Czarne owce literatury czyli analizy ZŁYCH książek: grudnia 2012

wtorek, 11 grudnia 2012

Świąteczny odcinek specjalny! Gra o Ferrin, część 1

Hej! Wiecie co? Święta idą! 



A wraz z nimi dzisiejszy, specjalny odcinek analizy. Specjalny między innymi dlatego że mój pierwszy od ładnych paru tygodni, ale też z innych powodów. Jakich? Usiądźcie przy kominku, na którym wesoło trzaska ogień, okryjcie się ciepłym, mięciutkim, polarowym kocykiem, weźcie w łapki kubki gorącej czekolady i posłuchajcie historii o Katarzynie Michalak...

Otóż Katarzyna Michalak, właściwie Katarzyna Lesiecka, pseudonim AutorKasia, pierwszą swą książkę wydała sobie sama, wysłała następnie tę gotową książkę do kilku prawdziwych wydawnictw, a potem uruchomiła ogromną kampanię reklamową. Przez jakiś czas znana była głównie z cyklu Poczekajka (czy też Słoneczna Trylogia), głównie z powodu tej ogromnej reklamy, którą osobiście przygotowała, poprowadziła i opłaciła, wliczając w to nawet teledysk, proszę państwa (można znaleźć na youtube). Pewnego razu postanowiła napisać (a właściwie wydać - książka została napisana w 2004 roku, 4 lata przed wydaniem „Poczekajki”) powieść fantasy. I jej to nie wyszło. Acz nawet ja muszę przyznać, że nie jest to książka analna w takim stylu i stopniu, w jakim było takie na przykład „Dziecko gwiazd. Atlantyda”. Poniższa analiza jest zatem czymś w stylu streszczenia z wypunktowaniem najgorszych wad, bez pomijania i dobrych stron (zdarzają się!). Przedstawiam zatem „Grę o tro-”... tfu, „Grę o Ferrin”.


Zatrzymajmy się już na okładce. Podobnie jak było z „Atlantydą”, i tu mamy okazję podziwiać nikogo innego, jak autorkę dzieła we własnej osobie.
To już chyba jakaś domena wydawnictwa Albatros - Michaśka, AutorKasia... Ba, z „Sekretnika” tejże możemy także poznać całe pasjonujące backstory owej okładki: jak to suknia była szyta na zamówienie u zaprzyjaźnionej krawcowej (choć mi szczerze mówiąc wygląda to jak kawał firanki z fastrygowaniem i rybią łuską...), jak miecz wyprodukowany w zaledwie dwóch czy tam trzech egzemplarzach po wielu perypetiach przyleciał samolotem Z AMERYKI, jakim fascynującym przeżyciem była sesja zdjęciowa et cetera... Co jednak najbardziej interesuje mnie, to fakt, że już od tego momentu mam silne przeczucie, że główna bohaterka będzie tak naprawdę wyidealizowaną wersją autorki. I wcale mi się to nie podoba.



Przejdźmy do ciągu dalszego: cytatów początkowych, bo jest ich kilka i także dają okazję do skomentowania ich.


Tylko człowiek zupełnie samotny może sobie
pozwolić na zmarnowanie własnego życia.
Jeśli jednak zasłużył choć na jedną ludzką miłość,
ktoś oprócz niego płaci za jakość jego istnienia.
Autor nieznany
Google twierdzą, że nie znają takiego cytatu, niezależnie czy autor znany czy nieznany. Oh well.

„Jeżeli jakaś powieść może uchronić od obłędu,
jest to właśnie TA powieść”.
Tu nawet autorka nie wie, kogo cytuje. Wnioskuję, że samą siebie lub jakąś przyjaciółkę, która miała okazję przeczytać powieść jako jedna z pierwszych. Jak wysokie mniemanie trzeba mieć o sobie, by pisać takie rzeczy na samym wstępie książki?

W enigmatycznym prologu mamy scenkę, w której istoty zwane Zło i Zdrada grają w jakąś grę.
W Piotrusia! ^^ Według narratora, obie kierują się zemstą, gdy postanawiają grać o Ferrin i uśmiechają się złowieszczo „w nienaturalnej ciszy”. Przedramatyzowane nudy, ale przynajmniej krótkie, więc kontynuowałam lekturę.

