Czarne owce literatury czyli analizy ZŁYCH książek: lipca 2013

wtorek, 30 lipca 2013

Świat według Michasi, czyli Zaklęta część 6

Dżejzas, zapomniałam, że dzisiaj wtorek. Tyle dobrego, że przypomniałam sobie, zanim nastała środa i praca Jadźki i Makapki nie idzie na marne. Oddaję głos analizatorkom!



Kochani! Siadłam do przepisywania z myślą, że skoro książka nie chce zwiększać tempa, to trudno, ja zrobię to za nią. Niestety, po raz kolejny nie doceniłam kunsztu aŁtorki. Tego się nie da opisać, to trzeba przeczytać.

Kiedy Baba dotarła wreszcie na szczyt położonej bardzo wysoko skały, dziewczynka stała tam nieruchomo od jakiegoś czasu, wpatrując się w dal. Stara chciała już do niej podejść i zbesztać ją za narażenie poczciwej staruszki na taki wysiłek, ale coś zatrzymało ją, zabraniało przeszkadzać i właściwie trudno określić, co to było.
Dysk jej wypadł.
Po coś ty, poczciwa staruszko, pchała się za nią na tę skałę? Było sobie przy ognisku zaczekać, młode zgłodniałoby i samo zlazło.

Harmonia. To słowo przyszło nagle Babie do głowy, choć nie używała go już od ho, ho!
Tej jednostki miary jeszcze nie znałam... 1 ho, ho to ile lat?

Swoją drogą – Michasia opisała dziewoję na okładce w ten sposób: Wzrasta wśród drzew, ziół - posłuszna prawom natury, żyjąca w idealnej harmonii ze wszystkim, co ją otacza. 
Nie może więc przypadkiem pokazać bohaterki jako żyjącej w harmonii poprzez jej czyny – musi czytelnikowi patelnią wbijać do głowy harmonię, przecież sam się nie domyśli. *czeka na wyrażenie prawa natury powiedziane dosłownie i właśnie w ten sposób. Inaczej się nie liczy*

Harmonia. To słowo przyszło nagle Babie do głowy, choć nie używała go już od ho, ho! A jednak z jakichś przyczyn pasowało tu i teraz jak żadne inne. Oddawało w całości specyficzną atmosferę, jaka się tam wytworzyła, oświetloną przebijającym zza chmur porannym słońcem sylwetkę dziewczynki i rozciągający się przed nią widok. I choć Baba nie była filozofem, choć daleko jej było do tego, wiedziała, że to wszystko jest nierozerwalną jednością i dlatego czuje się takie spełnienie.
To ja:
(tylko cycki mam większe)

Słońce, które daje życie, świat, którym włada, i ta mała istota nieograniczona niczym prócz własnego żyjącego w całkowitej zgodzie z naturą ciała. Harmonia.
*na przemian śmieje się i płacze, aż wreszcie dostaje czkawki*
*zdumiona długością i bezsensownością opisów w tej książce*

Dziewczynka oddychała głęboko, rozkoszując się tak nowym dla jej płuc górskim powietrzem, a bezkresny pejzaż, który widziała przed sobą, sprawiał, że już nie tylko czuła się jak ptak. Była ptakiem, chociaż jej rozłożone na boki ręce nie miały piór, a stopy nie odrywały się od skały. Ale czy to ważne?
*myśli myśli*
No jakby nie patrzył, to w ogóle nie jest ważne.
Tylko co w związku z tym?
To powinno być jedyne zdanie w tej książce.
BTW, jak daleko jest ta wioska, że nie widać jej z góry?
Nie widać jej, bo jest Ukryta. Wśród Liści.
Najpierw Baba ujawniła się jako Naruto, potem Wioska...

Wyśnione przez ponad dwa lata marzenia spełniły się, i to jeszcze wspanialej, niż mogła sobie wyobrazić, co nie zdarza się często.
Tak, ja również wyśniawam… wyśniuję… wyśniwuję (słowotwórstwo zawsze w cenie) swoje marzenia przez dłuższy okres czasu, ale jak do tej pory nie pojęłam techniki czynienia tego w trybie dokonanym.
[marzenia spełniły się jeszcze wspanialej... Kurde, kto to edytował?!]

Wszystko teraz było tak, jak powinno być, czas mógł się zatrzymać, świat mógł się zatrzymać, nawet serce mogło się zatrzymać, cała ta książka mogłaby się już zatrzymać, autorka też mogłaby się zatrzymać na tej książce, bo gdyby w tej chwili dziewczynka miała przechylić się do przodu i zginąć w rozciągającej się w dole przepaści, nie żałowałaby, tak bardzo czuła się spełniona.
Przepaść jest między dwoma ścianami górskimi i, jakkolwiek całą sobą przyklaskuję pomysłowi runięcia w nią, nie bardzo rozumiem, skąd się tam wzięła.

Byle tylko oddech nie ustał, by móc czuć powietrze, tak wonne, choć niektórym mogłoby się zdawać całkiem zwykłe. Nie było zwykłe, dziewczynka wiedziała o tym. Oczywiście nie analizowała tego, co teraz czuła, nie nazywała erudycyjnie harmonią czy kosmiczną równowagą, bo przecież w takich chwilach nie myśli się o tym.
To o czym, na wszystkie listki Bora Wszechlistnego, się myśli? Bo narrator najwyraźniej ma spore trudności ze skupieniem się na czymkolwiek innym.
Yyyyy...? Nie wiem, co powiedzieć, więc...
Ładny komentarz?

