już teraz. — Terina spojrzała na księżniczkę.
Meihna skrzywiła się.
— To on żyje?!
— A dlaczego miałby nie żyć? Ma się całkiem dobrze, opróżnił skarbiec, zabrał wszystkie księgi, latające maszyny i projekty. Jest teraz posiadaczem wszystkich tajemnic Atlantydy. (...)
— Dobrze, dobrze... Nie dobrze!!! On nie może zabrać niczego z Atlantydy!
To miało być komiczne...?
*bezradnie wzrusza ramionami*

— Dobrze, dobrze... Nie dobrze!!! On nie może zabrać niczego z Atlantydy!
Księżniczka wybiegła z pałacu i popędziła do portu, gdzie statki Aru-Ghaana odbijały już od brzegu. Niewiele myśląc, skoczyła na jeden z nich i zaczęła rozrywać znajdujące się na nim wory. Od razu na pokład wysypały się monety, klejnoty, złoto. Było tego tak dużo, że nie sposób było wynieść tego niepostrzeżenie, Meihna widziała więc tylko jedno wyjście. Wzleciawszy w powietrze, wypatrzyła statek, którym podróżował Aru-Ghaan, wylądowała na nim, po czym zakradła się do stojącego na dziobie mężczyzny, trzymającego w rękach niewielką maszynę i bawiącego się jak dziecko jej częściami. Gwałtownie złapała go za szyję i przycisnęła do masztu.
— Jeszcze żyjesz?! — spytała z wściekłością. — Myślałam, że już uporałam się z tobą!
Mrugnęłam. Co się stało?
Niewielka maszyna... Google proponuje to. Na mój gust wygląda na ciężkie.

Aru-Ghaan uśmiechnął się.
— Więc jednak przyszłaś? Cudownie.
— Nie do ciebie, ty plugawy szczurze! Przyszłam po własność Atlantydy!
I na rączkach wyniesiesz te wszystkie skarby, tak?


— To smutne, bo... raczej ci jej nie zwrócę! — Mężczyzna machnął w powietrzu ciężkim, złotym berłem, Meihna uchyliła się od ciosu. Złapała duży, wysadzany kamieniami talerz i niczym tarczą zaczęła odpierać nim atak Aru-Ghaana, który szaleńczo uderzał w nią na przemian berłem i mieczem. Włosy rozwiały mu się na wietrze, oczy zaświeciły okrutnym, chorym blaskiem, a usta rozciągnęły w złowieszczym, drwiącym uśmiechu.
*kwiczy, wyobraziwszy sobie tę scenę i Meihnę osłaniającą się talerzem przed mieczem*
Wszyscy już chyba wiedzą, jaką bronią powinna dysponować królewna. ^^

Nagle poczuła, że opiera się o burtę, nie miała już gdzie uciec. Rzuciła więc talerzem w Aru-Ghaana
Mam przed oczami sceny z kreskówek...

Meihna biega po statku, odwiązuje worki wypełnione kosztownościami i dokumentami i wyrzuca je do morza, a Aro-Gant w tym czasie nabawia się okropnego Imperatywu i jest w stanie tylko ryczeć z wściekłości. W końcu, kiedy nadchodzi odpowiedni moment, dopada Meihnę.


— Byłem dla ciebie zbyt dobry! — wysyczał, a jego twarz nie sprawiała wrażenia twarzy człowieka zdrowego na umyśle. — Już dawno trzeba cię było zabić!
(...)
Meihna spojrzała na otwartą skrzynię, leżącą na drugim końcu statku. Stał w niej model kosmosu, ten sam, który latem pokazał jej Tyncjon. Jeżeli było coś, o czym ludzie nie powinni się dowiedzieć, jeszcze nie teraz, to był to właśnie fakt, że Ziemia jest tylko jedną z planet, nie bardzo liczącą się w świecie.
No to cię zmartwię: pierwszy raz teorię heliocentryczną sformułował Arystarch z Samos w III wieku przed naszą erą, tak więc ludzie nie byli wtedy tacy głupi, jak byś chciała, by byli.

