Czarne owce literatury czyli analizy ZŁYCH książek: Świat według Michasi, czyli Zaklęta część 4

wtorek, 16 kwietnia 2013

Świat według Michasi, czyli Zaklęta część 4

Ciąg dalszy analizy autorstwa Jadźki i Makapki, wtrącam się ja - have fun!


Nie wiem co napisać, więc napiszę więcej – czyli Zaklęta Michaliny Olszańskiej, part 4.

Nieoczekiwanie dla wszystkich, nadszedł kwiecień i śnieg zszedł był WRESZCIE z tego świata. Przyroda budzi się do życia, pojawiają się pierwsze kwiatki, płateczki na drzewkach, a ptaszki zaczynają śpiewać. Bardowie łapią bystro za swe instrumenty i ruszają w pogoń za kochankami na sianach, natomiast stare baby w lasach warzą Lelum Polelum i angstują. Analizatorki zaś biorą kolejną dawkę trujących knig i ruszają do boju. Stara wieść niesie, że sfrustrowane analizatorki bywają jeszcze zabawniejsze niż zazwyczaj i same zaczynają gadać niczym poetessy i inne ałtoreczki. Chcąc się przekonać, czy ta legenda ma w sobie choć trochę prawdy, zapraszamy na kolejny odcinek popularnego serialu Świat Według Michasi.
W tym odcinku Michasia nauczy nas układać wierszyki, uświadomi nas, że jesteśmy częścią świata, pokaże nam, jak wyglądają jej sny. Oprócz tego, jak zwykle, będzie nowa dawka angstu  na cywilizację! Juhu!

W tym samym czasie dziewczynka nieświadoma tego, że jej opiekunka ma gościa ani też, co z nim robi, doszła do rzeki i zaczęła rozbierać się, by wejść do zimnej wody. Tak, jak kazała jej Baba.
Dziewczynka nie odkryła jeszcze, że może powiedzieć opiekunce: „nie”, że może zbuntować się czy mieć inne zdanie. Ufała jej, i to całkowicie.
Odsyłam do rozdziału pierwszego: Jego [dziecka] ciało było przecież kruche i nieporadne, jednak z oczu biła zatrważająca wręcz pewność siebie, jakaś wrodzona wiedza i siła…
I tyle mamy z tej wrodzonej pewności siebie i siły.

Ja zaś odsyłam zaledwie osiem kartek do tyłu:
- Wstawaj. Idziemy po zioła.
- Co… Tak wcześnie? Nie chcę.
Michasiu, drobna rada na przyszłość: kiedy tworzysz bohatera, zapisz sobie na karteczce, jakie ma mieć cechy. A potem trzymaj się tego.

Dlatego teraz, mimo że było zimno, a nawet bardzo zimno, a nawet wielce, wielce zimno i lodowata woda wykręcała kończyny
Zaiste paskudną tam musieli mieć wodę, bo mojemu dziadkowi kończyny wykręcił dopiero reumatyzm.
Teraz to woda jest zimna, ale Meihna sobie spokojnie i bez wzdrygnięcia nurkowała w jeziorze w jaskini...

dziewczynka zagryzła wargi i weszła do niej, bo przecież takie otrzymała polecenie.
Ciekawam, czy gdyby Baba kazała młodej skoczyć w przepaść, to… a, płonne nadzieje…
Właśnie sobie wyobraziłam, jak Baba mówi Kundzi idź do diabła!, a Kundzia grzecznie smaruje się olejkiem do opalania i idzie... Pamiętacie ten fragment, w którym Baba kąpie Kundziolindę? No, to ona już nie jest taka zahartowana, żeby się dziwić, kiedy trafi na ciepłą wodę. Przeszło jej.
A może ostatni raz młoda zażywała kąpieli latem?
Hehe, tak mi się przypomniało, że mamy opis kąpieli zarówno kozy, jak i Kundzi, ale nasza królewna Baba jakoś nigdy tego nie robi...

Bardzo szybko zanurzyła się wraz z głową, by nie przedłużać przyzwyczajania ciała do chłodu.
Tak, tak, świetny pomysł. Przyzwyczajanie się jest too mainstream. Lepiej dostać szoku termicznego.

Następnie wyskoczyła niemal od razu, nie mogąc znieść zimna, które teraz ściągnęło ciało i poczęło je kurczyć, tak przynajmniej się dziewczynie zdawało.
Jej. To pierwsza znana mi boChaterka, która kurczy się w praniu.

Gęsia skórka pokryła całą jej skórę maleńkimi wypukłościami, zęby zaczęły szczękać i wydawać dźwięk, kiedy o siebie uderzały mimo woli, ale dziewczynka zebrała odwagę i zaciskając szczęki, zanurzyła się raz jeszcze.
Może ja tu czegoś nie rozumiem, ale mam wrażenie, że szok termiczny nie jest kwestią braku odwagi. Ale może się nie znam.
Nie rozumiesz i nie znasz się, bo słabaś i mientkaś! Nasza mała hipstereczka jest zwyczajnym morsem.

Tym razem wytrzymała pod wodą nieco dłużej, choć nie moczyła już głowy, trzymając ją jak najwyżej niczym tonący pies.
W przeciwieństwie do zwykłych piesków, które, gdy pływają pieskiem, pyski trzymają z założenia pod wodą.
A człowiek tonie inaczej… on… przekręca się do góry nogami i… i… trzyma dupę jak najwyżej. Taak…

Aby jakoś odwrócić uwagę od rzeczywistego zimna, zaczęła mówić sama do siebie:
- Ale zimna woda… brr! Ale zimno tutaj… ech… Czemu nie kazała: idź i kwiatków szukaj?! – To powiedziawszy, zamilkła, bo ostanie zdanie urzekło ją jakąś nieznaną urodą, czymś, czego do końca nie rozumiała, ale czuła doskonale.
Za mało grzybków.
W porywie natchnienia dziewczynka zaczęła rytmicznie uderzać ręką o powierzchnię wody i spróbowała raz jeszcze:
 - Ale zimna woda, ziom! Ale zimno tutaj, joł! Bijacz, madafaka! – zakrzyknęła i naraz umilkła strapiona, gorączkowo usiłując zrozumieć, o czym tak właściwie plecie.
To już jest bardziej naturalne, niż „czemu nie kazała: idź i kwiatków szukaj?”. Ciekawe, ile Michasia siedziała nad tym wierszykiem? [Czemu nie kazała szukać kwiatków is too mainstream – tak, wiem, że to tylko dla rymu, ale skoro ona nie szukała rymu na siłę, tylko jej wyszedł przypadkiem, to sorry].