Trwa się po prostu tak długo, jak to możliwe, wsłuchując się w siebie i w to, z czym wchodzi się w rezonans. I wszystko. Niewiele. Czemu więc tak trudno jest nam to osiągnąć, ci zaś, którym się naprawdę uda, są błogosławieni tym wspomnieniem do końca swoich dni?
Cóż. To jedna z tych tajemnic, które powinny nimi pozostać. Tak jest lepiej. Szlachetniej.
Seriously. I don't give a shit. *pada na kolana* Rób sobie, co chcesz, myśl, o czym chcesz. Tylko błagam, BŁAGAM NA KOLANACH, NIECH COŚ SIĘ ZACZNIE DZIAĆ! Michasiu, kreowanie Merysójki poprzez wielostronicowe opisy, które można streścić w kilku zdaniach naprawdę nie sprawią, że Twoja postać będzie lubiana i interesująca! Sprawią, że nie będzie nikogo obchodziła! Nawet głupia, butna i bezczelna Sakórcia z durnych blogasiów wzbudza więcej uczuć (co prawda negatywnych), niż Twoja królewna. Tamtych nie lubię, nienawidzę i irytują mnie, ale Twoja dziewczynka nie wzbudza we mnie żadnych emocji! W du** mam, czy coś ją potrąci, czy zleci z tej góry, czy Baba ją w końcu zabije. Naprawdę, nawet w momencie, w którym wymyślała głupie piosenki, niczego wobec niej nie czułam.
Ta książka jest jak Moda na sukces: ominiesz kilka stron – i tak wiesz, o co chodzi.
*kaszl kilkadziesiąt kaszl*

Dziewczynka stała na skale, nie czując zmęczenia, choć Baba zdążyła już się zdrzemnąć, zjeść placek, pochodzić w kółko i znów się zdrzemnąć, a słońce niczym złota gąsienica przepełzło po niebie i wyszedłszy z kokonu chmur, poczęło czerwienić się na horyzoncie.
Masz Babo placek. xD Epic. Chyba już rozumiem, starowina faktycznie posiada wszystkie te cechy, o których wspomina narrator, tyle tylko, że występują one naprzemiennie: jak trzeba poszpanować gburowatością i życiowym zmęczeniem, to Baba posłusznie sarka i irytuje się z byle powodu, ale gdy nadchodzi pora na doniosłe momenty, wtedy już jest niewzruszona i gotowa spędzić cały dzień na jakiejś omiatanej przeciągami skale, strach pomyśleć, w jakiej temperaturze, no ale w końcu The Mary Sue Is Rising, prawda.
Serio? Kundzia stała cały dzień w miejscu, gapiąc się w horyzont? Nawet nie przeszła się po tej górce, żeby podziwiać różne miejsca?
Ty mi się tu nie skupiaj na górach, tylko na merysuni. W górach.

 - Ono gdzieś znika… - powiedziała dziewczynka, trochę do siebie, trochę do kóz, no i trochę do Baby, no niech już ma. Ale najbardziej do siebie. Ale do kóz też jednak trochę – Tak daleko patrzy… Myślisz, że powie mi, co widzi?
Baba zamrugała, łypnęła podejrzliwie na swoją wychowankę, po czym stanowczo zaciągnęła ją do cienia i kazała napić się wody.
 - Wątpię, raczej nie jest rozmowne. Chociaż tobie może i powie. A niech to! Kto to wie?
 - Czy tam jest gdzieś koniec świata? Czy świat ma w ogóle koniec?
 - Ech, powiadają, że ma. Ale powiadają wiele różnych rzeczy, więc nie warto wierzyć.
To trochę tak, jak z tą książką – mówią w niej o wielu różnych rzeczach, więc nie warto wierzyć.
*przygląda się podejrzliwie butelce wody, którą właśnie wypiła*
Wiem, że już było w poprzedniej analizie, noale...

Baba poczuła coś w rodzaju zawstydzenia, ale może to tylko gazy, chociaż właściwie nie wiedziała dlaczego. Podrapała się więc tylko po karku i nagle uniosła dłoń, by pogłaskać jasną główkę dziewczynki, ale ostatecznie cofnęła się i usiadła pod dużym kamieniem, zastanawiając się, dlaczego ludzie przywiązują aż taką wagę do gestów. A może to nie gestów się obawiają, ale powodujących je uczuć? Kto wie?
Ja wiem. To dlatego, że zwykle nie jesteśmy świadomi wysyłanych przez nas komunikatów niewerbalnych, które mogą stać w sprzeczności z tym, co akurat mówimy i zdemaskować nasze kłamstwa. Ale ty, Babo, jesteś ponoć ze średniowiecza, więc to zrozumiałe, że masz wątpliwości.

Czasem budzimy się z jakąś niewyraźną myślą, która wzięła się nagle nie wiadomo skąd, jakby żyła własnym, niezależnym od nas życiem, nieraz mądrzejsza od wszystkich innych myśli, jakie udało nam się usnuć na jawie. Skąd się bierze? Może jest wspomnieniem snu albo przechwyconą od duchów wiadomością?
Tak, jeśli jesteś szamanem i przed pójściem spać opiłeś się wywarem z wesołych ziółek.
Myśl, która myśli niezależnie od myśliciela, który ją wymyślił. Bowiem ta myśl ma swoje myśli, w których krążą różne myśli i myśliciel myśli myśli, które myślą i mają myśli. Proste.

(…) Kiedy Baba obudziła się tego ranka, obolała po nocy na kamieniach, pozbawiona czucia we wszystkich czterech kończynach i z szybko postępującym zapaleniem płuc,
Osiemdziesięcio/dziewięćdziesięcioletnia kobieta, która spędza całą noc, leżąc na kamieniach na szczycie góry... Czy Michasia widziała kiedyś górę i słyszała, że jest tam zimno nawet latem?

w i e d z i a ł a już, że silny związek dziewczynki z naturą nie jest kwestią wychowania. To stan naturalny dla każdej żywej istoty, a wszystko inne jest wynikiem zakłamanej ludzkiej kombinacji i za wszelką cenę uniezależnia się od świata, który nas zrodził.
Ooo, wjazd na ludzką kulturę! Witaj, witaj, dawno Cię nie było!

Rozejrzała się i zobaczyła zwiniętą w kłębek dziewczynkę, śpiącą na skraju urwiska, tak że jedna ręka i jedna noga zwisały nad przepaścią.
Zawsze mi się wydawało, że jak coś jest zwinięte w kłębek, to z założenia trzyma ręce i nogi razem.
 - To niesamowite, że nie spadłaś – mruknęła Baba nieco rozczarowana raczej do siebie, po czym dodała: - Ale ty nigdy nie spadniesz.
Babo, wyjaśnij mi proszę, na czym oparłaś to idiotyczne założenie. Czy na młodą nie działa grawitacja, bo nie poddano jej zakłamanym ludzkim kombinacjom? Czy nie popełni zwyczajnie błędu i nie chwyci kiedyś za obluzowany kamień, bo w jej przypadku czynnik ludzki nie występuje? Czy na palcach wyrosły jej przyssawki w ramach jednoczenia się z naturą? Dawaj.
Bo, weź, ona jest jak zwierzę, więc... yyy... słyszałaś kiedyś o zwierzęciu, które spadło z góry, która jest w lesie, w którym jest wieża? No właśnie! To trochę jak z tym biegaczem, który, gdyby się BAAARDZO postarał i nie był leniwy, byłby szybszy od geparda.

