Czarne owce literatury czyli analizy ZŁYCH książek: Świat według Michasi, czyli Zaklęta część 3

wtorek, 5 marca 2013

Świat według Michasi, czyli Zaklęta część 3

Zanim zacznie się analiza, zapraszam do wzięcia udziału w sondzie, która rozstrzygnie spór o to, jak powinna wyglądać analiza Ferrinu. Nie wszystkim podoba się jej obecna forma i jak najbardziej mogę to zmienić, ale chciałabym mieć pewność, że zmiana będzie na lepsze, a nie na gorsze. :)

http://sonda.hanzo.pl/sondy,185584,PHmT.html

(Chciałam wkleić tu gotową sondę, ale blogspot coś odmawia współpracy).

No, to bez dalszego przedłużania, zapraszam na dalsze przygody wciąż bezimiennej dzieweczki w pseudośredniowiecznej, Michalinkowej rzeczywistości. :) Dziś będzie się działo: będzie o aborcji (!) i o tym, kto ma duszę, a kto nie. Analizują: Jadzia, Makapka, okazyjnie wtrącam się ja.






Baba tłumaczy Kundolindzie, że życica jest trującą rośliną, nasza królewna pyta więc o cel zbierania rośliny.
Tu mięśnie baby (tym razem z małej litery) ściągnęły się, a ona sama (żebyśmy nie mieli wątpliwości, że nikt jej nie pomagał) zazgrzytała zębami, zła na samą siebie (żebyśmy nie mieli wątpliwości, że nikt jej nie pomaga w tym, żeby być złą na siebie), że w ogóle podjęła temat. Przyczyna bowiem, dla której ona potrzebowała lolium, absolutnie nie mogła zostać wyjawiona dziewczynce, jej mózg więc zaczął na gwałt przypominać sobie (ale tylko mózg, nie na przykład wątroba), w czym jeszcze pomaga to zdradzieckie zioło (aha, czyli roślina „śmiertelnie trująca”, jak dowiedzieliśmy się kilka linijek temu, pomaga?), którego spożywanie na dobrą sprawę jest zbyt ryzykowne, by opłacało się nim leczyć cokolwiek.
W, T, F? To w ogóle istnieją trucizny, którymi się LECZY? Czy to się przypadkiem nie, tak jakby… wyklucza?

Tyle jest przecież bezpieczniejszych ziół, którymi można je zastąpić.
O czym ona pierdoli? W czym zastąpić? To jest trucizna, ona MA BYĆ niebezpieczna. Jeśli poszukujesz bezpiecznej rośliny, to nie rozwódź się nad tą trującą, gad demyt! Czy to jest jeden z tych akapitów, które mają sprawić, żeby książka miała 471 stron?!

 - Pomaga na reumatyzm, bóle żołądka, zawroty głowy… - powiedziała niechętnie - …ale nie wolno ci go zażywać. Nie znasz się na dawkowaniu, rozcieńczaniu ani w ogóle na niczym! Zabiłabyś się przy pierwszej okazji!
Jeszcze pomaga na potencję, gól głowy, stawów, mięśni… w ogóle, jak się napijesz wywaru z tego zioła, nic cię nie będzie bolało… nigdy…
Kundzia czuje się zawstydzona, więc Baba ją pociesza, że wszystkiego ją nauczy. „Zawsze przyjdź i pytaj” – mówi, chociaż wcześniej jęczała i angstowała.

[Baba] zdała sobie nagle sprawę, że teraz będzie musiała robić za mistrza, nauczyciela, którym tak naprawdę nigdy nie chciała być, choć wielu ją o to prosiło.
Permanentny okres odsłona druga? (Mówię ci, że to menopauza…) Raz nie chce być nauczycielem, potem ją uczy, potem znowu angstuje, że jej nie chce… A zwróciliście uwagę na to, jaki zaszczyt pierdyknął naszą Kundzisławę, że Baba łaskawie zgodziła się ją uczyć, chociaż zwykle była silna selekcja kandydatów? Najwyraźniej nigdy żadnej Mary Sue w tych stronach nie było.
Niezły numer z tej Baby. Ciągle marudzi, jakie to ludziska paskudne, że przyłazi toto i głowę z byle powodu zawraca, że po jej lesie się plącze, że już nawet bezczelne zawyżanie cen tałatajstwa nie odstrasza…  Ale żeby przyuczyć jakąś dziewkę do zawodu, by ktoś inny leczył i rzucał uroki?
Nijeeeeeee.

- No dobrze – mruknęła do siebie i do duszności, które ją teraz napadły. – Nawarzyłaś piwa tego, teraz spijaj gorycz jego.
Zaraz… Duszności? Jak się ma napad duszności, to się raczej nie marnuje oddechu na filozofowanie. A poza tym…  ze wszystkich „-ości” spodziewałabym się tu raczej wątpliwości… o_O

 - Co to znaczy? – Spytała dziewczynka, zezując nieufnie na zerwane źdźbło trawy i doszukując się w nim rzadkiego, tajemniczego gatunku tylko udającego trawę. Baba wstała koślawo, wsłuchując się w trzeszczenie swoich kości.
 - Mniej więcej to samo co: „A niech to zaraza”. A niech to zaraza!
…Nie mam więcej pytań.

*
Kundzina zastanawia się, dlaczego Baba lata do lasu zbierać zioła, zamiast zasadzić je na grządkach za chatą.
Baba spojrzała na nią ponuro. Za chatą urządzony miała maleńki ogródek, gdzie rosła cebula, czosnek, kalarepa, ale nie lubiła go. Powstał tylko po to, by rozwijające się dziecko miało możliwość jedzenia warzyw […].
Po pierwsze: skoro przed przybyciem Kundzi Baba nie jadła warzyw, to co właściwie jadła, oprócz mięska i ziół? Po drugie: skoro tych warzyw w lesie nie było, to skąd Baba je wzięła?
A to mięsko, to pewnie za pomocą tego łuku zdobywała. ;)
Co do warzywek, logika podpowiada, że z wioski, ALE. Z dziewuszką wszak do wioski nie poszła, a samej w chacie raczej by jej nie zostawiła – nie dlatego, że coś by się jej mogło stać, of kors, tylko żeby czasem mała nie stanęła oko w oko ze straszliwym Potencjalnym Klientem. To raz.
Dwa, na babine usługi stać było tylko najbogatszych, trudno zatem zakładać, by płacili oni koszykiem warzyw…
…ALE 2:

„W Średniowieczu cebula była tak cenna, że często stosowano ją jako środek płatniczy lub dawano na prezent.”

Czyżby Michasia to wykorzystała? Czyżby naprawdę zrobiła RISERCZ?
YEAH RIGHT.