W pierwszym rozdziale zatytułowanym „Karolina” poznajemy, cóż, Karolinę. Otóż Karolina jest właścicielką złoto-zielonych oczu (sic!), ogniście rudej czupryny oraz dwudziestokilkuletnią panią anestezjolog o bardzo wysokich kwalifikacjach. Wait a second...

Studia trwają 6 lat. Staż chyba 13 miesięcy. Specjalizacja różnie, zależnie od obranego kierunku: od 4 lat (medycyna rodzinna) do 6,5 lat (ginekologia). No i jeszcze musisz po studiach zdać LEP żeby cokolwiek robić dalej w tym kierunku.
Cytat z forum: http://www.housemd.fora.pl/medycyna,19/studia-medyczne-prawdy-i-mity,826-200.html

Nie pozostaje mi nic innego, jak zakrzyknąć: BULLSHIT!

A więc Karolina, nasza idealna od pierwszej strony pani anestezjolog, jedzie karetką na wezwanie do samobójczyni, która wyskoczyła z okna. Na miejscu doznaje szoku, gdyż dziewczyna okazuje się być jej lustrzanym odbiciem. I tu znów muszę się na chwilę zatrzymać. Karolina – jak się później dowiadujemy – wychowała się w domu dziecka, nie zna swoich rodziców i jest klasyczną marysuistyczną sierotką. Bardzo przeżywa, że samobójczyni, której nie udaje jej się uratować jest do niej tak podobna, że to tak, jakby ona tam leżała cała we krwi, że to jej „siostra bliźniaczka”... I poza tym rozdziałem, już nigdy o tym nikt nie wspomina. Tak jakby w sumie przestało ją to interesować, jakby potrzebowała tylko pretekstu do tego, co następuje później (o czym za chwilę). Czytelnik też nigdy nie dowiaduje się, czy Karolina i ta dziewczyna były ze sobą spokrewnione. Tylko gdzie sens? Gdzie sens, pytam ja się?

Karolina w szpitalu dostaje opieprz od ordynarnego ordynatora, jest taka smutna i nieszczęśliwa, i świat jej się wali, i nienawidzi tego życia, i w ogóle. Wraca do swojego mieszkania, które jest całe udekorowane jednorożcami.


Były wszędzie. Patrzyły na nią ze zdobiących ściany obrazów, podrzucały dumnie rzeźbione w drewnie lub metalu głowy, stojąc na półeczkach i komodzie. Ich spojrzenia pełne bezwarunkowej miłości towarzyszyły Karolinie od samego progu.
- Cześć, moje śliczne - przywitała je ze słabym uśmiechem.
- Witaj, Anaelo! - usłyszała w myślach odpowiedź.
Czy jestem jedyna na tej sali, która uważa to za ciut... creepy? (Wybaczcie te angielskie wtręty, ale do tego słowa nie mogę znaleźć dobrego odpowiednika).

W mieszkaniu czeka na nią jej przyjaciel Łukasz. Mówi, że ciocia Maryla „odeszła” i nie wiadomo, gdzie teraz się znajduje, a także wręcza podarki od tejże: oprawioną w skórę i złote okucia (jakżeby inaczej) księgę zatytułowaną „Kroniki Ferrinu” oraz medalion. Karolina sprawia jeszcze bardziej dziwaczne wrażenie, gdy zachwycona (i całkowicie poważnie) mówi o znajdującym się w księdze przepisie na teleportację. Potem nagle Łukasz jej się oświadcza, na co ona reaguje jak na dziewczynę w jej wieku przystało:


Nie! Pokręciła przecząco głową, ale on już otwierał pudełko. Skromny pierścionek wabił agatowym oczkiem.
- Przyrzekałeś! - Poderwała się, przewracając wazon z purpurową różą. – Przyrzekałeś być mi bratem!
- Potrzebny ci facet! Mąż! Kochanek! A nie brat!
Łukasz podszedł do niej. Tak blisko. Za blisko! Cofnęła się w popłochu. To nie może się tak skończyć! Nie Łukasz! Kochała go jak brata! Ufała mu! A on...
- Odejdź! Daj mi spokój! - W głosie zabrzmiała panika. Poczuła na ramionach dłonie. Odtrąciła je ze złością i pchnęła mężczyznę ku drzwiom. - Wyjdź!
- Nie każdy facet jest skurwielem! Ja bym ciebie nie skrzywdził!
Próbował raz jeszcze objąć dziewczynę, ale odepchnęła go.
- Wynoś się!!!
*dramatycznym gestem przykrywa czoło dłonią i pada na leżankę* Faceci to podłe, obleśne, niewyżyte świnie!