Dwa dni po ich powrocie do chaty światem zawładnęła nieokiełznana śnieżyca, ostatecznie ogłaszając nadejście zimy.
Wcześniej przychodziły co prawda ogłoszenie wstępne, ale nikt ich nie czytał.
Zima grzecznie czekała, aż wrócą z góry.

Baba niemal bez wytchnienia narzekała na niedostatek zapasów, spowodowany „tą przeklętą wędrówką w góry”, ale dziewczynka skakała z radości, witając śnieg jak dawno niewidzianego przyjaciela.
Bo to sama radość jest, nieprawdaż, kiedy człowiek usiłuje nie zamarznąć nocą w swojej chatynce bez centralnego ogrzewania, z marnymi racjami żywnościowymi, o gromadzeniu których przed zimą słowa nie było.
Oj, Ty myślisz ludzkimi kategoriami! Miiiiłość, dobro... natura... to wszystko, czego im potrzeba. One nie muszą robić zapasów na zimę, bo las je kocha i na pewno im coś przyniesie!

Koza Stara, którą puchata zimowa sierść upodobniła do… właściwie nie wiadomo do czego
*ociera łzy histerycznego śmiechu wzruszenia* Michalino, jesteś moim miszczem.
Nobla tu poproszę! Ktoś otrzymał niniejszym medal za najlepsze porównanie ever. Najlepsze. Ever.

Młoda Bezimienna przez dwie strony turla się, tarza i robi aniołki w śniegu niczym typowe, współczesne dziecko oh wait, a Czytelnik domyśla się już, że zima jest tu kolejnym zaledwie pretekstem do filozofowania niższego rzędu.

 - Myślisz, że one mówią? – spytała. – Drzewa? Na pewno mają swój język, więc czemu go nie rozumiem?
Bo jesteś idiotką?

Poziome źrenice Kozy wyrażały bardzo wiele (Chcę kapustę! Daj mi kapustę! I wydój mnie wreszcie!) i dziewczynka pokiwała głową.
 - To dziwne. Jak ona mówi – „ona” oznaczało Babę – to rozumiem o wiele więcej. Komuś się rodzi wewnętrzny troll! Ciekawe czemu. Albo ty… Choć właściwie nie mówisz, ale przecież wiem zawsze, o co ci chodzi, a ich nie potrafię rozszyfrować. A tak bardzo bym chciała! – Zerwała się na równe nogi i niewiele się zastanawiając podbiegła do jednego z drzew, po czym objęła je i przyłożyła ucho do pnia, próbując wsłuchać się w coś, co być może tam było. A może nie?
JAKI, u diabła, jest sens tych scen? Może coś było, może nie, może była ptakiem, choć ptakiem nie była, kto to wie, ale czy to ważne, bo tak jest szlachetniej.
Och, i złapcie się za coś, bo okazuje się, że mimo jej usilnych starań drzewa jakoś nie chcą mówić.

I może nasunąć się pytanie [aŁtorko, zlituj się i zapamiętaj – może, ale nie musi!]: czy to ludzka cecha odezwała się w dziecku? Cecha, nakazująca mu badać i próbować zrozumieć coś, do czego nie ma prawa? Czy po prostu dziewczynka nie zdawała sobie sprawy, że nie jest drzewem, bo przecież w ogóle nie zdawała sobie sprawy, kim jest.
Przepraszam, dajcie mi pięć minut… *gugluje techniki relaksacyjne*
Michasiu, na biegunkę słowną zalecam:

Dziewczynka tymczasem pędziła, zapominając się aż w tym pędzie, który miał popęd i bardzo szybko pędził (znowu nasuwa się pytanie: gdzie był edytor i jakie zioła palił, kiedy to sprawdzał?) i rozkoszując wiatrem chlastającym ją po twarzy.
*CHALST PLAST*
Rozkosz indeed.

Czuła się beztroska i szczęśliwa, choć nawet nie podejrzewała, jak bardzo beztroska i szczęśliwa jest w istocie.
Piła sok, ale nawet nie podejrzewała, jakiego smaku.

Oczywiście miała swoje małe problemy, które jej wydawały się poważne, a których inni ludzie, ci z tej „zwykłej codzienności” nawet nie nazwaliby problemami. Ale to tylko kontekst świadczy o mierze niewygody.
W sensie, jej problemem było to, że siedziała na korzeniu i było jej niewygodnie?

Jeden nie ma pieniędzy na wyżywienie rodziny, a drugi odczuwa dyskomfort, jeśli na obiad nie zje pieczeni z jelenia w sosie żurawinowym, i naprawdę cierpią tak samo, gdyż ten drugi nie potrafi wyobrazić sobie większej nędzy. A jeśli nawet potrafi teoretycznie, to nie zrozumie, bo nigdy jej nie zaznał. Ale czy to ważne?
Morał z tego dywagowania taki, że dziewczynka ma problemy, które innym wydają się błahe, w dodatku, tak po namyśle, jej też wydają się błahe, bo w sumie to wszystkim umie się cieszyć, koniec.
Tak? Ja skumałam tyle, że jak jedna osoba nie je nic, a druga coś niedobrego, to są tak samo biedni.
Czujecie to? Ktoś, kto jest bezdomny i ktoś, kto uważa, że ma brzydką kanapę ma tak samo duże problemy!
Noż kurde mać, Michasiu! Czy to tylko ja uważam, że taki punkt widzenia jest obrzydliwy? Przecież nawet ten ktoś, kto nie je pieczeni, gdyby widział osobę, która nie jadła od trzech dni lub więcej byłby w stanie skumać, że ma mniejsze problemy! A dlaczego dzieci, którym mówi się o biednych Afrykanach, natychmiast zaczynają jeść?
AŁtorka usiłowała po prostu zachwycić nas swoją znajomością ludzkiej psychiki, bo psychicznie tacy ludzie rzeczywiście cierpią (swego czasu leciało reality show, w którym zbierano do kupy rozpieszczonych Anglików i przerzucano ich do np. Nepalu, gdzie mieli żyć i pracować w tych samych warunkach, co tubylcy. Widok trzydziestoletniego faceta, który popłakał się, bo tęsknił za prostownicą, był bezcenny), choć nie wiem, pod jakim kloszem mieliby być wychowywani, żeby nie umieć wyobrazić sobie większej nędzy.
Panno Olszańska, rozumiem, co chciałaś tu Czytelnikowi powiedzieć, ale nie rozumiem, po co chciałaś to powiedzieć, właśnie w tej chwili, na prawie setnej stronie książki o niczym, bez żadnej widocznej fabuły.

