Czarne owce literatury czyli analizy ZŁYCH książek: 2013

wtorek, 3 grudnia 2013

Co ja robię z moim życiem, czyli kolejne pożegnanie

Ostatnio jakoś w ogóle nie mogę się wczuć w analizowanie. Częściej niż zwykle dopadają mnie uciążliwe pytania egzystencjalne, jakby prowadzenie tego bloga było sprawą życia i śmierci, a nie analizatornią kiepskich książek. Doszłam do wniosku, że to chyba jednak nie ma sensu - może i by miało, gdybym sama nie miała bardzo poważnych planów zostania pisarzem, ale na chwilę obecną analizowanie złej literatury (choć bywa zabawne i pouczające) sprawia głównie tyle, że kompleksy mi się rozmnażają w niekontrolowanym tempie. Ile razy padło tu pytanie, jakim cudem TO zostało wydane? Dlaczego TEMU udało się zaistnieć, a mnie nie?

Odpowiedź jest boleśnie prosta: bo jeszcze praktycznie niczego nie udało mi się napisać do końca. Nie ma co ukrywać - analizowanie jest czasochłonne, a jeśli chcę dołączyć do grona pisarzy, więcej czasu powinnam poświęcać na rozwijanie swojej twórczości, zamiast naśmiewanie się z cudzej, nieważne jak bardzo na to zasługującej. Dlatego postanowiłam skupić się na tym, co po prostu jest dla mnie ważniejsze. Nie żegnam się na zawsze i nie mówię, że już nigdy nie pojawi się tu żadna analiza - na pewno chcę skończyć przynajmniej ten pierwszy tom Ferrinu, jednak analizy będą pojawiać się dość nieregularnie (tia, zupełnie jakby ostatnio pojawiały się jak w zegarku). Jeśli ktoś jest zainteresowany moimi wypocinami, zdarza mi się publikować różne fragmenty i krótkie formy na moim głównym blogu, tam też znajduje się odnośnik do małej próbki mojej twórczości - zbioru opowiadań "Bezgranicze" wydanego w formie ebooka. Tymczasem będę pracować nad ukończeniem innego zbioru, będącego rozwinięciem jednego z opowiadań z ebooka, oraz powieści, której fragment można znaleźć na ww. blogu. Mam nadzieję, że mi się uda.

Cóż... cytując klasyka: nie mówię żegnaj, lecz do widzenia. Cieszę się, że miałam dla kogo pisać analizy. Lubię was i nie pozwolę wam się nudzić - w ten czy inny sposób, mam nadzieję, że uwzględniający kontrakt z jakimś wydawnictwem. :)

Królik-recenzet nie wierzy w pisarskie zdolności Winky

wtorek, 26 listopada 2013

Gra o tro... tfu, Ferrin, część 8

Udawajmy, że analiza jest w porę. ;D "Ferrin" w dalszym ciągu jest nudny i głupi, ale dzisiaj przynajmniej są seksy.




 Rankiem wojsko z Joysellem na czele szykuje się do dalszej drogi. Przy okazji dowiadujemy się, że misternym planem uratowania Kassandry jest w mniemaniu Anaelci mianowanie jej Następczynią. Niby wiem, że Anaela nie ma pojęcia o tym, że Berenika przejmuje ciała Następczyń, co równa się prawie ich śmierci, ale tak czy inaczej odnoszę wrażenie, że nie jest to wcale żaden gest najwyższej dobroci, a tylko wykorzystanie okazji do pozbycia się brzemienia. Zatem Karolcia mianuje gówniarę Następczynią, ale nie wiedzieć czemu, nie zabiera jej ze sobą w podróż. Wyrusza za to z bratem Kassandry, Arlissem.

Jakiś czas potem, Michalak zrzyna z „Wiedźmina”.

Trwali tak, w kompletnej ciszy i bezruchu, gdy wtem przez Las przetoczyło się westchnienie. Anaela osłupiała, bo widok był niecodzienny: pień drzewa otworzył się i wychynął z niego świecący niebieskawo... duch!
- Co... kto to jest? - zaszeptała do Joysella.
- Pani Lasu. Skłoń się, byle nisko - mruknął. Driada nie patrzyła na niego, lecz na Anaelę, którą nie tak dawno powitała w progach Świata Światów. Dziewczyna łypnęła na nią z ciekawością. Pani Lasu uśmiechnęła się lekko, po czym zwróciła do Joysella:
- Witaj, lordzie Ellis. Czego żądasz?
- Przejścia.
Cóż, przynajmniej główna bohaterka nie będzie się ryćkać z driadami. Ale robi się śmieszniej...
- Za wolną drogę płaci się krwią. Jesteś gotów ponieść ofiarę?
- Jestem gotów.
Joysell wyciągnął sztylet i przeciągnął ostrzem po wewnętrznej stronie nadgarstka. Z ciętych żył popłynęła obficie ciemnoczerwona krew. Ściekła po zwróconej ku ziemi dłoni i, niesamowite! - mech się poruszył, jakby zwietrzył trop, podpełzł ku rosnącej plamie krwi i począł ją chciwie spijać... wchłaniać... czy jak to tam nazwać.
Teraz już wiecie, dlaczego szlag mnie trafia przenajświętszy, gdy słyszę o niezwykłym kunszcie i talencie pisarskim Michalak. A mech na to: ślurp, ślurp!
Anaeli zabrakło słów, by opisać to, co obserwowała oczyma wielkimi jak spodki. Nagle przypomniała sobie pierwsze uczucie, jakiego doznała w tym świecie. Liźnięcia setek języczków na poharatanych podczas teleportacji dłoniach.
Liżący mech... z języczkami... Nie jestem pewna, co zrobię najpierw: zwrócę obiad czy pęknę ze śmiechu. Tak czy siak, będzie bałagan.
Wykrwawi się zaraz! - zakrzyczała w myślach Anaela, ale nie śmiała nawet pisnąć. Do tego samego wniosku doszła widać i driada, bo przytknęła nagle dłoń do krwawiącej rany.
- Dosyć. Żądamy ofiary z krwi, a nie z życia.
Cofnęła rękę. Po ranie nie było nawet śladu.
- Co Las ofiaruje w gościńcu? - zapytał Joysell słabym cokolwiek głosem.
Mogę się mylić, ale znam dwa znaczenia słowa „gościniec” i żadne tu nie pasuje. No ale w końcu jaka różnica jest między łąką a polaną, nie, Michaśka?

Wojsko jedzie przez Las (z wielkiej, bo Tysiąca), Anaelcia ma stały nadzór, co prowadzi do elementu komicznego na temat wydalania, potem nagle, nie wiadomo kiedy, o jakiej porze i jakich okolicznościach przyrody, Karolcię budzi mentalne wezwanie. Ach, to Amre, który jednak żyje, ach, och, radość, motylki, my heart is beating like a jungle drum. Anaela odpowiada na wezwanie, czeka, aż czujny Saris zaśnie (bonus: element komiczny z jego ciągłym „Nie jestem konikiem!”, ha ha), po czym lezie na spotkanie, wewnętrzym okiem OBEJRZAWSZY rozstawienie straży. Potem Michalak zrzyna z „Gwiezdnych wojen” i Anaelcia zabiera jednego wartownika ze sobą, by powiedział drugiemu, że to nie są droidy, któ... tfu, że eskortuje lasię na stronę.

Gdzieś tam czekał Amre! Szybciej, Anaelo, szybciej! Jak ją odnajdzie w tych ciemnościach? - martwiła się przez moment. Jednakże odnalazł.
Usłyszała swe imię wypowiadane szeptem i już w następnej chwili tonęła w jego ramionach.
W słabym świetle gwiazd widziała jego twarz taką, jaką ją zapamiętała jeszcze wtedy - na polanie. Surowe męskie rysy, silnie zaznaczona szczęka, wysokie kości policzkowe, cień zarostu.
Bez słowa zagarnął ją ramieniem, wsunął palce we włosy dziewczyny, unieruchamiając głowę, i nie bacząc na nieśmiałe protesty, zaczął całować. Namiętnie. Aż do utraty tchu.
Miiiłość rooośnie woookół naaas, a Anaelci to wszystko nie wydaje się ani trochę podejrzane, dopóki...
Objął jedną dłonią złączone za plecami nadgarstki dziewczyny, musnął ustami płatek ucha, a głos wiedźmy powiedział:
- Wystarczy, Vervain.
„Wystarczy, Vervain”, wdarło się do umysłu Anaeli z niejakim opóźnieniem. W pierwszej chwili nie zrozumiała. Otworzyła szeroko oczy i spojrzała pytająco w twarz przyjaciela, którą teraz wykrzywiał paskudny uśmiech. Paskudny uśmiech?! Zszokowana tą nagłą zmianą obejrzała się, na - uśmiechniętą równie paskudnie - Agnessę de Sade. I ten właśnie obraz - pięknej twarzy czarodziejki, oszpeconej wrednym uśmieszkiem – zabrała Anaela ze sobą w nieświadomość, gdy uderzona w potylicę rękojeścią miecza, osuwała się w ramiona Amrego-Vervaina.
Vervain, pamiętacie, werbena, obleśny dziad z „kostycznymi palcami” na usługach WeddSa’arda (na zdrowie).
Jak mogła nie poznać atrapy? Dlaczego, dysponując ponoć tak potężną mocą, nie wykryła podstępu? Gdzie była Anaelowa intuicja? (A to miała w ogóle jakąś? Bez urazy, ale nie widać). Na spacer poszła czy co?! Przypomniała sobie namiętny pocałunek i miała chęć wyszorować sobie usta mydłem. I pluć! Wypluć nawet wspomnienie dotyku obmierzłych warg. Zemdliło ją.
Vervain przyciskał Leczącą do siebie, czerpiąc z miotających nią uczuć perwersyjną przyjemność. W pewnym momencie, przełożywszy wodze do jednej ręki, wziął twarz Leczącej pod brodę i uniósł, chcąc pocałować kuszące usteczka.
Anaela tylko na to czekała: nie zdążył cofnąć dłoni, gdy wgryzła się w nią aż do krwi. Wstrzymał oddech, stłumił jęk i wychrypiał:
- Puść, kurwo, bo skręcę ci kark.
Splunęła jego krwią i zapytała kpiąco:
- Chcesz jeszcze buziaczka?
Jestem dzielna, twarda i umiem zapyskować! I wcale nie padam w ramiona każdego napotkanego, przystojnego mężczyzny jak delikatna królewna!

Jadą gdzieś na koniu – przynajmniej Anaela i Vervain, o de Sade ani słowa. Dziewczę jest strasznie skonane, bo ma ręce związane tytanianem, który nie pozwala jej czarować. Gdy zsiadają z ledwo żywych koni, Karolcia dramatycznie omdlewa. Agnessa przypada do niej i zaczyna ją bić i kopać. Lecz WTEM!
Czarna mgła zamknęła się nad dziewczyną jak wodna toń nad tonącym.
Czarny demon jednym susem znalazł się na środku polany i przednimi kopytami uderzył raz, a celnie: Vervain padł z roztrzaskaną czaszką. W tej samej sekundzie dosiadający Cienia jeździec skoczył na wiedźmę, zbijając ją z nóg. Ta wywinęła się jak piskorz, poderwała na nogi i odskoczyła w bok, prawą dłonią wyszarpując zza pasa krótki miecz, a lewą sztylet.
Szczerze mówiąc nie pamiętam, by Vervain ginął tak wcześnie. Jeśli faktycznie nie żyje, patrzcie i podziwiajcie: w podobnie nagły, bezsensowny i bezrefleksyjny sposób ginie tu sporo postaci.

Następuje scena walki, w której czepić się mogę tylu rzeczy naraz, że aż mi się serducho raduje:
1) w żadnym momencie nie jest napisane, że tajemniczy jeździec zsiada z konia, mimo to walcząca z ziemi Agnessa nie ma problemu z sięganiem mu sztyletem do ramienia, a on – z robieniem piruetów,
2) uderzone mieczem, ostrze sztyletu pęka i w jakiś magiczny sposób rykoszetuje (tak, rykoszetuje) w twarz Agnessy,
3) pokonana Agnessa oferuje jeźdźcowi nagrodę w postaci swojego seksownego ciała (bo to przecież lubieżna sucz jest i mamy jej za to nienawidzić); w dalszym ciągu nie jest powiedziane, że jeździec zsiada, wnioskuję więc, że rozebrał i wyryćkał Agnessę z konia. Albo na koniu,
4) same seksy są takie kwikogenne, że muszę przytoczyć w całości, bo ja tak nie umiem:

- Wygrałeś, żołnierzyku - mruknęła, ocierając krew z policzka. - Jestem twoja. - Spojrzała nań spod firany gęstych czarnych rzęs i uśmiechnęła się słodko.
Zrobiła krok, potem drugi i nagle znalazła się tuż przed nim, jedną dłoń kładąc na piersi żołnierza, drugą sięgając w dół. Gdy dotknęła jego przyrodzenia, przez rozgrzane walką ciało przeszedł dreszcz pożądania. Czy to możliwe, by taka piękność chciała... Chciała jego? Właśnie jego? Podniecenie powoli wypierało rozum.
- Weź mnie - zagruchała. - Prawem zwycięzcy.
Skubnęła zębami płatek ucha, aż jęknął mimowolnie i stracił resztkę rozsądku. Drżącymi dłońmi zaczął rozpinać guziki jej sukni, ale sapnęła niecierpliwie, podkasała spódnicę i pociągnęła go na siebie. Z przeciągłym ni to westchnieniem, ni szlochem wtargnął w nią brutalnie. Znieruchomiał z obawy, iż sprawił kobiecie ból, ale wychrypiała:
- Mocniej! Oooch. Moooocniej!
Pchnął parę razy, zatracając się w tym obłędzie, i nagle eksplodował, jęcząc głośno.
Opadł bez sił na chłodną trawę.
De Sade uniosła się na łokciu i zajrzała ciekawie w zlaną potem twarz.
(...)
- Bardzoś wyposzczony, chłopaczku. A może to był twój pierwszy raz?
Bez komentarza, to mię przerasta. Zastanawiam się, czy przez cały ten czas Anaela była przytomna i wszystko widziała. Zapewne nie, no bo jakżetotak, ale pomarzyć dobra rzecz.

Jeździec okazuje się być Arlissem. De Sade śmieje się z jego krótkodystansowości, na co chłopaczek unosi się dumą i już ma zamiar znowu sobie pobzykać, gdy wtem na scenę wkracza Joysell i daje Agnessie po mordzie. Jest lekko poirytowany niefrasobliwością naszej heroiny.

- Jesteś rąbnięta! Mam dosyć pilnowania jaśnie pani! Albo cię zwiążę, albo zostawię. Wybieraj!
- Masz sumienie, to wiąż. - Podetknęła mężczyźnie pod oczy poharatane linką nadgarstki.
- Ty głupia kobieto! - zżymał się, jadąc obok niej. - Saskia oczekuje mojej pomocy. Gnam ludzi przez ten parszywy Las, by zdążyć przed WeddSa’ardem, a ty...! Dass’ratt! Ostatni raz cię ratuję!
- Tak Bogiem a prawdą, uratował mnie Arliss - zauważyła.
Tak Bogiem a prawdą, gdyby nie Joysell, Arliss dałby podwójnie dupy i sam siebie by nawet po tym nie uratował. Nawiasem mówiąc, o Vervainie i Agnessie nagle przestaje się wspominać. Ja nie wiem, czy nikt ich nie pojmał, nie związał, nie kazał pilnować?