Aha, odnośnie kalarepy, Wikipedia mówi, że do Polski dotarła dopiero w XIX wieku. Ponieważ jednak Baba nie zna polskich nazw własnych ziółek, to być może aŁtorka sugeruje nam, że rzecz wcale nie dzieje się w Polsce? Zgaduj-zgadula, Czytelniku. 
Roszpunka to baśń braci Grimm, a co za tym idzie - niemiecka. Żeby było śmieszniej, nazwy życicy wymieniane przez Babę w poprzedniej analizie, w większości brzmią po niemiecku (choć wszystkie są źle zapisane - jak już piszemy rzeczowniki po niemiecku, to z WIELKIEJ litery). Boru! Risercz!
 
- Nie rozumiesz – rzekła do wychowanki […] – Zioła nie lubią rosnąć tam, gdzie się im każe, nie lubią rosnąć w skupiskach. Są samotnikami, mierzi je stanie w rzędzie, bycie jednymi z wielu, hodowanymi, bez żadnej władzy nad swoim własnym losem. To dobre dla sałaty, pasternaku, ale nie dla ziół. Tracą swoje właściwości.
Patrz, to moja babcia jest czarodziejką, bo ma na działce zioła. I to jeszcze… w skupiskach!!!

Gówniara pyta, czy samotnie nie jest im smutno, a Baba angstuje, że będzie musiała odpowiadać na coraz trudniejsze pytania.
 - Samotność nie jest zła. Możesz usłyszeć w niej swoje myśli, sama decydujesz o sobie, nikt nie mówi ci, co masz robić. Jesteś wolna… Pomyśl tylko. Czy nie wolałabyś czasem, aby mnie tu nie było? Mogłabyś robić wszystko, co zechcesz? Nie wolałabyś?
Dziewczynka myślała przez chwilę […]. Nagle ściągnęła brwi, po czym znów się rozpogodziła i pokręciła głową tak zamaszyście, że dwa jasne warkoczyki rozplotły się i opadły jej na ramiona.
Ona co, jakąś prędkość nadświetlną włączyła, że jej się aż warkocze rozplotły? Dobrze, że sobie przy okazji nie złamała szyi.
 - Nie.
A teraz wzruszamy się wszyscy razem! *podnosi tabliczkę z napisem Awwwww*

*

Już kilka dni później Kundzia Sue recytuje nazwy i zastosowanie ziół.
Nagle doszedł je dziwny odgłos, który Babę zmroził, a podopieczną zaciekawił.
 - Słyszałaś to? – spytała dziewczynka, nasłuchując uważnie w nadziei, że odgłos się powtórzy. – Co to było?
Baba dyskretnie odwróciła ją w drugą stronę.
 - Co było? Nic nie było! Przesłyszałaś się…
 - Wieeedźmooo!
Nawoływanie stało się teraz bardzo wyraźne i dziecko, wyplątawszy się z trzymających je mocno rąk opiekunki, zaczęło iść podekscytowane w stronę, z której dochodził głos. W stronę chaty. Baba zaskrzeczała z przerażeniem i rzuciła się na małą, łapiąc ją za ramiona.
 - Tam nic nie ma! Nic a nic! Mówiłam ci wczoraj, żebyś nie jadła tych grzybków, są halucynogenne!
Ohohoho, ach, ten Element Komiczny…
Nie wspominając o znajomości słowa "halucynogenny" przez babę nawet nie ze średniowiecznej wsi, a średniowiecznego odludzia...

 - Jakich grzybków? Niczego nie…
 - No widzisz?! Nawet nie pamiętasz! Wiesz co? Idź nad rzekę, wykąp się. Woda taka wspaniała dzisiaj! […]
Gdy były już dostatecznie daleko, Baba puściła ją i surowym tonem rozkazała:
 - Nie chcę cię do wieczora widzieć w chacie. Najlepiej w ogóle dziś do mnie nie przychodź, wracaj od razu do wieży, rozumiesz?
 - Dlaczego?
 - Bo tak mówię!!! Zrozum, że nie musisz wszystkiego rozumieć.
No. Zrozum, nie musisz rozumieć. No.

Z tymi słowami Baba ruszyła biegiem w stronę chaty, zostawiając dziewczynkę samą w środku lasu.
 - Ja kiedyś padnę na serce, słowo daję! – gderała do siebie, oglądając się co chwila, by sprawdzić, czy dziewczynka aby na pewno za nią nie idzie. – Ileż to się trzeba namęczyć, żeby uchronić takiego dzieciaka! A będzie jeszcze gorzej! Chyba otoczę las tabliczkami z napisem: „Głupim, drącym się na wiatr idiotkom wiedźma nie pomaga!”.
To napisz jeszcze, że „krzyczenie zepsute, proszę szeptać”.
Miejmy nadzieję, że mała nie umie czytać, bo tak wymowna tabliczka mogłaby dać jej cokolwiek do myślenia.

Że też ludzie są tacy bezmyślni!
Kurde no. Przyszła kobita do wiedźmy, nikogo nie zastała, to i krzyczy. Nie może to być takie głupie, skoro metoda przetrwała i do dziś, choćby na podwórkach – ja sama, gdy chciałam czegoś od mamy, darłam się tak długo, aż wychodziła na balkon. :)
U mnie pod blokiem codziennie było „Ma-mo wo-ła cię [i tu wstaw swoje imię]”.

Poza tym trzeba im będzie powiedzieć, że przyjmuję tylko w nocy… Tak. To nawet malownicze, he he.
No normalnie o-ho-ho… a, dupa. *macha na to ręką*
A pomysł do bani, czy Baba serio myśli, że ludzie będą do niej ciągnąć nocą przez LAS? Gdzie tam, przyjdą normalnie za dnia i będą jej się pałętać po obejściu, aż się ściemni.

Przed jej chatą stoi dziewczyna, wygląda na bogatą.
Na koniuszkach palców można było dostrzec jedynie niewielkie zgrubienia od gry na jakimś instrumencie strunowym.
Hehe. Ale smyczkowym, szarpanym czy klawiszowym?

- Oj, drogo ty mi zapłacisz za moje zszargane nerwy – mruknęła Baba, ale dziewczyna nie mogła tego usłyszeć.
Moment, skoro nie mogła usłyszeć, to znaczy, że stała za daleko. Skoro stała za daleko, to jakim cudem Baba widziała, co ta młódka ma na koniuszkach palców?
Co się dziwisz, w końcu do ptaka ta Baba podobna – to i sokoli wzrok ma.
Prawda, zapomniałam o speszalowych skilach.

Dziewczyna jest przerażona i jednocześnie pełna nadziei.
Baba zaś zjadliwa i protekcjonalna jak przeciętny polski lekarz.

Baba znała to wszystko tak dobrze, że nie mogła nie być cyniczna.
Wypalenie zawodowe is a bitch.

