Czarne owce literatury czyli analizy ZŁYCH książek: Gra o tro... tfu, Ferrin, część 3

poniedziałek, 25 lutego 2013

Gra o tro... tfu, Ferrin, część 3

Trochę to trwało, ale w końcu jest. ^^ W następnej kolejności pojawi się Michasia, a po niej Anhar. A tymczasem wracamy do przygód małej, słodkiej Anaelci.





Rozdział III: Reikan

W poprzednim odcinku nasza biedna Karolinka/Anaela popłakała na ramieniu Amrego, który obecnie leży nieprzytomny na grzbiecie konia, znokautowany przez drzewo, a samą Karolcię zdumiewa widok jakiegoś kolejnego superprzystojniaka na horyzoncie.

Tu na dzień dobry dostajemy obszerny opis całej jego zajebistości. Jest boski, ma długie, „szare jak zmierzch” włosy, diadem, oczy mieniące się barwą kamieni szlachetnych „w oprawie ciemnych, aksamitnych rzęs”. O co chodzi z tym fetyszem na gęste rzęsy u facetów? Jak to sobie wyobrażam, to wyglądają okropnie zniewieściale. Zwłaszcza w połączeniu z gładziutkimi buziuchnami i długimi, srebrnymi włoskami.

W każdym razie, Karolinka nie może się nadziwić, że właśnie zobaczyła elfa. Nie wiem, skąd pewność, że to elf, bo tu elfy spiczastych uszu nie mają. Może tutejsze elfy faktycznie są po prostu zniewieściałe.


Reikan tymczasem jest zdumiony, bo spodziewał się kogoś dumnego i wyniosłego, gdy wysyłano go po Wybraną, Tą Jedyną, Mary Sue etc. Myśli, że jej rude włosy to potężna iluzja i dziwi go ten wybór, bo to kolor półsmoków, a półsmoki, czyli kyrie, to „najbardziej pogardzane istoty w całym świecie światów”. Swoją drogą, zastanawia mnie ta nazwa. Kyrie to grecki wołacz znaczący „O Panie!”, a znane wszystkim Kyrie eleison – „Panie, zmiłuj się”. Czy to nie tak, jakby zobaczyć na łączce wielkie, groźne, zębate bydlę i nazwać je „O kurwa!”?

Bla, bla, bla, Reikan rozkazuje jej pójść z nim, ale Karolcia się opiera, bo chce zostać z Amrem.


Elf się żachnął:
- Leddi, nelle sellin’e en’eallis’ de WeddSa’ard?
Karolina drgnęła. Pytanie, czy dobrowolnie jedzie do wedsaarda, było zrozumiałe, nie rozumiała tylko, co to jest ten wedsaard. O co nie omieszka zapytać:
- All n’es’ nella, enn wedsaard es’t, elle sellin’a eneallis’ - ale jechała dobrowolnie, co też powiedziała. Prawdopodobnie w języku elfów. Skąd znała i to narzecze, pozostawało dla Karoliny zagadką.
Dla nas nie: to Mary Sue! Poza tym: nie cierpię takiego wtrącania mowy „elfickiej”, „krasnoludzkiej” czy jakiejkolwiek innej i wielkiego szpanowania, że och, stworzyłem nowy język, paczcie paczcie. Otóż gówno stworzyłeś, a nie język; zrobił to Tolkien, jego wymyślonych języków można się uczyć i nimi posługiwać, a takie coś, jak powyżej, to tylko irytująca wstawka dokonana metodą bezmyślnego walenia w klawiaturę, bez absolutnie żadnego znaczenia. I czy naprawdę nie dało się tam wjebać jeszcze więcej apostrofów?!

Wszyscy włącznie z koniem zapowietrzyli się ze zdumienia, gdy usłyszeli, że Anaelcia nie wie, kim jest WeddSa’ard. Elf uznał, że Amre przyrżnął jej w twarz i od tego straciła pamięć. Oznajmił, że podniesienie ręki na Leczącą karane jest śmiercią i wyzwał Amrego na... pojedynek...? Coś w ten deseń. Anaela wbiega między nich, by znowu nie zaczęli się wyrzynać, książę (czyli chyba ten elf?) przyrżnął Anaeli wiązką energii (i jednocześnie sam złamał zakaz nietykania Leczącej... czy coś tu ma sens?), złapał Amrego za głowę i na niego SPOJRZAŁ. I była to jakaś straszliwa magia, bo Amre nie może się ruszyć i cierpi. Przez ten zabieg Reikan zdobywa wszystkie jego wspomnienia o Anaelci.


