Czarne owce literatury czyli analizy ZŁYCH książek: lutego 2013

poniedziałek, 25 lutego 2013

Gra o tro... tfu, Ferrin, część 3

Trochę to trwało, ale w końcu jest. ^^ W następnej kolejności pojawi się Michasia, a po niej Anhar. A tymczasem wracamy do przygód małej, słodkiej Anaelci.





Rozdział III: Reikan

W poprzednim odcinku nasza biedna Karolinka/Anaela popłakała na ramieniu Amrego, który obecnie leży nieprzytomny na grzbiecie konia, znokautowany przez drzewo, a samą Karolcię zdumiewa widok jakiegoś kolejnego superprzystojniaka na horyzoncie.

Tu na dzień dobry dostajemy obszerny opis całej jego zajebistości. Jest boski, ma długie, „szare jak zmierzch” włosy, diadem, oczy mieniące się barwą kamieni szlachetnych „w oprawie ciemnych, aksamitnych rzęs”. O co chodzi z tym fetyszem na gęste rzęsy u facetów? Jak to sobie wyobrażam, to wyglądają okropnie zniewieściale. Zwłaszcza w połączeniu z gładziutkimi buziuchnami i długimi, srebrnymi włoskami.

W każdym razie, Karolinka nie może się nadziwić, że właśnie zobaczyła elfa. Nie wiem, skąd pewność, że to elf, bo tu elfy spiczastych uszu nie mają. Może tutejsze elfy faktycznie są po prostu zniewieściałe.


Reikan tymczasem jest zdumiony, bo spodziewał się kogoś dumnego i wyniosłego, gdy wysyłano go po Wybraną, Tą Jedyną, Mary Sue etc. Myśli, że jej rude włosy to potężna iluzja i dziwi go ten wybór, bo to kolor półsmoków, a półsmoki, czyli kyrie, to „najbardziej pogardzane istoty w całym świecie światów”. Swoją drogą, zastanawia mnie ta nazwa. Kyrie to grecki wołacz znaczący „O Panie!”, a znane wszystkim Kyrie eleison – „Panie, zmiłuj się”. Czy to nie tak, jakby zobaczyć na łączce wielkie, groźne, zębate bydlę i nazwać je „O kurwa!”?

Bla, bla, bla, Reikan rozkazuje jej pójść z nim, ale Karolcia się opiera, bo chce zostać z Amrem.


Elf się żachnął:
- Leddi, nelle sellin’e en’eallis’ de WeddSa’ard?
Karolina drgnęła. Pytanie, czy dobrowolnie jedzie do wedsaarda, było zrozumiałe, nie rozumiała tylko, co to jest ten wedsaard. O co nie omieszka zapytać:
- All n’es’ nella, enn wedsaard es’t, elle sellin’a eneallis’ - ale jechała dobrowolnie, co też powiedziała. Prawdopodobnie w języku elfów. Skąd znała i to narzecze, pozostawało dla Karoliny zagadką.
Dla nas nie: to Mary Sue! Poza tym: nie cierpię takiego wtrącania mowy „elfickiej”, „krasnoludzkiej” czy jakiejkolwiek innej i wielkiego szpanowania, że och, stworzyłem nowy język, paczcie paczcie. Otóż gówno stworzyłeś, a nie język; zrobił to Tolkien, jego wymyślonych języków można się uczyć i nimi posługiwać, a takie coś, jak powyżej, to tylko irytująca wstawka dokonana metodą bezmyślnego walenia w klawiaturę, bez absolutnie żadnego znaczenia. I czy naprawdę nie dało się tam wjebać jeszcze więcej apostrofów?!

Wszyscy włącznie z koniem zapowietrzyli się ze zdumienia, gdy usłyszeli, że Anaelcia nie wie, kim jest WeddSa’ard. Elf uznał, że Amre przyrżnął jej w twarz i od tego straciła pamięć. Oznajmił, że podniesienie ręki na Leczącą karane jest śmiercią i wyzwał Amrego na... pojedynek...? Coś w ten deseń. Anaela wbiega między nich, by znowu nie zaczęli się wyrzynać, książę (czyli chyba ten elf?) przyrżnął Anaeli wiązką energii (i jednocześnie sam złamał zakaz nietykania Leczącej... czy coś tu ma sens?), złapał Amrego za głowę i na niego SPOJRZAŁ. I była to jakaś straszliwa magia, bo Amre nie może się ruszyć i cierpi. Przez ten zabieg Reikan zdobywa wszystkie jego wspomnienia o Anaelci.


Reikan ponownie miał kompletny zamęt w głowie. (...) Dlaczego jednak sama Leddi upierała się, by stać u boku darrakijskiego oficera? Przybyła tutaj, by dopełnić Przepowiedni i nie było w tej Przepowiedni słowa o ratowaniu Darrakii!
Jakby już wszyscy zapomnieli, że po kolei dochodzą do wniosku, że Anaela straciła pamięć, a nawet jak nie to, to widać po niej jasno, że nie ma pojęcia, co się wokół niej dzieje. Dżizas...

Jak Lecząca może utracić magiczne zdolności?! Zachowanie zwiadowcy też było zupełnie niezrozumiałe: w obronie „alderiańskiej wiedźmy” wyciął czwórkę swoich! Co opętało tych dwoje?
Miłość! <3

Na wypadek, gdybyśmy zapomnieli, że akcja się w krainie fantasy dzieje, dowiadujemy się, że Amre drży „niczym liść liniusa”. Bo wymienianie z nazwy kompletnie nieistotnych dla fabuły przedmiotów, zwierząt czy gatunków drzew jest tu szalenie ważne. Elf próbuje zajrzeć we wspomnienia Anaeli, ale gdy tylko tego próbuje, jej moc parzy go. No przecież! Jakże on śmiał próbować zaglądać we wspomnienia Głównej Bohaterki! Właśnie mi przyszło do głowy, jaki ciekawy efekt mogłyby wywołać wspomnienia z Ziemi na elfie i jakie to niesie możliwości, choćby i komiczne. Tyle zmarnowanego potencjału...

Karolcia – zemdlawszy – budzi się i ze zdziwieniem odkrywa, że piękniusi elf nie ma zamiaru jej przyrżnąć, mało tego: w końcu raczył się przedstawić.


- Jestem Reikan dell’Soll. Pragnę, byś udała się ze mną w gościnne i bezpieczne progi Ferrinu.
Ferrin! Karolina pokręciła z niedowierzaniem głową, jej twarz rozjaśnił niepewny uśmiech. A jednak. Czyżby przeniosła się tam, gdzie zawsze pragnęła się znaleźć?


Więc wreszcie mamy tę konkluzję za sobą. Mało tego: Karolcia kojarzy nazwisko Amarilli dell’Soll, czyli swojej przybranej cioteczki z domu dziecka. Na razie jednak nic z tego nie wynika, bo Reikan stanowczo żąda, by Anaela poszła z nim, a to cielątko durne się opiera i umiarkowanie przyjmuje do świadomości wyjaśnienia, że Amre (jeszcze jedno imię na A i zwariuję) wcale nie jest rycerzem na białym koniu i gdyby nie dostał rozkazu od WeddSa’arda o przyprowadzeniu jej żywej i nietkniętej, właśnie leżałaby w rowie wielokrotnie zgwałcona, pobita i martwa. Irytująca rzecz: narrator nigdy nie opowiada z perspektywy jednej osoby, często zmienia upodobania ze zdania na zdanie i nie można się połapać, o czyich odczuciach mowa, jak w poniższym akapicie:

Karolina spojrzała błagalnie na Amrego, lecz porucznik nie próbował zaprzeczać. Bądź co bądź przeklęty elf miał rację. No, może prócz tego przyłączenia się do kompanów i wleczenia za koniem na postronku. I braku ludzkich uczuć. Cóż zresztą o ludzkich uczuciach może wiedzieć nieczłowiek? Amre skrzywił się ironicznie, ale nie rzekł nic.
Nagle podnosi się alarm: nadciągają Darrakijczycy! Reikan każe przywiązać Amrego do drzewa, Anaela się buntuje, a kiedy elf zamierza się mieczem, by zdekapitować Amrego (pewnie głównie po to, by ta kretynka przestała ciągle chcieć go ocalić), Karolcia rzuca się na ratunek i ostrze odbija się od niej, nie czyniąc jej krzywdy. Wszyscy są zdumieni, ale niezbyt długo – wiadomo, Mary Sue, już większe cuda się działy. Anaela zgadza się jechać z Reikanem pod warunkiem, że ten nie zabije Amrego. Żegna się z nim czule i oddaje mu medalion – Amirin (ZNOWU A!!!) – który przekazała jej ciotka wraz z księgą o Ferrinie.

A czytelnik już wie, że popełniła tym samym straszliwą głupotę, mimo że jeszcze nigdzie nie została podkreślona waga tego medalionu. Ale to przecież takie oczywiste... Po grzyba mu go dawała? OBCEMU mężczyźnie, który na dokładkę wiódł ją na śmierć? Nie chciała nawet zachować sobie tego medalionu w ramach pamiątki po cioci, którą ponoć tak kochała?

Nawiasem mówiąc, to z tego, co pamiętam, na cioteczkę nie natkniemy się w książce ani razu. Spodziewałam się, że to będzie jedna z pierwszych osób, które będzie chciała odwiedzić Anaela w – było, nie było – kompletnie nieznanym sobie świecie, ale jak widać, przygodnie spotkani supermeni są ważniejsi.

