Czarne owce literatury czyli analizy ZŁYCH książek: Rechoczący magowie czyli Powieść antymagiczna, część 2

wtorek, 12 marca 2013

Rechoczący magowie czyli Powieść antymagiczna, część 2

Ludzie, weźcie się tak nie spinajcie, że "co to ma być, już osiemnastowa godzina, gdzie analiza?!", bo tak się nieprzyjemnie składa, że do siódmej to ja na uczelni siedzę. Także no. :P

Od razu uprzedzę, że za tydzień może nie być analizy, bo szykuje mi się okres niemania czasu i szykowania się na Pyrkon. Jak uda mi się coś skrobnąć, to raczej nie Ferrin, bo on menconcy jest, no ale zobaczymy.

Pozwolę sobie jeszcze podać wyniki sondy rozsądzającej, jakie zmiany czekają dalsze analizy Ferrinu. Ponieważ przedstawiają się tak, jak na poniższym obrazku, ogłaszam wszem i wobec, że zmian nie będzie. ;)


A tymczasem Tacz i Pokrzywka zabierają nas ponownie do krainy antymagii, gdzie po dniu następuje popołudnie, bohaterowie mają imiona jeszcze mniej wyszukane niż u Michaśki, a czarownicy wydają z siebie bardzo dziwne odgłosy i to jest normalne. Have fun!





ROZDZIAŁ II

Po mglistym, dość ponurym dniu nadeszło słoneczne popołudnie.
Tego... po dniu to sobie może co najwyżej nocka nadejść. Pani Nawrocka chyba miała na myśli ranek?
Może to tylko błąd w ebooku? *zapytała z nadzieją*
Tak czy owak, Gordek cieszy się ze zmiany pogody, bo teraz może wyjść do ogrodu bez wzbudzania podejrzeń. Najwyraźniej spacer w pochmurny dzień nie jest na dworze króla społecznie akceptowany.
Zadowolenie Gordka zaś objawia się zrzędzeniem na głos i obgadywaniem koleżanki po fachu. Ja wiem, że to nie on jest główną postacią w tej książce, ale drugi rozdział z rzędu o marudnym i obcesowym dziadku niekoniecznie zachęca do kontynuowania powieści. To trochę tak, jakby dwa pierwsze odcinki Kubusia Puchatka były o Kłapouchym…
Albo cały początek "Zaklętej" o marudnej Babie... ^^ (NMSP)

- Swoją drogą - mruknął - co też ta wariatka Glapinia opowiadała ostatnio? Że pracuje nad zaklęciami wywołującymi zmiany pogody? Stara czarownica, a głupia!... Jakby istniały zaklęcia kierujące pogodą, już dawno ktoś by je odkrył.
Krótki skecz z życia losowo wybranego odkrywcy:
 - Hej, Fleming, co się tak wpatrujesz w tę płytkę z pleśnią?
 - No bo patrz… Tutaj była taka fajna kolonia gronkowców, a teraz rosną tylko te śmieszne grzybki. Zupełnie jakby zeżarły wszystkie bakterie…
 - Ech, Fleming, stary ty, a głupi. Jakby istniał tak prosty sposób na zabijanie bakterii, już dawno ktoś by go odkrył!
 - Hm. A, pewnie masz rację. - Fleming wzruszył ramionami i cisnął płytkę w cholerę.
Koniec.

Widocznie wielka magia nie jest aż tak wielka, skoro ze zwykłym deszczem nie może dać sobie rady!... Albo po prostu Gedes udziela swej wiedzy tam, gdzie sam ją posiadł, a deszczu i słońca przecież nie wymyślił... Należy kiedyś głębiej przemedytować i to
zagadnienie!
Okay, ta zgryźliwość sącząca mi się przez ekran do chałupy zaczyna wyglądać cokolwiek znajomo. Gord zachowuje się jak mój dobry znajomy, który przez większość życia był gorliwym chrześcijaninem, aż tu pewnego dnia stracił w wypadku pół rodziny i światopogląd mu się zawalił. Do dziś tkwi w kryzysie, a jego jedynym sposobem radzenia sobie z negatywnymi emocjami jest wywalanie ich na wszystkich dookoła. Wypisz wymaluj nasz eks-czarodziej Gordek, który obecnie pomstuje na magię w każdej wolnej chwili…
… i który już do końca książki będzie mi się kojarzył z rozgoryczonym już-nie-katolikiem, z wielką pustką w miejscu dawnej wiary.
(I trochę mi teraz dziwnie, biorąc pod uwagę proreligijne przesłanie tej książki o_o).

