Czarne owce literatury czyli analizy ZŁYCH książek: Panie! Konie gadajo! czyli Pogranicze część 1

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Panie! Konie gadajo! czyli Pogranicze część 1

Z okazji Zajączka dostałam od znajomego prezent – ebooka wyjątkowo koszmarnej książki fantasy. Dzięki, Drejk. Wiedziałeś, że jak dostanę w swoje ręce tak ogromną ilość kupy, to nie wytrzymam, by jej nie zanalizować. Ale jak już mam cierpieć, to wy będziecie razem ze mną! No, wiem, że mam w zwyczaju zaczynać tysiąc rzeczy i potem żadnej nie kończyć, ale trudno, taka moja karma.


Niby książki nie ocenia się po okładce, ale tak na moje oko to wygląda, jakby również została zrobiona osobiście przez autorkę. Mimo wszelkich swych starań, autorce nie udało się zyskać zakładanego rozgłosu – mało kto słyszał o jej dziele, próżno szukać w internetach. I muszę wam powiedzieć... hm. Jak by to ująć... Wszystkie dotychczas analizowane tu powieści NIJAK się mają do tego, co zaprezentuję wam już za chwilę. Bójcie się.














Rozdział I
Wiał silny, południowo-zachodni wiatr przynosząc ze sobą słodkawy odór padliny wraz z odpychającym smrodem trolli.
Na dzień dobry witani jesteśmy smrodem. Dalej może być już tylko lepiej, co nie...?
Mówisz, jakbyś pierwszy raz analizowała. ^^

Nogi młodzieńca były pokaleczone przez ostrze miecza wystającego z rozdartej przez trolla pochwy.
A zwierząt na Terundusie* było wcale niemało- rzadkie lasy zamieszkiwały potężnie zbudowane, włochate trolle, na bagnach grasowały hordy oślizgów a raz na cykl* zdarzało się, że z dalekich, północnych stepów przywędrują groźne kharkony poszukujące łatwej zdobyczy.
A więc tutejszy świat jest mieszanką Gothica i HoMM 3. Wiadomo, co jest w fantasy najważniejsze. Magiczne potwory do zadźgania!

Przypisy:

*Terundus- dwie leżące tuż obok siebie wyspy (znane i opisywane jako Atlantyda)
O mój Cthulhu, NIEEE! Tylko nie znowu Atlantyda!
Tu przynajmniej nie ma merysujki. Jest Gary Stu! Oni są o wiele fajniejsi. ^^

połączone tylko wielkim mostem na cieśninie. (Chciałabym zobaczyć przebieg jego budowy.) Dokładne położenie geograficzne nie jest znane, przypuszczalnie centrum znajdowało się w punkcie 40°N, 20°W. Wiele nazw własnych pochodzi od języka łacińskiego, gdyż pierwsi mieszkańcy Terundusu wywodzili się z Fenicji, później na Terundus przybyły pierwsze statki Rzymian, a u schyłku starożytności Terundusianie zdecydowali się na pierwsze wyprawy na Europę- owocem tych wypraw jest zapożyczenie przez nich architektury średniowiecznej, obyczajów i praw.
Z ogromu gówno-nas-obchodzących informacji wynika, że Frania miała same piątki w szkole.
I mnóstwo komciów pod każdym rozdziałem.

Historia opisuje, jak Europejczycy organizowali najazdy i grabili cały terunduski dorobek, plądrowali świątynie i bezkarnie uchodzili do rodzimych krajów, by wszystko sprzedać za ciężkie pieniądze. Około roku 1250 n.e. królowie z królestw Północnego i Południowego Terundusu przypieczętowali Pakt Odosobnienia, na mocy którego żaden statek nie miał prawa wypłynąć z portu, by przybić do brzegów któregokolwiek innego kontynentu a każdy przybysz z ,,innego świata”, jeśli nie potrafił wykazać, że potrafi być przykładnym obywatelem, był natychmiast tracony.
Rozumiem, że Terundusianie (ale to śmiesznie brzmi... Marsjanie!) byli tak zajebiści, że nie czuli potrzeby handlować z innymi państwami. A na „bezkarne uchodzenie” jest inna rada: straż, straż!
Mnie bardziej ciekawi sprawa bycia przykładnym obywatelem. Jak wyrzuci papierek na ziemię – ziu, na szubienicę! Nie segreguje śmieci – połamać go kołem!