Baba nauczyła ją co prawda jednej piosenki, ale była to prosta, wiejska pioseneczka z jednym, może dwoma przypadkowymi rymami
*facepalm* Bo wieśniaki to takie gupie som, a te dwa rymy się im trafiły jak ślepej kurze ziarno, prawda.
Bo większość ludowych zagadek i piosenek w ogóle nie jest rymowana *podśpiewuje siała baba mak*


w dodatku język miała niewyszukany i ubogi.
Ach, bo piosenki zwykle zaskakują nas nowymi, niezrozumiałymi wyrazami.
Jaaa... uwielbiam jąąą... ona tu jeeest... i tańczy dla mnieee…

Teraz natomiast, w tej lodowatej wodzie w chłodny, pochmurny dzień, kiedy drzewa szumiały głośno, trącane przez silny wschodni wiatr, a niebo ołowiło się niebezpiecznie, dziesięcioletnia dziewczynka odkryła wrota do całkiem nowego świata.
Piorun jej portal międzygalaktyczny otworzył?


Świata, o którym nikt jej nie mówił, nikt nie uczył, który sama odnalazła w gąszczu otaczających go ciemnych lasów. 
Michasia pisze nikt, jakby Kundzia miała więcej niż jednego ludzkiego towarzysza...


Nie chcąc stracić tego świata ani zgubić prowadzących do niego drzwi, zaczęła nucić do jedynej melodii, jaką znała, 
Och, to już tak zdolną, by wymyślić nową melodię, to nie była? Czuję się rozczarowana.


wypowiedziane przed chwilą słowa, tak pięknie współbrzmiące, choć takie proste:
- Ale zimna woda, ale zimno tutaj. Czemu nie kazała: idź i kwiatków szukaj?!
*dostaje napadu śmiechu* Przepraszam, chciałam się przyczepić do pompatyczności tego fragmentu, ale kontrast pomiędzy nim a upojnym wierszykiem robi to za mnie.

Następnie zaśpiewała to jeszcze pięćdziesiąt razy, a melodia zaczęła ewoluować nieco, z czasem przybierając całkiem inny kształt. Wtedy też dziewczynka zapragnęła nowych słów:
- Ale zimna woda, przecież zima blisko. To nie czas na kąpiel, wiatr zamroził wszystko!
...Co w sumie stanowi całkiem niezłą odpowiedź na pytanie „czemu nie kazała: idź i kwiatków szukaj?!”.

To również zaśpiewała niezliczoną ilość razy, po czym zamilkła, nie mogąc przestać zachwycać się magią słów i swojej pieśni, choć składała się zaledwie z dwóch zdań. Tak cieszyła się tym wszystkim i rozkoszowała myślą o nowym odkryciu, że naraz zorientowała się, że wyleciało jej z głowy i nie mogła powtórzyć ani jednego słowa.
. . .
Nie, ja nie mam siły. Jadźka…?
Wstawię obrazek słodkiego kiciusia! Nada się?
Ooo... znaczy się, NIE! Chciałam, żebyś napisała coś o tym, kim trzeba być, żeby powtórzyć sryliard razy dwa infantylne zdanka, po czym kompletnie zapomnieć... a, nieważne...
Do samego powtarzania w nieskończoność jednej kwestii nic nie mam: jak miałam jakieś 12 lat, pisałam opka i wymyśliłam jakieś urocze zdanie lub poznałam nowe, trudne i mądrze brzmiące słówko, to też powtarzałam je do czasu, aż gdzieś mi się uda zapisać. Ale żeby wymyślić piosenkę na 25 słów i potem nie móc sobie nawet przypomnieć fragmentu...

Zaczęłam się zastanawiać, jak bardzo ta debilna przyśpiewka różni się od wiejskich piosenek z przypadkowymi rymami i niewyszukanym słownictwem. Oczywiście oprócz autorstwa.

Z przerażeniem rozglądała się, jakby to miało pomóc odszukać zgubioną piosenkę, a w oczy począł szczypać ją bezkresny żal i po chwili wybuchnęła płaczem, po raz pierwszy w życiu odczuwając stratę, uczucie tak dziwne i nierealne. Siedziała wciąż naga na brzegu z twarzą ukrytą w kolanach i kiwała się w przód i w tył, próbując przywołać słowa lub melodię, które jeszcze przed chwilą tak dobrze znała, które potrafiła powtarzać dziesiątki razy. Na próżno. Wracająca właśnie z wiedźmowej chatki kobieta stanęła jak wryta i przeżegnała się odruchowo. Wreszcie, wmawiając sobie, że wyjące i kiwające się w takt choroby sierocej nagie stworzenie jest tylko efektem ubocznym ziołowego wywaru, odkleiła stopy od ziemi i czym prędzej popędziła między drzewa.
Żal, który szczypie w oczy to zapewne krewny tego, który ściska dupę?
Tak, kuzyn, ale dziewiąta woda po kisielu.


Nieznośna biel wypełniała jej mózg, nie zdradzając śladu ani jednego dźwięku, ani jednego, najmniejszego słowa. Przecież to wszystko było tak blisko, zdawało się takie realne. Dziewczynka zaczęła już nawet traktować to jak coś własnego, coś, co należało tylko do niej…
Już od dłuższego czasu miałam takie wrażenie, że Michasia całą tę książkę pisała kiwając się nad jakimś stawikiem i z pustką w głowie dumając, co właściwie chciała napisać... tylko w moich wizjach była ubrana...


Może jeszcze nie czas. 
No i czemu sama nie doszłaś do tego wniosku przy pisaniu tej książki, god dammit!!!
Jadziu! Tutaj wyrażamy się kulturnie, z jednym wykrzyknikiem!


Może dostała jedynie znak, przedsmak tego, co później, kiedy będzie dojrzalsza i gotowa, rozkwitnie w jej dłoniach tysiącami barw, piękne i silne, lśniące w słońcu, choć przecież niematerialne…
Ale to jeszcze nie jest ten dzień. Jeszcze nie czas…
To jest wszystko takie słodziuuutkie, ona rozbłyśnie tysiącem barw niczym bajkowy motyl!

Dziesięciolatka wymyśliła dwuzdaniową przyśpiewkę. Zaśpiewała ją ponad pięćdziesiąt razy, spaliła sobie synapsy i, sądząc po tej bieli, się sformatowała. Jak się do tego ma ten górnolotny opis, zdecydujcie sami. Ja chciałabym tylko zacytować tutaj słowa Amaranty ze „Stu lat samotności”: „Mówię, że ty jesteś z tych, co z własnym gównem obchodzą się jak z relikwią.”
Anyway, restart zwojów mózgowych zajmuje jej tyle czasu, że z letargu wybudza się dopiero pod wieczór.
Wtedy jeszcze nie było windowsów 7 i opcja uruchom ponownie zajmowało trochę czasu...
Hipotermii najwyraźniej też nie było, skoro nie ma o niej ani słowa.