To wydarzenie jest kroplą przepełniającą czarę goryczy Karolinki (która w myślach lubi tak się do siebie zwracać). Przebiera się w średniowieczną suknię
(trzymaną pewnie specjalnie na tę okazję), rysuje na podłodze pentagram, przygotowuje rytuał (w końcu uczęszczało się potajemnie do Szkoły Czarownic. Nie, nie zmyślam tego. Naprawdę jest napisane, że uczęszczała potajemnie do Szkoły Czarownic. Nie w tym miejscu, ale jest) i teleportuje się do Ferrinu. Wszystkie te wydarzenia – od jazdy karetką do „bliźniaczki” po teleportację – następują tak szybko, że nie jestem w stanie się przejąć niczyim nieszczęściem. Początek rozdziału sprawia wrażenie napisanego tak, jakby Michalak nie mogła się doczekać, aż przejdzie do właściwej akcji i napisała byle co, byle jak, byle szybciej.

Potem mamy trochę seksu (oj, będzie go w tej książce dużo) w wykonaniu niejakiego Joysella i Najwyższej Kapłanki – Bereniki de Sanctis, która wyczuwa, że ktoś (Karolinka!) pojawił się w Lesie Tysiąca i rozkazuje Joysellowi po tego kogoś jak najszybciej iść. Jak tylko skończą się bzykać.

To samo rozkazuje swojemu oddziałowi władca Darrakii, Sellinaris WeddSa’ard. Jego sługa, Vervain, „kostycznymi palcami” wysyła nietoperza-posłańca z wiadomością.

Sowy już były wykorzystane, kruki wykorzystane, gołębie zbyt lamerskie... O, nietoperz! Zwierzę nocne o bardzo słabym wzroku poruszające się przy pomocy echolokacji brzmi jak idealny materiał na stworzonko pocztowe!

Mnóstwo nic nie mówiących wam imion postaci, które nijak was nie obchodzą? Nie martwcie się, miałam to wrażenie przez całą książkę.

Karolina budzi się i ze zdziwieniem odkrywa, że jej rytuał zadziałał.


Przeniosła się. Przeniosła się?! Tak! Przeteleportowała! Tylko dokąd?
*facepalm* Czy książka, w której znalazłaś przepis nie nazywała się czasem „Kroniki Ferrinu”?!
Ta cała jej ciotka Maryla, aka Amarilla dell’Soll, też przez całe dzieciństwo nie mówiła jej o niczym innym, tylko o Ferrinie.

Niewiarygodnie głupia Karolina budzi się oparta o świecący na niebiesko pień drzewa, widzi na nocnym niebie Krzyż Południa i dochodzi do wniosku, że wylądowała w Australii. Jak na bohaterkę opkowatej historyjki przystało, zaczyna gadać na głos do siebie i nagle zdaje sobie sprawę, że mówi w jakimś nieznanym nawet jej samej języku. Meh, pewnie skutki uboczne transu. Nie zawraca sobie tym głowy i zaczyna panikować na tematy o wiele poważniejsze:

Cholera, przecież tu wciąż żyją kanibale! I jadowite węże. No i pająki! Mniejsza o kanibali, ale te pająki!!!
Ha ha, Boże, jak śmiesznie.

Karolina wkurza mnie coraz bardziej, wygłaszając na głos do siebie całe długie na stronę monologi i postanawia ruszyć zad.

