Czarne owce literatury czyli analizy ZŁYCH książek: Wielki triumf Kozy, czyli Zaklęta część 2

czwartek, 7 lutego 2013

Wielki triumf Kozy, czyli Zaklęta część 2

Skoro tak ładnie prosiliście, nie mogłam dłużej zwlekać z wrzuceniem tego analka, gdy wczoraj znalazł się na mym mailu - ukrywanie czegoś takiego powinno być karalne. Zapraszamy zatem na kolejną przygodę w michaśkowej wersji średniowiecza w sprawdzonym składzie: Jadzia, Makapka oraz wtrącająca się bezczelnie Winky.






Dziewczynka długo nie mówiła. Co prawda Baba gadała do niej dość często, nie chcąc, by dziecko wyrosło na niemowę, jednak zwykle opowiadała, a nie rozmawiała. Dlatego też dziewczynka rozumiała wszystko, jednak nie czuła potrzeby odpowiadania. I milczała, bo co miała mówić?
Właściwie nie mam już nawet siły zarzucać Michaśce brak riserczu. Ona go po prostu NIE ROBI, end of story. Ja się jednakowoż przyłożę i, mimo całej swojej niechęci do dzieci, wejdę na pierwszą lepszą stronkę i trochę się doedukuję.
Bo jak ochrzaniać, to porządnie.
<<Dziecko w 2–3. miesiącu zaczyna gruchać, czyli wypowiadać głoski „aaa”, „eee”, „uuu”, „ehhhr”. Testuje w ten sposób swoją krtań, gardło, język itd. (…)Półroczne dziecko zaczyna gaworzyć: wymawia pojedyncze sylaby „ma”, „da”, potem ich ciągi („ma-ma-ma”), a przed pierwszymi urodzinami słowa „mama”.>>
Jak się to ma do naszej dziewczyneczki? Bądźmy skrupulatni i cofnijmy się do samego początku książki. Okazuje się, że mimo gadającego wzorca w postaci zrzędzącej Baby, nasza Mary Sue in spe nie tylko nie interesuje się swoim narządem mowy, ale nawet nie płacze. Na podkreślenie tego Michaśka marnuje akapit albo i dwa, żeby tylko Czytelnik nie miał czasem wątpliwości co do tego, jak niezwykłym i niekłopotliwym jest ona stworzeniem. Było to już w poprzedniej części, ale co mi tam:

Nie było to trudne, cichszego dziecka bowiem nie znalazłoby się chyba na świecie;
A to, że dziecko, które nie płacze nawet podczas PORODU, ewidentnie cierpi na jakiś niedorozwój układu oddechowego, Ałtoreczce oczywiście umyka.
Nasza Dzidzia Idealna w efektach dźwiękowych ogranicza się zatem do kwilenia – a i to w odpowiedzi na jakąś gwałtowną zmianę w jej środowisku. Poza tym, skończywszy dwa lata, zaczyna nam toto meczeć. Internet twierdzi, że wyrazy dźwiękonaśladowcze dziecko opanowuje w przeciągu roku, ale okay, każde jest inne, można przymknąć oko, bo mamy tutaj znacznie poważniejszy problem.
A jak się ma do jej niegadania to, że Baba opowiadała, a nie rozmawiała? Do dzieci wystarczy mówić, nie trzeba co chwilę pytać ich, co sądzą na dany temat… Przecież dzieci często uczą się mówić z telewizora! I co, bajki prowadzą konwersacje?

Dopiero w piątym roku życia przyszła pewnego dnia do Baby ze stokrotką, która w jej drobnych paluszkach wyglądała bardzo dorodnie, i pociągnęła opiekunkę za spódnicę, jak zwykła to robić, gdy czegoś chciała (…) Gdy i to nie pomogło, poruszyła bezgłośnie wargami, sama chyba nie wiedząc, co dokładnie chce tym uzyskać.
Krótki fragment, a przeraża na wiele sposobów. Po pierwsze, zastanawiam się jak długo ta Baba zamierzała czekać z zachęcaniem dziewczynki do mówienia? Aż skończy osiemnastkę? A może posiadanie służącej niemowy było jej bardzo na rękę? Po drugie, skoro młoda coś tam sobie na początku kwiliła, to dlaczego pięć lat mając nie kojarzy poruszania wargami z wydawaniem dźwięków? Wychodzi na to, że cofnęła się w rozwoju i przestała w ogóle się odzywać, co w sumie potwierdza nam pierwszy fragment tekstu o niemówieniu. Być może któregoś pięknego dnia koźlątko ubodło ją trochę za mocno albo młoda wyśliznęła się Babie z rąk, przydzwoniła w próg domu, więc Baba ukryła ją w gruzowisku i powiedziała, że jakiś facet porwał jej Madziewróćwróćwróćwróćwróć
*odkaszluje zakłopotana*
Przepraszam, to ta późna godzina.
Z tej tabelki wynika, że dziecko z zespołem Downa może zacząć budować pierwsze wyrażenia zbudowane z dwóch słów do 60 miesiąca życia – czyli 5 lat! * z nadzieją w głosie * może ona ma zespół Downa?
Wow, to mogłaby być pierwsza merysójka, którą mogłabym polubić! Znałam kiedyś dwójkę dzieci z tym zespołem i były to najgrzeczniejsze dzieci EVER.
Już widzę Michaśkę, jak kreuje nieidealną główną bohaterkę, mającą przybliżyć Czytelnikowi skalę problemów i krzywdzących stereotypów, z jakimi zmagają się ludzie dotknięci tym zespołem. Babie też by to zaprocentowało, bo stałaby się kobietą chroniącą dziecko nie przed jakimiś z-dupy-wymysłami, tylko przed ciężkim losem, jaki niewątpliwie zgotowałoby mu średniowieczne społeczeństwo.
Tylko że NIE.
Matko, jak mnie to boli, gdy o tym czytam. To naprawdę taki piękny temat do wykorzystania: dziecko z zespołem downa albo autystyczne jako główny bohater, i to w średniowieczu na dokładkę. Ale nie, nie u Michaśki. Przede wszystkim, to trzeba by na ten temat mnóstwo poczytać i poriserczować w ośrodkach dla takich dzieci itp., ale przecież takie prozaiczne czynności uwłaczają jej czci. Po drugie: po Atlantydzie nie jestem w stanie sobie wyobrazić Michaśki, która tworzy inną postać niż taka, która jest opisywana jako piękna, szalenie mądra jak na swój wiek, cicha, wiecznie smutna, zamyślona... Zauważyliście? Ten bachor to wypisz-wymaluj Meihna, tylko kóz się nie boi.

