Czarne owce literatury czyli analizy ZŁYCH książek: Cudowne Dziecko, czyli opowieść o Michali... tfu, Meihnie, część 13

wtorek, 2 października 2012

Cudowne Dziecko, czyli opowieść o Michali... tfu, Meihnie, część 13

To jest to. Nadszedł czas. Najwyższy czas, by ostatecznie rozprawić się z dziełem, jakim jest "Dziecko gwiazd. Atlantyda". Zapnijcie pasy, bo będzie się działo. Zakończenie przeszło moje najśmielsze oczekiwania, osiągając szczyty głupoty, które wydawały mi się niemożliwe. Nie przedłużajmy zatem tego momentu: do dzieła!






Przeskakujemy do świtu, który zwiastuje, że Meihna (a raczej jej dusza, do jasnej cholery) zaraz zniknie z Atlantydy. Oczywiście, nie wiemy, czy królewna odczytała znaki w jaskini, co z nich odczytała i co z tego wynika. W każdym razie Meihna budzi się koło perłowego maga.

— Czy zrobiłaś to, o co cię prosiłem? Dowiedziałaś się czegoś?
— Tak... Muszę tam wracać, inaczej dziś w nocy stanie się coś strasznego!
— Oczywiście.
Wait a second, przed chwilą była mowa, że drugi raz eliksir może nie zadziałać. I czy zrobienie nowego nie zajmuje całej nocy? No bo chyba nie popłyną na Atlantydę wpław, jakim cudem mieliby zdążyć przed nocą?
Ojtam, ojtam. Pierdołami się będziesz przejmować. Ałtorka się nie przejmowała, to czemu my mamy sobie zawracać głowę?

— Oczywiście. Spotkałaś Nitrusa?
Meihna nachmurzyła się, pamiętała już wszystko dokładnie.
— Opowiedział mi historię Zenory, dużo zrozumiałam.
— Taki właśnie był cel twojej podróży. Teraz wiesz już prawie wszystko, choć jest jeszcze kilka tajemnic, nierozwiązanych zagadek, z pozoru niemających z sobą nic wspólnego, a jednak wyjaśnione składają się w jedną logiczną całość.
Nie. Ja na przykład nie rozumiem nic. Ale wszystkie pytania będę zadawać na koniec, bo a nuż, a widelec coś się JEDNAK wyjaśni.

— Dane mi będzie poznać odpowiedzi na nie?
— Tak. Nie na wszystkie, ale obiecuję ci, że dowiesz się wiele o sobie.
No tak, bo ze wszystkich „tajemnic” tej książki najbardziej mnie interesują niuanse dotyczące tej hołubionej przez całą książkę srólewny...

Meihna wyprostowała się.
— Będę odważna! — obiecała. — Muszę być! Zgaduję, że tym razem nie wyślesz mnie na Atlantydę za pomocą snu.
— Nie. Tym razem będziesz potrzebowała ciała i duszy. Musisz w pełnej postaci stawić czoła temu wyzwaniu.
Pff, jako sama tylko i wyłącznie dusza całkiem nieźle radziła sobie ze wszystkimi fizycznymi aspektami.
A ja ciekawa jestem, jakim magicznym sposobem teleportuje Meihnę na Atlantydę i jaką wymyśli wymówkę, by jej nie towarzyszyć.
Ej, wait a second. Dlaczego mag nie dał Meihnie tego eliksiru na czas ostatecznej konfrontacji? Przecież to idealny sposób, by był wilk syty i owca cała: królewna spróbowałaby ocalić Atlantydę (sami widzieliśmy, że mogła robić wszystko) i czy by jej się udało, czy nie, po wszystkim i tak obudziłaby się w bezpiecznym miejscu. No tak, ale tu wkracza do akcji Imperatyw Opciowy, że eliksir nie zadziała drugi raz, bez żadnego wyraźnego powodu... Ale wychodzi na to, że powyższa wyprawa i tak nie miała sensu, bo Meihna wszystkiego mogła się dowiedzieć od pana perłowego.

Meihna kiwnęła głową, po czym wyciągnęła rękę do Liaama. Nie patrzyła na niego, chciała tylko poczuć jego ciepło.
— Chodź — powiedziała. — Muszę ci coś powiedzieć.
Dziewczyna wyszła z jaskini i stanąwszy na skale, zaczęła patrzeć na fale, mieniące się pomarańczowo od wschodzącego słońca. Liaam stanął obok niej i uśmiechnął się uspokajająco, czule.
Czułe uściski, uśmiechy, wschód słońca... Romantyzm aż bije po oczach.

Meihna tłumaczy Liaamowi, że zginie, a z niego po raz kolejny robiony jest totalny głupek, ślepo zapatrzony w swą idealną wybrankę.


Liaam spojrzał na nią z niepokojem.
— Wyrok? O czym ty mówisz?
— O przepowiedni. Wiedziałam, że muszę zginąć, zanim śmierć dosięgła mego ojca i brata, nie bałam się więc czyhających na mnie niebezpieczeństw, bo i tak znałam swoje przeznaczenie. (...) Kiedy się czegoś obawiałam, był to strach o Atlantydę, nie o mnie. Chciałam zdążyć ocalić wyspę. Dlatego szłam odważnie, nie zważając na własne bezpieczeństwo...
I na bezpieczeństwo innych przede wszystkim, samolubna dziuniu. A ta jej ustawicznie podkreślana wierność Atlantydzie brzmi dla mnie jak takie wmawianie czegoś na siłę. No ale naprawdę, serio, uwierz mi, tak właśnie jest, jak mówię...!

Dlatego szłam odważnie, nie zważając na własne bezpieczeństwo... Ale pojawiłeś się ty i wszystko się zepsuło.
Aha! A więc to wszystko wina Liaama! Głupi podnóżek...
Boru, jak ja mu współczuję za tak okropną kreację.

Teraz muszę ci powiedzieć, że nie zobaczymy się już nigdy więcej... Nigdy więcej.
Liaam patrzył na nią chwilę, jakby nie do końca rozumiał znaczenie jej słów, jakby nie chciał w nie uwierzyć. W końcu ukląkł przed nią, ujął jej dłonie i spojrzał głęboko w smutne, unikające go oczy.
— Nie zostawię cię! — szepnął, a zabrzmiało to tak, jakby nie było nic bardziej naturalnego jak dobrowolne pakowanie się w szpony śmierci. — Jeśli ty zginiesz, ja również. Nie mam zamiaru żyć bez ciebie.
*przewraca tylko oczami*

Meihna spojrzała na niego ze złością.
— Nie bądź niemądry! Chcę, żebyś żył!
— Ale ja nie chcę! Jak to sobie wyobrażasz?! Śmierć w walce jest lepsza niż ta z tęsknoty i miłości.
— Ach! Miłość kończy się wraz ze śmiercią jednego z kochających się ludzi!
— Tak uważasz? — Liaam spojrzał bacznie na księżniczkę.
Dziewczyna spuściła wzrok. Wcale tak nie uważała. Odwrotnie! Wiedziała, że to wcale nie jest prawda!
Liaam, na wszystkich Przedwiecznych, OLEJ JĄ, bez niej naprawdę będzie ci lepiej.
Co ty?! Bez Meihny cały świat pogrąży się w żałobie!