 - Co cię do mnie sprowadza, moje dziecko? – spytała pozornie życzliwie, choć wiedziała, że dziewczyna wolałaby o tym nie mówić. Zwłaszcza, że Baba i tak wiedziała wszystko od razu.
…Coś mi ta Baba zaczyna wychodzić na prowadzenie w rankingu merysuizmu…
W ogóle ta książka jest o tej dziewczynce, czy Babie, bo zaczynam wątpić? -.-"

Stojąca przed chatą postać spuściła wzrok […]. Kilka razy przymierzała się, by coś powiedzieć, ale głos odmawiał jej posłuszeństwa i nie przechodził przez gardło. Stała sztywno, ze złączonymi nogami, mnąc suknię zdrętwiałymi palcami. Baba spojrzała na nią z okrutnym rozbawieniem.
A pójdziesz ty! *odgania wizję państwowej przychodni*

 - Trzeba było zaciskać nogi, gdy był czas, moja panno. Chodź, wejdź do środka. – otworzyła przed nią drzwi do chaty, a dziewczyna niemal nieprzytomnie wtoczyła się przez nie i opadła na łóżko.
 - Muszę ci powiedzieć, po co tu przyszłam… Tak po prawdzie, to chciałam pożyczyć cukru… - powiedziała drżącym głosem […]. Baba nie patrzyła na nią, wciąż krzątając się, jakby przygotowywała się do obierania brukwi. 

 - Nie musisz. Wiem, po co tu jesteś.
 - J-jak to?
 - To takie proste, że aż nudne. Pochodzisz z bogatej rodziny, posiadającej dużo ziemi i wielu ludzi, poza tym twój ojciec jest bratem jakiegoś zasłużonego człowieka i sam nic nigdy nie zrobił, tak więc jest bogaty, ale nie poważany.
O Dżizas Krajst… Czegoś tu nie łapię. Baba mieszka niedaleko wioski. Mowa była o jednej wiosce, więc przyjmujemy, że mieszka niedaleko jednej wioski. Ilu bogatych ludzi było w wiosce? Jeden. Właściciel tej wioski, reszta mieszkańców była chłopami poddańczymi. Czy do Baby zasuwają pielgrzymki z całej Europy, czy Michasia uznała, że w średniowiecznej wiosce to jak we współczesnych miastach, różni ludzie żyją?
A może tam kilka wiosek się w jedną połączyło? W taką Trójwioskę? A potem ewoluowały w Trójmiasto? ;)
Mnie z kolei zastanawia, jak ta Baba wpadła na to, że ojciec ma brata i to ten brat jest zasłużony, a ojciec to jakiś pożałowania godny lebiega.
Jeśli jest córką właściciela ziemskiego, może słyszała plotki z wioski. ;)

Ty nie jesteś pierworodną, zawsze nudziłaś się niemiłosiernie, choć masz prawdopodobnie talent muzyczny, który ćwiczysz, acz nie tak sumiennie, jak byś mogła.
A na wuj jej talent muzyczny oprócz przygrywania przy kominku?
No tak, rozumiem, że gdyby ćwiczyła nieco sumienniej, to by nie miała czasu na rozkładanie nóg. Seems legit.

Zamiast tego przechadzasz się po ogrodach w otoczeniu kilku panien do towarzystwa, (tak, tutaj jest przecinek) albo i nie (w ostatnim czasie na pewno bez nich), i nie robisz zupełnie nic, co by można było nazwać czymś… Czyli nie robisz nic. Ostatnio jednak (co jest zrozumiałe dla twojego strasznego wieku, choć nie wiesz o tym, bo w waszym akuratnym świecie nieładnie i niegrzecznie jest uczyć was o zasadach płciowości) zauważyłaś, że przyjemność i uciechę przeganiającą nudę sprawia ci przechadzanie się w pobliżu mężczyzn, chłopców, czy czego tam jeszcze.
Może panów, młodzieńców i podrostków, skoro już bawimy się w wyrazy bliskoznaczne.
Btw, jak na kobitę, która tyle lat mieszkała sama, a parę kartek wcześniej zastanawiała się, jak nauczy dzieciaka mówić, skoro praktycznie zapomniała, jak to się robi, nasza Baba ma podejrzany dryg do tworzenia zdań wielokrotnie złożonych.

Z mężczyznami z twojej klasy społecznej przebywasz jedynie w otoczeniu rodziny, nianiek i księży, zatem niezwykłymi wdziękami oczarował cię jakiś stajenny albo ogrodnik, albo kucharz.
Ciekawe jakimi wdziękami oczarował średniowieczną dziewczynę brudny stajenny, który mógł się jej najwyżej kojarzyć z jakimiś chorobami i fetorem?
Panna miała osobliwy fetysz końskiego nawozu. Albo była łasuchem, a kucharz robił nieziemskie pierniczki?

Tylko dlatego, że twoi rodzice nie uznają go za człowieka i nie pilnują cię, kiedy przez przypadek znajdziesz się w jego towarzystwie.
The hell? Znaczy, że młoda, średniowieczna dziewczyna jest puszczana samopas, bez niańki, w towarzystwo mężczyzn z niższych sfer? (już rozumiem, dlaczego ta rodzina nie jest poważana)
Ciekawe, jak można przez przypadek znaleźć się w towarzystwie stajennego. Czy ona szukała wygódki na węch i, hm, pomyliły jej się smrody?

Mam rację? Oczywiście, że mam.
Oczywiście, że masz, ty najstarsza z merysójek, ty.

No, dalszą część historii też obie znamy. Było kochanie na sianie, szaleńcza, dzika miłość na grządce sałaty, nocne schadzki,
Wait… Dlaczego właściwie niewinna średniowieczna dziewica miałaby być zainteresowana schadzkami z kimkolwiek? Wtedy nie było bodźców seksualnych, którymi współcześnie atakują nas media z każdej strony…
Ojtam, zobaczyła w stajni konika z klaczką, a stajenny był tak miły, że zrobił jej lekcję poglądową…
Powątpiewam tylko w tę szaleńczą, dziką miłość…

W czasach średniowiecza seks nie był jednak pojmowany jako akt, w którym przyjemnością obdarowują się obie płcie - zarówno kobieta, jak i mężczyzna. "Ludzie średniowiecza w znakomitej większości pojmowali akt seksualny jako czynność dokonywaną na drugiej osobie" – pisze prof. Karras. Przykładem średniowiecznego myślenia o seksie jest jeden ze średniowiecznych tekstów w języku angielskim. Zawarto w nim takie oto stwierdzenie opisujące akt seksualny: "mężczyzna, który czynił, i kobieta, która doznawała jego (poczynań)".