Strażnicy bramy dolnego zamku wpuścili go bez większych problemów, ale paladyni zawsze zatrzymywali na przesłuchanie. (...)
Dotarł do sali tronowej bez większych przeszkód. Wokół królewskiego tronu stało wielu ludzi, w tym mag Ognia
Teraz musisz zarobić trochę pieniędzy, najłatwiej polować na wilki i ścierwojady i sprzedawać ich skóry, możesz też nazbierać ziół dla alchemika albo...

Gienah, będący królewskim posłańcem (który pomyka po świecie jako ten łachmyta, bez żadnych chorągwi, i tak też jest przez wszystkich traktowany), przekazuje królowi we własnej osobie wieści na tematy okołohandlowe, próbuje zdobyć nowego konia, ale król łaskawie poleca mu następnego dnia – ops, przepraszam, tu są zachody, nie dni – zgłosić się po lepszy miecz. Jak bardzo jest to odrealnione, nie muszę chyba komentować.
Nasz bohater zmierza uliczkami miasta do domu, a my jesteśmy wprost bombardowani przypisami. Czy naprawdę nie dało się tych wszystkich informacji zgrabnie wpleść w fabułę? Czy te informacje są w ogóle POTRZEBNE?


*krasnoludy- tak nazywani byli ludzie dotknięci karłowatością. Postrzegani jako dziwolągi i wybryki natury, tworzyli własne grupy społeczne, osady a nawet miasta. Wraz z upływem czasu zostali zaakceptowani jako odrębna rasa.
A jak raz na jakiś czas urodziło im się dziecko ludzkiego wzrostu to z kolei było postrzegane jako dziwoląg przez krasnoludy i odrzucone, zakładało własną grupę społeczną... Matulu, jaka incepcja.

- Yeskhar, dobrze cię widzieć... trolle zżarły mojego konia, dlatego się spóźniłem.
- Cholerne bestie! Ludzie króla powinni coś z nimi zrobić!
Wynająć wiedźmina!

- Jechałem spokojnie przez las* (Litości, nawet „las” ma przypis?!), byłem już niedaleko rzeki. I wtedy z mojej lewej strony wyskoczyły dwa trolle. Rzuciłem się w drugą stronę, ale że jeden trzymał ryj nisko, rozerwał mi pochwę miecza. Schowałem się w krzakach i patrzyłem, jak grzmocą moją klacz pięściami. Rozbiły ją na miazgę. Kiedy zaczęły się tłuc nawzajem w sporze o mięso, ja dałem nogę.
Mężczyzna zagwizdał z uznaniem na słowa młodzieńca.
- Nie sądziłem, że zęby trolla mogą rozerwać twardą pochwę.
Nie będę mieć skojarzeń. Nie będę mieć skojarzeń. Nie będę mieć skojarzeń.
- Nie sądziłem, że zęby trolla mogą rozerwać twardą pochwę.
- Też tak myślałem... przynajmniej król dał mi czas na kupno nowego wierzchowca. Nie wiem tylko, za co go kupię... A gdzie reszta?- zapytał.
- Igwelena* nie widziałem a Tabitha* wyruszyła trzy zachody temu nad Wilczy Kieł.
- Tabitha poszła sama na bagna? - zdumiał się młodzieniec. - Ale powiedziałeś jej, by trzymała się wschodniego brzegu Sacramu?
Przyjaciel spojrzał na Gienaha z politowaniem.
- Chłopie, myślisz, że tylko ty orientujesz się w sytuacji? To oczywiste, jeśli chce się ominąć oślizgi! Chyba poszła do wiedźm po zioła.  

- Występujemy w powieści fantasy! Naprawdę! Gdzie mój ebonowy miecz i adamantytowa zbroja?

Skierował się prosto do swojego domu. Martwił się tylko, że matka nie zareaguje entuzjazmem na wieść o martwej klaczy.
Zobaczył ją z daleka - zapędzała kozy do stodoły.
Kozy są już chyba stałym elementem wystroju każdej Atlantydy.
Ciekawe, czy mają tu dziki. ^^

Pomimo sędziwego wieku Mandatchim* [matka Gienaha] pozostała kobietą piękną i skromną. Nawet liczne zmarszczki nie były w stanie odjąć urody jej dużych błękitnych oczu i siwych teraz włosów spływających do pasa. Ostre zębiska kharkonów siedemnaście cykli temu wyszarpały jej struny głosowe, a jej męża zabiły.
Piękne mimo wieku kobiety – są. Tragiczna przeszłość głównego, połowicznie osieroconego bohatera – jest. Czekamy już tylko na wybrankę jego serca.

