Czarne owce literatury czyli analizy ZŁYCH książek: Świąteczny odcinek specjalny! Gra o Ferrin, część 1

wtorek, 11 grudnia 2012

Świąteczny odcinek specjalny! Gra o Ferrin, część 1

Hej! Wiecie co? Święta idą! 



A wraz z nimi dzisiejszy, specjalny odcinek analizy. Specjalny między innymi dlatego że mój pierwszy od ładnych paru tygodni, ale też z innych powodów. Jakich? Usiądźcie przy kominku, na którym wesoło trzaska ogień, okryjcie się ciepłym, mięciutkim, polarowym kocykiem, weźcie w łapki kubki gorącej czekolady i posłuchajcie historii o Katarzynie Michalak...

Otóż Katarzyna Michalak, właściwie Katarzyna Lesiecka, pseudonim AutorKasia, pierwszą swą książkę wydała sobie sama, wysłała następnie tę gotową książkę do kilku prawdziwych wydawnictw, a potem uruchomiła ogromną kampanię reklamową. Przez jakiś czas znana była głównie z cyklu Poczekajka (czy też Słoneczna Trylogia), głównie z powodu tej ogromnej reklamy, którą osobiście przygotowała, poprowadziła i opłaciła, wliczając w to nawet teledysk, proszę państwa (można znaleźć na youtube). Pewnego razu postanowiła napisać (a właściwie wydać - książka została napisana w 2004 roku, 4 lata przed wydaniem „Poczekajki”) powieść fantasy. I jej to nie wyszło. Acz nawet ja muszę przyznać, że nie jest to książka analna w takim stylu i stopniu, w jakim było takie na przykład „Dziecko gwiazd. Atlantyda”. Poniższa analiza jest zatem czymś w stylu streszczenia z wypunktowaniem najgorszych wad, bez pomijania i dobrych stron (zdarzają się!). Przedstawiam zatem „Grę o tro-”... tfu, „Grę o Ferrin”.


Zatrzymajmy się już na okładce. Podobnie jak było z „Atlantydą”, i tu mamy okazję podziwiać nikogo innego, jak autorkę dzieła we własnej osobie.
To już chyba jakaś domena wydawnictwa Albatros - Michaśka, AutorKasia... Ba, z „Sekretnika” tejże możemy także poznać całe pasjonujące backstory owej okładki: jak to suknia była szyta na zamówienie u zaprzyjaźnionej krawcowej (choć mi szczerze mówiąc wygląda to jak kawał firanki z fastrygowaniem i rybią łuską...), jak miecz wyprodukowany w zaledwie dwóch czy tam trzech egzemplarzach po wielu perypetiach przyleciał samolotem Z AMERYKI, jakim fascynującym przeżyciem była sesja zdjęciowa et cetera... Co jednak najbardziej interesuje mnie, to fakt, że już od tego momentu mam silne przeczucie, że główna bohaterka będzie tak naprawdę wyidealizowaną wersją autorki. I wcale mi się to nie podoba.



Przejdźmy do ciągu dalszego: cytatów początkowych, bo jest ich kilka i także dają okazję do skomentowania ich.


Tylko człowiek zupełnie samotny może sobie
pozwolić na zmarnowanie własnego życia.
Jeśli jednak zasłużył choć na jedną ludzką miłość,
ktoś oprócz niego płaci za jakość jego istnienia.
Autor nieznany
Google twierdzą, że nie znają takiego cytatu, niezależnie czy autor znany czy nieznany. Oh well.

„Jeżeli jakaś powieść może uchronić od obłędu,
jest to właśnie TA powieść”.
Tu nawet autorka nie wie, kogo cytuje. Wnioskuję, że samą siebie lub jakąś przyjaciółkę, która miała okazję przeczytać powieść jako jedna z pierwszych. Jak wysokie mniemanie trzeba mieć o sobie, by pisać takie rzeczy na samym wstępie książki?

W enigmatycznym prologu mamy scenkę, w której istoty zwane Zło i Zdrada grają w jakąś grę.
W Piotrusia! ^^ Według narratora, obie kierują się zemstą, gdy postanawiają grać o Ferrin i uśmiechają się złowieszczo „w nienaturalnej ciszy”. Przedramatyzowane nudy, ale przynajmniej krótkie, więc kontynuowałam lekturę.