Gdy i to nie pomogło, poruszyła bezgłośnie wargami, sama chyba nie wiedząc, co dokładnie chce tym uzyskać. Nagle wybełkotała coś podobnego do: „masz”, ale było to raczej niewyraźne zakwilenie (oho, kwiling skil iz bak), zbyt nieokreślone, by mogło odnieść jakikolwiek skutek.
Sorry, ale gdybym była Babą, która już zaczyna ogarniać, że bachor może być niemową, to jakikolwiek wydany przez nią dźwięk zwróciłby moją uwagę. Może Baba ma nadzieję, że bachor się dławi i udaje, że jest bardzo zajęta?
Albo myśli, że jeśli tylko nie będzie się ruszać, to mała jak jakiś dinozaur uzna, że jej tam nie ma i sobie pójdzie. xD

Dziewczynka spróbowała ponownie. Tym razem „masz” zabrzmiało dziwnie podobnie do autentycznego słowa i Baba zamarła z tłuczkiem w ręku, zastanawiając się, czy rzeczywiście coś usłyszała, czy tylko wyobraźnia się z niej naigrawa. Dziecko, widząc, że udało mu się zwrócić na siebie uwagę opiekunki, pociągnęło ją raz jeszcze za spódnicę i teraz Baba odwróciła się powoli, z oczami rozwartymi jak u polującej sowy.

W przyszłości dziewczynka miała uznać, że Baba podobna jest do ptaka, ze swoim haczykowatym nosem i orlim nawisem nad oczami.
Big Who Cares? >.< Właśnie jesteśmy świadkami narodzenia się nowego talentu For Mary Sue Only! Ogarnij się, narratorze, bo przeszkadzasz!

Teraz dziecko bez słowa wyciągnęło rękę do góry, machając Babie przed nosem stokrotką. Kobieta nachyliła się gwałtownie, wysuwając mocno szyję, i zaskrzeczała:
 - Coś mówiłaś? Powiedz, czy coś mówiłaś?
Dziewczynka patrzyła na nią spokojnie, wciąż z ręką w górze.
 - Masz – powiedziała najzwyczajniej w świecie – To dla ciebie.
I… już. Czy był to niedorozwój, niedosłuch, czy autyzm dziecięcy, nasza merysójka dzielnie stawiła mu czoła i zaczęła mówić ot tak sobie. Kochani, brawa, wielkie brawa…!
To jak w tym dowcipie o Jasiu, co miał 10 lat i przez ten czas nie powiedział ani słowa, aż pewnego razu przy obiedzie spytał: "A gdzie kompocik?". Rodzice popłakali się ze szczęścia i pytają, dlaczego do tej pory nie mówił, na co Jaś: "Bo zawsze był kompocik".

*
Pewnego dnia Baba zaprowadziła dziewczynkę na skraj lasu i powiedziała:
 - Pamiętaj, że za te drzewa nigdy nie wolno ci wychodzić.
 - A co tam jest?
Baba zastanowiła się przez chwilę, po czym, nie widząc innego wyjścia, odparła, wzdychając ciężko:
 - Wioska.
- A co to takiego?
 - To złe miejsce. Bardzo niebezpieczne i, jeśli ci życie miłe, nie wolno ci się nawet do niego zbliżać.
 - A co mi się tam może stać?
Niby taka aspołeczna ta Baba, a na kłopotliwe pytania pięciolatki odpowiada normalnie, wcale nie na odwal się. Za moich czasów pertraktacje z dziećmi były jednozdaniowe i brzmiały mniej więcej „rób, co mówię, bo w du…” To co dopiero mówić o średniowieczu?
A nie, moment. Baba doszła chyba do podobnych wniosków, bo postanawia dodatkowo zmotywować młodą do posłuszeństwa… szczypiąc ją w ramię.

- Tak właśnie jest w wiosce. Mniej więcej.
Chodzą wszyscy i się szczypią.

Dziewczynka stanęła nad strumykiem i rozpłakała się na dobre. Spojrzała na wznoszące się przed nią niczym żywy mur drzewa i zastanowiła się, jakie straszne okropieństwa kryją się za nimi, jakie potworności. Jej dziecięca wyobraźnia pracowała intensywnie, wygrzebując ze swoich czeluści wszystko, co sześcioletniemu dziecku, wychowanemu w środku lasu, ze starą kobietą i dwoma kozami, mogło wydawać się straszne: potknięcia, poranione kolana, niedojrzałe i gorzkie owoce, kolce jeżyn, zepsuty ser…
Wielkie dzięki, teraz nie będę mogła zasnąć przez tydzień >.<

To wszystko zamknęło się teraz w tajemniczym słowie „Wioska”, które niczym lodowaty podmuch wiatru przeszyło chłonną psychikę dziewczynki, usadawiając się gdzieś w jej najciemniejszym zakamarku i przybierając kształty prawdziwego potwora.
Nie, żeby Baba mówiła o MIEJSCU, które nazywa się Wioska. Mogłaby na przykład wyobrazić je sobie, jako wielką CHATĘ, a nie potwora…
Przybrało kształty potwora - just to make it clear – takiego z zepsutego sera i gorzkich owoców, który ciągle się potyka i ma poranione kolana…?
Ma ktoś do tego obrazek?

Dziewczynka stała na śliskim kamieniu, instynktownie łapiąc równowagę, a myśli jej zajęte były tworzeniem wizerunku upiornej Wioski – gdy nagle mały ptaszek, przysiadłszy na gałęzi, zaświergotał nad jej uchem, przerażając ją tak bardzo, że z piskiem zeskoczyła na trawę i czym prędzej pobiegła do chaty, przeskakując jak sarenka wystające korzenie i zmurszałe pnie. Od tej pory wymyśliła sobie stworzenie – Wioski, podobne do niedźwiedzia, ale z nogami człowieka i dziczymi kłami…
Hm. Moja wersja z serem miała jednak więcej sensu.
Znowu dziki... Bajdełej: a bachor widział kiedykolwiek na oczy niedźwiedzia albo dzika? W średniowieczu nie mieli kolorowych encyklopedii dla dzieci. Poza tym nie widzę związku z gapieniem się na drzewa, wystraszeniem się świergotu ptaszka i "od tej pory" wyobrażaniem sobie potwora jako NIEDŹWIEDZIO-DZIKA. Heloł...?

…i wypatrując jej za każdym drzewem, rozkoszowała się swoim strachem, chowając się za krzakami i rozglądając wesoło, czujna jak zając.
Wyszło mi takie cuś:
Rzeczywiście, piękna to ta Wioska nie jest…
A Meihna... tfu, nasza mała bohaterka nabrała cech opisywanych w "Atlantydzie" koni: jest radośnie podekscytowana swoim strachem. Uznam to za postęp.

