Czarne owce literatury czyli analizy ZŁYCH książek: Gra o tro... tfu, Ferrin, część 2

sobota, 5 stycznia 2013

Gra o tro... tfu, Ferrin, część 2

Poprzedni rozdział skończył się na Anaeli przerażonej bardzo realną wizją gwałtu na swojej skromnej, głupiutkiej osobie. Zaczynamy rozdział drugi pod tytułem „Amre”. Początek ma szalenie dramatyczny:

Przybysz jawił się ciemnym kształtem na tle płomieni. Stał nieruchomo. Za nim chylił łeb ku trawie gniady wierzchowiec. W pełnej napięcia ciszy słychać było tylko trzask ognia.
Później mówiono, że człowiek ten nadszedł od północy, od bramy Powroźniczej...

Przybysz okazuje się być nikim innym, jak tytułowym Amrem, będącym jednocześnie zwiadowcą spod tej samej bandery, co te niecne łachudry dybiące na cnotę biednej Karolinki. Szybko jednak okazuje się być bardziej po jej stronie niż ich (no ba) i wkrótce zaczyna regularną rzeź na wojakach. W krótkiej utarczce słownej dowiadujemy się, że Anaela ma „Znak Leczącej”, a Leczące są Nietykalne. Ach, to nadużywanie wielkich liter celem podkreślenia wagi tego, co oznaczają zupełnie normalne nazwy. Przynajmniej „elfy” pisze się tu z małej.

Khem, w każdym razie walka trwa, Amre zostaje ranny, lecz wciąż walczy, a Anaela zmaga się z napadem choroby sierocej. Wtem w jej głowie znów odzywa się nieznany głos i mówi, że jeśli ten oficer zginie, ona sama będzie musiała wczytywać grę jeszcze wiele razy i musi mu w związku z tym pomóc. Wobec tego Anaela wybiera sobie najbardziej dramatyczny moment na interwencję i wbija sztylet w nogę bandyty w chwili, gdy ten ma już zamiar dokonać dekapitacji na Amrem. Plan działa tylko przez chwilę, bo bandyta odwraca się i za nowy cel obiera biedną Anaelkę, gdy wtem do akcji wkracza deus ex machina w postaci...

Ojej, muszę się tu zatrzymać. To jeden z niewielu elementów tej książki, który spodobał mi się tak bardzo, że mam wielką ochotę go splagiatować. AutorKasi można wiele zarzucić, ale jej słowotwórstwo jest bardzo ciekawe.

Otóż do akcji wkracza lwiana. O rany, jak mi się podoba brzmienie tego słowa. Widziałam po różnych recenzjach, że sporo ludzi się z tego nabijało, ale ja uwielbiam lwiany. Czym one są? Wielkimi kotowatymi stworzeniami, które mają skrzydła. I są fajne!

No więc lwiana imieniem Hatira rzuca się z powietrza na bandziora i z łatwością go zabija. Następnie łasi się do nieprzytomnej Anaeli, a gdy ta się budzi, lwiana wyparowuje, Karolinka ma atak paniki i spieprza w las. Wraca jednak, gdy słyszy jęk bólu – jęk Amrego. Z poczucia lekarskiego obowiązku zaczyna go opatrywać. Gdy odkaża ranę rozpaloną stalą, Amre budzi się, słusznie wkurwiony, i drze się na nią, przez co otrzymujemy jeden z najbardziej żenujących elementów komicznych w książce:


- Użyj mocy! - nakazał.
- Jakiej mocy?! Nie jestem Luke Skywalker!


Błagam, powiedzcie, że nie jestem jedyna, która NIENAWIDZI popkulturowych odniesień, zwłaszcza w fantasy.

Amre dochodzi do wniosku, że Anaela straciła w jakiś sposób pamięć i moc, co go umiarkowanie raduje. Zachowuje się przy tym jak skończony buc. Karolinka go opatruje jak umie bez użycia czarów. Później Amre w zdumieniu i podziwie okazywanym tylko największym merysujkom kontempluje jej niezwykły, „smoczy” kolor włosów (przypominamy: rudy, i to ogniście). Myśli, że to iluzja, najwyraźniej zapomniawszy, że niedawno doszedł do wniosku, że dziewczyna straciła moc. Dotyka tych jej włosów delikatnie, przykrywa ją płaszczem... już rzygam na myśl o nadchodzącym romansie. Tym bardziej, gdy następuje poniższa scena:


- To nie jest Australia - wyszeptała.
Wyraz jej twarzy i czający się na dnie oczu obłęd zmroziły oficera.
- Leddi! - Potrząsnął nią. Nie wydała z siebie głosu, ale całe ciało było jednym wielkim krzykiem. - Pani, co wam?!
Nie widziała go. Nie słyszała. Uderzył ją w twarz.
Spojrzała nań jak człowiek budzący się z koszmarnego snu. Podniosła omdlewającą dłoń i przytknęła do piekącego policzka. W pociemniałych źrenicach malowały się teraz udręka i strach. I błaganie. Tak niepasujące do czarownicy. Dotknął wierzchem dłoni policzka Leczącej, ścierając łzę, i to - ten drobny ciepły gest - wyzwoliło w Karolinie wszystkie uczucia, odpychane siłą woli przez ostatnie godziny. Łkanie przeszło w rozpaczliwy, rozrywający piersi szloch...
Amre oniemiał. Nie pamiętał, by kiedykolwiek widział płaczącą kobietę, nie mówiąc już o dumnych i wyniosłych Alderiankach, które nawet w obliczu Wielkiego Mistrza zachowywały się z miażdżącą pogardą. Nie bardzo wiedząc, jak ma się w tej sytuacji zachować, przytulił dziewczynę jedną ręką do siebie, drugą zaczął niezgrabnie gładzić po głowie.
- No już dobrze, nie płaczcie, moja pani - mruczał, czując się coraz bardziej niezręcznie, ale ona łkała tak rozpaczliwie, jakby nie zamierzała nigdy przestać.
Transformacja twardego i surowego wojownika i ciepłego i czułego mężczyznę następuje chyba jeszcze szybciej, niż w „50 twarzach Greya”. Najpierw się na nią drze i bije, a za chwilę tuli i gładzi po włoskach, a to durne cielę jeszcze będzie za nim tęsknie wzdychać. Gdzie moje wiaderko na wymioty...?

Amre dochodzi do wniosku, że nowe wdzianko poprawi Anaeli humor, więc daje jej swoją czarną kurtę. Anaela ubiera się, uprzednio się w nią wysmarkawszy przez pomyłkę.


- Wyglądam jak dziecko wojny, no nie? - Dziewczyna zdobyła się na żart, ale nikt się nie zaśmiał, więc zamiast uśmiechu skrzywiła się, dotykając sinego policzka.

Amre mówi, że odwiezie Anaelę do najbliższej wsi, ale jej uwagę zwraca coś innego: piękny, wielki, kary koń o czerwonych oczach. Amre udziela mglistych i niespójnych w świetle całej powieści wyjaśnień: to nie koń, tylko Cień, ma na imię Saris, opuścił swego Wybranego i chyba ma zamiar teraz służyć Anaeli. Co tu niespójnego? Między innymi to, że nie wyjaśnia się, czemu te istoty nazywane są Cieniami. Amre mówi:

- Co to było? - wyszeptała dziewczyna, patrząc w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stał ogier. - Duch konia?
- Cień Konia, jeśli już. - Amre nie był skory do wyjaśnień. Spotkanie z Sarisem nie dość, że nie wróżyło niczego dobrego, to przywołało niechciane wspomnienia. Gwizdnął na Astę.
- Tego konia? - dopytywała się dziewczyna, patrząc, jak gniada klacz podchodzi posłusznie.
- Nie. - Musiał się uśmiechnąć. - Asta to na szczęście zwykły koń. Ma zwykły cień.

Czy to znaczy, że Cienie są wyjątkowymi cieniami jakichś innych stworzeń? Myślicie, że to się później wyjaśnia? A skąd! Nawet gmatwa się jeszcze bardziej. No, ale nie spoilerujmy, choć mam wielką ochotę, bo reszta tego cyrku odbywa się na sam koniec.

No nic, Amre i Anaela jadą sobie na jednym koniku (jak romantyyycznie <3), gdy wtem do Amrego przylatuje sms w postaci białego nietoperza. Again: wspaniały i logiczny wybór zwierzęcia pocztowego (one są tu niby jakieś magiczne, ale i tak brzmi to dla mnie niedorzecznie).


Oficer przeniósł spojrzenie z posłańca na niczego niepodejrzewającą dziewczynę. „Odnaleźć i doprowadzić”. To jej dotyczył rozkaz. „Czarny kod” - zaciążył w dłoni medalion z kodem pozwalającym bezkarnie zabijać każdego, kto stanie na drodze, czy swojego, czy wroga. „Z rozkazu Sellinarisa WeddSa’arda, Władcy Darrakii”.
- Dass’ratt! - zaklął i szarpnięciem za wodze zawrócił konia.
Dziewczyna spojrzała pytająco, ale nie zaprotestowała. I ten dowód zaufania sprawił Amremu fizyczny wręcz ból. Musi ją oddać, taką bezbronną i niczego nieświadomą, w ręce swego pana. Opatrzyła jego rany i została przy nim, zamiast uciekać. Widziała w nim przyjaciela, nie wroga - chyba nie zdawała sobie nawet sprawy, że są wrogami - i teraz on, Amre Shanon, oficer Wilczego Zwiadu, powiedzie ją prosto w objęcia śmierci. Niełatwej śmierci.
Jeśli jeszcze ktoś miał wątpliwości co do tego, czy Karolinka i ten buc będą się kochać, to może się już ich pozbyć. W sumie dotyczy to tu Karolinki i każdego innego przystojnego faceta.

