Czarne owce literatury czyli analizy ZŁYCH książek: kwietnia 2013

wtorek, 30 kwietnia 2013

Całe mnóstwo magicznych stworzeń czyli "Dziewiąty mag", część 5

Z uwagi na żenującą długość poprzedniej analizy, kajamy się, reflektujemy i dorzucamy kolejną część, tym razem dłuższą i obfitującą w duże ilości głupot i wkurwu. :)






Poszła za Fabienem. Niedaleko na małym kamiennym placyku tuż obok fantazyjnej fontanny stał najprawdziwszy w świecie... pegaz o mlecznej barwie sierści! W mitologii czytała kiedyś, że były to konie ze skrzydłami, ale to stworzenie na pewno przewyższało konia pod każdym względem. Owszem, fizycznie jak najbardziej przypominało araba, ale te srebrne skrzydła!...
No pewnie, że arab. Jak ładny koń, to tylko i wyłącznie arab. Inne rasy nie istnieją, za brzydkie są.
A tryska tęczą spod ogona?

Pegaz zrobił mały rozpęd, rozłożył skrzydła i wzbił się w powietrze. Lecieli! (...)
Spojrzała w dół na panoramę miasta. Było malowniczo otoczone górami porośniętymi gęstym lasem. Patrząc na góry, znowu miała uczucie deja vu. Jadąc na urlop do Dubrownika, przejeżdżała przez Bośnię. Z okien autokaru podziwiały wtedy z Amanda piękno prawie identycznych gór otaczających wijące się koryto szmaragdowozielonej rzeki Neretwy.
Dubrownik, Bośnia, znaczy się: Europa. Czy możemy zatem podejrzewać, że Arielka też pochodzi z jakiegoś europejskiego kraju? Czyżby Anglia?
Mnie to jej nazwisko brzmi po szkocku. Choć może to wpływ Harry’ego Pottera i ognistej whisky Ogdena.
Zresztą whatever... zapewne i tak już niewiele będziemy się skupiać na świecie rzeczywistym.

Wylecieli z miasta. Parę razy wydawało jej się, że widzi w oddali sylwetki smoków i kilku innych pegazów z oficerami na grzbietach. „Pewnie są na patrolu" - uznała. Kilka razy mignęły im inne dziwne stwory. Fabien wyjaśnił, że to harpie.
- Słyszałam o nich. To pół ludzie, pół ptaki. (...)
- Harpie nie należą do naszego społeczeństwa. żyją podobnie jak fauny, centaury i inne leśne stworzenia w swoim świecie. Maja kilka osad nadrzewnych rozsianych po lasach. Nie są naszymi sługami. Raczej z nami współpracują. No wiesz, dostarczają nam informacji zwiadowczych tych miejsc, gdzie nie doleci smok ani oficer na pegazie, mi nawet ptakosmok małych rozmiarów. W zamian my udzielamy im ochrony – wyjaśnił
Nie są ich sługami, och, jak to miło ze strony elfów. Nawiasem mówiąc, ciekawi mnie, czy te harpie to też istoty złe, brudne i lubiące torturować ludzi. Bo ja rozumiem – wziąć jakiś element mitologii i umieścić w swoim świecie. Ale jeśli weźmie się ten element, całkowicie go zmieni i kompletnie zniszczy jego pierwotne znaczenie, to bardzo mi przykro, ale to bardzo źle świadczy o autorze.

Koszary oficerów z racji ich obowiązków musiały znajdować się blisko miasta. Z daleka zobaczyła osiedle małych bungalowów, a niedaleko nich podłużny, niski budynek – zapewne stajnie dla pegazów. Najdalej znajdowały się olbrzymie budowle mające jakieś piec pieter wysokości i baaardzo długie.
Nie ma to jak baaardzo ekspresyjny narrator.

Koszary wyglądały jak kemping. Kilkuosobowe bungalowy były pooddzielane od siebie solidnie przyciętymi żywopłotami, pięknymi krzewami i egzotycznymi drzewami. Fabien chyba zauważył zaciekawienie Ariel, bo pospieszył z wytłumaczeniem:
- Tak, w tych bungalowach mieszkają oficerowie. Każdy ma swój pokój z łazienka, a do tego jest wspólny pokój dzienny do odpoczynku i spotkań towarzyskich. Stołówka jest z tamtej strony.
Najbardziej zniewieściałe wojsko ever. .__.

Zanim doszli na miejsce, wytłumaczył jej też, dlaczego koszary wyglądają jak kemping. W razie ataku bestii jeden czy dwa bungalowy łatwo odbudować, a uszkodzenie pojedynczego dużego budynku byłoby większą strata.
A wiecie, co jeszcze łatwiej odbudować? NAMIOTY.
Ale namioty nie mają werand, gdzie można by poczytać książkę w bujanym fotelu ani łazienek, trzeba by robić siku *gulp* w krzaki! :C

W stajniach nasi bohaterowie spotykają Marcusa. Ariel go za coś opieprza i idą wszyscy razem do smoków.

Marcus podążył za nimi z ponura mina i mocnym postanowieniem, że cokolwiek się wydarzy, nie pozwoli smokom zeżreć Ariel, nawet gdyby sam miał stracić życie. Patrzył teraz na jej postać pewnie kroczącą przed nim w jego mundurze. Była taka drobna i krucha... Ciekawe, czy domyśliła się, czyj to mundur? Musiał przyznać, że nawet w męskich ciuchach wyglądała... Zapatrzył się jak zahipnotyzowany na jej rozkołysane biodra... Odruchowo oblizał wargi... Nie, takie myśli były zabronione! Wielkie nieba! Ta kobieta idzie na pewna śmierć, a jemu w głowie... Zawstydził się własnych myśli.
Ja nie mogę wyjść z podziwu, jacy zniewieściali są ci wszyscy mężczyźni w tym uniwersum. Edward Cullen w porównaniu z nimi to wielki, umięśniony, wąsaty motocyklista cały w czarnych skórach, ćwiekach i z bandaną w pirackie czachy na głowie.

„Jeśli ona przeżyje, to nigdy więcej nie pomyślę w ten sposób ani nie zrobię nic, co uwłaczałoby jej czci!" – obiecał sobie uroczyście w myślach.
„Jeśli nie przeżyje, zgwałcę jej zwłoki!”

Powietrze dookoła nich zatańczyło, a niebo przesłonił ogromny cień. Zaskoczona zadarła głowę do góry i ujrzała nad sobą majestatycznie lecące cielsko - jak w kinie 3D.
W każdym kinie 3D, w którym byłam, po spojrzeniu w górę widziałam tylko czarny sufit. Ale co ja tam wiem.

Po drodze minęli kilku oficerów, których Fabien z Markusem pozdrowili skinieniem lub wymienili kilka żarcików. Dociekliwym wyjaśniali, że Ariel jest takim trochę dziwnym magmedykiem, bo interesuje się smokami zamiast ludźmi, a ich ironiczne uśmieszki wyglądały całkiem przekonująco.
Robi za magmedyka, ale chodzi ubrana w mundur oficera.
Cover blown in 3, 2…

Mówili, że to Severian osobiście dał mu zgodę na zwiedzenie zagród, „bo ma do niego słabość (...)".


- Jak się tam dostać? - zapytała Fabiena, wskazując ręką galeryjkę.
- Jest winda, o tam. - Pokazał jej dziwne urządzenie w rogu zagrody. - Ale chyba nie zamierzasz?...
Nie dokończył, bo Ariel już szła szybkim krokiem w tamta stronę.
- Szybko bo jej nie złapiemy! - wydyszał Marcus, pamiętając, jak ja gonił na parkingu przed klinika.
- Spoko, stary. Bez buzdyganu nie uruchomi windy, nie? A buzdygany mamy my. - Uśmiechnął się elf.
- No nie wiem... - Przyjaciel miał chyba wątpliwości, bo jeszcze bardziej przyspieszył kroku. Dogonili ja, gdy stała już na drewnianej platformie windy Zanim którykolwiek z nich zdążył dobyć buzdyganu, żeby ja uruchomić, winda zaczęła sunąć do góry! Popatrzyli zaskoczeni najpierw po sobie, a potem na Ariel.
- Jak to zrobiłaś? - zapytali razem jak na komendę.
- Co? Aaa, winda? - domyśliła się. - Po prostu tu weszłam i pomyślałam, że chce, żeby mnie zawiozła na sama górę - stwierdziła spokojnie i wzruszyła ramionami.
- Pomyślałaś?! - znowu zapytali chórem.
- A co to, już myśleć nie wolno? - Zmarszczyła brwi. - Macie jakiś problem, panowie?
Ja mam. To jest po prostu ZA GŁUPIE. Nawet nie wiem, od czego zacząć. Windy działające na buzdygany, uciekające merysujki, elfy-kretyny, które nie mogą jej dogonić, mimo że dopiero co stała tuż obok nich...

W jednym boksie zobaczyła zwiniętego w kłębek smoka o czarnych, połyskujących łuskach i wydłużonym pysku, z pojedynczą parą skrzydeł. A wiec istniało co najmniej kilka gatunków smoków! Właściwie dlaczego to ją zdziwiło? Ten, obżarty, odpoczywał i chyba szykował się do snu. Przez chwile miała wrażenie, że... puścił do niej oko?! Nie, na pewno jej się tylko wydawało!
Ależ nie! Powinnaś wiedzieć, droga Arielko, że do merysujek, takich jak ty, wszystkie magiczne stworzonka puszczają oko!

- To właśnie Neret. Nasz najbardziej agresywny smok.
Który puszcza oko. Kobiecie. Którą powinien raczej zjeść niż zaprzyjaźniać się, według dostarczonych czytelnikowi informacji.
Hej! Już wiem, jak sobie wyobrażać te smoki!


W kolejnym boksie zobaczyła następnego smoka. Z ubarwienia i kształtu głowy przypominał Croya, ale był nieco mniejszy. Ariel zatrzymała się tu chwile dłużej. Ten smok nie spał. Patrzył na nią przenikliwie zielono-złotymi ślepiami, jakby hipnotyzując i przyzywając ja do siebie...
Stała teraz w bezruchu na wprost stworzenia i patrzyli sobie w oczy. Doznała uczucia, że to spotkanie musiało być zaplanowane. Że było jej pisane. Że MUSI natychmiast tam zejść!
Matko, kolejna Przeczuciowa Meihna... Od dzisiaj zaczynam nazywać to zjawisko meihnizmem.
Brzmi niezamierzenie fajnie. Michasia może być z siebie dumna, została matką kolejnej obok marysuizmu wkurzającej maniery pisarskiej. :D

Ariel wpada w trans i idzie do zagrody smoczycy, bez problemu łamiąc czary chroniące drzwi do zagrody, które zamykają się na cztery spusty przed nosami Fabiena i Marcusa. Marcus od razu zamienia się w emo i mówi, że nie można już jej pomóc (i to on miał być ten gwałtowny i niebezpieczny?), Fabien leci z powrotem na galeryjkę, by z góry obserwować, co ta kretynka wyprawia.