I tu następuje długa scena, która najpierw wprawiła mnie w zdziwienie, potem w osłupienie, następnie w dezorientację, a na koniec w złość. Karolina – przemianowana już na Anaelę dell’Soll (Boru, naprawdę, fantasy nie polega na tym, że imion bohaterów nie da się odczytać bez połamania sobie języka) – wpada na grupkę żołnierzy, którzy zamierzają ją zgwałcić i prawie im się to udaje, ale niespodziewanie ratuje ją ich dowódca... i dziewczę kilka razy ginie, za każdym razem wracając do punktu wyjścia i cała scena się powtarza, aż do momentu, w którym udaje jej się uratować od śmierci dowódcę, który stawił się w jej obronie. No po prostu gra komputerowa: nie mogę przejść tego momentu, ginę, wczytuję, ginę, wczytuję, ginę, DOSTAJĘ PIERDOLCA, ARRRGH. Przez cały ten czas Anaela słyszy w głowie nieznany głos, który instruuje ją, jak przejść ten level. To znaczy, jak przeżyć i uratować tego gościa, który najwyraźniej jest bardzo ważny. A co jest w tym wszystkim najgorsze? Że NIGDY nie wyjaśnia się, jak to było możliwe, że Karolina/Anaela mogła powtarzać to wydarzenie aż do momentu odniesienia sukcesu, dlaczego tak się stało i czemu nikt nawet o tym nie pomyślał nigdy potem, kiedy takie wczytywanie save’a znowu by się przydało, bo Karolcia znowu wykazała się nieprawdopodobną głupotą. Jest znowu scenka z udziałem Zła i Zdrady, jedno oskarża drugie o złamanie zasad i żąda rekompensaty... ale cała ta ich gadka zdaje się nie mieć nic wspólnego z Anaelą i jej powrotami do check-pointów. Przynajmniej JA nie widzę żadnych powiązań. Jeśli ktoś potrafi mi to wytłumaczyć, to bardzo proszę, niech to zrobi.

Zaczyna się rozdział drugi, zatytułowany „Amre”. I tu... zrobię przerwę. Cóż, jeszcze na początku tej analizy miałam plan walnąć od razu całą książkę, ale nie mogę, no po prostu nie mogę, na niektóre tematy po prostu muszę się rozpisać tak bardzo, że w jednej części zajęłoby mi to tysiąc stron. xD Zrobię zatem krótkie podsumowanie wszystkiego, czego do tej pory dotknęłam. Coś w stylu plusów i minusów. Początek książki jest dość kiepski, więc na razie, niestety, nie mam do powiedzenia nic dobrego.

Katarzyna Michalak jest Autorką, bo:
- napisała książkę...?

A jest aŁtorką, bo:
- główna bohaterka póki co sprawia wrażenie klasycznej Mary Sue i czytelnik nijak z nią nie sympatyzuje,
- akcja toczy się zbyt szybko i zbyt chaotycznie,
- imiona bohaterów sprawiają wrażenie stworzonych metodą Generatora Kici-Kici.


Ciąg dalszy już wkrótce, w większej ilości rozdziałów. Nie obiecuję, ale być może wcześniej niż za tydzień. Wesołych świąt ewrybady! ^^

wtorek, 4 grudnia 2012

Rosa przedstawia: "Wiatr od wschodu", część 3

Z tygodniowym opóźnieniem, bo zapomniałam, lol. Zwalam na bliskość świąt. ^^





ROZDZIAŁ III

Vendel siedzi już grzecznie w Tobolsku. Niestety, w tym rozdziale poznajemy kolejne uzdolnienia naszego boChatera. Wgłębiamy się także w „Cierpienia młodego Vendela“, choć mamy dopiero Oświecenie. Będzie nudno, ale pocieszę Was: niedługo Vendel znajdzie się w nagiej tundrze z nagim interesem na wierzchu, nagabywany przez pięć niedopchniętych Azjatek. A że najpierw obiadek, potem deserek, więc zapraszam do stołu!

Była armia Karola dociera do Tobolska. Tam doznają szoku: w mieście znajdują się kobiety, a nawet i Szwedki!

„Dla żołnierzy Karola XII, którzy tak długo żyli podporządkowani twardym, surowym prawom wojny, spotkanie z kobietami było niezwykłym przeżyciem - w dodatku z kobietami, z którymi mogli rozmawiać i przebywać, nie narażając się przy tym na niesławę.“
Było to jednak przykre przeżycie, albowiem po latach spędzonych w armii nauczyli się rozwiązywać pewne sprawy z udziałem przyjaciół...
Poza tym, tak bardzo chciałabym, aby w konfliktach zbrojnych mężczyzna narażał się na niesławę; niestety praktyka pokazuje, że na niesławę narażone są jedynie ich ofiary.
Następnie dowiadujemy się, że Szwedzi uczą się zarabiać na utrzymanie, Piotr I zgarnia bezpośrednio podatki za pędzenie bimbru, Szwedzi to „pogańskie świnie“ w pijanych oczach rosyjskich oficerów, a ucieczka jest niemożliwa. By zapełnić czymś strony swojego czytadła, Sandemo duma nad postacią Króla Karola. Jedziemy dalej z tym koksem. A tu prze drodze nasz Młody Vendel!