Wydaje mi się, że trochę nadanalizowałaś. ;) Ale okej – Gord ma focha na magię, która kiedyś zrobiła mu kuku. Ewentualnie żadnego kuku nie było, bo Gordzio któregoś dnia po prostu usiadł na tyłku i zaczął myśleć. Pardon, medytować. To chyba drugi najpopularniejszy powód utraty wiary.
Tak czy inaczej, pani Nawrocka ma tutaj pole do popisu, jeśli chodzi o psychologię i motywację postaci. Czy coś z tego wyjdzie? Przeczytamy, zobaczymy.

Po czym Gordoneo wyjął z zakamarków szaty swój złoty notes i coś w nim szybko zapisał.
Hi! Notes z tematami do przyszłego angstowania. Tego nie miała nawet Bella.
Wtem! Enemy appears!

- O czym tak rozprawiasz ze sobą, szlachetny Gordoneo?
- O niczym ważnym, szlachetny Kreaturro
Hehe. Mag Magissimus, wstrętny Kreaturro... Dobrze, że ta cała Tereska nie nazywa się po prostu Dziewczynna.

 - odpowiedział zaskoczony nagłym spotkaniem starzec i schylił nisko głowę, sprawdzając jednocześnie, czy ma na sobie safianowe rękawiczki. Na szczęście włożył je przed wyjściem! Trudno było oczywiście wierzyć w te wszystkie plotki, od których trząsł się często pałac Magissimusa, ale kto wie...? Może Kreaturro naprawdę posiadł sztukę czytania z zamkniętych albo odwróconych dłoni? Może naprawdę jest szpiegiem Najciemniejszego i te wszystkie dziwne wyroki ostatnich miesięcy...
- Co robisz, o szlachetny, w Ziołowym Ogrodzie?
Gordoneo zaryzykował:
- Umówiłem się potajemnie z Jego Książęcą Mością!
… i nagle odechciało mi się śmiać…

- Dlaczegóż to potajemnie? Macie przecież dwa razy w tygodniu spotykać się niepotajemnie na lekcji śpiewu...
„Źle! - przeleciało przez głowę Gordonea - wie już o szczegółach mojej rozmowy z królem, chociaż odbyła się zaledwie dziś rano! Bardzo mi się to wszystko nie podoba!"
Och nie! Podstępna Poczta Pantoflowa znowu atakuje!

Z pomocą przyszło mu jednak wrodzone poczucie humoru, zawsze odróżniające go od „rasowych" czarodziejów, którzy w miejsce poczucia humoru odznaczają się na ogół... poczuciem ironii i sarkazmu.
Nieno LOL. Bo ta tyrada z poprzedniego rozdziału o jasnowidzach i psychologach była taka śmichu-chichu, wcale nie sarkastyczna!
Wieszanie psów na Glapinii to też taki dżołk rubasznego wujaszka.

- Kochany Kreaturro! - zawołał zatem - czy widziałeś kiedyś młodego adepta sztuki czarodziejskiej, który zgodziłby się przyjść na spotkanie z profesorem-nudziarzem niepotajemnie, kiedy potajemnie jest mniej zwyczajnie i bardziej ekscytująco?
… o______o
*wyobraża sobie szesnastoletniego księciunia, który w pląsach leci na potajemne spotkanie ze starym facetem, chichocząc przy tym z podekscytowania*
*rzucając po drodze ten fajny czar na rumieńce, którego nauczyła go Królowa Matka*

- Punkt dla ciebie, Gordoneo.
ZA CO ten punkt? To ma być szczyt słownej żonglerki?