Reikan mówi Anaeli, że pojedzie z nim, by mogli zamienić parę słów. Wtedy z lasu wychodzi Saris (oczywiście nie jesteśmy poinformowani, gdzie znajduje się drużyna, czy odeszli od przywiązanego do drzewa Amrego, nic).


- Hej, Saris. - Dziewczyna uśmiechnęła się mimo wszystko, podeszła do ogiera i wyciągnęła dłoń. - Czy teraz mogę cię pogłaskać?
Ogier posłał Karolinie szafirowe spojrzenie i, niewiarygodne, ale prawdziwe, mrugnął do niej!
- Na głaskanie przyjdzie pora. Teraz poobijasz sobie pupę o mój grzbiet. Ja to mam szczęście: służyć tak urodziwej, a przy tym niezbyt ciężkiej czarodziejce.
Widzicie, nawet magiczny koń jest zachwycony możliwością poobcowania z pupą naszej słodkiej heroiny. Dodatkowo dostajemy kolejne niejasne dywagacje o Cieniach, które są poplątane jak słuchawki w kieszeni i na dobrą sprawę nic nie warte w tym momencie. Saris kiedyś służył WeddSa’ardowi (mam wrażenie, że ktoś czknął, zapisując to imię), ale już nie służy i teraz będzie woził pupcię Anaeli, jak rozkosznie. Jednocześnie dociera do niej, że to jego głos słyszała wtedy, gdy wczytywała po kilka razy save’a i to on ją poprowadził. Ale znów nijak się nie odnosi do tego spostrzeżenia.

Tymczasem Amre spędza czas w nieco mniej przyjemny sposób, przywiązany do drzewa i mdlejący co chwilę. W pewnym momencie nadchodzi jego pan – WeddSa’ard – i daje mu po pysku za to, że bez walki oddał Anaelę elfom. Uderza mieczem, kończąc żywot oficera.

W tym samym momencie odpoczywająca Anaela nagle wrzeszczy – w jakiś właściwy merysujkom sposób WIE, że Amre umarł i drze się na Reikana, że to jego wina.


Elf chwycił dziewczynę za nadgarstki i przytrzymał.
- Shanona zgładził jego pan. Teraz już wiesz, przed kim uciekamy?
- Amre żyłby, gdybyś zabrał go ze sobą. Nie jesteś lepszy od tego całego WeddSa’arda - odparła z miażdżącą pogardą, odtrąciła księcia i odeszła, by opłakiwać oficera w samotności.
*wali głową w ścianę* Jak można być TAK głupim?! Facet, niezależnie od tego, jak przystojny był i czuły się wydawał (pomijając fakt, że ją bił i wyzywał...), WIÓDŁ JĄ NA ŚMIERĆ. Tknęło go sumienie, ale był ranny i daleko by z nią nie uciekł przed swoim panem, więc jej idiotyczne zachowanie wobec Reikana i zgrywanie oburzonej księżniczki doprowadza mnie do szewskiej pasji.

Jadą. Anaela – ze śladami łez na policzkach, och jejku, jejku – pyta, „czy WeddSa’ard to miejscowy czarny charakter”. Pytanie całkiem zabawne, ale jak przypominam sobie, że pada z ust dorosłej kobiety, to czuję raczej zażenowanie. No cóż, zobaczyła świecące na niebiesko drzewo i doszła do wniosku, że jest w Australii, więc nie powinno mnie już nic dziwić. Reikan puszcza jej pytanie mimo uszu i zadaje własne.


- Czy odzyskujesz, Leddi, moc?
Karolina spojrzała nań zrezygnowana. Chyba moc popadania w kłopoty.
- Nie mam i nigdy nie miałam żadnej mocy. Czarowałam na niby. Takie tam transe i inne odloty. - Machnęła ręką.
Na tyle, na ile się kiedyś interesowałam wicca, wiem, że ludzie należący do tego wyznania WIERZĄ w przeprowadzane przez siebie rytuały; to samo się tyczy osób zajmujących się „prawdziwą” magią. Oni nie mówią, że czarują na niby. Oni traktują te sprawy BARDZO POWAŻNIE, wierzą w konsekwencje złego użycia czarów, rozgniewania duchów lub możliwość, że obrócą się przeciwko nim. Słowa Karoliny sprawiają, że coraz bardziej nie cierpię tej idiotki.

Ku jej ogromnemu zaskoczeniu elf parsknął śmiechem.
- Moja pani, raczysz żartować. Jesteś obdarzona najsilniejszym potencjałem, jaki spotkałem u człowieka: nie każdy zatrzymałby głownię miecza gołą ręką. Skoro w twoim świecie taką mocą władają „czarujący na niby”, nie chciałbym mierzyć się z tym, kto używa magii świadomie.
- W moim świecie magia nie istnieje - odparła.
Reikan otworzył szeroko oczy. Saris przysłuchujący się rozmowie stanął jak wryty. Wszystkie ludy Świata Światów zostały przez Primeę obdarowane magią. Skąd, na bogów, ona pochodzi?!
No i tu mamy całe wyjaśnienie. Karolina próbuje wytłumaczyć Reikanowi, skąd pochodzi: że z Ziemi, we wszechświecie. Reikan zapowietrza się i mówi, że Wszechświat to miejsce, do którego wygnano bogów, do którego udała się jego matka, Amarilla, w poszukiwaniu Pierwszej, Wybranej, coś tam, coś tam. Karolina upiera się, że w jej świecie nie ma magii. Reikan wyjaśnia, że skoro udało jej się dostać na Ferrin, Władcy Światów będą chcieli za wszelką cenę dowiedzieć się, jak tego dokonała, by mogli zawładnąć Wszechświatem. Historia raczej standardowa, ale jestem w stanie ją kupić, bo lubię motyw wielu światów i wędrówek między nimi.

Reikan informuje Anaelę, że znajduje się na terytorium niejakiej Bereniki de Sanctis i jest jej poddaną. Karolcia się, oczywiście, buntuje. Przy tym odkrywa, że Reikan czyta jej w myślach i dowiaduje się, że wszyscy obdarzeni mocą będą mogli to robić, kiedy ma otwartą aurę. Saris złośliwie namawia Reikana, by nauczył ją zamykać aurę.

I tu dzieje się coś dziwnego. Bardzo. Nie wiem, czy to brakujący fragment tekstu w ebooku czy co, ale ten fragment wygląda tak samo w kilku ebookach, które ściągnęłam. Nie jestem w stanie tego streścić, więc zacytuję.


- Naprawdę tego chcesz, pani? - upewnił się Reikan.
Przytaknęła jeszcze skwapliwiej. Nie znała nikogo ze Szkoły Czarownic, kto umiałby zamykać aurę. Książę westchnął z rezygnacją i nagle chwycił ją za głowę, przełamując odruchowy opór, zwrócił twarzą ku sobie i wbił swoje niesamowite oczy w jej rozszerzone źrenice, przenikając wprost do mózgu. Skuliła się mimowolnie. I poczuła, jak coś, co do tej pory miała otwarte na cały ten świat, zatrzaskuje się niczym niewidzialne, ale solidne drzwi.

Migoczący gdzieś w dali złoty płomień, który wiódł go do tej pory do celu jak po smyczy, zgasł nagle

- Szybko się uczysz - mruknął Sellinaris WeddSa’ard. - Co nie znaczy, że umkniesz.
- Teraz, gdy nie mogą nas już śledzić, spróbujemy uciec - oznajmiła zadowolona z siebie.
Reikan pokręcił głową, gasząc ten samozachwyt.
- Są za blisko.
- Ale jeszcze nie tutaj.
- Tutaj, tutaj. - Spojrzał w górę, gdzie nad koronami drzew krążył mały ciemny punkt.
- I nic nie możesz zrobić? Zupełnie nic? Saris powiedział, że potrafisz wszystko. Może portal otworzysz?
- W Lesie Tysiąca? - Znów to zmęczenie w głosie księcia, jakby musiał wyjaśniać coś oczywistego wyjątkowo tępemu uczniowi. - To wbrew zasadom.
- „Wbrew zasadom”?! I z tego powodu oddasz mnie tamtym, nawet nie próbując... - Głos
się jej załamał.
Reikan spojrzał na nią tak jak przed chwilą, gdy zarzuciła mu zdradę. Z nienawiścią niemal.
- Anaela nie zna zasad rządzących tym światem - napomniał księcia Saris.
Ten odetchnął głęboko. Zdusił gniew. Zielone oczy pojaśniały.
- Pozna je w swoim czasie. A dopóki nie pozna, będzie się do nich stosowała, ufając przyjaciołom, prawda, moja pani?
- I taka ufająca dobrowolnie udam się w nieznane z jakimś lordem, który mnie po drodze... no jak tamci, na polanie?
- Anaelo, Joysell Ellis nie śmiałby cię tknąć. Jesteś Leczącą. Nietykalną. – Uścisnął drobną dłoń dziewczyny.
- Ładna mi nietykalność. - Dotknęła sinego policzka.
Reikan niedbałym ruchem nabrał garść błękitu i przyłożył do twarzy dziewczyny. Ból ustąpił. Rozcięta warga zabliźniła się w mgnieniu oka. Elf uśmiechnął się pobłażliwie na widok miny Leczącej.
- Musisz nabyć tę i parę innych umiejętności, a gwarantuję, że b ę d z i e s z nietykalna.
NIE WIEM, co się dzieje. NIE WIEM, kto uczestniczy w rozmowie. NIE WIEM, gdzie to się dzieje. No po prostu NIE WIEM.