„Młody Vendel Grip szybko postarał się nauczyć rzemiosła. Mógł wybierać między kowalstwem, garncarstwem i stolarstwem, mógł też zostać siodlarzem, grawerem lub złotnikiem, mógł szyć piękne czapraki dla koni lub szlifować szlachetne kamienie. Bystry i pojętny szybko nauczył się sztuki wyprawiania skór z myślą o zawodzie siodlarza, ale wkrótce odkrył, że o wiele większą przyjemność sprawia mu zdobienie skór ornamentami. Szło mu to tak świetnie, że wnet otrzymał polecenie przyuczania w niedziele do zawodu dwunastu mniej uzdolnionych żołnierzy. Zwykle robili to oficerowie, którzy opanowali już rzemiosło.“
Skill: złota rączka, dusza artysty.

„Vendelowi powodziło się nieźle, także finansowo. Sprzedawał pięknie wyprawione skóry lub wymieniał je na potrzebne mu produkty u mieszczan i u chłopów, przybywających do Tobolska w dni targowe. Oczywiście nie zarabiał kroci, ale pilnował każdego grosza i chował pieniądze w domu, który dzielił z innymi karolińczykami.“
Skill: ma golda i dzieli się z teamem.

„Corfitz Beck nie widywał go już tak często jak dawniej. Kapitan zaczął odwiedzać jedną z rodzin, przybyłą tu z prowincji nadbałtyckich.“
Ekhm tak sobie na wycieczkę pojechali i zostali? Zara, a może liczyli niepatriotycznie na kasę...

„Ojciec rodziny nazywał się Claes Skogh, był pułkownikiem, dzielnym wojakiem i władczym mężczyzną.“
A jednak nie. Ale momento. Skąd jego rodzina wiedziała, gdzie ma szukać uwięzionego pułkownika?

„Raz zaproszony został także Vendel. Skoghowie mieli córkę, Marię, dokładnie w tym samym wieku co on. Dziewczyna była śliczna, wręcz prześliczna, i w romantycznym sercu Vendela zapłonął ogień.“
No i zaczynamy nudne przygody naszego Młodego Vendela. Na razie Vendel doznaje zakłopotania, ponieważ:

„Przy obiedzie posadzono go obok niej. Nigdy jeszcze nie znalazł się tak blisko kobiety i nagle okazało się, że jego dłonie, wielkie i niezgrabne, z trudem utrzymują szklankę, a język odmawia posłuszeństwa.“
Zaskoczony sytuacją Vendel opuszcza merysójkowaty schemat:

„Vendel zaczął się jąkać, z pamięci uciekły gdzieś wszystkie błyskotliwe powiedzonka. Skąd wzięły się banały, które plótł?“
Z interesu, Vendelku. Z interesu.

„Za każdym razem jednak, gdy spoglądała na Vendela, chłopakowi wydawało się, że coś w jego duszy umiera. To umierało jego dzieciństwo; czuł, że właśnie staje się mężczyzną mu interes. W wieku dwudziestu lat. Naprawdę nie za wcześnie!“ Stres w niewoli, złe pożywienie i tym podobne wpływały wcześniej negatywnie na jego... zdrowie. Stąd to opóźnienie.
Młody Vendel ma całkiem niezły pomysł: postanawia poderwać ukochaną własnoręcznie zrobionym prezentem. I voila!

„Zajęło mu to cały tydzień, ale sakiewka była tak piękna, że trudno ją sobie wyobrazić - z wytłaczanym wzorem w kolorze lazurowoniebieskim oraz złota i skomplikowanym mechanizmem służącym do otwierania.“
Vendel poszukuje okazji do „pójścia na całość“(czyli wręczenia sakiewki, a co myśleliśie, małe perwersy?;))

„Co wieczór starał się znaleźć pod domem Skoghów. Przechadzał się pod nim niby przypadkowo. Pewnego dnia napotkał Marię, spieszącą do domu z dłońmi ukrytymi w futrzanej mufce. Sam zrobię dla niej mufkę, pomyślał od razu.
Zdjął czapkę i dostojnie powitał Marię. Przez moment przyglądała mu się zaskoczona, zaraz jednak go rozpoznała i zatrzymała się.“
„Podała mu drobną rączkę, którą Vendel, choć niechętnie, musiał zaraz wypuścić ze swej dłoni, by nie przekroczyć granic ustalonych przez przyzwoitość.“
Może jednak źle zrozumiałam?;)