Reikan ponownie miał kompletny zamęt w głowie. (...) Dlaczego jednak sama Leddi upierała się, by stać u boku darrakijskiego oficera? Przybyła tutaj, by dopełnić Przepowiedni i nie było w tej Przepowiedni słowa o ratowaniu Darrakii!
Jakby już wszyscy zapomnieli, że po kolei dochodzą do wniosku, że Anaela straciła pamięć, a nawet jak nie to, to widać po niej jasno, że nie ma pojęcia, co się wokół niej dzieje. Dżizas...

Jak Lecząca może utracić magiczne zdolności?! Zachowanie zwiadowcy też było zupełnie niezrozumiałe: w obronie „alderiańskiej wiedźmy” wyciął czwórkę swoich! Co opętało tych dwoje?
Miłość! <3

Na wypadek, gdybyśmy zapomnieli, że akcja się w krainie fantasy dzieje, dowiadujemy się, że Amre drży „niczym liść liniusa”. Bo wymienianie z nazwy kompletnie nieistotnych dla fabuły przedmiotów, zwierząt czy gatunków drzew jest tu szalenie ważne. Elf próbuje zajrzeć we wspomnienia Anaeli, ale gdy tylko tego próbuje, jej moc parzy go. No przecież! Jakże on śmiał próbować zaglądać we wspomnienia Głównej Bohaterki! Właśnie mi przyszło do głowy, jaki ciekawy efekt mogłyby wywołać wspomnienia z Ziemi na elfie i jakie to niesie możliwości, choćby i komiczne. Tyle zmarnowanego potencjału...

Karolcia – zemdlawszy – budzi się i ze zdziwieniem odkrywa, że piękniusi elf nie ma zamiaru jej przyrżnąć, mało tego: w końcu raczył się przedstawić.


- Jestem Reikan dell’Soll. Pragnę, byś udała się ze mną w gościnne i bezpieczne progi Ferrinu.
Ferrin! Karolina pokręciła z niedowierzaniem głową, jej twarz rozjaśnił niepewny uśmiech. A jednak. Czyżby przeniosła się tam, gdzie zawsze pragnęła się znaleźć?


Więc wreszcie mamy tę konkluzję za sobą. Mało tego: Karolcia kojarzy nazwisko Amarilli dell’Soll, czyli swojej przybranej cioteczki z domu dziecka. Na razie jednak nic z tego nie wynika, bo Reikan stanowczo żąda, by Anaela poszła z nim, a to cielątko durne się opiera i umiarkowanie przyjmuje do świadomości wyjaśnienia, że Amre (jeszcze jedno imię na A i zwariuję) wcale nie jest rycerzem na białym koniu i gdyby nie dostał rozkazu od WeddSa’arda o przyprowadzeniu jej żywej i nietkniętej, właśnie leżałaby w rowie wielokrotnie zgwałcona, pobita i martwa. Irytująca rzecz: narrator nigdy nie opowiada z perspektywy jednej osoby, często zmienia upodobania ze zdania na zdanie i nie można się połapać, o czyich odczuciach mowa, jak w poniższym akapicie:

Karolina spojrzała błagalnie na Amrego, lecz porucznik nie próbował zaprzeczać. Bądź co bądź przeklęty elf miał rację. No, może prócz tego przyłączenia się do kompanów i wleczenia za koniem na postronku. I braku ludzkich uczuć. Cóż zresztą o ludzkich uczuciach może wiedzieć nieczłowiek? Amre skrzywił się ironicznie, ale nie rzekł nic.
Nagle podnosi się alarm: nadciągają Darrakijczycy! Reikan każe przywiązać Amrego do drzewa, Anaela się buntuje, a kiedy elf zamierza się mieczem, by zdekapitować Amrego (pewnie głównie po to, by ta kretynka przestała ciągle chcieć go ocalić), Karolcia rzuca się na ratunek i ostrze odbija się od niej, nie czyniąc jej krzywdy. Wszyscy są zdumieni, ale niezbyt długo – wiadomo, Mary Sue, już większe cuda się działy. Anaela zgadza się jechać z Reikanem pod warunkiem, że ten nie zabije Amrego. Żegna się z nim czule i oddaje mu medalion – Amirin (ZNOWU A!!!) – który przekazała jej ciotka wraz z księgą o Ferrinie.