Na chwilę zapadła cisza. Starszy brat Gienaha wstał trzymając kołczan pełen nowych strzał.
- Jutro o świcie ruszam do Lasu Potępieńców* na polowanie. (...)
Wtem przypomniał sobie o kharkonach, które widział nieopodal bagien. Szybko skojarzył odpowiednie fakty i zerwał się na nogi tak gwałtownie, że aż przewrócił krzesło, na którym siedział. Matka spojrzała na niego pytająco.
- Niedaleko bagien widziałem watahę kharkonów. Za najpóźniej dwa zachody tamtędy przejeżdżać będzie wóz z rybami. Jeśli ich zapach przyciągnie te potwory do miasta...
- Panikujesz, na bagnach znajdą dużo jedzenia- powiedział Igwelen.
- Ale... karawana jest dla nich łatwiejszą zdobyczą. Idę ostrzec króla.
- Oszalałeś, nawet nie będzie chciał cię słuchać!- mężczyzna miał wściekłą minę. Matka chwyciła Gienaha za rękaw.- Król ma ważniejsze sprawy na głowie. Nawet gdybyś chciał powiadomić o lądowaniu smoków na polach, nie wpuściłby cię.
Mandatchim była przerażona. Igwelen patrzył na brata w oczekiwaniu na odpowiedź. Gienah spuścił głowę i powiedział od niechcenia:
- No to sam je zabiję.
Igwelen zaczął coś wykrzykiwać, lecz młodzieniec nie zwracał na niego uwagi.
- Rano ruszasz na polowanie. Matka zostanie sama. I n-nie...- słowa nie chciały się przecisnąć przez jego ściśnięte gardło. Zrezygnowany wspiął się po drabinie do swojej izby. (...)
Ryby na pewno przyciągną kharkony na farmy. Jeśli czegoś się z nimi nie zrobi, to bezpieczeństwo mieszkańców osady będzie zagrożone.
Teh Drama! Ja już nie wyrabiam powoli. Posłaniec królewski, który jest prostym wieśniakiem i mieszka w rozpadającej się ruderze w przedzamczu, chce pilnie ostrzec króla przed stadkiem jakichś potworków, które sobie hasają po okolicy i z całą pewnością będą się skradać za karawaną pełną ryb aż do zamku, gdzie pożrą wszystkich mieszkańców i królestwo upadnie. No kwik po prostu, kwik. xD

Na poddaszu było jedno małe okienko
Melduję, iż przeczytałam „gówienko”.

Gienah usiadł na szorstkim pledzie i natychmiast obsiadły go gołębie.
O, to w sumie byłam blisko.

Jednak Gienah najbardziej bał się o matkę. Gdy bestie zabiły jego ojca miał zaledwie dwa cykle, nawet go nie pamiętał... nie chciał cierpieć po raz drugi.
Jeśli cykl = rok, to sądzę, że jednak niewiele pamiętał z tego cierpienia.
Główni Bohaterowie pamiętają wszystkie tragiczne momenty swoich żywotów!

Na górę wszedł Igwelen. Przysiadł przy drabinie.
- Idę z tobą. Sam sobie nie poradzisz. A poza tym... skóry kharkonów są sporo warte.
*facepalm* Czy ta książka może być JESZCZE mniej subtelna w kojarzeniu się z Gothikiem?
Tyle dobrego, że nikt się tu nie modli do Adanosa.
Ale podział na magów/bogów Ognia i Wody jest. -.-

O świcie bracia wyruszają w drogę na pożyczonych od... kogoś koniach pociągowych. Powtórzę to, co kiedyś pisałam bodaj przy analizie „Dziecka gwiazd”: w świecie fantasy podróż bez konia jest NIEMOŻLIWA! Jadą, po drodze spotykają kogoś z północy, wywiązuje się z tego przeraźliwie sztuczna gadka o dwóch wyspach i ich mieszkańcach, rasach i religii. Przy okazji Igwelen oznajmia Gienahowi, że chce wstąpić do zakonu Wody i oddać się służbie bogu Furiosowi, czyli temu złemu. No patrząc na jego imię, w życiu bym się nie domyśliła! Gienah jest zły i próbuje mu to wybić z głowy, ale wtedy Igwelen zwala go z siodła i szepcze złowieszczo:

- Jeżeli według ciebie udział w służbie Furiosa to odklepanie paru słów przed ołtarzem, to powinieneś być martwy. Furios zsyła swych nieśmiertelnych poddanych, by zaprowadzić porządek na świecie i mam nadzieję, że następnym razem będziesz ich pierwszą ofiarą.
Nic nie powiem, ale podam linka.
Plus: Teh Drama vol.2.

