Czarne owce literatury czyli analizy ZŁYCH książek: stycznia 2013

wtorek, 15 stycznia 2013

Baba o imieniu Baba i Kozy come back, czyli "Zaklęta" Michaliny Olszańskiej!

Na wypadek, gdyby ktoś przymierał z nudów nad moimi analizami Ferrinu, dzielny duet Jadźka & Makapka nadchodzą z czymś, na co chyba wszyscy czekali: oto zupełnie nowa* powieść Michaśki Olszańskiej "Zaklęta"!


*zupełnie nowa: napisana tak naprawdę jako szósta ze słynnych ośmiu "książek" MO, wtedy jeszcze pod tytułem "Roszpunka". Co o niej pisze sama autorka na swojej stronie?

"Całkiem realistyczna powieść, dziejąca się w średniowieczu, w burzliwych czasach, gdy nowa religia wypierała stare, a jeszcze nie wszędzie docierała ludzka stopa. Refleksja nad psychiką człowieka, nad tym, co wrodzone, pierwotne i tym, co wyuczone, nad odwiecznym konfliktem dwóch światów.
Książka poważna, by nie powiedzieć – filozoficzna, pokazująca, że nie wiemy nic… i może to dobrze?"

Zaś opis z tyłu okładki już wydanej powieści prezentuje się następująco:

Panteistyczna, poetycka opowieść o życiu.

Wychowywana w środku lasu przez ekscentryczna zielarkę dziewczynka nie ma pojęcia o istnieniu innych ludzi. Wzrasta wśród drzew, ziół - posłuszna prawom natury, żyjąca w idealnej harmonii ze wszystkim, co ją otacza. Opiekunka za wszelką cenę próbuję uchronić ją przed zepsutym, zgorzkniałym światem ludzi, pragnąc uczynić z niej istotę czystą, nie zabrudzoną kłamstwem cywilizacji. Uważa, że trzymając dziewczynkę z dala od jej gatunku, daje jej szansę na lepsze życie. Ale czy ma rację? Co się stanie, kiedy dziecko lasu na własną rękę zacznie poznawać ten inny świat? Świat ludzi... Jak wielki wpływ na to, kim jesteśmy, ma sposób, w jaki nas wychowano? A jak wiele mamy trwale zapisane we krwi?

Akcja "Zaklętej" toczy się w średniowieczu, w burzliwych czasach, gdy nowa religia wypierała stare, a jeszcze nie wszędzie docierała ludzka stopa. Jej głównym tematem jest refleksja nad psychiką człowieka: nad tym, co wrodzone, pierwotne i tym, co wyuczone. Nad odwiecznym konfliktem dwóch światów. Powieść luźno i w sposób przewrotny powiązana jest z jedną z najsławniejszych baśni braci Grimm, "Roszpunką", co nadaje jej niepowtarzalny, magiczny klimat. Historia Roszpunki pokazuje, że nie wiemy nic... i może to dobrze?
Zapamiętajmy to, że realistyczna i dziejąca się w średniowieczu. Bo że poważna i filozoficzna to chyba nikt nie ma wątpliwości - jeszcze mi się odbija tymi Prawdami Rzyciowymi z Atlantydy...

Bez dalszego przedłużania, zapraszam do lektury! Analizują: Makapka i Jadźka, gościnnie wtrącam się ja, czyli Winky.






Kobieta w żółtej sukni biegła przez las, zamglonym wzrokiem śledząc surową kulę księżyca.
Iiii stop. Aż mi głupio czepiać się pierwszego zdania, ale poważnie: bieg przez las nocą przy świetle księżyca? Czy naprawdę nie ma już innego sposobu na „wciągający” prolog niż do bólu utarty schemat? Ja rozumiem, że może Michaśka w swoim dorobku stosuje ten chwyt po raz pierwszy, ale jako osóbka aspirująca do miana pisarki mogłaby mierzyć NIECO wyżej.   
*wzdych*
A co do surowej kuli księżyca -  czemu nie. Księżyc, jak wiadomo, zbudowany jest z sera, a ten dostępny jest także w wersji surowej ;)
Ugotuj mi słonka…
A Słońce, jak wiadomo, jest płonącą kulą gazów, czyli jest jak najbardziej ugotowane. Lub też pieczone.
Hurra!

„Jeśli go widzę, to znaczy, że jeszcze żyję…” – myślała, a myśl ta jak karuzela wirowała jej w głowie zastępując wszystko inne skutecznie wygnane przez gorączkę.
Albo że umarłaś, i właśnie podążasz w stronę światła. Ja, jak biegnę, to z reguły patrzę pod nogi, a nie gdzieś w niebo. Znacznie zmniejsza ryzyko wyglebania się na pierwszej lepszej nierówności.
Pamiętaj, że ona wiedziała, że nie dopadnie jej Imperatyw Opk… oh, wait… Powieściowy.

Kobieta miała jeden cel: wydać na świat dziecko (Mary Sue), (…) które tak bardzo domagało się teraz uwolnienia. Inne cele nie istniały, jakby zapadły się w nicość, były jedynie surrealistycznym wspomnieniem nawet nie życia, które uchodziło z niej z każdym gwałtownym oddechem, ale nic nieznaczącego snu.
Chciałam tu trochę posarkać na ten paskudny opkowy wytwór, jakim są Rodzice Mary Sue, istniejący tylko po to, by tworzyć lub/i utrzymywać finansowo merysójki, ale w sumie ten fragment robi to za mnie. Sama Ałtorka daje do zrozumienia, że kobiecina ma tu tyleż zadań, co kartonowe opakowanie tubki pasty do zębów: przechować właściwy produkt, aż trafi do miejsca przeznaczenia.
Mnie urzekło to, że tak bardzo skupia się na wydaniu na świat Mary Sue, że nie dba o to, co się właściwie z nią stanie (bo, jak wiadomo, jeśli po drodze po lesie coś jej się stanie, wykarmi ją wilczyca, a potem dziecko założy miasto). Zresztą to, że rodzice głównego bohatera istnieją tylko po to, żeby go spłodzić i urodzić, a potem należy się ich dyskretnie i w miarę szybko pozbyć, jest powszechnie znaną wśród Ałtoreczek taktyką.

Kimkolwiek była, świat o niej zapomni, jakkolwiek żyła – nie miało to znaczenia.
Już sobie posarkałam, więc po prostu to zignoruję.