*
Kochani, złapcie się czegoś, bo oto nadchodzi wiekopomna chwila.
(…) Dziewczynka siedziała na ławce przy palenisku i, machając nogami, czekała, aż Baba skończy przygotowywać jej jedzenie. Kobieta doiła właśnie kozę Młodą
Wzruszyłam się…

Niestety, podniosłość tej chwili nie dociera jakoś do naszych bohaterek. Baba dogląda strawy, mała bawi się znalezioną broszą. W końcu starowince świta, że filigranowa błyskotka raczej nie jest standardową zabawką przeznaczoną dla dzieci od lat sześciu, wszczyna więc dochodzenie.

 - Skąd to wzięłaś? – spytała sucho.
Dziewczynka zmarszczyła brwi.
 - Znalazłam. Tu, niedaleko… A co to jest?
 - Odłóż to, to z wioski!
 Na te słowa dziecko jak oparzone wyrzuciło z piskiem broszę do góry, podkulając nogi i chowając twarz w kolanach, i trudno było odgadnąć, czy się bawi, czy naprawdę jest przerażone. Błyskotka śmignęła w powietrzu i lądując, trzasnęła w zad kozę,
Chwila… Czy ona nie rzuciła tego do góry?! Gdzie ta koza siedzi, na suficie?!  
Nie no, jak spadała lotem nurkowym, to akurat w zadek trafiła. Taki splastickowy dżołk, dla ubarwienia historii.

która z przerażeniem kopnęła stojące obok niej wiadro, rozlewając mleko.
Skoro Baba doiła ją do tego wiadra to jakim cudem koza zdołała je kopnąć?! Potrafi kopać do przodu?
Może to koza Chucka Norrisa?
Sprostuję: wbrew pozorom kopytne są w stanie kopnąć do przodu, może nie tak jak w "Mustangu z dzikiej doliny", ale nawet przy podniesieniu nóżki do kopnięcia koza mogłaby wywalić wiaderko. ^^

Baba zaś wstała energicznie i złapawszy dziewczynkę mocno za ramię, tak że ta aż stęknęła, zaczęła ciągnąć ją ku wyjściu.
Sensacyjny zwrot akcji. Jeśli to są te walory fabularne, o których mowa na okładce książki, to chyba przyjdzie mi zaopatrzyć się w taśmę klejącą i podkleić powieki, żeby nie zasnąć. Anyway, młoda zostaje wygoniona do lasu, by tam stołować się w samotności.

Było tam drzewo, wygięte od wilgoci i starości (zawsze przypominające dziewczynce Babę), (…).
Big Who Cares? raz jeszcze! Okay, kumamy, dzieciak mieszka tylko z Babą plus Baba jest szpetna i pogięta równa się wszystko co szpetne i pogięte z Babą się kojarzy. Czy na serio trzeba się z tym wtrącać w z-dupy-momentach?
Chodzi o kontrast: z jednej strony paskudna, wredna Baba, która znęca się nad piękną królewną Kunegundą (Misia nie nadała łaskawie imienia swojemu alter [magna] ego, to sama to zrobię, łaski bez!), która jest TAAAKA biedna, niewinna i cudowna. Wstrętne Baby powinny znać swoje miejsce!

Teraz [dziewczynka, Kundzia] usiadła, obserwując swoje falujące w nurcie rzeki odbicie, i postawiwszy między kolanami wiadro z mlekiem, zaczęła przyglądać się poczerniałemu w kilku miejscach plackowi (jeżu, czy tylko ja mam skojarzenia z kupą?). Zdawało jej się, że ciemny wzorek układa się w postać kota, zdrapała więc nieco spalenizny, by dopracować kształt.
Pomijając frapujące przygody merysójki z nadpalonym plackiem, zastanawiam się, skąd ona wiedziała, jak wygląda kot. W książce nie ma słowa o tym, by Baba prócz dwóch kóz posiadała jakiekolwiek inne żywe i futerkowe stworzenia. Wątpię też, by trzymano je w wiosce, skoro rzecz dzieje się w czasach średniowiecznych (chyba, że to jakieś średniowiecze równoległe, w którym czarownice i owszem się pali, ale kotów jako wcielenia diabła to już nie). Czyżby więc żbik? Mam uwierzyć, że hałaśliwe dziecko widziało w lesie żbika tak często/na tyle długo, by zapamiętać kształt? CZY KTOŚ MNIE OŚWIECI?
                       
Dalej Michasia raczy nas ziewogennym bleblaniem o gorącym dniu, rześkiej wodzie, namokłym placku i spoconym czole. Ja wiem, że to ma być klimatyczne i pewnie nawet dla innych jest, ale ja jestem uprzedzoną do Michaśki malkontentką i będę zrzędzić.

To dziwne, ale gdy jest gorąco, nawet sam odgłos wody, chłodnej, pełnej energii, potrafi pomóc.
Zdradzę ci pewien sekret. Będzie jeszcze lepiej, jeśli do tej wody wejdziesz.

Następne dwa akapity to dość szczegółowy opis pożywiania się Mary Sue. Darujcie, nie będę go cytować, bo po pobieżnym przeczytaniu herbata próbowała mi się wdrapać po przełyku z powrotem do ust. Powiem tylko, że jest tam dużo mlaskania, skapywania, ściekania, morusania, wgryzania, żłopania, przeżuwania, grzęźnięcia (w gardle), męczenia się (bo ugrzęzło w gardle) i przetrząsania w poszukiwaniu przeoczonych resztek. Miało być tak:
a wyszło tak:
Dżisaz, pięciolatek, który nie potrafi nawet zjeść tak, żeby nie upieprzyć wszystkiego naokoło? Ja myślałam, że to jest ten okres w rozwoju człowieka, kiedy chcemy ZA WSZELKĄ CENĘ udowodnić, że wszystko siama, a rodzice są już zbędni…
…Mam dziwne wrażenie, że AŁtorka zainspirowała się tutaj jakimś starym wideo ze swojego dzieciństwa…

(…) Baba mierzyła się z problemem, z którym prędzej czy później musiała się zmierzyć. Kiedy zobaczyła w rękach dziecka broszę, wiedziała od razu, co to oznacza. Gdzieś w pobliżu kręci się człowiek, najprawdopodobniej kobieta…
I najprawdopodobniej cholernie zamożna, skoro tak sobie chodzi i gubi wysadzane szmaragdami broszki. Daleką drogę musiała do Baby przebyć, skoro służkę też zgubiła. I środek transportu.