Powoli podniosła głowę. Teraz już z bliska spojrzała w ogromne oczy smoka. Wstrzymała oddech. „Czy teraz mnie zeżre? Bo go obraziłam?" – Przełknęła nerwowo ślinę. „Przede wszystkim jestem kobietą-smokiem, moja droga. - Usłyszała telepatyczna odpowiedz. - A czy cię pożrę, to zależy od twoich manier i od tego, po co mi zawracasz głowę? A tak przy okazji, mam na imię Vivianne". – Może to było tylko wrażenie, ale smoczyca jakby cichutko zachichotała w myślach.
„To co, herbatki, moja droga?” – spytała smoczyca, sięgając po dzbanuszek w różyczki. „Czarna czy zielona? Poczęstuj się ciasteczkiem, sama piekłam.”
PRZEPRASZAMY wszystkie smoki świata. Nawet Saphirę.

- Ale przecież jako kobietę powinnaś mnie natychmiast zeżreć (Innego słowa w tym kontekście nikt nie potrafi już użyć?) - wydusiła zaskoczona Ariel. - Fabien mi mówił, że kobietom nie wolno wchodzić do waszych zagród i na padoki, bo to was obraża.
- Fabien powiedział ci to, co jemu i wielu innym podobnym wtłoczono do głowy wiele lat temu.
- Wiec to nieprawda? - Ariel wytrzeszczyła oczy.
- Oczywiście, że nie! Obecność kobiet wcale nas nie obraża. Osobiście uważam, że są nawet dość miłe. Poobserwowałam kilka w czasie patroli. Jednakże wiele setek lat temu Pierwszy Mag Xaviere D'Orion wmówił to swoim ludziom. Czemu, nie wiem, bo obłożył przy tym klątwą milczenia pierwsze smoki i nie wolno nam tego wyjawić.
- Wiec czemu mówisz to mnie? - zapytała zdumiona Ariel.
Smoczyca uśmiechnęła się i powiedziała:
- Ponieważ klątwa milczenia brzmi: „Nie wyjawisz tego po wsze czasy żadnej inteligentnej istocie
Ehehe, i wszystko jasne. ^^
Winky, no weź.
żadnej inteligentnej istocie zrodzonej w tym świecie"
NMSP. :3
A wracając do meritum: w ten oto sposób w jednym, krótkim dialogu zlikwidowany został największy problem, z jakim miała do czynienia Ariel. Jakież to szalenie wygodne.


Arielka siada sobie po turecku koło smoczycy i zaczynają gawędzić telepatycznie jak stare psiapsióły na ploteczkach. Tymczasem Marcus i Fabien – najpowolniejsze elfy na świecie – wreszcie dotarli na galeryjkę.

Zdyszeni, spoceni dobiegli do miejsca na galeryjce, z którego było widać wnętrze zagrody Vivianne. Fabien gwałtownie się zatrzymał i stanął na drodze Marcusowi.
- Słuchaj, sam tam zajrzę. Jeśli ona... no wiesz... to może tego nie oglądaj...
Bo tam krew może być, Boziu, jacy oni delikatni ci oficerowie wojskowi...

- Słuchaj, sam tam zajrzę. Jeśli ona... no wiesz... to może tego nie oglądaj... – tłumaczył przyjacielowi, jednocześnie opierając dłonie na jego napierającym torsie.
Nie miej skojarzeń. Nie miej skojarzeń.
Nie spamuj obrazkiem z foką. Nie spamuj obrazkiem z foką.

Fabien też zerknął do wnętrza (...) Smoczyca najwyraźniej ich zobaczyła, Ariel zresztą też, bo pomachały do nich przyjaźnie.
Smoczyca łapką im pomachała. Uber cute. <3

Nie do końca pewni, jak skończy się to spotkanie, stali na galeryjce i przyglądali się gawędzącym „kobietom".
Znaleźli się, „mężczyźni”. I to naprawdę „mężczyźni”.

Powstał jednak problem. Być może uruchomienie windy bez buzdyganu uszłoby jeszcze uwadze postronnych, ale otwarcie zapieczętowanych potężnym zaklęciem drzwi do zagrody stanowczo nie. Teraz do Fabiena i Marcusa zaczęli dołączać kolejni oficerowie - zdumieni, że można tak po prostu wejść do zagrody, usiąść przed smokiem i pogadać.
To dlaczego nie zadbaliście, by w tym czasie nikogo nie było w pobliżu? Wiedzieli, że Ariel jest potężna i głupia (i Mary Sue), mogli przewidzieć, że coś odwali, nie pytając nikogo o zgodę.

Ariel wyjaśnia smoczycy, na czym polega jej zadanie.

„Mówisz, że Wszystkowidzaca Oriana dała zlecenie Severianowi i innym magom? - zainteresowała sie Vivianne. - To poważna sprawa, jesli sama Oriana sie do niej miesza. Zwykle siedzi na tych swoich bagnach i nie daje znaku życia, ale jesli teraz sie odezwała, to nie zrobiła tego z błahego powodu!
Nagle zainteresowała mnie osoba tej Wszystkowidzącej Oriany. Do tej pory wyobrażałam ją sobie jako jakąś mistyczną wyrocznię, białą, świetlistą et cetera, a teraz nagle się okazuje, że mieszka na jakichś bagnach i nie daje znaku życia.
Hmmm... Mam pewne podejrzenia.

Wiedziałam! Yoda była kobietą!

Hmm... - zamyśliła się przez chwile. - Tak, pomoge ci. Porozmawiam z innymi smokami. Jak już pewnie zauważyłas, potrafimy porozumiewac się na różnych kanałach telepatycznych. Ty zreszta też, a nie każdy zwykły czarodziej czy oficer to umie. Tak przy okazji, staraj sie swoje niezwykłe umiejetnosci trzymac w tajemnicy. Nie brak tu zazdrosników, którym może sie nie spodobac, że przybysz z obcego swiata ma wieksze zdolnosci magiczne niż oni.
Ach, och, ci podli hejterzy.

Ariel wiedziała, że nie oszuka Vivianne, wiec otwarcie opowiedziała jej o swoim dzieciństwie, trudnym dorastaniu, ciężkich wysiłkach, żeby zdobyć dobre wykształcenie, o swojej pracy w klinice, dorastającej Amandzie oraz ślubie i rozwodzie ze Stevenem.
„Szkoda, że nie trafiłaś do naszego świata wcześniej - skwitowała ten ostatni watek Vivianne - bo z tego, co opowiadasz, ten cały Steven to dupek... przepraszam..."
„Nie szkodzi, bo to prawda". - Roześmiała się w duchu Ariel.
„A odpowiednim mężczyzną dla ciebie jest Marcus, moja droga - pomyślała poważnie smoczyca. – Zapamiętaj moje słowa. To mężczyzna, który da ci szczęście, ale zanim to nastąpi, przejdziecie razem wiele ciężkich prób".
Coraz bardziej brakuje mi pomysłów, jak komentować te zalewające mnie tony głupoty i aŁtoreczkowości. A to wszystko pisała nie nastolatka, tylko DOROSŁA KOBIETA, mająca pracę (weterynarza...) i dziecko!

„Mylisz się, Vivianne - stwierdziła nieco zakłopotana Ariel. - Nie przeczę, jest miły, ale... znam go raptem parę dni i..."
„I zdążył cie już uratować przed dupkowatym Stevenem oraz dał oficerskie słowo honoru opiekować się tobą nawet za cenę życia - przerwała jej smoczyca. - Łączy was więcej, niż sadzisz, i wasze uczucia są głębsze, niż myślisz - dodała tajemniczo.
*bezradnie leży pod biurkiem i pokwikuje*

- A tak przy okazji, znam zapach Marcusa i wiem, ze to jego mundur. Jeśli myślał, że nas, smoki, przy naszym czułym węchu, oszuka tak prostym fortelem, to chyba będę go musiała zeżreć! - Teraz śmiała się już do rozpuku. – Naprawdę nie musisz nosić męskich, przepoconych mundurów To i tak nic nie daje, a poza tym jest mało higieniczne. No chyba że lubisz małe, intymne perwersyjki..." – Vivianne puściła oko do Ariel, która zrobiła się czerwona jak burak.
*podłoga pękła pod nią z trzaskiem i spadła piętro niżej*
Gdyby nie fakt, że „Dziewiąty mag” został wydany grubo przed „Pięćdziesięcioma twarzamy Greya”, miałabym pewne podejrzenia. Ale cóż.

Odwróciła się, żeby jeszcze raz spojrzeć na smoczyce. Niespodziewanie dla siebie samej zawróciła, podeszła do Vivianne i przytuliła się do jej szyi.
„Wiedziałam, że kiedyś cie spotkam... Śniłaś mi się tyle nocy..." - pomyślała wzruszona.
Znaaam zeee snóóów te usta i oooczy twoooje znaaam... Muszę się upić.
Ty nie pijesz.
To dawaj mię tu melisę! Mnóstwo melisy!

Przekroczywszy próg zagrody, ujrzała tłum zaaferowanych oficerów. Wiadomość o tym, co działo się w zagrodzie smoczycy, najwyraźniej obiegła koszary lotem błyskawicy. Wszyscy chcieli zobaczyć to na własne oczy. Przybył nawet Zorian. Stał teraz koło Marcusa i Fabiena i coś gorączkowo ustalali. Ariel przeszła obok nich.
- Cześć, chłopaki, stęskniliście się za mną? - palnęła. Strzeliła palcami i rygiel oraz kłódka do zagrody smoczycy błyskawicznie wróciły na swoje miejsce.
*wali łbem w ścianę* Kuropatwa twoja chędożona mać, jak można być TAKĄ kretynką?! Miała się ukrywać przed oficerami, ale ona im się po prostu na talerzu wykłada! Jeśli jeszcze za chwilę się okaże, że bez najmniejszych problemów i z ogromną dozą tej wkurwiającej nonszalancji i bezczelności udaje jej się ukryć swoją płeć, to pójdę do księgarni i spalę wszystkie egzemplarze tego gówna!
Słowo?
Nie. Żal mi drzew.