— Ale zgodziłaś się kiedyś, abym poszedł z tobą szukać maga?! — Liaam wyglądał na rozgoryczonego. — Wtedy nie zastanawiałaś się, że kiedyś będziemy musieli się rozstać?! Naprawdę myślałaś jedynie o Atlantydzie? To tylko wyspa, Meihno! Tylko nieczuły kawałek ziemi, nic więcej!
Meihna rzuciła mu lodowate spojrzenie.
— Nie mów tak — powiedziała ostro.
— Nie? Popatrz na siebie! Ważniejsza dla ciebie jest wyspa niż człowiek! Niż miłość...
— Nieprawda.
— Jeśli nieprawda, to zostań ze mną! Nie płyń na Atlantydę, ocal swoje życie!
— Nigdy nie zostawię Atlantydy!
— A mnie tak?!
Ee... Czy Michaśka zdaje sobie sprawę, JAK to brzmi? Jasne, że na zdrowy rozsądek Meihna nie ma szans zapobiec szykującej się rzezi, ale gdyby wyjść z tego rozkosznego założenia, że jednak ma, że tylko ona może ją powstrzymać: Liaam wyrzuca jej, że woli uratować TYSIĄCE istnień, zamiast zostać z nim? Czy coś tu miało być romantyczne? A może TO miało brzmieć jak przejaw zdrowego rozsądku? No to stanowczo coś tu nie wyszło. :/

— To królestwo nie jest tylko kawałkiem ziemi, jak to określiłeś! To świat, dobry, czysty, psuty przez tych, którzy go nie rozumieją, bo są za mali, zbyt przyziemni, ważne dla nich jest tylko to, czego sami mogą dotknąć! Nie rozumiesz, że jeśli zabraknie Atlantydy, świat zacznie staczać się coraz bardziej, aż w końcu pogrąży się w ludzkim materializmie, wyzuty ze wszystkiego, co piękne, uduchowione, tajemnicze...
Ach, a więc gdyby nie głupi, przyziemni i materialistyczni ludzie, Atlantyda dalej by istniała, ludzie byliby tak uduchowieni i wspaniali jak Meihna, a cały świat zaludniałyby jednorożce i kucyponki. <3
No i dup – jak widać wszędzie wokół, Atlantydy nie ma, a świat wokół nas jest brzydki, nieuduchowiony i pozbawiony tajemniczości. I wszyscy jesteśmy temu winni, bo nie kontemplujemy nad mistyką ukształtowania wybrzeża!

— Dobrze — powiedział zrezygnowany. — Płyń, ale ja popłynę razem z tobą. — Wyciągnął miecz i przyłożył sobie jego ostrze do serca — Jeśli odmówisz, tak zginę.
*szczęka jej opadła* A teraz jeszcze stawia jej TAKIE ultimatum... Okej, koniec mojego współczucia dla tego dupka.

— Odłóż miecz — powiedziała, starając się, by brzmiało to spokojnie, ale głos jej drżał. — Twoja śmierć nic tu nie wskóra. Na Atlantydzie nie będę walczyć, nie tak, jak myślisz.
To właściwie CO ona zamierza zrobić...?

Jeśli naprawdę mnie kochasz, ustąp i zostań tutaj, a gdy będzie po wszystkim, wróć do swego ojca, obowiązków, zapomnij, że znałeś mnie kiedykolwiek.
Księżniczka podeszła powoli do Liaama, nie przestając patrzeć mu w oczy, wyjęła delikatnie miecz z jego dłoni, po czym kiwnęła głową.
— Tak będzie najlepiej — szepnęła.
W tym samym momencie podszedł do nich mag.
— Myślę, księżniczko, że musimy omówić jeszcze kilka rzeczy, nim udasz się na wyspę.
Meihna poszła za nim do jaskini, zostawiając Liaama samego na otulonej przez morze skale. Nie odwróciła się. Tak było najlepiej...
Iii już się tobą więcej nie zajmujemy, Liaamie, bo na dobrą sprawę to jesteś mało ważny. Do zobaczenia w scenie, w której Meihna będzie musiała się mieć do kogo przytulić!

Jednorożec podszedł do Meihny, tyrpiąc głową jej rękę i tym samym domagając się pogłaskania. Dziewczyna wsunęła palce w jego białą grzywę, rozkoszując się jej aksamitną miękkością i uspokajającym śnieżnym kolorem.
Chyba już nie takim śnieżnym, biorąc pod uwagę fakt, że od początku podróży (ba, całej książki!) nikt go ani razu nie szczotkował.
Może to model samoczyszczący.

Patrzyła na maga, mag patrzył na nią i żadne z nich nie zamierzało rozpocząć rozmowy. Nie teraz, kiedy zrobiło się tak cicho i przyjemnie, tak niezwykle spokojnie. W końcu to miała być ostatnia spokojna chwila Meihny.
Pocelebrujmy tę chwilę jeszcze przez pięćdziesiąt wersów...

Ostatecznie dziewczyna ocknęła się.
— O czym chcesz porozmawiać? — spytała starca, zajętego właśnie czochraniem puszystego futerka łaszącej się do niego kuny.
Och, no nie wiem, może o pogodzie?
Nie żeby jakaś wielka katastrofa się zbliżała czy coś...
Sucho ma ta palma, no.

Meihna podeszła do maga, usiadła obok niego i spojrzała mu wyczekująco w oczy.


Starzec pogładził niespiesznie swoją siwą brodę.
— Mniemam — zaczął powoli — iż słyszałaś legendę, jaką pozwoliłem sobie przekazać ludziom, kiedy wróciłem z Atlantydy.
Meihna zastanowiła się.
— Tę o koniu? O rumaku bogów?
Oho. Czyżby Meihna miała wrócić na Atlantydzie na grzbiecie boskiego konia?

W ramach przypomnienia: legenda mówiła o boskim koniu, którego życie i siła były zależne od trzech jabłonek. Bóg, który wygrał zawody w poskramianiu konia, w nagrodę poślubił jedną z jabłonek. Jakiś bliżej nieokreślony bóg w gniewie ściął drugą jabłonkę, a koń zaczął opadać z sił. Wtedy przyszedł do niego kolejny nieokreślony obcy jeździec i zmusił rumaka do posłuszeństwa. I tyle. 

— Tę samą. Oczywiście nie płaczę perłami, to określenie w przenośnym sensie przypominało, jak powstają te wspaniałe klejnoty. Dzieci mórz...
Księżniczka spojrzała szybko na maga.
— Dzieci mórz? Ta nazwa...
— Tak, Meihno. Zaraz ci wytłumaczę. Myślę, że ktoś tak inteligentny jak ty, zorientował się, iż rumak w legendzie symbolizuje...
— Atlantydę? Tak, myślałam o tym. Wszystko układało się w logiczną całość.
W co musimy uwierzyć na słowo, bo gdy zaczniemy myśleć, okaże się, że wcale tak nie jest.
Oczywiście, że Meihna była tak inteligentna, by wyłapać to cudowne powiązanie...

— Ale na pewno było coś, co wzbudziło twoje wątpliwości. Coś niewyjaśnionego, może trudnego do zrozumienia? Oczywiście oprócz faktu, że legenda bardzo wybiegała w przyszłość.
Wiemy, że w trailerach to brzmi szalenie epicko, jak narrator niskim głosem burczy, że „legendy mówią o nadejściu kogoś tam”, ale generalnie to legendy mówią o tym, co BYŁO, są podkoloryzowanymi wersjami jakichś wydarzeń historycznych albo całkiem zmyślonymi opowieściami o przeszłości.
Ałtorka, która tak „świetnie porusza się w przestrzeni mitów” chyba o tym wie, co nieee?