Amre popędza klacz do galopu, co kończy się dla niego wprost idiotycznie: Anaela zdąża uchylić się przed gałęzią, ale on nie, co malowniczo wysadza go z siodła. Dziewczę biegnie go znowu ratować, ale on każe jej natychmiast wsiadać na konia i spierniczać.


Nadludzkim wysiłkiem, dzięki Aście, która zechciała się położyć, Karolina wciągnęła nieprzytomnego na koński grzbiet. Łapała oddech, oparta czołem o siodło, gdy koń parsknął ostrzegawczo.
Na ścieżce, tam gdzie jeszcze chwilę wcześniej nie było nic, a przynajmniej nic godnego uwagi, stał wysoki mężczyzna o niezwykłej, nieludzkiej wprost urodzie.
To Marcus z „Dziewiątego maga”! Wielki Cthulhu, czy te kobity naprawdę nie mogą się opamiętać i przestać pisać o przystojnych facetach w taki sposób, jakby się spodziewały, że czytelniczki przy lekturze pomdleją z oczarowania i z kiślem w majtkach?

I tu kończy się rozdział drugi. Tym razem nie będę składać żadnych obietnic co do kolejnej części, bo i tak żadnej nie dotrzymam. xD Wybaczcie, że nie ma żadnych Baldurów i Dziewiątych magów, ale chciałabym zająć się Ferrinem, póki jeszcze coś z niego pamiętam.

Trochę już na to późno, ale najlepszego w nowym roku.
Wink

11 komentarzy:

  1. o rany :D ależ to musi byc podła ksiażka :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Błagam, powiedzcie, że nie jestem jedyna, która NIENAWIDZI popkulturowych odniesień, zwłaszcza w fantasy.

    Potwierdzam.Nie jesteś.Chociaż u Grzędowicza było ok,dokładnie to samo :Użyj Mocy,Luke".
    Fajnie się czytało,będę czekać na następny odcinek i wszystkiego naj na Nowy Rok.

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
  3. http://przemysleniamarzycielki.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  4. Po dłuższym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że bardziej od twórczości pani Michalak boli mnie jej mniemanie o sobie.

    Ale cóż, ałtoreczki chyba tak mają.

    Tym niemniej nie mogłam się doczekać kolejnej porcji tego potworka, sama bym przez to nie przebrnęła.

    K

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. We wrześniu tego roku był w Toruniu Copernicon, a ja znajdowałam się na festiwalu ( swoją droga, był zajebisty). Miały być różne spotkania autorskie... i niech Michalak się cieszy, że nie przyjechała do Torunia, bo bym tam poszła i ją opierdoliła za pisanie tych durnych " Kronik.."

      Usuń
  5. Póki co, to ta książka zdaje się być tak nudna, że nie widzę w niej nawet tzw. potencjału LOLowatości. Cóż, może z czasem akcja się rozkręci...

    Maryboo

    OdpowiedzUsuń
  6. Absolutnie was kocham :))))))))))))))))))))))))

    OdpowiedzUsuń
  7. Odwiedzam Was już od jakiegoś czasu i za każdym razem zastanawiam się, gdzie Wy znajdujecie te literackie koszmarki.

    Analiza z pewnością nie najbardziej kwikaśna spośród tu umieszczanych, ale i tak czekam na kolejną część niecierpliwie.

    A co do popkulturowych odniesień, to ja je całkiem lubię pod warunkiem wszelako, że są zgrabnie wplecione w treść i pasujące do ogólnego klimatu, a nie takie "ni przypiął, ni przyłatał".

    OdpowiedzUsuń
  8. Czytałam Was jakiś czas temu, potem zawiesiłyście działalność, a dzisiaj przez przypadek weszłam na bloga i widzę dużo, dużo nowych analiz. No i aż muszę skomentować.

    Od razu zaintrygowało mnie, czy pani Michalak jest ałtoreczką jedynie względem samego pisania, czy też może z charakteru. No i mam!
    http://anne18-recenzentka.blogspot.com/2012/12/wywiad-z-katarzyna-michalak.html
    http://pisanyinaczej.blogspot.com/2011/09/wywiad-z-katarzyna-michalak.html
    Przy drugim wywiadzie warto zwrócić uwagę na komentarze.

    Analiza dość krótka i mało kwikaśna, ale będę czytać dalej, bo forma mi się podoba. :)

    Odniesienia do popkultury są przyjemne, o ile wplecione w fabułę z finezją. Tutaj Luke wbił się jak słoń z taranem.

    Pozdrawiam :)
    Strzyga

    OdpowiedzUsuń
  9. Oj tam, ja uwielbiam twardych, szorstkich facetów, co potem głaszczą płaczące wybranki po włosach :)
    To paranormal romance, więc tudno, by sukinsyn nie okazał się w końcu słodziakiem :D

    ola

    OdpowiedzUsuń