Model układu słonecznego nagle strasznie interesuje Aro-Ganta i oboje zaczynają się przepychać. Aro-Gant wygrywa i pierwszy go bierze, mimo że przyznaje, że nawet nie wie, co to jest. Meihna łapie jakiś kielich i rzuca nim Aro-Gantowi w twarz, co go automatycznie pozbawia przytomności (Dżizas...), a następnie rozbija model. Potem przemienia się w orła, łapie wór pełen ksiąg i pamiętników królów i wyrzuca go do morza. Ja wiem, że orły to duże i silne ptaki, ale nie wyobrażam sobie nawet największego orła na świecie, który byłby w stanie dźwignąć coś tak wielkiego i ciężkiego.
Przynajmniej TEN orzeł nie ma problemów z oddychaniem. ^^

Wylądowała przed wejściem do lochów, było to ostatnie miejsce, które musiała odwiedzić. Słońce wisiało już nisko nad ziemią, płonąc czerwienią i pomarańczem na tle różowofiołkowego nieba i najwyraźniej zamierzało już lada chwila zniknąć za horyzontem, czasu zostało więc bardzo, bardzo niewiele.
Bardzo niewiele czasu? To gdzie te setki armii?! Powinny już być widoczne na oceanie!
W decydującej chwili wyskoczą jak diabeł z pudełka i zrobią: a kuku!

Na szczęście wszyscy strażnicy Aru-Ghaana opuścili wraz z nim wyspę i lochy pozostały niestrzeżone, nie było więc utrudnień w dostaniu się do nich. Księżniczka podniosła rzucone na ziemię przez strażników klucze do krat i weszła do więzienia
Cóż za wspaniały zbieg okoliczności. *headdesk*

W lochach został tylko Mojnes. Histeryzuje, że to wszystko jego wina i zostanie na Atlantydzie w ramach pokuty. Zirytowana jego uporem Meihna traci cierpliwość i wygarnia mu, że owszem, to jego wina i że jest rozkapryszonym bachorem. Nagle zdaje sobie sprawę z tego, co powiedziała, ale już za późno. *TU-DUDU-DUMM*


Dziewczyna wyciągnęła do niego ręce, ale on, zmarszczywszy czoło, wbiegł po zrzuconej do lochu drabinie i zniknął z pola widzenia księżniczki, nim ta zdążyła go zatrzymać.
Pamiętacie, że jeszcze niedawno był ledwo żywy i konający z głodu? Ja też. I bardzo, ale to bardzo mnie wkurwia ta niekonsekwencja.

I tu w końcu zbliżamy się do upragnionego końca... Zapada noc i Meihna idzie na plażę wypełnić swe przeznaczenie, a my raczeni jesteśmy kilkoma Złotymi Myślami z ostatniej chwili.
Nic już nie mogło jej rozproszyć, zmierzała zdecydowanie do miejsca, gdzie miała wypełnić przeznaczoną jej misję. Każdy ma jakąś misję, choć nie zawsze zdaje sobie z tego sprawę, każdy jest częścią pewnego planu, który bez niego nie byłby kompletny.

Kiedy dotarła na plażę, zaczęła wspinać się po skałach, wśród których ukryta była jaskinia Zenory. Wiedziała, że powinna znaleźć się tak wysoko, jak to tylko możliwe.
I wiedziała, że choć wokół wszystko jest straszliwie niebezpieczne, to tak naprawdę nic jej nie grozi...
Ten motyw przewijający się przez całą książkę naprawdę mnie wkurzał.

Meihna spojrzała wokoło, na Atlantydę, na jej tajemnicę
AAARGH! Kurwicy dostanę, jak jeszcze raz zobaczę to słowo!

Meihna wygłasza zaklęcie i z całego tego metafizyczno-hippie-bełkotu wynika, że „usypia” Atlantydę do czasu, aż ludzie znów będą kochać kwiatki i będą dobrzy. Wiecie, to dość naiwne myślenie, że kiedyś było tak cudownie i w ogóle, a teraz jest be, zło, głupota ludzka i w ogóle. Prawda jest taka, że „źli” i „głupi” ludzie żyli w każdej epoce i w każdym miejscu. Nawet na Atlantydzie, jak widać, a najlepszym przykładem jest Meihna.
Nie przedłużaj tej jakże dramatycznej chwili, zobaczmy, cóż stało się dalej!