Wtem na spotkanie wyjeżdża im oddział elfów ze wspomnianym wyżej Joysellem Ellisem na czele, który to Joysell (cóż za mało kojarzące się imię... pamiętacie, że kiedy ostatnio go widzieliśmy, rżnął się w najlepsze z Bereniką? No więc z grubsza na tym polega jego życiowa rola) ma odprowadzić Anaelę przed oblicze Najwyższej Kapłanki Bereniki de Sanctis. Reikanowi się to jednak nie podoba.


- A jeżeli Leddi nie zechce z tobą pojechać?
- Wezmę ją siłą. - Joysell posłał Karolinie łobuzerski uśmiech.
- To najpierw będziesz musiał wziąć siłą mnie - odparł Reikan.
Mrrry, gay sex.

Do niczego nie dochodzi, bo Reikan i Joysell nie chcą się lać, więc ten pierwszy po prostu oddaje Anaelę drugiemu i jadą gdzieś jeden oddział za drugim. Znów mam uczucie, że czegoś nie rozumiem. Dopiero co się sprzeciwiał, a teraz bez oporu... Dobra, nieważne, w tej książce są jeszcze większe debilizmy do odkrycia.

Nagle w mroku nocy rozlegają się straszliwe krzyki wydawane przez wrzaskargi, czyli:


- Wstydliwa tajemnica elfów - prychnął Joysell. - Miejsce rzezi, którą wieki temu Ferrin zgotował Cieniom. Teraz gnieżdżą się tutaj wrzaskargi, martwe byty karmiące się złą aurą takich miejsc. Są niegroźne, powtarzają tylko to, co usłyszały, ale potrafią przyprawić o pomieszanie zmysłów. No i są pamiątką po tamtych dniach.
Koncept całkiem ciekawy, a i słowotwórstwo znów fajne. Niestety, jak wszystko, co fajne w tej książce, jest odsunięte na plan tak daleki, że niemal niewidoczny.

Drużyna jedzie przez całą noc. Rankiem wyjeżdżają z Lasu Tysiąca i konie – na wzór nigdy niemęczących się szkap z Atlantydy – radośnie cwałują ku otwartej przestrzeni. Wtem jednak się zatrzymują. Reikan chce otworzyć portal i teleportować nim Anaelę prosto do Alderiany. Reikan i Joysell przez chwilę się o to kłócą, lecz wtem odzywa się sama zainteresowana i kolejny raz doprowadza mnie do szału swoją bucerą:


- Panowie, chcę, żebyśmy wyjaśnili sobie jedno: jestem wolnym człowiekiem i sama o sobie decyduję. Jazdy konnej mam dosyć do końca życia i na końskim grzbiecie nie wytrzymam ani chwili dłużej. Od trzech dni marzę o ciepłym posiłku, gorącej kąpieli, może być bez piany, i długim śnie w czystej pościeli. Życzę sobie... ż y c z ę sobie – powtórzyła z naciskiem, patrząc Reikanowi w oczy - natychmiast znaleźć się w cywilizowanym świecie, a ponieważ do Ferrinu udać się nie mogę ze względu na zagrożenie utratą głowy tu obecnego - wskazała Joysella - proszę mnie przenieść gdziekolwiek, byle były tam owe trzy rzeczy: posiłek, kąpiel i łóżko. Wyraziłam się jasno? Lordzie? Książę?
Weź ją ktoś zabij...

Reikan otwiera portal do Komnaty Przejścia w Alderianie. Wciska Anaeli na durny łeb kaptur i nakazuje nigdy nie pokazywać nikomu swoich włosów, czym dziewczę jest zszokowane. I tu rozdział się kończy. Wreszcie, bo ciągnął mi się jak gówno przez morze... W kolejnej części dowiemy się nieco więcej o Berenice.

czwartek, 7 lutego 2013

Wielki triumf Kozy, czyli Zaklęta część 2

Skoro tak ładnie prosiliście, nie mogłam dłużej zwlekać z wrzuceniem tego analka, gdy wczoraj znalazł się na mym mailu - ukrywanie czegoś takiego powinno być karalne. Zapraszamy zatem na kolejną przygodę w michaśkowej wersji średniowiecza w sprawdzonym składzie: Jadzia, Makapka oraz wtrącająca się bezczelnie Winky.






Dziewczynka długo nie mówiła. Co prawda Baba gadała do niej dość często, nie chcąc, by dziecko wyrosło na niemowę, jednak zwykle opowiadała, a nie rozmawiała. Dlatego też dziewczynka rozumiała wszystko, jednak nie czuła potrzeby odpowiadania. I milczała, bo co miała mówić?
Właściwie nie mam już nawet siły zarzucać Michaśce brak riserczu. Ona go po prostu NIE ROBI, end of story. Ja się jednakowoż przyłożę i, mimo całej swojej niechęci do dzieci, wejdę na pierwszą lepszą stronkę i trochę się doedukuję.
Bo jak ochrzaniać, to porządnie.
<<Dziecko w 2–3. miesiącu zaczyna gruchać, czyli wypowiadać głoski „aaa”, „eee”, „uuu”, „ehhhr”. Testuje w ten sposób swoją krtań, gardło, język itd. (…)Półroczne dziecko zaczyna gaworzyć: wymawia pojedyncze sylaby „ma”, „da”, potem ich ciągi („ma-ma-ma”), a przed pierwszymi urodzinami słowa „mama”.>>
Jak się to ma do naszej dziewczyneczki? Bądźmy skrupulatni i cofnijmy się do samego początku książki. Okazuje się, że mimo gadającego wzorca w postaci zrzędzącej Baby, nasza Mary Sue in spe nie tylko nie interesuje się swoim narządem mowy, ale nawet nie płacze. Na podkreślenie tego Michaśka marnuje akapit albo i dwa, żeby tylko Czytelnik nie miał czasem wątpliwości co do tego, jak niezwykłym i niekłopotliwym jest ona stworzeniem. Było to już w poprzedniej części, ale co mi tam:

Nie było to trudne, cichszego dziecka bowiem nie znalazłoby się chyba na świecie;
A to, że dziecko, które nie płacze nawet podczas PORODU, ewidentnie cierpi na jakiś niedorozwój układu oddechowego, Ałtoreczce oczywiście umyka.
Nasza Dzidzia Idealna w efektach dźwiękowych ogranicza się zatem do kwilenia – a i to w odpowiedzi na jakąś gwałtowną zmianę w jej środowisku. Poza tym, skończywszy dwa lata, zaczyna nam toto meczeć. Internet twierdzi, że wyrazy dźwiękonaśladowcze dziecko opanowuje w przeciągu roku, ale okay, każde jest inne, można przymknąć oko, bo mamy tutaj znacznie poważniejszy problem.
A jak się ma do jej niegadania to, że Baba opowiadała, a nie rozmawiała? Do dzieci wystarczy mówić, nie trzeba co chwilę pytać ich, co sądzą na dany temat… Przecież dzieci często uczą się mówić z telewizora! I co, bajki prowadzą konwersacje?

Dopiero w piątym roku życia przyszła pewnego dnia do Baby ze stokrotką, która w jej drobnych paluszkach wyglądała bardzo dorodnie, i pociągnęła opiekunkę za spódnicę, jak zwykła to robić, gdy czegoś chciała (…) Gdy i to nie pomogło, poruszyła bezgłośnie wargami, sama chyba nie wiedząc, co dokładnie chce tym uzyskać.
Krótki fragment, a przeraża na wiele sposobów. Po pierwsze, zastanawiam się jak długo ta Baba zamierzała czekać z zachęcaniem dziewczynki do mówienia? Aż skończy osiemnastkę? A może posiadanie służącej niemowy było jej bardzo na rękę? Po drugie, skoro młoda coś tam sobie na początku kwiliła, to dlaczego pięć lat mając nie kojarzy poruszania wargami z wydawaniem dźwięków? Wychodzi na to, że cofnęła się w rozwoju i przestała w ogóle się odzywać, co w sumie potwierdza nam pierwszy fragment tekstu o niemówieniu. Być może któregoś pięknego dnia koźlątko ubodło ją trochę za mocno albo młoda wyśliznęła się Babie z rąk, przydzwoniła w próg domu, więc Baba ukryła ją w gruzowisku i powiedziała, że jakiś facet porwał jej Madziewróćwróćwróćwróćwróć
*odkaszluje zakłopotana*
Przepraszam, to ta późna godzina.
Z tej tabelki wynika, że dziecko z zespołem Downa może zacząć budować pierwsze wyrażenia zbudowane z dwóch słów do 60 miesiąca życia – czyli 5 lat! * z nadzieją w głosie * może ona ma zespół Downa?
Wow, to mogłaby być pierwsza merysójka, którą mogłabym polubić! Znałam kiedyś dwójkę dzieci z tym zespołem i były to najgrzeczniejsze dzieci EVER.
Już widzę Michaśkę, jak kreuje nieidealną główną bohaterkę, mającą przybliżyć Czytelnikowi skalę problemów i krzywdzących stereotypów, z jakimi zmagają się ludzie dotknięci tym zespołem. Babie też by to zaprocentowało, bo stałaby się kobietą chroniącą dziecko nie przed jakimiś z-dupy-wymysłami, tylko przed ciężkim losem, jaki niewątpliwie zgotowałoby mu średniowieczne społeczeństwo.
Tylko że NIE.
Matko, jak mnie to boli, gdy o tym czytam. To naprawdę taki piękny temat do wykorzystania: dziecko z zespołem downa albo autystyczne jako główny bohater, i to w średniowieczu na dokładkę. Ale nie, nie u Michaśki. Przede wszystkim, to trzeba by na ten temat mnóstwo poczytać i poriserczować w ośrodkach dla takich dzieci itp., ale przecież takie prozaiczne czynności uwłaczają jej czci. Po drugie: po Atlantydzie nie jestem w stanie sobie wyobrazić Michaśki, która tworzy inną postać niż taka, która jest opisywana jako piękna, szalenie mądra jak na swój wiek, cicha, wiecznie smutna, zamyślona... Zauważyliście? Ten bachor to wypisz-wymaluj Meihna, tylko kóz się nie boi.