Ale powiedz mi jeszcze, co będziecie tu robili?
Weź nie mów, ja tam nie chcę wiedzieć.

- Co będziemy tu robili? No właśnie... Co będziemy robili? Ach! Przypomniałem sobie... Będziemy słuchali bzyczenia owadów, których tu, w Ziołowym Ogrodzie jest, przyznasz sam, najwięcej... A potem spróbujemy przełożyć te melodie na muzykę instrumentów! Genialne, prawda? Czy sądzisz, że gdybym zaproponował to Księciu niepotajemnie, dałby się zwabić, rezygnując z czasu na ulubione lektury?
- Nie sądzę - mruknął Kreaturro, niezadowolony z obrotu rozmowy.
- Ja też nie sądzę! - wyznał czarodziej, przybierając naiwny wyraz twarzy.
W sumie to ma sens. Kiedy się nie ma talentu do ciętej riposty, lepiej grać nieszkodliwego półgłówka.
Daj mu szansę, jeszcze będzie z niego troll.

Kiedy Kreaturro zniknął w alei, taszcząc ze sobą ziołowy wiecheć, Gordoneo usłyszał szelest za plecami. Odwrócił się bez lęku, poznając znajome szuranie płaszcza.
Jedynego szurającego w rytmie cha-cha.

Stał oto na ścieżce wysoki młodzieniec o oczach zielonych jak brzozowe liście i długich, brązowawych włosach. Od dziecka uczony panowania nad wyrazem twarzy, wyglądał jak posąg, ale usta, młode i wesołe, ledwie powstrzymywały pragnienie śmiechu:
...skóra zaś jego mieniła się w słońcu wszelkimi kolorami tęczy, przywodząc na myśl skrzący się diament... wróć, nie ta bajka.

- Witaj, mistrzu! - ukłonił się uprzejmie. - Zaczniemy od  bzyczenia pszczół, dudlenia bąków czy jazgotu much?
- Po pierwsze, książę, nie mów do mnie „mistrzu", o co wciąż ciebie proszę, bo taki ze mnie mistrz, jak z koziego ogona powróz,
Już od dawna chodziło mi to po głowie. Miło, że sam się przyznał.

a po drugie - przyznaj się: podsłuchiwałeś! To bardzo nieładnie!
Brzydki książę! A fe!
Oj, dostaniesz ty dzisiaj klapsa!

- Nie podsłuchiwałem! Przynajmniej nie w sposób, o jakim pewnie myślisz...
- Ach tak! Więc jeszcze gorzej! Używałeś czarów do podsłuchiwania cudzej rozmowy! Jakież to niskie, panie! Godne czeladnika albo krawca, nie króla! A co ze szlachetną sztuką przebierania się za krzaczek, którą tak długo ćwiczyliśmy?

- Och... - żachnął się chłopiec - Dlaczego zawsze strofujesz mnie za używanie czarów?
 - Bo skoro mnie magia nie sprawia już przyjemności, to tobie też nie powinna…! Eee, znaczy się… o, patrz, skowronek!
A tak poważnie, to jestem pod wrażeniem, że Gordoneo dożył swojego wieku. Udawanie półgłówka to jedno, ale kwestionowanie mocy Gedesa na głos i besztanie księcia za używanie magii, podczas gdy KAŻDY może go podsłuchać – czy to przy użyciu zaklęć, czy kamuflażu z krzaczka – to już prosta droga na stryczek.