(…) dziewczynka wyraźnie nie miała ochoty rozmawiać i, zmierzając w stronę wieży, minęła Babę bez słowa. Ta zmrużyła oczy i mruknęła z niepokojem:
- Czemu masz mokre włosy?
- Kąpałam się. Przecież kazałaś.
Baba z rozpaczą załamała ręce, po czym pobiegła za dziewczynką i wsadziła jej rękę za sukienkę, by sprawdzić na plecach stopień wyziębienia. 
Jaki sens ma wsadzanie jej ręki za sukienkę, skoro widzi, że kąpała się w lodowatej wodzie, więc prawdopodobnie na oko widać, że jest skrajnie wyziębiona (a ta jeszcze siedziała na brzegu i się kiwała, zamiast spadać od razu do wieży...)?


Potem zaskrzeczała i palnęła ją w głowę, gderając pod nosem ze zdumiewającą szybkością, tak że niemożliwe było cokolwiek zrozumieć.
- Nie masz mózgu?! – spytała ze złością.

*bierze głęboki wdech* 
...E, nie, to za proste...


Baba przywlokła za sobą dwie kozy, wiadro i jakąś skrzynkę, co nie mogło być proste, zważywszy na wrodzony upór tych pierwszych i ich absolutną niezgodę na wejście na schody (…).
- Idę po chrust – rzuciła, rozglądając się po komnacie. – Rozpalę ci tu ogień, no bo jak inaczej? Musisz się rozgrzać. Myślę, że to stare palenisko się nada.
No proszę, nagle w wieży jest i palenisko. How convenient.

- A nie mogłabym zanocować w chacie?
- Nie!!! Nie. Wiesz przecież, że już tam nie mieszkasz.
- Ale tam jest ciepło i miło, i… i w ogóle.
- Nie, mówię. A jak coś mówię, to masz mnie słuchać, to jasne, prawda?
- Ale mówiłaś, że mam kierować się też własnym mózgiem. Przed chwilą tak powiedziałaś.

A wcześniej powiedziała, że nie masz mózgu. I bądź tu Babo mądra... och, wait...

- A! – Baba pacnęła się z irytacją w czoło z taką siłą, że aż się zachwiała. – A niech to zaraza, zaczęłaś łapać mnie za słowa! Muszę bardziej uważać, co gadam, ot co. A teraz siedź tu i czekaj na mnie. – Wyszła zamaszyście, o mało nie spadając ze schodów. 
Skojarzyło mi się z: http://youtu.be/iVDD5cF1IX4?t=1m16s


A może i spadając, bo naraz dało się słyszeć głuchy łoskot i wyskrzeczane bardzo dobitnie jakieś słowo, którego dziewczynka na szczęście nie zrozumiała.
Hihi, Baba znowu popisuje się łaciną.

Koza Stara podeszła do niej i tyrpnęła ją z troską pyskiem.
A aŁtorka znowu popisuje się nietypowymi słowami, których znaczenia nie pojmuje. Zacytuję tutaj Winky cytującą słownik w pierwszej części analizy Atlantydy:
Tyrpać – szarpać kogoś w gniewie; tarmosić, napastować, niepokoić, zaczepiać (sjp.pwn.pl).
A dawanie sójki w bok jest normalne? Każdy musi mieć jakiś swój osobisty słowniczek, Michasia uczy się od najlepszych mistrzów bełkotu (tak, tak, wiem, że u Meyer to wina tłumaczenia)!

Dziewczynka uniosła owczą skórę i pozwoliła jej usadowić się obok siebie (łaskawa Pani, owcza skóra approves), co robiła zawsze w chacie, gdy opiekunka nie widziała. Dziewczynka stanowiła część natury, część kosmosu i odpowiadało jej to.
No, obawiam się, że w tej kwestii nie miała zbytniego wyboru.
*nic nie mówi, bo próbuje ogarnąć, jak się ma chowanie kozy pod skórę do bycia częścią kosmosu*
Chyba na skórę owcy, chciałaś powiedzieć. Czemu Baba miała coś przeciwko okrywaniu się owczą skórą?


A Koza Stara ją wykarmiła, ogrzewała i zawsze obdarzała czułością. Była matką – gdyby tylko dziewczynka znała to określenie. Teraz patrzyła na swoje ludzkie dziecko (TO KUNDZIA MIAŁA DZIECKO?!), tak nieporadne w porównaniu z innymi jej dziećmi i może dlatego takie kochane. Zwierzęta tępią słabe osobniki, ale dziewczynka nie była słaba. Była inna, ale nie słaba. Koza Stara wiedziała o tym. I myśląc o tym, albo i nie (bo przecież nigdy nie będzie nam dane tego wiedzieć) zwierzę polizało szorstkim językiem najpierw nos dziewczynki, potem jej policzek i czoło, potem powieki.
Pytanie z mojej strony: czy Was ten styl też doprowadza do białej gorączki, czy tylko ja tak mam, bo nie jestem już w stanie zaakceptować niczego z podpisem panny Olszańskiej? Pytam szczerze, bo właśnie zdałam sobie sprawę, że gdyby taki fragment popełniła pani Tokarczuk, pewnie przyjęłabym go bez mrugnięcia okiem. A tutaj mrugam, charczę i zgrzytam zębami.
Problem tkwi w tym, że pani Tokarczuk raczej nie popełniłaby takiego fragmentu. Wszystko fajnie, miło i przyjemnie, śmiejemy się i mamy bekę z tego patetycznego stylu, ale w tej książce każdy dłuższy opis jest o tym samym. Tak, wiemy: ludzie są źli, natura jest dobra, ludzie są tacy różni wobec natury, koza wykarmiła ludzkie dziecko, ludzka kobieta nie wykarmiłaby koźlęcia. Ble ble ble, napiszę jeszcze parę wyrazów, żeby analiza była odpowiednio długa. Kto wie, może ją wydadzą i potem będą chwalić na tyle okładki, że jestem taka młoda (cicho mi tam, urodziłam się w listopadzie, jestem jeszcze młoda!!!), a dałam radę napisać TYLE stron. O, podczas pisania poprzedniego zdania stuknęła mi już siódma strona w Wordzie! Widzicie, gdybym nie napisała tamtego zdania, byłoby tylko sześć stron i Makapka byłaby smutna, a Winky nie chciałaby zamieścić tej analizy. Też umiem lać wodę. To przydaje się na studiach. Tylko po co lać wodę w powieści? W sensie, płacą od strony, czy może taka miłośniczka natury z Michasi, że drzew jej nie szkoda?

*poklepuje Jadzię niepewnie po głowie i delikatnie odsuwa ją sprzed monitora*
Ale ja jestem bardzo spokojna. Tylko się dziwię.
O czym to ja... a, tak. Ciekawostką jest, że panna Olszańska zadedykowała „Zaklętą” drzewom...