Nagle poczuła, jak gdzieś w głębi jej jestestwa coś zaczyna się dziać, rosnąć, nabierać mocy tak wielkiej, że sama nie byłaby już w stanie jej powstrzymać. (...)
Kiedy Meihna czuła, że nie da rady wystać dłużej, zobaczyła nagle ogromną ścianę wody podnoszącą się powoli z oceanu, tak wielką, że zakryła sobą całe niebo. Księżniczka trzymała jeszcze chwilę, po czym, jęknąwszy, opuściła ręce. Wodospad runął na wyspę olbrzymim cielskiem, zalewając ją niemal w całości, pozostawiając nietknięte jedynie miejsce, w którym stała Meihna.
Gratulujemy dokonania największego ludobójstwa w dziejach starożytności: Meihna zatopiła całą wyspę pełną ludzi, z których odesłała tylko garstkę, która i tak zginie, gdy do ich statków i łódek (serio, czym innym mogłaby uciec ta dziewczyna z wioski?) dotrze fala tsunami wywołana tak nagłym przemieszczeniem się ogromnych mas wody, która następnie podąży do innych najbliższych lądów zabijając kolejne tysiące istnień. Nie wspominając o tych wszystkich zwierzętach, które żyły na Atlantydzie... Doprawdy, Meihna dokonała najlepszego możliwego wyboru! <3

Meihna odetchnęła chwilę, po czym stworzyła kolejną falę, jeszcze większą niż poprzednia, która zatopiła jeszcze więcej lądu, znowu oszczędzając skałę księżniczki. Dziewczyna, choć ledwo stała, a ręce bolały ją bardzo, zebrała siły i wzniosła kolejną ścianę wody.
To już trzy fale tsunami! Okoliczne kraje się ucieszą.

Meihna wyczerpana upadła na kolana, próbując złapać oddech. Patrzyła, jak wspaniałe królestwo pogrąża się w otchłaniach oceanu, jak ludzie uciekają w popłochu łodziami, zabierając zwierzęta i dobytek.

Kurwa, serio?! To jest zbyt głupie, by mogło być pisane na serio! To jakaś, kurwa, kpina jest!!! Cała chędożona wyspa (wielkości KONTYNENTU) poszła na dno oceanu zalana tonami wody, a dopiero PO tym wszystkim ludzie jeszcze w ogóle ŻYJĄ?! Są w stanie zabrać na jakiekolwiek ŁODZIE jakikolwiek DOBYTEK?!!!
Jak Winky używa więcej niż jednego wykrzyknika, to znak, że jest naprawdę źle.

Niebo, zasnute czarnymi chmurami, rozdzierane było co jakiś czas przez ostrza błyskawic, i tylko księżyc trwał niezmiennie srebrny, spokojny, niewzruszony.
Czarodziejski księżyc świecący przez gęste burzowe chmury, tylko na Atlantydzie!

Meihna wyczarowuje ostatnią falę i idzie na dno wraz z nią (tak – jest napisane, że królewna uderza o DNO OCEANU).


Nieraz już tonęła, znała więc dobrze wszystkie etapy tego stanu, od panicznego strachu, przez zdezorientowanie, aż do kompletnego spokoju i beznamiętnego obserwowania, jak zaczyna brakować powietrza, dźwięki stają się ledwo słyszalne, jakby za ścianą, wzrok traci ostrość, powieki poruszają się wolniej.
Najpierw panika, potem dezorientacja? „O mój Boże, tonę, zaraz umrę!” i dopiero po chwili „Gdzie ja właściwie jestem...”?
Dobra, nieważne... Tu jest więcej durnot, których można się uczepić. JAK NA PRZYKŁAD TA POWYŻEJ!

*pędzi galopem po melisę*

Księżniczka zamknęła oczy... zamknęła oczy... zamknęła oczy...
Trzy razy... trzy razy... trzy razy... *uderza mocno* Kurde, znowu się ustrojstwo zacina.

Meihna – bez żadnego wyjaśnienia jakim cudem uratowano ją z samego dna, kurwa, oceanu – budzi się na kolejnym czarodziejskim statku przy magu i Liaamie, który:
ociekając wodą, patrzył na nią z uwielbieniem i kiedy spojrzała na niego oszołomiona, ujął jej rękę i złożył na niej uroczysty, pełen namaszczenia pocałunek, po czym uśmiechnął się uspokajająco.
Już ją znów lofcia, puściwszy w niepamięć to, jak został przez nią potraktowany...

Mag ukłonił się księżniczce z uznaniem.
— Brawo, moja droga — powiedział. — Myślę, że zasłużyłaś na długie, wspaniałe życie.
Nie. Jesteś tępą suką i ludobójczynią, czego by o tobie nie pisali. Umrzyj.