W pierwszym rozdziale zatytułowanym „Karolina” poznajemy, cóż, Karolinę. Otóż Karolina jest właścicielką złoto-zielonych oczu (sic!), ogniście rudej czupryny oraz dwudziestokilkuletnią panią anestezjolog o bardzo wysokich kwalifikacjach. Wait a second...

Studia trwają 6 lat. Staż chyba 13 miesięcy. Specjalizacja różnie, zależnie od obranego kierunku: od 4 lat (medycyna rodzinna) do 6,5 lat (ginekologia). No i jeszcze musisz po studiach zdać LEP żeby cokolwiek robić dalej w tym kierunku.
Cytat z forum: http://www.housemd.fora.pl/medycyna,19/studia-medyczne-prawdy-i-mity,826-200.html

Nie pozostaje mi nic innego, jak zakrzyknąć: BULLSHIT!

A więc Karolina, nasza idealna od pierwszej strony pani anestezjolog, jedzie karetką na wezwanie do samobójczyni, która wyskoczyła z okna. Na miejscu doznaje szoku, gdyż dziewczyna okazuje się być jej lustrzanym odbiciem. I tu znów muszę się na chwilę zatrzymać. Karolina – jak się później dowiadujemy – wychowała się w domu dziecka, nie zna swoich rodziców i jest klasyczną marysuistyczną sierotką. Bardzo przeżywa, że samobójczyni, której nie udaje jej się uratować jest do niej tak podobna, że to tak, jakby ona tam leżała cała we krwi, że to jej „siostra bliźniaczka”... I poza tym rozdziałem, już nigdy o tym nikt nie wspomina. Tak jakby w sumie przestało ją to interesować, jakby potrzebowała tylko pretekstu do tego, co następuje później (o czym za chwilę). Czytelnik też nigdy nie dowiaduje się, czy Karolina i ta dziewczyna były ze sobą spokrewnione. Tylko gdzie sens? Gdzie sens, pytam ja się?

Karolina w szpitalu dostaje opieprz od ordynarnego ordynatora, jest taka smutna i nieszczęśliwa, i świat jej się wali, i nienawidzi tego życia, i w ogóle. Wraca do swojego mieszkania, które jest całe udekorowane jednorożcami.


Były wszędzie. Patrzyły na nią ze zdobiących ściany obrazów, podrzucały dumnie rzeźbione w drewnie lub metalu głowy, stojąc na półeczkach i komodzie. Ich spojrzenia pełne bezwarunkowej miłości towarzyszyły Karolinie od samego progu.
- Cześć, moje śliczne - przywitała je ze słabym uśmiechem.
- Witaj, Anaelo! - usłyszała w myślach odpowiedź.
Czy jestem jedyna na tej sali, która uważa to za ciut... creepy? (Wybaczcie te angielskie wtręty, ale do tego słowa nie mogę znaleźć dobrego odpowiednika).

W mieszkaniu czeka na nią jej przyjaciel Łukasz. Mówi, że ciocia Maryla „odeszła” i nie wiadomo, gdzie teraz się znajduje, a także wręcza podarki od tejże: oprawioną w skórę i złote okucia (jakżeby inaczej) księgę zatytułowaną „Kroniki Ferrinu” oraz medalion. Karolina sprawia jeszcze bardziej dziwaczne wrażenie, gdy zachwycona (i całkowicie poważnie) mówi o znajdującym się w księdze przepisie na teleportację. Potem nagle Łukasz jej się oświadcza, na co ona reaguje jak na dziewczynę w jej wieku przystało:


Nie! Pokręciła przecząco głową, ale on już otwierał pudełko. Skromny pierścionek wabił agatowym oczkiem.
- Przyrzekałeś! - Poderwała się, przewracając wazon z purpurową różą. – Przyrzekałeś być mi bratem!
- Potrzebny ci facet! Mąż! Kochanek! A nie brat!
Łukasz podszedł do niej. Tak blisko. Za blisko! Cofnęła się w popłochu. To nie może się tak skończyć! Nie Łukasz! Kochała go jak brata! Ufała mu! A on...
- Odejdź! Daj mi spokój! - W głosie zabrzmiała panika. Poczuła na ramionach dłonie. Odtrąciła je ze złością i pchnęła mężczyznę ku drzwiom. - Wyjdź!
- Nie każdy facet jest skurwielem! Ja bym ciebie nie skrzywdził!
Próbował raz jeszcze objąć dziewczynę, ale odepchnęła go.
- Wynoś się!!!
*dramatycznym gestem przykrywa czoło dłonią i pada na leżankę* Faceci to podłe, obleśne, niewyżyte świnie!