Choć niby koślawa i gruboskórna, z niezwykłym wyczuciem stawiała racice na posłaniu swojego dziwnego dziecka, jego samego nigdy nie potrącając, nigdy nie nadeptując, jakby była miękką kotką, delikatnym motylem, a nie szorstkim parzystokopytnym.
Kochani, smakujmy ten moment. NAKWA ma Kolonasa Waazona, PLUS Jeża Jak Byk, zaś na Czarne Owce zawitał właśnie Koci Kozomotyl.
*śpiewa do reklamy Velvet* Kozaa – miękka jak aksamit...


Dziewczynka zaplotła jej ręce na szyi i wtuliła twarz w ciepłe ciało, choć sierść kłuła ją trochę, a Koza pełna dobrych chęci szarpała ją za włosy, próbując wylizać je z wody rzecznej i wiatru, i wszystkich obcych jej zapachów.
Bardzo, bardzo współczuję Kozie, jeśli zapach wody i wiatru jest jej obcy...

- Zimno mi… - Dziewczynka przytuliła się jeszcze mocniej do mlecznej matki, a ona z niepokojem o mało nie położyła się na niej, chcąc oddać jej trochę swojego ciepła, albo i całe, gdyby była potrzeba.
- A mi jest ciepło. - Odpowiedziała jej z uśmiechem koza. - Masz trochę ciepła, tylko przestań już jęczeć.


Młoda Koza też ociepla Kundzię. I tak wśród buchających gorącem kozich ciał i miękkiej, trochę zakurzonej wełny, w atmosferze tyleż dusznej, ile cudownej, zasnęła.
Wreszcie widać efekty grzybków/zaciągania się starą kozą:
Śniło jej się, że idzie przez las, a ktoś z tyłu woła ją ciągle rozpaczliwie, błagalnie. Nie mówił żadnych słów, ale ona wiedziała, że to właśnie ją woła, i było to bardzo niewygodne uczucie, takie natrętne i nieustanne… Chciała się odwrócić, ale nie mogła. Szła ciągle w jednym kierunku i nawet kiedy po wielu trudach i wysiłkach, podczas których spociła się i rozbolała ją głowa, udało jej się w końcu odwrócić, okręciła się wokół własnej osi i znów znalazła się tyłem do wołającego ją głosu.
Miała ochotę kopnąć to, co ją trzymało, ale nic jej nie trzymało, kopała więc bez celu powietrze, a świat zaczął wirować naokoło niej, aż zrobiło jej się niedobrze. Wtedy też spostrzegła, że jest łopatą, ale nie wydało jej się to dziwne, bo przecież za nią szedł biały stół, a kwiaty nie. „Lubię śpiewać po obiedzie…”. Co?
Nagle zrozumiała, że woła ją jej własna pieśń, którą zgubiła dziś w rzece i zdało jej się nawet, że słyszy ją, choć słońce (wyglądające jak słowik, ale jednak będące słońcem) poczęło świergotać tak jaskrawo, że świergot ten omal nie rozsadził jej mózgu. 
Czuję się jak na jakiejś ostrej imprezie studenckiej. I bardzo mi z tym dziwnie...


Poza tym wciąż nie mogła się odwrócić, choć niby już się odwróciła… Znów kopnęła coś, czego tam nie było, i zaczęła jęczeć z ogromnej niewygody, jaką odczuwała. Zmęczenie zaś sprawiało, że chciała już jak najszybciej opuścić ten sen, o którym wiedziała, że jest snem, choć często o tym zapominała i wszystko wydawało się takie realne…
Pieśń znów ją zawołała, więc odwróciła się, ale ledwo to zrobiła, okazało się, że to Baba ją woła i teraz idzie do niej zamaszystym krokiem, co jest tym widoczniejsze, że ma cztery ręce… Ale to nie jest dziwne.
Nie, skądże. Dziwne jest to, że te dwa zdanka panoszą się w jej podświadomości, jakby były co najmniej Pieśnią o Hildebrandzie, a nie prostą rymowanką o wątpliwych walorach artystycznych.

Dziewczynka obudziła się zlana potem (…). Komnatę wieży rozjaśniał lekko ledwo tlący się ogień, a Baba siedziała przy legowisku dziewczynki i mieszając w czarce jakiś podejrzanie wyglądający wywar, patrzyła na nią uważnie.
- Masz gorączkę albo znowu zeżarłaś te grzybki! Przyznaj się! Jeszcze trochę i nic nie zostanie dla mnie!!! – rzekła, gdy tylko jej podopieczna dała wyraz jakiekolwiek trzeźwości. – Masz koszmary senne, nie przejmuj się tym. Robię ci tu lek, zatłucze gorączkę na śmierć. Jak się czujesz?
Dziewczynka nie chciała powiedzieć, że źle, ale nagle zauważyła, że nos ma zupełnie zatkany, w dodatku boli ją gardło, zrobiła więc tylko pasującą do sytuacji minę.
To jakieś przeziębienie instant, skoro w kilka godzin rozwinęły się wszystkie objawy. Swoją drogą, niezłego trzeba mieć pecha, żeby trafić na wirusa w środku lasu...

Dziewczynka nachyliła się nad sporządzonym wywarem i aż odrzuciło ją z obrzydzenia.
 - Co to jest?! – wychrypiała, a cała twarz wykrzywiła się mimowolnie w cierpiętniczym grymasie. Baba uśmiechnęła się.
 - Dobre. Gorące mleko z czosnkiem i miodem, wymieszane z odpowiednią dawką nepeta cataria (czyli z kocimiętką).
 - Co?! O, nie, to ohydne!!!
 - Daj spokój. Chorzy nie są upoważnieni do wybierania sobie lekarstw.
Dziewczynka naburmuszyła się. Bo gdyby mogła, wybrałaby stare i niezawodne pijawki, i upuszczanie krwi.
Baba stawia na swoim i kuruje małą mlekiem z kocimiętką, jednocześnie każąc jej recytować ziółka na przeziębienie. Po chwili kocimiętka kicks in, a młoda zalicza standardowe efekty działania zioła - pocenie, głupawkę i wreszcie głęboki sen - nie ma jednak słowa o silnym działaniu wiatropędnym, które najwyraźniej nie wpasowało się w kreowany przez aŁtorkę wizerunek merysuni. Jestem niepocieszona.
No, to mógłby być wreszcie jakiś dobry Element Komiczny. No co? Żarty o pierdzeniu są naprawdę zabawne w każdym wieku. Przynajmniej niektóre.