- Hej, ty! - Usłyszała naraz czyjś ostry głos. - Coś za jeden?
Zobaczyła oficera o szczurkowatej twarzy, małych, chytrych oczkach i mysich włosach. Znienawidziła go od pierwszego spojrzenia. Sama była zdumiona swoją reakcją i nie umiała tego racjonalnie wyjaśnić.
Już ci wyjaśniam, moja ty słodka mimozo: napotkałaś właśnie Bohatera Antypatycznego, czyli takiego, którego nienawidzi nawet narrator i mało subtelnymi sposobami zmusza czytelników do tego samego.

- Mam na imię Ariel. Jestem konsultantem do spraw smoków. Jestem tu z polecenia samego Severiana o czym ty, Efrem, jako oficer dyżurny, powinieneś doskonale wiedzieć - odpalantowała zimno. Tak, przedarła się przez jego osłonę telepatyczna. Uzyskała w jego zadufanym umyśle informacje o tym, kim jest i jaką ma funkcje. Jak również to, że był typem małego, gnidowatego i podlizującego się karierowicza. Takiego, który nie cofnie się przed niczym.
Jak wyżej.
Ciekawe, kto tak aŁtorce podpadł.

- Tak? Ale jakoś o niczym nie wiem! - rzucił Efrem zły, że go o niczym nie poinformowano.
- Widać zbyt mało znaczysz, skoro Naczelny Czarnoksiężnik nie widział powodu, by cie informować – syknęła cicho. - Zresztą moimi przewodnikami są oficerowie Fabien i Marcus Brent, którzy dostali taki rozkaz bezpośrednio od Severiana. (...)
- Coś mi się wydaje, że kłamiesz! Fabien i Marcus nie mogli dostać takiego rozkazu od Severiana, bo maja u niego przechlapane po tej aferze u Garretha. A ty, przyjacielu, masz za wysoki głos jak na mężczyznę, a jesteś trochę za stary na mutacje. Sadze wiec, że jesteś kobietą! – rzucił z satysfakcja Efrem.
Jeszcze nie skomentuję, czytajcie dalej...

- Chyba masz problemy psychiczne, Efrem, skoro rozpoznajesz płeć po wysokości głosu. Powinieneś wiedzieć, że kobietom wstęp do zagród i na padoki jest zabroniony. Jaka kobieta byłaby na tyle głupia, żeby ten zakaz złamać? Przecież to grozi śmiercią, nie? Powinieneś wiedzieć, że gdybym był kobieta, to smoki zeżarłyby mnie w ciągu sekundy i nie gawędzilibyśmy teraz tak uroczo - zaśmiała się szyderczo Ariel i na wszelki wypadek założyła ręce na piersi, żeby nie dostrzegł zarysów biustu pod mundurem. - Zresztą moją prawdomówność łatwo sprawdzić. Wystarczy, że zapytasz Naczelnego Czarnoksiężnika. No dalej, Efrem, idź do niego i zapytaj! - zażądała.
Wszyscy wstrzymali oddechy.
- Nie. Dużo prościej zrobić to tu i teraz. - Na twarz Efrema wypłynął podejrzanie zadowolony uśmiech i już Ariel, Marcus, Fabien i cała reszta domyślili się, o co mu chodzi.
- Taaak? A co masz na myśli? - zapytała Ariel, udając, że nie ma pojęcia, o czym on mówi.
- Ściągaj gacie! Zaraz zobaczymy, jaki z ciebie mężczyzna - zażądał Efrem.
Tak bardzo brak mi słów...

Kilku wzburzonych tym oficerów zaszemrało: „tak się nie godzi", „to podłe", „chyba mu odbiło".
Co to za żołnierze?! Każda armia zaczęłaby w tym momencie skandować „ścią-gaj gacie! ścią-gaj gacie!”, a nie szeptać, że mujeju jeju, to nie przystoi.
Ustaliłyśmy już, że elfy w tym uniwersum są… dziwne.

Ku swojemu zdumieniu zobaczyli jednak, że to Ariel podchodzi do Efrema, zbliża twarz do jego twarzy i uśmiecha się od ucha do ucha.
- Efrem, doszły mnie słuchy, że jesteś podłym lizodupem - tu podsłuchała Marcusa - ale że zboczeńcem, to pierwsze słyszę!
Oficerowie ryknęli śmiechem.
I po krzyku. Nikt się już nie interesuje płcią Ariel, która jedyne, co zrobiła, to założyła męskie ciuchy.

Upokorzony Efrem chciał się rzucić na Ariel, ale w obecności tylu wrogo nastawionych oficerów nie miał odwagi, wiec tylko zacisnął pieści i wychrypiał wściekły:
- Jak otworzyłeś drzwi do zagrody? To potrafią tylko Naczelni!
- O rany, aleś ty głupi! - Ariel udała zniecierpliwienie. - Jasne, że sam tego nie umiem. To Severian osłabił zaklęcie, ale tylko dla mnie, żeby nikogo nie kusiło włazić do smoków. Jeszcze mogłyby mieć wyżerkę. Nie przejmuj się, Efrem - poklepała go przyjaźnie po ramieniu - ciebie by i tak nie zeżarły. Nie jedzą byle czego!
Oficerowie śmiali się do rozpuku. Nawet Fabien z Marcusem chichotali pod nosem. Rany, ale z tej Ariel numerek...
Mnie przychodzi do głowy inne określenie...

- Sprawdzę twoja wersje u Naczelnego Czarnoksiężnika, a póki co pilnuj własnej dupy, bo jak się okaże, że kłamiesz... - rzucił Efrem złowieszczo.
- To co? - zapytała uprzejmie Ariel. - Przelecisz mnie, zboczku?
Cały Korpus płakał teraz ze śmiechu.
Okej. Nieważne, co o Efremie mówi narrator, Ariel, Marcus, Fabien czy którakolwiek postać z tej durnej książki. WSPÓŁCZUJĘ MU. I nienawidzę wszystkich innych bohaterów.
Brawo, aŁtorko, brawo!

środa, 24 kwietnia 2013

Całe mnóstwo magicznych stworzeń czyli "Dziewiąty mag", część 4

A bo dawno nie było, a mnie sentyment wziął. A poza tym to jestem leń śmierdzący i kajam się za przerwy między kolejnymi analizami i długość tychże.

Sama już ledwo pamiętam, co się działo w ostatnim odcinku... Ariel, nasza merysujkowata protagonistka, zawitała do drugiego świata, zamieszkanego przez elfy w garniturach i smoki o żenującym poczuciu humoru, gdzie ma leczyć te drugie i uchronić je przed wyginięciem. Marcus i Fabien wciąż nie wiedzą, którego z nich Arielka wybierze na tru lovera, a czytelnika to nic nie obchodzi. Ahoj, przygodo?

PS Jeśli w cytatach brakuje jakichś polskich znaków, to moja wina. Nie wiem czemu, ale dziady nie chcą się kopiować z pdfa do worda i nie wszystkie udaje mi się wyłapać.






 - Cholera, odbito ci, żeby się kłócić z Severianem?! - ryknął na niego Fabien w drodze do koszar. - Życie ci niemiłe czy co?
- Dałem słowo! - odparł ponuro Marcus.
- Ale z Severianem?!
- Dałem słowo! - powtórzył zawzięcie. - Też byś to zrobił na moim miejscu.
Tu Fabien musiał mu przyznać racje, postąpiłby dokładnie tak samo. Szli dalej w milczeniu. Kłócić się byłoby całkiem bez sensu - jutro Ariel i tak zginie, a on, Marcus, nic nie będzie mógł zrobić.
Jak dobrze wiedzieć, że otaczają swoją ostatnią nadzieję na przetrwanie taką troską. Te elfy to jakieś cholerne lemingi czy co?
Lemingi w garniturach! :D

Kopnął ze złością najbliższy kamień, który popatrzył na niego obrażony i zapiszczał:
- Hej, zrobiłem ci coś, że mnie kopiesz? Twoje szczęście, że nie mogę ci oddać!
Teraz nie jestem pewna, czy to Element Komiczny, czy Element Przypominający o Znajdowaniu się w Świecie Fantasy.

Marcus nie zmrużył oka do rana. Na wszystkie sposoby kombinował, jak wprowadzić Ariel bezpiecznie do zagród, tak aby jej smoki nie zabiły i aby inni oficerowie się nie zorientowali, że jest kobietą.
Dude, kogo to obchodzi? Ariel jest z innego świata, gdzie mogą sobie być inne zwyczaje, a oficerom wystarczy rozkazać, by się odwalili i przestali ślinić.
Oni tam w ogóle nie mają kobiet, może po prostu się ich brzydzą.

[Ariel] Wstała z łóżka i rozejrzała się. Jej ubrania zniknęły, a w ich miejsce pojawiła się długa ciemnobłękitna suknia bez dekoltu
Znaczy co, z cyckami na wierzchu?
I oni chcą ukryć fakt, że Ariel jest kobietą, tak?

Tu mamy aŁtoreczkową scenę, w której Ariel zakłada suknię i ta magicznie dopasowuje się do jej figury, podobnie dzieje się z czekającymi pod łóżkiem trzewikami, a kiedy pani weterynarz chce się uczesać, szczotka ożywa i sama układa jej fryzurę. Nie rozumiem, czemu jeszcze żaden świecznik nie śpiewa „Be our guest”.

Chwyciła szczotkę zdecydowanym ruchem i mrucząc pod nosem: „Jeszcze trochę i zacznę się bać na myśl o wejściu do kibla", rozwaliła fryzurę, po czym uczesała włosy po swojemu. Ku jej zdumieniu szczotka zrobiła wściekły grymas i wywaliła język.
*wzdycha ciężko, pocierając skronia*

Właśnie robiła, co mogła, aby się nie potknąć o skraj sukni, gdy Marcus przerwał cicha rozmowę i popatrzył w jej kierunku. Miał ponura, zmęczona twarz i wielkie cienie pod oczami, jakby cała noc nie spał, ale na jej widok oczy rozszerzyły mu się, zamrugał powiekami i gwałtownie wciągnął powietrze. Chryste! Czy wyglądała aż tak źle? Zaklęła pod nosem. Wszystko przez tę suknię!
Nie cierpię tego zabiegu, że postaci reagują na bohaterkę EWIDENTNIE pozytywnie, ale ta zaczyna się zamartwiać, że wygląda okropnie, wszystko z nią nie tak i na bank wszyscy zgromadzeni zaraz się porzygają na jej widok. To nie czyni bohaterkę uroczą, tylko DURNĄ.