Nadciąga zwiadowca i melduje, że nadciągają darrakijskie wojska. Joysella to bardzo cieszy i rusza ze swoim wojskiem w bój, Arlissa, Anaelę, Mirellę i Loysi (wtf, kto to jest?) wysławszy w dalszą drogę do Saskii. Gdy tylko Joysell znika z pola widzenia, Anaela znowu daje popis debilizmu i nie słucha jego rozkazów: Arlissowi każe dołączyć do bitwy, a sama chce popatrzeć z góry na jatkę. Jasne, bo tyle dobrych wspomnień ma z Cambrii: krew, wyprute flaki, fruwające kończyny, pełno trupów ludzi, którym taaak współczuła, niezależnie od tego, po której stronie muru stali...

Anaelcia wspina się – sama nie wiem, po czym i na co – a Saris wariuje, że grozi jej niebezpieczeństwo; wzywa nawet lwianę Hatirę, która nagle zaczęła uważać Anaelę za swoją panią.

- Anaelo, musimy uciekać! - usłyszała naraz naglący głos Cienia.
- Saris! Nie mów do mnie, bo spadną! - odkrzyknęła i w tym momencie... spadła.
A to ci heca.

Anaelcia wisi, uczepiona kurczowo wystającego korzenia. Rzuca zaklęcie lewitacji, ale nieopatrznie rzuca je na nogi zamiast na głowę, skutkiem czego lewituje głową w dół. No i zgadnijcie, do czego to prowadzi.

Najpierw poczuła, bardzo zdziwiona, jak zaczynają się unosić w górę, podczas gdy ciało pozostaje na swoim miejscu. Po chwili lewitowała głową w dół, wciąż kurczowo ściskając korzeń. W tym momencie spódnica opadła Anaeli na głowę i Lecząca zaświeciła gołą pupą.
- Total, jak Boga kocham total - mruknęła, słysząc w umyśle nieco histeryczny chichot Sarisa.
Na dole wielka bitwa, ludzie się mordują, ale kij tam, nam tu jest tak śmiesznie z gołą dupą Anaelci... Swoją drogą: serio, nawet w średniowieczu istniała BIELIZNA. Jak ona w samej spódnicy jeździła konno? Może jeszcze okrakiem, co? A poza tym wydawało mi się, że ostatnio Anaela miała na sobie suknię, a nie spódnicę. ALE CO ZA RÓŻNICA.
Wstała, wygładziła suknię
*facepalmuje bezradnie*
Anaela patrzyła na rozgrywający się w dali bój z zapartym tchem, gdy nagle jej spojrzenie przyciągnął pędzący ku wzgórzu niewielki, może dziesięcioosobowy oddział, na którego czele gnała wpatrzona w biel jej sukni... Agnessa de Sade.
No kurwa mać, Joysell dał jej w pysk! Własną pięścią! A potem co, nagle zniknęła? Dali jej tak po prostu sobie pójść? Use your fucking mind!

Ale gdzieee tam. Anaelcia wskakuje na Sarisa i pędzi na odsiecz – za nimi biegną Mirella i Loysi (kimkolwiek jest ta druga). Łucznicy zaczynają do nich strzelać, Anaelcia wyczarowuje magiczną tarczę. Saris przywołuje Hatirę i...

Skrzydlaty kot nie kazał sobie drugi raz powtarzać. Zapikował ze wściekłym sykiem, dopadł wiedźmy i porwał ją w powietrze. De Sade wrzasnęła dziko, tracąc grunt pod nogami, i niewiele myśląc, odcięła trzymające ją lwie łapy. Kot zakrzyczał z bólu niemal ludzkim głosem i śmignął w górę. Wiedźma, spadając z wysokości kilkunastu metrów, usiłowała użyć zaklęcia lewitacji, ale zaklęcie nie zadziałało. Agnessa de Sade roztrzaskała się, a kopyta cwałujących koni wbiły zewłok w ziemię. Nie zatrzymało to pogoni. Znów świsnęły strzały.
Myśleliście, że wielka i piękna Agnessa se Sade będzie nam jeszcze długo towarzyszyć? Błąd!

Anaelcia oddziela się od Mirelii i Loysi i samotnie umyka przed goniącymi ją żołdakami, obleśnie się uśmiechającymi (pewnie widzieli jej goły tyłek na wzgórzu). Dziewczę dostaje bełt w ramię i taaak ją boli, tak jest zmęczona, tak nie ma siły... Lecz wtem między nią a tamtych wpada bliżej nieokreślony jeździec z mieczem z czarnego tytanianu (azaliż Amre, tym razem prawdziwy?) i kolejno skraca wszystkich o głowy, a tymczasem z portalu wypada Reikan. Koniec.

czwartek, 7 listopada 2013

Gra o tro... tfu, Ferrin, część 7,5

Mała niespodzianka. Ponieważ jutro wyjeżdżam na tydzień, w ramach rekompensaty za ostatnie opóźnianie wrzucam kolejną analizę już dzisiaj. To jeszcze nie jest cały rozdział - analizę drugiej połowy wrzucę w przyszły piątek lub sobotę. Miłej lektury. ;)





 Rozdział VIII: Kassandra

Rozdział zaczyna się od pochodu wojsk, na czele których stoi Joysell Ellis. Szczerze mówiąc, wolałabym już, by ta powieść skupiała się wyłącznie na Anaeli – aŁtorKasia próbuje stworzyć coś porównywalnego do „Pieśni lodu i ognia” Martina, ale ma wyraźne problemy z utrzymaniem swoich intryg w ryzach, co skutkuje lukami fabularnymi i idiotycznymi zachowaniami postaci, których imion i funkcji nawet nie da się po jednorazowej lekturze spamiętać.


W gęstej mgle plączącej się pod nogami jeźdźcy i piesi poruszali się jak senne zjawy.
Kopnij, to może mgła podkuli ogon i czmychnie.

Joysell rozmyśla o tym, jak do niedawna jego jedynym zajęciem było bzykanie kobiet i picie, i jak bardzo zbliżająca się wojna to zmieniła.


Kiedy to prysła ułuda lekkiego życia? Kto stanął na drodze Joysella, plącząc nieskomplikowane ścieżki jego losu? Westchnął. Naturalnie TA Leddi. To ona wtargnęła w uporządkowany świat Joysella, wywracając ten świat do góry nogami. Czy była fatum, które zesłali nań bogowie, gdy do cna im zbrzydło hulaszcze życie młodego lorda? Nie znał odpowiedzi na to pytanie, bo któż odgadnie boskie zamierzenia?
To wszystko brzmi bardzo pięknie, ale wojna nie rozpętała się z powodu Anaeli. Na dobrą sprawę nawet nie wiemy, skąd ta wojna, po co i dlaczego.

Tuż przed wymarszem, zupełnie nieoczekiwanie, Najwyższa ogłosiła Anaelę dell’Idarei Następczynią, co Joysell przyjął z głęboko skrywaną ulgą. Z ulgą skrywaną nawet przed samym sobą, bo oto rozwiały się marzenia o alderiańskim tronie (czyż jednak on, Joysell Ellis, był gotów na ten tron wstąpić?); bo oto Mirella miast jechać z nim na front, musiała zostać u boku swej pani (czyż jednak on, Joysell Ellis, był gotów związać się z jakąkolwiek kobietą na dłużej niż jedno mocniejsze uderzenie serca?); bo oto w końcu sama Anaela musiała zostać w Alderianie, miast teraz towarzyszyć mu w drodze do Saskii (czyż jednak nie miał poważniejszych problemów, niż pilnować postrzelonej Leddi i użerać się z nią na każdym kroku?).
Czyż nie będzie brzmiało to niezwykle podniośle i kunsztownie, gdy w jedno zdanie wcisnę trzy nawiasy, każdy zaczynający się od „czyż nie”? No cóż... nie.

Joysell już się zaczął cieszyć, że Anaeli z nim nie ma, gdy wtem dogania go dwóch jeźdźców, z których jeden z nich jest – oczywiście – Anaelcią. Ta pokazuje mu zmasakrowane oblicze jego ukochanej, Mirelli, drze się, że w dupie ma rozkazy Bereniki i nie będzie siedzieć z nią w pałacu. Joysell, popisując się bohaterstwem i męskością, próbuje od nich uciec, ale w końcu się zgadza i obiecuje ochraniać obie kobiety.

Tu następuje przerywnik, w którym znów spotykamy się ze Zdradą i Złem – czy ktoś jeszcze w ogóle o ich istnieniu pamięta? Gwoli przypomnienia: Zdrada i Zło są jakimiś wyższymi bytami i, jak by to ująć... grają w Ferrin. I nic więcej z tego przerywnika nie wynika.

Tymczasem Sellinaris WeddSa’ard i Berenika de Sanctis z jakiegoś powodu – oczywiście niewytłumaczonego czytelnikowi – przebywają w Tartarze, miejscu ciemnym i martwym, wypełnionym Duszobójcami, o których dowiadujemy się niewiele więcej ponad to, że są upiorami. WeddSa’ard śmieje się z wystraszonej Bereniki, że sama jest jedną z nich, bo przejmuje ciała kolejnych Następczyń, zniewalając ich dusze. Tu chyba powinniśmy się zmartwić losem Anaeli, ale mnie to nic a nic nie bierze. Prowadzą jeszcze nudną jak flaki z olejem konwersację pełną ekspozycji, wyjaśniania swoich planów i tym podobnych, ale nie dowiadujemy się takiej podstawowej rzeczy, jak CO ONI DO CHOLERY ROBIĄ W TARTARZE. W każdym razie, chcą zabić Eleuzisa.

Joysell zaś wraz ze swym zmordowanym nieustanną podróżą wojskiem dociera na jakąś „prowincję”. Podobnie jak na Atlantydzie, jechali całą noc i cały dzień, bez popasu i odpoczynku, i wyruszają w dalszą drogę następnego dnia rano. Żaden koń nie padł, żaden nie ma odparzeń od siodła, a najbardziej zmęczona jest biedna Karolinka.


Powoli wracała jej władza w nogach. Zerknęła ukradkiem, czy nie nabrały beczkowatego kształtu po kilkudziesięciu godzinach obejmowania Sarisowych krągłości. Cholera! Tak jak ona teraz musiała czuć się kobieta lekkich obyczajów po pracowitej nocy.
Jak można zaobserwować, jest tu niepokojąco dużo Elementów Komicznych nawiązujących do seksu, najczęściej dość niesmacznych.

No dobra, Anaelciu, zaciskamy zęby i grzecznie ruszamy za pokojówką. (...)
Przezwyciężyła sztywność mięśni i niecierpliwie spojrzała na rozchichotaną dziewczynę, która nie spuszczała roziskrzonego wzroku z lorda i jego drużyny. Musiała czuć się bardzo rozczarowana, że przydzielono ją jakiejś Leddi, a nie któremuś z przystojnych wojaków.
- Może tak wskazałabyś mi drogę, co?! - Anaela, marząc o ciepłej kąpieli i wygodnym łóżku (prawdę mówiąc, byłaby wdzięczna nawet za wiązkę siana u boku Sarisa), straciła w końcu cierpliwość. - Na przytulanki zdążysz się załapać!
Nie musisz być chamska wobec osób, które nawet w żaden sposób ci nie szkodzą. Ten slut shaming w wykonaniu Michalak jest zwyczajnie obrzydliwy.

Zamek cechowała uwielbiana przez Anaelę klasyczna prostota. Smukłe wieże wznosiły się nad murami łososiowej barwy.
Różowy zamek! Aaa!!!

Anaela idzie spać. Ma bardzo realistyczny sen, w którym jest dziewczynką o imieniu Kassandra. Na lwianie wlatuje do karczmy. Tam umyka pijanym żołnierzom, którzy chcieli ją zgwałcić, więc zamiast niej rzucają się na jakiegoś chłopaka. Wtem Anaela słyszy głos Sarisa (tego gadającego konia) nakazującego jej lecieć na pomoc i budzi się. Bójka w karczmie z jakiegoś powodu stawia na nogi wszystkich w PAŁACU, rusza tam mały oddziałek strażników i Anaela w roli Leczącej.

Chłopaczek w tym czasie zabił dwóch napastników i walczy z trzecim. Anaela rozdziela ich. Młody okazuje się być elfem, żołnierz utrzymuje, że to on zaczął, a tłum domaga się krwi. Wtem między ludźmi pojawia się srebrzysta lwiana oraz Saris i razem rozpraszają tłum, nie bacząc na śmierć postronnych, niewinnych osób. Przybywa dowódca (sama nie wiem czego), lwiana liże Anaelcię w policzek i wzbija się w powietrze. Ta jest zdezorientowana i znajduje właścicielkę lwiany – dziewczynkę, którą była we śnie, Kassandrę. Oczywiście, jej imię też nie jest bez znaczenia. Zgadnijcie, jakie niezwykłę zdolności ma czteropalczasta dziewucha? Wszyscy razem, na trzy, czte-ry: JEST WIESZCZKĄ!

Ale jeszcze o tym nie wiemy, więc udawajmy zaskoczenie, gdy już się to okaże. Anaela zabiera Kassandrę i chłopaka-półelfa imieniem Arliss na zamek i tam udziela im pomocy, rozkazuje dać im czyste ubrania i porządny posiłek.


- Dziękuję, Kassandro, za dobre słowo. - Skłoniła się żartobliwie przed dziewczynką, a gdy podnosiła głowę, krzyknęła, zatykając usta dłonią. Na czole małej jaśniała błękitna gwiazdka. Znak Najwyższej Kapłanki, Władczyni Alderii.
Anaela zamrugała. Znak zniknął, ale dziecko uniosło domyślnie brwi.
- Też to widziałaś, pani Anaelo?
A Kassandra widziała znak na własnym czole, bo ma oczy na słupkach jak ślimak?

Sprawa gwiazdki nie jest jednak roztrząsana, bo ważniejsze jest poświęcenie całego długiego akapitu na to, jak zmęczona jest Anaelcia. Z jakiegoś powodu uznaje, że dziecko jest teraz jej i chce zapewnić małej bezpieczeństwo.


Musiała dać Kassandrze żelazny glejt, coś, czego nikt nie zakwestionuje. Coś, co uczyni dziewczynkę nietykalną. No oczywiście! Czując ogromną ulgę, osunęła się na poduszki i wreszcie pozwoliła sobie zasnąć.
Co Anaelcia miała na myśli? O tym następnym razem.

wtorek, 5 listopada 2013

Całe mnóstwo magicznych stworzeń, czyli "Dziewiąty mag", część 10

Miałam się pochwalić, to perfidnie skorzystam i się pochwalę: tutaj możecie znaleźć obraz, który pochłonął mi większość zeszłego tygodnia, czyli archanioła ubijającego biednego smoka. A skoro już się reklamuję, to skorzystam z okazji i pochwalę się jeszcze zbiorem opowiadań mojego autorstwa - jeśli ktoś łaknie zemsty, może zanalizować. ;)

No, dość chwalipięctwa, czas wracać do roboty. Na głupotę "Dziewiątego maga" powoli zaczyna mi brakować słów. Zapraszam na kolejną część przygód najgorszej merysujki w dziejach.