Być może jest to kwestia minięcia się z powołaniem – zamiast pisać powieści trzeba było postawić na zbiór anegdot w stylu „Modlitwy żaby” de Mello.

Baba obserwowała ją z niemałym zdziwieniem i dumą jednocześnie, że udało jej się stworzyć wychowance świat, jakiego nie ma nikt, a o jakim każdy skrycie marzy: świat lasu, słońca, życia, w którym brak pytań, a wszystko przyjmuje się z radością i zrozumieniem. To skarb żyć w takich warunkach, choć przecież naokoło, za ostatnimi drzewami rozciągał się całkiem inny, wielki świat pytań i niepewności, walki o przetrwanie dużo bardziej zaciekłej niż ta niedźwiedzi czy ptaków. Na tym wielkim polu bitwy dziewczynka żyła w azylu, owiewanym zewsząd przez obce wiatry, ale bezpiecznym, dopóki któryś z nich nie wedrze się brutalnie do środka.
O matko ty moja jedyna.
Nawet nie wiem, od czego zacząć.
Ja cały czas nie rozumiem, co złego jest w rozumieniu świata. Znaczy co, macać drzewa – dobrze, ale rozmyślać o tym, jak to drzewo żyje, jak jest zbudowane – źle?
I wielkie brawa za założenie, że każdy, ale to absolutnie każdy marzy dokładnie o lesie, słońcu i braku pytań. Potrzeba kontaktu z naturą to jedno, zredukowanie człowieka do podgrzybka to drugie. W istocie, wielki skarb, takie warunki.
Fajnie jest czasem nie myśleć – tako rzecze morth. (http://karny-kaktus.blogspot.co.uk/2013/06/shiibuya-morth-12.html

Niespodziewanie dla nas, fabuła kontratakuje.
W nienaturalnej pozycji, całkiem nieruchomo leżała w sianie Koza Stara, a kilka tłustych much łaziło po niej, wzlatując co jakiś czas z podekscytowaniem. Dziewczynka przegoniła je i uklękła szybko obok zwierzęcia, próbując obudzić je, najpierw delikatnie, potem mocniej, ale ciało kozy poddawało się bezwładnie wstrząsaniu, aż w pewnym momencie głowa odskoczyła, ukazując zgaszone, szklane oczy, otwarte, lecz niewidzące.
Hm. Ewentualne zimujące w ich chatynce muchy powinny być, ze względu na porę roku, senne, otępiałe i kimać sobie gdzieś w kąciku. Zastanawiam się, czy rzuciłyby się na kozę, która dopiero co padła i jeszcze nie śmierdziała.
To tak, jakby muchy rzucały się z impetem na mięso, które dopiero co kupiłaś w markecie. No nie, nie robią tego.
Na mięcho jako takie to by się pewnie rzuciły, bo zapach by był, ale koza nie może śmierdzieć bardziej niż zwykle, skoro nawet nie stężała pośmiertnie.

Reakcja małej na śmierć przyszywanej matki jest typowa i zrozumiała: niedowierzanie, szlochanie, ściśnięte gardło i na tym, moim zdaniem, mogło się zakończyć. AŁtorka niestety idzie dalej i serwuje nam typowy dla siebie dramatyzm:
Kliknę sobie jeszcze raz przycisk NOOOO.

Koza Młoda przeraziła się i wbiła gdzieś w kąt, obserwując stamtąd atak bezsilnego żalu, który opętał teraz dziewczynkę, każąc jej wymachiwać bez sensu rękami, łapać się za twarz i piszczeć szaleńczo czy nawet okładać Kozę Starą pięściami, próbując ją w ten sposób ukarać za to, że umarła.
Dziecko czy nie, godny podziwu egoizm.
Ja rozumiem, że po śmierci przyjaciółki czy zwierzątka (lub obu naraz) dziecko jest pogrążone w ogromnym smutku, płacze i takie tam, ale czy to jest to samo dziecko, które dwie-trzy analizy temu rozpruwało z radością ptaka? Rozumiem, że zwierzątko, z którym było się związanym psychicznie to co innego, ale powinna być chyba bardziej pogodzona z takimi sprawami... Czy nie?

Dziecko jak dzika bestia poczęło rzucać się na wszystkie strony i próbowało się wyrwać, odchylając głowę do tyłu na spiętej szyi i zachłystując się własnym szlochem.
Trudno, żeby cudzym. Psioczę na ten fragment, bo już-już byłam skłonna trochę wczuć się w sytuację smarkatej, ale nie zdążyłam. Może gdyby wcześniej zostało wspomniane, że małej zdarza się reagować tak histerycznie, to jakoś bym to przełknęła, ale tak znowu mam przed oczami pannę Olszańską, niemogącą się powstrzymać, by nie wycisnąć z każdej sceny maksimum tragi-patetycznej farsy. Dlatego w ramach uhonorowania tej nieszczęsnej sceny gościnnie wystąpi:
(Beige, Maryboo, pożyczam na chwilę i zaraz oddaję ;)

A dla ciebie, Kozo Stara, minuta ciszy. Żegnaj i niechaj twoja kopytna córka godnie reprezentuje tytuł jedynej pozytywnej postaci tej powieści.
*Milczy*

No dobrze, idziemy dalej. Baba na tę okoliczność po raz pierwszy młodą przytula.
 - Ale… - dziewczynka szeptała, a usta spuchły jej od płaczu – ona była ze mną zawsze, ja… ja tak bym chciała, żeby nadal żyła, ja… Ja nie umiem tego wyrazić! Brak mi słów, nie ma słów, którymi mogłabym to opisać!
…Nie, czemu. Chcesz, żeby nadal żyła. Jak dla mnie konkretnie i wiarygodnie. Acha, uważaj może tylko z nadużywaniem zaimka „ja”, bo jak się Łuśka Pałys dowie…
*Wzdycha*
Wyobrażacie sobie dziecko wychowane w lesie z szaloną starą babą, która wysławia się w ten sposób?