Meihna – jako szalenie bystra i mądra osóbka – kojarzy, że trzy jabłonki z legendy o koniu mogą być trzema Córkami Natury, o których mówił (wciąż bezimienny) perłowy mag tysiąc lat temu pierwszej królowej Atlantydy. Od momentu, gdy jedna z nich opuści Atlantydę, kraj miał pogrążać się w nieszczęściu. Oczywiście tą „jedną z nich” jest Zenora, a Meihna ponoć zna dwie z nich. Mam dziwne podejrzenia...

— Czy... Czy Zenora jest jedną z nich?
— Tak. To ona zmuszona została opuścić Atlantydę, co zabiło i ją, i królestwo. Umierając, próbowała jeszcze uratować wyspę, zaklęła więc swoją duszę w statek dryfujący u wybrzeży Atlantydy, ale to nie wystarczyło. Wygnana z królestwa, nigdy już nie mogła zejść na ląd
Well, duh? W końcu była statkiem?

— Kim była pierwsza Jabłonka?
— Pierwsza z Cór Natury żyła bardzo, bardzo dawno temu. Została małżonką pierwszego władcy Atlantydy, one zawsze kochały władców swojej wyspy
Wait, to one były śmiertelne? Czy to nie jest trochę, ale tak odrobineczkę, tyci-tyci bez sensu? Czemu ten perłowy mag (który żył jeszcze w tamtych czasach, żył przecież jeszcze PRZED powstaniem Atlantydy) nie powiedział, że te dziołchy trzeba przetrzymać na Atlantydzie bez względu na wszystko? To się nie trzyma...
Jak to nie?! Gdyby nie to, Meihna nigdy nie miałaby okazji wykazać się niesamowitą odwagą, godnym podziwu patriotyzmem (matriotyzmem? W końcu kapłani są be) i poruszającą głębią jej umysłu i duszy!
...No tak.

— Kim była ostatnia, Jabłonka? Ostatnia opiekunka Atlantydy?
Starzec wstał i wyszedł z jaskini. Nim to jednak uczynił, spojrzał na księżniczkę i dał jej znak, by poszła za nim. Liaam siedział na skale ze spuszczoną głową, starzec minął go bez słowa, po czym zaczął wspinać się po skałach, coraz wyżej i wyżej. Meihna zrobiła to samo
Liaam jest już traktowany jak rekwizyt.

— Jabłonki nie żyły jednocześnie, to nie było potrzebne, a nawet mogłoby okazać się zgubne. Jedna przyczyniła się do rozwoju Atlantydy, druga do jej upadku, trzecia zaś miała ją ocalić. Aby jednak sprawdzić, czy serce ostatniej opiekunki wyspy jest czyste i czy godna jest tego zadania, zabrano jej wrodzone moce i miłość do królestwa wynikającą z tego, że jest jego częścią, a nawet świadomość, kim jest. Musiała udowodnić, że mimo wszystkich przeciwności będzie w stanie walczyć o Atlantydę nie dlatego, że jest za nią odpowiedzialna, nie dlatego, że takie wyznaczono jej zadanie, ale dlatego, że rozwinie się w niej prawdziwa miłość do miejsca, w którym się urodziła, że będzie chciała za nie walczyć, cokolwiek się stanie... Meihno... Urodziłaś się jako człowiek, sama musiałaś sprawić, by twoja dusza stała się czymś więcej. Udało ci się. Nie chodzi o czary czy magiczne moce, ale o to, co masz w sercu. Teraz jesteś już nie tylko Jabłonką...
I tak oto merysujkowatości stało się zadość! Gratulujemy, Meihno, bardziej zajebista już być nie możesz! Brawa, brawa!
Reakcja prawdziwa:


— Ja... — zaczęła cicho. — Ja nie mogę... Ja nie umiem...
— Umiesz, Meihno. Udowodniłaś to już dużo razy. Sama doszłaś do wszystkiego, nasza pomoc polegała wyłącznie na pokazaniu ci kilku sztuczek.
— Tak... sztuczki... Nie umiem władać żywiołami, a...
— Nie bój się. Umiesz.
Patrz mię na usta: jesteś Mary Sueee. Istnieje nawet duże prawdopodobieństwo, że przeżyjesz, mimo że według wszystkich przepowiedni i zdrowemu rozsądkowi powinnaś iść na dno razem z Atlantydą.

— Nie bój się. Umiesz.
— Ale ja przecież... — Meihna wyglądała na zdezorientowaną. — Ja zostawiłam Atlantydę! Chciałam ją ratować, musiałam ją zostawić!
A co ma piernik do wiatraka?

Starzec uśmiechnął się ciepło.
— Nie, moja droga. Ty nigdy jej nie zostawiłaś.
Aha, to, że trzeba było wygłosić powyższą kwestię. A że gadka Meihny nijak się ma do jej przemowy do Liaama sprzed paru minut to nie ma już najmniejszego znaczenia.

Wyciągnął ku dziewczynie dłoń, na której spoczywała spokojnie dobrze jej znana perła. — Weź ją — powiedział.
Księżniczka ujęła niepewnie klejnot. Natychmiast przeszył ją ciepły strumień energii, poczuła, jak coś nieokreślonego przechodzi przez jej ciało, od koniuszków palców, przez brzuch, serce, stopy, aż do głowy. (...)
— Dusza Atlantydy była cały czas z tobą.
Tak! Jestem jasnowidzem! Mówiłam, że okaże się, że Meihna miała wszystko ze sobą przez cały czas, mówiłam! No, to idę założyć sobie jakiś numer 0-700 dla frajerów, którzy będą chcieli, by im powróżyć. ^^

— Dusza Atlantydy była cały czas z tobą. Teraz nabrałaś mocy, by ją uwolnić. Odwróć się, proszę.
Księżniczka spojrzała szybko za siebie. Jej oczom ukazał się rumak o spienionym pysku, uderzający ze zniecierpliwieniem kopytami o skałę. Jego czarna grzywa falowała na wietrze niczym sztandar wolności i piękna, nozdrza pracowały intensywnie, ogon podniesiony z podekscytowania i rozpierającej ogiera energii uderzał to o jeden, to o drugi bok zwierzęcia jak fala atakująca brzeg. Kiedy rżał, rżenie to wchodziło z Ziemią w rezonans, jakby wydobywało się z jej głębi, z trzewi, z podbrzusza, jego sierść, czarna jak noc, odbijała światło słońca blaskiem dwa razy silniejszym, piana z pyska skapywała do morza, wzniecając fale, które na znak solidarności z boskim zwierzęciem również się pieniły.
A tu kolejny raz w oczy rzuca się drastyczne rozróżnienie na konie – głupiutkie chabety do zajeżdżania na śmierć oraz konie – boskie istoty z legend.
Swoją drogą, czy ta „piana u pyska” to według Michaśki jakiś wskaźnik urody albo wspaniałości? No to my pędzimy z wyjaśnieniem: pianę u pyska ma koń zmęczony. I co, Meihna będzie pruć na Atlantydę na skrajnie wykończonym rumaku?
Mam cichą nadzieję, że ten konik zrobi to, co robił koń, na którym kiedyś często jeździłam w stadninie: jak tylko Meihna z niego zejdzie, to on śśślurp – wytrze się obślinionym pyskiem o jeźdźca. ^^
No, wtedy już nie będzie jej się wydawał taki wspaniały. ;P

Mag ukląkł i pochylił głowę. — Dziecko bogów... Ukochane dziecko bogów.
— To jest dusza Atlantydy? — Meihna nie mogła oderwać oczu od zwierzęcia.
— Jedna z jej postaci. Koń. Symbol wolności. Wolność jest tym, czego wyspa potrzebuje teraz najbardziej, dlatego jej dusza przybrała postać rumaka.
Kiepsko, gdyby okazało się, że Atlantyda potrzebuje zapasów jedzenia i dusza Atlantydy przybrałaby postać ławicy sardynek.