Jadalnia była właściwie wydzielona częścią kuchni, która wyraźnie zachowała cos z czarodziejskiego folkloru, bo to tu znajdował się kominek z dość dużym paleniskiem i piękny, do czysta wyszorowany stół z drewna oraz drewniane taborety.
Przedmioty absolutnie niespotykane poza czarodziejskim folklorem.

Kiedy Ariel usiadła, nóż zaczął smarować masłem pieczywo, czajniczek nalał herbatę do filiżanki, a jajecznica nałożyła się na talerz.
Dobra, ja chcę backstory tych latających przedmiotów i gadających kamieni. Raz, że to potrzebuje dobrego wyjaśnienia (dobre = inne od „przecież to świat fantasy”), dwa – z pewnością będzie to ciekawsze od przygód Ariel i tych skretyniałych, ślicznych elfów.

Nawet przez chwile zawstydziła się, że wyjdzie na żarłoka, ale Marcelina wyglądała na
uszczęśliwioną, że ktoś docenił jej talenty kulinarne
JEJ talenty? Wszystko sprawia wrażenie, jakby robiło się samo, bez niczyjej pomocy.
Nawiasem mówiąc, wcześniej jakoś żadne przedmioty nie działały z własnej woli.
Tak to jest, jak się wpadnie na jakiś pomysł już w trakcie pisania i nie pomyśli się, by wprowadzić poprawki w tym, co już się napisało.

Syta wróciła do saloniku, gdzie czekali na nią Fabien z Marcusem. Po ich minach zrozumiała, że cos poszło nie tak, ale ponieważ obaj osłonili się zaklęciem adger, nie miała prawa na siłę dowiadywać się, o co chodzi - dała przecież słowo. Usiadła na kanapie naprzeciw nich i czekała, aż któryś się odezwie.
Awkward.

Marcus uparcie unikał jej wzroku. Jakoś podejrzanie bardzo interesował go stan własnych
butów. Rozmowę zaczął wiec Fabien. Był bardzo poważny. Tak bardzo, że Ariel zaczęła
mięć niedobre przeczucia.
- Ładnie wyglądasz w tej sukience
Kfik. xD Wyobraźcie sobie teraz to zdanie wypowiadane śmiertelnie poważnym tonem. ^^

– Lecę na patrol. - Wtrącił Marcus - Sam z nią pogadaj... (Ktoś tu nie umie zapisywać dialogów...) - Spojrzał wymownie na przyjaciela. Najwyraźniej wszystko miedzy sobą wcześniej ugadali, bo teraz Marcus podniósł się z fotela, spojrzał ciężko na Fabiena, potem spode łba na Ariel. Czyżby zobaczyła w jego oczach?... Nie, to niemożliwe! Przez moment wydawało jej się, że zobaczyła w nich żal, gniew, bezsilność, litość i... pożegnanie? Musiało jej się tylko tak wydawać. Tak, na pewno jej się to TYLKO WYDAWAŁO!
A może jesteś po prostu głupią histeryczką, co podkreślasz poprzez PRZYPADKOWE WERSALIKI?!

- No cóż, jednak udało mu się przekonać Severiana do swoich racji. W tej sytuacji Naczelny pozwolił Marcusowi nie wypijać eliksiru niepamięci i wspomagać mnie w prowadzeniu ciebie jako naszego konsultanta do spraw zdrowia i hodowli smoków. Oczywiście będzie to robił na tyle, na ile pozwoli mu plan jego patroli.
- Eliksir niepamięci? To znaczy, że ten cały Severian kazał mu cos takiego wypić, żeby...
- Żeby zapomniał, że kiedykolwiek cię spotkał i w jakim celu - dokończył spokojnie elf.
- Ale po co? - zapytała po chwili zdziwiona Ariel.
- To proste. Niewiele istot u nas wie o istnieniu waszego równoległego świata. Jeszcze mniej tam było. Nie bardzo chcemy wprowadzać, powiedzmy, rewolucji. Dlatego standardem jest wypijanie eliksiru niepamięci.
Eee... A w czym komu przeszkadza wiedza o innym świecie? Do niby jakiej rewolucji mogłoby to doprowadzić? Takiej, że ktoś mógłby chcieć olać ten świat i uciec do innego? A czemu tu się dziwić, skoro rządy sprawują tu idioci, którzy nie byli w stanie zapewnić ochrony kandydatom na lekarzy dla smoków i SETKA Z NICH została zamordowana, a oni dopiero po fakcie i gdy została jedna jedyna merysujka zaczęli dochodzić do wniosku, że coś może być nie tak? W podskokach i z melodyjką bym spieprzała z takiego świata, niezależnie od ilości smoków i pegazów się w nim znajdujących!

- Ty też go wypijesz, kiedy ja stad odejdę?
- Oczywiście - odparł Fabien, jakby to była najzwyklejsza rzecz pod słońcem.
*facepalm* Rozumiem, żeby eliksir wypijali ludzie, którzy przypadkiem lub na chwilę dowiadują się o istnieniu równoległego świata, ale czemu mają robić to oficerowie, którzy są do tego przeszkoleni? Nic dziwnego, że wszyscy tu są debilami, skoro całe doświadczenie, jakie zdobywają podczas misji, idzie w pizdu, bo „muszą wypić eliksir niepamięci”, blablabla.
A ja mam takie skromne pytanie: czy ta kompletnie nieważna dla nikogo Marcelina też dostanie eliksir? Ha?

„Jezu! A mnie się wydawało, że to mój świat jest pokręcony. Pewnie też każą mi go wypić, zanim mnie stad wypuszcza" - pomyślała.
Pfff, co ty, tobie? Merysujce? No weź, nie bądź taka skromna. ^^

- Przede wszystkim musisz wiedzieć, że w moim świecie smoki są uważane za stworzenia święte (...) Po drugie, niestety sama obecność kobiet obraża smoki, wiec wstęp do ich zagród i na padoki jest kobietom zakazany.
Kutfa, zdecydujcie się, czy chcecie utrzymać w tajemnicy jej płeć przed oficerami czy smokami, bo różnica jest zasadnicza! Po drugie: skoro obecność kobiet obraża smoki, czemu Croy, ten kretynosmok Marcusa, zachowywał się wobec Arielki bardzo przyjaźnie?
Może jest hipsterem.

- Na pewno dobrze zrozumiałam? Jako kobieta mam zakaz wstępu, bo obraziłabym tym smoki, a jednak mam tam pójść i zostać pożarta, bo ten wasz Naczelny Jakiśtam tak sobie wymyślił? Tak?
- To nie wszystko - pokręcił głową Fabien.
- Nieee? A co może być gorszego?! - dopytywała się teraz już całkiem wkurzona.
- Oficerowie - rzucił krótko elf.
- Co z nimi?
- Jeśli się zorientują, że do zagród weszła kobieta, to honor oficerski każe im natychmiast cię zabić. Zemsta za obrazę smoków jest ich moralnym...
*łapie się za głowę* Matko świnto, jakie to jest bezdennie głupie...

- Nie no, to jakaś paranoja! - Ariel zerwała się na nogi. - Potrzebujecie pomocy, ale nie chcecie sobie dać jej udzielić! Jesteście chorzy i wasz pieprzony honor też! - Zaczęła krążyć po pokoju. - Dobra, mam tego dość! Dawaj ten eliksir niepamięci i odstaw mnie do domu! - zażądała. - Nie mam ochoty dać się zabić, bo paru czubków ma honor!
Jeżu! Przejaw inteligencji!
W sumie miła odmiana, każda nastoletnia merysujeczka napisana przez nastoletnią aŁtoreczkę zaczęłaby w tej chwili pieprzyć jakieś androny o chęci niesienia pomocy, spełnienia misji, ratowania światów etc. ;P

- Słuchaj - powiedział - rozumiem twoja wściekłość. Możesz mi nie wierzyć, ale naprawdę rozumiem. Musisz wiedzieć, że lista kandydatów była bardzo długa, ponad stu, z czego na palcach jednej ręki można było policzyć kobiety. Nikt, absolutnie nikt nie pomyślał, że wszyscy oni się wykrusza. A to jeden miał zawał, a to inny wpadł pod samochód i tak dalej. Na końcu zostałaś ty. Na początku braliśmy pod uwagę, bez obrazy, samych mężczyzn, ale potem musieliśmy zaakceptować wszystkich kandydatów. I teraz w tobie nasza jedyna nadzieja. Obawiam się, że eliksir niepamięci w twoim przypadku może być zbyt słaby, skoro przełamałaś klątwę milczenia, która na ciebie rzuciłem w tamtej kawiarni...
Nic z tego nie miałoby miejsca, gdybyście nie byli idiotami i zapewnili wszystkim kandydatom ochronę.
Niestety, imperatyw marysujkowy okazał się zbyt silny, by jakakolwiek moc mogła mu się oprzeć.

Zresztą kiedy rozmawiałem z tobą w tej kawiarni, nie wiedziałem, że jako konsultantka będziesz musiała osobiście tam pójść
Nie no, oczywiście. Każdy lekarz może bez patrzenia powiedzieć, co jest nie tak ze stworzeniem, którego w życiu na oczy nie widział. No i dobrze was szkolą i informują w tym wojsku. Organizacja świetna.

Żądam tylko jednej rzeczy. W moim świecie jest dziewczynka, moja córka Amanda. Jak zginę, to zobowiązuję ciebie i Marcusa oraz w szczególności Severiana osobiście do opieki nad nią. Jesteście mi to winni, do cholery!
Ona serio chce dać swoje dziecko OBCYM LUDZIOM, mężczyznom o wiadomych poglądach na kobiety, zamiast w swoim świecie urządzić to tak, by dziewczynka przeszła w ręce na przykład jej przyjaciółki, żeby nie musiała trafić do ojca-pijaka? Czy w którymś z tych światów ktokolwiek używa mózgu?
Za wiele wymagasz.