To wydarzenie jest kroplą przepełniającą czarę goryczy Karolinki (która w myślach lubi tak się do siebie zwracać). Przebiera się w średniowieczną suknię
(trzymaną pewnie specjalnie na tę okazję), rysuje na podłodze pentagram, przygotowuje rytuał (w końcu uczęszczało się potajemnie do Szkoły Czarownic. Nie, nie zmyślam tego. Naprawdę jest napisane, że uczęszczała potajemnie do Szkoły Czarownic. Nie w tym miejscu, ale jest) i teleportuje się do Ferrinu. Wszystkie te wydarzenia – od jazdy karetką do „bliźniaczki” po teleportację – następują tak szybko, że nie jestem w stanie się przejąć niczyim nieszczęściem. Początek rozdziału sprawia wrażenie napisanego tak, jakby Michalak nie mogła się doczekać, aż przejdzie do właściwej akcji i napisała byle co, byle jak, byle szybciej.

Potem mamy trochę seksu (oj, będzie go w tej książce dużo) w wykonaniu niejakiego Joysella i Najwyższej Kapłanki – Bereniki de Sanctis, która wyczuwa, że ktoś (Karolinka!) pojawił się w Lesie Tysiąca i rozkazuje Joysellowi po tego kogoś jak najszybciej iść. Jak tylko skończą się bzykać.

To samo rozkazuje swojemu oddziałowi władca Darrakii, Sellinaris WeddSa’ard. Jego sługa, Vervain, „kostycznymi palcami” wysyła nietoperza-posłańca z wiadomością.

Sowy już były wykorzystane, kruki wykorzystane, gołębie zbyt lamerskie... O, nietoperz! Zwierzę nocne o bardzo słabym wzroku poruszające się przy pomocy echolokacji brzmi jak idealny materiał na stworzonko pocztowe!

Mnóstwo nic nie mówiących wam imion postaci, które nijak was nie obchodzą? Nie martwcie się, miałam to wrażenie przez całą książkę.

Karolina budzi się i ze zdziwieniem odkrywa, że jej rytuał zadziałał.


Przeniosła się. Przeniosła się?! Tak! Przeteleportowała! Tylko dokąd?
*facepalm* Czy książka, w której znalazłaś przepis nie nazywała się czasem „Kroniki Ferrinu”?!
Ta cała jej ciotka Maryla, aka Amarilla dell’Soll, też przez całe dzieciństwo nie mówiła jej o niczym innym, tylko o Ferrinie.

Niewiarygodnie głupia Karolina budzi się oparta o świecący na niebiesko pień drzewa, widzi na nocnym niebie Krzyż Południa i dochodzi do wniosku, że wylądowała w Australii. Jak na bohaterkę opkowatej historyjki przystało, zaczyna gadać na głos do siebie i nagle zdaje sobie sprawę, że mówi w jakimś nieznanym nawet jej samej języku. Meh, pewnie skutki uboczne transu. Nie zawraca sobie tym głowy i zaczyna panikować na tematy o wiele poważniejsze:

Cholera, przecież tu wciąż żyją kanibale! I jadowite węże. No i pająki! Mniejsza o kanibali, ale te pająki!!!
Ha ha, Boże, jak śmiesznie.

Karolina wkurza mnie coraz bardziej, wygłaszając na głos do siebie całe długie na stronę monologi i postanawia ruszyć zad.