Meihna spojrzała na rumaka, ich oczy spotkały się. Wyciągnęła niepewnie rękę, dotykając nią z szacunkiem ciepłych chrap, gładząc szyję. W jednej chwili poczuła, że staje się jednością ze zwierzęciem, że jej dusza staje się częścią jego.
Ach i och. Mogłabyś mieć taki stosunek do wszystkich zwierząt, nie tylko tych ślicznych i magicznych. -.-

Popatrzyła na Liaama siedzącego smutnie u podnóża skały, wpatrującego się w dal. Wiedziała, że widzi go po raz ostatni, ale pierwszy raz, myśląc o tym, nie poczuła rozżalenia ani niesprawiedliwości.
Nie szkodzi, i tak nie spodziewaliśmy się po tak samolubnej materialistce żadnych ludzkich uczuć.

— Odpowiedz mi na ostatnie pytanie — zwróciła się do maga. — Dlaczego właśnie ja? Dlaczego nie Menros? Dlaczego nie Tyncjon?
Starzec westchnął.
— Jesteś kobietą. Tylko kobiety potrafią wsłuchać się w swoją duszę, to coś, czego mężczyźni nigdy nie będą umieli. Oni uczą się, walczą, polują, żeby wykazać swoją wartość, ale wy? Wy żyjecie w symbiozie z Ziemią. Same jesteście jak Ziemia...
O wszystkich wielkich filozofach i poetach na ten moment zapominamy, by nas szlag nie trafił.
Uwaga, idzie suchar. Sokrates była kobietą! I Leśmian też była kobietą!

Meihna zamknęła oczy. Wsłuchała się w szum fal, w pieśń wiatru, w cichy oddech konia. Dała znak zwierzęciu. Była gotowa.
A jaki jest znak na popędzenie konia, to już aŁtoreczka nie wie. :3
Niech no ja jeszcze usłyszę tekst, że ona „kocha konie”...

Koń z Meihną na grzbiecie pocwałował po powierzchni oceanu w siną dal. Ponieważ do tej pory było to „morze”, mamy podejrzenia, że aŁtorka po prostu stosuje te słowa zamiennie, jak było w przypadku łąki i polany. W każdym razie po jakimś tam czasie galopowania wśród pieśni wiatru i innych mistycyzmów docierają na miejsce.

Pozwolił Meihnie zeskoczyć na ziemię, odsunąć się kilka kroków, po czym podniósł łeb, wielki a piękny
*parsk*

Śnieg stopniał całkiem, nie było już po nim śladu, dzień był ciepły i wyglądał raczej na późną wiosnę niż środek zimy, choć oczywiście drzewa wciąż nie miały liści. Pojawiły się jednak gdzieniegdzie pączki, co zazieleniło nieco krajobraz.
*siada w kwiat lotosu i medytuje przez chwilę* Dobrze, jestem spokojna... Jeszcze ostatniej nocy, w tej samej dobie, na Atlantydzie panowała całkowita zima i trzaskający mróz. Nagła obecność wiosny to tak oczywisty Imperatyw Opkowy, że chyba nie muszę tego komentować.
Na tamtej wyspie zresztą było to samo. „U nas jest zima, ale bez śniegu” – bo jeszcze trzeba by pomyśleć o wszystkich problemach, jakie sprawia zimowa pogoda i je *gulp* opisać!

Koń zmienia się w strumień i tyle go było widać. Meihna bezzwłocznie leci do wioski i każe totalnie zaskoczonej Nice uciekać z wyspy. Podobno Aro-Gant wprowadził rządy twardej ręki i podbił Atlantydę przy pomocy jej własnych latających maszyn (których, swoją drogą, nie spodziewam się zobaczyć), a ludzie w wiosce NIC nie wiedzą? Bez komentarza.
Następnie biegnie do pałacu i w drodze do komnaty Teriny nagle „zatrzymuje ją jakaś niewidzialna siła” i... Meihna pała nagłą miłością do wszystkiego, co znajduje się w ogrodzie
(który powinien być zniszczony – Meihna przecież widziała jego wizję) i całuje drzewa, głaszcze staw, leczy ławkę, z której Majonez wyjął szmaragd liściem i takie tam hippisowskie rzeczy. Potem zmienia się w kruka i wlatuje do pałacu. Na korytarzu czuje duchy przodków, mizia ściany, blaaaa...

Meihna podbiegła o matki, uklękła przed nią i złapała ją za rękę.
— Matko! Musisz uciekać z Atlantydy. Naprawdę, nie możesz tu zostać.
Królowa westchnęła.
— Tak, wiem. W porcie czeka już statek, który zabierze mnie z powrotem do Egiptu. Powinnam już iść.
I oni wszyscy mówią o tym tak spokojnie... Dzisiaj w nocy rozpęta się wielka wojna, która całkowicie unicestwi nasz kraj, ale w sumie zanim uciekniemy, zdążymy jeszcze rozegrać partyjkę szachów.

— Popłyniesz z ludźmi Aru-Ghaana? — Patrzyła na matkę uważnie. Królowa pokręciła głową.
— Nie, on nic o tym nie wie. Statkiem kierować będzie jeden z moich niewolników
JEDEN niewolnik? Całym statkiem? I skąd go wytrzasnęła? Jak jej się to udało w tajemnicy przed „geniuszem podstępu” Aro-Gantem?
Jeszcze tylko kilka stron, wytrzymaj...

Statkiem kierować będzie jeden z moich niewolników, w Egipcie nie wrócę do rodziny, nie zechcą mnie. Będę prowadzić życie zwykłego człowieka.
— Będzie ci ciężko, nie jesteś do tego przyzwyczajona. Zawsze żyłaś w pałacu.
— Jakoś sobie poradzę... A ty? Dokąd się udasz? Nie zostaniesz tu przecież!
Meihna odwróciła wzrok. Matka dotknęła jej policzka.
— Płyń ze mną, spodoba ci się w Egipcie. Spróbujemy żyć.
— Nie, ja... mamo... Ja mam już gdzie pójść.
Kira uśmiechnęła się smutno.
— Mam tylko nadzieję, że będziesz szczęśliwa — szepnęła.
Matka. Do córki.
- Mamo, idę na niechybną śmierć z rąk stu armii, które zniszczą kraj.
- Dobrze, córciu, tylko umyj ząbki.
ŁAT DE FAK?!