Liczył się jedynie księżyc… i dziecko. Jeszcze chwilkę, maleństwo (…) Jest noc, poczekaj, aż wstanie dzień, nocą i tak niczego nie zobaczysz…
*facepalm* Okej,  biedaczce brakuje tlenu, jest wyczerpana, ma prawo do głupawych argumentów. Ale ten księżyc to się tam liczy boooo…?
Może jest ojcem dziecka?
Hehehe… He…
*przestaje się śmiać, kiedy uświadamia sobie, że nie przeczytała Ksiomszki do końca i jeszcze wszystko się może zdarzyć*
Rozczula mnie narrator, który namawia dziecko do pozostania w łonie matki. Seriously, jakby dziecko po urodzeniu sobie zwiedzanie urządzało…

Drzwi krzywej chaty, które wyłoniły się nagle zza kilku czarnych drzew
Same drzwi. Bo resztę chaty coś zeżarło.

były niczym brama do raju, niczym chłodna woda dla rozgorączkowanego czoła. Kobieta pchnęła je resztką sił i jej oczom ukazało się ponure wnętrze (…) Odszukała wzrokiem siedzącą na ławie zgarbioną babę.
Baba.

- Kobieto! Ratuj!
Ale czemu nie babo…? Trochę konsekwencji, jeśli łaska!

- Kobieto! Ratuj! – krzyknęła i padła na ziemię, podnosząc ciężkie od krwi fałdy sukni (a ta krew tam skąd? Ona już poroniła?), po czym odchyliła głowę do tyłu i prężąc się z bólu zacisnęła zęby, gdyż kolejny skurcz przeszył jej ciało obietnicą powicia.
- Obiecuję ci, powijesz. – Mruknął skurcz.

Stara podeszła i rozwarła jej brutalnie kolana rwąc je doszczętnie, wypatrując po ciemku między nimi tego, co miała ratować.
Nie miała bowiem pojęcia, o co tej szalonej kobiecie chodzi, ale ostatecznie nasz klient, nasz pan.

Potem mruknęła coś do siebie i nagle nacisnęła kościstymi dłońmi na brzuch,

co zabolało tak bardzo, że kobieta w żółtej sukni
Znowu się przyczepię, ale jako wzrokowiec po prostu muszę. O co chodzi z tą żółtą suknią? Mamy noc, czarne drzewa, mglisty księżyc, ponurą izbę, ciemność pomiędzy nogami i nagle ta żółta suknia. Jeśli Ałtorka koniecznie chciała pozbawić matkę merysójki prawa do jakiegoś imienia, jej sprawa. Jeśli koniecznie chce ją tytułować „kobietą w sukni”, jej sprawa. Ale nie lepiej zrobić suknię brązową, szarą, whatever, żeby jakoś współgrała z kreowaną atmosferą mroku i takich tam? Chyba, że to ma być jakaś alegoria, że niby ta kobieta jest jakimś, eee, promykiem słońca, zesłanym do tej krainy ciemności, by, eee, obdarzyć nas maluczkich merysójką…
…Okej, nieważne.
Mnie bardziej zastanawia, jak w tym mrocznym mroku mrocznej nocy w ogóle widać, że suknia jest żółta. Znaczy ok: ta scena się już chyba przy jakimś palenisku odbywa, ale wcześniej kobita biegła przez ciemny las, a suknia nadal była żółta. To nie policjant na skrzyżowaniu, że się świeci, w ciemną noc w środku lasu kolory niewiele się od siebie różnią...

na chwilę straciła oddech, a na jej szyi pojawiła się pulsująca sina żyła. Czoło zaś przecięła głęboka bruzda cierpienia.
Policzki natomiast poharatały rozpadliny męczeństwa. Wiemy, znamy.

Gdy oddech wrócił, z piersi kobiety wydobył się pełen rozpaczy krzyk, skowyt raczej, a w oczach poczerniało jej zupełnie i nic już nie widziała. Baba spojrzała na nią trzeźwo i znów nacisnęła, tym razem jeszcze mocniej, po czym wsadziła jej ręce między nogi i zaczęła wyciągać dziecko
Powiem szczerze, nigdy nie rodziłam, nie oglądałam porodu i generalnie o wydawaniu bachorków na świat wiem tylko tyle, że nie ma to nic wspólnego z bocianem czy kapustą. Ale i tak mam nieodparte wrażenie, że z chwytania noworodka za cokolwiek i wyciągania go siłą nie wyniknie nic dobrego…
W ogóle mam wrażenie, że Michasi poród kojarzy się z wizytą u rzeźnika.

W końcu zaraz po ataku największego bólu baba sięgnęła po leżący obok miski przy palenisku nóż, odcięła coś wprawnym ruchem, po czym zawinęła to w fartuch i wstała dysząc ciężko.
Wyszło mi, że owinęła pępowinę, a dziecko wyrzuciła
Albo poderżnęła dziecku gardło.

- Jest – rzuciła szorstko. – Żyje.
Ta pępowina.
To gardło.

Kobieta w żółtej sukni (…) uniosła dłoń w kierunku trzymanego przez babę zawiniątka. Przez chwilę wyglądało na to, że chce coś powiedzieć (…)
- Nazwij ją… Mary Sue…!

Po chwili dłoń kobiety opadła na ziemię, a uniesiona lekko głowa osunęła się do tyłu ukazując mokre od potu, zastygłe oblicze. Na jej policzek padło wkradające się przez okno światło księżyca…
Teraz już ugotowane.
Łoł, Ałtoreczko, ostrożniej z tym patosem proszę!

Chatka Baby, położona przy starej wieży w głębi lasu, znajdowała się tak daleko od jakichkolwiek ludzkich zabudowań, że nikt jej oficjalnie nie odwiedzał.
Nieoficjalnie zaś odwiedzał ją pan Henio z gazowni.
Wysoka, rzucająca się w oczy wieża musiała być bardzo pomocna w nieodnajdywaniu chaty Baby.
Czyli jak, oficjalność odwiedzin zależy od miejsca zamieszkania?
Chodzi o to, że zasięg Poczty Polskiej tam nie docierał.

Baba znała lekarstwa na wszystkie ich [kobiet] przypadłości, wiedziała, jak pomóc, umiała przepowiadać płodność
No nie, stop. Chciałam przymknąć na to oko, ale ta forma za każdym razem grzmoci mnie po oczach. Baba przepowiada dni płodne, jak już.
Jak w Simsach 1, przychodzisz do Baby, pojawia się okienko „Może powinniśmy mieć dziecko?”, wciskasz tak i pojawia się obok Ciebie kołyska.