I tu następuje długa scena, która najpierw wprawiła mnie w zdziwienie, potem w osłupienie, następnie w dezorientację, a na koniec w złość. Karolina – przemianowana już na Anaelę dell’Soll (Boru, naprawdę, fantasy nie polega na tym, że imion bohaterów nie da się odczytać bez połamania sobie języka) – wpada na grupkę żołnierzy, którzy zamierzają ją zgwałcić i prawie im się to udaje, ale niespodziewanie ratuje ją ich dowódca... i dziewczę kilka razy ginie, za każdym razem wracając do punktu wyjścia i cała scena się powtarza, aż do momentu, w którym udaje jej się uratować od śmierci dowódcę, który stawił się w jej obronie. No po prostu gra komputerowa: nie mogę przejść tego momentu, ginę, wczytuję, ginę, wczytuję, ginę, DOSTAJĘ PIERDOLCA, ARRRGH. Przez cały ten czas Anaela słyszy w głowie nieznany głos, który instruuje ją, jak przejść ten level. To znaczy, jak przeżyć i uratować tego gościa, który najwyraźniej jest bardzo ważny. A co jest w tym wszystkim najgorsze? Że NIGDY nie wyjaśnia się, jak to było możliwe, że Karolina/Anaela mogła powtarzać to wydarzenie aż do momentu odniesienia sukcesu, dlaczego tak się stało i czemu nikt nawet o tym nie pomyślał nigdy potem, kiedy takie wczytywanie save’a znowu by się przydało, bo Karolcia znowu wykazała się nieprawdopodobną głupotą. Jest znowu scenka z udziałem Zła i Zdrady, jedno oskarża drugie o złamanie zasad i żąda rekompensaty... ale cała ta ich gadka zdaje się nie mieć nic wspólnego z Anaelą i jej powrotami do check-pointów. Przynajmniej JA nie widzę żadnych powiązań. Jeśli ktoś potrafi mi to wytłumaczyć, to bardzo proszę, niech to zrobi.

Zaczyna się rozdział drugi, zatytułowany „Amre”. I tu... zrobię przerwę. Cóż, jeszcze na początku tej analizy miałam plan walnąć od razu całą książkę, ale nie mogę, no po prostu nie mogę, na niektóre tematy po prostu muszę się rozpisać tak bardzo, że w jednej części zajęłoby mi to tysiąc stron. xD Zrobię zatem krótkie podsumowanie wszystkiego, czego do tej pory dotknęłam. Coś w stylu plusów i minusów. Początek książki jest dość kiepski, więc na razie, niestety, nie mam do powiedzenia nic dobrego.

Katarzyna Michalak jest Autorką, bo:
- napisała książkę...?

A jest aŁtorką, bo:
- główna bohaterka póki co sprawia wrażenie klasycznej Mary Sue i czytelnik nijak z nią nie sympatyzuje,
- akcja toczy się zbyt szybko i zbyt chaotycznie,
- imiona bohaterów sprawiają wrażenie stworzonych metodą Generatora Kici-Kici.


Ciąg dalszy już wkrótce, w większej ilości rozdziałów. Nie obiecuję, ale być może wcześniej niż za tydzień. Wesołych świąt ewrybady! ^^

21 komentarzy:

  1. Winky! Tęskniłam za tobą, serio. Ta Gra o Ferrin nieźle sie zapowiada, nie mogę doczekać się kolejnych odcinków.
    Pytanie: Dlaczego anestezjolog jedzie karetką, gdziekolwiek? Może się nie znam, ale wydawało mi się, że zajmuje się usypianiem ludzi przed operacją, a nie ratowaniem samobójczyń.
    Ta cała Karolina/Anala bardzo przypomina mi Arielkę/Aurelkę czy jak jej tam było z "Dziewiątego maga" (btw. będzie kiedyś kolejna część tego? fajnie się czytało).

    Jeszcze raz: super że się pojawiłaś. I Wesołych Świąt!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anestezjolodzy miewają też dyżury w pogotowiu ratunkowym - też miałam wątpliwości, ale na pomoc przyszła Wikipedia. ^^ Mag jeszcze będzie, ale powoli mi idzie dziubdzianie go, jak to powiedział Ciastek: nudne to i głupie!

      Usuń
  2. Winky!Fajnie,że znowu jesteś!
    Piosenka obłędna,cytaty z powieści i myśl i pochwała o obłędzie -bełkotliwe.
    Szykują się fajne kawałki.
    Wiecie co? Naprawdę nie rozumiem,skąd się bierze tyle grafomanii...I jeszcze ludzie to wydają za swoją kasę..

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
  3. Czy to aby ta książka, w której wszyscy, ale to wszyscy potencjalni tró laverowie padają marysujce do nóg?

    W takim układzie niecierpliwie czekam na kontynuację.