Następnego dnia gorączka ustąpiła niemal zupełnie, ale dziewczynka dostała kategoryczny zakaz wychodzenia tego dnia z wieży. W zamian Baba przyniosła jej dwa dorodne bażanty, które upolowała o świcie i kazała oskubać je i przyrządzić. (...) Dla dziewczynki normalny był odgłos rozpruwanych nożem ptasich wnętrzności, choć niejedna białogłowa o dłoniach delikatnych jak obłoczek i takiejże psychice zemdlałaby, słysząc go, bo zdałby jej się brutalny i odrażający.
No, nie ma to jak porządna rozrywka w chorobie!
Daj dziecku spokój, przecież nie może włączyć komputera i odpalić Grand Theft Auto...
Ustalmy kilka faktów. Primo: bażanty nie żyją w lasach, tylko na otwartych przestrzeniach. Secundo: baba mieszka rzekomo w sercu lasu, dzikiej głuszy etc. Ergo - do otwartych przestrzeni musi mieć ciut daleko. Zastanawiam się, czy w powyższym opisie aŁtorka uwzględniła wszystko powyższe, czy po prostu wyszła z założenia, że jak zwierzątko jest dzikie, to na bank mieszka w lesie.

Tak samo krew, która chlusnęła na twarz dziesięcioletniemu dziecku i spłynąwszy od dłoni przez łokcie ubrudziła sukienkę, tworząc obok niej lepką kałużę, ani zgaszone, martwe oczy i pojawiające się w ranie nieruchome serce nie były dziwne, choć niektórzy ustać by nie mogli, widząc je, już nie mówiąc o dotykaniu, bo to przecież ohydne... 
Hihihi, ale impreza!
*notując sobie na boku* Puszczanie bąków przez dziesięcioletnią merysunię – bebe... Rwanie flaków i fontanny krwi – cacy...
Szkoda, że teraz nie wymyśla zacnych pioseneczek.

Siedzące w wieży dziecko, które z taką pasją oporządzało bażanta, nie wiedziało – rzecz jasna – nic o estetyce zza lasu i to było jego szczęście.
Teraz na serio mam ochotę skazać Michasię na wieczną banicję i nakazać żyć w dziczy. To wrzucanie na naszą kulturę zaczyna mnie już autentycznie wpieniać. No, jeszcze bardziej niż wcześniej.
To ja jeszcze poproszę Michasię o wyjaśnienie frazy "estetyka zza lasu".

Ale przecież nie mogło się tym cieszyć, bo jak można cieszyć się czymś, o czym się nie ma pojęcia. Często odkrywamy takie rzeczy, gdy już jest za późno. Kiedy zdobywamy mądrość, wiedzę, doświadczenie, ale tracimy niewinność i zdziwienie, orientując się poniewczasie, że to były nasze największe skarby.
W sensie... że nie mogła się cieszyć, że jest taka niewinna podczas taplania się w bażanciej krwi...?
W sensie, znowu zabrakło jej kilku linijek do jednej strony więcej.

Pierze (...) znów zatańczyło pod sklepieniem wieży, po czym sfrunęło z gracją na dziewczynkę, przyklejając się do jej wciąż czerwonych od krwi rąk, co niektórym mogłoby wydawać się upiorne. Dla innych zaś (tych, którzy nie nauczyli się odczuwać tego w ten sposób) mogłoby to mieć nawet pewien urok. A może i nie? W każdym razie Baba, która weszła do wieży po jakimś czasie, skrzywiła się bez zachwytu (...).
Z zachwytem skrzywiała się tylko po solidnej dawce nalewki domowej produkcji. 
A czemu na Babie to zrobiło wrażenie? Nie powinno to być dla niej normalne, obojętne? Sama nigdy nie patroszyła żadnego zwierzątka? Coś jak Charlie ze Zmierzchu: cholera wie, co jadła przez tyle lat, ale odkąd pojawiła się Kundzia, to ona patroszyła.

Przez całą następną stronę boChaterka stoi w oknie i wzdycha do gór. Otrzymujemy też opis póz przybieranych przez Kozę Młodą. Frapująca scena kończy się - boru dzięki - wraz z powrotem Baby z obiadem.

Obie usiadły i dziewczynka zabrała się do jedzenia. Zrobiła to jak zwykle tak apetycznie, że żołądek Baby skręcił się i ponure burczenie odbiło się echem od jego ścian, tak był pusty.
Baba zaczyna żywić podejrzenia, że smarkata czmychnie jej w te góry, jeśli szybko czegoś nie wymyśli. Postanawia zatem być mądrą przed szkodą:
 - Co byś powiedziała na małą wycieczkę?
Dziewczynka nie patrzyła na nią , pochłonięta jedzeniem.
 - Gdzie? (Mówi się dokąd!!!)
 - Na przykład... w góry.

Nieźle, Babo, ale chciałabym zobaczyć co zrobisz, kiedy za rok nieletnia zacznie się zastanawiać, co takiego jest za górami. Uwiążesz na postronku jak trzecią kozę?
Albo wybierze się z nią na wycieczkę. Obrzydzenie zainteresowania życiem poza lasem poprzez potworną WIOSKĘ – good, obrzydzenie gór – bad?


(...) Oczy dziewczynki rozbłysły jak dwie gwiazdy [moja ty piękna, naturalna... niedobrze mi...] i Baba musiała przyznać, że nie potrafiła przewidzieć, co jej podopieczna zrobi teraz z radości. Rzuci się na nią, ze szczęścia zacznie bić się po głowie czy wyskoczy przez okno.
Kiwać się w przód i tył? Wywrzaskiwać wszystkie znane jej wyrazy? Układać debilne rymowanki? Kto to wie?!

Baba decyduje się zamordować atak ekstazy w zarodku i oznajmia, że wyruszą dopiero z nastaniem wiosny, nikt przy zdrowych zmysłach bowiem nie pcha się w góry zimą. Ale nie martwcie się, nie grozi nam kolejne pięćdziesiąt stron pełnych jakże zabawnych i pouczających leśnych przygód Baby i merysuni. Nie. Teraz czeka nas Cthulhu wie ile stron pełnych równie zabawnych i równie pouczających przygód w górach, bo oto...
...sam król z synami i świtą przybędzie dziś do ich lasu na ostatnie w tym sezonie polowanie i być może zatrzyma się nawet na kilka dni u swojej siostry, do której należały całe te tereny, łącznie z kilkoma wioskami...
O, mamy więc przedstawioną właścicielkę tychże ziem. I jednak wiemy o istnieniu więcej niż jednej wioski. To już coś.