…i szuka jej, wiedźmy, potrzebując tego rodzaju pomocy, jakiej tak bardzo nie lubiła udzielać.
Nie jestem polonistką, więc dajcie znać, jeśli plotę głupoty, ale czy nie powinno być „tego rodzaju pomocy, JAKIEGO tak bardzo nie lubiła udzielać”?

Nie to natomiast było jej największym problemem, obawiała się, że gdy będą ją odwiedzać kobiety, lub, co gorsza, może i mężczyźni
*kiwa ze zrozumieniem głową* Ten okropny pan Henio z gazowni…
MĘŻCZYZNA!!! MĘŻCZYZNA!!! CO GORSZA, MOŻE PRZYJŚĆ MĘŻCZYZNA!!!!!!!!!

prędzej czy później dziewczynka zetknie się z którymś z nich. A tego Baba chciała uniknąć najbardziej na świecie. Gdy tak zastanawiała się, jak nie dopuścić do skonfrontowania dziewczynki ze światem ludzi, rozległo się ciche, niepewne pukanie tak dobrze Babie znane, zawsze takie samo.
Może nie zawsze, matka merysójki akurat nie pukała. Tak czy owak, Baba przyjmuje klientkę, odbiera sowitą zapłatę i szorując się po fakcie, zauważa starą wieżę. W jej głowie zapala się żaróweczka. Gdy tylko młoda wraca do domu, Baba oznajmia jej, że od teraz mieszkać będzie w wieży, bo „jest już dużym bachorem, musi zacząć się usamodzielniać”.
O masz, i jeszcze dowiadujemy się, że smarkata ma osiem lat, nie sześć. Mogłaby nie dorastać z akapitu na akapit.
Dżizas, kolejna Renesmee.

Anyway, wieża jest tak śmierdząca, zakurzona i zapuszczona, że Mary Mimoza Sue… wymiotuje na schodach.
*parsk*
Osiem lat, czyli druga podstawówki. Jeśli dobrze pamiętam, miałam wtedy fazę na hodowle ślimaków, gąsienic i w ogóle wszystkiego co obślizgłe i odpychające, a kurz był moim najlepszym przyjacielem, bo super się w nim rysowało ja lubiłam błotko <3. Oczywiście średniowieczne (będę powtarzać do zrzygania, no ALE), żyjące w leśnej chacie dziecko przywykło do marmurowych posadzek i obić z aksamitu, więc teraz ma pod górkę.
Jakoś nie jestem w stanie wyobrazić sobie tego, że Baba utrzymywała sterylne warunki w chacie na środku lasu. I może jeszcze miały tam kanalizację i prąd?

Baba spojrzała na nią w ciemności, po czym uniosła fałdy sukni i zaczęła wspinać się niezgrabnie po krętych schodach, macając najpierw każdy stopień stopą, by upewnić się, że nie ma w nim uszczerbku czy pęknięcia. Dziewczynka, nie znając przecież pojęcia nieposłuszeństwa, poszła za nią (…).
Riiiight…
Czy nie byliśmy wcześniej raczeni opisem Kundzi, która od najmłodszych lat jest inteligentna i jest taaaaką indywidualistką? A tymczasem już kilka stron później okazuje się, że nie zada nawet jednego pytania dotyczącego celu trzymania jej w tej wieży?
To pewnie przez to opóźnienie w rozwoju. Wraz z nauką mówienia przepadły jej okresy buntu dwu- i czterolatka. Ale spokojnie, odbije to sobie, jak przyjdzie jej dojrzewać.

Dziewczynka przycupnęła szybko obok opiekunki i zaczęła wyrywać wraz z nią niezwykle żywotny i silny bluszcz. Lecz, nie mogąc się opanować, spoglądała co chwilę ukradkiem przez okno, zastanawiając się, co kryje się za drzewami, tam gdzie jej wzrok już nie sięgał. Spytała o to Babę. (…)
 - Mówiłam ci już. Tam jest wioska.

Dziewczynka spojrzała na nią szybko – Niech cię tam nie ciągnie, dziecko, tylko tu jesteś bezpieczna. Tam naprawdę nie ma niczego ciekawego, tylko brud, kłamstwo i zepsucie, tylko tyle – zełgała gładko Baba do swojej „zapłaty za pracę”, stojąc po kostki w zwierzęcych truchłach, odchodach i pleśni.
A poza tym, serio, jakie zepsucie…? To średniowieczna wiocha, nie Las Vegas!

 - Co to jest kłamstwo?
 - Kłamstwo? To jedna z parszywych broni istot z wioski. Okropna. Psuje od wewnątrz zarówno zwierzynę, jak i myśliwego, o ile nie bardziej nawet tego drugiego.
o_o?
Ktokolwiek potrafi mi wyjaśnić koncepcję zwierzyny psutej od wewnątrz przez kłamstwo, ręka w górę.

Dziewczynka wyobraziła sobie taką broń, nigdy niechybiający łuk (…).
Czyli że Baba miała i łuk, tak? I jak to ze średniowiecznymi kobitami bywa, umiała świetnie z niego strzelać, tak?
Nie muszę chyba wspominać jak bardzo patologiczne wydaje mi się to, że Baba przedstawia Kundzi wioskę jako istotę, a kłamstwo jako broń?

 - A ty masz taką broń? – spytała z niepokojem.
Baba zastygła, zastanawiając się nad odpowiedzią, po czym westchnęła (…).
 - Tak – powiedziała bardziej do siebie, niż do dziecka – Czasami. Ale tylko po to, żeby cię chronić.
 - Mnie chronić? Przed czym?
Baba spojrzała na nią poważnie.
 - Przed wioską.
Hehe. Stary, dobry paradoks toksycznej miłości.

Wbrew pierwszym wrażeniom, dziewczynka dość szybko przyzwyczaiła się do nowego miejsca, a to za sprawą widoku, który urzekł ją od początku i trzymał w tym urzeczeniu już zawsze, choć znała go na pamięć i potrafiła z zamkniętymi oczami wymienić każdy jego szczegół. Umiała całymi dniami siedzieć w oknie i patrzeć, jak chmury płyną leniwie nad drzewami, zlewając się z majaczącymi gdzieś daleko szczytami gór, tak nieosiągalnymi, tak nierealnymi dla niej, i nigdy jej się to nie nudziło.
A bo to takie okno było:
Wait a minute… Ona tam siedziała sama, zamknięta?! A co z kiblem i jedzeniem? Nie wspominając już o tym, że Baba chciała z niej zrobić sobie opiekunkę, jakim cudem oczekuje, że ktoś, kto będąc zamkniętym w tak młodym wieku bez kontaktu z nią i jej trybem życia będzie się nią opiekować? Jak absurdalny jest ten pomysł… Rozumiem, że Michasia chce, żeby Kundzia miała traumatyczne przeżycia, ale ta dziewczyna nie będzie (a przynajmniej nie powinna być) zdrowa umysłowo po takim potraktowaniu.
Jedzenie to jej Baba pewnie przynosiła, a co do kibelka to może nocnik był w użyciu… Ale to faktycznie idiotyzm – skoro w każdej chwili może się pojawić klientela, to mała powinna siedzieć w wieży non stop, ale siedząc w wieży non stop na nic się Babie nie przyda. I co z tego, że z okna widać tylko las, skoro jakaś kobita może dobijać się do drzwi albo przybiec z krzykiem, tak jak matka naszej merysójki, i młoda ją zwyczajnie usłyszy.
No to mamy nawiązanie do Roszpunki. Tylko że w przypadku PRAWDZIWEJ Roszpunki to miało sens. I kiedy ta dziołcha wreszcie dostanie imię?! Czekam na wyjaśnienie, dlaczego Baba nazywa dziewczynkę od warzywa.