 Pewnego dnia, tym razem dyskretniej, w poszukiwaniu relaksu od męczącej popularności znowu zapuściła się w las za koszarami.
Nie udawaj, że ci tak bardzo przeszkadza sława, nie wychodzi ci.
Musi zachowywać pozory, w końcu jest podobno skromna i nieśmiała.
Właśnie, PODOBNO.

Na końcu polany znalazła interesujący głaz, a właściwie dwa głazy leżące jeden przy drugim. Gdy się im przyjrzała, odniosła wrażenie, że coś jej przypominają. Chwile stała, wpatrując się w omszałe kamienie, potem cofnęła się kilka kroków i zerknęła jeszcze raz. Z większej odległości zdawały się nabierać bardziej sensownego kształtu. Po chwili zaczęło do niej docierać. Kamień po lewej przy dłuższej obserwacji zaczynał przybierać kształty konia. Nie, nie konia. Raczej osoby siedzącej na koniu. Też nie. Raczej pół człowieka, pół konia. No jasne! Tak, zdecydowanie ta zmurszała rzeźba przypominała centaura celującego z łuku.
Głaz, ale dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że właściwie to dokładna rzeźba. Jasne. Takie są efekty, kiedy już się coś napisało i wpadło na nowy pomysł, ale szkoda kasować poprzednie.

Ale kogo przedstawia ten drugi głaz? W swoim świecie czytała parę książek o mitologii, ale nigdzie nie natrafiła na nic takiego. Jakby człowiek, ale bardzo smukły, z długimi włosami i kwiatem w dłoni.
Google pędzi z pomocą:

Faktycznie, w mitologii próżno szukać.

Hmm... Czy poza dziewięcioma miastami były jeszcze inne osiedla ludzi? Właściwie czemu nie? Gdzie jest powiedziane, że tylko w miastach mogą żyć ludzie? Zapragnęła to sprawdzić, ale nie miała pojęcia jak. Z oficjalnych źródeł w bibliotece miejskiej pewnie się tego nie dowie, zwłaszcza jeśli byliby buntownikami wykluczonymi ze społeczeństwa. Żadna władza nie ma ochoty chwalić się kimś takim.
Ta konkluzja jest tak grubymi nićmi szyta, że aż nawet mi się nie chce komentować jej głupoty. Lasia poszła do lasu na spacer, znalazła rzeźbę faceta z kwiatkiem i doszła do wniosku, że gdzieś tu są osiedla buntowników. Bardziej logiczne by było, gdyby pomyślała o męskim spa. Jeśli w ogóle istnieje coś takiego, ale w tym świecie – nie zdziwiłabym się.

Trwała tak pogrążona w rozmyślaniach dłuższa chwile, gdy nagle coś dostrzegła. Wydawało jej się, że tego tu przed chwila nie było. Miała wrażenie, że obydwa głazy wcześniej leżały w kępie trawy, a teraz u ich podstawy dostrzegła dróżkę rozgałęziającą się na dwie odnogi. Jedna prowadziła w lewo, w stronę gdzie wskazywał łuk centaura, druga w kierunku przeciwnym. Zrozumiała. Dwa głazy były w istocie kierunkowskazami na rozdrożu. Jeśli pójdzie w lewo, trafi pewnie do obozu centaurów, a jeśli w prawo... No właśnie...
„Napisałam jedno, przyszło mi do głowy coś innego, ale żal mi kasować to, co już napisałam” – vol. 2.
Jeśli ten drogowskaz miał być tajny, to coś tym buntownikom nie wyszło.

 Parę razy musiała ominąć zwalone pnie drzew, raz czy dwa przekroczyć strumyki pojawiające się nie wiadomo skąd.
Czyżby ze źródełka?

Las zrobił się mroczniejszy i mniej przyjazny.
Och, to zupełnie jak u Meihny. Tyle wspomnień. ^^
Ale tu nie będzie dzików, dziki są za brzydkie do cukierkowego uniwersum pięknych elfów i smoków z fatalnym poczuciem humoru. :c

Jeszcze jeden zakręt, jeszcze jeden krzew, jeszcze jedna skałka i oto jej oczom ukazało się wejście do szerokiego tunelu w podstawie góry, do podnóża której właśnie dotarła.
Równina, równina, a tu hyc – stroma góra. Normalnie jak w kucykach, tylko bardziej idiotycznie, bo nigdy wcześniej nikt nie wspominał o żadnej górze na horyzoncie.



Lekko zdumiało ja to doświadczenie. Czy naprawdę umie wyczuwać obecność żywych istot w pobliżu, czy tylko jej się tak zdaje? A jeśli potrafi, to jak, na miłość boska, się tego nauczyła? Zrobiła krok do przodu i pomyślała: „Ależ tu ciemno. Chciałabym, żeby tu było choć trochę światła..."
Ku jej zaskoczeniu ściany tunelu zaczęły jarzyć się złociście, zupełnie jakby odbijały światło słoneczne! Zmarszczyła brwi, nic nie rozumiejąc, ale weszła do środka.
Jesteś Mary Sue, przyzwyczajaj się.

Ariel ma wrażenie, że ktoś ją śledzi, ale czyhanie w krzakach szybko jej się znudziło i poszła dalej. Nie wie, że idzie za nią Fabien, który zastanawia się, jak to wyjaśnić Marcusowi tak, by się nie wściekł i jest to niezmiernie fascynujące. Tymczasem Ariel dociera do pięknej, kolorowej, tropikalnej puszczy. Wychodzi ku niej tajemnicza istota.

Nie była wysoka, ale bardzo smukła. Można by rzec - jak trzcina. Długie brązowe włosy opadały jej do pasa i gdzieniegdzie zwisały w pojedynczych warkoczykach, a w innych miejscach wplotła w nie koraliki lub kwiaty. Wysokie czoło zdobił wianek. Ubrana była w haftowana suknie do ziemi, zdobiona paciorkami, a jej bose stopy i dłonie pokrywał fantazyjny tatuaż. Miała rozmarzony wyraz twarzy, jakby nieobecny i czymś radośnie zdumiony. Bardzo przypominała Ariel te parę osób, które widziała wiele lat temu, będąc dzieckiem. Mówiono o nich hippisi albo dzieci kwiaty.
Kwik! Google miało rację. xD
Łee. Miałam nadzieję na ognisty romans z przywódcą buntowników – miłą odmianą byłby naprawdę MĘSKI mężczyzna – a tu pff, przytulacze drzew, którzy biorą Arielkę za dostawcę, który przybył po składniki do eliksirów.

- Mam na imię Ariel. Jestem na plantacji, tak? A ty jesteś...?
- Jestem Berenika i jestem Zielarzem.
Czemu tu się powtarza tyle imion z innych książek, które tu się analizuje? Liaam tu, Liaam u Olszańskiej, Berenika tu, Berenika u Michalak... Serio, o co w tym chodzi? Te imiona są aż tak merysujkowate?

Ariel zobaczyła, jak Berenika przymyka oczy i wciąga powietrze w swoje kształtne nozdrza. Chwile kontemplowała zapachy.
- Znam wszystkie zapachy tego świata. Ty z niego nie pochodzisz. Co robisz w naszym świecie, Ariel? – spytała łagodnie.
I jeszcze ją obwąchują jak psy.
Psujesz nastrój, to miało być tajemnicze i magiczne.

Hippiska zabiera Ariel na wycieczkę po plantacji, racząc ją przy tym toporną ekspozycją, z której dowiadujemy się, że Naczelni wolą używać jakichś tam smoczych róż do produkcji eliksiru niepamięci zamiast do leczenia smoków, mimo że wspaniale by się do tego nadawały. Więc tak... czy ci cali Naczelni nie mogliby po prostu skorzystać z metod, które najwyraźniej są wszystkim doskonale znane, zamiast rżnąć głupa i szukać weterynarzy z innego świata? Ten konflikt nie ma prawa bytu! Nie ma ŻADNYCH trudności z dowiedzeniem się, jak wyleczyć smoki (które, swoją drogą, wcale nie wydają się być chore). Cała ta książka nie ma prawa bytu, a jak widzę jej kolejne tomy w empiku, to mnie krew zalewa.

Dzieje się jeszcze dużo bezsensownych rzeczy: Ariel próbuje soku ze smoczych róż i odkrywa jego halucynogenne właściwości (które natychmiast mijają, no bo przecież nie może główna bohaterka naćpana chodzić), napada na nią syn Bereniki, który wygląda jak wąż ze skrzydłami motyla i mimo dwudziestu lat jeszcze nie przeszedł pierwszej wylinki, potem Ariel odkrywa dużo roślin i ich właściwości, pije herbatkę pod bananowcem, matko, jakie to nudne i nic niewnoszące, aż nagle spostrzega, że z wyglądu zaczyna się upodabniać do hippisów, włącznie z tatuażami i ubiorem, ale nie martwi jej to, bo jest odurzona zapachami i szczęściem. Z tego błogostanu wyrywa ją pojawienie się Fabiena. Zabiera ją i rzuca zaklęcia, dzięki którym odzyskuje jasność umysłu i swój dawny wygląd.


Znowu Ariel odniosła wrażenie, że las nie chce, żeby ona się zgubiła. Uznała to odczucie za wyjątkowo bzdurne, ale chyba coś w tym musiało być, bo powrót zajął im mniej czasu niż droga do plantacji Zielarzy.
Jak zaśpiewasz, za ubranie złapią cię ptaszki i doprowadzą do chatki krasnoludków.

W koszarach panowało dziwne poruszenie. Przynajmniej dla Ariel było dziwne, choć inni oficerowie uznali to za normę. Oto gdy weszli przez bramę, ujrzeli stadko pegazów stłoczonych w grupkę na placu przed stajnia. Niektóre miały tylko spętane skrzydła, inne także powiązane nogi Przyjrzała im się uważnie.
Oho, kolejne schematy na horyzoncie. Ja stawiam na sprzeciwienie się brutalnemu traktowaniu schwytanych pegazów.
A ja na to, że Ariel wpadnie w tarapaty, z których Marcus ją bohatersko uratuje.

Czterech umordowanych mężczyzn nie zdołało go dłużej utrzymać. Liny pękły, pegaz ruszył z kopyta, w pełnym galopie ruszył do bramy, a szczątki ogłowia powiewały za nim smętnie. Ci, którzy stali mu na drodze, przezornie umykali spod jego kopyt, a Gaspar z Rufinem, Marcusem i Prosperem patrzyli za nim i zdaje się, zdążyli go spisać na straty. (...) Spojrzeli w tamtym kierunku i ujrzeli... samotna postać Ariel stojącą wprost na drodze ucieczki pegaza!
Och, co to będzie, co to będzie?!
Winky przegra zakład. ^^
Chędoż się, bucu.

- Ariel! - ryknął Marcus przerażony. - Uciekaj! – Zamachał do niej gwałtownie rekami, ale ona chyba go nie zauważyła.
Co sił w nogach pobiegł w tamtym kierunku, ale czy mógł być szybszy od pegaza w galopie? Następne sekundy jawiły mu się jak film w zwolnionym tempie i wiedział, ze będzie je pamiętał do końca życia. Oto zobaczył spanikowanego pegaza gnającego na oślep, na którego drodze stała samotna, mała i krucha postać nieświadoma tego, co się za chwile wydarzy. I nagle ujrzał coś niezwykłego. Gdy zwierze już niemal dotarło do miejsca, gdzie stała Ariel, gwałtownie wyhamowało! Jego kopyta dosłownie zryły drogę tuż przed nią z takim impetem,że ziemia rozprysnęła się na wszystkie strony. Pegaz najpierw stanął dęba, a potem zatrzymał się, potrząsnął grzywa i zastygł wgapiony w Ariel! A ona jak w transie stała nieruchomo z przymkniętymi oczami i łagodnym uśmiechem na ustach. We włosach... Bogowie! We włosach, a właściwie za uchem miała dwa maleńkie kwiaty smoczej róży!
Fak, ja też nie wygrałam.
Że też nie wpadłam na tak oczywiste rozwiązanie... Przy tej książce można się zabawić w driking game: pijemy za każym razem, gdy Ariel dokonuje czegoś niesamowitego i wszystkich to przyprawia w zdumienie. My co prawda jesteśmy abstynentkami, ale możemy za każdym razem jeść ząbek czekolady. ^^
To po skończonej lekturze przybędzie nam po 20 kilo...

Marcus oniemiał. Był już prawie na miejscu, gdy zobaczył, że Ariel otwiera oczy, uśmiecha się do pegaza, wyjmuje jeden z kwiatów zza ucha i podaje zwierzęciu. Ono, potulnie jak baranek, chwyta róże chrapami
Że ke? On ją wciągnął nosem? o__O

i klęka na przednich nogach, jakby składało pokłon.
*wali czołem o blat biurka*

– Nie wiem, gdzie byłaś i co robiłaś. Mogę się tylko domyślać. Ale mam nadzieje, że byłaś bardzo ostrożna. A co do tego pegaza, tym razem ci się udało, ale pamiętaj, że następnym możesz nie mieć tyle szczęścia, wiec jak jakiś szarżuje, zejdź mu i drogi, okej? - Wyjął kwiat zza jej ucha, wciągnął jeszcze raz jego zapach w nozdrza, uśmiechnął się i wyszedł.
Stała chwile nieco skołowana, zastanawiając się, które z nich jest bardziej podatne na olejki aromatyczne Zielarzy: ona czy on. Nie była pewna, ponieważ zanim wyszedł, zobaczyła, jak jego oczy błysnęły fiołkowo, a zamiast zrobić awanturę, uśmiechnął się do niej zmysłowo.
Twój wybranek nie zwraca na ciebie uwagi? Naćpaj go!
Och, ależ on zwraca uwagę, tylko że cierpi na syndrom Edwarda Cullena i każe jej się trzymać z daleka.

W korytarzu zobaczył Fabiena, który - co było do niego niepodobne - na widok przyjaciela pospiesznie zamknął drzwi swojego pokoju. Jednak już po chwili Marcus siedział na łóżku elfa i wysłuchiwał jego relacji z pobytu Ariel u Zielarzy
Hnnng! Nie miej skojarzeń! Nie miej skojarzeń!
Ploteczki na łóżeczku, to takie męskie. Potem będzie piżama-party i bitwa na poduszki.

Ponieważ aromat smoczej róży sprawił, że Marcus jest nawalony jak Messerschmitt, następuje Element Komiczny, w którym Fabien wrzuca go pod lodowaty prysznic i siłą przetrzymuje w kabinie. Boki zrywać.

Chyba następnego dnia – nie wiem, pojęcie ustalania czasu i miejsca akcji jest Reystone nieznane – Ariel idzie do tutejszego znawcy eliksirów, który niestety nie jest Snapem.