    Maryboo

    OdpowiedzUsuń
  4. Nowa analiza i od razu nastrój się człowiekowi poprawia ;] Akurat tę książkę kupiłam sobie oraz przeczytałam. Odczucia miałam wtedy podobne, ale przynajmniej okładka jest w miarę ładna, więc książka dalej sobie leży na półce ;)
    Czekam na kolejne części.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  5. Co ciekawe: Ferrin to była również miejscowość wymieniona w książce Kathleen Duey "Święte blizny" xD

    OdpowiedzUsuń
  6. No cóż, zapewne powroty do checkpointów zostały spowodowane przez Zło lub Zdradę, zależy, które tam oszukiwało. Sama koncepcja gry jest nawet, ale jak zwykle, kiedy chce się pisać książkę o swoich fantazjach o sobie, wychodzi katastrofa.

    Ja tam czekam na Michasię. Michasia jest super, można się pośmiać, podyskutować o jej narcyzmie i w ogóle jest fajnie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  7. Zaczęłam to czytać, przebrnęłam przez pięć rozdziałów i dałam spokój. Mam wrażenie, że altorka naczytała się "Świata czarownic" i "Czarnych kamieni", po czym wzięła wszystko co w nich najgorsze, okrasiła swoim alter ego, brakiem logiki oraz drętwymi dialogami, i oto mamy następczynię Sapkowskiego. Yay.

    OdpowiedzUsuń
  8. "Zaskoczeniem (przyjemnym, bo naprawdę oczekujecie tych powieści) będzie wydanie w 2013 kolejnych tomów Kronik Ferrinu i wznowienie tomu I, by pasował do całości. Bardzo jestem ciekawa nowej oprawy graficznej serii i tego, jak przyjmiecie następne tomy. Moim skromnym zdaniem (wspartym przez nieliczne grono tych, co Kroniki Ferrinu czytały) każdy tom jest lepszy od poprzedniego, a Anaela samą siebie przechodzi w tomie IV... No dobra, więcej o Ferrinie nie piszę, bo czekacie na kontynuację już tak długo, że pewnie nie bardzo kojarzycie jak główna bohaterka miała na imię..."

    za: blog Michalak

    O matko XD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O ojcze... xD Kasieńka w narcyzmie mogłaby z Michaśką w szranki stawać.

      Usuń
  9. Bardzo fajnie, że kolejna analiza się pojawiła:) A tak z innej beczki: wspomniałaś pobieżnie, że seks pojawia się często, gęsto. Jak idzie autorce pisanie scen erotycznych? [Takie osobiste zboczenie, bo bardzo ciężko trafić, na ciekawą scenę tego rodzaju.]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W największym skrócie można powiedzieć, że jej to nie idzie. ;)

      Usuń
  10. CZytałam Grę o Ferrin oraz Powrót do Ferrinu i uważam, że to świetne książki na długie wieczory. Polecam z całego serca wszytkie książki Katarzyny Michalak. Każda jest warta przeczytania

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. gdzie zdobyłas powrót do Ferrinu??B

      Usuń
    2. litości, przecież to jest gniot dla mało wyrobionych intelektualnie gimnazjalistek, czytać się tego nie da, jeśli twoje IQ ma wartość powyżej temperatury pokojowej...

      Usuń
  11. Lepsza byłaby Gra o Tron,czyli Pieśń Lodu i Ognia ... Ale ta analiza niczego sobie :3 Ale prooooszę,napisz analizę do Gro o Tron ... (PS:Wiem,że prośby to nie tutaj!)

    OdpowiedzUsuń
  12. Chcę zauważyć, że nietoperze też były, w "Diunie". Tam nawet "mówiły" szyfrem, a nie nosiły liściki. Pewnie to przez ewolucję, "Duina" to kilka tysięcy lat rozwoju cywilzacji naprzód

    Ola

    OdpowiedzUsuń
  13. Masz wpierdol człowieku... masz wpierdol.

    OdpowiedzUsuń
  14. Pragnę zauważyć, iż nie zapoznałaś się prawidłowo z treścią książki! Owszem, masz prawo wyrazić swoją opinię, ale zanim to zrobisz zapoznaj się z tym o czym mówisz/piszesz... W stu procentach nie zgadzam się z tym co tutaj napisałaś, oraz myślę, że przekartkowałaś tylko "Grę"... Przeczytaj dalsze części, to może zrozumiesz o co chodzi w całej serii...
    Żegnam ozięble, FANKA FERRINU.

    OdpowiedzUsuń
  15. Przecież to strata czasu zajmować się takimi odpadami ! Ludzie , życie jest za krótkie , dajcie sobie spokój i wykorzystajcie czas i energię na coś co przyniesie zdrowe owoce !

    OdpowiedzUsuń