Właściwie dziewczynki nikt nigdy nie przytulił (wyłączając powodowane instynktem, macierzyńskie gesty ze strony Kozy Starej, która co wieczór śpiewała dziewczynce kołysanki i przytulała ją, kiedy Baby nie było w domu), gdyż Babę można było posądzić o wszystko, ale nie o czułość czy skłonność do okazywania uczuć.
Aha, dobra... mamy babę o imieniu Baba, starą kozę o imieniu Koza Stara i młodą kozę o imieniu Koza Młoda. Booorzeee... A ja narzekałam na jednorożca o imieniu Jednorożec.

„Dzieci nieprzytulane wolniej rosną, częściej chorują, gorzej się rozwijają. Zwykle pojawiają się moczenie nocne, jąkanie, autoagresja oraz inne zaburzenia psychofizyczne.”
Huh.
:D
No, to też pewne usprawiedliwienie dla opóźnionego rozwoju.

Baba (…) traktowała ją dobrze i troskliwie, jednak dziewczynka zawsze była dla niej tylko „ludzkim dzieckiem”, którego niewyuczone, ale instynktowne i wrodzone – można powiedzieć – zachowania pokazywały, jak wiele jest w niej człowieka.
Fajnie, tylko że jeszcze nie tak dawno, bo jakieś 20 stron temu, Ałtoreczka rozpisywała się nad tym, jak to człowiek po narodzinach jest pustą kartą i można go bez problemu wychować na zwierzę, unikając właśnie w ten sposób typowo ludzkich zachowań. Jeśli teraz chciała pokazać, że Baba z leksza się przejechała na tej teorii, to mogła to ująć nieco mniej zawoalowanie. A tak ja mam pretekst do wbicia kolejnej szpili.
Oj, to było 20 stron temu, pewnie Michasia pisała to tydzień wcześniej. Wiesz, ile w tym czasie zdążyło się w jej życiu wydarzyć?!

Dopiero pewne nic nie znaczące z pozoru wydarzenie sprawiło, że Baba zaczęła patrzeć na nią inaczej.
Baba często brała ze sobą dziecko, gdy szła szukać ziół, z dwóch powodów: po pierwsze nie chciała zostawiać go samego w pobliżu chaty (ktoś mógł przecież przyjść tam pod jej nieobecność)
To po kiego ona siedzi w tej wieży, skoro sama w niej zostać nie może?
a po drugie dziewczynka trzymała jej zawsze kosz, gdy ona buszowała w krzakach w poszukiwaniu rzadkich roślin (…).
 - Wstawaj. Idziemy po zioła.
 - Co… Tak wcześnie? Nie chcę.
No i to tyle o nieznajomości nieposłuszeństwa. Fail, Mychasia, fail.
To pisała wczoraj! Może w międzyczasie napisał do niej TEN Michał z trzeciej „ce”!
A może to efekt pisania o trzeciej nad ranem? Czytałam w jakimś wywiadzie, że AŁtorka ma taki zwyczaj.
Oho, teraz czeka nas dość… niekonwencjonalny opis poszukiwania przez Babę ziółek.

Baba padła na czworaka i zaczęła pełznąć powoli przed siebie, węsząc czujnie i macając (niemamskojarzeń, niemamskojarzeń!!!) dokładnie rośliny, które wydały jej się podobne do tej, której szukała. Właściwie wciąż była noc, słońce nie wyściubiło jeszcze nosa zza drzew, tak więc nie dało się dojrzeć ziół i Baba posługiwała się jedynie węchem, dotykiem i być może jakimś szóstym zmysłem, co upodabniało ją do zwierzęcia jeszcze bardziej niż zwykle (ostatnio było do ptaka. Jakie zwierzę kojarzy się z szóstym zmysłem? Ogłaszam konkurs: do jakiego jednego zwierzęcia porównalibyście tę Babę o tylu talentach? Zwycięzca dostanie dyplom zrobiony w paincie i 20 komentów jak poda adres blogaska).

Dziewczynce to imponowało, sama nie potrafiła po ciemku odróżnić jagody od żurawiny.
Właśnie po to wymyślono dzień, żeby nie trzeba było tego umieć! >.<
I tak Baba ją tego nauczy, chociaż na początku mówiła, że niczego jej nie będzie uczyć. Dżizas, ona chyba ma okres permanentny, jakieś humory…
W tym wieku to już chyba menopauza?
*szeptem* Żurawina rośnie na torfowiskach, nie w lasku pod krzaczkiem!

Obserwowała wystający z traw czarny czepiec, zdradzający lokalizację ukrytej w gąszczu Baby, tak bardzo widoczny w środku czarnej nocy, i nagle, zupełnie nieoczekiwanie pomyślała, że chce być taka jak ona.
Nosić czepiec i pełzać wśród traw. W tym czepcu.
Właściwie pal licho pełzanie i trawy, dziewczynka po prostu chciała mieć CZEPIEC!
Też chciała mieć permanentny okres! Wait, właściwie każda Marysójka miewa humory i jest wredną, butną suk…

Nigdy wcześniej nic takiego nie przyszło jej do głowy, bo choć dziewczynka nie znała się na kanonach piękna ani nie widziała nikogo, kto mógłby je sobą reprezentować, jako żywe stworzenie czuła starość i brzydotę opiekunki.
A skąd wiedziała czym jest starość? Skąd właściwie wiedziała, że istnieje coś takiego jak piękno i brzydota? Pedagogika = fail, psychologia = fail, no Michasiu, zaskocz mnie wreszcie! (Kto układał ten tekst z tylnej okładki?)
No, też Michasia. O tej trzeciej nad ranem. ;)

Nagle owładnęła nią potrzeba zaimponowania opiekunce. (…)
 - Czego szukasz? – spytała, starając się, by zabrzmiało to tak, jakby doskonale się na tym znała i oferowała życzliwie swoją pomoc. Baba wlepiła w nią swoje wielkie ślepia ze zdumieniem i zaciekawieniem.
 - Ziół… - powiedziała, choć wiedziała dobrze, że dziewczynka nie o to pyta.
 - No wiem. Ale jakich? Czy… nauczysz mnie je rozpoznawać?
Nigdy się jakoś specjalnie nie interesowałam ziołami, w dzieciństwie raczej rzadko chodziłam z babcią na działkę, ale wiedziałam jak wyglądają jakieś podstawowe zioła, a ona ciągle chodzi z tą starą torbą do lasu (żeby przypadkiem nie spotkała jakiejś ciężarnej, która znowu się przypałęta) i nie ogarnia nic oprócz tego, że to jest zielone i rośnie?