Trzeciego dnia tułaczki Gienah z żalem stwierdził, że jego miecz całkiem już zardzewiał będąc pod tak długim wpływem toksycznej śliny trolla.
Żeby wyczyścić to nie pomyślał.

Nasi dzielni bohaterowie znajdują rozwaloną karawanę pełną objedzonych rybich szkieletów i dwa ludzkie trupy. Ślady potworów prowadzą do pobliskiego lasku, wnioskują więc, że potwory ruszyły dalej w kierunku zamku, lecz zeszły ze ścieżki, by być incognito. Pffft... Ruszają w pogoń i parę dni później, nieopodal zamku wreszcie widzimy, z jakimi przerażającymi monstrami mamy do czynienia:


Dwa zachody nieustannej jazdy później, gdy dojeżdżali już do miasta ujrzeli skradające się po wzgórzu kharkony. Potwory wzrostem sięgały człowiekowi do piersi, miały dwie silne tylne łapy i skóry pokryte łuską w kolorze pustynnej ziemi.
- Szesnaście - naliczył Igwelen
...
Dafuck?
Kharkony, te straszliwe kharkony, które miały zagrażać całemu wielkiemu miastu, to szesnaście miniaturek tyranozaura, niesięgających dorosłemu człowiekowi nawet do podbródka?!

Ostrożnie! Może za kharkonami podąża liczące dziesięć sztuk potężne stado kozodzików, które mają rogi, szable i ognistorudą sierść, i są tak przerażające, że przed ich potęgą uginają się całe pałace, a na ich widok wszystkie księżniczki padają im do racic i błagają o litość!
Besides: zębacz anyone?

- Okrążymy wzgórze... ja od strony północnej wystrzelam ile się da, a kiedy rzucą się na mnie, ty zaatakujesz z południa. Uważaj na nie, to cwane bestie. (...)
Wtem kharkon idący na samym końcu zwalił się na ziemię martwy. Z gardła sterczała mu strzała. Jego towarzysze nawet tego nie zauważyli- kharkony były co prawda inteligentne, ale ich zmysły nie były zanadto rozwinięte. Po chwili padły kolejne trzy.
Umiarkowanie cwane i inteligentne te bestie, skoro dają się wystrzelać jak kaczki. Co dalej? Jak się wskaże za ich plecy i krzyknie „Patrzcie, latająca krowa!” to obrócą się, pytając: „Gdzie?!”?

Dochodzi i starcia: najpierw wszystkie potworki rzucają się na Gienaha, potem Igwelen odwraca ich uwagę, by rzuciły się na niego i by Gienah mógł zabić dowódcę stada. Czemu po prostu sam tego nie zrobił? Żeby to na Głównego Bohatera spłynęła gloria zabicia dowódcy stada, ofc. Bez przewodnika potworki są całkiem bezradne i zdezorientowane i uciekają. Nasi bohaterowie wjeżdżają do wioski w chwale, wlokąc za końmi truchła zabitych potworów. Jadą do domu, matka opatruje rany Gienaha hematytem, który natychmiast je zasklepia i zanim ktokolwiek zdążył powiedzieć „quest completed”, odwiedzają go królewscy doradcy, gratulują zabicia siedmiu kharkonów i zostaje nagrodzony...


- (...) złotem, dobrym orężem i przednim rumakiem z królewskich stajni. Dodatkowo otrzyma zezwolenie na pobieranie nauk u mistrza sztuk walki Pana Jadeita.
*wali głową o blat biurka*

Gienaha trochę to wszystko dziwiło- przecież tak naprawdę nie dokonał niczego, co byłoby warte tak szczodrych darów. Najdziwniejsze było to, że król dowiedział się o tym wyczynie tak szybko. No cóż - pomyślał. Zawsze miałem wrażenie, że stary Hektor ma wszystkich na oku.
Wielki Brat PACZY.

Bułany ogier spojrzał na niego dużymi, mądrymi oczami. Miał potężne, muskularne ciało a jednocześnie zdawał się być niepokonany w gonitwie z wiatrem. Na nogach i pysku odznaczały się czarne odmiany. (...)
Młodzieniec wyciągnął dłoń, by pogładzić konia po gładkiej sierści, lecz ten stulił uszy i stanął dęba szarpiąc wodze.
- Przedni rumak? - zakpił Yeskhar. - Przecież to dzika bestia!
Narowisty, bułany koń z ciemnymi odmianami na nogach i pysku? Nie kojarzę.

Drugi rozdział zaczyna się w karczmie, gdzie Gienah i Yesh... Yeschkh... o rany, ten jego przyjaciel opijają sukces. Tam dowiadują się, jaką to mroczną przeszłość ma... koń wręczony Gienahowi w nagrodę.