- No wiec w czym mogę dziś pomóc konsultantce od smoków? - zapytał.
- Orestes, czemu mówisz do mnie jak do kobiety? – wyszeptała po chwili ciszy nieco zaskoczona.
- A nie jesteś kobietą? - zaśmiał się czarownik z lekkim politowaniem.
- Jestem... - przyznała zakłopotana. - Ale jak to jest, że ty sie domyśliłeś, a inni nie?
Dobre pytanie, biorąc pod uwagę fakt, że ta kretynka jedyne co zrobiła, to założyła męskie ciuchy.
W każdym razie, nie dostajemy sensownego wyjaśnienia. Orestes po prostu stwierdza, że nie jest głupi. Szkoda, że w takim razie wszyscy wokół to upośledzone pawiany.

I wiesz co? Nic mi do tego, że udajesz faceta. Nie martw się, nie mam zamiaru cie zdradzić. Chodzi przecież o smoki, nie?
Strasznie mnie denerwuje, że w tej książce wszyscy bohaterowie oraz narrator mają w zwyczaju mówić właśnie to irytujące „blablabla, nie?”.
Kolejny podpunkt do drinking game!

Znowu jesteśmy raczeni toną nudnych ekspozycji i wyjaśnień, bo Ariel przyszła do Orestesa nie w poszukiwaniu lekarstw dla smoków, a... by wypytać go o Zielarzy, czyli tych hippisów z doliny. Idę się powiesić.
*idzie po Winky, daje jej w łeb i sadza na powrót przed kompem*
No dobra, dobra... Nie ma to zapewne najmniejszego znaczenia, ale sprawa wygląda tak, że Zielarze zostali stworzeni przez tego tam Xaviere’a O Durnym Imieniu, mieli być super wojownikami, ale nie wyszło. Doliny Zielarzy są dwie i przez tunele do nich mogą wejść tylko elfy czystej krwi, ach och, jak to możliwe, że Arielka przeszła. Bla. Bla. Bla. Nudy, kurwa. Przychodzi dostawa, Arielka dostaje specjalny kombinezon i idzie obejrzeć. Tymczasem Marcus kryje się za śmietnikiem i w strugach deszczu obserwuje sklep. I nie jest sam, co powinno nas zmartwić, ale ja myślę tylko o tym, jakie to jest pierońsko nudne. Orestes tłumaczy Ariel, czemu dostawy potrzebują eskorty oficerów (w tym Fabiena, który właśnie im towarzyszył): bo ćpuny napadają. I dostajemy moralizatorską gadkę o tym, jakie narkotyki są złe i jak działają na organizm. Potem Ariel w zachwycie ogląda fabrykę kosmetyków.

Ariel była zachwycona jak dziecko przy konsoli PlayStation, ale Fabien wyglądał na coraz bardziej znudzonego.
Pierwszy raz identyfikuję się z bohaterem tej książki...

- Dzięki, Orestes - powiedziała Ariel na pożegnanie. - Jestem ci bardzo wdzięczna, że pozwoliłeś mi to wszystko zobaczyć. A co do mydełek dla mnie, jeszcze pogadamy, dobrze? Masz całkowita racje, twoje dzisiejsze wyjaśnienia bardzo mi pomogą w mojej pracy przy smokach.
Szczególnie szczegóły produkcji i zastosowania kolorowych kosmetyków...

W końcu dzieje się coś znaczącego, Alleluja. Na Ariel i Fabiena napada grupa dobrze uzbrojonych mężczyzn i następuje długi akapit pełen kiepskich opisów akcji zakończonych mnóstwem wykrzykników jak w książeczce dla dzieci.

- Do środka! Natychmiast!
Straciła równowagę i zatoczyła się do tyłu. Zanim zrozumiała, co się stało, czyjeś silne ramiona złapały ja i wciągnęły z powrotem do wnętrza magazynu sklepowego, a po sekundzie wielka dłoń trzasnęła w przycisk zamykający i blokujący drzwi.
- Zwariowałeś?! - ryknęła na Orestesa, odwracając się na piecie. - Otwieraj! Musimy mu pomóc! Bez nas nie ma szans! Cholera, Orestes, Fabien zginie! Otwieraj, sukinsynu! – darła się w skrajnej histerii, tłukąc starego pięściami.
Złapał ja mocno za ramiona i potrząsnął, po czym zimno i bezlitośnie wycedził:
- Przykro mi, ale nie! Fabien to oficer. Całe życie szkolił się do takich zadań. Kazał nam tu wejść i czekać, i tak zrobimy!
- Gówno mnie obchodzi, co kazał! Ten idiota da się zabić, bo... - wrzeszczała jak opętana Ariel, machając gwałtownie rekami.
-Wybacz, ale nie zostawiasz mi wyjścia... – mruknął Orestes, po czym wykonał oszczędny gest dłonią i wymruczał coś pod nosem. Chwile później łapał bezwładne, zemdlone ciało Ariel, nim uderzyło o ziemie. - Na Wielkiego Xaviere'a! Ależ ty masz charakterek! – mruknął pod nosem.
Mam dylemat. Nie wiem, kto mnie w tej scenie drażni bardziej.
Fabien, bo to oczywiste, że nie zginie i cała histeria jest tylko dla dodania scenie dramatyzmu.

Marcus wyskoczył ze swojej kryjówki dokładnie w tym momencie, gdy Ariel, pchnięta przez Fabiena, wpadła prosto w objęcia Orestesa i została przez niego wciągnięta do środka budynku. Teraz byli tylko oni dwaj przeciw czterem rozwścieczonym, naćpanym i gotowym na wszystko mordercom.
Śmiem twierdzić, że naćpany napastnik z grubsza nie ma szans przeciw trzeźwemu, wyszkolonemu oponentowi.
Ale to miało zabrzmieć groźnie, no... zepsułaś.

Sprawnie jak na szkoleniu ustawili się z Fabienem plecami do siebie, czekali.
Robią tak bohaterowie anime, więc to musi mieć sens, bo epicko wygląda, co nie, co nie?

Jeden z napastników strzelił z oszałamiacza. Marcus odbił buzdyganem i strzał wrócił do właściciela, raniąc go w udo. Bandyta zawył przeraźliwie.
Czy strzał z oszołamiacza nie powinien raczej... oszołomić?
Właśnie nie, i to jest takie oszałamiające!

Powoli podeszli do martwych bandytów i teraz uważnie im się przyjrzeli. Fioletowy odcień skóry i żółte ślepia. To mogło oznaczać tylko jedno. Ordon!
- Myślisz, że...? - zaczął Marcus.
- Jestem pewien - przerwał mu elf, zanim przyjaciel dokończył pytanie. - Im nie chodziło o dostawę, ale o nią!
Pomijając fakt, że już kiedyś na Ariel napadła zgraja krasnoludów naćpanych ordonem: co każe im przypuszczać, że akurat ci mieli na celu ją, a nie dostawę? Żaden z napastników nawet nie próbował skorzystać z zamieszania i dostać się do sklepu, by dopaść Ariel. Można to tłumaczyć tym, że byli na haju, ale gdyby byli na PRAWDZIWYM haju, to nawet nie byliby w stanie walczyć.

- Słuchajcie - znowu odezwał się czarownik - już dawno nie było napadu w trakcie dostawy. Nie pamiętam czegoś takiego od jakichś piętnastu lat! I to jeszcze pięciu naraz? Chyba będzie trzeba zawiadomić Severiana.
Serio? Dopiero co była długa gadka o tym, jak potrzebne są eskorty oficerów chroniące dostawy ziół przed ćpunami, a teraz dowiadujemy się, że od piętnastu lat nie odnotowano żadnej takiej napaści? Czy aŁtorka też była pod wpływem, jak pisała tę książkę? Bo trudno mi uwierzyć, by dorosła, oczytana osoba była w stanie pisać takie bzdury.
Masz za dużo wiary w ludzi.

- Gorzej, Orestes - powiedział cicho elf. - Oni byli na ordonie! To nie dostawa ich interesowała, ale ona! - Wskazał nieprzytomna Ariel.
Więc tylko i wyłącznie fakt, że naćpali się jednym, konkretnym świństwem, świadczy o tym, że ich celem było zamordowanie Ariel. Spoko. W tym świecie organy śledcze muszą mieć pierwsza klasa.

Położył jej rękę na ramieniu i wiedziała, że jest bezpieczna. Nurtowało ja jednak jedno:
- Fabien, czy ten napad był na mnie?
Cholera, wiedział, że ona to zrobi! Wiedział, że zada to pytanie. Zerknął dyskretnie na Orestesa, a ten natychmiast udał wzburzenie.
- Nie pochlebiaj sobie, maleńka! Niby dlaczego miałby być na ciebie? Chyba nie myślisz, że jesteś ważniejsza od dostawy świeżych i soczystych smoczych róż?
Cóż, poniekąd jest. W końcu to jedyna nadzieja dla smoków. Teoretycznie.

wtorek, 29 października 2013

He ^^

Wiem, że bardzo się wam narażam ostatnimi czasy, ale w tym tygodniu analizy nie będzie. Będę próżna i pochwalę się, że dostałam zlecenie na namalowanie sporego obrazu i w najbliższym czasie będę tonąć w farbach. ^^ Przepraszam za utrudnienia i zapraszam za tydzień!

 

środa, 23 października 2013

Gra o tro... tfu, Ferrin, część 7

Rozdział VII: Cambria

Ostatnio rozstaliśmy się z Anaelcią, kiedy postanowiła teleportować się do Cambrii, miasta znajdującego się w stanie oblężenia.

I na chwilę się tu zatrzymam, bo ostatnio wprawiło mnie to w zbyt wielki stupor, by myśleć cokolwiek poza „wtf?!”. Bowiem my, jako czytelnicy, nie otrzymujemy żadnych wskazówek, dlaczego, do cholery, Anaela podejmuje taką nagłą i dziwną decyzję. Nawet nie pojawia się w tekście informacja, by kiedykolwiek wcześniej słyszała o miejscu takim jak Cambria, a co dopiero, że jest atakowane! Dziewczę po prostu budzi się, po cichu wymyka i wzium – teleport do miejsca pogrążonego w całkowitym chaosie. Gdzie tu sens? Gdzie logika? Gdzie ciąg przyczynowo-skutkowy? Nawet bezpośrednia zainteresowana zdaje się nie bardzo wiedzieć, co się wokół niej dzieje:


Anaela stała przez moment nieruchomo, próbując dojść do siebie. Jeszcze przed chwilą leżała w ciepłym łóżku otulona błogą ciszą śpiącej Twierdzy. Teraz znajdowała się pośród łez, cierpienia i strachu. Panicznego strachu.
Więc co kazało ci tu w ogóle przychodzić? Przemożne lekarskie powołanie?

Wypadła na dziedziniec i z gardła wyrwał jej się jęk. Ogromną przestrzeń wypełniali złożeni wprost na bruku umierający mężczyźni. Między nimi kręciły się bez ładu i składu służące i czarodziejki. Z murów dochodziły mrożące krew w żyłach okrzyki. Odgłosy kanonady. Szczęk broni.
Kanonada? W Ferrinie mają proch i armaty albo inną broń palną, która tłumaczyłaby obecność tego słowa? The world may never know.

Przycisnęła dłonie do skroni. W pamięci zamajaczyła scena z poprzedniego wcielenia, gdy wysłano ją, jeszcze nieopierzoną studentkę medycyny, do katastrofy kolejowej: skręcone tony stali spiętrzone nad głową, ludzie w szoku snujący się jak zjawy w duszącym dymie, makabryczne jęki i wołania o pomoc dochodzące gdzieś ze środka zmiażdżonych wagonów. Wtedy też poczuła wszechogarniającą niemoc.
Może się mylę, ale czy naprawdę do wielkiej i poważnej katastrofy kolejowej wysyłano by STUDENTÓW? Niby każda pomoc się przyda, ale przecież to gigantyczna odpowiedzialność, każda sekunda się liczy, kto by wysyłał do takiej katastrofy niedoświadczonych studencików?

W Anaelcię wstępuje duch bojowy i wygłasza przemowę, której wszyscy słuchają w milczeniu. Kłamie, że przysłała ją Berenika, rozstawia wszystkich po kątach i wydaje rozkazy. Wszyscy, oczywiście, natychmiast odzyskują odwagę i z zapałem przystępują do pracy przy leczeniu rannych i ewakuacji dzieci i kobiet przez portal. Anaela pomaga najciężej rannym, nie mając najmniejszych problemów z używaniem magii i pracuje w pocie czoła do świtu.


Suknia już dawno straciła swój biały kolor, zbrukana krwią, błotem i ekskrementami. Romantyczne wyobrażenia Anaeli o średniowiecznych wojnach legły w gruzach. Wojna, nawet taka na miecze, włócznie, łuki i katapulty, to smród z rozdartych wnętrzności, rozdzierające jęki, grubiańskie przekleństwa, rozpaczliwe krzyki, ból, łzy i... krew. Bagno krwi. Brodziła po kostki w lepkiej, purpurowej mazi.
Miałam powiedzieć, że nawet nie wiem, skąd pomysł o „romantycznych średniowiecznych wojnach”, ale przypomniałam sobie „Eragona”, w którym wszystko było opisywane jako epickie do porzygu i jednak zmilczę.

Anaelcia jest oburzona tym, że darrakijskim jeńcom podrzyna się gardła. Ale nie ma czasu na nic poza poirytowane
„no niee...”, bo oto dziedzińcem wstrząsa wiadomość, że przywódca, Lord Cambr, nie żyje. Okazuje się, że żyje, ale jest ciężko ranny. Anaela udaje się do dowódcy darrakijskich wojsk, by negocjować. WeddSa’ard oczywiście doskonale pamięta naszą słodycz.

O tak: śnił o niej. Noc w noc prześladował Wielkiego Mistrza wizerunek smoczowłosej czarodziejki. Od tamtego dnia, gdy wymknęła się z jego drapieżnych rąk, on, który nie miewał snów, śnił o nieznajomej. I teraz Leddi z sennych majaków przyszła do niego. Zaraz, za moment spojrzy jej w oczy i...
Nie! Nie chciał jej widzieć. Nie chciał rozczarować się sztuczną urodą kolejnej alderiańskiej wiedźmy. Już miał powtórzyć: „Odpraw”, ale nie zdążył.
Stała w progu. Filigranowa niczym laleczka z porcelany.
Bzyknij ją już teraz i miejmy to z głowy.

Lecz wtem, gdy Anaelcia spogląda mu w oczy, WeddSa’arda nawiedza flashback. Toczy w nim pojedynek w zabawie z Reikanem, gdy wtem wbiega między nich niejaka Elanora dell’Soll. Patrzy na WeddSa’arda z miłością
„nie do końca będącej miłością li tylko siostrzaną”. Uprzytamnia sobie, że Anaelcia jest bardzo podobna do dziewczyny z jego wspomnień.