— Chcę ci coś dać — powiedziała, po czym ściągnęła z palca pierścień z ametystem i wręczyła go córce. — Dostałam go od twojego ojca. Teraz należy do ciebie, pamiętaj, kim jesteś. Nigdy nie zapomnij swojego świata, gdziekolwiek się znajdziesz. Tu się urodziłaś i to tu na zawsze pozostanie twój dom.
Od tej chwili sprawa dla mnie jest jasna – Meihna nie zginie, mimo wcześniejszych zapewnień. Nawet jednorożec nie zginął po opuszczeniu Atlantydy, jak było mu przepowiedziane, nie ma co mieć więcej złudzeń.

jak małe dziecko zarzuciła jej ręce na szyję i wybuchnąwszy szczerym płaczem, wtuliła się w nią, nie zważając na to, że jej nie wypada. Kira, chwilowo oszołomiona taką wylewnością, po chwili objęła córkę i głaszcząc ją czule po głowie, zaczęła nucić cicho piosenkę, kołysankę, którą śpiewała jej dawno temu.
Już to mówiłam ostatnio przy Eragonie, ale muszę się powtórzyć: „kołysanka” brzmi zarąbiście w tytule soundtracku. I na dokładkę do tej książki JEST dołączony soundtrakck... (odsyłam do pierwszej analizy).
Może powinnyśmy sobie teraz zapuścić tę piosenkę, tak dla nastroju? ^^
NIE.

Meihna biegnie do Teriny i każe jej natychmiast znaleźć jakiś statek, niewolników i uciekać razem z dzieckiem. Nikt nie kwestionuje tego, jak ma tego dokonać sama, otoczona wrogami i w przeciągu pół dnia, więc i my nie będziemy, bo już nam się zwyczajnie nie chce.


— I bez ciebie zginie dużo ludzi, twoja śmierć nic nikomu nie da, a wręcz odwrotnie. Ja nie mogę zaopiekować się twoim dzieckiem, bo przecież jestem tu Główną Bohaterką i to na dokładkę Młodą i Piękną, a nie dzieciatym mazgajem takim jak ty, który nawet nie umie się przeciwstawić dwa razy silniejszemu od ciebie uzurpatorowi-gwałcicielowi.

— Aragos wypływa już teraz. — Terina spojrzała na księżniczkę.
Meihna skrzywiła się.
— To on żyje?!
— A dlaczego miałby nie żyć? Ma się całkiem dobrze, opróżnił skarbiec, zabrał wszystkie księgi, latające maszyny i projekty. Jest teraz posiadaczem wszystkich tajemnic Atlantydy. (...)
— Dobrze, dobrze... Nie dobrze!!! On nie może zabrać niczego z Atlantydy!
To miało być komiczne...?
*bezradnie wzrusza ramionami*

— Dobrze, dobrze... Nie dobrze!!! On nie może zabrać niczego z Atlantydy!
Księżniczka wybiegła z pałacu i popędziła do portu, gdzie statki Aru-Ghaana odbijały już od brzegu. Niewiele myśląc, skoczyła na jeden z nich i zaczęła rozrywać znajdujące się na nim wory. Od razu na pokład wysypały się monety, klejnoty, złoto. Było tego tak dużo, że nie sposób było wynieść tego niepostrzeżenie, Meihna widziała więc tylko jedno wyjście. Wzleciawszy w powietrze, wypatrzyła statek, którym podróżował Aru-Ghaan, wylądowała na nim, po czym zakradła się do stojącego na dziobie mężczyzny, trzymającego w rękach niewielką maszynę i bawiącego się jak dziecko jej częściami. Gwałtownie złapała go za szyję i przycisnęła do masztu.
— Jeszcze żyjesz?! — spytała z wściekłością. — Myślałam, że już uporałam się z tobą!
Mrugnęłam. Co się stało?
Niewielka maszyna... Google proponuje to. Na mój gust wygląda na ciężkie.

Aru-Ghaan uśmiechnął się.
— Więc jednak przyszłaś? Cudownie.
— Nie do ciebie, ty plugawy szczurze! Przyszłam po własność Atlantydy!
I na rączkach wyniesiesz te wszystkie skarby, tak?


— To smutne, bo... raczej ci jej nie zwrócę! — Mężczyzna machnął w powietrzu ciężkim, złotym berłem, Meihna uchyliła się od ciosu. Złapała duży, wysadzany kamieniami talerz i niczym tarczą zaczęła odpierać nim atak Aru-Ghaana, który szaleńczo uderzał w nią na przemian berłem i mieczem. Włosy rozwiały mu się na wietrze, oczy zaświeciły okrutnym, chorym blaskiem, a usta rozciągnęły w złowieszczym, drwiącym uśmiechu.
*kwiczy, wyobraziwszy sobie tę scenę i Meihnę osłaniającą się talerzem przed mieczem*
Wszyscy już chyba wiedzą, jaką bronią powinna dysponować królewna. ^^

Nagle poczuła, że opiera się o burtę, nie miała już gdzie uciec. Rzuciła więc talerzem w Aru-Ghaana
Mam przed oczami sceny z kreskówek...

Meihna biega po statku, odwiązuje worki wypełnione kosztownościami i dokumentami i wyrzuca je do morza, a Aro-Gant w tym czasie nabawia się okropnego Imperatywu i jest w stanie tylko ryczeć z wściekłości. W końcu, kiedy nadchodzi odpowiedni moment, dopada Meihnę.


— Byłem dla ciebie zbyt dobry! — wysyczał, a jego twarz nie sprawiała wrażenia twarzy człowieka zdrowego na umyśle. — Już dawno trzeba cię było zabić!
(...)
Meihna spojrzała na otwartą skrzynię, leżącą na drugim końcu statku. Stał w niej model kosmosu, ten sam, który latem pokazał jej Tyncjon. Jeżeli było coś, o czym ludzie nie powinni się dowiedzieć, jeszcze nie teraz, to był to właśnie fakt, że Ziemia jest tylko jedną z planet, nie bardzo liczącą się w świecie.
No to cię zmartwię: pierwszy raz teorię heliocentryczną sformułował Arystarch z Samos w III wieku przed naszą erą, tak więc ludzie nie byli wtedy tacy głupi, jak byś chciała, by byli.

Model układu słonecznego nagle strasznie interesuje Aro-Ganta i oboje zaczynają się przepychać. Aro-Gant wygrywa i pierwszy go bierze, mimo że przyznaje, że nawet nie wie, co to jest. Meihna łapie jakiś kielich i rzuca nim Aro-Gantowi w twarz, co go automatycznie pozbawia przytomności (Dżizas...), a następnie rozbija model. Potem przemienia się w orła, łapie wór pełen ksiąg i pamiętników królów i wyrzuca go do morza. Ja wiem, że orły to duże i silne ptaki, ale nie wyobrażam sobie nawet największego orła na świecie, który byłby w stanie dźwignąć coś tak wielkiego i ciężkiego.
Przynajmniej TEN orzeł nie ma problemów z oddychaniem. ^^

Wylądowała przed wejściem do lochów, było to ostatnie miejsce, które musiała odwiedzić. Słońce wisiało już nisko nad ziemią, płonąc czerwienią i pomarańczem na tle różowofiołkowego nieba i najwyraźniej zamierzało już lada chwila zniknąć za horyzontem, czasu zostało więc bardzo, bardzo niewiele.
Bardzo niewiele czasu? To gdzie te setki armii?! Powinny już być widoczne na oceanie!
W decydującej chwili wyskoczą jak diabeł z pudełka i zrobią: a kuku!