Ale poważnie, zdanie kleru na temat seksu znała? Znała. I niewątpliwie wiedziała, jakie znaczenie miało dziewictwo dla dobrego zamążpójścia. Ten jej tatko to faktycznie rozmemłany był, córeczki nie wychował.

może jednorazowa wyprawa do wiejskiej gospody, gdzie przedstawił cię jako córkę młynarza,
Jaaasne, bo chłopi nie mają pojęcia jak wyglądają córki ich państwa. I w ogóle nie wyróżniała się strojem, fryzurą, czystą skórą czy delikatnymi rączkami. No przecież miała te superwidoczne zgrubienia na paluszkach. :)
Jeżu, o czym ja mówię, we współczesnych wsiach wszyscy się znają, a karczmarz/sprzedawca w jedynym sklepie we wsi to już w ogóle wie wszystko. Jakim więc cudem średniowieczny karczmarz nie zna córki młynarza?

a jak upił się, zaczął mówić prawdę i przerażona zabrałaś go do domu (czyjego?)… Albo i nie. Mogły to być kilkumiesięczne podchody, przeraźliwe miauki pod balkonem, których absolutnie nikt w domostwie nie usłyszał i nie skumał się, że wypadałoby dziada zatłuc, zanim bachora spłodzi, znienacka podrzucane różyczki (chyba do tej wygódki. Wiem, wiem, dziewczyna korzystała z nocnika, ale ten bełkot mnie wykańcza. Kucharz to by jej jeszcze do zupy mógł wrzucić, chociaż rodzinka mogłaby się deczko zdziwić. Ale stajenny?) i wreszcie jednorazowa, acz namiętna, nagroda… Tak czy siak, jesteś w ciąży.
I ta idiotka jest panną w ciąży, wszyscy wiedzą, kto w lesie mieszka i czym się zajmuje, a ona wpada do Baby w eleganckim stroju w środku dnia?

Ze stajennym. Ogrodnikiem. Albo kucharzem. Albo ze wszystkimi naraz, kto cię tam wie. Ominęłam coś? No cóż, z grubsza tak by to mniej więcej wyglądało.
Dziewczyna spojrzała na nią zaszokowana.
 - Kobieto… Mówię przecież, że chcę tylko pożyczyć cukru!
Ja bym stawiała maść na mendy. Jak he he, to po całości!

Dziewczyna patrzyła chwilę z przerażeniem na Babę, po czym zemdlała, ale ledwo dotknęła głową
*facepalm* Dotknęła? Michaśka, co ty wiesz o omdlewaniu…

głową ziemi (jak ziemi, jak ona na łóżku, zdaje się, leżała?), już się ocknęła.
Matko, żywotna bestia.

Baba dopiero teraz spojrzała na nią […]. Dziewczyna wczołgała się z powrotem na łóżko (aha…).
 - Nie powinnam się dziwić, że wiesz to wszystko – powiedziała, chowając twarz w dłoniach. – Jesteś wiedźmą.
 - Nie.
Po prostu czytałam o tobie na pudelku.pl.

Tu nie trzeba czarów, ale zdrowego rozsądku. Wy, jaśnie panienki, jesteście takie przewidywalne. Nie potrafię zliczyć, ile podobnych tobie przyszło do mnie z podobnym… z takim samym problemem. poprawiła się Baba, gdyż stosowanie powtórzeń w zdaniu było poniżej jej godności.

 - Nie oszukasz mnie! Zgoda, mogłaś zgadnąć, że jestem w… wiesz co, ale nie mogłaś, nie miałaś prawa wiedzieć wszystkiego tak dokładnie! Każdy wie, że zaprzedałaś duszę diabłu!
Ja wiem, że to wszystko dlatego, że Michasia chciała pokazać, jaka ta cywilizacja (średniowieczna) zepsuta, ale… jaką idiotką trzeba być, żeby przyjść do kobiety po przysługę i obrażać ją w jej własnym domu?

Baba zastanowiła się.
O, Baba też roztrząsa tę kwestię. 

- Po pierwsze: grzeczniej – poleciła. – Po drugie, jakbyś choć trochę ruszyła tą piękną główką, wiedziałabyś, że wszystko, co odgadłam, mogłam wywnioskować z całości twojego wyglądu (zwłaszcza tę historyjkę o wpływowym bracie, prawda. Każda średnia córka tego mniej poważanego z rodzeństwa ma bowiem leniwe prawe oko ma jedną nóżkę bardziej). Nie jesteś bardzo młoda, mogłaś już dawno wyjść za mąż. Jeśli zaś nie jesteś mężatką, co odgadłam po twoim zachowaniu…
 - Jak zgadłaś?
 - Ech! Jeślibyś była młodą mężatką, nie zdradziłabyś męża, chyba że z wielką miłością z dzieciństwa,
A już PO ślubie nie można znaleźć wielkiej miłości?
A po co, widać stare mężatki mogą zdradzać męża z kim popadnie.

a dziecka z takiej zdrady nie chciałabyś się pozbyć.
Oczywiście nie wpadła na to, że w średniowieczu nie było badań genetycznych i po prostu NIE MUSIAŁABY pozbywać się dziecka po ślubie, bo zwyczajnie mogłaby powiedzieć, że ojcem jest jej mąż?

Gdybyś zaś była zamężna od kilku lat (teraz liczysz sobie mniej więcej osiemnaście, mogłaś mieć męża już od czterech),
Ale, w sensie, że od czterech lat, czyli od czternastego roku życia, czy od czwartego roku życia?
E, już dwunastki za mąż wydawali. Tym bardziej zadziwiający jest fakt, że ta niedojda jeszcze jest panną. Ten jej ojciec to nie rozmemłaniec, to jakiś kompletny idiota!

też nie zamierzałabyś usunąć dziecka, gdyż fakt, iż żadnego jeszcze nie urodziłaś, co widać po twoim ciele, świadczyłby o tym, że mogłaś mieć z tym problemy. Taka kobieta, nawet jeśli zachodzi w ciążę ze zdrady, dziękuje Bogu za tę łaskę. Proste? Proste.
Albo jestem głupia, albo jednak nie takie proste. Michasi się wydaje, że w średniowieczu wszyscy organizowali w swoich domach wielkie orgie? Że każda kobieta latała z dupą od jednego faceta do drugiego, bo jej mąż nie mógł dać potomka?

W TAMTYCH CZASACH NIE BYŁO RÓWNOUPRAWNIENIA I MNÓSTWO KOBIET ZWYCZAJNIE BAŁO SIĘ SWOICH MĘŻÓW!
A Baba ma więcej niż sokoli wzrok, skoro widzi ewentualne rozstępy i luźną skórę na brzuchu pod kilkoma warstwami materiału.

Ponieważ nie jesteś mężatką, mimo ślicznej buzi, to oznacza, że twoi rodzice nie ciszą się wspaniałą opinią. Zgaduję, że podobałaś się wielu, ale ich rodziny się nie zgadzały… Widzisz, już tyle kobiet tu gościłam, że nie mogę zauważać takich rzeczy.
Baba przecież zakładała, że wujo tej dziewojki jest kimś szanowanym. I co, nikt przez wzgląd na niego by się nie pokusił? Chyba że rodzice żałowali posagu. Zresztą, osobą z wyższych sfer nie zostawało się za frajer. Ziemię dostawało się za zasługi wojenne, albo coś.
Nie ma tak, że jeden brat jest kochany, a drugi przeklinany. Rodzina to była rodzina, więc albo sromota pokryłaby mniej więcej na cały ród, albo sukcesy wuja pomogłyby wybielić historię.

- I tak ci nie wierzę! – wyszeptała [dziewczyna] […] – Jesteś wiedźmą, służebnicą diabła! Oddałaś mu duszę, by móc czynić zło!
Sure, wjeżdżaj na nią dalej.