Baba klęczała, ale teraz musiała usiąść z wrażenia. Podopieczna jeszcze nigdy nie pytała o zioła. Dla dziecka coś, co nie miało owoców ani kolorowych płatków, było po prostu nieatrakcyjne. Wprawdzie dziewczynka skończyła już dziesięć lat i Baba wzięła to teraz pod uwagę, ale dziesięć lat to i tak niedużo. Dzieci nie lubią ziół!
Bzdurabzdurabzdura! W średniowieczu dzieciaki od najmłodszych lat pomagały w gospodarstwie! Sorry, Michaśka, ale skoro ona ma już 10 lat, to jak na miarę tamtych czasów jest już niemal dorosła!
*wrrrrrr*
Zdaje się, że Kura w którejś analizie mówiła o tym, że dzieciństwo to dość nowy wynalazek, i ma w tym sporo racji. Drzewiej nie było taryf ulgowych dla małolatów: masz ręce i nogi, to zapierdzielaj!
Baba w końcu wychodzi z szoku i decyduje się nauczyć młodą tego i owego, całkiem oczywiście niepomna na swoje dawne decyzje, by niczego jej nie uczyć („Nie planowała przekazać mu swojej wielkiej wiedzy zielarskiej i lekarskiej (…)”).

 - Mogę zdradzić ci kilka moich tajemnic, ale ostrzegam: zielarstwo to nie jest łatwa sztuka.
 - Nie chcę, żeby była łatwa! Umiem robić wiele łatwych rzeczy, teraz chcę spróbować czegoś trudnego! Tak dla odmiany.
Jestem w końcu tą merysójką, czy nie jestem, gaddemyt!
Sick. Każde dziecko przecież tak mówi. Proste.

Mała chce się uczyć, Baba chce ją uczyć. Można by pomyśleć, że to koniec tematu, ale…

 - Nauczysz mnie zbierać zioła?
 - Po co?
 - Bo chcę umieć.
Baba zastanawiała się chwilę, co bardzo wyraźnie odmalowało się na jej twarzy. W końcu skinęła głową.
(…)
…Żeby jednak Czytelnik nie miał już ŻADNYCH wątpliwości:
 - Czego szukasz?
 - Ziół.

Dziewczynka (…) roześmiała się typowym dla dzieci, donośnym śmiechem, przywodzącym na myśl odgłos mknącego po zboczach górskiego potoku.

 - Więc co to jest? (…)
 - Lolium temulentum.
 - Co takiego?
 - Lolium temulentum, potocznie taumelloch, schwindelhafer, lokis hafer, schlafkorn… Jeszcze jakieś nazwy?
Ja poproszę tę po polsku, bo i taka istnieje =_=’
Wyjaśni mi ktoś, skąd Baba zna łacinę i szwabski? Zresztą, na Wuj zbiera roślinę, która od zawsze uważana była za chwast, a nawet truciznę? Tyle pytań… A to dopiero początek, sesja się skończyła, także napier…! Do następnego razu, kamraci!

A ja obiecuję, że następny będzie Ferrin!

36 komentarzy:

  1. Tak chciałam zauważyć, że w średniowieczu mieli koty, ba, mieli ich sporo. I w Polsce (choć nie mam bladego pojęcia jakie realia Miśka opisuje) nawet za bardzo za nie nie palili, bo w ogóle Inkwizycja nie szalała u nas zbyt intensywnie. Miała jakiś relatywnie krótki okres "rozkwitu", ale tak ogólnie to w skali Europy Polska była ledwie muśnięta procesami o czary.

    Ta książka jest chyba nudniejsza niż Atlantyda.
    Ujęła mnie Baba - poliglotka.
    I chyba trafiłyście w sedno, z tym, że Miśka nie pamięta tego, co sama napisała tydzień temu. Ale tak całkowitego braku jakiegokolwiek rozeznania w temacie to chyba jeszcze nie widziałam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ oczywiście, że mieli koty, tego w żadnym razie nie kwestionuję:) Chodziło mi głównie o to, że chatka Baby stoi gdzieś głęboko w lesie, a potencjalne koty łapią gryzonie w tej niesławnej wiosce, której młoda na oczy nie widziała. Nawet jeśli część z nich czmychała do lasu, to szanse, że akurat ominęły wszystkie drapieżniki, dotarły w pobliże domostwa Baby i dały się z bliska oglądać na tyle często, by małe dziecko nauczyło się je rozpoznawać, są raczej niskie - stąd moje czepialstwo;)
      W sumie od biedy można by to przełknąć, ale to samo powtarza się z łukiem. Nie wierzę, że stara zgarbiona Baba, która podróżuje z kozą i kociołkiem, targa ze sobą łuk, a jednak mała wie, co to takiego i jak działa. Skąd, u licha? >.<
      *wzdych*
      (To pisałam ja, Makapka)

      Usuń
    2. Tak, łuk jest debilny :P

      Usuń
  2. Porównałabym Babę do świni, też jest mistrzynią w węszeniu. Albo do szczura, ten rzekomo jest wszechstronny. Teraz czekam na 20 komci na moim slit blogasku Stara Zelandia i dyplom z painta XD