Ale był jeden warunek: nigdy nie robiła niczego za darmo. Nie wynikało to z jej interesowności czy pazerności, bardzo nie lubiła jednak kierowanych do niej pielgrzymek (ej, to tak na serio?)
A Częstochowa niech się schowa.

Kiedy stała nad kobietą w żółtej sukni,
Ja nie jestem wzrokowcem, ale też mnie już zaczyna irytować ta żółta suknia. Czy to jest aż tak ważne dla fabuły, że za każdym razem musi powtarzać kolor? Żebyśmy wiedzieli, że nie przebrała się pomiędzy bólami skurczowymi?
Może tam przez cały czas siedzi jakaś inna kobieta w innej sukni i Altorka dba, coby Czytelnik się nie pomylił, o którą chodzi?
Albo stylistka gotowa w każdej chwili zmienić bohaterce strój?

patrząc na nią chłodnym, pozbawionym jakichkolwiek uczuć wzrokiem, spojrzała nagle na leżące nieruchomo w jej fartuchu, oddychające płytko niemowlę
Kiedy stała i patrzyła, to nagle spojrzała. Czy ktokolwiek poza Ałtorką przeczytał to dzieuo przed wydaniem?
Koleżanki z klasy i mamunia, jak mniemam. ^.^

i po chwili zastanowienia orzekła:
  Ty będziesz moją zapłatą. Po kilku latach będę miała z ciebie całkiem przydatną parę rąk.
Jak można wziąć dziecko jako zapłatę? (Dla mnie to by była kara)
*
Baba robi dziecku łóżeczko w skrzyni i postanawia zrobić mu matkę mleczną ze swojej KOZY, która się niedawno okociła. (KŁII! <3) Usiłuje więc przekonać dziecko do picia koziego mleka:
 - Martwe będziesz nieprzydatne
Jak to? A flaczki…?
 Albo nawóz?

Nieprzydatne – rzekła beznamiętnie – Jeśli  ciągu trzech dni nie zaczniesz jeść, odniosę cię do wioski.
Zaczęło.
Już wierzę. Ja mówiłam kotu: „Przestań lać do umywalki!”. Myślicie, że przestał?
Tobie wierzę. Ja mówiłam sobie „Niedługo sesja, przestań się opier...”. Myślicie, że przestałam? Zamiast tego siedzę tu i czytam jakieś debilne książki...
Strasznie mnie irytuje ta dziwna maniera u Michaśki, że pisze jedno zdanie, z którego wynika jedna rzecz i po nim następuje jedno-dwuwyrazowy potworek, najczęściej o zupełnie odwrotnej wymowie. Jak w Atlantydzie, coś tam że "Ziemia wyglądała, jakby nic na niej nie rosło. Jednak rosło." Noż...

Noworodka można nauczyć wszystkiego, jest jak biała karta, kształtowana przez pierwszą literę
K jak ku…

Jeśli się ją postawi, reszta musi być proporcjonalnej wielkości, ale póki jeszcze jej nie ma – wszystko jest możliwe. Człowiek rodzi się tak samo zdolny do biegania, wspinania się i skakania jak zwierze, nie uczony jednak tego, traci wrodzone predyspozycje i przemienia się w mało sprawne, kalekie wręcz stworzenie, poruszające się na dwóch nogach z prędkością, która nie pozwoliłaby mu przeżyć dnia w świecie z dala od cywilizacji.
Co to za sranie w banie? Przepraszam, ale już mnie nerwy ponoszą. Czyli Ałtorka usiłuje nam wmówić, że w chwili narodzin człowiek ma predyspozycje do zostania zwierzakiem, ale że jest taki durny, to kończy jako człowiek właśnie? Nie kumam.
Mi się wydaje, że Michasia usiłuje nam wmówić, że to, że najszybszy człowiek świata nie jest stanie biec z taką samą prędkością jak gepard to tylko kwestia jego lenistwa.
Tak samo pisklęta tuż po wykluciu mogą latać, ale im się nie chce i wolą drzeć dzioby.

Baba nie zamierzała wychować niemowlęcia na człowieka. Na zwierzę też oczywiście nie, ale zamierzała wszczepić mu inny niż ludzki, rodzaj myślenia.
Kury.
Z całym szacunkiem dla kury z biura…

Chciała, by przeskoczyło swój gatunek i umiało znaleźć się tam, gdzie nikt nie będzie mógł, ani nie będzie chciał mu pomóc
W polskim gimnazjum?

Baba nie lubiła ludzi. Sama była jedną z nich, ale uważała ich zawsze za istoty zakłamane, zamknięte w świecie, który wymyśliły, niszcząc to, co nim nie jest.
Czy Michasia chce nam powiedzieć, że ma jakieś problemy ze sobą? Serio, dla mnie to brzmi jak fragment opka o Mary Sue, której nikt nie lubi.
*gasp* Baba też chodziła do polskiego gimnazjum!

Jej świat zniszczyliby również, gdyby tylko nie znajdowali w nim korzyści dla siebie, o tym była przekonana. Teraz, gdy patrzyła na dziecko (…) nie czuła miłości ani nawet czułości. Nie czuła nic. To było dziecko, wymagające trochę więcej opieki niż wiadro. Dziecko, które przygarnęła, by wychować sobie pomoc na stare lata, tylko po to.
Tutaj zapewne mieliśmy się zszokować albo chociaż podumać nad nieludzkim zachowaniem starej baby. Niestety, osobiście utożsamiam się z babą właśnie. Kiedyś sąsiadka z bloku poprosiła mnie o potrzymanie dziecka, żeby mogła wnieść wózek na piętro. Wtargałam jej ten wózek na samą górę, byle tylko nie tykać bachora >.<
Ale jednak musisz przyznać, że porównywanie dziecka do wiadra jest żałosne.
Cóż, z pewnością mało trafione. ^ ^
Jaka poetessa, taki tfór.

Nie planowała przekazać mu swojej wielkiej wiedzy zielarskiej i lekarskiej, nie upatrywała w nim następcy. (Zapamiętajmy to) Po prostu miało być i pomagać jej, przy okazji oddalając się od ludzi, a zbliżając do jej jednoosobowego, zgodnego z naturą świata.