A czytelnik już wie, że popełniła tym samym straszliwą głupotę, mimo że jeszcze nigdzie nie została podkreślona waga tego medalionu. Ale to przecież takie oczywiste... Po grzyba mu go dawała? OBCEMU mężczyźnie, który na dokładkę wiódł ją na śmierć? Nie chciała nawet zachować sobie tego medalionu w ramach pamiątki po cioci, którą ponoć tak kochała?

Nawiasem mówiąc, to z tego, co pamiętam, na cioteczkę nie natkniemy się w książce ani razu. Spodziewałam się, że to będzie jedna z pierwszych osób, które będzie chciała odwiedzić Anaela w – było, nie było – kompletnie nieznanym sobie świecie, ale jak widać, przygodnie spotkani supermeni są ważniejsi.

Reikan mówi Anaeli, że pojedzie z nim, by mogli zamienić parę słów. Wtedy z lasu wychodzi Saris (oczywiście nie jesteśmy poinformowani, gdzie znajduje się drużyna, czy odeszli od przywiązanego do drzewa Amrego, nic).


- Hej, Saris. - Dziewczyna uśmiechnęła się mimo wszystko, podeszła do ogiera i wyciągnęła dłoń. - Czy teraz mogę cię pogłaskać?
Ogier posłał Karolinie szafirowe spojrzenie i, niewiarygodne, ale prawdziwe, mrugnął do niej!
- Na głaskanie przyjdzie pora. Teraz poobijasz sobie pupę o mój grzbiet. Ja to mam szczęście: służyć tak urodziwej, a przy tym niezbyt ciężkiej czarodziejce.
Widzicie, nawet magiczny koń jest zachwycony możliwością poobcowania z pupą naszej słodkiej heroiny. Dodatkowo dostajemy kolejne niejasne dywagacje o Cieniach, które są poplątane jak słuchawki w kieszeni i na dobrą sprawę nic nie warte w tym momencie. Saris kiedyś służył WeddSa’ardowi (mam wrażenie, że ktoś czknął, zapisując to imię), ale już nie służy i teraz będzie woził pupcię Anaeli, jak rozkosznie. Jednocześnie dociera do niej, że to jego głos słyszała wtedy, gdy wczytywała po kilka razy save’a i to on ją poprowadził. Ale znów nijak się nie odnosi do tego spostrzeżenia.

Tymczasem Amre spędza czas w nieco mniej przyjemny sposób, przywiązany do drzewa i mdlejący co chwilę. W pewnym momencie nadchodzi jego pan – WeddSa’ard – i daje mu po pysku za to, że bez walki oddał Anaelę elfom. Uderza mieczem, kończąc żywot oficera.

W tym samym momencie odpoczywająca Anaela nagle wrzeszczy – w jakiś właściwy merysujkom sposób WIE, że Amre umarł i drze się na Reikana, że to jego wina.


Elf chwycił dziewczynę za nadgarstki i przytrzymał.
- Shanona zgładził jego pan. Teraz już wiesz, przed kim uciekamy?
- Amre żyłby, gdybyś zabrał go ze sobą. Nie jesteś lepszy od tego całego WeddSa’arda - odparła z miażdżącą pogardą, odtrąciła księcia i odeszła, by opłakiwać oficera w samotności.
*wali głową w ścianę* Jak można być TAK głupim?! Facet, niezależnie od tego, jak przystojny był i czuły się wydawał (pomijając fakt, że ją bił i wyzywał...), WIÓDŁ JĄ NA ŚMIERĆ. Tknęło go sumienie, ale był ranny i daleko by z nią nie uciekł przed swoim panem, więc jej idiotyczne zachowanie wobec Reikana i zgrywanie oburzonej księżniczki doprowadza mnie do szewskiej pasji.

Jadą. Anaela – ze śladami łez na policzkach, och jejku, jejku – pyta, „czy WeddSa’ard to miejscowy czarny charakter”. Pytanie całkiem zabawne, ale jak przypominam sobie, że pada z ust dorosłej kobiety, to czuję raczej zażenowanie. No cóż, zobaczyła świecące na niebiesko drzewo i doszła do wniosku, że jest w Australii, więc nie powinno mnie już nic dziwić. Reikan puszcza jej pytanie mimo uszu i zadaje własne.