Baba, co łatwe do przewidzenia, jest zachwycona i zaczyna mówić mową ludzkopodobną:
 - Tragedia! Masakra! (Przejebane, zią!) Co oni sobie w ogóle myślą, do stu piorunów?! Nie mają ani krzty szacunku do niczego, jak przyjdzie im do tych zakutych łbów jakaś zachcianka, to jup, jup, jup, trzeba to spełnić! Hop, siup, tralala! A dlaczego?! A dlatego, tylko dlatego, że z płaszczy dyndają im zdechłe gronostaje i zwisają pluszowe wiewiórki, a papież pobłogosławił im swoim Bogiem, a wikingowie swoim! Tylko nie wiem, co ma wspólnego przyjazd do siostry w odwiedziny do papieża, ale mam biegunkę słowną! Ot, co. To już nie ci sami władcy, co kiedyś, nie ci sami. Banda łobuzów! Kiedyś to szamanów słuchali i jeździli na największym niedźwiedziu, a teraz sobie zamki budują i golą się regularnie, brudasy jedne!
...I tak dalej przez następne dwie strony. Baba się miota, bagaże fruwają, kozy nie chcą współpracować, król jest idiotą, smarkata się guzdra, Babę trafia szlag, a z lasu wybiega wielki, czerwonooki dzik z siostrzanej powieści i pożera wszystkich jednym kłapnięciem, bo nikt nie zdążył mu się pokłonić.
*wzdycha*
Chciałabym.


Kozy szły grzecznie od chwili, kiedy zobaczyły dziewczynkę, nie musiała się więc nimi martwić.
Szoker. Bo przecież to nie tak, że kozy są jedynie lekko zmodyfikowaną wersją Jednorożca. Trzeba jednak przyznać aŁtorce plusa, że nie zdecydowała się na coś pokroju oswojonego przez smarkatą wilka.
Albo np. słonia.


- Jakie są góry? – spytała [dziewczynka] w końcu, bo choć opiekunka uciszała ją co chwila ostrymi syknięciami, uważała chyba, że to jakaś gra, którą można w każdej chwili przerwać, gdy się znudzi. A podobno taka grzeczna i posłuszna. Misiu, naprawdę czas zainwestować w notatki... – Czy są miękkie i przyjazne, jak się zdaje, gdy patrzy się na nie wiosną? A może dumne i niedostępne, jak zimą?
- Są różowe i puszyste, codziennie unosi się nad nimi tęcza, a po zielone... różowej łączce biegają różowe jednorożce w takich pięknych białych sukienkach... a nie, to księżniczki mają białe sukienki... I... i wszystko jest tam takie miłe i słodziutkie! I jest duuużo kotków. Tylko nie jedz już więcej moich grzybków, do jasnej cholery.

- Raczej to drugie, ale zamknijże buzię!
- Ale na pewno nie są złe...Coś tak pięknego nie może być złe.

*poklepuje młódkę pobłażliwie po głowie* Oczywiście, że nie. Piękne dziewczyny nigdy nie będą wredne, jedzenie czekolady sprzyja odchudzaniu, a polskie pociągi zawsze przyjeżdżają na czas, co do sekundy. Believe it. 
I don't believe.


Baba, czując się w obowiązku złapania i trzymania teraz kurczowo przy sobie podopiecznej, która skojarzyła jej się nagle z jakimś krnąbrnym zwierzątkiem, zaczaiła się na nią za drzewem i nagle, bardzo rozdrażniona, wyskoczyła, próbując opleść dziewczynkę patykowatymi ramionami. Ta w ostatnim momencie spostrzegła ją i uchyliła się, a Baba padła jak długa na ziemię, twarzą w dół, zaplątując się we własne ręce, co tak rozbawiło dziecko, że aż musiało usiąść, osłabione śmiechem.

Opiekunka spojrzała na nie wzrokiem, którego normalnie przeraziłoby się każde żywe stworzenie, jednak czasem bywa, że gdy ktoś wsiądzie nieopatrznie na karuzelę rozbawienia, zatraca się w jej pędzie i jedyne, co może zrobić, to tylko droczyć się coraz bardziej, śmiać się i za nic mieć wszystko, z czym się zwykle liczy.
Oj, coś czuję, że Michasia sama zaczyna inwestować w grzybki ;))


Dlatego też dziewczynka, po raz pierwszy w życiu, zaczęła prowokować opiekunkę, korzystając z przewagi młodości i szybości. Poczęła chować się przed nią, biegać naokoło i umykać, piszcząc przy tym za każdym razem, gdy ta prawie dosięgała jej lub nawet muskała palcami ubranie.
Ehem. No cóż, Babo, obawiam się, że jesteś głównym problemem w tej relacji. To już chyba czas, by do akcji wkroczyła
NA KARNEGO JEŻAAAA!!!!! (Najlepiej Babę – na tyle minut, ile ma lat :D)
Ej, ale serio. Baba jest podobno dla niej autorytetem (samo to, że gówniara chce się uczyć ziół i tych wszystkich rzeczy, którymi zajmuje się Baba)... I co, wykorzystuje swoją przewagę fizyczną, żeby się z niej nabijać? Długo dla mnie autorytetem była babcia. I jak myślicie, ile razy w jakikolwiek sposób się z niej nabijałam?


Baba (...) właśnie żuła zapamiętale swoją wściekłość, miętową, bez cukru, gdy nagle, tuż za nią, rozległ się donośny, szlachetny dźwięk rogu, który był nienaturalny, a mimo wszystko otrzymał pozytywny przymiotnik!!! [jestemwszokujestemwszoku] który dla niej był teraz wyciem z piekieł i który przeszył jej mózg niczym sztylet, docierając aż do serca.
Straszliwy Wojski gościnnie dmie w róg również w innych epokach ;)
Dlaczego za każdym razem, jak w twórczości Olszańskiej pada słowo "mózg", to brzmi kretyńsko i kompletnie od czapy? -.-

Kozy spłoszyły się (albo i skorzystały z okazji, że stara zdekoncentrowana spuściła je z oka) (a to one nie szły za Kundzią jak jej zwierzątka?) i pocwałowały z powrotem do chaty. Aż się za nimi kurzyło. Baba nawet tego nie zauważyła. W jednej chwili zastygła zupełnie, czując coraz większe przerażenie. Jej usta wygięły się w dół jak w greckiej masce, oczy zaś jeszcze bardziej wytrzeszczyły, a w głowie zaczęło szumieć od prześcigających się myśli.
Pytanie. Co zrobiła Baba, która znała najrozmaitsze sztuki kamuflażu, wiedziała, jak uciekać, by nie zostawiać za sobą śladów, jak zmylić trop lub wyprowadzić łowców na terytorium dzików czy niedźwiedzi?
1.     W ślad za kozami zawraca do chaty, zakładając, że skoro panowie lecą za zwierzyną, to nie przerwą kapryśnie w pół drogi, by wstąpić do niej na winiacza.
2.      Tłumaczy młodej, że to Wioska nadciąga, skutecznie zachęcając ją tym samym do ucieczki, po czym używa sztuki kamuflażu/usiłuje zmylić trop/robi użytek z jakichkolwiek rzekomo posiadanych przez siebie umiejętności.
3.   Spycha fikającą smarkulę ze stromego zbocza i sama skacze za nią, ryzykując wstrząs mózgu, skręcenie karku i, biorąc pod uwagę wiek Baby, rozpadnięcie się na tysiąc przeżartych przez osteoporozę kawałków.
Dla ułatwienia przypomnę, że o sztukach kamuflażu było na stronie piątej, a jesteśmy na sześćdziesiątej ósmej.
(...) ledwie razem z Babą zatrzymały się u podnóża zbocza, ta druga złapała ją za wszarz i zaczęła biec, ciągnąc za sobą i rozglądając się w popłochu jak zaszczute zwierzę.
Jeeeeej!!!