Przy sąsiednim stoliku siedział mężczyzna, który żywo coś opowiadał zebranej wokół niewielkiej grupie ludzi. Gienah przysunął się bliżej, by lepiej słyszeć.
- ...Już od dawna mówiłem, że trzeba coś z nim zrobić, ale zdanie stajennego nigdy się nie liczy. Nikt nie miał nad nim żadnej kontroli, żadnej! Był trzymany na odizolowanym padoku, jest kompletnie dziki!
- To jak go osiodłaliście? - zapytał ktoś z tłumu.
- Jakieś ćwierć cyklu temu któryś z paladynów ubzdurał sobie, że musi mieć tego konia. Powiedziałem, że jest szalony, lecz skoro mu na nim zależy, to jeśli go okiełzna i ujeździ- koń jest jego. Cwaniak zasłonił mu oczy szmatą. Najpierw ostrożnie założył mu ogłowie, potem osiodłał. Ale za mocno ściągnął popręg i koń wyłamał mu kilka żeber. Od tamtej pory nikomu nie udało się zdjąć siodła.
- Pozwolił sobie włożyć wędzidło do pyska? - zdziwiła się jakaś kobieta. Stajenny machnął ręką poirytowany, lecz zadowolony faktem, iż ktoś chce go słuchać.
- Nic nie pojmujecie. To był ongiś najwspanialszy koń w całym Keroloth i poza jego terenami. Oczywiście, jeśli trafić na dobrego jeźdźca. Kiedy dosiadał go jego pierwszy właściciel, chyba mag Ognia, nawet wodze były niepotrzebne. Nie miał wędzidła. Ale gdy mag zginął, koń całkiem zwariował.
Nie zdziwiłabym się, gdyby sprawą zdziczałego konia też zajmował się król we własnej osobie.
Ciekawe, czy i porody odbiera. Eragon tam się nie ograniczał.

Przygnębiony Gienah wraca do domu i obserwuje z żalem pasącego się na padoku konia, gdy WTEM!

W pewnym momencie koń poderwał łeb i utkwił w Gienahu swe przenikliwe spojrzenie, które przeszyło młodzieńca niczym bełt puszczony z objęć kuszy. Ogier stulił uszy, lecz prócz tego nie poruszył się w ogóle. Nawet lekki wiatr nie poruszał jego grzywy- jakby zwierz zamienił się w kamień. Wyobraźnia przypomniała Gienahowi pełne nienawiści zdania Igwelena sprzed kilku zachodów i posunęła dwa słowa: wysłannik Furiosa. Przerażony zaczął skradać się pospiesznie w stronę domu nie spuszczając konia z oczu. Wzrok ogiera śledził go, dopóki nie znalazł się w chacie.
Wysłannik mrocznego boga Wody! Koń o Spojrzeniu Przenikliwym Niczym Bełt! Strzeż się, gdy załomocze kopytami o twój ganek!
*leży i kwiczy*

Po jakimś czasie Gienah postanawia ujeździć ogiera. Gdy o świcie wychodzi z domu, czytelnikowi przedstawiona jest jego tru-lofferka.

O ogrodzenie opierała się jakaś smukła postać. To Tabitha! Gienah skarcił się w duchu za to, że nie poprosił jej o pomoc od razu- w jej żyłach płynęła krew vicinian, a ci mieli rękę do zwierząt.
Zauważyła jego przybycie, ale nie spojrzała nań. Nigdy nie patrzyła nikomu w oczy. Jej uroda vicinianki - a właściwie pół-vicinianki - odznaczała się skośnymi, kocimi oczami, długimi na pół łokcia uszami pokrytymi aksamitną sierścią i pazurach miast paznokci. Wielu ludzi nazywało vicinian elfami, ale określenie to było błędne i tylko urażało dumę tej rasy.
Ja bym to nazwała furry.

Gienah zamienia z Tabithą ze trzy zdania, po czym ona ucieka w las, koń nie daje się okiełznać i się przez przypadek wywraca, Gienah idzie skorzystać z oferty nauki fechtunku u paladyna (Boru, jakie to bez sensu jest), maaatko, jakie nudy, a te dialogi rodem z gry komputerowej zabijają we mnie wrażliwość literacką. W każdym razie dowiadujemy się paru kolejnych ciekawostek: że wieśniak będący królewskim posłańcem może za pozwoleniem pobierać sobie nauki u najwyższego stopniem paladyna, że w koszarach jest dość miejsca, by pięćdziesięciu zbrojnych konnych mogło ćwiczyć manewry i szarżę oraz że giermkiem może zostać każdy smarkacz i jeszcze mieć nadzieję na awans na paladyna.