Gdy i to nie pomogło, poruszyła bezgłośnie wargami, sama chyba nie wiedząc, co dokładnie chce tym uzyskać. Nagle wybełkotała coś podobnego do: „masz”, ale było to raczej niewyraźne zakwilenie (oho, kwiling skil iz bak), zbyt nieokreślone, by mogło odnieść jakikolwiek skutek.
Sorry, ale gdybym była Babą, która już zaczyna ogarniać, że bachor może być niemową, to jakikolwiek wydany przez nią dźwięk zwróciłby moją uwagę. Może Baba ma nadzieję, że bachor się dławi i udaje, że jest bardzo zajęta?
Albo myśli, że jeśli tylko nie będzie się ruszać, to mała jak jakiś dinozaur uzna, że jej tam nie ma i sobie pójdzie. xD

Dziewczynka spróbowała ponownie. Tym razem „masz” zabrzmiało dziwnie podobnie do autentycznego słowa i Baba zamarła z tłuczkiem w ręku, zastanawiając się, czy rzeczywiście coś usłyszała, czy tylko wyobraźnia się z niej naigrawa. Dziecko, widząc, że udało mu się zwrócić na siebie uwagę opiekunki, pociągnęło ją raz jeszcze za spódnicę i teraz Baba odwróciła się powoli, z oczami rozwartymi jak u polującej sowy.

W przyszłości dziewczynka miała uznać, że Baba podobna jest do ptaka, ze swoim haczykowatym nosem i orlim nawisem nad oczami.
Big Who Cares? >.< Właśnie jesteśmy świadkami narodzenia się nowego talentu For Mary Sue Only! Ogarnij się, narratorze, bo przeszkadzasz!

Teraz dziecko bez słowa wyciągnęło rękę do góry, machając Babie przed nosem stokrotką. Kobieta nachyliła się gwałtownie, wysuwając mocno szyję, i zaskrzeczała:
 - Coś mówiłaś? Powiedz, czy coś mówiłaś?
Dziewczynka patrzyła na nią spokojnie, wciąż z ręką w górze.
 - Masz – powiedziała najzwyczajniej w świecie – To dla ciebie.
I… już. Czy był to niedorozwój, niedosłuch, czy autyzm dziecięcy, nasza merysójka dzielnie stawiła mu czoła i zaczęła mówić ot tak sobie. Kochani, brawa, wielkie brawa…!
To jak w tym dowcipie o Jasiu, co miał 10 lat i przez ten czas nie powiedział ani słowa, aż pewnego razu przy obiedzie spytał: "A gdzie kompocik?". Rodzice popłakali się ze szczęścia i pytają, dlaczego do tej pory nie mówił, na co Jaś: "Bo zawsze był kompocik".

*
Pewnego dnia Baba zaprowadziła dziewczynkę na skraj lasu i powiedziała:
 - Pamiętaj, że za te drzewa nigdy nie wolno ci wychodzić.
 - A co tam jest?
Baba zastanowiła się przez chwilę, po czym, nie widząc innego wyjścia, odparła, wzdychając ciężko:
 - Wioska.
- A co to takiego?
 - To złe miejsce. Bardzo niebezpieczne i, jeśli ci życie miłe, nie wolno ci się nawet do niego zbliżać.
 - A co mi się tam może stać?
Niby taka aspołeczna ta Baba, a na kłopotliwe pytania pięciolatki odpowiada normalnie, wcale nie na odwal się. Za moich czasów pertraktacje z dziećmi były jednozdaniowe i brzmiały mniej więcej „rób, co mówię, bo w du…” To co dopiero mówić o średniowieczu?
A nie, moment. Baba doszła chyba do podobnych wniosków, bo postanawia dodatkowo zmotywować młodą do posłuszeństwa… szczypiąc ją w ramię.

- Tak właśnie jest w wiosce. Mniej więcej.
Chodzą wszyscy i się szczypią.

Dziewczynka stanęła nad strumykiem i rozpłakała się na dobre. Spojrzała na wznoszące się przed nią niczym żywy mur drzewa i zastanowiła się, jakie straszne okropieństwa kryją się za nimi, jakie potworności. Jej dziecięca wyobraźnia pracowała intensywnie, wygrzebując ze swoich czeluści wszystko, co sześcioletniemu dziecku, wychowanemu w środku lasu, ze starą kobietą i dwoma kozami, mogło wydawać się straszne: potknięcia, poranione kolana, niedojrzałe i gorzkie owoce, kolce jeżyn, zepsuty ser…
Wielkie dzięki, teraz nie będę mogła zasnąć przez tydzień >.<

To wszystko zamknęło się teraz w tajemniczym słowie „Wioska”, które niczym lodowaty podmuch wiatru przeszyło chłonną psychikę dziewczynki, usadawiając się gdzieś w jej najciemniejszym zakamarku i przybierając kształty prawdziwego potwora.
Nie, żeby Baba mówiła o MIEJSCU, które nazywa się Wioska. Mogłaby na przykład wyobrazić je sobie, jako wielką CHATĘ, a nie potwora…
Przybrało kształty potwora - just to make it clear – takiego z zepsutego sera i gorzkich owoców, który ciągle się potyka i ma poranione kolana…?
Ma ktoś do tego obrazek?

Dziewczynka stała na śliskim kamieniu, instynktownie łapiąc równowagę, a myśli jej zajęte były tworzeniem wizerunku upiornej Wioski – gdy nagle mały ptaszek, przysiadłszy na gałęzi, zaświergotał nad jej uchem, przerażając ją tak bardzo, że z piskiem zeskoczyła na trawę i czym prędzej pobiegła do chaty, przeskakując jak sarenka wystające korzenie i zmurszałe pnie. Od tej pory wymyśliła sobie stworzenie – Wioski, podobne do niedźwiedzia, ale z nogami człowieka i dziczymi kłami…
Hm. Moja wersja z serem miała jednak więcej sensu.
Znowu dziki... Bajdełej: a bachor widział kiedykolwiek na oczy niedźwiedzia albo dzika? W średniowieczu nie mieli kolorowych encyklopedii dla dzieci. Poza tym nie widzę związku z gapieniem się na drzewa, wystraszeniem się świergotu ptaszka i "od tej pory" wyobrażaniem sobie potwora jako NIEDŹWIEDZIO-DZIKA. Heloł...?

…i wypatrując jej za każdym drzewem, rozkoszowała się swoim strachem, chowając się za krzakami i rozglądając wesoło, czujna jak zając.
Wyszło mi takie cuś:
Rzeczywiście, piękna to ta Wioska nie jest…
A Meihna... tfu, nasza mała bohaterka nabrała cech opisywanych w "Atlantydzie" koni: jest radośnie podekscytowana swoim strachem. Uznam to za postęp.

*
Kochani, złapcie się czegoś, bo oto nadchodzi wiekopomna chwila.
(…) Dziewczynka siedziała na ławce przy palenisku i, machając nogami, czekała, aż Baba skończy przygotowywać jej jedzenie. Kobieta doiła właśnie kozę Młodą
Wzruszyłam się…

Niestety, podniosłość tej chwili nie dociera jakoś do naszych bohaterek. Baba dogląda strawy, mała bawi się znalezioną broszą. W końcu starowince świta, że filigranowa błyskotka raczej nie jest standardową zabawką przeznaczoną dla dzieci od lat sześciu, wszczyna więc dochodzenie.

 - Skąd to wzięłaś? – spytała sucho.
Dziewczynka zmarszczyła brwi.
 - Znalazłam. Tu, niedaleko… A co to jest?
 - Odłóż to, to z wioski!
 Na te słowa dziecko jak oparzone wyrzuciło z piskiem broszę do góry, podkulając nogi i chowając twarz w kolanach, i trudno było odgadnąć, czy się bawi, czy naprawdę jest przerażone. Błyskotka śmignęła w powietrzu i lądując, trzasnęła w zad kozę,
Chwila… Czy ona nie rzuciła tego do góry?! Gdzie ta koza siedzi, na suficie?!  
Nie no, jak spadała lotem nurkowym, to akurat w zadek trafiła. Taki splastickowy dżołk, dla ubarwienia historii.

która z przerażeniem kopnęła stojące obok niej wiadro, rozlewając mleko.
Skoro Baba doiła ją do tego wiadra to jakim cudem koza zdołała je kopnąć?! Potrafi kopać do przodu?
Może to koza Chucka Norrisa?
Sprostuję: wbrew pozorom kopytne są w stanie kopnąć do przodu, może nie tak jak w "Mustangu z dzikiej doliny", ale nawet przy podniesieniu nóżki do kopnięcia koza mogłaby wywalić wiaderko. ^^

Baba zaś wstała energicznie i złapawszy dziewczynkę mocno za ramię, tak że ta aż stęknęła, zaczęła ciągnąć ją ku wyjściu.
Sensacyjny zwrot akcji. Jeśli to są te walory fabularne, o których mowa na okładce książki, to chyba przyjdzie mi zaopatrzyć się w taśmę klejącą i podkleić powieki, żeby nie zasnąć. Anyway, młoda zostaje wygoniona do lasu, by tam stołować się w samotności.