- Czy odzyskujesz, Leddi, moc?
Karolina spojrzała nań zrezygnowana. Chyba moc popadania w kłopoty.
- Nie mam i nigdy nie miałam żadnej mocy. Czarowałam na niby. Takie tam transe i inne odloty. - Machnęła ręką.
Na tyle, na ile się kiedyś interesowałam wicca, wiem, że ludzie należący do tego wyznania WIERZĄ w przeprowadzane przez siebie rytuały; to samo się tyczy osób zajmujących się „prawdziwą” magią. Oni nie mówią, że czarują na niby. Oni traktują te sprawy BARDZO POWAŻNIE, wierzą w konsekwencje złego użycia czarów, rozgniewania duchów lub możliwość, że obrócą się przeciwko nim. Słowa Karoliny sprawiają, że coraz bardziej nie cierpię tej idiotki.

Ku jej ogromnemu zaskoczeniu elf parsknął śmiechem.
- Moja pani, raczysz żartować. Jesteś obdarzona najsilniejszym potencjałem, jaki spotkałem u człowieka: nie każdy zatrzymałby głownię miecza gołą ręką. Skoro w twoim świecie taką mocą władają „czarujący na niby”, nie chciałbym mierzyć się z tym, kto używa magii świadomie.
- W moim świecie magia nie istnieje - odparła.
Reikan otworzył szeroko oczy. Saris przysłuchujący się rozmowie stanął jak wryty. Wszystkie ludy Świata Światów zostały przez Primeę obdarowane magią. Skąd, na bogów, ona pochodzi?!
No i tu mamy całe wyjaśnienie. Karolina próbuje wytłumaczyć Reikanowi, skąd pochodzi: że z Ziemi, we wszechświecie. Reikan zapowietrza się i mówi, że Wszechświat to miejsce, do którego wygnano bogów, do którego udała się jego matka, Amarilla, w poszukiwaniu Pierwszej, Wybranej, coś tam, coś tam. Karolina upiera się, że w jej świecie nie ma magii. Reikan wyjaśnia, że skoro udało jej się dostać na Ferrin, Władcy Światów będą chcieli za wszelką cenę dowiedzieć się, jak tego dokonała, by mogli zawładnąć Wszechświatem. Historia raczej standardowa, ale jestem w stanie ją kupić, bo lubię motyw wielu światów i wędrówek między nimi.

Reikan informuje Anaelę, że znajduje się na terytorium niejakiej Bereniki de Sanctis i jest jej poddaną. Karolcia się, oczywiście, buntuje. Przy tym odkrywa, że Reikan czyta jej w myślach i dowiaduje się, że wszyscy obdarzeni mocą będą mogli to robić, kiedy ma otwartą aurę. Saris złośliwie namawia Reikana, by nauczył ją zamykać aurę.

I tu dzieje się coś dziwnego. Bardzo. Nie wiem, czy to brakujący fragment tekstu w ebooku czy co, ale ten fragment wygląda tak samo w kilku ebookach, które ściągnęłam. Nie jestem w stanie tego streścić, więc zacytuję.


- Naprawdę tego chcesz, pani? - upewnił się Reikan.
Przytaknęła jeszcze skwapliwiej. Nie znała nikogo ze Szkoły Czarownic, kto umiałby zamykać aurę. Książę westchnął z rezygnacją i nagle chwycił ją za głowę, przełamując odruchowy opór, zwrócił twarzą ku sobie i wbił swoje niesamowite oczy w jej rozszerzone źrenice, przenikając wprost do mózgu. Skuliła się mimowolnie. I poczuła, jak coś, co do tej pory miała otwarte na cały ten świat, zatrzaskuje się niczym niewidzialne, ale solidne drzwi.

Migoczący gdzieś w dali złoty płomień, który wiódł go do tej pory do celu jak po smyczy, zgasł nagle