Młodzieniec ugiął kolana i zaskoczony zauważył, że Pan Jadeite trzyma ostrze za łydkami i stoi całkowicie wyprostowany. Skoczył do przodu przekonany, że paladyn nie zdąży zareagować, lecz ten błyskawicznie sparował cios. Gienah odskoczył i zamachnął się, gdy...
- Jak ty trzymasz ten miecz?!- ryknął paladyn.
- Co?!
- Miecz jednoręczny trzymasz w obu dłoniach?! To nie półtorak!- wyzywał zbulwersowany tym okropnym przedstawieniem, a obserwujący trening ciekawscy rycerze i paladyni dusili się ze śmiechu.
Ach, ach, te Elementy Komiczne...
I odpowiednie zwracanie się do ludzi stojących o tyle wyżej od ciebie na drabinie społecznej, że nawet ich nie widzisz z dołu...

Trening trwa, Winky umiera z nudów, a śnieg za oknem prószy. Potem Gienah idzie wypełnić questa, którego dostał od sąsiada i przekazuje tamtejszemu kowalowi wiadomość od niego, za co obrywa w pysk. Zmęczony i obolały wraca do domu i spotyka swojego przyjaciela na Y, który mówi mu, że wyjeżdża do Skyllosu, miasta portowego, by zarobić. Przez kilka dni nie dzieje się nic, aż tu nagle znów dostajemy w twarz Dramą.

Igwelen stał oparty o ścianę strugając figurkę z drewna a koło kominka siedziała Mandatchim gorzko płacząc.
- Co się stało? - Gienah objął matkę ramieniem. - Ukradli nam wszystkie kozy?
- Nie - odparł Igwelen. - Za parę zachodów chcę jechać do klasztoru Księżyca w Zak. Mam nadzieję, że potem będę mógł udać się do Księżycowej Świątyni.
Gienah opadł ciężko na posadzkę.
- Nie.
- Ależ tak.
- Nie sądziłem, że mówisz poważnie.
Igwelen przewrócił oczami.
Ja też. Jak to jest z tymi bogami? Jeden jest ewidentnie zły, ale można sobie ot, tak przejść na jego wiarę? Nie wspominając, że są podzieleni: dobry bóg jest od vicinian, a zły od ludzi. To znaczy, że wszyscy ludzi powinni wyznawać swojego złego boga. Dlaczego u Gienaha jest inaczej i czemu tak dramatyzuje?

Po tej kłótni, Gienah wychodzi na zewnątrz i angstuje.

Gienah westchnął i oparł się o ogrodzenie, za którym bułany koń szczypał od niechcenia trawę.
Wszyscy gdzieś wyjeżdżają - pomyślał z goryczą. Za Jadeitem nie tęsknię, ale Yeskhar i Igwelen... poza tym, co z mamą? Już raz ją zostawiliśmy. Z tą różnicą, że ja nie miałem wyboru, a Igwelen najwyraźniej chce koniecznie robić za włóczykija.
- Coś cię trapi?
Gienah aż podskoczył, gdy usłyszał tuż nad uchem czyjś głos. Obrócił się na pięcie. Przy płocie stał ogier patrząc na niego dużymi, mądrymi oczami.
- No więc? - koń poruszał wargami i... mówił doń, całkiem wyraźnie, choć z dziwnym akcentem.
A Gienah na to: aaa! Gadający koń! Aaa! Aaa!

Przez chwilę wpatrywali się w siebie w milczeniu. Koń zdawał się być zupełnie spokojny, ale dla Gienaha ta sytuacja była co najmniej krępująca, a na pewno bardzo dziwna.
Aha. Okej.

Aby przerwać tę nienaturalną ciszę spytał:
- A jakie jest twoje imię?
- Gwendolyn*. Odpowiesz wreszcie na moje pierwsze pytanie?
- Ech...! No cóż...
- Myślę, że mimo faktu, iż jestem koniem będziesz mógł ze mną porozmawiać i być może będę potrafił udzielić ci wsparcia- powiedział łagodnie Gwendolyn machając ogonem.
- Hm... więc chodzi o to, że mój brat wyjeżdża i moja matka znów zostanie sama na dłuższy okres, jeśli król da mi nowe zlecenie...
I już przeszliśmy do porządku dziennego. Koń do mnie gada – spoko, mogę mu się zwierzyć przy okazji.
A jaki ma cutie mark?