Fabien wręcza Arielce stary, niewyprany i śmierdzący mundur Marcusa, co według niego wystarczy, by oszukać oficerów, a może nawet i smoki. Środki ostrożności, że pożal się Boru. I choć jeszcze przed chwilą mundur śmierdział starym trollem, otrzymujemy taką scenkę:

Ariel wzięła do ręki ogromny mundur, według słów Fabiena należący do Marcusa. Chwilę się zawahała. Potem przybliżyła materiał do twarzy. Tak, nie miała wątpliwości, to był jego mundur... Pamiętała zapach skóry Marcusa, gdy przytulił ja po wyrzuceniu Stevena. Teraz, zakładając jego ubranie, miała wrażenie uczestniczenia w jakiejś intymnej perwersji... Uczucie było takie, jakby otulała się samym Marcusem...
Zaprzeczam faktowi przeczytania tego fragmentu... To nie może się dziać naprawdę.

Fabien ocenił jej wygląd i uznał, że nie jest źle.
- Aha, nie mów Marcusowi, że ci powiedziałem, że to jego mundur i jego pomysł, bo chyba by umarł ze wstydu, a przed śmiercią by mnie zabił. - Uśmiechnął się elf. – Marcus to pedant.
I dlatego capi starym trollem.
Który jednak nie capi, tylko perwersyjnie pachnie.

- To co, lecimy? - zapytał Fabien.
- Tak, miejmy to już za sobą - stwierdziła zrezygnowana.
I ja też odlatuję, bo więcej na raz nie zniesę.

wtorek, 16 kwietnia 2013

Świat według Michasi, czyli Zaklęta część 4

Ciąg dalszy analizy autorstwa Jadźki i Makapki, wtrącam się ja - have fun!


Nie wiem co napisać, więc napiszę więcej – czyli Zaklęta Michaliny Olszańskiej, part 4.

Nieoczekiwanie dla wszystkich, nadszedł kwiecień i śnieg zszedł był WRESZCIE z tego świata. Przyroda budzi się do życia, pojawiają się pierwsze kwiatki, płateczki na drzewkach, a ptaszki zaczynają śpiewać. Bardowie łapią bystro za swe instrumenty i ruszają w pogoń za kochankami na sianach, natomiast stare baby w lasach warzą Lelum Polelum i angstują. Analizatorki zaś biorą kolejną dawkę trujących knig i ruszają do boju. Stara wieść niesie, że sfrustrowane analizatorki bywają jeszcze zabawniejsze niż zazwyczaj i same zaczynają gadać niczym poetessy i inne ałtoreczki. Chcąc się przekonać, czy ta legenda ma w sobie choć trochę prawdy, zapraszamy na kolejny odcinek popularnego serialu Świat Według Michasi.
W tym odcinku Michasia nauczy nas układać wierszyki, uświadomi nas, że jesteśmy częścią świata, pokaże nam, jak wyglądają jej sny. Oprócz tego, jak zwykle, będzie nowa dawka angstu  na cywilizację! Juhu!

W tym samym czasie dziewczynka nieświadoma tego, że jej opiekunka ma gościa ani też, co z nim robi, doszła do rzeki i zaczęła rozbierać się, by wejść do zimnej wody. Tak, jak kazała jej Baba.
Dziewczynka nie odkryła jeszcze, że może powiedzieć opiekunce: „nie”, że może zbuntować się czy mieć inne zdanie. Ufała jej, i to całkowicie.
Odsyłam do rozdziału pierwszego: Jego [dziecka] ciało było przecież kruche i nieporadne, jednak z oczu biła zatrważająca wręcz pewność siebie, jakaś wrodzona wiedza i siła…
I tyle mamy z tej wrodzonej pewności siebie i siły.

Ja zaś odsyłam zaledwie osiem kartek do tyłu:
- Wstawaj. Idziemy po zioła.
- Co… Tak wcześnie? Nie chcę.
Michasiu, drobna rada na przyszłość: kiedy tworzysz bohatera, zapisz sobie na karteczce, jakie ma mieć cechy. A potem trzymaj się tego.

Dlatego teraz, mimo że było zimno, a nawet bardzo zimno, a nawet wielce, wielce zimno i lodowata woda wykręcała kończyny
Zaiste paskudną tam musieli mieć wodę, bo mojemu dziadkowi kończyny wykręcił dopiero reumatyzm.
Teraz to woda jest zimna, ale Meihna sobie spokojnie i bez wzdrygnięcia nurkowała w jeziorze w jaskini...

dziewczynka zagryzła wargi i weszła do niej, bo przecież takie otrzymała polecenie.
Ciekawam, czy gdyby Baba kazała młodej skoczyć w przepaść, to… a, płonne nadzieje…
Właśnie sobie wyobraziłam, jak Baba mówi Kundzi idź do diabła!, a Kundzia grzecznie smaruje się olejkiem do opalania i idzie... Pamiętacie ten fragment, w którym Baba kąpie Kundziolindę? No, to ona już nie jest taka zahartowana, żeby się dziwić, kiedy trafi na ciepłą wodę. Przeszło jej.
A może ostatni raz młoda zażywała kąpieli latem?
Hehe, tak mi się przypomniało, że mamy opis kąpieli zarówno kozy, jak i Kundzi, ale nasza królewna Baba jakoś nigdy tego nie robi...

Bardzo szybko zanurzyła się wraz z głową, by nie przedłużać przyzwyczajania ciała do chłodu.
Tak, tak, świetny pomysł. Przyzwyczajanie się jest too mainstream. Lepiej dostać szoku termicznego.

Następnie wyskoczyła niemal od razu, nie mogąc znieść zimna, które teraz ściągnęło ciało i poczęło je kurczyć, tak przynajmniej się dziewczynie zdawało.
Jej. To pierwsza znana mi boChaterka, która kurczy się w praniu.

Gęsia skórka pokryła całą jej skórę maleńkimi wypukłościami, zęby zaczęły szczękać i wydawać dźwięk, kiedy o siebie uderzały mimo woli, ale dziewczynka zebrała odwagę i zaciskając szczęki, zanurzyła się raz jeszcze.
Może ja tu czegoś nie rozumiem, ale mam wrażenie, że szok termiczny nie jest kwestią braku odwagi. Ale może się nie znam.
Nie rozumiesz i nie znasz się, bo słabaś i mientkaś! Nasza mała hipstereczka jest zwyczajnym morsem.

Tym razem wytrzymała pod wodą nieco dłużej, choć nie moczyła już głowy, trzymając ją jak najwyżej niczym tonący pies.
W przeciwieństwie do zwykłych piesków, które, gdy pływają pieskiem, pyski trzymają z założenia pod wodą.
A człowiek tonie inaczej… on… przekręca się do góry nogami i… i… trzyma dupę jak najwyżej. Taak…

Aby jakoś odwrócić uwagę od rzeczywistego zimna, zaczęła mówić sama do siebie:
- Ale zimna woda… brr! Ale zimno tutaj… ech… Czemu nie kazała: idź i kwiatków szukaj?! – To powiedziawszy, zamilkła, bo ostanie zdanie urzekło ją jakąś nieznaną urodą, czymś, czego do końca nie rozumiała, ale czuła doskonale.
Za mało grzybków.
W porywie natchnienia dziewczynka zaczęła rytmicznie uderzać ręką o powierzchnię wody i spróbowała raz jeszcze:
 - Ale zimna woda, ziom! Ale zimno tutaj, joł! Bijacz, madafaka! – zakrzyknęła i naraz umilkła strapiona, gorączkowo usiłując zrozumieć, o czym tak właściwie plecie.
To już jest bardziej naturalne, niż „czemu nie kazała: idź i kwiatków szukaj?”. Ciekawe, ile Michasia siedziała nad tym wierszykiem? [Czemu nie kazała szukać kwiatków is too mainstream – tak, wiem, że to tylko dla rymu, ale skoro ona nie szukała rymu na siłę, tylko jej wyszedł przypadkiem, to sorry].


Baba nauczyła ją co prawda jednej piosenki, ale była to prosta, wiejska pioseneczka z jednym, może dwoma przypadkowymi rymami
*facepalm* Bo wieśniaki to takie gupie som, a te dwa rymy się im trafiły jak ślepej kurze ziarno, prawda.
Bo większość ludowych zagadek i piosenek w ogóle nie jest rymowana *podśpiewuje siała baba mak*


w dodatku język miała niewyszukany i ubogi.
Ach, bo piosenki zwykle zaskakują nas nowymi, niezrozumiałymi wyrazami.
Jaaa... uwielbiam jąąą... ona tu jeeest... i tańczy dla mnieee…

Teraz natomiast, w tej lodowatej wodzie w chłodny, pochmurny dzień, kiedy drzewa szumiały głośno, trącane przez silny wschodni wiatr, a niebo ołowiło się niebezpiecznie, dziesięcioletnia dziewczynka odkryła wrota do całkiem nowego świata.
Piorun jej portal międzygalaktyczny otworzył?


Świata, o którym nikt jej nie mówił, nikt nie uczył, który sama odnalazła w gąszczu otaczających go ciemnych lasów. 
Michasia pisze nikt, jakby Kundzia miała więcej niż jednego ludzkiego towarzysza...


Nie chcąc stracić tego świata ani zgubić prowadzących do niego drzwi, zaczęła nucić do jedynej melodii, jaką znała, 
Och, to już tak zdolną, by wymyślić nową melodię, to nie była? Czuję się rozczarowana.


wypowiedziane przed chwilą słowa, tak pięknie współbrzmiące, choć takie proste:
- Ale zimna woda, ale zimno tutaj. Czemu nie kazała: idź i kwiatków szukaj?!
*dostaje napadu śmiechu* Przepraszam, chciałam się przyczepić do pompatyczności tego fragmentu, ale kontrast pomiędzy nim a upojnym wierszykiem robi to za mnie.

Następnie zaśpiewała to jeszcze pięćdziesiąt razy, a melodia zaczęła ewoluować nieco, z czasem przybierając całkiem inny kształt. Wtedy też dziewczynka zapragnęła nowych słów:
- Ale zimna woda, przecież zima blisko. To nie czas na kąpiel, wiatr zamroził wszystko!
...Co w sumie stanowi całkiem niezłą odpowiedź na pytanie „czemu nie kazała: idź i kwiatków szukaj?!”.