Było tam drzewo, wygięte od wilgoci i starości (zawsze przypominające dziewczynce Babę), (…).
Big Who Cares? raz jeszcze! Okay, kumamy, dzieciak mieszka tylko z Babą plus Baba jest szpetna i pogięta równa się wszystko co szpetne i pogięte z Babą się kojarzy. Czy na serio trzeba się z tym wtrącać w z-dupy-momentach?
Chodzi o kontrast: z jednej strony paskudna, wredna Baba, która znęca się nad piękną królewną Kunegundą (Misia nie nadała łaskawie imienia swojemu alter [magna] ego, to sama to zrobię, łaski bez!), która jest TAAAKA biedna, niewinna i cudowna. Wstrętne Baby powinny znać swoje miejsce!

Teraz [dziewczynka, Kundzia] usiadła, obserwując swoje falujące w nurcie rzeki odbicie, i postawiwszy między kolanami wiadro z mlekiem, zaczęła przyglądać się poczerniałemu w kilku miejscach plackowi (jeżu, czy tylko ja mam skojarzenia z kupą?). Zdawało jej się, że ciemny wzorek układa się w postać kota, zdrapała więc nieco spalenizny, by dopracować kształt.
Pomijając frapujące przygody merysójki z nadpalonym plackiem, zastanawiam się, skąd ona wiedziała, jak wygląda kot. W książce nie ma słowa o tym, by Baba prócz dwóch kóz posiadała jakiekolwiek inne żywe i futerkowe stworzenia. Wątpię też, by trzymano je w wiosce, skoro rzecz dzieje się w czasach średniowiecznych (chyba, że to jakieś średniowiecze równoległe, w którym czarownice i owszem się pali, ale kotów jako wcielenia diabła to już nie). Czyżby więc żbik? Mam uwierzyć, że hałaśliwe dziecko widziało w lesie żbika tak często/na tyle długo, by zapamiętać kształt? CZY KTOŚ MNIE OŚWIECI?
                       
Dalej Michasia raczy nas ziewogennym bleblaniem o gorącym dniu, rześkiej wodzie, namokłym placku i spoconym czole. Ja wiem, że to ma być klimatyczne i pewnie nawet dla innych jest, ale ja jestem uprzedzoną do Michaśki malkontentką i będę zrzędzić.

To dziwne, ale gdy jest gorąco, nawet sam odgłos wody, chłodnej, pełnej energii, potrafi pomóc.
Zdradzę ci pewien sekret. Będzie jeszcze lepiej, jeśli do tej wody wejdziesz.

Następne dwa akapity to dość szczegółowy opis pożywiania się Mary Sue. Darujcie, nie będę go cytować, bo po pobieżnym przeczytaniu herbata próbowała mi się wdrapać po przełyku z powrotem do ust. Powiem tylko, że jest tam dużo mlaskania, skapywania, ściekania, morusania, wgryzania, żłopania, przeżuwania, grzęźnięcia (w gardle), męczenia się (bo ugrzęzło w gardle) i przetrząsania w poszukiwaniu przeoczonych resztek. Miało być tak:
a wyszło tak:
Dżisaz, pięciolatek, który nie potrafi nawet zjeść tak, żeby nie upieprzyć wszystkiego naokoło? Ja myślałam, że to jest ten okres w rozwoju człowieka, kiedy chcemy ZA WSZELKĄ CENĘ udowodnić, że wszystko siama, a rodzice są już zbędni…
…Mam dziwne wrażenie, że AŁtorka zainspirowała się tutaj jakimś starym wideo ze swojego dzieciństwa…

(…) Baba mierzyła się z problemem, z którym prędzej czy później musiała się zmierzyć. Kiedy zobaczyła w rękach dziecka broszę, wiedziała od razu, co to oznacza. Gdzieś w pobliżu kręci się człowiek, najprawdopodobniej kobieta…
I najprawdopodobniej cholernie zamożna, skoro tak sobie chodzi i gubi wysadzane szmaragdami broszki. Daleką drogę musiała do Baby przebyć, skoro służkę też zgubiła. I środek transportu.

…i szuka jej, wiedźmy, potrzebując tego rodzaju pomocy, jakiej tak bardzo nie lubiła udzielać.
Nie jestem polonistką, więc dajcie znać, jeśli plotę głupoty, ale czy nie powinno być „tego rodzaju pomocy, JAKIEGO tak bardzo nie lubiła udzielać”?

Nie to natomiast było jej największym problemem, obawiała się, że gdy będą ją odwiedzać kobiety, lub, co gorsza, może i mężczyźni
*kiwa ze zrozumieniem głową* Ten okropny pan Henio z gazowni…
MĘŻCZYZNA!!! MĘŻCZYZNA!!! CO GORSZA, MOŻE PRZYJŚĆ MĘŻCZYZNA!!!!!!!!!

prędzej czy później dziewczynka zetknie się z którymś z nich. A tego Baba chciała uniknąć najbardziej na świecie. Gdy tak zastanawiała się, jak nie dopuścić do skonfrontowania dziewczynki ze światem ludzi, rozległo się ciche, niepewne pukanie tak dobrze Babie znane, zawsze takie samo.
Może nie zawsze, matka merysójki akurat nie pukała. Tak czy owak, Baba przyjmuje klientkę, odbiera sowitą zapłatę i szorując się po fakcie, zauważa starą wieżę. W jej głowie zapala się żaróweczka. Gdy tylko młoda wraca do domu, Baba oznajmia jej, że od teraz mieszkać będzie w wieży, bo „jest już dużym bachorem, musi zacząć się usamodzielniać”.
O masz, i jeszcze dowiadujemy się, że smarkata ma osiem lat, nie sześć. Mogłaby nie dorastać z akapitu na akapit.
Dżizas, kolejna Renesmee.

Anyway, wieża jest tak śmierdząca, zakurzona i zapuszczona, że Mary Mimoza Sue… wymiotuje na schodach.
*parsk*
Osiem lat, czyli druga podstawówki. Jeśli dobrze pamiętam, miałam wtedy fazę na hodowle ślimaków, gąsienic i w ogóle wszystkiego co obślizgłe i odpychające, a kurz był moim najlepszym przyjacielem, bo super się w nim rysowało ja lubiłam błotko <3. Oczywiście średniowieczne (będę powtarzać do zrzygania, no ALE), żyjące w leśnej chacie dziecko przywykło do marmurowych posadzek i obić z aksamitu, więc teraz ma pod górkę.
Jakoś nie jestem w stanie wyobrazić sobie tego, że Baba utrzymywała sterylne warunki w chacie na środku lasu. I może jeszcze miały tam kanalizację i prąd?

Baba spojrzała na nią w ciemności, po czym uniosła fałdy sukni i zaczęła wspinać się niezgrabnie po krętych schodach, macając najpierw każdy stopień stopą, by upewnić się, że nie ma w nim uszczerbku czy pęknięcia. Dziewczynka, nie znając przecież pojęcia nieposłuszeństwa, poszła za nią (…).
Riiiight…
Czy nie byliśmy wcześniej raczeni opisem Kundzi, która od najmłodszych lat jest inteligentna i jest taaaaką indywidualistką? A tymczasem już kilka stron później okazuje się, że nie zada nawet jednego pytania dotyczącego celu trzymania jej w tej wieży?
To pewnie przez to opóźnienie w rozwoju. Wraz z nauką mówienia przepadły jej okresy buntu dwu- i czterolatka. Ale spokojnie, odbije to sobie, jak przyjdzie jej dojrzewać.

Dziewczynka przycupnęła szybko obok opiekunki i zaczęła wyrywać wraz z nią niezwykle żywotny i silny bluszcz. Lecz, nie mogąc się opanować, spoglądała co chwilę ukradkiem przez okno, zastanawiając się, co kryje się za drzewami, tam gdzie jej wzrok już nie sięgał. Spytała o to Babę. (…)
 - Mówiłam ci już. Tam jest wioska.

Dziewczynka spojrzała na nią szybko – Niech cię tam nie ciągnie, dziecko, tylko tu jesteś bezpieczna. Tam naprawdę nie ma niczego ciekawego, tylko brud, kłamstwo i zepsucie, tylko tyle – zełgała gładko Baba do swojej „zapłaty za pracę”, stojąc po kostki w zwierzęcych truchłach, odchodach i pleśni.
A poza tym, serio, jakie zepsucie…? To średniowieczna wiocha, nie Las Vegas!

 - Co to jest kłamstwo?
 - Kłamstwo? To jedna z parszywych broni istot z wioski. Okropna. Psuje od wewnątrz zarówno zwierzynę, jak i myśliwego, o ile nie bardziej nawet tego drugiego.
o_o?
Ktokolwiek potrafi mi wyjaśnić koncepcję zwierzyny psutej od wewnątrz przez kłamstwo, ręka w górę.

Dziewczynka wyobraziła sobie taką broń, nigdy niechybiający łuk (…).
Czyli że Baba miała i łuk, tak? I jak to ze średniowiecznymi kobitami bywa, umiała świetnie z niego strzelać, tak?
Nie muszę chyba wspominać jak bardzo patologiczne wydaje mi się to, że Baba przedstawia Kundzi wioskę jako istotę, a kłamstwo jako broń?

 - A ty masz taką broń? – spytała z niepokojem.
Baba zastygła, zastanawiając się nad odpowiedzią, po czym westchnęła (…).
 - Tak – powiedziała bardziej do siebie, niż do dziecka – Czasami. Ale tylko po to, żeby cię chronić.
 - Mnie chronić? Przed czym?
Baba spojrzała na nią poważnie.
 - Przed wioską.
Hehe. Stary, dobry paradoks toksycznej miłości.