 - Ja?! – Baba wytrzeszczyła oczyska i wyglądała teraz naprawdę upiornie. – To nie ja przyszłam do ciebie, prosząc, bym mogła usunąć twojego bękarta!!!
Dziewczyna spuściła głowę.
 - Może to jeszcze nie jest dziecko… Pytałam księdza… Miałam zasłoniętą twarz, przedstawiłam mu się jako jakaś Anna…

Akurat przyszedł na wieś nowy wikary i dlatego nikogo nie znał? Jak Michasia to sobie wyobraża: dziewczyna zakłada szmatę na głowę jakby była z Al Kaidy i dostaje +100 do kamuflażu?


Ale powiedział, że TO jeszcze nie ma duszy, więc można…
Uo-ho-ho!!! JAKIŚ riserdż jednak był! Owszem, pani, w średniowieczu uważano, że dusza pojawia się dopiero wtedy, kiedy dziecko zacznie nabierać kształtów, ale niestety nie oznaczało to przyzwolenia na aborcję:

Księgi pokutne pochodzące z lat 690-740, tak zwanej "grupy Teodora" (arcybiskupa Canterbury), dokonują rozróżnienia rodzajów kar za spowodowanie aborcji w zależności od okresu rozwoju w jakim znajduje się embrion ludzki. Do 40 dnia od poczęcia uznawano, że embrion pozostaje bytem nieanimowanym, wobec powyższego kara za zabicie takiego dziecka była niższa; jeżeli zaś zabito dziecko w łonie matki po czterdziestym dniu od poczęcia - wówczas zabójstwo takie traktowano jak zabicie człowieka. Źródło: http://www.kosciol.pl/article.php?story=20040419220042524

Ciężko jest mi jednak wyobrazić sobie, że dziewczyna przychodzi do księdza ze szmatą na głowie i mówi:
 - Szczęść Boże. Proszę księdza, jestem w ciąży, 3 tydzień, chcę usunąć. Mogę?
 - Spoko, to jeszcze nie ma duszy, tylko pospiesz się, bo nie wiesz, czy to chłopiec czy dziewczynka, więc nie wiadomo, czy masz 40 czy 80 dni. Tu w lesie jest Baba, z którą mamy umowę, możesz się do niej śmiało zgłosić, nawet jak na nią nawrzucasz i powiesz, że jest pomiotem szatana, i tak ci pomoże. Wiesz, taka jest uczynna.

Dziewczyna mówi, że to jest jak zwierzę i nie ma duszy.
 - Przestań z tą duszą! Nikt nie wie o niej tak mało, jak ci, którzy was o niej uczą! Wasi kapłani pozbawieni są duchowości, nie mają prawa zabierać jej innym! To właśnie ludzie najbardziej oddalili się od tych innych światów, pełnych ducha. To oni zastąpili modlitwę monetą, swojego Boga dostrzegając w kawałku drewna i bogatych komnatach, zamiast szukać Go tam, gdzie naprawdę powinni: w wodzie, w trawie, we łzach… W tym, co świadczy o istnieniu Jego czy Jemu podobnych (to już bez znaczenia, kto w co wierzy), nie w dziele ludzkich rąk i próżności.
Jasne, i tylko jedna Baba Z Lasu jest obdarzona Prawdą Jedyną, Ostatni Bastion Duchowości w tym zepsutym świecie.
Te niezgrabne wjazdy na katolickich kapłanów są zwyczajnie niesmaczne. Nie zwróciłabym na to uwagi, gdyby nie to, że w Atlantydzie było dokładnie to samo: kapłani są ŹLIII. I to z tego samego powodu: bo nie modlą się do natury. Michasia ma jakiś osobisty uraz czy co? Rodzice kazali chodzić do kościółka co niedzielę i teraz się mści?

 - Jesteś heretyczką!
Baba zaśmiała się.
 - Tak. Nieraz mnie tak nazywali. Tak i inaczej… Ale dzięki tej herezji jeszcze żyję, wiesz? To moje diabelskie zdolności sprawiły, że ci, którzy lekką ręką zabijają głupie, niewinne kobiety, uważają mnie za pożyteczną. A według wszystkich kryteriów powinni mnie ścigać najpilniej, przecież niszczę życie.
Hehe. Hehehe.

Mam rozumieć, że cała armia babeczek lata do niej po aborcje, a ksiądz z ambony namawia do tegoż czynu? I nie spalą jej, żeby nie okazało się, że w tej wiosce wszyscy ze wszystkimi?
A to nie tylko w wiosce, bo przecież tylko najbogatszych było stać. Baba naprawdę była znana na cały kraj – jaki kraj by to nie był – tym bardziej, że narrator wspomniał coś, że często zmieniała miejsce pobytu.

 - Jego Świątobliwość powiedział, że TO nie ma duszy. Mrówka też nie.
 - Więc można je zabić?
 - Tak.
Baba najpierw prychnęła pełnym potępienia śmiechem (jak się prycha śmiechem?), po czym przyciągnęła do siebie jedną ze stojących w kącie chaty kóz i przytknęła jej mocno nóż do gardła, niemal je podrzynając. Na białej sierści pojawiła się nawet czerwona strużka. Dziewczyna krzyknęła odruchowo, błagając, by Baba tego nie robiła.
Mam nadzieję, że chodziło o to, że nie chciała poplamić swojej sukni? No chyba średniowieczna dziewczyna wiedziała, skąd bierze się strawa, którą codziennie ze smakiem zajada?
Zresztą, to stary chwyt. Salomon pozdrawia.
ZOSTAW KOZĘ, TY PSYCHOPATKO!

Ta spojrzała na nią z zaciekawieniem.
 - A cóż to? Przecież to coś nie ma duszy. Jest jak krzesło, mogę je roztrzaskać, jeśli mi się podoba.
 - Bo ja tak naprawdę nie przyszłam po cukier, tylko po mleko. Lubię kozie…

 - Ale… - Dziewczyna spojrzała na kozę, tak ufną w uścisku swojej pani, oddychającą spokojnie, ciepłą, żywą. (To chyba była jakaś koza masochistka, Baba do niej z nożem, krew aż pociekła, czyli raczej ją to zabolało…) - Ale jej tak z oczu patrzy… Ona… Nie chcę, żeby umarła.
Faktycznie, super kozom z oczu patrzy.
All hail the hypnogoat! :D

Baba z wyraźną satysfakcją puściła zwierzę.
 - Mrówce też patrzy z oczu (nie da się ukryć, wszystkim, którzy mają oczy jakoś z nich patrzy) […]. A twoje dziecko… cóż. Może jeszcze nie ma oczu, ale już istnieje. Luli, luli, dziecinko, mamusia przyszła cię zabić.