To również zaśpiewała niezliczoną ilość razy, po czym zamilkła, nie mogąc przestać zachwycać się magią słów i swojej pieśni, choć składała się zaledwie z dwóch zdań. Tak cieszyła się tym wszystkim i rozkoszowała myślą o nowym odkryciu, że naraz zorientowała się, że wyleciało jej z głowy i nie mogła powtórzyć ani jednego słowa.
. . .
Nie, ja nie mam siły. Jadźka…?
Wstawię obrazek słodkiego kiciusia! Nada się?
Ooo... znaczy się, NIE! Chciałam, żebyś napisała coś o tym, kim trzeba być, żeby powtórzyć sryliard razy dwa infantylne zdanka, po czym kompletnie zapomnieć... a, nieważne...
Do samego powtarzania w nieskończoność jednej kwestii nic nie mam: jak miałam jakieś 12 lat, pisałam opka i wymyśliłam jakieś urocze zdanie lub poznałam nowe, trudne i mądrze brzmiące słówko, to też powtarzałam je do czasu, aż gdzieś mi się uda zapisać. Ale żeby wymyślić piosenkę na 25 słów i potem nie móc sobie nawet przypomnieć fragmentu...

Zaczęłam się zastanawiać, jak bardzo ta debilna przyśpiewka różni się od wiejskich piosenek z przypadkowymi rymami i niewyszukanym słownictwem. Oczywiście oprócz autorstwa.

Z przerażeniem rozglądała się, jakby to miało pomóc odszukać zgubioną piosenkę, a w oczy począł szczypać ją bezkresny żal i po chwili wybuchnęła płaczem, po raz pierwszy w życiu odczuwając stratę, uczucie tak dziwne i nierealne. Siedziała wciąż naga na brzegu z twarzą ukrytą w kolanach i kiwała się w przód i w tył, próbując przywołać słowa lub melodię, które jeszcze przed chwilą tak dobrze znała, które potrafiła powtarzać dziesiątki razy. Na próżno. Wracająca właśnie z wiedźmowej chatki kobieta stanęła jak wryta i przeżegnała się odruchowo. Wreszcie, wmawiając sobie, że wyjące i kiwające się w takt choroby sierocej nagie stworzenie jest tylko efektem ubocznym ziołowego wywaru, odkleiła stopy od ziemi i czym prędzej popędziła między drzewa.
Żal, który szczypie w oczy to zapewne krewny tego, który ściska dupę?
Tak, kuzyn, ale dziewiąta woda po kisielu.


Nieznośna biel wypełniała jej mózg, nie zdradzając śladu ani jednego dźwięku, ani jednego, najmniejszego słowa. Przecież to wszystko było tak blisko, zdawało się takie realne. Dziewczynka zaczęła już nawet traktować to jak coś własnego, coś, co należało tylko do niej…
Już od dłuższego czasu miałam takie wrażenie, że Michasia całą tę książkę pisała kiwając się nad jakimś stawikiem i z pustką w głowie dumając, co właściwie chciała napisać... tylko w moich wizjach była ubrana...


Może jeszcze nie czas. 
No i czemu sama nie doszłaś do tego wniosku przy pisaniu tej książki, god dammit!!!
Jadziu! Tutaj wyrażamy się kulturnie, z jednym wykrzyknikiem!


Może dostała jedynie znak, przedsmak tego, co później, kiedy będzie dojrzalsza i gotowa, rozkwitnie w jej dłoniach tysiącami barw, piękne i silne, lśniące w słońcu, choć przecież niematerialne…
Ale to jeszcze nie jest ten dzień. Jeszcze nie czas…
To jest wszystko takie słodziuuutkie, ona rozbłyśnie tysiącem barw niczym bajkowy motyl!

Dziesięciolatka wymyśliła dwuzdaniową przyśpiewkę. Zaśpiewała ją ponad pięćdziesiąt razy, spaliła sobie synapsy i, sądząc po tej bieli, się sformatowała. Jak się do tego ma ten górnolotny opis, zdecydujcie sami. Ja chciałabym tylko zacytować tutaj słowa Amaranty ze „Stu lat samotności”: „Mówię, że ty jesteś z tych, co z własnym gównem obchodzą się jak z relikwią.”
Anyway, restart zwojów mózgowych zajmuje jej tyle czasu, że z letargu wybudza się dopiero pod wieczór.
Wtedy jeszcze nie było windowsów 7 i opcja uruchom ponownie zajmowało trochę czasu...
Hipotermii najwyraźniej też nie było, skoro nie ma o niej ani słowa.

(…) dziewczynka wyraźnie nie miała ochoty rozmawiać i, zmierzając w stronę wieży, minęła Babę bez słowa. Ta zmrużyła oczy i mruknęła z niepokojem:
- Czemu masz mokre włosy?
- Kąpałam się. Przecież kazałaś.
Baba z rozpaczą załamała ręce, po czym pobiegła za dziewczynką i wsadziła jej rękę za sukienkę, by sprawdzić na plecach stopień wyziębienia. 
Jaki sens ma wsadzanie jej ręki za sukienkę, skoro widzi, że kąpała się w lodowatej wodzie, więc prawdopodobnie na oko widać, że jest skrajnie wyziębiona (a ta jeszcze siedziała na brzegu i się kiwała, zamiast spadać od razu do wieży...)?


Potem zaskrzeczała i palnęła ją w głowę, gderając pod nosem ze zdumiewającą szybkością, tak że niemożliwe było cokolwiek zrozumieć.
- Nie masz mózgu?! – spytała ze złością.

*bierze głęboki wdech* 
...E, nie, to za proste...


Baba przywlokła za sobą dwie kozy, wiadro i jakąś skrzynkę, co nie mogło być proste, zważywszy na wrodzony upór tych pierwszych i ich absolutną niezgodę na wejście na schody (…).
- Idę po chrust – rzuciła, rozglądając się po komnacie. – Rozpalę ci tu ogień, no bo jak inaczej? Musisz się rozgrzać. Myślę, że to stare palenisko się nada.
No proszę, nagle w wieży jest i palenisko. How convenient.

- A nie mogłabym zanocować w chacie?
- Nie!!! Nie. Wiesz przecież, że już tam nie mieszkasz.
- Ale tam jest ciepło i miło, i… i w ogóle.
- Nie, mówię. A jak coś mówię, to masz mnie słuchać, to jasne, prawda?
- Ale mówiłaś, że mam kierować się też własnym mózgiem. Przed chwilą tak powiedziałaś.

A wcześniej powiedziała, że nie masz mózgu. I bądź tu Babo mądra... och, wait...

- A! – Baba pacnęła się z irytacją w czoło z taką siłą, że aż się zachwiała. – A niech to zaraza, zaczęłaś łapać mnie za słowa! Muszę bardziej uważać, co gadam, ot co. A teraz siedź tu i czekaj na mnie. – Wyszła zamaszyście, o mało nie spadając ze schodów. 
Skojarzyło mi się z: http://youtu.be/iVDD5cF1IX4?t=1m16s


A może i spadając, bo naraz dało się słyszeć głuchy łoskot i wyskrzeczane bardzo dobitnie jakieś słowo, którego dziewczynka na szczęście nie zrozumiała.
Hihi, Baba znowu popisuje się łaciną.

Koza Stara podeszła do niej i tyrpnęła ją z troską pyskiem.
A aŁtorka znowu popisuje się nietypowymi słowami, których znaczenia nie pojmuje. Zacytuję tutaj Winky cytującą słownik w pierwszej części analizy Atlantydy:
Tyrpać – szarpać kogoś w gniewie; tarmosić, napastować, niepokoić, zaczepiać (sjp.pwn.pl).
A dawanie sójki w bok jest normalne? Każdy musi mieć jakiś swój osobisty słowniczek, Michasia uczy się od najlepszych mistrzów bełkotu (tak, tak, wiem, że u Meyer to wina tłumaczenia)!

Dziewczynka uniosła owczą skórę i pozwoliła jej usadowić się obok siebie (łaskawa Pani, owcza skóra approves), co robiła zawsze w chacie, gdy opiekunka nie widziała. Dziewczynka stanowiła część natury, część kosmosu i odpowiadało jej to.
No, obawiam się, że w tej kwestii nie miała zbytniego wyboru.
*nic nie mówi, bo próbuje ogarnąć, jak się ma chowanie kozy pod skórę do bycia częścią kosmosu*
Chyba na skórę owcy, chciałaś powiedzieć. Czemu Baba miała coś przeciwko okrywaniu się owczą skórą?


A Koza Stara ją wykarmiła, ogrzewała i zawsze obdarzała czułością. Była matką – gdyby tylko dziewczynka znała to określenie. Teraz patrzyła na swoje ludzkie dziecko (TO KUNDZIA MIAŁA DZIECKO?!), tak nieporadne w porównaniu z innymi jej dziećmi i może dlatego takie kochane. Zwierzęta tępią słabe osobniki, ale dziewczynka nie była słaba. Była inna, ale nie słaba. Koza Stara wiedziała o tym. I myśląc o tym, albo i nie (bo przecież nigdy nie będzie nam dane tego wiedzieć) zwierzę polizało szorstkim językiem najpierw nos dziewczynki, potem jej policzek i czoło, potem powieki.
Pytanie z mojej strony: czy Was ten styl też doprowadza do białej gorączki, czy tylko ja tak mam, bo nie jestem już w stanie zaakceptować niczego z podpisem panny Olszańskiej? Pytam szczerze, bo właśnie zdałam sobie sprawę, że gdyby taki fragment popełniła pani Tokarczuk, pewnie przyjęłabym go bez mrugnięcia okiem. A tutaj mrugam, charczę i zgrzytam zębami.
Problem tkwi w tym, że pani Tokarczuk raczej nie popełniłaby takiego fragmentu. Wszystko fajnie, miło i przyjemnie, śmiejemy się i mamy bekę z tego patetycznego stylu, ale w tej książce każdy dłuższy opis jest o tym samym. Tak, wiemy: ludzie są źli, natura jest dobra, ludzie są tacy różni wobec natury, koza wykarmiła ludzkie dziecko, ludzka kobieta nie wykarmiłaby koźlęcia. Ble ble ble, napiszę jeszcze parę wyrazów, żeby analiza była odpowiednio długa. Kto wie, może ją wydadzą i potem będą chwalić na tyle okładki, że jestem taka młoda (cicho mi tam, urodziłam się w listopadzie, jestem jeszcze młoda!!!), a dałam radę napisać TYLE stron. O, podczas pisania poprzedniego zdania stuknęła mi już siódma strona w Wordzie! Widzicie, gdybym nie napisała tamtego zdania, byłoby tylko sześć stron i Makapka byłaby smutna, a Winky nie chciałaby zamieścić tej analizy. Też umiem lać wodę. To przydaje się na studiach. Tylko po co lać wodę w powieści? W sensie, płacą od strony, czy może taka miłośniczka natury z Michasi, że drzew jej nie szkoda?