Wbrew pierwszym wrażeniom, dziewczynka dość szybko przyzwyczaiła się do nowego miejsca, a to za sprawą widoku, który urzekł ją od początku i trzymał w tym urzeczeniu już zawsze, choć znała go na pamięć i potrafiła z zamkniętymi oczami wymienić każdy jego szczegół. Umiała całymi dniami siedzieć w oknie i patrzeć, jak chmury płyną leniwie nad drzewami, zlewając się z majaczącymi gdzieś daleko szczytami gór, tak nieosiągalnymi, tak nierealnymi dla niej, i nigdy jej się to nie nudziło.
A bo to takie okno było:
Wait a minute… Ona tam siedziała sama, zamknięta?! A co z kiblem i jedzeniem? Nie wspominając już o tym, że Baba chciała z niej zrobić sobie opiekunkę, jakim cudem oczekuje, że ktoś, kto będąc zamkniętym w tak młodym wieku bez kontaktu z nią i jej trybem życia będzie się nią opiekować? Jak absurdalny jest ten pomysł… Rozumiem, że Michasia chce, żeby Kundzia miała traumatyczne przeżycia, ale ta dziewczyna nie będzie (a przynajmniej nie powinna być) zdrowa umysłowo po takim potraktowaniu.
Jedzenie to jej Baba pewnie przynosiła, a co do kibelka to może nocnik był w użyciu… Ale to faktycznie idiotyzm – skoro w każdej chwili może się pojawić klientela, to mała powinna siedzieć w wieży non stop, ale siedząc w wieży non stop na nic się Babie nie przyda. I co z tego, że z okna widać tylko las, skoro jakaś kobita może dobijać się do drzwi albo przybiec z krzykiem, tak jak matka naszej merysójki, i młoda ją zwyczajnie usłyszy.
No to mamy nawiązanie do Roszpunki. Tylko że w przypadku PRAWDZIWEJ Roszpunki to miało sens. I kiedy ta dziołcha wreszcie dostanie imię?! Czekam na wyjaśnienie, dlaczego Baba nazywa dziewczynkę od warzywa.

Właściwie dziewczynki nikt nigdy nie przytulił (wyłączając powodowane instynktem, macierzyńskie gesty ze strony Kozy Starej, która co wieczór śpiewała dziewczynce kołysanki i przytulała ją, kiedy Baby nie było w domu), gdyż Babę można było posądzić o wszystko, ale nie o czułość czy skłonność do okazywania uczuć.
Aha, dobra... mamy babę o imieniu Baba, starą kozę o imieniu Koza Stara i młodą kozę o imieniu Koza Młoda. Booorzeee... A ja narzekałam na jednorożca o imieniu Jednorożec.

„Dzieci nieprzytulane wolniej rosną, częściej chorują, gorzej się rozwijają. Zwykle pojawiają się moczenie nocne, jąkanie, autoagresja oraz inne zaburzenia psychofizyczne.”
Huh.
:D
No, to też pewne usprawiedliwienie dla opóźnionego rozwoju.

Baba (…) traktowała ją dobrze i troskliwie, jednak dziewczynka zawsze była dla niej tylko „ludzkim dzieckiem”, którego niewyuczone, ale instynktowne i wrodzone – można powiedzieć – zachowania pokazywały, jak wiele jest w niej człowieka.
Fajnie, tylko że jeszcze nie tak dawno, bo jakieś 20 stron temu, Ałtoreczka rozpisywała się nad tym, jak to człowiek po narodzinach jest pustą kartą i można go bez problemu wychować na zwierzę, unikając właśnie w ten sposób typowo ludzkich zachowań. Jeśli teraz chciała pokazać, że Baba z leksza się przejechała na tej teorii, to mogła to ująć nieco mniej zawoalowanie. A tak ja mam pretekst do wbicia kolejnej szpili.
Oj, to było 20 stron temu, pewnie Michasia pisała to tydzień wcześniej. Wiesz, ile w tym czasie zdążyło się w jej życiu wydarzyć?!

Dopiero pewne nic nie znaczące z pozoru wydarzenie sprawiło, że Baba zaczęła patrzeć na nią inaczej.
Baba często brała ze sobą dziecko, gdy szła szukać ziół, z dwóch powodów: po pierwsze nie chciała zostawiać go samego w pobliżu chaty (ktoś mógł przecież przyjść tam pod jej nieobecność)
To po kiego ona siedzi w tej wieży, skoro sama w niej zostać nie może?
a po drugie dziewczynka trzymała jej zawsze kosz, gdy ona buszowała w krzakach w poszukiwaniu rzadkich roślin (…).
 - Wstawaj. Idziemy po zioła.
 - Co… Tak wcześnie? Nie chcę.
No i to tyle o nieznajomości nieposłuszeństwa. Fail, Mychasia, fail.
To pisała wczoraj! Może w międzyczasie napisał do niej TEN Michał z trzeciej „ce”!
A może to efekt pisania o trzeciej nad ranem? Czytałam w jakimś wywiadzie, że AŁtorka ma taki zwyczaj.
Oho, teraz czeka nas dość… niekonwencjonalny opis poszukiwania przez Babę ziółek.

Baba padła na czworaka i zaczęła pełznąć powoli przed siebie, węsząc czujnie i macając (niemamskojarzeń, niemamskojarzeń!!!) dokładnie rośliny, które wydały jej się podobne do tej, której szukała. Właściwie wciąż była noc, słońce nie wyściubiło jeszcze nosa zza drzew, tak więc nie dało się dojrzeć ziół i Baba posługiwała się jedynie węchem, dotykiem i być może jakimś szóstym zmysłem, co upodabniało ją do zwierzęcia jeszcze bardziej niż zwykle (ostatnio było do ptaka. Jakie zwierzę kojarzy się z szóstym zmysłem? Ogłaszam konkurs: do jakiego jednego zwierzęcia porównalibyście tę Babę o tylu talentach? Zwycięzca dostanie dyplom zrobiony w paincie i 20 komentów jak poda adres blogaska).

Dziewczynce to imponowało, sama nie potrafiła po ciemku odróżnić jagody od żurawiny.
Właśnie po to wymyślono dzień, żeby nie trzeba było tego umieć! >.<
I tak Baba ją tego nauczy, chociaż na początku mówiła, że niczego jej nie będzie uczyć. Dżizas, ona chyba ma okres permanentny, jakieś humory…
W tym wieku to już chyba menopauza?
*szeptem* Żurawina rośnie na torfowiskach, nie w lasku pod krzaczkiem!

Obserwowała wystający z traw czarny czepiec, zdradzający lokalizację ukrytej w gąszczu Baby, tak bardzo widoczny w środku czarnej nocy, i nagle, zupełnie nieoczekiwanie pomyślała, że chce być taka jak ona.
Nosić czepiec i pełzać wśród traw. W tym czepcu.
Właściwie pal licho pełzanie i trawy, dziewczynka po prostu chciała mieć CZEPIEC!
Też chciała mieć permanentny okres! Wait, właściwie każda Marysójka miewa humory i jest wredną, butną suk…

Nigdy wcześniej nic takiego nie przyszło jej do głowy, bo choć dziewczynka nie znała się na kanonach piękna ani nie widziała nikogo, kto mógłby je sobą reprezentować, jako żywe stworzenie czuła starość i brzydotę opiekunki.
A skąd wiedziała czym jest starość? Skąd właściwie wiedziała, że istnieje coś takiego jak piękno i brzydota? Pedagogika = fail, psychologia = fail, no Michasiu, zaskocz mnie wreszcie! (Kto układał ten tekst z tylnej okładki?)
No, też Michasia. O tej trzeciej nad ranem. ;)

Nagle owładnęła nią potrzeba zaimponowania opiekunce. (…)
 - Czego szukasz? – spytała, starając się, by zabrzmiało to tak, jakby doskonale się na tym znała i oferowała życzliwie swoją pomoc. Baba wlepiła w nią swoje wielkie ślepia ze zdumieniem i zaciekawieniem.
 - Ziół… - powiedziała, choć wiedziała dobrze, że dziewczynka nie o to pyta.
 - No wiem. Ale jakich? Czy… nauczysz mnie je rozpoznawać?
Nigdy się jakoś specjalnie nie interesowałam ziołami, w dzieciństwie raczej rzadko chodziłam z babcią na działkę, ale wiedziałam jak wyglądają jakieś podstawowe zioła, a ona ciągle chodzi z tą starą torbą do lasu (żeby przypadkiem nie spotkała jakiejś ciężarnej, która znowu się przypałęta) i nie ogarnia nic oprócz tego, że to jest zielone i rośnie?

Baba klęczała, ale teraz musiała usiąść z wrażenia. Podopieczna jeszcze nigdy nie pytała o zioła. Dla dziecka coś, co nie miało owoców ani kolorowych płatków, było po prostu nieatrakcyjne. Wprawdzie dziewczynka skończyła już dziesięć lat i Baba wzięła to teraz pod uwagę, ale dziesięć lat to i tak niedużo. Dzieci nie lubią ziół!
Bzdurabzdurabzdura! W średniowieczu dzieciaki od najmłodszych lat pomagały w gospodarstwie! Sorry, Michaśka, ale skoro ona ma już 10 lat, to jak na miarę tamtych czasów jest już niemal dorosła!
*wrrrrrr*
Zdaje się, że Kura w którejś analizie mówiła o tym, że dzieciństwo to dość nowy wynalazek, i ma w tym sporo racji. Drzewiej nie było taryf ulgowych dla małolatów: masz ręce i nogi, to zapierdzielaj!
Baba w końcu wychodzi z szoku i decyduje się nauczyć młodą tego i owego, całkiem oczywiście niepomna na swoje dawne decyzje, by niczego jej nie uczyć („Nie planowała przekazać mu swojej wielkiej wiedzy zielarskiej i lekarskiej (…)”).