[Baba siedzi przy palenisku i stwierdza, że dziecko jest brzydkie. Nudy.]
Kilka miesięcy później, kiedy Baba kąpała niemowlę, ochlapując je lodowatą studzienną wodą i trąc delikatne ciałko kawałkiem szmaty, ono spojrzało na nią tak rozumnie, tak mądrze, że wyprostowała się i zaniepokoiła.
- No i czego chcesz? – spytała, ale jej głos nie był już tak pewny i pełen pretensji jak wcześniej.
Wcześnie, to znaczy kiedy? Nie mamy komentarza od ostatnich „kilku miesięcy”…

I pełen pretensji jak wcześniej. – Podgrzać ci wodę? Ja nie mogę, co za wybredne dziecię!
Zawinęła niemowlę w fartuch (…) zaczerpnęła jeszcze raz wody i chwiejnym krokiem, gdyż wiadro ciążyło jej z jednej strony, ruszyła do chaty.
Drzwi otwarła stopą, acz bardzo ostrożnie, by nie wypadły z ram, odłożyła niemowlę do skrzyni przy kozie i (…) wlała do wiszącego nad nim na żerdzi kotła wodę. Potem spojrzała na drżące z zimna dziecko i uśmiechnęła się gorzko.
A ono nie powinno tak jakby… płakać? Proszę o wybaczenie, powinnam sobie oczywiście zdawać sprawę z tego, że Mary Sue jest mondra od poczęcia i nie płacze, robi na nocnik i w ogóle…

- No. Teraz cię ugotujemy.
To chyba miało być śmieszne.

Trochę wody pod naporem niewielkiego ciałka wylało się, liżąc srebrzyście czarne (i złocisto czerwone), chropowate ściany naczynia i niczym duch znikając w szczelinach drewnianej podłogi.
Koza zaniepokoiła się, gdyż dziecko zakwiliło cicho, przestraszone z początku nieznanym mu dotychczas ciepłem wody.
COOO?! Czy autorka chce nam powiedzieć, że dotychczas to dziecko ZAWSZE kąpane było w lodowatej wodzie? Czyli rozumiem, że miało permanentne zapalenie płuc?
A może w ogóle go nie kąpała? To nic dziwnego, że się go brzydzi.

- Ci ludzie! Nigdy nie wiedzą, co naprawdę dobre, nic im się nie podoba!! (dwa wykrzykniki! Są dwa wykrzykniki, sialalala!) Jeśli będziesz sprawiać kłopoty, oddam cię do wioski!
Chyba nie kumam jaki problem ma ta osoba o imieniu Baba z tym, że dziecko marszczy brwi i zaciska pięści… Boi się, że Mary Sue jej przywali?
Nie mówiąc już o tym, że sama najpierw zdecydowała się zatrzymać dzieciaka, a teraz wiecznie truje dupę, jaki to ma z nim krzyż pański. To tak a propos „nic im się nie podoba”…

Baba często tak mówiła, nigdy jednak nie poparła czynem swoich gróźb i prawdopodobnie nie miała nawet zamiaru tego robić. Sentencję tę (z Wikipedii: Maksyma (inaczej aforyzm, sentencja) – krótka, zwykle jednozdaniowa wypowiedź (prozaiczna lub rymowana), wyrażająca ogólną prawdę, mądrość dotyczącą życia człowieka. Myśl filozoficzna, etyczna zawierająca pewną zasadę postępowania. Sorry, Winnetou, chyba nietrafione. A było tak blisko.) traktowała po prostu jako środek wychowawczy (dla niemowlaka, który nie potrafi mówić i nie rozumie. Na pewno.), wychodząc z założenia, że skoro dla niej widmo mieszkania (w sensie, że miała jakieś mieszkanie, ono umarło i nawiedzało ją?)  w wiosce było najgorszym na świecie, dla dziecka, nawet tak małego, też nim będzie i zmusi je do jako takiego posłuszeństwa.
Boru. Niech ktoś zawiadomi opiekę społeczną.

Kiedy skończyła kąpać niemowlę i położyła je na powrót przy kozie, zwierzę obwąchało je, zaniepokojone utratą znanego zapachu.
 - Głupia. Mogłabyś się już przyzwyczaić, że czasem je myję. Twojemu dziecku też by się to przydało. Nie mogę nawet rozpoznać, jakiej jest maści!
No to niezła toksyczna matka z tej kozy, skoro od urodzenia ani razu nie wylizała swojego potomka! I takiej jeszcze niemowlaka dają!
Wyślemy ją do Superniani!!!

Więź, jaka powstała między niemowlęciem a jego mleczną matką i koźlęciem nie była może niezrozumiała, ale na pewno niespotykana. Któż bowiem pomyślałby, że zwierzę może wykarmić człowieka (Remus, Romulus, takie tam…) jak własne potomstwo, troszcząc się o nie (…) i specjalnie schylać się i klękać, by mógł dosięgnąć sutka (albo to dziecko było naprawdę niewyrośnięte, albo to była koza wielkości konia. Bo nie kumam jak może kilkumiesięczne niemowlę nie dosięgnąć sutka kozy…)? Kiedy bowiem jej koźlę stało się już całkiem sprawne i zaczynało brykać (czy mi się wydaje, czy koźlęta są wyrośnięte i „brykają” już kilka dni po porodzie, a nie kilka miesięcy?), niemowlę wciąż było zupełnie bezsilne i bezbronne, wymagające stałej opieki (no ale to chyba NIE KOZA je przewijała, prawda?)
Tam przewijała. Srało pod siebie i tyle. W sumie to może wyjaśniać, czemu nie sposób było określić maści koźlęcia…

kozica coraz bardziej opiekowała się człowiekiem, nadstawiając mu się ostrożnie
Ja chyba nie chcę wiedzieć CO to dziecko jej robiło.
CYCKA mu nadstawiała, ty zboczona jedna ty!!!

Baba patrzyła na to z niemałym zdumieniem. Nie mogła odpędzić od siebie myśli, że żadna kobieta nie przystawiłaby do piersi koźlęcia.
xD
Co się cieszysz, nie przystawiłabyś?!
Nie wiem czemu pojawił mi się w głowie obraz Damy z łasiczką i to w zupełnie nowej perspektywie… O_o
Okej, w tej sytuacji: xD

*
Oczywiście bywały chwile, kiedy Baba żałowała tego, że zdecydowała się zatrzymać dziecko.
Mam takie wrażenie, że nie było chwili, w której by nie żałowała.