Baba dalej jęczy w tym stylu.
 - To co, księżniczko? – Baba wlepiała w nią swoje ptasie oczy. – Tak czy owak zniszczysz dzisiaj jedno życie. Twojego dziecka albo twoje. Z jednej strony masz swojego potomka, swoją krew, jego przyszły uśmiech, jego buzię, z drugiej swoją reputację, przyszłe szczęście i wygodę, a także wiarę, bo przecież, jako jawną ladacznicę, wyrzucą cię z kościoła.
Raczej średni wybór. Gdyby urodziła to dziecko, to nie tylko ona nie miałaby życia – ono też. I tak nie wiadomo, czy w ogóle dożyłaby rozwiązania. Albo rodzice wyrzuciliby ją, albo wieś by ją potępiła i zabiła. Względnie, mogłaby wziąć ślub z jakimś starym dziadem, zamiast latać po lasach do starych bab i prosić o aborcję. Zdarzało się, że cudzołożnice sprzedawano na szybkości, byleby tylko nie wyszło na jaw, że w rodzinie jest panna z dzieckiem.

Nie za to, że nią jesteś. Za to, że nie potrafiłaś sobie z tym poradzić.
Dyplomik zrobiony w paincie dla kogoś, kto mi wyjaśni o co chodzi z tym radzeniem sobie…

 - Wy, ludzie, nie potraficie poskromić swoich żądz, moja różyczko. Czymże więc różnicie się od zwierząt? Tym, że potraficie gadać? One też potrafią, po swojemu. Tym, że wznosicie piękne zamki i kościoły? Ciekawe, jak zrobilibyście to kopytami. Tym, że wymyślacie baśnie, tworzycie wyobrażenia oblicza Boga? One nie muszą, znają Jego prawdziwe oblicze…
Rzygać mi się chce od tych pseudofilozoficznych wynurzeń… Już wiemy, że ludzie są tacy zepsuci i tylko zwierzęta są trÓ. Zmień płytę!
Łoł. Ja też często wolę miłe zwierzątko od takiego ludzia, ale żaden z tych argumentów nigdy nie przyszedł mi do głowy. Michasia ma przerażający zwyczaj wciskania do każdego swojego dzieUa wszystkich możliwych teorii i poglądów, jakie tylko zdołała wydumać, pal licho, że często sprzecznych.

[Baba mówi dalej:] Choć sama też jestem niewolnikiem: muszę pomagać wam, leczyć i nawet zabijać po to, byście nie zapolowali na mnie, nie spalili, a na moim truchle nie zbudowali kolejnych historii, którymi będziecie zniewalać innych.
Ależ oczywiście. I co miesiąc przychodzi do niej urzędnik sprawdzać, czy wyrobiła normę, a za zabiegi nierefundowane jej nie płacili.
Nie mam teraz książki przy sobie, żeby strzelić cytacikiem, ale pamiętam dobrze, że na początku było o tym, jak to Baba potrafi wykiwać każdego, kto spróbuje na nią zapolować, jaka to jest samowystarczalna w lesie itd. Innymi słowy, jakby tak bardzo jej zależało na życiu zgodnie z osobistym światopoglądem, to spokojnie by sobie poradziła. Ino chyba niespecjalnie jej się chciało.
Ale ja mam przy sobie książkę i znalazłam nawet lepszy cytat: To zaś, że jeszcze nie osądzono jej i nie spalono na stosie, zawdzięczała wyłącznie królowi, któremu wyświadczyła kiedyś bardzo osobistą przysługę. Kiedy to czytałam po raz pierwszy myślałam, że to znaczy, że już nie grozi jej w ogóle stos. Ale wiadomo, to było na osiemnastej stronie, teraz jesteśmy na czterdziestej siódmej. Mogło się zapomnieć.

Ogromnymi szczypcami zaczęła wkładać spokojnie do wrzątku narzędzia, patrząc na nie z chłodnym spokojem.
Gorący spokój zostawiała sobie bowiem na specjalne okazje.

 - Teraz kilka formalności – powiedziała beznamiętnie […] – Od jak dawna, myślisz, jesteś w ciąży?
[…]
 - Tydzień – wydyszała w końcu.
 - Tydzień?!
Lol, nawet testu ciążowego nie robi się wcześniej, niż po dziesięciu dniach. A ona taka sprytna, że już wie, że jest w ciąży.
W Simsach rzyga się już następnego ranka.

 - Może mniej. Od tygodnia spotykamy się każdej nocy… czasem i w dzień… czasem kilka razy… ale dopiero od kilku dni mogłam… chyba…
KE? I nikt, ale to absolutnie nikt niczego nie zauważył? Nie zastanowił się, gdzie ona się, u licha, podziewa? Nie mówiąc już o tym, że przylazła sobie do Baby za dnia, ileś czasu jej to musiało zająć, ale na to TEŻ pewnie nikt nie zwrócił uwagi?

 - Czyli nie jesteś pewna?
Dziewczyna pokręciła głową. Baba odetchnęła i złożyła narzędzia z powrotem do skrzyni. Była szczęśliwa, że nie będzie musiała ich użyć.
O kurde. Jakich narzędzi?! Pozwólcie, że po raz kolejny zacytuję:
 [Aborcja w znaczeniu] jednorazowy, inwazyjny zabieg ginekologiczny, w celu usunięcia żywej wczesnej ciąży […] pojawiło się w początkach XIX wieku, dzięki rozwojowi narzędzi chirurgicznych. Wcześniej zabiegów takich praktycznie nie wykonywano, a nawet jeśli próbowano to bezskutecznie i kończyło się to zwykle śmiercią matki. Z przyczyn czysto technicznych, zabieg taki da się wykonać tak +/- do 14 tygodnia ciąży. Źródło: http://www.historycy.org/index.php?showtopic=81737

Znalazłam również ciekawy artykuł na racjonaliście (http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,5380), w którym możemy przeczytać, że pierwsze udane cięcie cesarskie na żywej kobiecie wiąże się z osobą Jakuba Nufera ze Szwajcarii, który przeprowadził ten zabieg w 1500 roku. Nie jest to już co prawda średniowiecze, ale oczywiście możnaby uznać, że Baba żyje w późnym średniowieczu i może udało jej się przeprowadzić ten zabieg wcześniej. ALE z tekstu z okładki książki dowiadujemy się, że mamy do czynienia z czasami wypierania nowej religii przez starą, a więc zapewne X-XII wiek.

 - Dostaniesz ode mnie eliksir, który spędzi ciążę, ale może też zrobić ci kilka nieprzyjemnych rzeczy. Bóle głowy, zaburzenia widzenia, silne wymioty…
[…]
 - Czyże są wymioty w porównaniu z tym… tym wszystkim.
 - …śmierć przez uduszenie… W najlepszym przypadku kolka. – Baba spojrzała na nią poważnie. – Tak, możesz zginąć, jest takie ryzyko.
Super, czyli ona nawet nie jest pewna, czy jest w ciąży, a już leci po wywar, od którego może zginąć.