 - Mogę zdradzić ci kilka moich tajemnic, ale ostrzegam: zielarstwo to nie jest łatwa sztuka.
 - Nie chcę, żeby była łatwa! Umiem robić wiele łatwych rzeczy, teraz chcę spróbować czegoś trudnego! Tak dla odmiany.
Jestem w końcu tą merysójką, czy nie jestem, gaddemyt!
Sick. Każde dziecko przecież tak mówi. Proste.

Mała chce się uczyć, Baba chce ją uczyć. Można by pomyśleć, że to koniec tematu, ale…

 - Nauczysz mnie zbierać zioła?
 - Po co?
 - Bo chcę umieć.
Baba zastanawiała się chwilę, co bardzo wyraźnie odmalowało się na jej twarzy. W końcu skinęła głową.
(…)
…Żeby jednak Czytelnik nie miał już ŻADNYCH wątpliwości:
 - Czego szukasz?
 - Ziół.

Dziewczynka (…) roześmiała się typowym dla dzieci, donośnym śmiechem, przywodzącym na myśl odgłos mknącego po zboczach górskiego potoku.

 - Więc co to jest? (…)
 - Lolium temulentum.
 - Co takiego?
 - Lolium temulentum, potocznie taumelloch, schwindelhafer, lokis hafer, schlafkorn… Jeszcze jakieś nazwy?
Ja poproszę tę po polsku, bo i taka istnieje =_=’
Wyjaśni mi ktoś, skąd Baba zna łacinę i szwabski? Zresztą, na Wuj zbiera roślinę, która od zawsze uważana była za chwast, a nawet truciznę? Tyle pytań… A to dopiero początek, sesja się skończyła, także napier…! Do następnego razu, kamraci!

A ja obiecuję, że następny będzie Ferrin!

wtorek, 5 lutego 2013

Gadające pantofle i straszliwi psychologowie, czyli Powieść antymagiczna, część 1

Brace yourselves, bo oto nadchodzi pierwszy dzień nowej ery. Do tej pory na czarnych owieczkach niepodzielnie królowały literackie potwory ze świata fantastyki, dziś jednak mamy do czynienia z czymś zupełnie odwrotnym: powieścią antymagiczną! Serio, nawet podtytuł tak głosi.


Za polecenie czarnej owcy dziękuję Hyakki_Yakou. :)

"Anhar" powstał jako chrześcijańska odpowiedź na Harry'ego Pottera i lek na całą jego szarlatanerię. Tytułowy Anhar, czyli książę z tegoż urokliwego świata pełnego kwiatków, brodatych starców i uśmiechniętych niewiast w białych sukniach uszytych tak, by przypadkiem nie podkreślić ich kuszących kształtów, to sprytny skrót od an(ty) har(ry). Przekaz z kart tej powieści płynie jeden: magia jest ZŁA! I nie tylko magia, żeby było śmieszniej. Jak pisze ktoś w swojej opinii na portalu Lubimy Czytać: "Co ciekawe, za magię autorka uznaje Harrego Pottera, homeopatię i kilka innych niczemu nie szkodzących rzeczy, nie poruszając prawdziwych problemów z okultyzmem". Wiecie, ja nie mam nic przeciwko religijnym ludziom, ale nie cierpię głupich religijnych ludzi, którzy są w stanie nawet medycynę (w dzisiejszym analku dowiemy się, że psychologowie to takie samo zło, co iluzjoniści) wrzucić do jednego worka z, nie wiem, satanizmem czy wiarą we wróżki. 

Dlatego też, gdy jakiś czas temu próbowałam to zanalizować, wymiękłam w trybie natychmiastowym. Na szczęście z pomocą przyszły Pokrzywka i Tacz, i oto przedstawiam analizę pierwszego rozdziału ich autorstwa. Enjoy!






Małgorzata Nawrocka
ANHAR
powieść antymagiczna


ROZDZIAŁ I

Na czarnym, pałacowym dywanie niecierpliwie tupał królewski pantofel:
- Nie bądź nudziarzem, Gordoneo!
…Ha?
Ach, już rozumiem, to taki mały wybieg. Ja tu się wczuwam i nastawiam antymagicznie, a autorka sru! - jak nie zasunie samotupającym i gadającym w dodatku pantoflem!
Pewnie jakiś krewny Tiary Przydziału ^^

- Nie bądź nudziarzem, Gordoneo! Jego Książęca Mość skończył wczoraj szesnaście lat i ja nie widzę powodu, aby zamykać przed nim Bramy Ostatecznego Poznania.
- Ale racz zauważyć, panie, że dawniej Bram Ostatecznego Poznania uchylano wybranym młodzieńcom dwudziestoletnim! Jeżeli okaże się...
- Już się okazało, Gordoneo! Mój syn jest geniuszem! Tak jak wszyscy jego przodkowie... I zapewniam cię - niedługo ujrzysz dzień, kiedy zostanie największym magiem, potężniejszym niż Kode, Brazdenot i Or. To mój syn przełamie pieczęcie na tajemnicy Gedesa i zdobędzie jej
owoc! A teraz... zejdź mi z oczu!
Boru, taki mały pantofelek, a jak się toto rzuca!
Może to jeden z tych?
Tak czy owak, trochę to za dużo danych naraz, jak na pierwszy dialog w książce. Chyba pójdę strzelić kolejnego kielicha…
Siadaj! Mamy króla pantofla i jego syna maga, który już ma zadatki na merysójkę. To jest, tego, garystójka. Czytamy dalej.


Mistrz Gordoneo wiedział, jak wiele ryzykuje pozostając chwilę dłużej w towarzystwie swego władcy, ale, wstrzymując oddech,
Wnioskuję, że jaśnie władca cierpi na niekontrolowane uwalnianie gazów jelitowych.

postanowił zadać ostatnie pytanie:
- Czy jest możliwe, Magissimusie, abym nadal raz w tygodniu odbywał lekcje śpiewu z Jego Książęcą Mością, chociaż będzie on - wedle twego, wszechpotężny, życzenia - świadom Ostatecznego Poznania?
Wczesnego Krakowa.
Chciałabym, aby bohaterowie tej książki wysławiali się w nieco krótszych zdaniach. Bez kielicha się nie zmuszę, a po kielichu nic nie kumam >.<
To akurat nie wina pani Nawrockiej, że po kilku głębszych twoja zdolność koncentracji ogranicza się do pierwszego przecinka ;P

- A dlaczegóż to mój syn miałby zaprzestać zgłębiania tajników jednej z najszlachetniejszych i najbardziej pożytecznych sztuk?
Serio? Śpiewanie podstawą survivalu na dworze królewskim? Może ten ich dwór to jakiś męski klasztor?
O ile on tym śpiewem nie froteruje podłogi albo chociaż nie kwasi mleka, to nie bardzo wiem, na czym miałaby polegać ta pożyteczność o.o
Anyway, król nie tylko godzi się na dalsze nauki śpiewu, ale wręcz zachęca Gordoneo do ich podwojenia. Wygląda na to, że szykuje się nam garystójek rodem z High School Musical.

- Na życie mej matki... - mówił do siebie [Gordoneo]- to kwestia tygodni, a w najlepszym razie miesięcy i on na pewno spróbuje zamienić mnie w jaszczurkę albo jakiś rodzaj deszczu!
Hi. Najpewniej w złoty.
*sprawdza okładkę* Czy to jest książka od lat osiemnastu?

***

W niewielkiej izbie za pomieszczeniami kuchni płonął w kominku ogień. Gordoneo opadł zmęczony na starą jak on kanapę i przymknął oczy. Od ponad pięćdziesięciu lat mieszkał tu wśród ksiąg, map, szklanych kul, worków suszonych ziół i dziwnych urządzeń, służących nieskrępowanemu uprawianiu każdego rodzaju magii. Gdyby jednak jakiś bystry gość dokładnie się wokół rozejrzał, przekonałby się, że poza jedną księgą - do nauki śpiewu - i grubym notesem oprawionym w złotą skórę, wszystkie te przedmioty pokrywa tak gruba warstwa kurzu, jakby od wieków nie były używane, a nawet dotykane. Dlatego właśnie Gordoneo nie zapraszał gości.
Słusznie. Też by mi było wstyd kogokolwiek zapraszać mając taki syf.

Na użytek Czytelnika, nasz nauczyciel śpiewu oddaje się wspominkom. Dowiadujemy się zatem, że ciepłej posadki na dworze nie zagwarantował mu bynajmniej głos à la Leonard Cohen/David Gilmour/Peter Gabriel/jakikolwiek-męski-wokal-który-Wam-się-podoba (nie licząc, oczywiście, Justina Biebera ani Jonas Brothers ;). Nienie, Gordoneo siedzi na królewskim przypiecku, bo wyświadczył mu jakąś tajemniczą przysługę.
W sensie że królowi, nie przypieckowi.

Za drzwiami zadźwięczał przyciszony gong dzwonka.
Czyli że… dzwonek wyglądał jakoś tak?