Narzekała właściwie cały czas,
Trololo ^o^

jednak prawdziwe zwątpienie czy nawet niewytłumaczalny egzystencjalny strach zdarzały się tylko czasami. W końcu jak ktoś, kto praktycznie cały życie przebywa w głuchej samotności
I ślepej mizantropii...

dzieląc się jedynie z całkiem niezależnymi i żyjącymi obok (w symbiozie raczej niż sympatii) zwierzętami, może choćby próbować wychować człowieka?
Nie ma telewizora, to nie wie, że nie tacy próbowali…
  
Jak nauczyć go mówić, skoro przez tyle lat nie mówiło się prawie w ogóle?
Jak zjeść hamburgera, skoro nigdy nie widziało się Makdonalda?

W takich momentach Baba złościła się na samą siebie i wzdychała ciężko pytając, co ona sobie wyobrażała, przyjmując na barki czyjeś życie, i co chciała osiągnąć.
Nie znajdowała odpowiedzi. W gruncie rzeczy  (…) było jej żal siebie. Dziecko to dziecko, nie wie, że żyje w ciężkich warunkach, póki nie pozna lepszych. Natomiast dla kogoś przyzwyczajonego (…) troszczenia się wyłącznie o samego siebie nagłe pojawienie się obok osobnego istnienia było prawdziwym szokiem i nie lada wyzwaniem. O ileż łatwiej spędzić ciążę, niż stworzyć człowieka, zabić go, wykształcić… Po co przygarnęła to dziecko? To pytanie Baba miała zadawać sobie już zawsze.
Po pierwsze: wydaje mi się, że jednak o wiele łatwiej stworzyć człowieka niż „spędzić” ciążę. Wystarczy impreza i, RACH!, dziecko się tworzy
Po drugie: Mam takie wrażenie, że Baba na początku wspomniała, że dziecko przygarnia, żeby się nią opiekowało, jeśli zaniemoże. Ale wiadomo, kiedy potrzeba dramaturgii, zawsze można usunąć bohaterowi pamięć.
Teraz już nawet byle Baby z lasu angstują. Takie czasy.
Po trzecie: o jakim wykształceniu ona mówi? Podobno nie chciała zamiaru go niczego nauczyć…
To ja już w końcu nie wiem, czy Baba chce bachora stworzyć, zabić czy wykształcić. A jeśli wszystko w tej kolejności, to nasza bohaterka będzie niezwykle seksownym i mądrym zombie. *myśli* Ej, to ma potencjał. ^^
*
Przez pierwszy rok życia dzieckiem zajmowała się koza, a Babie to odpowiadało.
O_o KOZA zajmowała się DZIECKIEM? Rozumiem, że zmieniała pieluchy, po karmieniu trzymała na rękach, by się odbiło i wycierała buźkę, gdy się ulało?
I masowała brzuszek, kiedy miało kolkę i kołysanki śpiewała mu do snu.

Od czasu do czasu tylko myła je i ubierała w czyste rzeczy,
Od czasu do czasu, tak? Ostatnio na zajęciach z anatomii mieliśmy bardzo ciekawą historię o kobiecie, która nie myła swojej córki między nogami, bo uznała, że nie trzeba, bo to noworodek, więc jest tam czysty. I wyhodowała małej piiiiieeeęękną grzybicę pochwy. Dla dobra psychicznego Czytelników nie wkleję zdjęcia.
To może ja się jeszcze napiję…

poza tym jednak starała się interesować nim jak najmniej. Nie było to trudne, cichszego dziecka bowiem nie znalazłoby się bowiem chyba na świecie;
Czy mówiłam już o tym, że jest zajebista?
Kugwiazdki, dziecko po prostu dawno już zeszło na śmierć łóżeczkową, a ona po prostu nic nie zauważyła!

Zresztą dlaczego miało być głośne, skoro wśród siana i z koźlęciem przy boku nie znalazło chłodu, a „matka” z mlekiem była zawsze blisko?
Niech pomyślę… kolka? Ból brzucha? Czy autorce wydaje się, że jeśli dziecko jest nakarmione, to nie płacze? Że takie małe dziecko wie, że nie ma mamy, która mogłaby je przytulić?
Kolejna Ałtoreczka z wyidealizowanym obrazem macierzyństwa. Chodzą takie i oglądają Tłajlajty i potem takie skutki!
Ale przecież byłyśmy na tym w kini… znaczy, głupie takie, gówna oglądają!!!

Tak, podczas pierwszego roku dziecko zachowywało się całkiem znośnie. Nawet wyładniało, jak to niemowlęta mają w zwyczaju, nie przypominało już zwiędłej rzodkiewki ani kalafiora, choć raz nabawiło się niewiadomo (tak, w książce jest błąd ortograficzny) skąd jakiejś choroby i nieregularna opuchlizna bardzo je do tego drugiego upodobniła.
Znaczy, że wyglądała tak?

Nadchodzi wiosna, świat budzi się do życia i takie tam. Baba oczywiście angstuje:
Mimo to jednak dla Baby wszystkie te uroki były niczym. Wiosna niosła ze sobą ważne rośliny i to jedyne, co Babę interesowało. Żadnej poezji. Poezja była dla bardów.
WTF? Ja też nie piszę wierszy, kiedy nastaje wiosna. Czy to czyni mnie Bad Asem i Zimną Suką?
Tak, bo ty nie ogarniasz tej głembi i fokle!!!
Bard to pieśniarz nie dość, że celtycki, to jeszcze dworski. Czy to oznacza, że jesteśmy na wyspach, które kiedyś będą Brytyjskie? Znając michaśki zdolności do trzymania się terminologii i faktów historycznych, szczerze wątpię i już ogarnia mnie irytacja.

Z tym nastawieniem Baba podrapała się po łydce,
Ja też zwykle drapię się po różnych częściach ciała na myśl o poezji.

Gdzie na pamiątkę ukąszenia (pierwszego tego roku ukąszenia przez komara)
…Co jest oczywiście niesłychanie ważne dla fabuły…
  
powstał czerwony bąbel, tak bardzo odznaczający się na bladej, niemal zielonkawej skórze kobiety.

- To wszystko dlatego, że pijecie ludzką krew! – powiedziała (…) zwracając się do ukrytych gdzieś w niej owadów(…). – Zarażacie się od ludzisków natręctwem, tym kompletnym brakiem uszanowania cudzej samotności. Już was tu nie ma, wstrętne bzykadła, idźcie sobie pożerować do wioski! Tam was przyjmą jak swoich.
Okeeej? Tak się akurat składa, że komary to głównie zwierzęcą krew wypijają, zwłaszcza na takim odludziu.
So sad…

Był to ciekawy punkt widzenia (Que?). Oczywiście mało prawdopodobne, by Baba wierzyła w swoje słowa, jednak samo narzekanie i możliwość obarczenia, nawet niesłusznie, winą ludzi, sprawiało jej taką przyjemność, że logika i rozsądek mało ją w tym momencie obchodziły.
Zaczynam rozumieć jakimi priorytetami kierowała się podczas pisania tej ksionszki Ałtorka.
Angst for the win!