Na szczęście wszyscy strażnicy Aru-Ghaana opuścili wraz z nim wyspę i lochy pozostały niestrzeżone, nie było więc utrudnień w dostaniu się do nich. Księżniczka podniosła rzucone na ziemię przez strażników klucze do krat i weszła do więzienia
Cóż za wspaniały zbieg okoliczności. *headdesk*

W lochach został tylko Mojnes. Histeryzuje, że to wszystko jego wina i zostanie na Atlantydzie w ramach pokuty. Zirytowana jego uporem Meihna traci cierpliwość i wygarnia mu, że owszem, to jego wina i że jest rozkapryszonym bachorem. Nagle zdaje sobie sprawę z tego, co powiedziała, ale już za późno. *TU-DUDU-DUMM*


Dziewczyna wyciągnęła do niego ręce, ale on, zmarszczywszy czoło, wbiegł po zrzuconej do lochu drabinie i zniknął z pola widzenia księżniczki, nim ta zdążyła go zatrzymać.
Pamiętacie, że jeszcze niedawno był ledwo żywy i konający z głodu? Ja też. I bardzo, ale to bardzo mnie wkurwia ta niekonsekwencja.

I tu w końcu zbliżamy się do upragnionego końca... Zapada noc i Meihna idzie na plażę wypełnić swe przeznaczenie, a my raczeni jesteśmy kilkoma Złotymi Myślami z ostatniej chwili.
Nic już nie mogło jej rozproszyć, zmierzała zdecydowanie do miejsca, gdzie miała wypełnić przeznaczoną jej misję. Każdy ma jakąś misję, choć nie zawsze zdaje sobie z tego sprawę, każdy jest częścią pewnego planu, który bez niego nie byłby kompletny.

Kiedy dotarła na plażę, zaczęła wspinać się po skałach, wśród których ukryta była jaskinia Zenory. Wiedziała, że powinna znaleźć się tak wysoko, jak to tylko możliwe.
I wiedziała, że choć wokół wszystko jest straszliwie niebezpieczne, to tak naprawdę nic jej nie grozi...
Ten motyw przewijający się przez całą książkę naprawdę mnie wkurzał.

Meihna spojrzała wokoło, na Atlantydę, na jej tajemnicę
AAARGH! Kurwicy dostanę, jak jeszcze raz zobaczę to słowo!

Meihna wygłasza zaklęcie i z całego tego metafizyczno-hippie-bełkotu wynika, że „usypia” Atlantydę do czasu, aż ludzie znów będą kochać kwiatki i będą dobrzy. Wiecie, to dość naiwne myślenie, że kiedyś było tak cudownie i w ogóle, a teraz jest be, zło, głupota ludzka i w ogóle. Prawda jest taka, że „źli” i „głupi” ludzie żyli w każdej epoce i w każdym miejscu. Nawet na Atlantydzie, jak widać, a najlepszym przykładem jest Meihna.
Nie przedłużaj tej jakże dramatycznej chwili, zobaczmy, cóż stało się dalej!

Nagle poczuła, jak gdzieś w głębi jej jestestwa coś zaczyna się dziać, rosnąć, nabierać mocy tak wielkiej, że sama nie byłaby już w stanie jej powstrzymać. (...)
Kiedy Meihna czuła, że nie da rady wystać dłużej, zobaczyła nagle ogromną ścianę wody podnoszącą się powoli z oceanu, tak wielką, że zakryła sobą całe niebo. Księżniczka trzymała jeszcze chwilę, po czym, jęknąwszy, opuściła ręce. Wodospad runął na wyspę olbrzymim cielskiem, zalewając ją niemal w całości, pozostawiając nietknięte jedynie miejsce, w którym stała Meihna.
Gratulujemy dokonania największego ludobójstwa w dziejach starożytności: Meihna zatopiła całą wyspę pełną ludzi, z których odesłała tylko garstkę, która i tak zginie, gdy do ich statków i łódek (serio, czym innym mogłaby uciec ta dziewczyna z wioski?) dotrze fala tsunami wywołana tak nagłym przemieszczeniem się ogromnych mas wody, która następnie podąży do innych najbliższych lądów zabijając kolejne tysiące istnień. Nie wspominając o tych wszystkich zwierzętach, które żyły na Atlantydzie... Doprawdy, Meihna dokonała najlepszego możliwego wyboru! <3

Meihna odetchnęła chwilę, po czym stworzyła kolejną falę, jeszcze większą niż poprzednia, która zatopiła jeszcze więcej lądu, znowu oszczędzając skałę księżniczki. Dziewczyna, choć ledwo stała, a ręce bolały ją bardzo, zebrała siły i wzniosła kolejną ścianę wody.
To już trzy fale tsunami! Okoliczne kraje się ucieszą.

Meihna wyczerpana upadła na kolana, próbując złapać oddech. Patrzyła, jak wspaniałe królestwo pogrąża się w otchłaniach oceanu, jak ludzie uciekają w popłochu łodziami, zabierając zwierzęta i dobytek.

Kurwa, serio?! To jest zbyt głupie, by mogło być pisane na serio! To jakaś, kurwa, kpina jest!!! Cała chędożona wyspa (wielkości KONTYNENTU) poszła na dno oceanu zalana tonami wody, a dopiero PO tym wszystkim ludzie jeszcze w ogóle ŻYJĄ?! Są w stanie zabrać na jakiekolwiek ŁODZIE jakikolwiek DOBYTEK?!!!
Jak Winky używa więcej niż jednego wykrzyknika, to znak, że jest naprawdę źle.

Niebo, zasnute czarnymi chmurami, rozdzierane było co jakiś czas przez ostrza błyskawic, i tylko księżyc trwał niezmiennie srebrny, spokojny, niewzruszony.
Czarodziejski księżyc świecący przez gęste burzowe chmury, tylko na Atlantydzie!

Meihna wyczarowuje ostatnią falę i idzie na dno wraz z nią (tak – jest napisane, że królewna uderza o DNO OCEANU).


Nieraz już tonęła, znała więc dobrze wszystkie etapy tego stanu, od panicznego strachu, przez zdezorientowanie, aż do kompletnego spokoju i beznamiętnego obserwowania, jak zaczyna brakować powietrza, dźwięki stają się ledwo słyszalne, jakby za ścianą, wzrok traci ostrość, powieki poruszają się wolniej.
Najpierw panika, potem dezorientacja? „O mój Boże, tonę, zaraz umrę!” i dopiero po chwili „Gdzie ja właściwie jestem...”?
Dobra, nieważne... Tu jest więcej durnot, których można się uczepić. JAK NA PRZYKŁAD TA POWYŻEJ!

*pędzi galopem po melisę*

Księżniczka zamknęła oczy... zamknęła oczy... zamknęła oczy...
Trzy razy... trzy razy... trzy razy... *uderza mocno* Kurde, znowu się ustrojstwo zacina.

Meihna – bez żadnego wyjaśnienia jakim cudem uratowano ją z samego dna, kurwa, oceanu – budzi się na kolejnym czarodziejskim statku przy magu i Liaamie, który:
ociekając wodą, patrzył na nią z uwielbieniem i kiedy spojrzała na niego oszołomiona, ujął jej rękę i złożył na niej uroczysty, pełen namaszczenia pocałunek, po czym uśmiechnął się uspokajająco.
Już ją znów lofcia, puściwszy w niepamięć to, jak został przez nią potraktowany...