- Wejdź, Tereso! - zawołał prawie wesoło, siadając tak gwałtownie, jakby mu nagle lat ubyło.
*wink wink*

„Teresa" - dziwnie to zwyczajne imię brzmiało w pałacu Najwyższego Maga, gdzie rzeczami zwykłymi i pospolitymi pogardzano od lat. Może dlatego służba, pokojowe i kucharki nazywały ją „Aseret" - czytając imię od końca, twierdząc, że tak jest ładniej i... bezpieczniej.
No to miały kobity szczęście, że nie nazywała się Anna xD

Gordoneo jednak, wbrew zdrowemu rozsądkowi, zawsze, kiedy byli sami, mówił do niej TERESO
CapsLockiem do niej mówił.

Właśnie to imię dziewczyny sprawiło, że zwrócił uwagę na małą pomywaczkę, którą kiedyś była, i wyjednał u króla pozwolenie, aby została jego osobistą służącą. W rzeczywistości traktował ją jak córkę, najtroskliwiej opiekując się nią i chroniąc przed licznymi zasadzkami pałacu.
A kim w takim razie opiekował się mniej troskliwie, tego się pewnie nie dowiemy. Ani cóż to być mogły za zasadzki.
Zgaduję, że inne pomywaczki, czające się za każdym rogiem, by cisnąć w fartowną smarkulę zawartością nocnika.  
A może po prostu chodziło o zacinające się drzwi do łazienki i wiecznie nieopuszczone klapy sedesowe.

Weszła teraz, jak zwykle pogodna, niosąc na tacy dzban pełen morskiej wody
E? A co to, słodka już jest passe?
Czyli w tym świecie picie morskiej wody nie powoduje odwodnienia organizmu? Okej, dobrze wiedzieć.
A może u nich morze wcale nie jest słone?

- Dobrze... Dobrze... chodź, dziecko! Nie przeszkadzasz mi! - uprzedził jej pytanie Gordoneo, po czym gestem dłoni wskazał kanapę, a sam usiadł naprzeciw przy małym, owalnym stole.
Lubił przy posiłkach przyglądać się Teresie i z wyrazu jej twarzy domyślać się, w jakim dziewczyna jest nastroju, co robiła od rana, z kim się pokłóciła w kuchni, albo - czy spotkało ją coś niezwykłego lub miłego... Często trafiał, chociaż w zgadywance tej nie stosował nigdy magicznych sztuczek.
… o_O

- Wiercisz się, żeby przekazać mi jakąś niezwykłą nowinę, a poza tym wyglądasz, jakbyś źle spała w nocy... - powiedział po chwili milczenia.
- Jak zwykle zgadłeś, panie! I nie uwierzę, że tym razem również zrezygnowałeś z magii, by czytać w mojej głowie! - odpowiedziała wesoło.
- Co więcej... - uśmiechnął się tajemniczo Gordoneo - ja nawet domyślam się, z jakiego powodu spóźniłaś się dziesięć minut!
- Spóźniłam się? Czy twoja potrawa jest zimna, panie?
- Jest ciepła. Ale dam głowę pod różdżkę Magissimusa, że dawno by wystygła, gdybyś nie ogrzała jej płomieniem swoich najlepszych chęci!
. . .

Mówił [Gordoneo], dopijając pucharu słonej (AHA! Więc jednak!) wody

Tu nasz śpiewmistrz przez pół strony próbuje zgrywać Poirota, podczas gdy wszystko można zawrzeć w zdaniu „Teresa ma wychodne”.

Teresa już klęczała u stóp Gordonea
To chyba jednak JEST książka od lat 18!
Cicho, zbereźna!

z trudem powstrzymując szaleństwo radości:
- Pojadę do domu, panie! Zobaczę ojca, Tomasza i małą Annę...
Ha! xD Wykrakałam. Zabierz ją ze sobą na dwór, popatrzymy, jak wszyscy wpadają w panikę próbując powiedzieć jej imię od tyłu!

Jestem taka szczęśliwa! A ty, a ty, panie, jesteś... największym jasnowidzem, jakiego nosiła ziemia!
- Jasnowidzem? - obruszył się Gordoneo. - Czy ja wyglądam na szubrawce bez sumienia, co naciąga stare dewotki, wróżąc im ze znaczonych kart pogodną przyszłość? A może jestem magistrem psychologii, przekonującym zrozpaczone, brzydkie panny na wydaniu, że im się trafi książę z bajki, jak przyjdą do mnie jeszcze trzy razy i zapłacą podwójnie za wywabienie kurzajek końskim tłuszczem?
Hm. Czyli i nasi, i ichniejsi jasnowidze zajmują się z grubsza tym samym…

Co tam dalej? Tereska kaja się za strzelenie gafy, a Gordek się rozzuchwala i poczyna parodiować nieszczęsnych jasnowidzów:
- Kupujcie horoskopy! Jest tam bzdur na kopy, a pochwał na tuziny dla durnia i niemoty!... (apfff, rym niedokładny!) Mam znaki zodiaku - dla głupców po znaku!... Mam szczęśliwe kamienie, niech kupują, jelenie!...
Tu dzielny Gordoneo zasapał się nieco
Dzielny nasz Gordoneo, gardząc szalą szczęścia,
Mieczem, dymiącym się krwią jak kadzidłem,
Torując sobie drogę wśród zastępów,
Przedarł się aż do zdrajcy i dopóty
Nieubłagane zadawał mu cięcia,
Aż go rozrąbał od czaszki do szczęki
I głowę jego zatknął u blank naszych.
*kurtyna*

więc przystanął na chwilę, ale, napotkawszy rozbawiony wzrok Teresy, zgiął się w pół i - tym razem kobiecym głosem - jęknął:
- Wróżka prawdę ci powie: będziesz żyła, aż umrzesz... nie będziesz chorowała, aż zachorujesz, i będziesz bardzo szczęśliwa, chyba, że cię jakieś nieszczęście spotka... Wyjdziesz za mąż za mężczyznę i powiem ci jeszcze w sekrecie, że będzie albo starszy albo młodszy od ciebie... Dzieci nie będziesz miała albo, jak będziesz miała, to jedno albo dwoje, albo troje, albo czworo, albo pięcioro, albo sześcioro, albo siedmioro, a na pewno nie siedmioro i pół! Wróżka prawdę ci powie... A koniec świata będzie przed świętami albo po świętach!
A wcale że nie, bo Majowie odwołali.

Teresa dusiła się ze śmiechu, ocierając chusteczką policzki mokre jeszcze przed chwilą od łez radości.
- Jesteś jedną z najmądrzejszych osób, jakie spotkałem w swoim długim życiu, Tereso! - powiedział poważnie Gordoneo.
Ha ha ha, nie. Ona po prostu wie, kiedy należy się śmiać.

- Chciałabyś pojechać do domu jutro rano?
- Ach tak! Oczywiście, jeżeli tylko ty zgodzisz się, panie – dodała cicho.
- Czy się zgodzę? A to dobre! Jak myślisz - kto od tygodni wiercił dziurę w brzuchu Magissimusa, żeby dał swoje pozwolenie? Raz nawet zagroził, że przeniesie mnie na bezludne wyspy Tekloru razem z tym specjalistą od fruwających kluczy - Asellusem, jak nie przestanę... No puszczaj... - oganiał się, niby zły, od serdecznego uścisku - Nie wypada magowi, mnie nie wolno!...
Dobra dobra… ;)

Ale Teresa, nic sobie nie robiąc z jego protestów, młynkowała już po pokoju w radosnych podskokach, po czym znów przypadła mu do stóp (…)
Ja wiem, że to musi być frajda móc wreszcie spiknąć się z rodziną, ale ta cała Tereska wydaje się być jakaś taka…

O, dzielny Gordoneo sprowadza fikającą pannę na ziemię, prosząc ją, by wyruszyła dopiero za dwa tygodnie. To ci dopiero happiness killer. Tereska momentalnie obraca minę o 180 stopni, więc Gordek, coby ją pocieszyć, znowu bidaczkę molestuje… to jest, tego, się z nią droczy.

- A teraz, moja młoda damo, mam do ciebie prośbę: kiedy dziś po południu znowu zakradniesz się do książęcej stajni, żeby podglądać księcia Anhara czyszczącego konia po gonitwie, przekaż mu ode mnie ten oto list...
Sukno kanapy nie było w tej chwili bardziej purpurowe niż twarz Teresy.
- Nooo... - uśmiechnął się Gordoneo - Kto by pomyślał, że w dzisiejszych, podłych czasach są jeszcze dziewczęta, co potrafią tak uroczo spiec raka?!
Taa…? To poczekaj, gościu, do naszych czasów…

Jej Królewska Mość przed każdą ucztą wypowiada zaklęcie na rumieńce, ale przy tobie wyglądałaby jak rozgnieciony pomidor przy szkarłatnej róży!...
Teresa, nie czekając, co jeszcze powie Gordoneo, umknęła korytarzem w stronę kuchni.
No chyba. Miała tak stać i czekać, aż jej uszy zwiędną od tych wyszukanych zaczepek? Jako jego osobista służka nie za bardzo może kazać mu spadać na drzewo.

Starzec tymczasem zatrzymał wzrok na niewielkim lusterku, stojącym obok karafki i wyszeptał, patrząc sobie samemu w oczy:
- Teraz każda chwila w twoim życiu jest bezcenna, przyjacielu, bo sam Gedes nie wie, ile ci ich jeszcze zostało...

I tym dramatycznym akcentem kończy się pierwszy rozdział antymagicznej powieści o magicznym królewskim dworze i  (póki co jedynie) pierdzącym tamże w stołek magu Gordoneo.  Co będzie dalej? Z ręką na sercu mówimy, że nie wiemy, bo nie chciało nam się doczytać :P
A poza tym skończył się napitek :(