Nie zabija się własnego dziecka bezkarnie, co innego cudze; albo zatrujesz się wywarem, albo jeśli usunie ci je jakiś niedoświadczony znachor, nigdy już nie będziesz mogła mieć dzieci. A nawet jeśli nic takiego się nie stanie, do końca życia pozostaniesz ze świadomością swojego czynu. I ani ksiądz, ani Bóg nie zdoła ci wybaczyć. Bo sama sobie nie wybaczysz.
(…)
Baba znów uśmiechnęła się kąśliwie.
 - Ale nie martw się, złotko. Nie ty pierwsza, nie ty ostatnia. […] – Schyliła się i otworzywszy niewielką drewnianą skrzynię, wyjęła z niej lolium temulentum, po czym zaparzyła je, rozcieńczyła z wodą, wymieszała dokładnie i podała w blaszanej czarce siedzącej wciąż na łóżku dziewczynie.
 - Masz.
Cóż, miała być psychologiczna refleksja, a wyszedł tani bełkot o tym, że ludzie z wioski są źli i tylko Baba jest taka dobra i cudowna, bo żyje blisko natury.
Zdaje się, że miałam się tu utożsamić z Babą i potępić dziewczynę? Oceńcie sami jak wyszło, bo mi jest zwyczajnie szkoda tej dziewczyny, kiedy pomyślę sobie w jakich czasach żyła: nie mogła sama o sobie decydować, właściwie nie ma żadnego wyboru, musi robić to, co nakazuje jej rodzina.
No właśnie. A może ona chciała zostać panią stajenną ;)
Oczywiście Michasia nie ma zielonego pojęcia o tym, jak opisać to, co chce nam powiedzieć. I dlatego kreacja Baby jako tej mądrej i doświadczonej znowu wyszła jak angst i bełkot, a dziewczyna, która miała być zepsuta i zła została przedstawiona jako zagubiona romantyczka (skojarzyło mi się z madame Bovary).
Ech, to dopiero pierwszy gryz tej książki, a oberwaliśmy już Prawdą na temat człowieka, zwierzęcia, wychowywania alternatywnego, właściwego traktowania ziół, postrzegania Boga, aborcji…
Powiem szczerze, BOJĘ się czytać dalej o_o.

Za tydzień: Anhar. :)

23 komentarze:

  1. "W, T, F? To w ogóle istnieją trucizny, którymi się LECZY? Czy to się przypadkiem nie, tak jakby… wyklucza?" - właściwie to wszystkie leki mogą być też trucizną, wszystko zależy od dawkowania. Po prostu kojarzymy niektóre substancje jako trucizny, bo po prostu wystarczy niewielka ich ilość by zabić. :)

    Matko ten pseudofilozoficzny bełkot przyprawia mnie o ból głowy :/ I wgl skąd ona wiedziała, że "narzędzia" warto wyparzyć? Przecież wtedy nie znali pojęcia bakterii! Wtedy i długo, długo potem!

    OdpowiedzUsuń
  2. Kilka uwag z fachowej strony (haha, mam licencjata z historii i dostalam go wlasnie za tematy w tym klimacie, to sie wymadrzam)>D Liczba nieslubnych dzieci byla w sredniowieczu wyzsza niz chocby w epoce renesansu. Poza tym Michaska ma racje, sluzacy plci meskiej pelnili az do 19 wieku role "przyzwoitek". Jezeli nie jestescie pewne swojej wiedzy, lepiej nie krytykujcie cudzej.

    "Wait… Dlaczego właściwie niewinna średniowieczna dziewica miałaby być zainteresowana schadzkami z kimkolwiek? Wtedy nie było bodźców seksualnych, którymi współcześnie atakują nas media z każdej strony…"

    No pacz pani. Bo my to przez te cycki na plakatach, wczesniej to oni tylko programatycznie i z czystego obowiazku i tylko jak ksiadz pozwolil!!!111

    Przykro mi, ale analiza slaba tym razem. Krytykowanie na sile nie jest dobra metoda. Trzymam jednak kciuki, ze autorki odzyskaja wene:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie da się jednak zaprzeczyć, że większość głupot w stylu wykrycie ciąży po tygodniu i cudowne zawiśnięcie nad podłogą zostało wytkniętych słusznie.

      Usuń
    2. No chyba mi nie powiesz, że stajenny chodził za panną z dobrego domu i jej pilnował?

      Usuń
    3. Teraz mam error, to było do mnie czy do przedmówcy? 0_0

      Usuń
  3. A mi właśnie ta analiza - mimo kilku błędów wskazanych wyżej (i dwa pierwsze cytaty są bez podania źródła) - bardzo się podobała i nawet chichotałam zamiast ciągle fejspalmować nad fabułą (srsly, babo, srsly?!). Jest coraz lepiej, dziewczyny, może więcej osławionego riserczu i będzie w ogóle świetnie :).

    OdpowiedzUsuń
  4. :D michasia ma sklonnosci zoofilskie.

    OdpowiedzUsuń
  5. W, T, F? To w ogóle istnieją trucizny, którymi się LECZY? Czy to się przypadkiem nie, tak jakby… wyklucza?

    Homeopatia starej daty!(gdzie podawano trucizny mające powodować taką samą chorobę/objaw/ jak to, co się ma, organizm zwalcza truciznę, i przy okazję chorobę/objaw/) ; D

    Baba-Homeopatka! xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam wrażenie, że opisujesz raczej działanie szczepionki, nie homeopatii.

      Usuń
    2. Nie, homeopatii. Za wikipedią:

      "Podczas eksperymentów z chininą (lekiem przeciwmalarycznym) Hahnemann zaobserwował, że efekty, których doświadczył w wyniku spożycia tego środka, były podobne do symptomów malarii. Wywnioskował z tego, iż leczenie wynika z podobieństwa, a lekarstwa muszą powodować u zdrowych osób objawy podobne do wywoływanych przez chorobę[54]. W wyniku dalszych eksperymentów z innymi substancjami Hahnemann sformułował zasadę podobieństwa, znaną jako „podobne, lecz podobnym” (łac. similia similibus curentur)[55], jako naczelną zasadę leczenia. Uważał, że wywołując chorobę przez leki, sztuczne symptomy wzmacniają siłę witalną do walki z chorobą, a sztucznie wywołane dolegliwości przeminą wraz z zaprzestaniem zażywania leków[54]. W nielicznych zastosowaniach, takich jak np. homeopatyczne preparaty antykoncepcyjne, zasada podobieństwa bywa krytykowana z powodu kontrowersji natury estetycznej[56].

      Krytycy opisywali zasadą podobieństwa Hahnemanna jako aksjomat ipse dixit[1] – czyli niedowiedzioną teorię Hahnemanna, a nie prawdziwe prawo natury[2]."

      Usuń
  6. Drodzy Anonimowi, bądźcie łaskawi się podpisywać, bo to irytujące nie wiedzieć, z kim się rozmawia, a jak czasem odpisuje ci dwóch lub więcej anonimów to już w ogóle. :]

    OdpowiedzUsuń
  7. Borze zielony, czemu ta baba tyle gada, toż od samego tego ględzenia poronić można.