Mój ojciec, Degon, Asellus, Paroteo, Lupus... byliby dumni, że potrafię korzystać z nauk, które wkładają mi do głowy, a ty...
- Też mi idole!- zaśmiał się pobłażliwie Gordeneo. (Poza twoim szlachetnym ojcem Magissimusem, oczywiście! - poprawił się prędko.) Degon - chciwiec, alchemik, Asellus - miotacz przedmiotami na odległość, Paroteo - bezlitosny wariat, rozszarpujący czarne koty w poszukiwaniu śladów kolejnych wcieleń Gedesa i wreszcie największa szuja - Lupus - pospolity truciciel, hodowca rycynusów i żmij. Przystoi ci lepsza kompania niż taka!
- Ale to najpotężniejsi i najmądrzejsi czarodzieje w królestwie! Przynajmniej tak twierdzi mój ojciec... Od kogo zatem miałbym pobierać nauki?!
Wiecie co? To już Terry Pratchett lepiej i celniej wyśmiał/skrytykował/sparodiował magię i jej użytkowników, a żadna z jego książek nie aspirowała bynajmniej do bycia anty-magiczną. Pani Nawrocka natomiast próbuje wzbudzić w Czytelniku odrazę i niechęć do tych wszystkich, wymienianych ciurkiem z imienia czarodziejów. Na siłę, jak najszybciej i przy najmniejszym wysiłku ze swojej strony.
Co chcesz, przecież u Meyer takie podejście się sprawdziło. ;)   

- Najmądrzejsi powiadasz? To tylko dowodzi, w jakim stanie...
I tu zapalczywy Gordoneo ugryzł się w język, ale książę był inteligentnym rozmówcą:
- To tylko dowodzi, w jakim stanie znajduje się nasze państwo,
zarządzane przez mojego ojca - Największego Maga... - dokończył, rzucając każde słowo jak wyzwanie, chociaż tak się może tylko starcowi wydawało.
Zgięty w niskim ukłonie, Gordeneo czuł, jak pot strachu spływa mu po plecach.
Gordek zrobiłby lepiej, gdyby poświęcił czas wolny na naukę strategicznego myślenia i może jeszcze trzymania języka za zębami. Ale nie, ten się woli umawiać na potajemne spotkania ze swoim małoletnim uczniem.

Książę jest jednak miłosiernym garystujem i odpuszcza Gordusiowi jego grzechy. Coś jednak dręczy jego młody umysł, bo…
Pod ostatnim dębem alei książę zatrzymał się nagle, pociągając Gordonea za rękaw szaty:
- A teraz mi powiedz! - rozkazał.
- Kogo miłujesz bardziej, mnie, czy Teresę? Och, nie trzymaj mnie już dłużej w niepewności!

Długą chwilę stali tak obaj, patrząc sobie w oczy. Gordoneo z głębi duszy podziwiał przenikliwość i bystrość umysłu chłopca.
Tam przenikliwość. Do księcia po prostu też dociera poczta pantoflowa.

- Czy Wasza Książęca Mość jest już świadom, że Magissimus postanowił zezwolić ci na przekroczenie Bramy Ostatecznego Poznania i Furtki Wczesnego Krakowa cztery lata przed zwyczajowym terminem?
Skoro „WASZA” mość, to jak potem może być „ci”…?

Książe oczywiście wie i zaciesza.
 - Od kilku miesięcy astrologowie zapowiadają jakieś nadzwyczajne wydarzenia, mające wprowadzić wielkie zmiany w życiu królestwa... A poza tym... ja sam go o to poprosiłem...!
- Poprosiłeś?! - prawie krzyknął Gordoneo.
Książę zdziwił się zdziwieniu mistrza i odpowiedział mu tą odpowiedzią:
- Czy tobie, nauczycielu, nie zdarzyło się nigdy prosić o spełnienie twoich marzeń tych, którzy mają władzę je spełnić? Po cóż innego od wieków uprawiamy magię, jeżeli nie dla spełniania swoich tajemnych pragnień?!
- Co ty wiesz o magii, dziecko!
Brawo, Gordek. Mów tak dalej do Jego Książęcej Mości.