Mag ukłonił się księżniczce z uznaniem.
— Brawo, moja droga — powiedział. — Myślę, że zasłużyłaś na długie, wspaniałe życie.
Nie. Jesteś tępą suką i ludobójczynią, czego by o tobie nie pisali. Umrzyj.

Meihna popatrzyła najpierw na starca, potem na Liaama i znów na starca. Jednorożec podszedł do niej i tyrpnął ją przyjaźnie głową.
Ty też, ty zmutowany kozo-konio-koto-pso-rożcu, i nie wkurwiaj mnie więcej tym „przyjaznym tyrpaniem”! To jest oksymoron!

Ostatni fragment książki jest tak piemkny, że nie pożałuję wam i zacytuję go w całości:


Meihna stała przy burcie statku sterowanego za pomocą magii czarownika i patrzyła tęsknie na ocean.
— Jeszcze wczoraj istniała tam... — szepnęła.
Liaam objął dziewczynę.
— Ocaliłaś ją. Dzięki tobie nie zginęła, jej dusza wciąż jest żywa. Skąd wiedziałaś, co musisz zrobić?
— W czasie naszej podróży spotkałam dziwne istoty... Jedna z nich powiedziała mi, abym schowała to, co kocham. Schowałam... Teraz świat musi o niej zapomnieć, dla jej bezpieczeństwa. Niech myślą, że była tylko cudowną legendą... Tak będzie najlepiej...
Mag podszedł do nich i spojrzał badawczo na Meihnę.
— Co w takim razie napisane było w jaskini Zenory? Wiem, że dane ci było odczytać te słowa.
Dziewczyna uśmiechnęła się.
— I tak wiele tajemnic zostało wyjaśnionych — powiedziała cicho. — Niech ta pozostanie sekretem. Na zawsze...

O mój Boru, KONIEC.

Muszę powiedzieć jedno: ta książka jest niesamowita. Z jednej strony doprowadza do szału i skłonności samobójczych, a z drugiej jest tak nieprawdopodobnie zła, że aż jej lektura staje się fascynująca. To wprost nieprawdopodobne, że ktoś zgodził się wydać tę książkę w takiej formie, w dodatku nietkniętą przez jakąkolwiek korektę, bez żadnej redakcji. Ta książka nie jest dobra nawet „jak na piętnastolatkę”, Paolini też pisał „Eragona” w wieku piętnastu lat i jego potwór jest – mimo wszystko – nieporównywalnie lepszy. Mimo to zachęcam, byście osobiście zapoznali się z „Dzieckiem gwiazd”. To jedna z tych rzeczy, które trzeba zobaczyć, by uwierzyć.

Miałam na koniec zadawać pytania o wszystkie niewyjaśnione nieścisłości, ale jest ich zbyt dużo, więc ograniczę się tylko do kilku - o błędach i nielogicznościach tej książki można napisać pracę magisterską.
 
1) Liaam okazał się księciem królestwa o którym usłyszeliśmy pierwszy i ostatni raz. Po co? Nie wniosło to do opowieści kompletnie niczego.
2) Wszystko, co opuściło Atlantydę, miała czekać śmierć - tak też miało być z jednorożcem. Nic mu się nie stało. Po co więc to przedramatyzowane pierdzielenie? Po co w ogóle jednorożec ISTNIAŁ? Też nic nie wniósł do powieści poza tym, że był - ach i och - jednorożcem, pupilkiem królewny.
3) Znaki Zenory w jaskini. Jakim cudem Meihna nagle nauczyła się je odczytywać?
4) Dlaczego te całe Córy Natury były śmiertelne, dlaczego perłowy mag z takim spokojem opowiadał o tym, że jedna miała Atlantydę zniszczyć? Gra się toczyła o tysiące ludzkich istnień, czy nie powinni próbować tego powstrzymać? 
5) Na Atlantydę miały przybyć setki armii - nie zobaczyliśmy nawet jednego wojownika na horyzoncie.
6) Cały świat Atlantydy jest całkowicie pusty: można odnieść wrażenie, że to wielkie królestwo składa się wyłącznie z rodziny królewskiej i jednej wiochy na odludziu. 
 
A to zakończenie po prostu pozbawiło mnie jakichkolwiek złudzeń, że ktoś się przy tym w ogóle starał: kiedy aŁtorce się przypomina, że to powinno mieć jakąś fabułę, akcja zaczyna pędzić na łeb, na szyję, a logika w całym tym zamieszaniu gdzieś ginie – zapewne utonęła razem z Atlantydą. Jeśli Michaśka nadal ma zamiar pisać i wydawać i jeśli jej twórczość nadal będzie wyglądać tak, jak ten debiut, to wróżę jej jeszcze wiele analiz na tym blogu (tak, "Zaklętą" też kiedyś zanalizuję). Ale na razie potrzebuję długiej rekonwalescencji...

20 komentarzy:

  1. No... Trochę Ci nerwy puściły ;)

    Mam wrażenie, że Liaam wcale nie mówił tak głupio o zostaniu z nim, bo od początki Meihnie chodziło o ląd nie o lud.
    Swoją drogą, to naprawdę przerażająco głupia książka. Za to cała analiza świetna, jedna z moich ulubionych ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja tym puszczonym nerwom w ogóle się nie dziwię, też bym tak reagowała, albo i jeszcze gorzej, gdybym musiała to czytać w całości. Mam wrażenie, że "książka" choć troszeczkę by się zrehabilitowała, gdyby Meihna jednak umarła, no ale zdawałam sobie sprawę, że to nierealne.
    Ta opowieść naprawdę jest jednym wielkim stekiem bzdur i nielogiczności. Jak sobie przypomnę te wszystkie zachwyty mediów to tylko mam ochotę zapłakać nad głupotą czy naiwnością ludzką.
    Boru, niech ona się skupi na modelowaniu, bo to trzeba jej przyznać, że jest bardzo ładna, i więcej nie bierze długopisu, ołówka, pióra, klawiatury do rąk!

    OdpowiedzUsuń
  3. Matko Noc, na ognie piekielne i niech Ciemność się zlituje... Jakie to GŁUPIE!!!
    Okey. Wdech, wydech, wdech, wydech. Naprawdę, po wcześniejszych 12 częściach byłam przekonana, że nic mnie już nie zdziwi, ani nie wkurzy, bo w tej opowiastce znalazły się już wszelkie nielogiczności jakie tylko mogły. Ale TO przerosło moje oczekiwania. Zatopienie całej wyspy miało być takie super-hiper-bohaterskie?! Podejrzewam, że lepiej by było, gdyby utopiono bohaterkę w czasie galopu przez marze/ocean. A najlepiej, gdyby zginęła już na początku, chociażby zaszczuta przez Strasznego Dzika.
    Chyba naprawdę pójdę dziś do biblioteki i spróbuję przeczytać chociaż kawałek bez komentarzy. Podejrzewam, że nie dotrwam nawet do dziesiątej strony.