W każdym razie, Anaelci Sellinaris przypomina czarną panterę i podziwia go, jakby był właśnie panterą (serio, tak to jest opisane). I wtedy poznajmy powód, dla którego Karolina fatygowała się do niego. Żąda kilkugodzinnego rozejmu, w czasie którego cambrijczycy zajmą się swoimi rannymi i otworzą bramy, by darrakijczycy wyprowadzili swoich rannych, a przy tym przyznaje, że dowódca Cambrii jest ciężko ranny.

Serio, ta kretynka osiągnęła nowy szczyt głupoty. Nawet sam WeddSa’ard wytyka tę gigantyczną lukę w jej rozumowaniu, więc to nie jest tak, że autorka też nie zdawała sobie sprawy, jakie to jest głupie. Pewnie! Otwórzmy bramy, żeby wróg mógł wynieść swoich rannych! Kij z tym, że ryzykujemy całkowite odsłonięcie się i to, że wykorzystają głupotę atakowanych i wpadną do miasta z całym impetem i wyrżną je w pień! Można by tłumaczyć Anaelę tym, że na dobrą sprawę ona nie stoi po żadnej stronie i jednym i drugim współczuje tak samo, ale halo: taka jest wojna. Chcesz czy nie, prędzej czy później znajdziesz się po którejś stronie barykady i dla bezpieczeństwa własnego i bliźnich, powinno się po tej stronie zostać. I nie robić takich kretyńskich rzeczy, jak pójście do obozu wroga i poinformowanie go uprzejmie, że wasz dowódca ledwo dycha!


Wsunął palce w kasztanowe włosy. Zacisnął tak mocno, że musiała odchylić głowę do tyłu. Drugą dłonią objął kruchą krtań. Przez chwilę napawał się strachem dziewczyny. Czuł pod opuszkami pulsowanie krwi tłoczonej oszalałym sercem i... tak, o to mu chodziło. Spijał jej emocje i rozkoszował się ich smakiem.
- Gdzieś ty się uchowała? - wymruczał, po czym szarpnął ją do góry. Przyciągnął do siebie.
Całym ciałem poczuła jego ciało i nagle wściekłość i wstyd gdzieś odpłynęły, ustępując pola palącemu pragnieniu, jakiego nie czuła w całym swym życiu.
Bez komentarza...

Uśmiechnął się jakoś tak... Nie! Zdawało jej się. To przecież kawał sukinsyna! Zwyrodniałego mordercy! Psychopaty! Nie mógłby... A jednak! Długie palce poczęły niespiesznie rozpinać guziczki sukni. Serce znów poderwało się do galopu i omal nie wyskoczyło jej z piersi. Nie! Nie! Nie! To drań! Najnikczemniejszy na świecie! Dlaczego więc zaczęła drżeć? Czemu zamarła w oczekiwaniu rozkoszy?
Kocham go! - uświadomiła sobie ze zgrozą. Kocham go tak, jak kocha się drugą, mroczną, połowę swej duszy. Jest moim dopełnieniem, a ja jestem dopełnieniem jego. Razem tworzymy całość. I wreszcie pojęła, co wyrażało jego spojrzenie, wtedy, na leśnej ścieżce: to była bezgraniczna tęsknota.
Anaelo... błagam cię... ty już do końca tej książki nic nie mów. Ani nie myśl. Usiądź gdzieś w kącie i udawaj taboret.

Karolinka prawie mu się oddaje, ale nagle się opamiętuje i zaczyna wyrywać.

- Nie zrobisz tego, panie.
- A kto mnie powstrzyma? Ty? - Pogardliwy grymas oszpecił piękną twarz.
Uśmiechnęła się do niego zielonymi oczami.
- Moja wiara w twój honor, Sellinarisie dell’Soll.
Jak się ze mną ożeni, to na pewno przestanie pić i mnie bić, moja miłość go uzdrowi!

Ale, oczywiście, to zdanie podziałało. Nie mam co prawda pojęcia, skąd Anaela może wiedzieć, że jego imię też się kończy na dell’Słońce, ale w tej książce jest tyle luk, że nie chce mi się zbytnio roztkliwiać nad tą jedną. W każdym razie, Sellinaris daje jej dwie godziny na zajęcie się rannymi. I ci idioci naprawdę słuchają Anaeli i otwierają bramy, by wrogie wojska mogły spokojnie wykonać odwrót. I wszystko przebiega grzecznie i bez zakłóceń. Ja pierdolę.

Mimo dwugodzinnego rozejmu, pod koniec dnia Cambria padła. Anaela chciała zostać przy rannych, ale jakiś zirytowany wojak dał jej po łbie i wrzucił w portal. I sprawy się komplikują, bo okazuje się, że na każde opuszczenie murów Alderiany Anaela powinna mieć pozwolenie Bereniki, a o to się oczywiście nie postarała, gdy wymknęła się w środku nocy. Za to zostaje ukarana Mirella – służka Anaeli. Anaela zaś... zostaje mianowana Następczynią.

Cooo...?

Nie mam już na to siły. Anaela jest zmęczona i ma w dupie swoją nową funkcję, a Agnessa de Sade, dotychczasowa Następczyni, zaczyna pałać do niej nienawiścią. Ach, och.

Tymczasem WeddSa’ard obejmuje władzę nad Cambrią i zaczyna od powieszenia wszystkich członków rodziny lorda Cambra. Potem odwiedza go Agnessa i oferuje mu siebie w zamian za głowę Anaeli. Ale WeddSa’ard się nie zgadza, bo on jest wielki i zły, Władca Szarej Śmierci, czarna pantera, blabla, i Anaela należy do niego. I na koniec Ópojny cytacik:

- A teraz dokończymy to, cośmy zaczęli. Straż!
Do komnaty wpadło czterech rosłych gwardzistów, gotowych zasiec każdego, kto zagroziłby ich panu. Zatrzymali się przy drzwiach, czekając na dalsze rozkazy. WeddSa’ard zachęcającym gestem wskazał im skuloną pośrodku łoża dziewczynę:
- Pokażcie pani, kto tu rządzi. I nie oszczędzać wiedźmy: Agnessa de Sade lubi ostrą grę.
Myślał, że ją tym ukarze, ale nic bardziej błędnego. Odrzuciła kołdrę, kryjącą dotąd jej nagość, oblizała lubieżnie karminowe usta i rozchylając bezwstydnie uda, rzuciła:
- Słyszeliście, chłopcy? Który pierwszy?
Nie spuszczała przy tym wzroku z WeddSa’arda. Ten skrzywił się z bezgraniczną pogardą: Jak goniącej się suce, de Sade było wszystko jedno, przed kim rozłoży nogi – przed wymuskanym wielmożą czy niedomytym dragonem. Wszystko jedno, gdzie zlegnie: w stajni na sianie, w łożu z baldachimem czy na stole pośrodku tłumnej oberży. Z jednym, z dwoma, z pięcioma... Wszystko jedno, byle... Mocnooo!

środa, 16 października 2013

Całe mnóstwo magicznych stworzeń, czyli "Dziewiąty mag", część 9

Żyję! I nawet analka mam!





Na widok Ariel beztrosko i bez problemu sięgającej po starodawny artefakt w postaci kuszy, Marcus natychmiast kontaktuje się przez lustro z Naczelnym Czarnoksiężnikiem i podnosi raban, że kusza... ups, sorry, Kusza Wielkiego Xaviere’a znalazła nowego właściciela. Na wieść o tym, że jest nim Ariel, Naczelny zapowietrza się i zapowiada swoje rychłe przybycie.

Ariel zakłopotana popatrzyła na Marcusa.
- Znowu zrobiłam cos złego? - zapytała. - Przecież to tylko kusza, nie? Jak chcesz, to ją odłoże i wybierzemy cos innego - zaproponowała niepewnie.
- Nie, Ariel. Nie zrobiłas nic złego. Tym wyczynem zakasowałas wszystkich Naczelnych razem wzietych, bo żadnemu z nich nie udało sie wydobyc tej kuszy z gabloty, choc używali różnych zaklec - powiedział spokojnie Marcus.
Zakasować – okazać się lepszyć od kogoś. Tia, Ariel doskonale pasuje do tego słowa. Ona jest najlepsza ze wszystkiego od wszystkich.
To już wręcz zakrawa na parodię.

Tu następuje cały spory akapit zawierający rozmyślania Marcusa o tym, jaka doskonała, wybitnie uzdolniona, a jednocześnie skromna (buahaha) jest Ariel. Idę rzygać.

Przybywa Naczelny i rozkazuje Ariel odłożyć kuszę i sprawić, by przyleciała jej do ręki, jak to zrobiła poprzednio. Kusza ani drgnie, Ariel jest zdezorientowana, a Naczelny wściekły.


- Nie wiem, jak wy dwoje wyjeliscie ten swiety zabytek, ale ostrzegam, że za nastepny taki dowcip zostaniecie srogo ukarani. Zwłaszcza ty, Marcus, znasz zasady naszego swiata, wiec poniesiesz surowe konsekwencje.
Czy nie może po prostu telepatycznie wtargnąć jemu albo jej do umysłu i zobaczyć we wspomnieniach, co zaszło?
Nie, bo przez to Arielka nie mogłaby znowu popisać się bucerą i na niego nawrzeszczeć.

No teraz już była wkurzona.
No teraz to już jestem pewna, że autorka nie zna podstawowych zasad pisarstwa.
Zasada 1: Jeśli napisana przez ciebie powieść jest twoją pierwszą w życiu próbą pisarską, NIE PUBLIKUJ.

- To nie była wina Marcusa i pan dobrze o tym wie! - rzuciła ze złoscia. - To bardzo uczciwy i lojalny oficer. Czasami lojalny aż do przesady. Jest pan niesprawiedliwy. Ta kusza naprawde do mnie przyleciała. Czemu nie chce tego zrobic po raz drugi, nie wiem. To pan tu jest Naczelnym Czarnoksieżnikiem, nie ja, wiec to pan powinien takie rzeczy wiedziec! - palneła bezczelnie, czujac, że przegina, ale co tam. Nawet tym na najwyższych stołkach też czasem trzeba utrzec nosa.
Ale nie jeśli od wyżej wymienionych zależy twoje zdrowie i życie. Nawiasem mówiąc, coś sporo tutaj pojazdów na karierowiczów, ludzi na „najwyższych stołkach” i lęku przed nepotyzmem. Ciekawe, kto się tak autorce naraził, hłe hłe.
Może koleżanki, które coś osiągnęły, poza wydaniem gniota. ;P

- Smiesz mnie pouczac?! - ryknał zdumiony Severian. - Moge cie w jednej chwili zmienic w kamien, drzewo albo inny przedmiot, wiec uważaj, jakim tonem i co do mnie mówisz, kobieto! - wysyczał wsciekły.
Łooo, brał lekcje gróźb i ciętych ripost od Karolinki aka Anaelci.

(NMSP)

Teraz Marcus był autentycznie przerażony. Ariel chyba odbiło. Wrzeszczała na Severiana?! Ten wyciagnał dłon i skierował palec wskazujacy w jej strone. W jednej sekundzie szyje kobiety otoczył pek srebrnych łancuszków. Naczelny kiwnał palcem i łancuszki zaczeły coraz mocniej, niczym żywe weże, oplatac sie dookoła, odbierajac jej oddech.
Bo bez łańcuszków byłoby za bardzo vaderowo.
Pfff, zupełnie, jakbyśmy mało nawiązań do Gwiezdnych Wojen już wyłapały. Poza tym, on miał KLASĘ, nie zniżyłby się do używania ŁAŃCUSZKÓW do duszenia ofiar!

Kiedy Severian w ramach nauczki poddusza Ariel, kusza nagle wzlatuje w powietrze i sama celuje w jego gardło. Naczelny sika w portki i puszcza kretynkę, kusza leci w jej ramiona, a Marcus przytula Arielkę. Ach, och. Arielka i Severian rozmawiają na osobności i ustalają, że ok, kusza należy do niej, ale niech leży, gdzie była, bo nie czas jej użyć i jej widok wywołałby pytania. Potem mdleje, tylko i wyłącznie po to, by Marcus mógł ją rycersko zanieść do pokoju i cucić mokrym ręcznikiem.

Powiedział mi, że jestem tu nie tylko z powodu smoków. Jest jeszcze jakis inny powód. Na razie nie zna go ani Oriana, ani on, ani żaden inny Naczelny, ale wszyscy domyslaja sie, że to sie wiaże z czyms niemiłym. Kusze zostawiam sobie jako ostatnia deske ratunku.
Na walkę z bossem, chciałaś powiedzieć...
Zasada 2: Jeśli w swojej powieści wszystko czytelnikowi podpowiadasz i wyjaśniasz jak krowie na rowie, nie zostawiając najmniejszego miejsca na domysły, nie dziw się potem, że ktoś ci zarzuca całkowitą liniowość totalnie przewidywalnej fabuły.

Zachowaj te informacje dla siebie. Możesz je zdradzic tylko Fabienowi - powiedziała poważnie, dotykajac dłoni gładzacej jej policzek. „W moim swiecie JUŻ doszło do rewolucji. I to w tak krótkim czasie" - odparł w myslach Marcus, majac zupełnie co innego na mysli.
Ciężkostrawny obiadek...?

- Marcus - poprosiła cicho - posiedz ze mna, dopóki nie zasne, prosze. „Przy tobie czuje się taka bezpieczna" - dokonczyła telepatycznie, zapominajac ze zmeczenia właczyc osłone. Usiadł i czekał, aż zasnie. Gula wzruszenia prawie zdławiła mu gardło, gdy usłyszał to ostatnie wyznanie.
Takie ilości lukru powinny źle wpływać na uzębienie autorki, może po trzeciej wizycie u dentysty by się opamiętały.

Spała kilka godzin, a kiedy sie obudziła, zobaczyła przy łóżku Fabiena. Chciała mu opowiedziec wszystko, co sie wydarzyło, bo był jedyna osoba, której ufała równie mocno jak Marcusowi, ale elf dał jej znak reka, że ma nic nie mówic.
A tak swoją drogą: wiadomo, że przygody wśród seksownych żołnierzyków w bungalowach są o wiele ważniejsze, ale czy Ariel nawet nie zdarza się tęsknić za córką, przyjaciółką, życiem zostawionym na Ziemi? Oczywiście, czas tam nie płynie na czas nieobecności Ariel (nobojakżetotak), więc tam nikt nawet nie zauważy jej nieobecności, ale w całym tym nieprzyjaznym otoczeniu, wśród dziwnych ludzi mających chore zwyczaje, mnóstwa potworów i niezwykłych zjawisk – czy nie czuje się ani odrobinę zagubiona, nie chce wracać, zobaczyć córki, która jest jej jedyną rodziną?
Pff, co ty, mama jest na wakacjach, baluje i zarywa ciacha w barach. Znaczy, elfy w karczmach. Kogo obchodzi jakaś tam córka?

Fabien podaje jej nieapetycznie wyglądający eliksir wzmacniający.

- No, dalej, pij. To nie trucizna. Żaden z nas nie miałby zamiaru cie otruc, choc przyznaje, że czasem jestes wkurzajaca. - Wyszczerzył zeby w usmiechu.
CZASEM? Jeśli to jest „czasem”, to co by było, gdyby CIĄGLE była wkurzająca?