- Już kiedyś się to zdarzyło?
- Tak - głos rumaka zadziałał nań uspokajająco i przystąpił ochoczo do zwierzeń. - Gdy skończyłem jakieś pięć cykli do naszej chałupki zawitał osobiście król Hektor i oznajmił, że ,,ten chłopiec zostanie w przyszłości jego posłańcem”.
*RUDUDU*
Wybaczcie, spadłam z krzesła. Że co?!


Mama była bardzo szczęśliwa. Ale żeby móc zostać posłańcem musiałem nauczyć się czytać i pisać.
Żeee coooo?! Kurde, Frania, historia poziom podstawówkowy: król nie chadzał ot tak do chatek wieśniaków! Król nie wskazywał na losowych gówniarzy i nie wybierał ich na swoich „osobistych posłańców”! Chyba że chciał pochędożyć. Nie, kurtyzana mać, nawet wtedy takich rzeczy nie robił! No nie! Nie i już! To KRÓL jest! Co go wiejskie bachory obchodzą, czemu ma sobie zawracać głowę nauczaniem takowych, skoro gotowego, dorosłego posłańca może znaleźć na zamku?!

Koń prosi Gienaha o zdjęcie z niego siodła, co też nasz dzielny posłaniec czyni. Gwendolyn jest bardzo wdzięczny.


- Bardzo ci dziękuję. Być może w przyszłości pozwolę ci się dosiąść- zarył znacząco ziemię kopytem, jakby pieczętując obietnicę.
- A Igwelen? Pojedziesz z nim?
Gwendolyn uniósł wysoko łeb tuląc uszy.
- Jeszcze czego! Ten, który czci boga Księżyca! Po moim trupie, niech idzie na piechotę.
Hm. Dowiedzieliśmy się już wcześniej, że ten poprzedni właściciel Gwendolyna był magiem Ognia, czyli tym od boga Słońca. Ale czemu zwykły koń jest cięty na wyznawców boga Księżyca? Jest, no, koniem. Co go obchodzą ludzkie sprawy?

Zapada wieczór, Gienah kontempluje klepsydrę, NUUUDY, przysypia i ma sen o wypadku z przeszłości, w którym stracił ojca.


...kuc-kuc... Końskie kopyta o twardą ziemię. Krzyk, płacz dziecka, przeciągłe warczenie i dziwny charkot. Pośpiech, skok, w efekcie upadek z siodła. Szmer miecza wyciąganego z pochwy, zamach, na podłożu pełno krwi, leżąca na ziemi ranna kobieta i małe dziecko. Rudowłosy chłopiec z puginałem w dłoni, który krzyknął tylko jedno słowo, zanim zapadła ciemność:
- DENAHI!
+ 10 do bycia Tró.
Denahi? Serio? Tak się składa, Frania, że oglądałyśmy „Mojego brata niedźwiedzia” i spora część świata też. Połapią się.

Igwelen zauważył, że brat stale mu się przygląda.
- Co?
- Nic - odparł. - Przyglądam się twoim włosom. Mają kolor zachodzącego słońca.
Analizy opek yaoi spaczyły mi mózg... Zabierzcie te myśli ode mnie.

Gienah zostaje wezwany do króla i otrzymuje wiadomość, którą musi zanieść do jakiejś wiochy za rzeką. Musi wyjechać jeszcze tego dnia, więc angstuje, że nie zdąży pożegnać brata, nim ten wyruszy do zakonu. Idzie poprosić Gwendolyna, by pozwolił mu się dosiąść, ale koń zgrywa Gandalfa i odmawia.

- Jesteś jeszcze młody, synu Denahiego. Dlatego będziesz się upierał, nic nie rozumiejąc. Nie poniosę cię.
- Dlaczego? - warknął buntowniczo. Ogier stulił uszy.
- Mój zmarły przyjaciel, który wychował mnie od źrebięcia i nauczył mówić, zginął z rąk magów Wody. Twój brat wstępuje do kręgu Księżyca. Nie będzie mnie dosiadał ktoś, kogo rodzina...
Co to za dziwny świat, że konie robią za mędrców...

Nagle postawił uszy i obrócił się gwałtownie. Koło płotu po przeciwnej stronie stała Tabitha. Najwyraźniej słyszała każde słowo Gwendolyna. Gienah spłoszył się i uciekł do domu.
...a ludzie zachowują się jak spłoszone konie? -.-

Chociaż... z drugiej strony smoki, gryfy i inne stworzenia też potrafią opanować język ahaarytarkh
Nawet nie będę próbować tego przeczytać.

Nie chciał wyglądać przez okno w obawie przed tym, co może zobaczyć.