- A co ty wiesz o magii, mistrzu?
O, touché! A co na to Gorduś?
- Ja jestem... tylko... nauczycielem śpiewu Waszej Książęcej Mości...
Ta, teraz to Mości…
- Nauczycielem śpiewu... Czy również śpiewem uratowałeś życie mojemu ojcu?
I dwa do zera dla księcia!
Gordoneo od zawsze czekał na to pytanie. Odkąd tylko poznał bliżej Anhara, pragnął gorąco opowiedzieć mu najdziwniejszą historię swojego życia i wyjawić skrywaną od lat tajemnicę...
*wyciąga notatnik z przygotowaną zawczasu kartą pacjenta i poklepuje zachęcająco kozetkę*

- Czy Magissimus raczył poinformować ciebie, książę, kiedy masz przekroczyć Bramę Ostatecznego Poznania?
Powstrzymam się. Powstrzymam się.

- Trzynastego dnia miesiąca Meget. Dokładnie za pięćdziesiąt dni.

Gordoneo zbiera się więc na odwagę i proponuje Anharowi intymną… znaczy się, wspólną wyprawę poza tereny pałacu, obiecując przy tym opowiedzieć księciu to i owo i pokazać mu prawdziwe oblicze magii. Księciunio omal nie pada rażony apopleksją na samą myśl, że oto być może zdobędzie tajemną wiedzę i stanie się superkul, ale śpiewmistrz beszta go za tak niemoralne pragnienia i…

– (…) …I na życie twej matki, a moją głowę! Postaw potrójne straże u bram własnego języka!
Ma Gordzio tupet, to trzeba mu przyznać >.<


ROZDZIAŁ III

 - Interesujący pomysł, Gordoneo - pochwalił po chwili namysłu Magissimus, wywijając od niechcenia kryształową fajką.
Przeczytałam „pałką” i mi się skojarzyło.
…No bardzo ci dziękuję za tę jakże apetyczną wizję…!

- Czy wystarczy wam sześć dni? Jesteś pewien, że mój syn ułoży w tym czasie najwspanialszy hymn, jaki kiedykolwiek napisano na cześć Gedesa, a przekraczając ostatnią z Bram Ostatecznego Poznania, zaśpiewa go w najwspanialszy sposób, jaki kiedykolwiek wymyślono?
Będzie go rapował?
Chyba jodłował…

- Obaj zrobimy wszystko, aby tak się stało, o Najciemniejszy!
Znowu się przyczepię, być może na wyrost, ale bardzo mnie irytuje takie natarczywe ukazywanie magii jako tej ciemnej, brzydkiej i niedobrej. Wiem, wiem, książka anty-magiczna, ale czy w Constantinie Lucyfer robiłby takie wrażenie, gdyby zamiast białego miał czarny garniturek?

Gordzio usiłuje wytłumaczyć królowi, że zabieranie na wycieczkę połowy dworskiej służby nie wpłynie najlepiej na zdolności twórcze jego synka. Synek potakuje. W końcu udaje im się ustalić, że wybiorą się w towarzystwie głuchego giermka i, cóż za szok, Tereski. Konieczność posiadania akurat tego głuchego giermka ze wszystkich dostępnych niegłuchych giermków księciunio tłumaczy tym, że nie życzy sobie, by ktoś podsłuchiwał jego śpiewy.
Król jednak nie jest taki głupi i wyłapuje w rozumowaniu Anhara dziury wielkości rosyjskiego meteorytu:

- Dobrze, ale co w takim razie zrobisz z nauczycielem i służącą? Dlaczego oni mieliby zostać bez powodu wyróżnieni?
- Co z nauczycielem i służącą?... Odeślę ich w odpowiednim momencie, kiedy nie będą mi już potrzebni! - wydął pogardliwie usta książę, a była to najmądrzejsza odpowiedź, jakiej powinien udzielić w takim momencie.
W JAKIM odpowiednim momencie? Anhar sugeruje, że przez 5 dni podróży będzie układał wszystko w głowie, a szóstego każe reszcie spadać, żeby mógł ocenić, czy to w ogóle jakoś brzmi w wersji audio?
Oj rety. Przecież w takim razie równie dobrze mogliby wziąć normalnego giermka, prawda? A w sumie to Anhar mógłby po prostu wyruszyć sam, skoro nie zamierza się dzielić pomysłami ze swoim śpiewmistrzem. Magiś pewnie zaraz im to wygarnie…