- Szybko się uczysz - mruknął Sellinaris WeddSa’ard. - Co nie znaczy, że umkniesz.
- Teraz, gdy nie mogą nas już śledzić, spróbujemy uciec - oznajmiła zadowolona z siebie.
Reikan pokręcił głową, gasząc ten samozachwyt.
- Są za blisko.
- Ale jeszcze nie tutaj.
- Tutaj, tutaj. - Spojrzał w górę, gdzie nad koronami drzew krążył mały ciemny punkt.
- I nic nie możesz zrobić? Zupełnie nic? Saris powiedział, że potrafisz wszystko. Może portal otworzysz?
- W Lesie Tysiąca? - Znów to zmęczenie w głosie księcia, jakby musiał wyjaśniać coś oczywistego wyjątkowo tępemu uczniowi. - To wbrew zasadom.
- „Wbrew zasadom”?! I z tego powodu oddasz mnie tamtym, nawet nie próbując... - Głos
się jej załamał.
Reikan spojrzał na nią tak jak przed chwilą, gdy zarzuciła mu zdradę. Z nienawiścią niemal.
- Anaela nie zna zasad rządzących tym światem - napomniał księcia Saris.
Ten odetchnął głęboko. Zdusił gniew. Zielone oczy pojaśniały.
- Pozna je w swoim czasie. A dopóki nie pozna, będzie się do nich stosowała, ufając przyjaciołom, prawda, moja pani?
- I taka ufająca dobrowolnie udam się w nieznane z jakimś lordem, który mnie po drodze... no jak tamci, na polanie?
- Anaelo, Joysell Ellis nie śmiałby cię tknąć. Jesteś Leczącą. Nietykalną. – Uścisnął drobną dłoń dziewczyny.
- Ładna mi nietykalność. - Dotknęła sinego policzka.
Reikan niedbałym ruchem nabrał garść błękitu i przyłożył do twarzy dziewczyny. Ból ustąpił. Rozcięta warga zabliźniła się w mgnieniu oka. Elf uśmiechnął się pobłażliwie na widok miny Leczącej.
- Musisz nabyć tę i parę innych umiejętności, a gwarantuję, że b ę d z i e s z nietykalna.
NIE WIEM, co się dzieje. NIE WIEM, kto uczestniczy w rozmowie. NIE WIEM, gdzie to się dzieje. No po prostu NIE WIEM.

Wtem na spotkanie wyjeżdża im oddział elfów ze wspomnianym wyżej Joysellem Ellisem na czele, który to Joysell (cóż za mało kojarzące się imię... pamiętacie, że kiedy ostatnio go widzieliśmy, rżnął się w najlepsze z Bereniką? No więc z grubsza na tym polega jego życiowa rola) ma odprowadzić Anaelę przed oblicze Najwyższej Kapłanki Bereniki de Sanctis. Reikanowi się to jednak nie podoba.


- A jeżeli Leddi nie zechce z tobą pojechać?
- Wezmę ją siłą. - Joysell posłał Karolinie łobuzerski uśmiech.
- To najpierw będziesz musiał wziąć siłą mnie - odparł Reikan.
Mrrry, gay sex.

Do niczego nie dochodzi, bo Reikan i Joysell nie chcą się lać, więc ten pierwszy po prostu oddaje Anaelę drugiemu i jadą gdzieś jeden oddział za drugim. Znów mam uczucie, że czegoś nie rozumiem. Dopiero co się sprzeciwiał, a teraz bez oporu... Dobra, nieważne, w tej książce są jeszcze większe debilizmy do odkrycia.

Nagle w mroku nocy rozlegają się straszliwe krzyki wydawane przez wrzaskargi, czyli:


- Wstydliwa tajemnica elfów - prychnął Joysell. - Miejsce rzezi, którą wieki temu Ferrin zgotował Cieniom. Teraz gnieżdżą się tutaj wrzaskargi, martwe byty karmiące się złą aurą takich miejsc. Są niegroźne, powtarzają tylko to, co usłyszały, ale potrafią przyprawić o pomieszanie zmysłów. No i są pamiątką po tamtych dniach.
Koncept całkiem ciekawy, a i słowotwórstwo znów fajne. Niestety, jak wszystko, co fajne w tej książce, jest odsunięte na plan tak daleki, że niemal niewidoczny.

Drużyna jedzie przez całą noc. Rankiem wyjeżdżają z Lasu Tysiąca i konie – na wzór nigdy niemęczących się szkap z Atlantydy – radośnie cwałują ku otwartej przestrzeni. Wtem jednak się zatrzymują. Reikan chce otworzyć portal i teleportować nim Anaelę prosto do Alderiany. Reikan i Joysell przez chwilę się o to kłócą, lecz wtem odzywa się sama zainteresowana i kolejny raz doprowadza mnie do szału swoją bucerą:


- Panowie, chcę, żebyśmy wyjaśnili sobie jedno: jestem wolnym człowiekiem i sama o sobie decyduję. Jazdy konnej mam dosyć do końca życia i na końskim grzbiecie nie wytrzymam ani chwili dłużej. Od trzech dni marzę o ciepłym posiłku, gorącej kąpieli, może być bez piany, i długim śnie w czystej pościeli. Życzę sobie... ż y c z ę sobie – powtórzyła z naciskiem, patrząc Reikanowi w oczy - natychmiast znaleźć się w cywilizowanym świecie, a ponieważ do Ferrinu udać się nie mogę ze względu na zagrożenie utratą głowy tu obecnego - wskazała Joysella - proszę mnie przenieść gdziekolwiek, byle były tam owe trzy rzeczy: posiłek, kąpiel i łóżko. Wyraziłam się jasno? Lordzie? Książę?
Weź ją ktoś zabij...

Reikan otwiera portal do Komnaty Przejścia w Alderianie. Wciska Anaeli na durny łeb kaptur i nakazuje nigdy nie pokazywać nikomu swoich włosów, czym dziewczę jest zszokowane. I tu rozdział się kończy. Wreszcie, bo ciągnął mi się jak gówno przez morze... W kolejnej części dowiemy się nieco więcej o Berenice.

21 komentarzy:

  1. Gdzieś tam mignęło "tą jedyną" - TĘ.

    A miażdżąca pogarda przyprawiła mnie o spazmy.

    Jakiś taki mało analizowalny mi się wydaje ten Ferrin. Wszystko w nim jest absolutnie wkurwiające.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fuck >< Zawsze się pilnuję, a i tak gdzieś walnę byka z tą/tę.

      Usuń
    2. To zależy od kontekstu zdania, bo:
      Widziałem tę piękną kobietę.
      ale
      Widziałem go z tą kobietą.

      Uwielbiam wasze analizy ;)
      Lena

      Usuń
  2. *wali głową o blat stołu*
    Bardzo się starałam skomentować to w jakiś inteligentny sposób, ale wymiękłam >.< Dorosła kobita z lubością podpisująca się pod marzeniami siedmiolatki. Może gdyby główna bohaterka BYŁA siedmiolatką, jakoś by to przeszło. A tak nie za bardzo rozumiem, do kogo właściwie kierowana jest ta książka...
    Winky, bądź silna. Trzymamy kciuki.
    Makapka

    OdpowiedzUsuń
  3. "Czy to nie tak, jakby zobaczyć na łączce wielkie, groźne, zębate bydlę i nazwać je „O kurwa!”?"
    <3 Muszę tego gdzieś użyć, nie ma bata.

    Nic więcej inteligentnego nie wymyślę. To dziewczątko poraża mnie swoją bucerą, a elfi książę, to rzyg tęczą i haft krzyżykowy. Jako Noldo, czuję się wewnętrznie urażona taką marną podróbką Quendich - jak zresztą w większości książek fantasTy.

    OdpowiedzUsuń
  4. Fajnie się Ciebie czyta,ale JAKIE TO GŁUPIE!!!



    Chomik

    OdpowiedzUsuń
  5. Bucera takich marysójek przerasta wszelkie pojęcie. "Mam w nosie, że ratujecie mi życie i w ogóle staracie się mi pomóc. Ja CHCĘ odpoczynku! A jak nie, to foch!" Normalnie facepalm. Z tego, co pamiętam z książki, Karolcia nie stosowała się żadnej rady udzielonej jej przez przyjaciół, ale cóż... Czego się spodziewać po tak małym rozumku? ;>

    OdpowiedzUsuń
  6. A ja jeszcze raz powiem, lubię tę książkę, bo mam sentyment do takiego stylu XD!

    OdpowiedzUsuń
  7. Łiii, a ja kiedyś poznałam FANÓW tej książki. Niemożliwe? A jednak! Wszystko jest możliwe, gdy Mary Sue nie chce siedzieć na koniu. Czekam na Michasię, ona jest powalająca - cycki opadają.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jedno jest pewne- fanki tej książki mają w łbach nasrane.