 - Ech… Myślałam, że nauczyłam cię nie bać się śmierci. Tyle ginących zwierząt już widziałaś, tyle sama zabiłaś.
 - Tak. – Twarz dziewczynki wykrzywiła się z goryczą – Widziałam je. Widziałam, jak wierzgają w konwulsjach, jak rzężą, pamiętam, jak ciągnęłyśmy je za nogę lub szyję, jak rozcinałyśmy im brzuchy, jak piekłyśmy je, a potem zjadałyśmy… Ale jej nie będę mogła tego zrobić, nie dam rady!
 - O Maryjo, matko proroka, kto kazał ci to robić?!
O, Baba Nagle-Chrześcijanka.
Lol, taka niekonsekwencja...

 - To nie zrobimy jej tego?
 - Do stu piorunów, jestem może starą jędzą, ale mam jakąś przyzwoitość! Dla ciebie byłby to niemal kanibalizm!
Na wszelki wypadek uważałabym też z rąbaniem przy niej drewna, skoro mała nie jest pewna, czy sama nie jest drzewem.
CO? Myślałam, że powie coś w stylu, że Koza była chora, albo coś... Jasne, nie zrobiły zapasów, lepiej głodować niż zeżreć Kozę, bo Mich... tfu... Meih... tfu, Kundzia ją kochała!
Taktowność Baby, choć na miejscu, jest jak na te okoliczności faktycznie podejrzana.

 - Będzie mi jej brak – wyszeptała. – Tak bardzo… nie wiem, jak to wyrazić, nie mam słów! To jest najgorsze.
Baba zamknęła oczy i myślała przez chwilę, po czym zebrała się w sobie i powiedziała bardzo cicho przez zaciśnięte zęby, jakby własna szczęka stawiała jej opór.
 - Kochałaś ją – rzekła, krzywiąc się, jakby zjadła coś kwaśnego lub jakby przeklęła. Przez chwilę nawet zdawać by się mogło, że chce splunąć. Jeśli tak było, powstrzymała się. Dziewczynka przetarła oczy.
 - Co? Coś mówiłaś?
Baba nabrała powietrza.
 - Nie, nie! Byłaś bardzo przywiązana do niej, to normalne.
 - Byłam do niej przywiązana… - Dziewczynka zmarszczyła brwi, jakby wyrażenie to nie bardzo jej pasowało, Baba jednak uparcie postanowiła nie uczyć jej mówić „kocham”. Słowo to źle jej się kojarzyło. Ile razy przychodziły do niej kobiety, mówiąc: „Ja go tak kochałam, tak kochałam! Tak żeśmy się kochali!” i później kazały sobie usuwać dziecko? Baba była zdania, że miłość robi zbyt wiele złego.
Czy tylko mi ten dialog wydaje się uroczo opkowy? Miłości nie ma, miłość nie istnieje!!! - Zdawał się mówić Babie wewnętrzny gimbus, który o uczuciach wie wszystko.

(…)
 - Dlaczego ona musiała umrzeć? Dlaczego nie mogła zostać ze mną, żeby było tak jak zawsze, przecież ona nie czuła się tu źle, prawda?
Baba zazgrzytała zębami. Trudno było bawić się w księdza, nie poruszając pewnych tematów.
Jakiego księdza i jakich tematów? Przemijanie życia to temat bardzo proeko, czyli jak znalazł dla tej książki. Co właściwie jest nie tak z tą dziewczyną, skoro nie rozumie pojęcia śmierci mimo regularnego zabijania zwierząt?

 - To jest naturalna kolej rzeczy, tak jak zima… O! To dobry przykład. Cieszę się, że go znalazłam.
Niech ci służy.
 - To znaczy, że ona wróci?! Tak jak wiosna, tak jak kwiaty, jak słońce?
 - Eee… nie. Nie dokładnie [czyżbym widziała orta?] [nie nie, on tylko sprawia takie wrażenie] tak. Każda żywa istota rodzi się, później męczy mniej lub bardziej przez życie a mniej lub bardziej przez podatki i umiera, i to jest stały repertuar na tym świecie. Żadnych wyjątków, wszystko proste.
Dlatego dowiadujesz się o tym dopiero teraz, mając ponad dziesięć lat.

 - Cóż… - powiedziała, drapiąc się po karku. – Nikt nie wie wszystkiego. Czyli jednak podświadomie na starość zaczynasz wierzyć w niebo i piekło? <3
 - Dlaczego?
 - O, ja nieszczęsna! Bo nie jest nam to dane i już!
 - To chyba dobrze… W sumie.
 - Co? (…)
 - Bo gdybyśmy wszystko wiedzieli, świat chyba przestałby być ciekawy, przestałby być tajemniczy.
Tajemniczość świata zaś, jak pamiętamy z „Atlantydy”, jest absolutnie kluczowa ;)

 - Byłby prostszy.
 - No właśnie. A to niedobrze. Pewnie są rzeczy, których nie powinno się wiedzieć. Cieszę się, że ja ich nie wiem.
 - A skąd wiesz, że ich nie wiesz?
 - Bo gdybym wiedziała, tobym wiedziała, że wiem.
 - Dobra! Zakałapućkałyśmy się!
Zakałakaka… *blednie, uzmysłowiwszy sobie, że aŁtorka nauczyła ją nowego słowa, którego Word nie podkreśla*
Hałabała.

Tak się zastanawiam, na cholerę Michasia wrzuca te wszystkie idiotyczne słowa, skoro nawet nie stara się stylizować języka na średniowieczny. Nie, Michasiu, wrzucenie kilku rzadszych słów nie doda +100 do Mądrości Twojemu tekstowi. Przykro mi.
A było blisko.