Ariel idzie na strzelnicę, gdzie czeka Marcus z nową kuszą dla swojej dziuni. Okazuje się, że tutejsze kusze mają magazynki i można z nich strzelać jak z karabinów. Rotfl. Oczywiście, Ariel szybko się uczy strzelać, szybciej od kadetów, którzy miesiącami nie potrafią trafić w największą makietę. Bez komentarza, bo nie chce mi się już powtarzać.

Wiedział, że nauczył ja wszystkiego. Żaden adept nie byłby pojetniejszy, no ale z drugiej strony żadnemu adeptowi nie zdradzał aż tylu swoich sekretnych sztuczek z kuszami...
Sekretne sztuczki z kuszami. Brzmi jak tytuł jakiegoś średniowiecznego periodyku dla panów.
W tym numerze: Czy ona leci tylko na twój buzdygan? Co dwa miecze to nie jeden! Skóra czy mithril: wielkie głosowanie!

- Teraz twoim przewodnikiem jest Fabien, a ja wracam do patrolowania. Przy okazji, jak dałas na imie temu pegazowi? - zapytał zaciekawiony. - Bo mój to Trevor.
Uroczo, jak ropucha Neville’a w oryginale. ^^

- Mój kochany...
- Cco?! - wyjakał zdumiony, bo nie zrozumiał, co miała na mysli.
- N-n-no, mówie do niego „mój kochany" – wykrztusiła Ariel z głupia mina.
- Aaa! - Rozesmiał sie.
Boże, jak śmiesznie.

Wspólnie poszli do stołówki na kolacje, potem wrócili do bungalowu i pożegnali się przed drzwiami swoich kwater. Mieli swiadomosc, że to mogło byc ich ostatnie spotkanie.
Szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że ich pokoje ze sobą sąsiadują i mają wspólną łazienkę, a w tym „wojsku” i tak się nie robi nic poza chodzeniem do stołówki.

Rozumieli jednak, do czego mogłaby doprowadzic ich daza znajomosc i wzajemna fascynacja, gdyby tylko do tego dopuscili. Byli dorosli. Każde z nich cieżko to przeżyło, obydwoje jednak wiedzieli, że tak trzeba - że musza o sobie wzajemnie zapomniec. Że szanse na realizacje ich pragnien i marzen sa na tym i na tamtym swiecie zerowe. Pewnie dlatego tej nocy żadne z nich nie spało...
Widzę co najmniej kilka wyjść z tej sytuacji i żadne nie zakłada takiego idiotycznego rozstania...
To mam płakać, że to niesprawiedliwe i oni powinni być razem, czy nie?
Nad tą książką płacze się ze zgoła innych powodów.

Nastepnego dnia po sniadaniu Ariel oswiadczyła Fabienowi, że leci do miasta do biblioteki. Po kolejnej nieprzespanej nocy postanowiła w koncu zajac sie tym, po co została tu sprowadzona, a poza tym nic tak dobrze nie działało jej na stres i żal jak dużo cieżkiej pracy.
Zajęła się za to, co naprawdę ważne dopiero, jak zdała sobie sprawę, że z zarywania ciach nici. Bardzo odpowiedzialne.
Swoją drogą, to jest już chyba jakiś syndrom Hermiony Granger: nie wiesz czegoś? Leć do biblioteki! A zwróciłam na to uwagę, bo to motyw, który ostatnio zauważyłam w kilku książkach, w których takie rozwiązanie problemu zwyczajnie nie pasuje do świata i jest po prostu głupie i niemożliwe. Tak, Licio Troisi, wstań, jak do ciebie mówię.
Ee, daj Licii spokój, ona chociaż ma przepiękne okładki i smoki takie, jak należy. <3

W drodze do miasta rozkoszowała sie lotem na pegazie i na chwile zapomniała o zmartwieniach. Z czułoscia pomyslała o Amandzie. Jej też by sie takie latanie bardzo spodobało, no i uwielbiała konie.
O, a więc jednak pamięta, że ma córkę! Szkoda, że poświęcone jej zostają całe dwa zdania.

W centrum stal przeszklony gmach w kształcie stożka z czyms w rodzaju zewnetrznych wind prowadzacych na poszczególne pietra. Od budowli promieniscie rozchodziły sie brukowane kamieniem uliczki podobne do tej, przy której stał dom Marceliny.
Hmm...

Naaah, to musi być przypadek.

Ariel, nie wiedzieć czemu, pcha się do tego przeszklonego budynku, czyli ratusza. To tam jest biblioteka...? W każdym razie zachwyca się całkowicie szklanym budynkiem (buuu, zero prywatności) i magicznym rdzeniem wyglądającym jak kolumna wody, sięgająca szczytu budynku. Jego funkcja nie zostaje nam wyjaśniona, poza tym, że po zbliżeniu się, Ariel czuje się jak pijana.

- To przecież magiczna woda! - Teraz to on popatrzył na nia zdziwiony. - Woda z naszego swietego zródła. Ciebie też bym nie wpuscił, gdyby nie wyrazny rozkaz Naczelnego. Ta woda maci umysły, nawet elfów! Tylko najpoteżniejsi czarnoksieżnicy moga tu przebywac.
Nie rozumiem zatem, dlaczego jeszcze wspaniałość Arielki nie zaczęła się popisywać.
Cicho, jeszcze ma czas.

Gdy wyszła z windy, jej oczom ukazało sie pietro biegnace dookoła sciany stożka, ale nieprzylegajace do rdzenia. Można było tylko podejsc do barierki i obejrzec go z daleka. Poniżej zas otwierała sie głeboka, siegajaca magicznego ogrodu przepasc. Ile to mogło byc metrów? Ariel stwierdziła tylko, że i tak zbyt wiele jak na nia. Jasny gwint! Ależ musiała byc wysoko!
Ale z lataniem na pegazie to nie miała problemów...

Ariel pyta bibliotekarko-recepcjonistkę o księgi o smokach. Ta odpowiada, że na dostęp do tychże musi mieć wyraźne pozwolenie od Naczelnego i żeby wróciła jutro. Ariel znów popisuje się swą nieskończoną bucerą.

 Ech, biurokracja! Na każdym swiecie taka sama... Pieczatki, pozwolenia, audiencje... Ariel zazgrzytała zebami ze złosci.
-Słuchaj, Adela, uważnie, zanim strace cierpliwosc! Lec mi natychmiast po Marceline albo, na Wielkiego Xaviere'a... - zagroziła złowieszczo.
Boże, co za nadęta idiotka! Jak ja nienawidzę tej tępej, egocentrycznej zdziry! Jak można być takim chamem wobec osoby, która po prostu wykonuje swoją pracę i nie przejawia najmniejszych oznak bycia nieuprzejmym?!

Na elfce najwyrazniej nie zrobiło to wrażenia, bo powtórzyła jeszcze tylko bardziej wzburzona:
- Prosze odejsc i przyjsc jutro. Inaczej bede musiała wezwac ochrone!
Tego już było Ariel za wiele. Nie bedzie jej tu jakas szpiczastoucha pinda wydawac polecen!
I kto tu jest głupią pindą?! Mam coraz większe wrażenie, że autorka poprzez swoją bohatereczkę leczy jakieś swoje kompleksy na punkcie urzędów, pracodawców i pracowników, bo naprawdę nie widzę innego powodu dla tego jakiegoś idiotycznego skupiania się na tym.

Dziewczyna broniła sie dzielnie zakleciem adger, które już pekało, gdy ten interesujacy pojedynek z biurokracja przerwała stanowcza mysl Marceliny:
„Ariel, pusc Adele! Nie trzeba sie uciekac do przemocy!"
- Wkurza mnie biurokracja i urzednicy, którzy nie rozumieja, że oprócz przepisów istnieje też realne życie. Witaj, też sie ciesze, że cie widze - odpowiedziała Ariel, szczerzac zeby w usmiechu.
Wkurzają mnie ludzie, którzy myślą, że chamstwo i prostactwo to powód do dumy.

- Adelo - poinstruowała Marcelina elfke - Ariel naprawde jest konsultantem do spraw smoków i ma najwyższe uprawnienia nadane przez samego Severiana do przegladu całej zawartosci naszych zasobów, wiec nie musisz mu zawracac tym głowy, bo on to polecenie przekazał mnie. I powiem ci jeszcze, że Ariel ma specjalny status. Każdy urzednik czy oficer ma tej osobie udzielic wszelkiej pomocy, jakiej zażada. Wszelkiej, rozumiesz?! Ariel będzie u nas, zdaje sie, czestym gosciem, wiec zechciej przyłożyc sie do pomocy, chyba że chcesz sie narazic na gniew Naczelnego. - Spojrzała na Adele znaczaco.
A teraz jeszcze ta stara wiedźma się na biednej dziewczynie wyżywa. Na dokładkę to swoje polecenie Marcelina może sobie w dupę wsadzić, póki nie ma go na piśmie i Adela nie powinna ulegać takiemu szantażowi. Przecież to samo mógłby powiedzieć KAŻDY, na przykład ktoś, kto użyłby wiedzy z tych ksiąg do złych celów. Dlaczego... dlaczego to jest takie głupie... *szlocha*
*paca pocieszająco po głowie*

Jej usta zaczeły sie sciagac w jedna linie, a powieki coraz szybciej mrugac. Zanim jednak wybuchneła płaczem, Ariel poklepała dziewczyne po ramieniu.
- Już dobrze. Nic sie nie stało. Wiem, że nie chciałas zle.
To jak, pokażesz mi te ksiegi? - Usmiechneła sie. Lody chyba zostały przełamane.
Ariel dosłownie potraktowała jak psa tę dziewczynę, a teraz się nazywa, że są w przyjaźni? NIE. Adela, nie daj się. Zabij kurwę, bo ja to zrobię.
Woah, to cię poniosło. o.O
Przepraszam, ale naprawdę szczerze nienawidzę ludzi tego pokroju, którzy prą naprzód, mają same żądania i roszczenia, a sami od siebie nie dadzą nic, nawet odrobiny uprzejmości.

Mówiono jej, że informacji o smokach jest niewiele, tymczasem prawda okazała sie zupełnie inna. Informacji nagromadzonych przez setki lat był ogrom, ale sam fakt traktowania smoków jako stworzen swietych czynił te wiedze niedostepna. Teraz Ariel miała przed soba kopalnie wiadomosci o nich. Gdyby tylko którykolwiek z Naczelnych pozwolił magmedykom przejrzec te ksiegi, sami daliby sobie rade z wiekszoscia problemów hodowlanych i chorób. Niestety, postronni magowie nawet nie wiedzieli, że takie ksiegi istnieja!
Że co? To znaczy, że oni mają całą tę wiedzę pod ręką, ale zamiast po prostu z niej skorzystać, rozpoczynają jakieś durne poszukiwania weterynarza z innego świata, w którym smoki nawet nie istnieją, ściągają go do siebie i zmuszają do odkrywania wszystkiego na własną rękę?
Mowę mi odjęło. Ta książka nawet nie ma prawa istnieć, bo jej podstawowy problem nie istnieje. Jeśli historia nie ma żadnego konfliktu do rozwiązania, to historii po prostu nie ma. Cała ta powieść jest wyłącznie pretekstem do miernego romansu na tle pegazów i smoków.


Te intensywne zajecia zagłuszały w Ariel tesknote za Amanda i za...
Czasami dochodziły ja słuchy o pojedynczych napadach trolli czy wampokruków albo innych bestii na któres z miast, co skłaniało ja do szybszego przyswajania informacji.
Ariel skrycie tęskniła za trollami i wampokrukami?
Serio, w którym momencie życia Reystone pomyślała, że „wampokruk” to świetny pomysł? Ile miała wtedy procent we krwi? XD

Tu otrzymujemy nudną jak flaki z olejem opowieść o powstaniu pierwszego z dziewięciu miast. W telegraficznym skrócie: Był sobie wielki i potężny Xaviere D’Orion i podczas swoich wędrówek po świecie, znalazł źródło pysznej, magicznej wody. Wkrótce do źródła zaczęły lgnąć humanoidy i słodkie, magiczne stworzonka, wzniesiono nad nim ratusz i wszyscy żyli szczęśliwie. Ale do magicznej wody zaczęły też ściągać brzydkie i złe stworzonka, więc Xaviere O Idiotycznym Mieniu otoczył miasto czarodziejską kopułą, przez którą potwory nie mogły się przedostać, oraz powołał korpus słitaśnych oficerów na pegazach. Prócz tego ustalił te kretyńskie Losowania jako system zapobiegania niżowi demograficznemu. Ale magiczne źródełko zaczęło wysychać, a wraz z nim słabła kopuła i smoki. Znaleziono w okolicy więcej źródełek i wokół nich wzniesiono pozostałe miasta, a pierwsze popadło w ruinę.

Nie spać mi tu, analiza się jeszcze nie skończyła.


Ariel pomału zaczynała rozumiec... Czyżby historia Wielkiego Xaviere'a sie powtarzała i zródła zaczynały wysychac? Jesli tak, wygladało to co prawda na proces wieloletni, ale nieodwracalny. Czy powinna o tym porozmawiac z Severianem? Czy na tym polegało jej dodatkowe zadanie? Uswiadomic mieszkancom, że ich zródła wysychaja? Że za wiele lat stanie sie z ich miastami to, co z antycznym miastem D'Oriona? Jesli tak, to nawet jej najwieksze poswiecenie, poznawanie smoków, ich hodowli nic nie da, bo nie w tym tkwił problem!...
I oni serio nie zdają sobie sprawy z tego problemu? Primo: znają historię swojego świata lepiej od Arielki-kretynki. Secundo: chyba mają jakiś wgląd w te źródła i potrafią ocenić, czy wysychają? Jak nie, to pogratulować, kolejny przykład tego, że ci wszyscy ludzie powinni już wyginąć, wyeliminowani przez naturę jako najsłabsze ogniwo.

Wedrujac pieszo po miescie, wtapiała sie w różnokolorowy tłum, wdychała egzotyczne zapachy bazarów i wysłuchiwała najnowszych wiadomosci. Transmitowane były wprost z ratusza za pomoca różnej wielkosci i kształtu luster pokrytych powłoka anty refleksyjna i wbudowanych w sciany budynków, słupy, ogrodzenia. Program przypominał kanały informacyjne w telewizji, choc oprócz dzienników i reklam leciały też teledyski tutejszych gwiazd i inne bzdury.
Umarłam, a moja miłość do fantastyki wraz ze mną. T__T
Bo o ileż to by było ciekawsze, gdyby Frodo po drodze do Góry Przeznaczenia słuchał sobie disco polo z iPoda, a elfy w Rivendell, znudzone nieśmiertelnością, odmóżdżały się teledyskami Miley Cyrus!