Zresztą, wokół niej nigdy nie było nikogo, kto mógłby zarzucić jej cokolwiek, wyśmiać, skarcić, więc właściwie czemu miałaby się kontrolować, skoro niekontrolowanie się sprawiało jej przyjemność?
Poza tym, co by jeszcze napisać, ażeby książka miała więcej stron?

[Tutaj następuje opis wyglądu i ubioru Baby. Plus kilka poetyckich porównań. Zieeeew.]
Nikt nie wiedział, dlaczego Baba nigdy nie rozstaje się z czepcem, tak jak zresztą nikt nic tak naprawdę nie wiedział o samej Babie. Powiadano, że jest wiedźmą, właściwie w wiosce nikt nie miał co do tego żadnych wątpliwości. To zaś, że jeszcze nie osądzono jej i nie spalono na stosie, zawdzięczała wyłącznie królowi, któremu wyświadczyła kiedyś bardzo osobistą przysługę.
Grzybica czegoś innego, jak mniemam.
Co Ty tak z tymi grzybicami? O_o
:D
Ja chcę wiedzieć, któremu królowi! Miało być średniowiecze? Miało być historycznie? To niech, kuropatwa mać, będzie porządnie!
Sama Baba niewiele robiła sobie z groźby zabicia jej za rzekome czary, których zresztą, w swoim mniemaniu, wcale nie uprawiała. Już dwa razy uciekła przed stosem. Znała najrozmaitsze sztuczki kamuflażu, wiedziała, jak uciekać, by nie zostawiać za sobą śladów, jak zmylić trop lub wyprowadzić łowców na terytorium dzików czy niedźwiedzi, co kończyło się dla nich zazwyczaj tragicznie.
*gasp* Ona jest ninja! :O
A Baba z kozą, kotłem i nożem, albo czasem i bez tego, potrafiła znaleźć sobie miejsce wszędzie, ponieważ las nie pozwoli zginąć komuś, kto wie, jak na niego patrzeć.
Jak patrzę spode łba, to co mi zrobi?

I tak Baba przemierzyła kraj, przesmykując się między drzewami niczym zwierzę, niczym cień
No ninja no! Tsunade bez makijażu!        
NINJA!!! http://youtu.be/G4ahmga7Mv8

[Baba angstuje, że przygarniając dziecko pozbawiła się samotności i będzie musiała przez kilka lat opiekować się bachorem. Potem wpada zobaczyć, czy dziecko żyje i odkrywa, że jest całe pogryzione przez komary.]
Baba pobiegła czym prędzej sporządzić maść kojącą, a gdy potem nakładała ją liśćmi na ciało dziecka (…) westchnęła nagle ciężko i ścisnęła sobie (…) nos między oczami (a ja myślałam, że nos jest między nogami), już teraz rozpaczając nad ciężarem swojego przyszłego losu.
*
Po dwóch latach dziecko przestało być niemowlęciem i zaczęło coraz bardziej przypominać dziewczynkę.
Najwyższy czas, bowiem NORMALNI ludzie przestają być niemowlętami po pierwszym roku życia…

Z jednej strony ucieszyło to Babę, wyczekującą z każdym dniem dorosłości podopiecznej,
No co, w końcu Renesmee mogła urosnąć w siedem lat, dlaczego Ona nie mogła stać się dorosła z dnia na dzień?

Z drugiej zaś strony zaczęły się trudności z utrzymaniem w jednym miejscu chodzącego już stworzenia. Zwłaszcza że koza, której prawdziwe dziecko dawno przecież już dorosło, z coraz większym niepokojem próbowała namówić dziewczynkę do brykania,
Boję się myśleć w jaki sposób.

Jak na koźlę bowiem wydawała się ona (a nie ja?) bardzo opóźniona w rozwoju.
Jak na ludzia też, skoro w wieku dwóch lat dopiero przestała być niemowlęciem.

[Baba] uplotła ze starych sieci nosidło i, zawiesiwszy je sobie na plecach, targała dziewczynkę, gdy szła szukać ziół, polować czy wybierała się po wodę do stojącej samotnie w lesie studni. (A kto ją tam zbudował i po co?) Wiedziała, że powoli musi zacząć odstawiać dziecko od kozy, kiedy zaś pewnego dnia dziewczynka zaczęła meczeć, Baba z przerażeniem postanowiła ostatecznie przejąć nad nią opiekę.
To faktycznie jest trochę opóźniona, skoro pierwsze „słowa” wypowiada w wieku dwóch lat…

- Posłuchaj – rzekła pewnego razu, sadzając ją przed sobą na ławce, niczym dorosłego człowieka, z którym trzeba przedyskutować jakąś ważną kwestię. – Od dzisiaj ja się tobą zajmuję. Będziesz robić, co ci powiem, jeść, co ci powiem i… nie patrz tak na mnie, bo czuję się nieswojo!
Rzeczywiście, spokojne oczy dziecka, które zaczęły nabierać orzechowego koloru, patrzyły na Babę całkiem rozumnie. Zdawać by się mogło, że dziecko uśmiecha się z wyrozumiałością, choć jego kształtne usteczka ani drgnęły.
Rozuuumiem, one obie uciekły ze Srebrzyska! *kiwa głową ze zrozumieniem*
Komentarz sponsorowany przez Szpital Psychiatryczny w Gdańsku-Strebrzysku
Orzechowe oczy? Kolejne boskie wcielenie Michaśki... T_T

Zastanawiała się, jak bardzo siedzące przed nią stworzenie jest od niej zależne. Bardzo czy też w ogóle?
Gdybym wypuściła je w las, czy zrobiłaby sobie włócznię i zaczęła polować na dziki? (a nie, przecież dzikom najlepiej się pokłonić i poprosić, by sobie poszły!)
Nie śmiej się! Ja ostatnio natknęłam się na stadko i tak długo się na nie gapiłam, że sobie poszły!

Jego ciało było przecież kruche i nieporadne, jednak z oczu biła zatrważająca wręcz pewność siebie, jakaś wrodzona wiedza i siła…
*wywraca oczami* Mary Sue level hard.

Dziwne. Zwierzęce dzieci nie odznaczały się nigdy niczym podobnym.
Bo nie tworzą Mary Sue w dziwnych opkach i książkach?