 - Gdybym na przykład miała wcześniej świadomość, że Koza Stara umrze, że musi umrzeć, nie mogłabym z tym żyć, zamartwiłabym się na śmierć i bałabym się każdego nadchodzącego świtu. A to by było złe.
*momentalnie powstaje z popiołów* Muszę zatem być potworem bez serca, bo mimo nieuchronnej śmierci moich futrzanych podopiecznych jestem w stanie iść przez życie bez bycia umysłowo sparaliżowaną. Nie mówiąc już o tym, że o wiele bardziej ceni się to, o czym się wie, że się kiedyś skończy.
Kochajcie chomiki, tak szybko odchodzą.
Znaczy co, spodziewała się, że kurczak, którego morduje własnymi ręcami, umiera, a to, co ona kocha jest nieśmiertelne? Pardon me, to brzmi za bardzo egocentrycznie, jak na mój gust.

 - Ciekawość nie jest zła… Chyba.
 - To zależy. Jeżeli tyczy się pójścia w góry, by zobaczyć, jak wyglądają, lub poznania ziół mogących pomóc przy jakiejś dolegliwości, to wszystko w porządku. Ale czy ścięłabyś drzewo albo zabiła zwierzę tylko po to, by zobaczyć, co ma w środku?
 - Oczywiście, że nie!
Pewnie, po co zadać spokojną śmierć, np. choremu lub staremu zwierzakowi, zobaczyć co ma w środku i w ten sposób móc np. leczyć inne zwierzęta. Jestem jak najbardziej przeciwko bezsensownej przemocy, ale ja pierdzielę, nie można całkowicie negować nauki!

Mała znowu zaczyna płakać, a Baba dochodzi do wniosku, że może pozwolić sobie na uczucia wobec dziewczynki, gdyż ta nie jest zwykłym człowiekiem.
Smarkata idzie następnie nad strumień, a tam…

Niby mówi drzewa szum,
Bom wypiła dzisiaj rum,
Lecz tak cicho, że aż strach,
Bo ten szum był w moich snach.
Oddech swój ja oddam mu,
(Coś świruję dzisiaj tu)
By mu wrócić ciepło w snach…
I zlać swe ciepło w portkach.

Czemu wszystko milczy wokół mnie (coś ci, skarbie, nie wyszło z tym rytmem)
Bo masz już zrytą banię.
Czemu ptaki zimą milczą też?
Bo chowają się jak jeż?
Jak mam znów do śpiewu skłonić je,
Na przykład możesz poczekać na koniec zimy
Gdy dziś w sercu zimno jest i mnie.
FascynująCE.

Zerwała się na równe nogi i oddychając szybko, uniosła dłonie do głowy, rozglądając się nieprzytomnie, bo oto zorientowała się, że zaczęła śpiewać! Naprawdę zaczęła!
…I co, to tyle z żałoby? Szybko poszło.
Of korz, samo jej tak wyszło. Chociaż zna może kilka wiejskich wierszyków.

Tęcza już nie barwi chmur,
Bo z niej jest prawdziwy gbur.
Wciąż jest śnieg, prócz tego nic.
Och, to jest na wodę pic.
Chmury skryły piękno gór,
To pustynia jest, nie bór.
Wszystko zabierając mi.
Och, Ty biedna Merysójko!

Jak powiedzieć mam, że łzy
Niczym szablozębne kły,
W oczy uwierają mnie,
Kryształowe są i złe.
Słów tak bardzo braknie mi,
Ciężko się dziwić, bo wychowała Cię angstująca Baba.
Czy śpiew starczy? Chyba nie!
Mnie od wierszy dupa boli...

Następnie puściła się biegiem przez las, ale nie przestawała śpiewać. Wiedziała, że już nigdy nie przestanie.
Gdzie ten przycisk NO?!

Wiosna blisko, czuję to,
Jest tak blisko, że ho, ho!
Już niedługo przyjdzie tu,
Choć zima się dopiero zaczęła...
Wskrzesi las, ogrzeje go,
Lubię rymy z wyrazów dwuliterowych,
Mnie też doda nieco tchu,
I będzie też dużo mchu?

Może słońce wróci też,
A może tam będzie jeż.
Lecz na razie ciemno jest…
I coraz bardziej fascynująco z linijki na linijkę.
(…)
Spojrzała do góry i bez namysłu zaczęła wspinać się po gałęziach, pragnąc znaleźć się tak wysoko, jak to możliwe, tak wysoko, jak była teraz jej dusza, uskrzydlona, szczęśliwa.
Sic! Przed chwilą zalewałam się łzami i gryzłam, co popadnie, bo umarła moja kozia mateńka, ale pośpiewałam sobie o wszystkim, tylko nie o niej, więc już mi przeszło! <3
Nie, poważnie – są dwa rodzaje ludzi: ci, którzy płaczą za kimś, kogo stracili i ci którzy płaczą nad sobą, bo kogoś stracili. Teraz już wiem, do której grupy zalicza się smarkata.

Jakby tego było mało, panna Skupiona Na Sobie włazi na sam czubek drzewa i tamże śpiewa na cały głos. Panno aŁtorko, faktycznie są pewni ludzie, którzy potrafią wypaść poważnie nawet przy tak pompatycznej scenerii, ale choćby na tym drzewie śpiewała sama Lisa Gerrard, i tak byłabym zażenowana.
Ja jednak, mimo wszystko, czekam na akcję.

Naraz zachwiała się, ledwo łapiąc równowagę, po czym (…) nagle pośliznęła się i z piskiem zleciała z gałęzi.
Mknęła na ziemię plecami w dół, słyszała pęd wiatru wokół własnego ciała. Potem poczuła, że wpada z impetem w coś miękkiego i zimnego, ale dech i tak jej odebrało i zobaczyła tylko, jak z gałęzi zsuwa się kupka śniegu i spada jej na twarz. Zimna. Co? Ona żartuje? Od kiedy niby śnieg jest zimny?! Na jakim świecie ona żyje!?
Leżała tak chwilę, nie mogąc się ruszyć, bardziej ze strachu, niż czegokolwiek innego, po czym (wciąż leżąc, wciąż pod śniegiem, otulona nim szczelnie, a odgłos wiatru dochodził do niej jak zza parawanu) zaśpiewała ostatni raz, bardzo cicho, właściwie szeptem:
Znowu?! Michasiu, wydaj tomik wierszy, a nie znowu wrzucasz te shity w powieść...