*poklepuje Jadzię niepewnie po głowie i delikatnie odsuwa ją sprzed monitora*
Ale ja jestem bardzo spokojna. Tylko się dziwię.
O czym to ja... a, tak. Ciekawostką jest, że panna Olszańska zadedykowała „Zaklętą” drzewom...



Choć niby koślawa i gruboskórna, z niezwykłym wyczuciem stawiała racice na posłaniu swojego dziwnego dziecka, jego samego nigdy nie potrącając, nigdy nie nadeptując, jakby była miękką kotką, delikatnym motylem, a nie szorstkim parzystokopytnym.
Kochani, smakujmy ten moment. NAKWA ma Kolonasa Waazona, PLUS Jeża Jak Byk, zaś na Czarne Owce zawitał właśnie Koci Kozomotyl.
*śpiewa do reklamy Velvet* Kozaa – miękka jak aksamit...


Dziewczynka zaplotła jej ręce na szyi i wtuliła twarz w ciepłe ciało, choć sierść kłuła ją trochę, a Koza pełna dobrych chęci szarpała ją za włosy, próbując wylizać je z wody rzecznej i wiatru, i wszystkich obcych jej zapachów.
Bardzo, bardzo współczuję Kozie, jeśli zapach wody i wiatru jest jej obcy...

- Zimno mi… - Dziewczynka przytuliła się jeszcze mocniej do mlecznej matki, a ona z niepokojem o mało nie położyła się na niej, chcąc oddać jej trochę swojego ciepła, albo i całe, gdyby była potrzeba.
- A mi jest ciepło. - Odpowiedziała jej z uśmiechem koza. - Masz trochę ciepła, tylko przestań już jęczeć.


Młoda Koza też ociepla Kundzię. I tak wśród buchających gorącem kozich ciał i miękkiej, trochę zakurzonej wełny, w atmosferze tyleż dusznej, ile cudownej, zasnęła.
Wreszcie widać efekty grzybków/zaciągania się starą kozą:
Śniło jej się, że idzie przez las, a ktoś z tyłu woła ją ciągle rozpaczliwie, błagalnie. Nie mówił żadnych słów, ale ona wiedziała, że to właśnie ją woła, i było to bardzo niewygodne uczucie, takie natrętne i nieustanne… Chciała się odwrócić, ale nie mogła. Szła ciągle w jednym kierunku i nawet kiedy po wielu trudach i wysiłkach, podczas których spociła się i rozbolała ją głowa, udało jej się w końcu odwrócić, okręciła się wokół własnej osi i znów znalazła się tyłem do wołającego ją głosu.
Miała ochotę kopnąć to, co ją trzymało, ale nic jej nie trzymało, kopała więc bez celu powietrze, a świat zaczął wirować naokoło niej, aż zrobiło jej się niedobrze. Wtedy też spostrzegła, że jest łopatą, ale nie wydało jej się to dziwne, bo przecież za nią szedł biały stół, a kwiaty nie. „Lubię śpiewać po obiedzie…”. Co?
Nagle zrozumiała, że woła ją jej własna pieśń, którą zgubiła dziś w rzece i zdało jej się nawet, że słyszy ją, choć słońce (wyglądające jak słowik, ale jednak będące słońcem) poczęło świergotać tak jaskrawo, że świergot ten omal nie rozsadził jej mózgu. 
Czuję się jak na jakiejś ostrej imprezie studenckiej. I bardzo mi z tym dziwnie...


Poza tym wciąż nie mogła się odwrócić, choć niby już się odwróciła… Znów kopnęła coś, czego tam nie było, i zaczęła jęczeć z ogromnej niewygody, jaką odczuwała. Zmęczenie zaś sprawiało, że chciała już jak najszybciej opuścić ten sen, o którym wiedziała, że jest snem, choć często o tym zapominała i wszystko wydawało się takie realne…
Pieśń znów ją zawołała, więc odwróciła się, ale ledwo to zrobiła, okazało się, że to Baba ją woła i teraz idzie do niej zamaszystym krokiem, co jest tym widoczniejsze, że ma cztery ręce… Ale to nie jest dziwne.
Nie, skądże. Dziwne jest to, że te dwa zdanka panoszą się w jej podświadomości, jakby były co najmniej Pieśnią o Hildebrandzie, a nie prostą rymowanką o wątpliwych walorach artystycznych.

Dziewczynka obudziła się zlana potem (…). Komnatę wieży rozjaśniał lekko ledwo tlący się ogień, a Baba siedziała przy legowisku dziewczynki i mieszając w czarce jakiś podejrzanie wyglądający wywar, patrzyła na nią uważnie.
- Masz gorączkę albo znowu zeżarłaś te grzybki! Przyznaj się! Jeszcze trochę i nic nie zostanie dla mnie!!! – rzekła, gdy tylko jej podopieczna dała wyraz jakiekolwiek trzeźwości. – Masz koszmary senne, nie przejmuj się tym. Robię ci tu lek, zatłucze gorączkę na śmierć. Jak się czujesz?
Dziewczynka nie chciała powiedzieć, że źle, ale nagle zauważyła, że nos ma zupełnie zatkany, w dodatku boli ją gardło, zrobiła więc tylko pasującą do sytuacji minę.
To jakieś przeziębienie instant, skoro w kilka godzin rozwinęły się wszystkie objawy. Swoją drogą, niezłego trzeba mieć pecha, żeby trafić na wirusa w środku lasu...

Dziewczynka nachyliła się nad sporządzonym wywarem i aż odrzuciło ją z obrzydzenia.
 - Co to jest?! – wychrypiała, a cała twarz wykrzywiła się mimowolnie w cierpiętniczym grymasie. Baba uśmiechnęła się.
 - Dobre. Gorące mleko z czosnkiem i miodem, wymieszane z odpowiednią dawką nepeta cataria (czyli z kocimiętką).
 - Co?! O, nie, to ohydne!!!
 - Daj spokój. Chorzy nie są upoważnieni do wybierania sobie lekarstw.
Dziewczynka naburmuszyła się. Bo gdyby mogła, wybrałaby stare i niezawodne pijawki, i upuszczanie krwi.
Baba stawia na swoim i kuruje małą mlekiem z kocimiętką, jednocześnie każąc jej recytować ziółka na przeziębienie. Po chwili kocimiętka kicks in, a młoda zalicza standardowe efekty działania zioła - pocenie, głupawkę i wreszcie głęboki sen - nie ma jednak słowa o silnym działaniu wiatropędnym, które najwyraźniej nie wpasowało się w kreowany przez aŁtorkę wizerunek merysuni. Jestem niepocieszona.
No, to mógłby być wreszcie jakiś dobry Element Komiczny. No co? Żarty o pierdzeniu są naprawdę zabawne w każdym wieku. Przynajmniej niektóre.

Następnego dnia gorączka ustąpiła niemal zupełnie, ale dziewczynka dostała kategoryczny zakaz wychodzenia tego dnia z wieży. W zamian Baba przyniosła jej dwa dorodne bażanty, które upolowała o świcie i kazała oskubać je i przyrządzić. (...) Dla dziewczynki normalny był odgłos rozpruwanych nożem ptasich wnętrzności, choć niejedna białogłowa o dłoniach delikatnych jak obłoczek i takiejże psychice zemdlałaby, słysząc go, bo zdałby jej się brutalny i odrażający.
No, nie ma to jak porządna rozrywka w chorobie!
Daj dziecku spokój, przecież nie może włączyć komputera i odpalić Grand Theft Auto...
Ustalmy kilka faktów. Primo: bażanty nie żyją w lasach, tylko na otwartych przestrzeniach. Secundo: baba mieszka rzekomo w sercu lasu, dzikiej głuszy etc. Ergo - do otwartych przestrzeni musi mieć ciut daleko. Zastanawiam się, czy w powyższym opisie aŁtorka uwzględniła wszystko powyższe, czy po prostu wyszła z założenia, że jak zwierzątko jest dzikie, to na bank mieszka w lesie.

Tak samo krew, która chlusnęła na twarz dziesięcioletniemu dziecku i spłynąwszy od dłoni przez łokcie ubrudziła sukienkę, tworząc obok niej lepką kałużę, ani zgaszone, martwe oczy i pojawiające się w ranie nieruchome serce nie były dziwne, choć niektórzy ustać by nie mogli, widząc je, już nie mówiąc o dotykaniu, bo to przecież ohydne... 
Hihihi, ale impreza!
*notując sobie na boku* Puszczanie bąków przez dziesięcioletnią merysunię – bebe... Rwanie flaków i fontanny krwi – cacy...
Szkoda, że teraz nie wymyśla zacnych pioseneczek.

Siedzące w wieży dziecko, które z taką pasją oporządzało bażanta, nie wiedziało – rzecz jasna – nic o estetyce zza lasu i to było jego szczęście.
Teraz na serio mam ochotę skazać Michasię na wieczną banicję i nakazać żyć w dziczy. To wrzucanie na naszą kulturę zaczyna mnie już autentycznie wpieniać. No, jeszcze bardziej niż wcześniej.
To ja jeszcze poproszę Michasię o wyjaśnienie frazy "estetyka zza lasu".

Ale przecież nie mogło się tym cieszyć, bo jak można cieszyć się czymś, o czym się nie ma pojęcia. Często odkrywamy takie rzeczy, gdy już jest za późno. Kiedy zdobywamy mądrość, wiedzę, doświadczenie, ale tracimy niewinność i zdziwienie, orientując się poniewczasie, że to były nasze największe skarby.
W sensie... że nie mogła się cieszyć, że jest taka niewinna podczas taplania się w bażanciej krwi...?
W sensie, znowu zabrakło jej kilku linijek do jednej strony więcej.

Pierze (...) znów zatańczyło pod sklepieniem wieży, po czym sfrunęło z gracją na dziewczynkę, przyklejając się do jej wciąż czerwonych od krwi rąk, co niektórym mogłoby wydawać się upiorne. Dla innych zaś (tych, którzy nie nauczyli się odczuwać tego w ten sposób) mogłoby to mieć nawet pewien urok. A może i nie? W każdym razie Baba, która weszła do wieży po jakimś czasie, skrzywiła się bez zachwytu (...).
Z zachwytem skrzywiała się tylko po solidnej dawce nalewki domowej produkcji. 
A czemu na Babie to zrobiło wrażenie? Nie powinno to być dla niej normalne, obojętne? Sama nigdy nie patroszyła żadnego zwierzątka? Coś jak Charlie ze Zmierzchu: cholera wie, co jadła przez tyle lat, ale odkąd pojawiła się Kundzia, to ona patroszyła.