 

Okazuje się, że Tabitha przekonała Gwendolyna, by pozwolił się dosiąść Gienahowi. Wdzięczny młodzian... odjeżdża. Dość... niegrzeczne.
Po drodze gada sobie z Gwendolynem i odkrywa, że koń ma poczucie humoru. Ale też pewną mroczniejszą stronę charakteru. Wieczorem Gienah zaczyna się modlić do małego posążka.


- Co robisz?
Gienah nie odpowiedział od razu.
- To Sarsetim* - święta relikwia, którą posiada każdy wierny. Modlę się do Igaraza.
Ogier podszedł do młodzieńca i nachylił nad nim łeb.
- Bogowie nie istnieją - rzekł z naciskiem, ale łagodnie. Posłaniec odwrócił się i spojrzał na Gwendolyna z niedowierzaniem.
- Coś ty... nie mów tak.
Gwendolyn patrzył młodzieńcowi w oczy tak, jak wiele, wiele lat temu Mandatchim patrzyła na małego Gienaha, gdy nie mógł pojąć, że jego ojciec umarł i już nigdy nie wróci. Mówiąc czuł, jak załamuje mu się głos na myśl o tym wspomnieniu:
- Nie mów tak, proszę cię... przecież wiesz, że to nieprawda. Buntowałeś się przeciwko Igwelenowi, służyłeś magowi Ognia...
- Służyłem magowi, nie bogowi. On też nie mógł pojąć mego rozumowania. Fanatyzm doprowadził go w objęcia śmierci. Nie trać czasu na modlitwy. Nie ma żadnego boga, który mógłby ich wysłuchać.
Koń wrócił pod drzewo i pochylił się do snu. Gienah patrzył nań przez chwilę, po czym ułożył się tyłem do niego ściskając w dłoni Sarsetim.
Eyyyup, Gwendolyn ma rozdwojenie jaźni. Z jednej strony bogowie nie istnieją, z drugiej – wyznawcy tego złego boga są źliii i w ogóle.

Mam dość na dziś.

9 komentarzy:

  1. Chcę pograć w porządnego, normalnego Gothica...

    Btw. ile ten koń biegał osiodłany? Nie, żebym się znała, ale przecież powinny mu się zrobić od tego jakieś odparzenia, czy coś. (W Simsach się robią!) Ale wiem, koń jest supermegaspeszful i pewnie jest na takie rzeczy odporny.

    OdpowiedzUsuń
  2. Patrząc na etykietę, mam dziwne podejrzenie, że to są jakieś jaja.;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgooglałam i rzeczywiście takiej książki nie pokazuje.
      Z drugiej strony to stężenie elementów zaczerpniętych - tak je nazwijmy - jest ópojne, nawet jeśli byłyby to jaja.

      Btw. to w tych czasach ktoś jeszcze obchodzi Prima Aprilis?

      Usuń
  3. Wiecie, ja bym tam dawała z Zaklętą...
    Prima Aprilis - i tak nie pobijecie tego, które zrobiło Waneko. NEVER.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prima Aprilis? Jakie Prima Aprilis? *gwiżdże*

      A co zrobili? :>

      Usuń
    2. Klasę pokazali. Mangowcy na forum cały czas marudzą z powodu tłumaczenia tytułów, tak źle, tak niedobrze, a teraz to zjawisko urosło do niespotykanych rozmiarów. W tematach wszędzie o tłumaczeniu tytułu albo jego braku, proponowane, nierzadko absurdalne warianty... Napisali więc notkę, w ktorej ukorzyli się przed czytelnikami, złożyli powalającą samokrytykę, że tak haniebnie źle tłumaczą lub nie i zmienili wszędzie tytuły mang na zabawnie (lub dosłownie) przetłumaczone na polski, co najlepsze, niektóży poważnie domagali się ,,Różowo liliowego egzorcysty''. Dlatego kocham to wydawnictwo.

      Usuń
  4. Winky!!!Ile pisałaś, żeby stworzyć tego konia?!


    Chomik

    OdpowiedzUsuń
  5. Szacun, Winky, szacun!
    Wiele widziałam rozbudowanych żartów primaaprilisowych, ale mam wrażenie, że ten wymagał najwięcej pracy z zarysem fabuły, tekstem, okładką i analizą.
    Szkoda, że nie będzie następnej części za rok, bo całkiem przyjemnie się czytało, zwłaszcza odkąd koń zaczął mówić naprawdę, nie tylko telepatycznie. Ale nikt by się już nie nabrał główny sens pisania znika. Chyba, żebyś spróbowała napisać całość i wydać to pod pseudonimem, włącznie z okładką.

    OdpowiedzUsuń