Magissimus zaklaskał w dłonie:
- Brawo, synu!
…Albo i nie =_=

Oto słowa godne następcy tronu! Zaczynasz brzmieć jak prawdziwy buc, mój ty garystujku! Radzę ci je zapamiętać, Gordoneo - zwrócił się do pochylonego w ukłonie starca - zawsze pamiętaj, gdzie jest twoje miejsce!
- Ja ani na chwilę nie zapominam, królu!
Nie licząc tych niezliczonych momentów, kiedy gadam, co mi ślina na język przyniesie, włączając w to niepochlebne komentarze na temat ciebie i twojego królestwa oh wait.

Gordoneo w ostatniej chwili uświadomił sobie, że na czas jego nieobecności należy zabezpieczyć komnatę!
Jestem tuż obok, narratorze, po co zaraz krzyczeć?

Na pomoc - jak zwykle w takich sytuacjach - wezwał Teresę:
- Odkurzaj wszystko, tylko dokładnie!... A niech to Gedes ściśnie, gdzie moja różdżka?!... Widziałaś gdzieś złote wahadełko? Kot się nim bawił ostatnio...
To lepiej sprawdź w kuwecie.

Popatrz, moja droga, co to człowiek może znaleźć pod kanapą, jak dobrze poszuka: magiczny kubek energetyzujący, pastylki homeopatyczne mistrza Venturusa, zaraz, na co to? Aha! Jest napisane: „Na sklerozę albo na cellulitis, w zależności od potrzeb"...
*rzuca się zaglądać pod swoją kanapę*

Opakowanie po kartach... Tereso! Tereso, nie widziałaś gdzieś kart?
- Dwa miesiące temu paliłeś nimi w kominku, panie...
- Jesteś pewna?
- Tak... wygarnęłam resztki razem z popiołem...
- Pech! Skąd ja wezmę używaną talię kart o północy?! A właśnie! Już północ! Muszę lecieć do ogrodu po miskę żabiego skrzeku, żeby tu sobie postał i pośmierdział, jak nas nie będzie.
Powiem Wam, że całkiem lubię ten fragment. Przypomina mi Stare Dobre Czasy, kiedy człowiek na dłuższy czas zostawał sam w domu i bawił się w Kevina. I potem ta panika, kiedy okazywało się, że została godzina na zatarcie śladów…
Inna rzecz, że trochę to bez sensu. Każdy mógł przecież poczekać, aż Gordzio wyjdzie, dajmy na to, na lekcję śpiewu, wśliznąć się do komnaty i odkryć, że omg, nikt tam od dawna nie czarował. Gordek powinien utrzymywać pozory na co dzień, a nie od święta.

Pamiętasz, ile razy trzeba splunąć za siebie, jak się to paskudztwo zgarnie? Sześć czy trzynaście razy?...
- Nie wiem, panie, ale myślę, że raczej sześć, bo trzynaście byłoby trudno...
- No tak. Logiczna z ciebie dziewczyna!
Logiczna to sobie może być kostka Rubika. Człowiek może co najwyżej myśleć logicznie.
*przerywa buszowanie pod kanapą na rzecz natychmiastowych zawodów w pluciu na odległość, ale przypomina sobie, że brzydzi się śliną i nigdy nie pluje*
Cóż, ja też nie pluję, ale wydaje mi się, że zrobienie tego sześciokrotnie raz za razem również nie byłoby łatwe.
I tak ma szczęście, że nie sześćset sześćdziesiąt sześć razy.

Ledwie Gordek idzie spać, a tu już budzi go Tereska. Okazuje się, że wstyd, zaspał, a księciunio czeka i nerwowo potupuje. I to nie sam…

Gniew królewski w żadnym stopniu nie mógł jednak zaskoczyć Gordonea tak, jak widok, który uderzył jego oczy u wejścia do stajni: przed bramą stały cztery dorodne konie i jedna stara klacz – wszystkie zwierzęta objuczone i przygotowane do drogi!
„Co to ma znaczyć?" - chciał zapytać Gordoneo, ale w tym samym momencie dostrzegł Kreaturra.
- Wolą Jego Królewskiej Mości jest, abym ja wraz z mistrzem Lupusem asystował wam w podróży zamiast głuchoniemego giermka. Dla bezpieczeństwa i opieki...
No. Jednak pan król nie taki głupi.