„- Bardzo miło was znowu widzieć, panno Mario - powitał ją dwornie słowami, których wymowę długo ćwiczył. Zaraz jednak się zaciął. - Hm... Eee... ładną mamy dzisiaj pogodę.
Naprawdę wcale tak nie było, ale zgodziła się z nim, bowiem także nie wiedziała, co powiedzieć.
Przez chwilę stali zakłopotani, po czym Maria zrobiła gest wskazujący, że chce odejść.
- No cóż, chyba już... - rzekła nieśmiało.
Na pomoc, wszyscy bogowie, sprawcie, by jeszcze została! jęknął Vendel w duchu, ale bogowie nie wykazali ochoty do współpracy.
- Pozdrówcie waszą matkę i ojca - wykrztusił zrozpaczony, a ona kiwnęła tylko głową i zniknęła.“
Cóż, Vendelku, na pewien czas zabrali ci status wszechwładnej Mary Sue. 

„Podświadomie żywił nadzieję, że zostanie zaproszony do Skoghów ponownie; wówczas sprawa byłaby prosta.“
Ale jak pisałam wyżej...

„Jednakże nie zaproszono go więcej do Skoghów.“
... męcz się chłopcze bez skilli. :D

„Serce rozrywał mu rwący ból, a radość życia powoli gasła. Nie dowcipkował już i nie żartował jak dawniej z towarzyszami przy pracy; stał się zupełnie innym Vendelem Gripem niż ten, jakiego poznali.“
Cierpienia Młodego Vendela. :D

„I nagle... Całkiem nieoczekiwanie pojawiła się sposobność, o jakiej marzył.
Było lato 1715 roku, Vendel skończył dwadzieścia jeden lat i uważał się za już zupełnie gotowego do żeniaczki. Jeńcy zorganizowali letni zjazd; określenie uroczystości słowem „zabawa” byłoby raczej nie na miejscu. Tam właśnie spotkał Marię i, szczęśliwie, miał przy sobie sakiewkę.
Nadarzyła się też okazja, by wręczyć jej podarek. Vendel wykorzystał zamieszanie, jakie powstało, gdy zebrani zaczęli opuszczać uroczystość, podczas której on sam nawet na chwilę nie spuścił oczu z dziewczyny. Uważał, że Maria sprawia wrażenie jeszcze bardziej rozpromienionej niż zazwyczaj. Odniósł wrażenie, że radość wprost z niej tryska. Oczywiście dlatego, że znów mnie widzi, myślał Vendel.“ 
Przykro mi Vendel, ale...

Drżącymi rękami podał jej sakiewkę, mamrocząc przy tym niewyraźnie kilka słów. Niestety, w żaden sposób nie przypominały one tych, których wymawianie ćwiczył od dawna... Niemożliwe, by Maria cokolwiek z tego zrozumiała.“
... na potrzeby przetworzenia cię w Młodego Vendela utraciłeś swoją marysuistyczną zajebistość.

„Przez trzy dni chodził z głową w obłokach.
Czwartego dnia przyszedł do niego kapitan Corftz Beck.
Pragnął rozmawiać z Vendelem na osobności. Sprawiał wrażenie podenerwowanego, wręcz rozgniewanego.
Weszli więc do pustego warsztatu.
Ona sama nie może przyjść, to przecież jasne, myślał Vendel. Nie wypada. Dlatego przysyła kapitana Becka, który jest przyjacielem domu. Corfitzowi Beckowi na pewno nie w smak rola chłopca na posyłki.“
Oj Vendel, wcześniej cię żałowałam, ale teraz cieszy mnie...

„Kapitan odwrócił go ku sobie i zimno spojrzał mu w oczy.
- Posłuchaj, Vendelu, musisz z tym skończyć!
Chłopak miał wrażenie, że nagle przygniata go jakiś wielki ciężar.
Z czym, kapitanie?
- Z tym bieganiem wokół Marii na podobieństwo chorego z miłości kocura. Bardzo ją to zawstydza i budzi wielki gniew jej ojca. I dla mnie także jest to nadzwyczaj przykra sytuacja. Czy tego nie rozumiesz?“
...że Beck zmyje ci łeb.

„- Poważne zamiary? Co ty właściwie sobie wyobrażasz? Opętała cię mania wielkości? Ciebie, nie pochodzącego ze szlacheckiego rodu pucybuta?“
Nie, kurwa. Jego babka była Margrabianką, o ile mnie pamięć nie myli? Ludzie Lodu awansują i spadają w feudalnym porządku w tempie wartości akcji na giełdzie.