28 komentarzy:

  1. co olszańska bierze... ja to chcę i to mocno.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nareszcie! Szkoda, że analizy Michaśki pojawiają się tak rzadko. Tak, ten styl też doprowadza mnie do białej gorączki, wszystko z Wami w porządku. Świergotające słońce...
    Gratuluję zyskania Kociego Kozomotyla!

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo fajna analiza!Kotek cudny, drzewa tez.No ale wierszyk!!!!
    Ten wierszyk!!!!!Dzieci się go beda w szkołach uczyc,jak Olszańska klasykiem zostanie!
    Mnie też się zdarza zawodzić w głupawce dzieła wierszowane: O rety rety spaliłam kotlety! ale nie publicznie..

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
  4. Serio!? Opcja 3!? Żartujecie, nie wierze wam, a boję się do książki zaglądać, ale na pewno żartujecie. Nie...
    Nie..
    Nie...

    *wali głową w stół*

    OdpowiedzUsuń
  5. Oj tam oj tam, nie gorsze od Greya,a to przecież wydali...Zobacz,jaka tu jest akcja,jak w dowcipie o Jasiu i czterech wątkach w opowiadaniu.

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
  6. http://25.media.tumblr.com/tumblr_lrebo5UPxM1r2x73lo1_400.jpg Kotokoza dla Waszej załogi. :3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To raczej kotobaran. ^^

      Usuń
    2. Oj cicho, nikt się nie zorientuje. c:

      Usuń
  7. Cześć.
    Raczej nie komentuję na blogach analizatorskich, ale dzisiaj aż musiałam to zrobić.
    Ta "Zaklęta" nie byłaby taka zła. Oczywiście, że by nie była. Gdyby nie fakt, że Michaśka zaraz zapomina o tym, co napisała, myli charaktery swoich postaci, nie robi researchu i zawsze z głównej bohaterki robi małą Mary Sue. Ja widzę w tej "powieści" ukryty potencjał. Serio, pomysł z babą, dzieckiem i całą tą otoczką mógłby być niezgorszy... nawet ten fragment z wierszowaną piosenką mi się spodobał, to w sumie jak odkrywanie czegoś nowego, fascynującego. Gdyby Michaśka zabrała się za książkę jak należy i opisywałaby tutaj osobę, która kompletnie nie ma pojęcia o świecie i nie zmienia zdania co dwie strony - tak, to byłoby całkiem dobre. W końcu nie zdziwię się, jeśli podobnie odbywało się to dawniej, kiedy nasza cywilizacja uczyła się, jak urozmaicić sobie życie.
    A tak... kolejna historyjka do zanalizowania.
    Oczywiście odwaliłyście kawał dobrej roboty - bez waszych dopisków nie byłabym w stanie dobrnąć do tego momentu!
    Btw, czy ta dziewczynka kiedykolwiek urośnie i zdziała coś w tym swoim życiu? Jedziemy już czwartą część a tu nadal o jednym i tym samym, już dwie analizy temu zrobiło się nużąco.

    I serio... trzecia opcja? W sumie tego też się po tej durnej książce spodziewałam. Coś czuję, że Baba może mieć malutki problem.

    Pozdrawiam. ;)

    PS Czy tylko dla mnie ten fragment brzmi trochę jak zdanie z pornoopka? "I tak wśród buchających gorącem kozich ciał i miękkiej, trochę zakurzonej wełny, w atmosferze tyleż dusznej, ile cudownej, zasnęła."

    OdpowiedzUsuń
  8. "Babę trafia szlag, a z lasu wybiega wielki, czerwonooki dzik z siostrzanej powieści i pożera wszystkich jednym kłapnięciem, bo nikt nie zdążył mu się pokłonić." --> umarłam :D

    I, oczywiście, że trzecia opcja! Przecież to elementarne. :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Nareszcie! Nie mogłam się już doczekać! Szkoda, że analizy Miśki pojawiają się tak rzadko, smutek wielki :C Jestem ciekawa, kto ma większe uszczerbki w korze mózgowej, aŁorka czy główna bohaterka. Choć jak się zastanowić, to Baba też aspiruje na Main Mary Sue. Zresztą na jedno wychodzi.
    Nigdy nie życzę Michaśce dzieci.
    Osama bin Laden dedykuje zamach terrorystyczny jego ofiarom. *headdesk*
    Spokojnie, mnie też ten styl doprowadza do białej gorączki. I to wcale nie jest wina rzekomego uprzedzenia, to cuś jest diabelnie charakterystyczne.
    Dzieci podniecające się krojeniem bażantów (bażant w lesie, borze, borze...) - brawo. Po prostu pogratulować.

    OdpowiedzUsuń
  10. Świetna analiza dziewczyny! Tak trzymać, uśmiałem się mocno ;]
    I zgadzam się z Dextellą, ten towar powinien być gęściej dostępny :D

    Zelaznostopy

    OdpowiedzUsuń
  11. Nie, ja nie mogę... Ta mała jest jednoznacznie nienormalna (już wcześniej to podejrzewałam, ale teraz podejrzenie zamieniło się w pewność).
    Mieszkam na wsi. Umiem oprawić kurę, królika, świnię. Naprawdę umiem. Nie mdleję przy tym. Ale, do jasnej cholery, to JEST obrzydliwe. NIE jest NATURALNE. I jakim cudem krew z martwego ptaka w ogóle tryska?
    Michaśka w ogóle widziała kiedykolwiek oprawianie jakiegoś zwierzęcia?

    A analiza świetna, uśmiałam się jak norka:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "I jakim cudem krew z martwego ptaka w ogóle tryska?"

      O to to, też mnie to zastanawia. Plus to, że dzieciak najwyraźniej najpierw ptaka wypatroszył, a później oskubał, kiedy łatwiej jest odwrotnie - pióra nie przyklejają się do podrobów i mięska.;)

      Usuń
    2. Założę się, że sama ałtorka jest jak ta "białogłowa o dłoniach delikatnych jak obłoczek i takiejże psychice", coby na widok patroszonego zwierzęcia zemdlała. Ja miastowa jestem i jedyne patroszenie zwierza z jakim miałam do czynienia w życiu to karp mordowany w wannie na Wigilię, ale jakoś widok jego bijącego serca po obcięciu mu głowy nie przyprawił mnie o krzyk i płacz (to pewnie ta straszna cywilizacja takie nieczułe dziecię ze mnie zrobiła ;d).