Meihna popatrzyła najpierw na starca, potem na Liaama i znów na starca. Jednorożec podszedł do niej i tyrpnął ją przyjaźnie głową.
Ty też, ty zmutowany kozo-konio-koto-pso-rożcu, i nie wkurwiaj mnie więcej tym „przyjaznym tyrpaniem”! To jest oksymoron!

Ostatni fragment książki jest tak piemkny, że nie pożałuję wam i zacytuję go w całości:


Meihna stała przy burcie statku sterowanego za pomocą magii czarownika i patrzyła tęsknie na ocean.
— Jeszcze wczoraj istniała tam... — szepnęła.
Liaam objął dziewczynę.
— Ocaliłaś ją. Dzięki tobie nie zginęła, jej dusza wciąż jest żywa. Skąd wiedziałaś, co musisz zrobić?
— W czasie naszej podróży spotkałam dziwne istoty... Jedna z nich powiedziała mi, abym schowała to, co kocham. Schowałam... Teraz świat musi o niej zapomnieć, dla jej bezpieczeństwa. Niech myślą, że była tylko cudowną legendą... Tak będzie najlepiej...
Mag podszedł do nich i spojrzał badawczo na Meihnę.
— Co w takim razie napisane było w jaskini Zenory? Wiem, że dane ci było odczytać te słowa.
Dziewczyna uśmiechnęła się.
— I tak wiele tajemnic zostało wyjaśnionych — powiedziała cicho. — Niech ta pozostanie sekretem. Na zawsze...

O mój Boru, KONIEC.

Muszę powiedzieć jedno: ta książka jest niesamowita. Z jednej strony doprowadza do szału i skłonności samobójczych, a z drugiej jest tak nieprawdopodobnie zła, że aż jej lektura staje się fascynująca. To wprost nieprawdopodobne, że ktoś zgodził się wydać tę książkę w takiej formie, w dodatku nietkniętą przez jakąkolwiek korektę, bez żadnej redakcji. Ta książka nie jest dobra nawet „jak na piętnastolatkę”, Paolini też pisał „Eragona” w wieku piętnastu lat i jego potwór jest – mimo wszystko – nieporównywalnie lepszy. Mimo to zachęcam, byście osobiście zapoznali się z „Dzieckiem gwiazd”. To jedna z tych rzeczy, które trzeba zobaczyć, by uwierzyć.

Miałam na koniec zadawać pytania o wszystkie niewyjaśnione nieścisłości, ale jest ich zbyt dużo, więc ograniczę się tylko do kilku - o błędach i nielogicznościach tej książki można napisać pracę magisterską.
 
1) Liaam okazał się księciem królestwa o którym usłyszeliśmy pierwszy i ostatni raz. Po co? Nie wniosło to do opowieści kompletnie niczego.
2) Wszystko, co opuściło Atlantydę, miała czekać śmierć - tak też miało być z jednorożcem. Nic mu się nie stało. Po co więc to przedramatyzowane pierdzielenie? Po co w ogóle jednorożec ISTNIAŁ? Też nic nie wniósł do powieści poza tym, że był - ach i och - jednorożcem, pupilkiem królewny.
3) Znaki Zenory w jaskini. Jakim cudem Meihna nagle nauczyła się je odczytywać?
4) Dlaczego te całe Córy Natury były śmiertelne, dlaczego perłowy mag z takim spokojem opowiadał o tym, że jedna miała Atlantydę zniszczyć? Gra się toczyła o tysiące ludzkich istnień, czy nie powinni próbować tego powstrzymać? 
5) Na Atlantydę miały przybyć setki armii - nie zobaczyliśmy nawet jednego wojownika na horyzoncie.
6) Cały świat Atlantydy jest całkowicie pusty: można odnieść wrażenie, że to wielkie królestwo składa się wyłącznie z rodziny królewskiej i jednej wiochy na odludziu. 
 
A to zakończenie po prostu pozbawiło mnie jakichkolwiek złudzeń, że ktoś się przy tym w ogóle starał: kiedy aŁtorce się przypomina, że to powinno mieć jakąś fabułę, akcja zaczyna pędzić na łeb, na szyję, a logika w całym tym zamieszaniu gdzieś ginie – zapewne utonęła razem z Atlantydą. Jeśli Michaśka nadal ma zamiar pisać i wydawać i jeśli jej twórczość nadal będzie wyglądać tak, jak ten debiut, to wróżę jej jeszcze wiele analiz na tym blogu (tak, "Zaklętą" też kiedyś zanalizuję). Ale na razie potrzebuję długiej rekonwalescencji...