„- Czyś ty całkiem postradał zmysły? Maria została już przyrzeczona mnie! A ty, syn mojej służącej, przychodzisz i... To wprost nie do wiary!
Vendel stał jak skamieniały. Bezdźwięcznie wyszeptał:
- Więcej się to nie powtórzy, kapitanie.
- Taką mam właśnie nadzieję! No dobrze - powiedział Corfitz Beck łagodniejszym już tonem. - A w przyszłości zachowuj się przyzwoicie i kieruj swe miłostki tam, gdzie jest twoje miejsce.“
Już on pokieruje:D

„Vendel został sam na sam ze swymi marzeniami, które właśnie legły w gruzach. Odruchowo sięgnął po piękną sakiewkę. Podniósł ją i pieścił obiema dłońmi, nie zważając na to, że prosto na nią płyną mu z oczu samotne, kryształowe łzy.“
„Niczym lunatyk wyszedł z warsztatu na oślepiające letnim blaskiem słońce. Miał wrażenie, że i ono z niego drwi.“
Cierpienia Młodego Vendela, rozdział 2.

„W duszy Vendela tkwiło teraz jedno tylko pragnienie: opuścić Tobolsk i wrócić do Szwecji, do Skanii. Wydawało mu się, że nie zniesie spotkania z Marią lub Corfitzem Beckiem, nie będzie w stanie spojrzeć im w oczy.“
Cierpienia Młodego Vendela, rozdział 3.

„Wielokrotnie nawiedzała go myśl o śmierci. Jakże mógł żyć dalej z marzeniem o Marii Skogh, której nigdy nie dostanie?“
Pożycz od Becka pistolet :D Cierpienia Młodego Vendela, rozdział 4 i ostatni.

„Jednak wola przetrwania okazała się silniejsza.“
Eeee :(

„Następnego wieczoru po tym, jak kapitan Beck pogrzebał miłosne nadzieje Vendela, zadając mu jeden jedyny cios prosto w serce, w mieście wybuchł pożar. Zdarzało się to dosyć często, nikt więc szczególnie się tym nie przejmował. Większość mieszkańców biegła na miejsce wypadku, by popatrzeć i odetchnąć z ulgą, że to nie własny dom stanął w płomieniach.
Vendel jednak nie myślał o pożarze. Był jak skamieniały, kiedy szedł dokładnie w przeciwnym kierunku, w dół rzeki Toboł, płynącej obok miasta. Nieco dalej widział, jak łączy się ona z szerokimi wodami Irtyszu. Zatrzymał się, by spojrzeć na łodzie rybackie. Akurat wyruszały na Toboł na nocny połów.“
No, ucieknie nareszcie? A nie, leci opisówka...

„Vendel wyrósł na bardzo przystojnego młodzieńca, wyraźnie naznaczonego dziedzictwem wikingów: jasnowłosego, szczupłego, o pięknym, lekko brązowym odcieniu skóry i mocno niebieskich oczach. Gęste złote włosy były równie ładne jak kiedyś, spojrzenie miał otwarte i ciepłe, choć teraz odbijał się w nim smutek.“
W takich chwilach nieuchronnie coś mi „zmierzcha“...

„Kiedy tak stał, zapatrzony, uświadomił sobie, że Szwedzi nie byli jedynymi więźniami przebywającymi w Tobolsku.“
Bystrzak.

„Stał tak, zatopiony w myślach o śmierci, wsłuchany w dalsze strofy pieśni, które jeszcze bardziej pogłębiały jego smutek. Coraz bardziej pogrążał się w żalu nad samym sobą, choć wcale tego nie chciał, nie należał bowiem do ludzi roztkliwiających się nad własną osobą.“
Rozdział 5. 

„Vendel westchnął głęboko, niemal zaszlochał.
Nie! pomyślał. Nie, nie umrę tutaj! Matka tak bardzo smuciła się z powodu mego wyjazdu... Musi poznać prawdę. Musi się dowiedzieć, że jeszcze żyję. Nie może chodzić w żałobie przez tyle długich lat. Chyba zaczyna się już starzeć. Tak bardzo chciałbym ją zobaczyć, ją i wszystkich moich przyjaciół z domu. Niebo nad Skanią... Ono jest takie wysokie i piękne!“
Emo overload. Sandemo, nudą tu pizga. Gdzie jest akcja!