Tak cichy jest ten las (HUAHAHAHAHA, TO JEST SZEŚCIOSYLABOWE, A RESZTA PIOSENKI JEST SIEDMIO-! YOU FAILED!)
Tak jak mój cnoty pas
Spokój niesie biały puch
Z niego zbudowany duch
W pieśni ciepło swoje mam
Więc ci taki pomysł dam:
Zachowaj je dla siebie!
Zimno może więc być tu…
To fascynujące.

Wiatr niech hula, jeśli chce…
Niech wydmucha także mnie.
Jeśli zmarznę, to już wiem…
Ciężko żebym nie wiedziała.
Będę mogła okryć się
Pieśnią moją i… mym snem…
Bo to ciepłe koce są.

Zdradzę Ci tajemnicę: wyrazy więcej niż jednosylabowe też się rymują! Serio!
Toć i tak za dobrze jej idzie. Nie tak dawno dwie linijki to był max, a teraz patrz, jak zasuwa.
*kołysze się histerycznie nad rzeką* widziałam resztę książki... Tam jest więcej tych wierszy... więcej... więcej...

Czy młodociana pójdzie po rozum do głowy i wygrzebie się z tego śniegu, zanim skończy się jej powietrze? O tym już wkrótce w następnej części.

wtorek, 23 lipca 2013

Całe mnóstwo magicznych stworzeń czyli "Dziewiąty mag", część 7

Straszyłam na fejsie, że nie uda mi się dzisiaj wrzucić analizy, ale jednak się udało. Cieszycie się? :)





 Wróciła zrezygnowana do pokoju Fabiena. Po jej minie po znał, że spotkała Marcusa, ale z przeprosin nic nie wynikła
- Czemu wy dwoje musicie być tak cholernie uparci i dumni? - zapytał cicho. – Powinniście się wzajemnie przeprosić i starać współpracować.
Ugh, Fabien się nagle zrobił taki... taki...
Uke?
Naprawdę nie chciałam używać tego słowa, ale... tak. Rozmemłany, cichutko szepczący, delikatnie paluszek na ustach kładący... To już chyba wolę Marcusa-zboka, on przynajmniej nie przyprawia o mdłości z zasłodzenia.

Arielka opowiada Fabienowi całe zajście, to jest fakt zostania rozebraną do naga bez swojej zgody i wiedzy.

- Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo go obraziłaś. Posadzenie go o takie rzeczy! Hm, jestem zdumiony, że jeszcze żyjesz. Komu innemu nie puściłby płazem takiej obelgi.
Więc to MARCUS jest tutaj ofiarą?! Bycie zbokiem, psychopatą, stalkerem i fetyszystą przepoconych mundurów jest ok., ale (moim zdaniem) dość słuszne oskarżenie faceta o molestowanie to przestępstwo? Czy te zniewieściałe elfy żyją na prawach szariatu czy co?!

- Podobno Severian zgodził się, żebym została, tak? - rzuciła, żeby zmienić temat.
- Zgodził się to mało powiedziane. Twoje... hm... wyczyny wprawiły go w lekkie zdumienie i zażyczył sobie, żebyśmy cie poprosili, abyś zechciała z nami jeszcze trochę zostać i pomóc przy smokach. Mamy też dać ci wszystko, czego zażądasz.
To mi przypomniało, dlaczego przestałam oglądać „Death note” po odcinku, w którym wszyscy przenieśli się do supernowoczesnej i superluksusowej tajnej bazy. (Nie bijcie! To naprawdę było głupie i zepsuło cały klimat!) I gdyby nie poczucie analizatorskiego obowiązku...
No weź, nie powiesz chyba, że nie bawisz się dobrze przy lekturze tego szajsu? ^^

- Ale Fabien, Marcus powiedział, że ten wasz Naczelny łaskawie się zgodził... Nic nie rozumiem. To zgodził się, żebym została, czy prosił, żebyście mnie do tego przekonali?
Fabien uśmiechnął się nieznacznie.
- Ariel, przyjmij do wiadomości, że tylko elfy i smoki nie potrafią kłamać. Powiedziałem ci prawdę. Marcus nieco zniekształcił swoja wersje pewnie dlatego, że był zły i żebyś nie zaczęła się puszyć.
Czyli skłamał. Wniosek: elfy kłamią jak najęte i nic im w tym nie przeszkadza.
Mit obalony!
A Arielka puszy się i bez troski Marcusa.

Proponuje ci pokój po Olafie. I tak stoi pusty, a bliżej już się nie da. Możesz go zająć już dziś, nawet natychmiast. Powinny już tam na ciebie czekać komplety nowych, czystych mundurów. Niestety nadal musisz nosić męskie ubrania.
I nadal będzie to stanowić twój jedyny kamuflaż. Co ma tyyyle sensu, że mi się w rękach nie mieści!

Jak się urządzisz, to daj znać. Zejdziemy razem na śniadanie
:D

Poszła od razu do pokoju Olafa. Teraz należał do niej. Najwyraźniej chochliki nie zdążyły jeszcze tu uprzątnąć, bo co prawda łóżko było pościelone, ale na komodzie leżał... jej wczorajszy mundur. Co u licha? Rozejrzała się po pokoju. Tak jak podczas zgadywania, do kogo należą pokoje, skupiła się, zamknęła oczy i potarła skronie dłońmi. Bezwiednie usiadła na łóżku, a potem wzięła mundur do reki. W jej umyśle pojawił się obraz... chochlik rozmawiający z... Marcusem... potem Marcus z mundurem w dłoniach. Zaraz, co on robi? Przykłada mundur do twarzy i... gładzi go... potem...Marcus leżący aż do świtu na tym łóżku. A wiec to tu spał, a właściwie czuwał! Teraz to już całkiem nie miała pojęcia, jak go przeprosić.
*wali głową w ścianę* Naprawdę nie zatrybiła, co Marcus robił z tym mundurem i dlaczego? I nadal uważa, że to ona jest mu winna przeprosiny, zamiast w te pędy wracać na Ziemię, by uciec od tego creepy fetyszysty? Ona jest jeszcze głupsza od Belli Swan. O tyle gorsza, że przy okazji arogancka, bezczelna i chamska.