- Jesteś dla mnie zagadką. – powiedziała Baba (…) – Czas pokaże, co z tego wyniknie.
Czy przybędzie Trulaff i rozwiąże tę zagadkę?

[Baba przewija Bachora]
Dziewczynka też patrzyła na nią poważnie, gdy nagle jej buzia rozświetliła się (…) szczerym uśmiechem, ukazując wyrzynającego się nieśmiało zęba, tak dziwnego, groteskowego (?! Moja nie rozumieć…) przy innych, już wyrośniętych.
Znaczy co, był dwa razy większy i niebieski, czy jak?
Był dwa razy większy, ale jednocześnie mniejszy niż pozostałe (może chodzi o to, że to  był jej jedyny ząb?).
Jeśli tak, to to była najbardziej zrąbana metafora ever.
A to akurat jest możliwe.

Czy dziecko śmiało się z Baby, czy chciało okazać jej swoje uczucia, trudno zgadnąć. Dla Baby jednak uśmiech ten miał wyjątkowe znaczenie. Był pierwszym od wielu lat skierowanym do niej uśmiechem, nienarodzonym ze strachu czy wdzięczności.
Z czego narodził się uśmiech Głównej Bohaterki? Czy nauczy się ona wreszcie sikać do nocnika? Czy koza pójdzie do psychiatry po utracie dziecka? Czy wreszcie ją ktoś wydoi? I, co najważniejsze: gdzie jest jednorożec? Tego i innych rzeczy dowiecie się w następnym odcinku.

A ja, na zakończenie, pragnę ogłosić, co następuje: niniejszym Maskotką bloga zostaje Koza! Zapraszam do odwiedzenia jej kącika w panelu po prawej, gdzie możecie składać dary, fan arty i składać modły dziękczynne! :D

sobota, 5 stycznia 2013

Gra o tro... tfu, Ferrin, część 2

Poprzedni rozdział skończył się na Anaeli przerażonej bardzo realną wizją gwałtu na swojej skromnej, głupiutkiej osobie. Zaczynamy rozdział drugi pod tytułem „Amre”. Początek ma szalenie dramatyczny:

Przybysz jawił się ciemnym kształtem na tle płomieni. Stał nieruchomo. Za nim chylił łeb ku trawie gniady wierzchowiec. W pełnej napięcia ciszy słychać było tylko trzask ognia.
Później mówiono, że człowiek ten nadszedł od północy, od bramy Powroźniczej...

Przybysz okazuje się być nikim innym, jak tytułowym Amrem, będącym jednocześnie zwiadowcą spod tej samej bandery, co te niecne łachudry dybiące na cnotę biednej Karolinki. Szybko jednak okazuje się być bardziej po jej stronie niż ich (no ba) i wkrótce zaczyna regularną rzeź na wojakach. W krótkiej utarczce słownej dowiadujemy się, że Anaela ma „Znak Leczącej”, a Leczące są Nietykalne. Ach, to nadużywanie wielkich liter celem podkreślenia wagi tego, co oznaczają zupełnie normalne nazwy. Przynajmniej „elfy” pisze się tu z małej.

Khem, w każdym razie walka trwa, Amre zostaje ranny, lecz wciąż walczy, a Anaela zmaga się z napadem choroby sierocej. Wtem w jej głowie znów odzywa się nieznany głos i mówi, że jeśli ten oficer zginie, ona sama będzie musiała wczytywać grę jeszcze wiele razy i musi mu w związku z tym pomóc. Wobec tego Anaela wybiera sobie najbardziej dramatyczny moment na interwencję i wbija sztylet w nogę bandyty w chwili, gdy ten ma już zamiar dokonać dekapitacji na Amrem. Plan działa tylko przez chwilę, bo bandyta odwraca się i za nowy cel obiera biedną Anaelkę, gdy wtem do akcji wkracza deus ex machina w postaci...

Ojej, muszę się tu zatrzymać. To jeden z niewielu elementów tej książki, który spodobał mi się tak bardzo, że mam wielką ochotę go splagiatować. AutorKasi można wiele zarzucić, ale jej słowotwórstwo jest bardzo ciekawe.

Otóż do akcji wkracza lwiana. O rany, jak mi się podoba brzmienie tego słowa. Widziałam po różnych recenzjach, że sporo ludzi się z tego nabijało, ale ja uwielbiam lwiany. Czym one są? Wielkimi kotowatymi stworzeniami, które mają skrzydła. I są fajne!

No więc lwiana imieniem Hatira rzuca się z powietrza na bandziora i z łatwością go zabija. Następnie łasi się do nieprzytomnej Anaeli, a gdy ta się budzi, lwiana wyparowuje, Karolinka ma atak paniki i spieprza w las. Wraca jednak, gdy słyszy jęk bólu – jęk Amrego. Z poczucia lekarskiego obowiązku zaczyna go opatrywać. Gdy odkaża ranę rozpaloną stalą, Amre budzi się, słusznie wkurwiony, i drze się na nią, przez co otrzymujemy jeden z najbardziej żenujących elementów komicznych w książce:


- Użyj mocy! - nakazał.
- Jakiej mocy?! Nie jestem Luke Skywalker!


Błagam, powiedzcie, że nie jestem jedyna, która NIENAWIDZI popkulturowych odniesień, zwłaszcza w fantasy.

Amre dochodzi do wniosku, że Anaela straciła w jakiś sposób pamięć i moc, co go umiarkowanie raduje. Zachowuje się przy tym jak skończony buc. Karolinka go opatruje jak umie bez użycia czarów. Później Amre w zdumieniu i podziwie okazywanym tylko największym merysujkom kontempluje jej niezwykły, „smoczy” kolor włosów (przypominamy: rudy, i to ogniście). Myśli, że to iluzja, najwyraźniej zapomniawszy, że niedawno doszedł do wniosku, że dziewczyna straciła moc. Dotyka tych jej włosów delikatnie, przykrywa ją płaszczem... już rzygam na myśl o nadchodzącym romansie. Tym bardziej, gdy następuje poniższa scena:


- To nie jest Australia - wyszeptała.
Wyraz jej twarzy i czający się na dnie oczu obłęd zmroziły oficera.
- Leddi! - Potrząsnął nią. Nie wydała z siebie głosu, ale całe ciało było jednym wielkim krzykiem. - Pani, co wam?!
Nie widziała go. Nie słyszała. Uderzył ją w twarz.
Spojrzała nań jak człowiek budzący się z koszmarnego snu. Podniosła omdlewającą dłoń i przytknęła do piekącego policzka. W pociemniałych źrenicach malowały się teraz udręka i strach. I błaganie. Tak niepasujące do czarownicy. Dotknął wierzchem dłoni policzka Leczącej, ścierając łzę, i to - ten drobny ciepły gest - wyzwoliło w Karolinie wszystkie uczucia, odpychane siłą woli przez ostatnie godziny. Łkanie przeszło w rozpaczliwy, rozrywający piersi szloch...
Amre oniemiał. Nie pamiętał, by kiedykolwiek widział płaczącą kobietę, nie mówiąc już o dumnych i wyniosłych Alderiankach, które nawet w obliczu Wielkiego Mistrza zachowywały się z miażdżącą pogardą. Nie bardzo wiedząc, jak ma się w tej sytuacji zachować, przytulił dziewczynę jedną ręką do siebie, drugą zaczął niezgrabnie gładzić po głowie.
- No już dobrze, nie płaczcie, moja pani - mruczał, czując się coraz bardziej niezręcznie, ale ona łkała tak rozpaczliwie, jakby nie zamierzała nigdy przestać.
Transformacja twardego i surowego wojownika i ciepłego i czułego mężczyznę następuje chyba jeszcze szybciej, niż w „50 twarzach Greya”. Najpierw się na nią drze i bije, a za chwilę tuli i gładzi po włoskach, a to durne cielę jeszcze będzie za nim tęsknie wzdychać. Gdzie moje wiaderko na wymioty...?

Amre dochodzi do wniosku, że nowe wdzianko poprawi Anaeli humor, więc daje jej swoją czarną kurtę. Anaela ubiera się, uprzednio się w nią wysmarkawszy przez pomyłkę.


- Wyglądam jak dziecko wojny, no nie? - Dziewczyna zdobyła się na żart, ale nikt się nie zaśmiał, więc zamiast uśmiechu skrzywiła się, dotykając sinego policzka.

Amre mówi, że odwiezie Anaelę do najbliższej wsi, ale jej uwagę zwraca coś innego: piękny, wielki, kary koń o czerwonych oczach. Amre udziela mglistych i niespójnych w świetle całej powieści wyjaśnień: to nie koń, tylko Cień, ma na imię Saris, opuścił swego Wybranego i chyba ma zamiar teraz służyć Anaeli. Co tu niespójnego? Między innymi to, że nie wyjaśnia się, czemu te istoty nazywane są Cieniami. Amre mówi:

- Co to było? - wyszeptała dziewczyna, patrząc w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stał ogier. - Duch konia?
- Cień Konia, jeśli już. - Amre nie był skory do wyjaśnień. Spotkanie z Sarisem nie dość, że nie wróżyło niczego dobrego, to przywołało niechciane wspomnienia. Gwizdnął na Astę.
- Tego konia? - dopytywała się dziewczyna, patrząc, jak gniada klacz podchodzi posłusznie.
- Nie. - Musiał się uśmiechnąć. - Asta to na szczęście zwykły koń. Ma zwykły cień.

Czy to znaczy, że Cienie są wyjątkowymi cieniami jakichś innych stworzeń? Myślicie, że to się później wyjaśnia? A skąd! Nawet gmatwa się jeszcze bardziej. No, ale nie spoilerujmy, choć mam wielką ochotę, bo reszta tego cyrku odbywa się na sam koniec.

No nic, Amre i Anaela jadą sobie na jednym koniku (jak romantyyycznie <3), gdy wtem do Amrego przylatuje sms w postaci białego nietoperza. Again: wspaniały i logiczny wybór zwierzęcia pocztowego (one są tu niby jakieś magiczne, ale i tak brzmi to dla mnie niedorzecznie).


Oficer przeniósł spojrzenie z posłańca na niczego niepodejrzewającą dziewczynę. „Odnaleźć i doprowadzić”. To jej dotyczył rozkaz. „Czarny kod” - zaciążył w dłoni medalion z kodem pozwalającym bezkarnie zabijać każdego, kto stanie na drodze, czy swojego, czy wroga. „Z rozkazu Sellinarisa WeddSa’arda, Władcy Darrakii”.
- Dass’ratt! - zaklął i szarpnięciem za wodze zawrócił konia.
Dziewczyna spojrzała pytająco, ale nie zaprotestowała. I ten dowód zaufania sprawił Amremu fizyczny wręcz ból. Musi ją oddać, taką bezbronną i niczego nieświadomą, w ręce swego pana. Opatrzyła jego rany i została przy nim, zamiast uciekać. Widziała w nim przyjaciela, nie wroga - chyba nie zdawała sobie nawet sprawy, że są wrogami - i teraz on, Amre Shanon, oficer Wilczego Zwiadu, powiedzie ją prosto w objęcia śmierci. Niełatwej śmierci.
Jeśli jeszcze ktoś miał wątpliwości co do tego, czy Karolinka i ten buc będą się kochać, to może się już ich pozbyć. W sumie dotyczy to tu Karolinki i każdego innego przystojnego faceta.

Amre popędza klacz do galopu, co kończy się dla niego wprost idiotycznie: Anaela zdąża uchylić się przed gałęzią, ale on nie, co malowniczo wysadza go z siodła. Dziewczę biegnie go znowu ratować, ale on każe jej natychmiast wsiadać na konia i spierniczać.


Nadludzkim wysiłkiem, dzięki Aście, która zechciała się położyć, Karolina wciągnęła nieprzytomnego na koński grzbiet. Łapała oddech, oparta czołem o siodło, gdy koń parsknął ostrzegawczo.
Na ścieżce, tam gdzie jeszcze chwilę wcześniej nie było nic, a przynajmniej nic godnego uwagi, stał wysoki mężczyzna o niezwykłej, nieludzkiej wprost urodzie.
To Marcus z „Dziewiątego maga”! Wielki Cthulhu, czy te kobity naprawdę nie mogą się opamiętać i przestać pisać o przystojnych facetach w taki sposób, jakby się spodziewały, że czytelniczki przy lekturze pomdleją z oczarowania i z kiślem w majtkach?

I tu kończy się rozdział drugi. Tym razem nie będę składać żadnych obietnic co do kolejnej części, bo i tak żadnej nie dotrzymam. xD Wybaczcie, że nie ma żadnych Baldurów i Dziewiątych magów, ale chciałabym zająć się Ferrinem, póki jeszcze coś z niego pamiętam.

Trochę już na to późno, ale najlepszego w nowym roku.
Wink