Przez całą następną stronę boChaterka stoi w oknie i wzdycha do gór. Otrzymujemy też opis póz przybieranych przez Kozę Młodą. Frapująca scena kończy się - boru dzięki - wraz z powrotem Baby z obiadem.

Obie usiadły i dziewczynka zabrała się do jedzenia. Zrobiła to jak zwykle tak apetycznie, że żołądek Baby skręcił się i ponure burczenie odbiło się echem od jego ścian, tak był pusty.
Baba zaczyna żywić podejrzenia, że smarkata czmychnie jej w te góry, jeśli szybko czegoś nie wymyśli. Postanawia zatem być mądrą przed szkodą:
 - Co byś powiedziała na małą wycieczkę?
Dziewczynka nie patrzyła na nią , pochłonięta jedzeniem.
 - Gdzie? (Mówi się dokąd!!!)
 - Na przykład... w góry.

Nieźle, Babo, ale chciałabym zobaczyć co zrobisz, kiedy za rok nieletnia zacznie się zastanawiać, co takiego jest za górami. Uwiążesz na postronku jak trzecią kozę?
Albo wybierze się z nią na wycieczkę. Obrzydzenie zainteresowania życiem poza lasem poprzez potworną WIOSKĘ – good, obrzydzenie gór – bad?


(...) Oczy dziewczynki rozbłysły jak dwie gwiazdy [moja ty piękna, naturalna... niedobrze mi...] i Baba musiała przyznać, że nie potrafiła przewidzieć, co jej podopieczna zrobi teraz z radości. Rzuci się na nią, ze szczęścia zacznie bić się po głowie czy wyskoczy przez okno.
Kiwać się w przód i tył? Wywrzaskiwać wszystkie znane jej wyrazy? Układać debilne rymowanki? Kto to wie?!

Baba decyduje się zamordować atak ekstazy w zarodku i oznajmia, że wyruszą dopiero z nastaniem wiosny, nikt przy zdrowych zmysłach bowiem nie pcha się w góry zimą. Ale nie martwcie się, nie grozi nam kolejne pięćdziesiąt stron pełnych jakże zabawnych i pouczających leśnych przygód Baby i merysuni. Nie. Teraz czeka nas Cthulhu wie ile stron pełnych równie zabawnych i równie pouczających przygód w górach, bo oto...
...sam król z synami i świtą przybędzie dziś do ich lasu na ostatnie w tym sezonie polowanie i być może zatrzyma się nawet na kilka dni u swojej siostry, do której należały całe te tereny, łącznie z kilkoma wioskami...
O, mamy więc przedstawioną właścicielkę tychże ziem. I jednak wiemy o istnieniu więcej niż jednej wioski. To już coś.

Baba, co łatwe do przewidzenia, jest zachwycona i zaczyna mówić mową ludzkopodobną:
 - Tragedia! Masakra! (Przejebane, zią!) Co oni sobie w ogóle myślą, do stu piorunów?! Nie mają ani krzty szacunku do niczego, jak przyjdzie im do tych zakutych łbów jakaś zachcianka, to jup, jup, jup, trzeba to spełnić! Hop, siup, tralala! A dlaczego?! A dlatego, tylko dlatego, że z płaszczy dyndają im zdechłe gronostaje i zwisają pluszowe wiewiórki, a papież pobłogosławił im swoim Bogiem, a wikingowie swoim! Tylko nie wiem, co ma wspólnego przyjazd do siostry w odwiedziny do papieża, ale mam biegunkę słowną! Ot, co. To już nie ci sami władcy, co kiedyś, nie ci sami. Banda łobuzów! Kiedyś to szamanów słuchali i jeździli na największym niedźwiedziu, a teraz sobie zamki budują i golą się regularnie, brudasy jedne!
...I tak dalej przez następne dwie strony. Baba się miota, bagaże fruwają, kozy nie chcą współpracować, król jest idiotą, smarkata się guzdra, Babę trafia szlag, a z lasu wybiega wielki, czerwonooki dzik z siostrzanej powieści i pożera wszystkich jednym kłapnięciem, bo nikt nie zdążył mu się pokłonić.
*wzdycha*
Chciałabym.


Kozy szły grzecznie od chwili, kiedy zobaczyły dziewczynkę, nie musiała się więc nimi martwić.
Szoker. Bo przecież to nie tak, że kozy są jedynie lekko zmodyfikowaną wersją Jednorożca. Trzeba jednak przyznać aŁtorce plusa, że nie zdecydowała się na coś pokroju oswojonego przez smarkatą wilka.
Albo np. słonia.


- Jakie są góry? – spytała [dziewczynka] w końcu, bo choć opiekunka uciszała ją co chwila ostrymi syknięciami, uważała chyba, że to jakaś gra, którą można w każdej chwili przerwać, gdy się znudzi. A podobno taka grzeczna i posłuszna. Misiu, naprawdę czas zainwestować w notatki... – Czy są miękkie i przyjazne, jak się zdaje, gdy patrzy się na nie wiosną? A może dumne i niedostępne, jak zimą?
- Są różowe i puszyste, codziennie unosi się nad nimi tęcza, a po zielone... różowej łączce biegają różowe jednorożce w takich pięknych białych sukienkach... a nie, to księżniczki mają białe sukienki... I... i wszystko jest tam takie miłe i słodziutkie! I jest duuużo kotków. Tylko nie jedz już więcej moich grzybków, do jasnej cholery.

- Raczej to drugie, ale zamknijże buzię!
- Ale na pewno nie są złe...Coś tak pięknego nie może być złe.

*poklepuje młódkę pobłażliwie po głowie* Oczywiście, że nie. Piękne dziewczyny nigdy nie będą wredne, jedzenie czekolady sprzyja odchudzaniu, a polskie pociągi zawsze przyjeżdżają na czas, co do sekundy. Believe it. 
I don't believe.


Baba, czując się w obowiązku złapania i trzymania teraz kurczowo przy sobie podopiecznej, która skojarzyła jej się nagle z jakimś krnąbrnym zwierzątkiem, zaczaiła się na nią za drzewem i nagle, bardzo rozdrażniona, wyskoczyła, próbując opleść dziewczynkę patykowatymi ramionami. Ta w ostatnim momencie spostrzegła ją i uchyliła się, a Baba padła jak długa na ziemię, twarzą w dół, zaplątując się we własne ręce, co tak rozbawiło dziecko, że aż musiało usiąść, osłabione śmiechem.

Opiekunka spojrzała na nie wzrokiem, którego normalnie przeraziłoby się każde żywe stworzenie, jednak czasem bywa, że gdy ktoś wsiądzie nieopatrznie na karuzelę rozbawienia, zatraca się w jej pędzie i jedyne, co może zrobić, to tylko droczyć się coraz bardziej, śmiać się i za nic mieć wszystko, z czym się zwykle liczy.
Oj, coś czuję, że Michasia sama zaczyna inwestować w grzybki ;))


Dlatego też dziewczynka, po raz pierwszy w życiu, zaczęła prowokować opiekunkę, korzystając z przewagi młodości i szybości. Poczęła chować się przed nią, biegać naokoło i umykać, piszcząc przy tym za każdym razem, gdy ta prawie dosięgała jej lub nawet muskała palcami ubranie.
Ehem. No cóż, Babo, obawiam się, że jesteś głównym problemem w tej relacji. To już chyba czas, by do akcji wkroczyła
NA KARNEGO JEŻAAAA!!!!! (Najlepiej Babę – na tyle minut, ile ma lat :D)
Ej, ale serio. Baba jest podobno dla niej autorytetem (samo to, że gówniara chce się uczyć ziół i tych wszystkich rzeczy, którymi zajmuje się Baba)... I co, wykorzystuje swoją przewagę fizyczną, żeby się z niej nabijać? Długo dla mnie autorytetem była babcia. I jak myślicie, ile razy w jakikolwiek sposób się z niej nabijałam?


Baba (...) właśnie żuła zapamiętale swoją wściekłość, miętową, bez cukru, gdy nagle, tuż za nią, rozległ się donośny, szlachetny dźwięk rogu, który był nienaturalny, a mimo wszystko otrzymał pozytywny przymiotnik!!! [jestemwszokujestemwszoku] który dla niej był teraz wyciem z piekieł i który przeszył jej mózg niczym sztylet, docierając aż do serca.
Straszliwy Wojski gościnnie dmie w róg również w innych epokach ;)
Dlaczego za każdym razem, jak w twórczości Olszańskiej pada słowo "mózg", to brzmi kretyńsko i kompletnie od czapy? -.-

Kozy spłoszyły się (albo i skorzystały z okazji, że stara zdekoncentrowana spuściła je z oka) (a to one nie szły za Kundzią jak jej zwierzątka?) i pocwałowały z powrotem do chaty. Aż się za nimi kurzyło. Baba nawet tego nie zauważyła. W jednej chwili zastygła zupełnie, czując coraz większe przerażenie. Jej usta wygięły się w dół jak w greckiej masce, oczy zaś jeszcze bardziej wytrzeszczyły, a w głowie zaczęło szumieć od prześcigających się myśli.
Pytanie. Co zrobiła Baba, która znała najrozmaitsze sztuki kamuflażu, wiedziała, jak uciekać, by nie zostawiać za sobą śladów, jak zmylić trop lub wyprowadzić łowców na terytorium dzików czy niedźwiedzi?
1.     W ślad za kozami zawraca do chaty, zakładając, że skoro panowie lecą za zwierzyną, to nie przerwą kapryśnie w pół drogi, by wstąpić do niej na winiacza.
2.      Tłumaczy młodej, że to Wioska nadciąga, skutecznie zachęcając ją tym samym do ucieczki, po czym używa sztuki kamuflażu/usiłuje zmylić trop/robi użytek z jakichkolwiek rzekomo posiadanych przez siebie umiejętności.
3.   Spycha fikającą smarkulę ze stromego zbocza i sama skacze za nią, ryzykując wstrząs mózgu, skręcenie karku i, biorąc pod uwagę wiek Baby, rozpadnięcie się na tysiąc przeżartych przez osteoporozę kawałków.
Dla ułatwienia przypomnę, że o sztukach kamuflażu było na stronie piątej, a jesteśmy na sześćdziesiątej ósmej.
(...) ledwie razem z Babą zatrzymały się u podnóża zbocza, ta druga złapała ją za wszarz i zaczęła biec, ciągnąc za sobą i rozglądając się w popłochu jak zaszczute zwierzę.
Jeeeeej!!!