    OdpowiedzUsuń
  3. Atlantydy nie zmęczyłam nawet z analizami, ale to ksiopko podoba mi się bardzo (oczywiście nie w stanie czystym). Może jestem przewrażliwiona, ale wyczuwam u Miśki zgubne natchnienie Sapkiem i Brzezińską - to przez tę babę-poliglotkę. Ale niestety, Brzezińską uwielbiam, Sapka może nie lubię, ale cenię kunszt i, naprawdę, samym "ja chcę jak oni" dużego sukcesu się nie odniesie. Trzeba mieć wyczucie i wiedzieć, kiedy do fabuły można wrzucić dziwnego pustelnika-konowała, rzucającego łaciną na prawo i lewo oraz warzącego w chatce bimber z mandragory, if U know what I mean.
    Przez to wszystko zerknęłam na moje stare opowiadanie sprzed dwóch lat, co było takie superwypaśne, że je chciałam na konkursy wysyłać i podpisywać własnym nazwiskiem. Czytam, a tam jakieś malachitowe trawy, jasne snopy mieczy i sołtys w zabitej dechami dziurze, będący szlachcicem. Gdyby moi rodzice pracowali w jakimś wydawnictwie, analiza owego opka pewnie już wisiałaby na Czarnych Owcach :) Ale przynajmniej była fajna scena palenia wiochy po pijaku! *czuje się dowartościowana*

    OdpowiedzUsuń
  4. W "Zaplątanych" już było więcej głębi (toksyczna miłość matki itp.) ;P Czytać zanalizowane opko - ok, ale to coś zostało wydane. Ktoś tu musiał mieć naprawdę niezłe koneksje / pieniądze. No mniejsza. Analiza fajna, choć ta cała "Zaklęta" już jest ta głupia, że nic, tylko zrobić jeden wielki headdesk ;]
    Dawaj Ferrin, Winky ;D

    OdpowiedzUsuń
  5. W sumie ta książka to tylko lanie wody i to nudne i nieprzemyślane. Za to komentarze cudne, w życiu bym bez nich przez ten tekst nie przebrnęła:)Już sam tytuł pierwszej części mnie ómarł:D Michaśka mogłaby się tak ze dwa razy zastanowić zanim coś napisze, bo straszne głupoty wymyśla i przeczy sama sobie. Cały czas miałam wrażenie, że w ogóle nie uważała, co pisze i nie miała żadnej przemyślanej fabuły.

    Hahalina

    OdpowiedzUsuń
  6. Są dwa cholernie trudne tematy do opisania/napisania/zrobienia.
    Podróż w czasie i wychowywanie bez żadnych odnośników (łuk i reszta sprawy, naturalność wychowania, nauka dziecka, a raczej jego brak). No i jak widać Michaśka na tym poległa całkowicie. Pisała, bo pisała, ale pomysłu na to nie miała.

    OdpowiedzUsuń
  7. Jeżu, jeżu, kto pisał zielonym i czemu ten odcień jest taki nieprzyjemny na moim monitorze? D: Aż musiałam sobie zaznaczać tekst, co by przeczytać bez wypalania oczu.
    A Michaśka chyba na wosie przespała lekcje o socjalizacji, bo by wiedziała, że jak dzieciaki są wychowywane w takich warunkach, to prędzej umierają, niż z tego wychodzą. Czytaliśmy sobie kilka takich historyjek, i naprawdę przy tym jak boChaterka była wychowywana powinna chodzić na czworaka i meczeć, ale... co Mary Sue to Mary Sue. Ale i tak my wszysyc się czepiamy, a to tylko fikcja literacka *wywraca oczami* I pomyśleć, że to dziewczyna w moim wieku jest! D:
    Atlantydę ostatnio widziałam w biedronce za 9.90, strasznie to grube było i aż odpychało samą okładką!
    A tak w ogóle to zgłaszam sprzeciw! Koza nie powinna być maskotką, Saris(o ile tak się zwał konio-cień Karolinki) z Ferrinu jest dużo bardziej zajebistrzy i jest mhrocnym jednorożcem!!!!!111!!!
    I... i ja chcę już kolejne części Ferrinu, bo czytałam to bez analizy i wiem jakie to jest... kiepskie.


    Pozdrowienia śle, Czytelnik Ninja! ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obiecuję poprawę w następnej części! W wordzie to jest taki przyjemny zielony kolor. Co do biedronki, to nawet brałam pod uwagę wydanie tych 9.90 i spalenie na jakimś przyjemnym stosiku (satysfakcja gwarantowana). Ale kasy szkoda. I drzew.
      Jadwiga.

      Usuń
  8. Ten blog to jakaś kpina? Dziewczyno ! skoro jesteś tak idealna to sama stwórz takie powieści.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może jeszcze powiesz, że zazdrościmy jej talentu? :))

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    3. A ja swoje napisałam i nawet analizuję, in your face, anonimie! XD

      Usuń
    4. Michasia? To Ty? :D
      Jadzia

      Usuń
    5. Ja bym raczej błagała: nigdy, przenigdy NIE pisz takich powieści XD Anonimowi chyba się coś pomyliło :)

      Usuń
    6. No i gdzie jest przycisk "lubię to", kiedy go najbardziej potrzeba? :c

      Usuń
  9. Do tworzenia tak głupich, nielogicznych i nudnych "powieści" potrzeba więcej "talentu" niż ma komentująca "dziewczyna" w liczbie trzech analizatorek, podejrzewam, że o wspólnych siłach by rady nie dały... :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żeby stworzyć taki koszmarek? No raczej,takiego talentu ze świecą szukać.

      Usuń
  10. Ja mam pytanie - czy mała Mary Sue w końcu opuszcza las, czy też przez całą resztę powieści czytelnik skazany jest na przemyślenia Baby?

    Maryboo

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My z Jadźką jeszcze nie wiemy, czytamy i komentujemy to cudeńko z marszu (btw, czy ktoś w ogóle był na tyle mocny, by przebrnąć przez calutką "Zaklętą"?). Ale spokojnie, książka ma prawie 500 stron, Maryśka z pewnością nie będzie siedzieć w tym lesie do końca powieści.
      ...Prawda?

      P.S. Jako wierna fanka kozy Kozy absolutnie nie zgadzam się na odebranie jej statusu maskotki!;D

      Makapka

      Usuń
  11. Baba maszerująca na czworaka przez krzaki i węsząca w poszukiwaniu ziół jak nic kojarzy mi się z tymi tresowanymi świniami od trufli. :'D

    OdpowiedzUsuń
  12. Może jeszcze powiesz, że zazdrościmy jej talentu? :))

    No pewnie!Ja też tak chcę!Chcę zobaczyć swoje książki w Biedronce!

    Ze ktoś to napisał,to rozumiem, też pisałam dyrdymały straszliwe.
    Ale kto to publikuje?

    chomik

    OdpowiedzUsuń
  13. Ta książka jest tak zła, że aż chcę ją przeczytać... nie ścierpię czekania na następne analizy, a książki nie mam gdzie dorwać, ani myślę też kupować.