      Usuń
  8. "Czy to nie tak, jakby zobaczyć na łączce wielkie, groźne, zębate bydlę i nazwać je „O kurwa!”?"
    Jak dla mnie to ma sens akurat ;).
    Nieprawdą jest, że językami stworzonymi przez Tolkiena można się posługiwać - ich słowniki są za ubogie, by quenya albo inny sindarin były funkcjonalne. Są co prawda ludzie, którzy uzupełniają te braki swoimi wymysłami i uczą się takiej "neoquenyi", ale to nie to samo.
    Pozdrawiam i kłaniam się nisko, Wypłosz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się że słownictwo w językach Tolkiena jest zbyt ubogie, żeby się nim posługiwać na co dzień, ale są one tworzone na podstawie języków starogermańskich i staroangielskich ( w których się zresztą twórca Śródziemia specjalizował) więc mają one sens i w miarę składną gramatykę. A już na pewno nie były tworzone na zasadzie przeganiania kota po klawiaturze i urozmaicania jego dzieła apostrofami, jak to zdaje się miało miejsce w tym wypadku :)

      Usuń
    2. Dlatego zwróciłem uwagę na to, że powodem niefunkcjonalności języków Śródziemia są braki słownikowe, a nie systemowe :).
      Co do innych "języków" w świecie Ferrin - trudno się wypowiedzieć, czy w ogóle są językami. Na pewno te zbitki zgłoskowe są bardzo trudne do wymówienia :).
      Pozdrawiam i kłaniam się nisko, Wypłosz

      Usuń
  9. OMG, LOL, ROTFL itp... Ja już myślałam, że znam takie puste pustaki ze znikomym ilorazem inteligencji, ale Karolinka bije ich wszystkich na głowę!

    STOP! Tego nie da się inteligentnie skomentować! Nie twoich analiz, bo one są epickie, ale chodzi mi o teksty w książce... i głupotę głównej bohaterki (phi... to trochę za "płytkie" określenie na "inteligencję" Karolinki :)).

    OdpowiedzUsuń
  10. A mi się wydaje, że jednak taka analiza nie ma sensu - jest mało cytatów, w większości są omówienia i bardziej niż analizę przypomina to recenzję, zjadliwą, ale jednak recenzję. Ciężko mi jednak uwierzyć, jak zła jest książka, bo w ten sposób da się streścić wszystko. Może lepiej jednak z większymi przerwami, ale bardziej "po analizatorsku"?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Forma analka jest jaka jest, bo poza przytaczanymi fragmentami na dobrą sprawę nie ma co cytować - albo nie jest to aż tak głupie, albo jest zwyczajnie nieciekawe z analizatorskiego punktu widzenia. A ponieważ między poszczególnymi cytatami robią się długie przerwy, to muszę streszczać. Nie wydaje mi się, by w przypadku tej książki zmiana na klasyczną analizę wyszła na dobre. ;)

      Usuń
    2. To może lepiej darować sobie analizę, a skupić się na zjadliwej recenzji? Dałoby to większe możliwości autorce, a i tłum by zawył z uciechy z pewnością (a przynajmniej ja jako część tłumu).

      Usuń
    3. A ja właśnie bardzo lubię tę formę analizy. Nie jest niemiłosiernie długa, a dzięki opisaniu opuszczonych fragmentów nie ma wrażenia wyrwania z kontekstu.
      A o darowaniu sobie analizowania nie może być mowy, to by mnie zabiło! ;)
      Zresztą wydaje mi się, że recenzja (zjadliwa, czy jakaś inna) opiera się na nieco innych zasadach. Raczej nie wgłębia się za bardzo w treść, żeby ludziom nie spojlerować i nie wiem, czy stosuje się cytaty. Ale mogę się mylić - bardzo długo żadnej nie pisałam.

      a tak przy okazji, dzisiaj coś dostaniemy? Ładnie proszę :)

      Usuń
    4. Ja też wolę taką formę jaka jest.

      Usuń
  11. Oj, faceci z dlugimi rzesami sa ladni:) Wiem z autopsji:D "Zniewiesciali" faceci tez:D Co ma byc zlego w byciu podobnym do kobiety? W koncu to my jestesmy plcia piekna...:D

    Jezeli zobacze na swojej drodze wielkie, zebate bydle to mam juz nawet nazwe:D Dzieki Ci Winky!:D

    OdpowiedzUsuń
  12. http://kiciputek.blogspot.com/2013/06/ogien-cycki-jednorozce-i-prawa-autorskie.html?showComment=1371297178784#c4562079056923338427

    Wychodzi na to, że szanowna aŁtorka nie tylko z fabułą i generalnie zdrowym rozsądkiem ma problemy, ale również z prawami autorskimi... innych. Poziom doprawdy wybitny!

    OdpowiedzUsuń