    Niemniej, z tą niewinnością średniowiecznych panienek, to wcale nie tak różowo było ;)

    A propos anachronicznych zabiegów chirurgicznych, jakiś czas temu czytałam opowiadanie, w którym wiejska znachorka z czasów też pi razy oko średniowiecza wykonała trepanację czaszki...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Napisałam, że panny w średniowieczu były takie niewinne, ale szczerze mówiąc kiedy doszłam do momentu z tą dziką miłością na sianie, bardziej wkurzyło mnie opisywanie PO RAZ KOLEJNY świata w lesie jako idealnego, a tego poza lasem jako złe\zepsute\pełne orgii\złych kapłanów, którzy uważają zwierzęta za pozbawione duszy\[tu wstaw 17 000 innych złych cech]... Poza tym, WYDAJE MI SIĘ, że dziewczyna, która i tak miała słabe perspektywy zamążpójścia, ze względu na "złą opinię rodziny", nie pogarszałaby swojej sytuacji poprzez romans ze STAJENNYM. Chociaż pokazała brak instynktu samozachowawczego obrażając Babę i jednocześnie chcąc jej pomocy, więc kto ją tam wie...
      To pisałam ja, JAdziunia.

      Usuń
    2. A propos trepanacji czaszki, to ponoć w średniowieczu jak człowieka bolała głowa, to mu się czaszkę otwierało, żeby diabeł wyskoczył. :D Zasłyszane w jakimś wakacyjnym programie o festiwalach rycerskich na TVP1.

      Usuń
    3. A propos trepanacji, to czytałam, że już ludzie jaskiniowi wykonywali takową z niezłym skutkiem :)
      Na szybko znalazłam tylko to:
      https://prawda2.info/viewtopic.php?t=5198


      Co do Lolium temulentum... to chwast zbożowy - więc jakim cudem baba szuka go w lesie? No i po wywarze dziewczyna mogłaby się najwyżej porzygać. Spędzić niż można tylko ciążę urojoną siedmiodniową :D No chyba, że baba zaaplikuje cały zagon...

      Straszna ta historia. Podziwiam, że przez nią brniecie :)
      małpa w bibliotece

      Usuń
  8. A ja nadal nie mogę uwierzyć, że to dopiero 47 stron. Wha, Wha, Wha?! Straszne...

    OdpowiedzUsuń
  9. Zaprawdę, straszne to dzieło, a najstraszniejsze to, że wydane drukiem xD Autorka nic a nic się nie poprawiła od czasów Atlantydy...

    Co do Ferrinu, czy analiza w obecnej formie zostanie usunięta i zastąpiona bardziej rozbudowaną, czy raczej dopiszecie ciąg dalszy w innym stylu? Niezależnie od wyników sondy nie mogę się już doczekać ciągu dalszego :)

    Pozdrawiam serdecznie i cierpliwości życzę, wierna czytelniczka Zora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Usunięta? A gdzie tam! Myślisz, że by mi się w ogóle CHCIAŁO te trzy rozdziały robić od nowa? :D

      Usuń
  10. Jakiś czas temu widziałam na uczelni plakat o rekolekcjach "Uczeń Jezusa i jego koza", i już wtedy skojarzenie z dzieuami Michaśki było złe, ale po przeczytaniu ten analizy dochodzę do wniosku, że to pewnie była uczennica Jezusa. I to taka co to nawet pierwszego semestru nie zaliczyła przez swoje mądrościowanie ;d

    Krakatoa

    OdpowiedzUsuń
  11. Ja bardzo przepraszam, ale gdzie jest "Anhar"?
    Wyrazy szacunku - kamarwier niezalogowana

    OdpowiedzUsuń
  12. Może z tymi truciznami, które niby też leczą, Michaśka miała na myśli coś w stylu jadu węża/jadowitego pająka, z których jadu wytwarza się surowicę...? Może myślała, że z tymi chwastami to na podobnej zasadzie działa? Enyłej, analiza bardzo kwikaśna, skoro ta Baba już teraz tak filozofuje i ględzi, to strach pomyśleć co się będzie działo, jak "Kunegunda" podrośnie.

    Szczerze się usmiała,
    Mai :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Akurat co do trucizn, to jest akurat ok. Zioła mogą leczyć, ale też zatruć organizm w nieodpowiednich dawkach. To trochę jak z jadem węża. Bardziej zastanawia mnie ten fragment z moralnością dotyczącą aborcji, typową chrześcijaństwu i to temu dzisiejszemu. Baba jako wyznawczyni dawnych religii nie powinna się nią kierować. Chrześcijaństwo (a dokładniej katolicyzm) to bodajże jedyna religia zakazująca aborcji. Ten fragment jest idiotyczny, a w dodatku szkodliwy społecznie, bo to znowu puste frazesy o "zabijaniu dzieci", etc. Autorka chciałaby robić się anty-kościelna, a jest absolutnie "pro" w tym momencie.

    OdpowiedzUsuń
  14. ~Sav.

    Straszne, że coś takiego wydają. Nie wiedziałam, że teraz można swoje dzieła zamiast na bloga - posyłać do wydawnictwa. A rozważania baby... No sama myślałam, że zejdę z tego świata od czytania tych bzdur. Swoją drogą ile Michasia ma lat? Bo wygląda mi to na pisaninę 12 latki, która stara się pokazać jaka to jest mądra...

    Co do trucizn (taki mój konik ;)) to jak najbardziej mogą leczyć. Zdarza się też, że dana trucizna jest również odtrutka na inną truciznę. Nie wiem dokładnie jak to było w średniowieczu, bo nie jestem historykiem, ale obecnie trucizny stosuje się w medycynie. Taka chyba najbardziej znana - atropina jest używana w kardiologii. Inne znane trucizny - warfaryna (jako lek przeciwzakrzepowy), nikotyna (spowalnia Alzheimera i Tourette'a), digoksyna z naparstnicy (również na serce), arszenik (stomatologia). Z tym, że czegoś takiego na pewno nie używało się w średniowieczu. W sumie z tych bardziej znanych trucizn to używanych w średniowieczu to kojarzę przede wszystkim atropinę jako krople do oczu (z tego co pamiętam to już bardziej renesans, ale na upartego można przyjąć i późne średniowiecze) no i muskarynę, ale to dotyczyło berserków. Widać, że Michasia coś tam kojarzyła, ale jak zwykle nie poczytała i uznała, że daty nie mają znaczenia. Dobrze, że (jak dotąd) nie postanowiła tu jeszcze wepchnąć szczepionek. Skoro wyparza już jakieś narzędzia...
    Lecę (masochistycznie) czytać dalej. I pokłony, że chce się wam męczyć z tą wybitną książka. Ja bym po pierwszych 10 stronach pirzgnęła tym o ścianę (lub łepetynę autorki) xD

    ps. Straszliwie podoba mi się ochrzczenie bohaterki Kundzią xD

    OdpowiedzUsuń