    Dziękuję za dobrą zabawę, śledzę bloga od jakiegoś czasu ale komentuję pierwszy raz.

    xoxo

    OdpowiedzUsuń
  14. a tak w ogóle: http://www.mmwarszawa.pl/photo/1692712/Michalina+Olszańska+Fot.+Gabriel+Piernikarz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Proponowałabym Michasi zostanie przy modelingu, bo że ładna jest, to nie można jej odmówić. Niestety, jak to kiedyś powiedział ktoś znany (nie pamiętam, niestety, kto) o karierze Jennifer Lopez: modelki już tak mają, że wydaje im się, że są we wszystkim świetne, podczas gdy jest dokładnie odwrotnie. ;]

      Usuń
  15. Ja tak w nawiązaniu do życicy rocznej.
    Na kłosach/ziarnach tej trawy (obecnie w Polsce, dzięki wiekom niszczenia, pod ścisłą ochroną)lubią sobie rosnąć pewne grzyby, wydzielające trujący alkaloid (temulinę).
    Spożycie mąki z temuliną powoduje zawroty głowy i osłabienie.

    Jak poczytałam o grzybkach pomyślałam że Baba chciaaa wytruć wioskę i dla tego zbierała tą trawę

    OdpowiedzUsuń
  16. A można wiedzieć, kiedy następna odsłona "Anhara"? Albo i ostatniej części "Eragona", to znaczy "Dziedzictwa"? Tak nieśmiało pytam...
    /nieśmiało pyta/
    Michalina Olszańska ma kłopoty z pamięcią. Albo z logiką. Albo - z wszystkim na raz.
    /trzyma kciuki za wszystkie Czarne Owce Literatury. Bardzo mocno/
    serdecznie pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anhar myślę, że się pojawi, choć jeszcze nie mam potwierdzenia od analizatorek, ale Eraś to obawiam się, że mnie zmógł na amen... On jest TAKI nudny. T_T Ale ktoś na forum SuSa coś mówił o zrobieniu własnej analizy "Dziedzictwa", więc nie wszystko stracone, może one go zarżną, a jak zaczną, to dam znać. ;)

      Usuń
    2. Niestety, nasza analiza Dziedzictwa chyba podła na pierwszy rozdziale, bo chyba za bardzo się rozdrobniłyśmy. Ta książka jest mordercza.

      Usuń
  17. Schwindelhafer zrobil mi dzien:D Niemce to potrafia nazywac sobie ziola. Ale moim faworytem i tak pozostaje Beifuß ( moje tlum. Przynog :D:D)

    Jezeli chodzi o Sredniowiecze: czarownice palono dopiero w poznym sredniowieczu. Gorsza slawe pod tym wzgledem ma Renesans. Pod wzgledem obyczajowosci takze: spadla wtedy liczba nieslubnych dzieci. A taka wioska w Sredniowieczu to mogla byc jak najbardziej do glebi zepsuta, oj mogla..

    Kura ma racje, jako historyczka potwierdzam. Dziecinstwo wymyslono pod koniec 18 wieku, podobnie jak "kobiecosc" (przedtem kobieta byla "kalekim, niedoskonalym mezczyzna" by sw. Tomasz). A Joanna D ´Arc tez pasla bydlo.

    OdpowiedzUsuń
  18. Okej, analiza cudna, i miodna, ale od paru dni takie coś chodzi mi po głowie... Nie czepiajcie się tak tego wieku dziecka, i co powinno wtedy robić...
    Postaram się to tak wytłumaczyć, żeby było jasne, ale nie obiecuję, ze mnie zrozumiecie ; D
    Z psychologii rozwojowej - teraz dzieci rozwijają się szybciej niż wcześniej, jeśli chodzi o mowę, chodzenie, możliwości. Jedna z przyczyn jest taka, że wzrasta świadomość społeczna, że dziecko trzeba stymulować, pomóc mu w rozwoju i się nim zajmować.
    W każdym razie, w ciągu kilkudziesięciu lat, widać OGROMNY postęp w wieku, jak się dzieci rozwijają.
    Dołączmy do tego jeszcze efekt Flynna(http://pl.wikipedia.org/wiki/Efekt_Flynna), który istnieje, być może od rewolucji przemysłowej(a może od zawsze ;D). I jednym z możliwych wniosków jest to, że dziecko w średniowieczu mogło się rozwijać o wiele wolniej niż dzisiaj, i rzeczywiście, mogło zacząć mówić w trzecim roku życia, na przykład.

    To tyle z mojej strony, i nie czepiajcie się tak tego rozwoju dziecka - może Michaśka pisze tak z autopsji ; D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Angie, wszystko rozumiem i masz oczywiście rację z tym rozwojem i stymulacją. Jak dla mnie, to mała mogła sobie spokojnie zacząć gadać w tym piątym roku życia, gdyby tylko zostało to jakoś sensownie i realistycznie przedstawione: a to problemy z wymową określonych dźwięków, a to jakieś błędy w konstrukcji zdania, ale NIE. Michasia pisze beztrosko, że dziecko długo nic a nic nie mówi, aż tu nagle bęc! - wypowiada pierwsze zdanie z idealnym "sz" i od tej chwili mówi już normalnie >.< Stąd tyle flejmu z mojej strony, bo to po prostu TAKNIEDZIAŁA, wrrr.

      Zirytowana Na Samo Wspomnienie Makapka

      Usuń
  19. Z tym dzieciństwem to nie ja byłam, tylko Sine. W analizie "Achai":

    "Zanim znajdzie się ktoś, kto zacznie bronić biednego, zagubionego dziecka, przypomnę tylko, że dzieciństwo - w takim znaczeniu, w jakim je pojmujemy dziś - jest stosunkowo nowym wynalazkiem. W świecie Achai jest normalne, że czternastolatka wychodzi za mąż i rodzi dzieci, a piętnastolatkowie idą do wojska. Dlaczego więc bohaterka zachowuje się i myśli jak współczesna nastolatka?"

    OdpowiedzUsuń
  20. "- Co to jest kłamstwo?
    - Kłamstwo? To jedna z parszywych broni istot z wioski. Okropna. Psuje od wewnątrz zarówno zwierzynę, jak i myśliwego, o ile nie bardziej nawet tego drugiego.
    o_o?
    Ktokolwiek potrafi mi wyjaśnić koncepcję zwierzyny psutej od wewnątrz przez kłamstwo, ręka w górę."

    Ja chyba wiem! :D Zwierzyna to ofiara kłamstwa, a myśliwy to kłamca! :D Ha! Wygrałam coś?

    OdpowiedzUsuń
  21. spiesze sprostowac ze sa dzieci które nie płacza przy porodzie i nie jest to niepokojacym objawem ino znakiem lekkiego porodu. chociaz w przypadku a) sredniowiecza b) porodu takiego jak opisany brak płaczu raczej by oznaczał panike wsród akuszerek

    OdpowiedzUsuń