- To jakaś pomyłka, Kreaturro! - stary Gordoneo prawie stracił panowanie nad nerwami i gotów był rzucić się na czarodzieja. – Wczoraj osobiście uzgadniałem z Magissimusem szczegóły wyprawy i nie było tam mowy...
- Wczoraj się nie liczy! - Kreaturro najwyraźniej pewien był swego, bo uśmiechał się pobłażliwie, patrząc Gordoneowi prosto w oczy.
Horoskop, wróżba z chińskiego ciastka, nawet herbaciane fusy wyraźnie mu to powiedziały.

- To wszystko prawda, Gordoneo! - młody książę wyglądał na bardzo zagniewanego. - Nie mam ochoty marnować ani chwili dłużej! Ruszamy!
(…) Biedny Gordoneo! Nie tak wyobrażał sobie początek ich wspólnej wyprawy!
Wiemy, wiemy… miał być trójkącik, a tu coś takiego…
Zasmucony Gordek angstuje, ma jednak tyle przytomności umysłu, by ostrzec Anhara i Tereskę przed kłopotliwą mocą Kreaturro. Rękawiczki szczęśliwie wszyscy mają.

Teresa również próbowała zbliżyć się do nich, ale Kreaturro przeciął jej drogę:
- Gdzie mieszkasz, sługo?
- W pałacu, panie!
- Rech, gre gre gre gre gre rech!

- Rech, gre gre gre gre gre rech! - zasyczał Kreaturro jak grzechotnik i miało to być coś, zdaje się, w rodzaju śmiechu.
*ociera pot z czoła* Aha…
Boru panie, a myślałam, że skrzek składa.
Tylko co tam robi to „zasyczał”, skoro chodziło najwyraźniej o drugi koniec grzechotnika?

-Widzę, szlachetny Gordoneo, że masz taką służącą, na jaką zasługujesz! Godna
mistrza! Wie, gdzie mieszka, to nie trzeba się wykosztowywać na obróżkę z adresówką. Gre gre gre gre gre...

- Pytamy, skąd pochodzisz! - znowu odezwał się Lupus, a Gordoneo, Teresa i Anhar pomyśleli w tej chwili zgodnie, że Lupus jest jeszcze bardziej odrażający, kiedy się odzywa niż wtedy, kiedy milczy.
Ślini się, gdy mówi?

- Moja rodzina mieszka w Medesie.
- W Medesie? Gdzie to jest?
- Na południowy zachód od Południowego Wodospadu.
- Ach... tam... zamruczeli jednocześnie Kreaturro i Lupus, spoglądając porozumiewawczo na siebie, a potem bystrym wzrokiem omiatając najpierw Teresę, potem Gordonea...
- Czy wiesz, synu Najciemniejszego, niech deszcz wiecznej wiedzy zawsze obmywa jego głowę, niech władza jego trwa na wieki, niech potęga jego budzi strach, niech syn jego będzie najpotężniejszym magiem, przełamie tajemnicę Gedesa i zdobędzie jej owoc! – tu chrapliwie zaczerpnął oddech i podjął - Czy wiesz, książę, że kraina rozciągająca się na południowy zachód od Południowego Wodospadu, to ziemia buntowników?
Może i by wiedział, gdyby mniej czasu poświęcał na ćwiczenia wokalne, a nieco więcej na zapoznawaniu się z sytuacją w królestwie.