„Rybak wyglądał na najuboższego z ubogich. I nagle Vendel poczuł nieoczekiwany przypływ energii. Pobiegł do domu i wyciągnął zaoszczędzone pieniądze. Zabrał buty, jedzenie, skóry, nad którymi pracował, i inne należące do niego drobiazgi. Mimo że starał się to wszystko ciasno zwinąć, pakunek, który niósł pod pachą był bezkształtny i nieporęczny. Krokiem sprawiającym wrażenie spokojnego skierował się znów nad rzekę. Nikt nie mógł zauważyć, że drży z niecierpliwości.
Z daleka zobaczył, jak młody rybak gniewnym ruchem wrzuca sieć do łodzi, zbiera resztę swych nędznych przyborów i rusza w głąb lądu, ku Vendelowi. Doskonale, pomyślał Szwed, czekający na niego w ukryciu wśród domów. Kiedy rybak zbliżył się do niego, Vendel wysunął się z cienia.
Po rosyjsku mówił już teraz nieźle, nie miał żadnych trudności z porozumiewaniem się. Czy może odkupić łódź? Teraz, od razu?“
No, nareszcie!

„Poprosił jeszcze, by chłopak zamienił się z nim na wierzchnie ubranie, typowe dla rosyjskiego rybaka, i o czapkę z szerokim daszkiem, chroniącym przed słońcem. Chłopak przystał na to z radością. Zamiana była dla niego korzystna, gdyż w Vendelu już dawno obudził się esteta. Nosił koszulę haftowaną w piękny wzór, dbał także o inne części odzieży, na tyle na ile się dało w takiej biedzie. To, co teraz miał otrzymać, z pewnością oznaczało na nowo wszy. Uznał jednak, że nie jest to zbyt wygórowana cena za wolność.“
Sandemo, proszę...
Vendel odzyskuje wolność sprytnym trikiem:

„Powoli, jakby w zamyśleniu, rytmicznie poruszał wiosłami. Z udawanym spokojem omiótł spojrzeniem brzegi rzeki, niby to poszukując miejsca odpowiedniego do zarzucenia sieci. Usłyszał, że jeden z rybaków łowiący bliżej miasta śpiewa w łodzi, a i przed nim na rzece także rozbrzmiewała pieśń.
Czy starczy mu odwagi? Zawsze podobały mu się rosyjskie ludowe przyśpiewki. Znał ich wiele, podobnie jak znał charakterystyczną rosyjską technikę śpiewania z zaciśniętymi strunami głosowymi.
Teraz chodziło o jego życie. W każdej chwili strażnicy mogli go zawołać, by przyjrzeć mu się bliżej i sprawdzić, czy rzeczywiście jest rybakiem.
Desperacja dodała mu odwagi. Pięknie, z głębi duszy zaśpiewał piosenkę odpowiadającą jego nastrojowi.
To nie wiatr pochyla gałęzie, to nie las szumi, to moje serce skarży się i wzdycha jak szeleszczące liście.
Czy zaśpiewał pięknie, czy nie, w każdym razie strażnicy go przepuścili. Być może zwiodły ich spokojne, niemal przesadnie powolne ruchy Vendela. Wielu spośród rybaków traktowało otoczenie z niczym nie zmąconą obojętnością. Chłopak często obserwował ich na rzece, a teraz bardzo był z tego rad.
Wieża strażnicza powoli rozpływała się w oddali. Zniknął już Tobolsk. Rzeka stawała się coraz szersza, tajga po obu brzegach gęstniała, choć ciągle jeszcze była raczej kraina stepu.“
„Zapadł zmierzch,(...)“ 
Jużci mówiłam:D

„Był wolny! Świadomość tego spłynęła nań nagle, wypełniając go burzliwą radością. Oddaliły się jakże bolesne myśli o Marii. Zniknął lęk, niepewność, bierność.“
I my się cieszymy, albowiem wiemy, co będzie dalej. 

„Opuścił miasto Tobolsk. I nigdy więcej już tu nie powróci!“
My też nie powrócimy. Było nudno, zimno i kiczowato, a sakiewka była do niczego, ale opylimy na pchlim targu, nie zmarnuje się. Tymczasem mająca fetysz na Azję Rosa zakasuje rękwawy i zabiera się za swoją ulubioną część Sagi :)