      A tak btw. "była to prosta, wiejska pioseneczka z jednym, może dwoma przypadkowymi rymami, w dodatku język miała niewyszukany i ubogi." Skąd ta mała ma w ogóle jakiekolwiek pojęcie o języku, skoro całe życie mieszka w lesie a mówić ją uczyła bredzące, mrucząca i bąkająca pod nosem Baba?

      Krakatoa

      Usuń
  12. Genialna analiza, uśmiałam się, choć załamuje mnie to, że takie coś zostało wydane. Michaśka nie przestaje mnie zadziwiać... Zastanawiałam się, którą opcję wybrać, strzeliłam, że 2 (naiwna jestem, wiem, chciałam mieć jeszcze nadzieję, że ktoś myślał przy pisaniu tego czegoś :/). Ale że 3?! Założę się, że Michaśka po cichu liczy na ekranizację swojego "dzieła" i chce dodać jakieś epickie sceny akcji z kaskaderami.

    OdpowiedzUsuń
  13. A ostatnio nawet miałam okazję nabyć to wiekopomne dzieło, za zawrotną sumę 9,99 w Carefourze. Ale stwierdziłam, że skoro "Zaklęta" kosztuje 9,99 i "Szklany dom" też, to wolę "Szklany dom".;)

    OdpowiedzUsuń
  14. "w dodatku język miała niewyszukany i ubogi.
    Ach, bo piosenki zwykle zaskakują nas nowymi, niezrozumiałymi wyrazami.
    Jaaa... uwielbiam jąąą... ona tu jeeest... i tańczy dla mnieee…"

    ... parsknąłem przy drugim komentarzu :P. Swoją drogą, analiza pokazuje dobitnie, iż w dzisiejszych czasach pisarzem może być chyba każdy z nas. Stety albo niestety.

    Co zaś się tyczy pytania zawartego pod jej koniec - stawiałem na dwójkę ;).

    Peace :),
    Skryba.

    PS. Fajny blog, że też na niego wcześniej nie wpadłem :).

    OdpowiedzUsuń
  15. To kozy potrafią cwałować?
    Pozdrawiam i kłaniam się nisko, Wypłosz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet sobie nie wyobrażasz, jak piekielnie zdolne bestie z tych kóz są.
      Jadzia

      Usuń
  16. Można wiedzieć, czy niebawem zostanie wytypowana blogowa Koza, czy jeszcze oczekujecie na jakieś ciekawe kandydatki?

    Pozdrawiam,
    Owca Barbara

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tego co wiem, czekamy na kandydatki. A jakie masz kwalifikacje? Doswiadczenie?
      Jadzia

      Usuń
    2. Jadzia - kfik! :D

      Szczerze mówiąc, to tak troszku zapomniałam o tym. Ale kóz może być całe stadko, kozia kozie nierówna. ^^

      Usuń
    3. Och nie, gdzieżbym śmiała startować do wyborów. Ja nie koza, więc mnie to nie dotyczy. Spytałam z czystej ciekawości i dziękuję za odpowiedź. ^^

      Owca Barbara

      Usuń
  17. - "(...)wymieszane z odpowiednią dawką nepeta cataria"- ort. (Nepeta dużą literą)

    - czy ja dobrze rozumiem, że Kundzia najpierw wypatroszyła te nieszczęsne bażanty a potem je skubała? Hmmm... Wot tiochnika... No i ta tryskająca krew... nie skrwawiła ptaszyn na początku? No to rzeczywiście musiał być obrzydliwy widok - takie marnowanie mięska.


    Kozą ślę pozdrowienia do nóżek Waszmości :)
    małpa w bibliotece

    OdpowiedzUsuń
  18. Winky, dokładnie rozumiem, co czujesz.
    Głowa rozbolała mnie już od tłuczenia o biurko, znowu nabawię się migreny, ale może kocimiętka mi pomoże. Jak sądzicie?

    Po przeczytaniu tej części naprawdę nie mogę wyjść ze zdumienia. Od kilku dni co rusz decyduję między roześmianiem się w głos a pełnym rozpaczy płaczem. Ile lat miała autorka, gdy pisała tę powiastkę?

    Jak dla mnie, największym cudeńkiem fragmentu był ten zlepek zdań:

    "- Zimno mi… - Dziewczynka przytuliła się jeszcze mocniej do mlecznej matki, a ona z niepokojem o mało nie położyła się na niej, chcąc oddać jej trochę swojego ciepła, albo i całe, gdyby była potrzeba."

    Choć od dłuższego czasu interesuję się fizyką, doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że jeszcze mało wiem o zasadami, za pomocą których rządzi kształtem wszechświata. Autorka przekonała mnie jednak, że mogę cofnąć się do pierwszej gimnazjum i zacząć wszystko od początku. Za cztery miesiące czeka mnie jednak egzamin, może ktoś poratuje mnie wyjaśnieniem fenomenu opisanego w książce?

    W jaki sposób koza o temperaturze ciała ok. 38-39'C może przekazać ciepło dziewczynce z gorączką? W dodatku całe? Co oznacza zwrot "całe ciepło", zejście do zera Kelwina, przepraszam? Sądzę, że czas najwyższy poradzić się kogoś starszego ode mnie, to mnie przerasta. Clapeyrona zapewne też.

    Do głowy przychodzi mi tylko jedno wyjaśnienie wszechobecnego łamania praw fizyki. Uniwersum pochodzi spoza naszego wszechświata, spoza całej przestrzeni kosmicznej, istnieje w jakichś zaświatach czy Bóg jeden wie, gdzie jeszcze. Tłumaczyłoby to psychologiczne podejście Baby do niedorozwiniętej Dziewczynki i Kozy jako niańki.

    Przepraszam za ten wywód, po prostu puszczają mi już nerwy, kiedy to czytam. Wytrwałości życzę!

    Pozdrawiam, Ender

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O matko, po nocach przez tę książkę nie śpię i, pomimo dwukrotnego przeczytania komentarza przed wysłaniem, dopiero teraz widzę galopujące błędy językowe. Przepraszam!

      Ender

      Usuń
  19. A ja niedawno spotkałam w środku lasu bażanta. I całe stadko na osiedlowej uliczce w mieście. Prawdą jest, że te ptaki najczęściej bytują na polach, ale jak widać, wykazują elastyczność siedliskiwą. ;) Więc ja bym tu odpuściła.
    Ale ksionszka głupia niebywale. Analiza bardzo fajna.

    OdpowiedzUsuń