Pewnego dnia przeraziła sie jednak nie na żarty, -zobaczyła własna twarz, a potem cała swoja osobe powielana przez wiele setek luster informacyjnych, a głos spiker w tle poinformował mieszkanców miasta, że oto
Naczelny Czarnoksieżnik Severian w trosce o stan zdrowia naszych swietych smoków, eksperymentalnie i na wyjatkowych zasadach, udzielił zgody jednemu mag-medykowi Arielowi Odgeonowi na przeglad zagród oraz sprawdzenie ich kondycji. Smoki raczyły zaakceptowac mag-medyka, a Severian wierzy, że swoje praca mag-medyk Ariel nie ubliży im, ale sprawi, że ich kondycja, a co za tym idzie pomoc w ochronie miast, ulegna znacznej poprawie. Biuro prasowe Naczelnego Maga musi niestety ze smutkiem potwierdzic ostatnie pogłoski o osłabieniu sił witalnych naszych ukochanych smoków, ale jednoczesnie zapewniamy, że zostały już podjete odpowiednie kroki, aby sytuacje poprawic i uzdrowic. Nie ma na razie powodów do niepokoju. Jednoczesnie uprasza sie wszystkich obywateli o udzielenie każdej pomocy, o jaka poprosi konsultant do spraw smoków, i okazanie mu życzliwosci.
[i]Propaganda jak w mordę strzelił.

Nie, sprzeciwiam się. Ariel nie zasługuje na ani odrobinę życzliwości za to, jak sama traktuje innych.

Ale od tego dnia nic już nie było jak do tej pory. Zaczeła byc traktowana jak gwiazda filmowa. Co chwile ktos zaczepiał ja na ulicy i wypytywał o postep prac, czy nie obraża smoków i czy można jej jakos pomóc. Pare razy dostała ostrzeżenie, że jesli jednak zaszkodzi smokom, to...
Na szczescie sympatyczniejszych sytuacji było zdecydowanie wiecej.
*wali głową w ścianę*
Nie sądziłam, że to możliwe, ale to się robi bardziej i bardziej aŁtoreczkowe ze strony na stronę.

W spacerach po miescie zawsze towarzyszył jej anioł stróż, którym na zmiane byli Marcus albo Fabien, ale ona nie miała o tym pojecia.
Po raz kolejny pragnę uświadomić, że stalking nie jest uroczy ani romantyczny. Jest denerwujący i co najmniej niepokojący.

Przyjaciele woleli jednak nie ryzykowac, bo psychopatów nie brakuje w żadnym swiecie, wiec i tu mógł sie znalezc jakis fanatyk wyjatkowo czuły na punkcie smoczej godnosci.
I kto to mówi? Koleś, który rozbiera kobietę bez jej wiedzy i narkotyzuje się jej ciuchami, tak?

Czulszy zreszta niż same smoki, bo gdy popołudniami Ariel wracała do koszar, gawedziła telepatycznie z Vivianne niczym ze stara przyjaciółka. Czasami trafiała na Croya, ale ten w obecnosci smoczycy robił sie mało rozmowny.
I to jest cała robota, jaką odwala w sprawie smoków. Biblioteka się nie liczy, bo raz: tam czyta tylko o historii miast, dwa: uncja praktyki jest warta tyle, co tony teorii, jak mówi Swami Sivananda.

wtorek, 17 września 2013

Znowu przerwa

Ja pierdzielę, w ogóle nie zatrybiłam, że już wtorek... Ale nie tylko w związku z tym analizy dziś i jeszcze przez jakiś czas nie będzie. Nie chcę się tu zbytnio uzewnętrzniać; powiedzmy, że nagromadziło mi się sporo problemów mniejszych i większych, i muszę w końcu coś z nimi zrobić. Nie będę obiecywać nic w sprawie daty pojawienia się jakiejkolwiek analizy, bo nie chcę, żeby potem wyszło, że jednak ni mo. Tak więc kolejny raz przepraszam i do zobaczenia za jakiś czas.

 

wtorek, 10 września 2013

Gra o tro... tfu, Ferrin, część 6

Rozdział VI: Joysell

Rozdział rozpoczyna się w komnacie Bereniki, która rozkazuje „ślamazarnie się ubierającemu” Joysellowi... uwieść Anaelę. TJAAA. Tak jakoś w wielu powieściach Michalak występują spiski dot. uwodzenia głównej bohaterki. We wspominanej ostatnio „Poczekajce” matka bohaterki płaci Wielkiemu Złemu Przystojniakowi za uwiedzenie córeczki, by ta nie oddalała się zbytnio od maminych macek. Booo-riiing.

Niestety albo stety, Berenika jest chyba mało poważana, gdyż Joysell – niby lord, lecz właściwie to nic nie znaczący facet, którego jedyną rolą jest bycie kochankiem władczyni – odpowiada tymi słowy:


- Zleć to komu innemu.
Zapiął ostatnią sprzączkę i chciał wyjść.


Lecz wtem Berenika zaczyna grozić, że w takim razie zabije jego ukochaną, Mirellę, będącą jednocześnie prostą służącą na zamku, o której Joysell myślał, że Berenika nie ma pojęcia. Po chwili obowiązkowego zaciskania pięści i zgrzytania zębami, Joysell zgadza się. I tak Mirella ma zostać przyznana jako służąca-szpieg Anaeli, a on ma Anaelę uwieść. I tak bardzo sobą gardzi i się nienawidzi, że po wyjściu z komnaty opiera się o ścianę i zaczyna płakać. Mujeju, jeju. W drodze do swojej komnaty spotyka Reikana, który prosi go o pomoc.

W następnym akapicie wracamy do więziennej celi z poprzedniego rozdziału, urozmaiconej obecnością Joysella. Hm... Właściwie to jak Reikan z tej celi wyszedł, poszedł po Joysella i razem z nim wrócił? Mieli klucz? Skąd? Teleportowali się? Widzieliśmy już, że to hałaśliwa i generalnie zauważalna sprawa, jakim cudem nikt ich nie zauważył?

Whatever. *dopisuje powyższe na Listę pytań bez odpowiedzi*


- Oszaleliście obydwaj! - wykrzyknął Ellis ze złością. Książę przytaknął ponuro. - Wzbudziliście w kobiecie, ludzkiej kobiecie, elfią magię?! Berenika ją zabije!
- Anaela jest zbyt cenna.
- Może dla ciebie, bo nie dla Najwyższej! Elfia magia... Na bogów! Przecież Eleuzis wie, czym to się kończy! Jedna nauczka mu nie wystarczyła?! Berenika to jego dzieło! Jego pierdolone dzieło!
- Anaela jest inna.
Wait, what? O co chodzi? Co się dzieje? Jaka elfia magia? Jak wzbudzona? *zerka do poprzedniego rozdziału* Aha, no tak, mieli ją inicjować magicznie. W każdym razie... Już wcześniej Eleuzis się zachwycał, że jej doskonałość Anaelcia ma „elfią aurę”. A jeśli jednak można było wzbudzić w niej „ludzką” magię, dlaczego tego nie zrobili, skoro elfia z jakiegoś powodu jest zagrożeniem? Żeby mógł na nich krzyczeć... Kto właściwie na nich krzyczy? Joysell? Dlaczego? Co mu do całej tej sprawy? Ooo cooo tuuu chooodziii...?

- Anaela jest inna.
Lord wpatrywał się w nieruchomą twarz przyjaciela.
- Skąd ta pewność? Ty coś wiesz. Coś, czego nikt się nawet nie domyśla, tak, Reikanie? - Milczenie wystarczyło za odpowiedź. - Jeżeli nie podzielisz się ze mną tą tajemnicą, nie licz na moją pomoc. Zaufanie za zaufanie.
- Dowiesz się wszystkiego, lecz teraz, proszę, pomóż mi wynieść z lochów mego ojca.
- Zapłacę głową, jeśli ktokolwiek się dowie, że przyłożyłem rękę do tego spisku.
A teraz jacyś ojcowie w lochach... AutorKasiu, to nie jest zły pomysł pozwolić czytelnikom się domyślać różnych rzeczy z dialogów postaci, zamiast łopatologicznie wszystko tłumaczyć za pośrednictwem narratora. Tylko że w takim przypadku dialogi muszą być ZROZUMIAŁE. W tej chwili nawet nie wiem, kto wypowiada które kwestie!

- Nikt się nie dowie. Gwardziści jeszcze długo się nie zorientują, że tam, gdzie powinien być korytarz, jest ściana.
Niueee, wcale się nie domyślą, że na korytarzu, który od lat codziennie patrolują, nagle wyrosła ściana.

Aha, z kolejnego mętnego dialogu udało mi się wywnioskować, że ten ojciec to Eleuzis, który stracił przytomność podczas inicjowania Anaeli. Swoją drogą, gdzie ona jest przez cały ten czas, bo coś nikt dawno nie rzucał idiotycznych żarcików o seksie?


Śniła.
Aha. *wzdech* Nie cierpię kliszy proroczych/symbolicznych snów, ale nie została nam ona oszczędzona.

Dwie postacie trzymały ją za ręce, każda ciągnęła w swoją stronę. Wokół toczyła się wojna, prawdziwa rzeź. Morze płomieni i krwi. Jedna z postaci krzyczała: „Tu chodzi o twoje życie, Anaelo!”, druga wrzeszczała: „Tu chodzi o moje życie, Anaelo!”. Pojawił się mężczyzna, nieludzko piękny, jasnowłosy, ubrany w niebieską szatę. „Wytrzymaj, Anaelo”, powiedział i znikł. Przez chwilę widziała bruneta o czarnych, złych oczach i bystrym spojrzeniu, ale on także znikł. Wyrwała się trzymającym ją postaciom i zbiegła na dół, do piwnic. Czuła moc bijącą z tamtego miejsca. Była w komnacie pełnej drzwi. Wpadła w pierwsze z brzegu i znalazła się w samym środku pola bitwy. Znów morze krwi, rozrywane ciała i wrzaski mordowanych. Wśród walczących widziała znajome twarze. Nagle nad pole bitwy wzleciała ogromna kula, która w locie spłaszczyła się, zawirowała i runęła, powodując wielką eksplozję. Żywi i martwi, ludzie i zwierzęta zostali z potężną siłą poderwani i rozrzuceni przez niewidzialną falę po całej okolicy. Usłyszała płacz... i śmiech - okrutny, skrzekliwy śmiech, szarpiący trzewia.

Who gives a crap. Kolejny schemat: heroina budzi się i stopniowo przypomina sobie ostatnie wydarzenia, obowiązkowo z wykrzyknikiem na końcu. A potem Anela... odlatuje.

Nie otwierając oczu, rozejrzała się po pomieszczeniu. Jak to rozejrzała się?! Przecież nie otworzyła oczu! A jednak oglądała wewnętrznym wzrokiem pomieszczenie, w którym się znajdowała! Widziała okno jaśniejące na tle ściany. Drzwi, spod których prześwitywało światło z korytarza. Toaletkę z lustrem...
W powietrzu niczym babie lato unosiły się pasma energii. Czerwonej, żółtej, białej. Wystarczyło tylko wyciągnąć rękę i uchwycić którąś...

...z trzech tabletek: białą na smutek, żółtą, która przy szpili do ziemi jak barwnego motyla
w gablotce kolekcjonera sadysty, i czerwoną, by nie uciekać już więcej w śmierć...

Przeniknięta dreszczem przerażenia usiadła na łóżku. Coś się zmieniło! Zamknęła oczy i usłyszała w pokoju obok znajomą czarodziejkę, przewracającą się z boku na bok w niespokojnym śnie. Niechcący dotknęła śniącego umysłu. Majaki tamtej były nie mniej mroczne niż jej własne. Wycofała się pospiesznie, czując się jak włamywacz.
I tak Anaelcia przemieniła się w sparklepira. Minus łaknienie krwi. Plus kolejna „szpitalna” wstawka, której sensu istnienia chyba wszyscy się już domyślają, ale jeszcze nie zarzucę spoilerem.

W każdym razie, nagle już nie jest w celi, tylko w jakiejś bliżej nieokreślonej komnacie, z której ma widok na zamkowy plac, a w rzeźbionej szafie pełno białych szat z symbolami węży – znakiem Leczących. Przegląda w lustrze, a ja zaliczam headdesk.


Nigdy nie uważała się za piękność. Do zwyczajowych kobiecych zastrzeżeń typu: jesteś za chuda, Karolinko, nogi mogłabyś mieć dłuższe, rysy twarzy regularniejsze, biodra krąglejsze, piersi pełniejsze, dochodziły kompleksy związane z niecodzienną urodą: tycjanowskimi włosami i drobnymi piegami, jakimi usiany miała nos, lekko zadarty na dodatek. Nikt nigdy Karolinie nie powiedział, że właśnie taka, jaka była, z tymi drobnymi niedoskonałościami, przyciągała spojrzenia mężczyzn. Nie uświadamiała sobie swego uroku: tego, iż kto raz na nią spojrzał, nigdy nie zapomniał widoku pięknych złotozielonych oczu, jaśniejących zwykłym ludzkim dobrem.
Tycjanowskie włosy, piegi, lekko zadarty nos, chuda... AutorKasiu, czy to ktoś, kogo znamy?

Naaah.

Na podobieństwo pewnego Chłopca, Który Przeżył, czoło Anaelci zdobi teraz tatuaż z dwoma wężami. Podchodzi do okna, zachwyca się widokiem i zaczyna gadać do siebie. Czy wspominałam już, jak bardzo tego nienawidzę? Szczególnie, gdy jest to napisane tak tęczowo-rzygowo, jak poniżej?


- Trafiłaś tam, gdzie chciałaś - wyszeptała. - Do świata pełnego wspaniałych mężczyzn [szczególnie tych, którzy chcieli cię zgwałcić w lesie], gadających koni i tresowanych nietoperzy. W szafie czekają suknie, w jakich zawsze chciałaś biegać, nie szkodzi, że same białe. Co chwila cię ktoś porywa. Wybijasz dziury w suficie jednym machnięciem ręki. - Uśmiechnęła się na to wspomnienie. - Skoro jednak już tu jesteś, musisz sprostać własnym marzeniom. Pozwól Karolinie odejść, nie poradzi sobie w tym świecie. Pozwól, by jej miejsce zajęła Anaela. - Podniosła głowę i wyprostowała się dumnie. - Leddi Anaela dell’Idarei.

Nie ma jednak czasu na dalsze wzdychanie i zachwycanie się swoim wymarzonym położeniem (pomijając napaści, gwałty w lesie, wtrącenie do celi i bolący, magiczny areszt [swoją drogą, co się z nim stało?]), bo do komnaty wpada Mirella i robi to, co leży w obowiązkach służącej: szykuje kąpiel, przynosi jedzenie, bla bla bla. Anaeli została podana „błękitna nalewka”, czyli niebieska zupa oznaczająca, że „Jej Wysokość postanowiła szkolić ją w iście zawrotnym tempie”. A więc Anaelcia nadal znajduje się na zamku Bereniki? Od kiedy tamta miała ją do czegokolwiek szkolić?