    OdpowiedzUsuń
  4. A ja swojego czasu przeczytałam całość! *dumna i blada*
    Analiza piękna, brawa! A boChaterka powinna być zjedzona przez dziki i konie( za to, co z nich zrobiła)
    Z niecierpliwością czekam na "Zaklętą"

    OdpowiedzUsuń
  5. Padłam i o powstaniu nie ma mowy. Winky, twojej nerwicy się nie dziwię, sama bym chyba podarła książkę na strzępy i wyprodukowała z niej chałupniczo papier toaletowy, bo tylko do tego się nadaje. Boru i Jeżu, litości...

    OdpowiedzUsuń
  6. Gratuluję dotrwania do końca.
    W tej książce zaistniał chyba najgorzej przedstawiony, skonstruowany itd. wątek romansowy w dziejach. To naprawdę osiągnięcie. Tak jakby stwierdziła, że powinien być, a w ogóle go nie "czuła".
    Nie wiem też, czy rozwiązania większości "wielkich tajemnic" znała sama autorka.
    No nic, chyba trzeba o tym tworze zapomnieć, aby zachować pogodę ducha. Ciekawa jestem, za co teraz się zabierzesz.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  7. ja tylko chciałabym wiedzieć: kto, na Siedem Piekieł, wydał to coś i dlaczego.
    Idę się zgłosić do dowództwa Gwiezdnych Wrót i błagać o dostęp do Atlantydy. Zabiję wszystkie księżniczki, jakie zobaczę.
    Ratunku!!!
    Co brali ci wszyscy hołdownicy i pozostali recenzenci? Gdzie tu piękno? Dobroć? Dziewczęca odwaga? I logika, tak. Gdzie ona jest?

    OdpowiedzUsuń
  8. Uhuhu, nie mogę się doczekać "Zaklętej" - jeśli Michalina serio postanowiła na łamach tej ksioszki babrać się w ludzkiej psychice, ohoho, so excited~

    OdpowiedzUsuń
  9. Uhuhuhuhuhu! Mixie Olszańska ma na fejsie podane swe książczyny jako znajomych w kategorii rodzina z adnotacją "córka" :D
    A poza tym jakaś babeczka jej w komentarzach napisała, że "Pani Olszańska ma przecudne pióro, czekam z utęsknieniem na następne pozycje". Chyba ociera się to o paranoję, ale oglądanie twarzoksiążki Michasieńki jest jak czytanie "Zmierzchu".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Uhuhuhuhuhu! Mixie Olszańska ma na fejsie podane swe książczyny jako znajomych w kategorii rodzina z adnotacją "córka" :D"
      Ołmajgad, nawet nie zauważyłam tego, zrobiłaś mi dzień. xD

      Usuń
  10. Echhh... To mnie fizycznie boli, że nawet jeżeli Michaśce przyjdzie do głowy niezły pomysł, to zrobi wszystko, żeby przestał taki być. Aż mam ochotę sama siąść i napisać tę książkę tak, żeby nadawała się na coś innego, niż papier toaletowy.
    I ja ekipie gratuluję wytrwałości i siły ducha, bo słabszy załamałby się w połowie.

    OdpowiedzUsuń
  11. To zakończenie to jest jakiś horror... Tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że Michasia traktuje wszystko przedmiotowo, łącznie z państwami. Zatapia wyspę (Meihna, Michasia, wszystko jedno), a ludzie gdzieś idą w cholerę, dla niej najważniejsza jest ziemia, to nad nią rozpacza. Zresztą, nie ma się co dziwić, skoro zna tylko swoją rodzinę, niewolnicę i jedną dziewczynę z wioski (swoją drogą - taka ukochana rodzina, a dziecko Tyncjona pozostaje bezimienne). Ciekawe, czy Michasia ma takie samo podejście do Polski - też nas kiedyś zatopi nie czekając, aż ludzie się przesiedlą? (Czesi by się ucieszyli, bo wreszcie mieliby dostęp do morza)

    OdpowiedzUsuń
  12. Wow. No po prostu... Wow.
    Ciężko jakoś inaczej to skomentować. Czy tylko mi się wydaje, że ta książka jest niczym "The Room" wśród filmów?

    OdpowiedzUsuń
  13. Jak tak sobie myślę, to książka wypadłaby trochę odrobinę lepiej gdyby:

    -Liaam zginął i Meihna poszłaby ratować Atlandtydę, bo niemiałaby już nic do stracenia.
    -Jednorożca w ogóle by nie było
    -A na końcu zginęłaby Meihna. Wyobrażacie sobie jak wtedy brzmiało by zakonczenia? O niebo lepiej. Np. "... zamknęła oczy i więcej ich nie otworzyła", czy coś takiego? Wiem, nie mam wielkiego talentu, ale i tak twierdzę, że książka z takim zakończeniem stałaby się (chociaż troszkę) lepsza.

    No, ja proszę. Myślałam, że wyrzucę laptopa przez okno kiedy to czytałam. Gratuluję wytrwałości, tak w ogóle!

    OdpowiedzUsuń
  14. http://stopklatka.pl/-/45308737,ostaszewska-i-chyra-w-polskim-political-fiction Olszańska teraz zostaje aktorką! Klękajcie narody.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och tak, no bo modelki to myślą, że są we wszystkim świetne i do wszystkiego się nadają...

      Usuń
  15. Przyznaję bez bicia, też mam piętnaście lat, i też lubię sobie popisać, ale nie mieści mi się w głowie, jakim cudem ktoś zechciał wydać to coś. To nawet nie jest godne wpuszczenia do internetu, a co dopiero trafienia na półki w księgarniach!
    Nic, kompletnie NIC nie wiemy o bohaterach drugoplanowych, liczy się tylko rozkapryszona, niewychowana księżniczka, kreowana na taką cudowną, dobrą i kochającą małe puchate króliczki. Minha nie jest ani odważna, ani inteligentna, nie ma w niej nawet krzty dobroci. Jedyna jej prawdziwa zaleta to uroda, ale czytanie o pustej, egoistycznej laluni to męka i strata czasu.
    Pomysł na fabułę był dosyć dobry, jednak aŁtorka tak go zrujnowała, że szkoda słów, można co najwyżej ręce załamać.

    OdpowiedzUsuń
  16. To jest kicz! Bałabym się to na kompa ściągnąć!
    -Po cholerę ten jednorożec?
    -Co Mary Sue odczytała w jaskini Zenory i jak? Czemu się tym nie podzieliła z nami?
    -Kto to puścił do druku?!
    Jedyne co było magiczne w tej książce, to to, że ktoś to kiedyś przeczytał. Chociażby analizatorzy.

    OdpowiedzUsuń
  17. Analiza lepsza od książki :D Bardzo mnie zaciekawiło, że na wielu serwisach, przy różnych artykułach na temat Michaliny nie ma żadnych komentarzy, a jak są, to tylko te pozytywne. Problem w tym, że książka odnosi sukces jedynie w gronie dziesięcioletnich dziewczynek, uwielbiających śliczne królewny/ księżniczki/ whatever, głownie z powodu ich urody.

    OdpowiedzUsuń
  18. ...piękny koniec książki - doskonale fatalistyczny -prawdziwie arystokratyczny - przecież śmierci nikt się nie wywinie to tylko kwestia czasu - zafascynował mnie umysł tej nastolatki, tej księżniczki, porównać go można do umysłu Kurzta z Jądra ciemności, Conrada. Czyste, perfekcyjne,dostojne, bezwzględne...

    OdpowiedzUsuń