- Buntowników? Cóż ty za bzdury opowiadasz, Kreaturro! - Gordoneo zatrząsł się z gniewu.
- Buntowników, o których mówi się, że nie czczą należycie Gedesa, o których mówi się, że spiskują przeciw Magissimusowi, o których mówi się, że uprawiają jakiś dziwny rodzaj magii - tak plugawy i nikczemny, że żaden szanujący się czarodziej nie zniżyłby się...
- Na Brazdenota! - zaśmiał się serdecznie Gordoneo, odzyskując zwykłe mu poczucie humoru. - Gdybym potrafił, wyczarowałbym tysiąc worków złota temu, kto sprawił, że taki mag jak ty, Kreaturro, przestraszył się plotek, które powtarzają w pałacu podkuchenni! „Mówi się...", „dziwny rodzaj magii...", „żaden szanujący się czarodziej nie zniżyłby się...!" Cha, Kreaturro! Wmawiaj służbie, a nie mnie i Jego Książęcej Mości, że gdyby istniał jakiś, jak powiadasz, dziwny rodzaj magii, to ty, jako szanujący się czarodziej nie zniżyłbyś się do sprawdzenia, co się pod tym kryje i czy przypadkiem nie mógłbyś wyciągnąć z tego jakichś korzyści dla siebie...!
Odpowiedzią na te słowa było lisie spojrzenie Kreaturra i wyjący śmiech Lupusa.
Aaa. To dlatego matula dała mu imię Lupus.

Magowie spierają się, co tu u licha zrobić z piątym kołem u wozu w postaci służącej. Pada propozycja, by zostawić ją na drodze zamienioną w drzewo, ale Prince Charming nie chce o tym słyszeć:
- Życzeniem moim jest, abyśmy ruszyli w dalszą drogę. I tak dość czasu zmarnotrawiliśmy. Służąca Gordonea pojedzie z nami. Może się jeszcze przydać.
*wink wink*

- Pod warunkiem, że w galopie nie spadnie z tej starej szkapy i nie zleci w jakąś przepaść... - mruknął Kreaturro. Nie lubił Aseret, odkąd podsłuchał, jak Gordoneo nazwał ją „Teresą". Prawdziwie zaś znienawidził ją w pewne piątkowe popołudnie, gdy ten niespodziewanie nazwał ją „Brunhildą”.
I tą piękną argumentacją rodem z przedszkolnego podwórka kończymy analizę trzeciego rozdziału. Do następnego!

7 komentarzy:

  1. To jest takie, takie głupie :(

    Historyjka z życia Fleminga wspaniała. Zgodnie z teorią Gordonea wciąż tkwilibyśmy na drzewach.

    OdpowiedzUsuń
  2. Te imiona są zabójcze! Zwłaszcza Kreaturro. I Magissimus. Zrozumiałabym, gdyby to był tytuł królewski w tym przesiąkniętym magią państwie - ale imię? Jakoś dziwnie.
    I chciałabym się dowiedzieć, na jakiej podstawie Gordoneo twierdzi, że Lupus, Kreaturro, Paroteo są tacy fuj i błeee i ohida. Czy dlatego, że jeden z nich jest imiennie wilkiem, drugi kreaturą, a trzeci ma coś wspólnego z papugą? Gordoneowi akurat mamy wierzyć, bo... bo co?
    Bo tak?
    Dzięki za ten kawałek!

    OdpowiedzUsuń
  3. To się robi obrzydliwe...

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten śmiech mnie zniszczył, myślałam, że z tego skrzeku znienacka wylęgły się żaby.

    OdpowiedzUsuń
  5. Pierwsza analiza Anhara mi się nie podobała, ale ta jest super i przyznam, że kilka razy mnie nieźle rozśmieszyła (Twoja uwaga o Babie, Winky - takoż cudna!). Powodzenia w dalszej części, widzę, że będzie się działło.

    An.

    OdpowiedzUsuń
  6. http://www.youtube.com/watch?feature=player_detailpage&v=ls0_aotFqlg#t=18s - Jak dla mnie pasuje do śmiechu/składania skrzeku Kreaturro.

    OdpowiedzUsuń
  7. Zdjęcie tego psa mnie zniszczyło :D Najlepszy komentarz do tej całej, za przeproszeniem, książki :D

    OdpowiedzUsuń