Okazuje się, że nalewka ma również inne właściwości (inne od barwienia języka na niebiesko) – Anaela odpowiada na każde pytanie Mirelli, gdzie się znajduje Saris (ten gadający koń) i Reikan (ni wuja nie pamiętam, który to), w jakim jest stanie i co czuje. Potem Mirella wyjaśnia, że to dzięki mentalnej więzi łączącej ją z tamtym dwojgiem i przestaję mieć pewność, czy to sprawiła nalewka, czy nie, a moja frustracja rośnie. Z dalszych wyjaśnień wynika, że przy pomocy odpowiedniej formuły (którą Karolina, oczywiście, zna, no ba, no przecież, no jakżeby nie) może skontaktować się z każdym, z kim nie jest połączona mentalną więzią. Co zatem robi Kretylinka? Łączy się z WeddSa’ardem, czyli głównym czarnym charakterem. Nie wynika z tego nic, poza tym, że WeddSa’ard patrzy na nią złowrogo, a Anaelcia natychmiast zrywa kontakt i jest śmiertelnie wystraszona.

Mirella dyga z wiadrami pełnymi gorącej wody, Anaela pyta, skąd ona tak dyga i po co, na co służąca odpowiada, że przynosi wodę z łaźni do wanny w anaelowej komnacie. Anaela chce oszczędzić dziewczynie trudu i wykąpać się w łaźniach, ale ponieważ to uchodzi tylko służbie, a Mirella przydźwigała już sześć wiader, Anaela stwierdza, że wystarczy jej kąpiel w tych sześciu. To była bardzo wiele wnosząca scena.

Potem jest Element Komiczny przy wyborze sukni – białą czy białą? – i Anaela, jako Lecząca, od teraz będzie się nosić jako ta polska flaga: w alabastrowej sukni i purpurowej pelerynie. Błękit ni, błękit dla Pogodynek. Zieleń absolutnie ni, Zieleń dla elfów, bez specjalnego pozwolenia z Ferrinu ani rusz. Patrząc na okładkę, mam takie zupełnie luźne przeczucie, że Anaelcia kiedyś jednak będzie się lansować w elfickiej zieleni.

Kolejny Element Komiczny, aż zacytuję, bo za długo już sama bełkoczę:


- Jeden moment. - Anaela przerwała Mirelli stanowczym gestem dłoni, po czym wykonała ruch, jakby sięgała do kieszeni. Kciukiem otworzyła klapkę wyimaginowanej komórki, wystukała numer i poczekała na połączenie.
- Cześć, Reikan, to ja, Anaela... Ja też się cieszę, że cię słyszę. Słuchaj, mam prośbę... Wiem, że ty dla mnie wszystko - . mrugnęła porozumiewawczo do oniemiałej Mirelli. – Chcę sobie sprawić zieloną kieckę, wiesz, zieleń pasuje mi do oczu, miałbyś coś przeciwko? Wiedziałam. Słodki jesteś. Ja też cię kocham. Pa! - Cmoknęła nieistniejącą klawiaturę i zamknęła „telefon”. - Załatwione!
- Naprawdę rozmawiałaś z księciem? - wyszeptała Mirella, z nabożną czcią patrząc na pustą dłoń Anaeli. Ta zaczęła się śmiać i śmiała się dotąd, aż Mirella dołączyła do niej, poznawszy się wreszcie na dowcipie.

Lecz wtem dobry humor Anaelci zostaje przerwany nagłym pojawieniem się wampa De Sade, która informuje, że Berenika wzywa Anaelę do siebie. Wszystko to, roztaczając wokół siebie gęsty opar najwyższej sukowatości.

Anaela udaje się przed oblicze Najwyższej, która oznajmia, że czas na inicjację. Po usłyszeniu, że Anaela została już zainicjowana, wpada w furię, chwilowo jeszcze kontrolowaną. Karolinka wygaduje się, że zrobił to Eleuzis, władca Ferrinu, a on przecież nie podlega rozkazom Bereniki, nya-nya-nyanya-nya.

Okej... Więc Anaela została wtrącona do celi. Włamał się do niej władca Ferrinu i zainicjował magicznie. A potem... co się właściwie stało? Kto odstawił nieprzytomną Anaelę do luksusowej komnaty? Zapewne ludzie Bereniki, skoro kazała jej przydzielić służącą, ale czy ten brak przytomności nie wydał się nikomu ciut podejrzany? Czym właściwie kierowało się to babsko, jak najpierw uwięziła laskę, a potem ją odstawiło do pięknej komnaty?


Po raz pierwszy dokładniej przyjrzała się Leczącej. W czym była wyjątkowa, co w niej było aż tak interesującego, że właśnie w tej dziewczynie, a nie w żadnej innej - piękniejszej, mądrzejszej, zdolniejszej - Władca Ferrinu zdecydował się wyzwolić magię miłości?
*parsk* Okej, tu się nie powstrzymam i zaspojleruję. Elfia magia, magia miłości, która została wzbudzona w Anaeli przez Eleuzisa i spółkę, to taki szczególny rodzaj magii, sprawiający, że wszystko w promieniu kilku kilometrów, co ma penisa i humanoidalne kształty, pragnie i pożąda obiektu ową magię posiadającego, a jednocześnie obiekt ten na wieki wieków pozostanie niezdecydowany i niezdolny pokochać tylko jednego wybranka. I takim właśnie wątpliwym darem została obdarowana nasza heroina. Że tak się powtórzę: TJAAA.

Berenika podejrzewa, że miało to na celu zeswatanie Anaeli z Reikanem, następcą tronu. Władczyni postanawia zmienić front i wykorzystać Anaelę pod pretekstem zapotrzebowania na Leczące w czasie wojny.

To mamy jakąś wojnę?

Nic to, ważniejsze rzeczy się dzieją! Anaela z ulgą odchodzi od Bereniki i pyta Mirellę, gdzie się podział Reikan. Dowiaduje się, że za użycie Zakazanej Mocy (ach, fetysz wielkich liter...) została skazana na karę chłosty, którą Reikan wziął na siebie i natychmiast potem wyjechał. *drapie się po głowie* Czyli kiedy dokładnie to było? Reikan towarzyszył przecież Eleuzisowi w inicjowaniu Anaeli, potem jeszcze przez chwilę był w celi z nim i Joysellem (nadal nie wiem, co on tam robił)...

Lecz znów nie ma czasu na wyjaśnienia, bo kolejne ważne rzeczy się dzieją! Matko, jak te urywane sceny są tu koszmarnie skonstruowane. Pyk, jesteśmy tu, pyk, jesteśmy zupełnie gdzie indziej, dialogi rozpoczynają się bez żadnych wstępów i jakby od połowy...

Anaela zaczyna szkolenie na Leczącą. Pierwsza jest wizyta u Mistrzyni Energii, tam Anaela uczy się znieczulać, ciachać i zasklepiać z powrotem, a między tym wszystkim nie może wyjść z oburzenia, że Mirella posłużyła jako królik doświadczalny. Przy tym wrzeszczy na nauczycielkę, focha się i wychodzi zamaszyście, trzaskając za sobą drzwiami.

Potem jest lekcja u Mistrzyni Iluzji. W kolejnym, szalenie zabawnym Elemencie Komicznym Anaela wyczarowuje kolorową, ziemską szczoteczkę do zębów. Ha. Ha. Ha.

Potem przechodzi do lekcji jazdy konnej, zachwytów rozległymi łąkami i śnieżnobiałymi rumakami hodowanymi specjalnie dla Leczących (oczywiście). Anaela ma wybrać swojego wierzchowca roztropnie, bo połączy go z nim więź na śmierć i życie, sratatata. Ale (oczywiście) ze stajni wypada nagle narowisty, czarny jak noc (oczywiście) ogier, który okazuje się być Sarisem. Saris oznajmia, że chce służyć Anaelci (oczywiście), a ona stwierdza, że chce jego i tylko jego (oczywiście).

Potem Karolcia szczotkuje Sarisa i sobie z nim rozmawia.


- Byłeś Cieniem WeddSa’arda, teraz jesteś moim - odezwała się nagle. Przysypiający pod kojącymi dotknięciami jej ręki Saris niechętnie otworzył oczy. - Jak to jest: służyć dwóm wrogom?
A koncepcja tego, czym właściwie są Cienie, na czym polega ich rola i istnienie, gmatwają się beztrosko...

Saris oburza się, że po primo, to nie służył WeddSa’ardowi, tylko Sellinarisowi dell’Soll (nawet mnie nie obchodzi, kto to jest), a po drugie, to miał nadzieję, że kto jak kto, ale ona nie będzie osądzać pochopnie i WeddSa’ard wcale nie jest największym złem tego świata. Oczywiście, że nie jest, przecież Anaelcia się w nim zakocha. Ups, spoiler. Ale ona we wszystkich się będzie kochać.

Do stajni przychodzi Joysell i wprawia Anaelcię w zachwyt swoim sexy ciałkiem i tak dalej. Idą na spacer, na zacienioną polankę, oja oja, będzie się działo.


- Już o tobie głośno w całej Alderianie - przerwał milczenie. - Dziewczęta z Akademii usiłują farbować włosy na ten oszałamiający kolor. - Bawił się przez chwilę kasztanowym kosmykiem. - Co daje opłakane efekty. Czarodziejki zaś szukają odpowiedniej mikstury, by narzucić podobną iluzję.
Co jest idiotyzmem z ich strony, bo to przecież pogardzany smoczy kolor.

Reikan zaczyna opowiadać o różnych wymiarach i alternatywnych rzeczywistościach. Anaela mówi, że pochodzi ze Świata Szarej Śmierci.


- Pochodzisz z Tartaru?! - Oczy lorda zogromniały ciekawością i niedowierzaniem.
*facepalm* Serio, nie było innej, bardziej jednoznacznej nazwy? A może to jedno z kolejnych, subtelnych jak walec drogowy nawiązań?

- Co to jest Tartar? - odpowiedziała pytaniem.
Westchnął rozczarowany. Gdyby przybyła z Tartaru, wiedziałaby o tym miejscu więcej niż on sam.
- Świat Duszobójców - odparł z wahaniem.
Widać było, że ten temat nie należy do jego ulubionych.
- Brzmi ciekawie - podkuliła kolana i objęła je dłońmi, szykując się do wysłuchania interesującej historii. - Kontynuuj, drogi lordzie.
- Nikt ci nie opowiadał o Tartarze i Duszobójcach?
Zaprzeczyła.
- Kiedyś istniał świat zwany Edenem *facepalm po raz drugi*, Krainą Czystych Serc. Zamieszkiwały go Cienie i ich opiekunowie, Zaklinacze, wywodzący się z elfiej rasy, ale zbuntowani przeciwko Ferrinowi i wygnani bez prawa powrotu. Dwa wieki temu zaczęła się w Edenie rozprzestrzeniać zaraza. Cienie ginęły, Zaklinacze zatracali poczucie tożsamości i wybijali siebie nawzajem. Zaraza opętała ich dusze i umysły, a z rozumnych i prawych istot pozostały tylko ciała będące siedliskiem nosicieli zwanych Duszobójcami. Wierz mi, Leddi, niczego się tak w Świecie Światów nie lękamy jak powrotu Szarej Śmierci.
I tu moja sympatia do koncepcji świata Szarej Śmierci umarła. Było dobrze, póki była to po prostu nazwa dla naszego świata. Ale teraz nagle się okazuje, że wszyscy tu obecni żyjemy w Tartarze – spoko! I że kiedyś był raj, tęcze i kucyki pony, ale potem nagle ludzie zrobili się źli, bla bla, bełkot w stylu Michaliny O.

Ech... To nie jest tak, że kiedyś było wspaniale, a teraz jest masakra. W dawnych czasach też byli ludzie źli, głupi, bezmyślni, ba, może nawet bardziej źli, głupi i bezmyślni niż teraz. Irytuje mnie ta niezrozumiała tęsknota do minionych epok. Choć film sam w sobie umiarkowanie mi się podobał, polecam „O północy w Paryżu” – tam mamy właśnie bohatera, któremu wydaje się, że w dawnych czasach byłoby mu lepiej, ale potem dowiaduje się, że niekoniecznie, że w czasach, o których on marzy, inni też marzyli o minionych wiekach, i tak w kółko.

Dobra, to tyle moich osobistych przekonań, z którymi nie każę się nikomu zgadzać. Wracamy do gołąbeczków. Ci, niestety, długo jeszcze rozmawiają o tym, co się działo dawno temu, i kto jest czyim ojcem i czyją matką, nudne to wszystko potwornie i nic a nic mnie nie obchodzi. Kolejnym problemem tej książki jest to, że mało co się tu dzieje, a prawie wszystko jest WYJAŚNIANE. Nie chcę wyjaśnień, chcę akcję!

Anaela jest zszokowana, dowiedziawszy się, że elfy wcale nie są szlachetnymi i stuprocentowo wspaniałymi istotami, a bywają tak samo zepsute jak ludzie. Joysell zaczyna coraz wyraźniej uwodzić Anaelcie. Lecz ta przypadkiem trąca dłonią jego medalion i ma wizję, w której widzi, jak Joysell przyjmuje zlecenie od Bereniki.


Skamieniała, podczas gdy on pieścił ustami zagłębienie nad obojczykiem. Ożeż ty! Uwodzisz mnie na rozkaz Najwyższej Wiedźmy?!
W pierwszym odruchu zamierzała strzelić go w twarz i zmieszać z błotem we wszystkich znanych sobie językach, to znaczy trzech tutejszych i trzech ziemskich. W następnym zaś postanowiła odpłacić pięknym za nadobne.
Zamruczała z rozkoszą wprost do ucha roznamiętnionego lorda i poczęła oddawać pocałunki z takim samym żarem. Kiedy sięgnęła do jego przyrodzenia, jęknął przeciągle... Nie trzeba go było dłużej zachęcać. Drżącymi z podniecenia dłońmi rozpiął spodnie, pchnął dziewczynę na ziemię i już miał przystąpić do dzieła, gdy... Anaela ujęła twarz lorda w dłonie i ze słowami: „Powiedz Najwyższej Wiedźmie, że rozkaz uwiedzenia został p r a w i e wykonany”, zepchnęła go z siebie.
ALE MU DOJEBAŁA.

Anaelcia ucieka, Joysell na swojej szkapie nie może dogonić Sarisa Sue, więc odpuszcza. Gdy zajeżdża do zamku, na drogę wchodzi mu jakiś Lord Cambr i się drze, że ile to już miast padło, i ta kurwa przysłała mu konnicę, i co, ma konie na mury posłać, i Cambria jutro padnie, i ja nie mam pojęcia ani kto to jest, ani o co chodzi, ani nawet nie chcę się dowiadywać, bo już dość mam problemów z zapamiętaniem imion i funkcji dotychczasowych bohaterów.

W nocy Anaela rozpamiętuje nieporadne przytulanie Amrego (szkoda, że nie przypomni sobie, jak ją lał w twarz) i tęskni za nim, i wzdycha. I do WeddSa’arda też wzdycha, choć nie wie dlaczego, ale jego oczy ach och. Schodzi więc na dół, rezygnuje z pomysłu zabrania ze sobą Sarisa, idzie do strażnika portalu... i teleportuje się do oblężonej Cambrii.

ŁADAFAK.

I tym niespodziewanym i kompletnie z dupy wziętym akcentem kończy się dzisiejszy rozdział. Zdziwniej i zdziwniej, jak by to powiedziała Alicja.