Fabien ma racje, musi go parę dni pounikać, a potem może sytuacja sama się rozwiąże.
Bardzo dojrzałe rozwiązanie.

Tylko po co zostawił ten mundur? Może zapomniał go oddać do prania? Zaniesie mu go do pokoju. Przynajmniej tyle może zrobić.
Zanieś mu też swoje wczorajsze majtki, skoro tak bardzo chcesz ułatwić mu robotę.

Ariel znajduje też jakąś kopertę zaadresowaną do Marcusa, więc zanosi ją i mundur do jego pokoju i zostawia mu liścik z przeprosinami. Gdy wraca do siebie, spotyka chochlika i dowiaduje się od niego, że Marcus zakazał mu pod groźbą śmierci prać mundur, z którego została rozebrana. Nie wyciąga z tego jednakowoż absolutnie żadnych wniosków i każe sobie przynieść świeże ciuchy i mydło. I nagle dochodzi do straszliwego wniosku!

Przybory toaletowe zaniosła do łazienki i... dopiero teraz do niej to dotarło. Na dwa pokoje przypadała JEDNA łazienka. Czyli miała ja dzielić z... no oczywiście z Marcusem...


Po chwili wytłumaczyła sobie, że to dziecinne. Przecież obydwoje są dorośli. Wystarczy wymyślić jakiś bezkolizyjny sposób korzystania z łazienki i po sprawie. Byle wymyślić szybko, bo jak Marcus wróci z patrolu, na pewno zechce się wykąpać i wtedy zorientuje sie, że nie jest tu sam. Cholera! Czemu wszystko idzie jak po grudzie? Zauważyła, że drzwi do łazienki mają zasuwki, wiec mogła zamknąć jego drzwi, żeby przypadkiem nie wszedł, kiedy ona się kąpie. I na odwrót. Tak, to trzeba dopracować i ustalić. Jak mieszkał tu Olaf, pewnie nie mieli tego problemu.
Nie mieli problemu – mieli wspólne kąpiele. Bo trzeba oszczędzać wodę. :3
I całe te rozmyślania bardzo potrzebowały całego długiego akapitu, tylko po to, by na końcu okazało się, że problemu na dobrą sprawę nie ma, bo drzwi mają zasuwki.

Tu następuje gwiazdka i po niej – bez słowa wyjaśnienia, gdzie znajdują się bohaterowie – dostajemy dialog Ariel z Fabienem, w którym lasia wykłóca się o swój wygrany w zakładzie lot na pegazie. Jest tak koszmarnie nastolatkowy, że żal rzyć ściska, a już zwłaszcza jego efekt:

- Zakład to zakład! Wygrałam i należy mi się wygrana.
- O rany, aleś ty uparta! - zniecierpliwił się Fabien. – Jeszcze trochę i zażądasz dla siebie pegaza! - Natychmiast złapał się za usta, bo właśnie zrozumiał, jaka palnął głupotę.
- To jest myśl! - uradowana Ariel strzeliła palcami. - Podsunąłeś mi fantastyczny pomysł! Oczywiście, że chce pegaza! Jak go dostane, jesteśmy kwita.
Słodka idiotka to najłagodniejsze określenie Arielki, jakie mi w tej chwili przychodzi do głowy.
Blachara, która zamiast na samochody leci na pegazy to pegaziara?

- Po co chcesz latać do miasta?
- Do waszej biblioteki, do archiwów, do medyków, do zielarzy... Czyja wiem, do kogo jeszcze? Do każdego, kto mi udzieli informacji na temat pomocy smokom.
Należałoby zacząć od tego, że w tej idiotycznej społeczności smokom i zwierzętom się pomocy NIE udziela, więc siłą rzeczy nikt nie będzie nic na ten temat wiedział. Dlaczego ja muszę stosować ten argument zamiast Fabiena?

- Nie mam takich uprawnień, żeby cie uczyć latać na pegazie - próbował bronic się Fabien.
- Ale ja mam - rozległ się spokojny głos od drzwi - i jeśli chcesz, to mogę cie nauczyć... - powiedział dziwnie wyciszony Marcus. Dopiero teraz Ariel spostrzegła, że przyglądał im się od dłuższej chwili.
Ach, och, tyle zbiegów okoliczności!

Dopiero teraz zauważyła srebrna kopertę w jego dłoni.
- Co to? - zapytała, zanim uświadomiła sobie, że to niegrzecznie, a poza tym to nie jej sprawa.
- Honor, Obowiązek i Zaszczyt... - powiedział Marcus, patrząc na nią przenikliwie i wyszedł.
Buractwo, Kicz i Tajemnica....................
 
Resztę dnia zajęło Ariel poznawanie koszar oraz gawędzenie z Vivianne. Wypytywała ja o to, jak jest żywiona i pojona, ile ma ruchu, ile patroli i poligonów. Musiała jak najwięcej dowiedzieć się o smokach, ale niecierpliwie czekała na lekcje latania z Marcusem.
Jasne, przyjechała tu leczyć smoki, co jest z punktu widzenia nakreślonej dotychczas fabuły najważniejszą sprawą na świecie, ale narrator ma w rzyci jakiekolwiek informacje na ten temat, bo ważniejsze jest opisywanie rozterek uczuciowych tej durnej Bochałturki. Cytując Beige i Maryboo: priorytety, bitch, priorytety!

Miała upatrzonego takiego ogierka, którego nikt nie chciał. Z wyglądu przypominał konia rasy appaloosa.
O____O Alleluja! Koń, który nie jest ani arabem, ani fryzem!
Ale jest Tró, bo nikt go nie chce.

Arielka stawia się o umówionej godzinie w stajni, Marcus przychodzi spóźniony i sprawia wrażenie naćpanego. Znajduje ich Fabien i razem odprowadzają Marcusa do jego łóżka, a potem elf opowiada, o co chodzi. Usiądźcie. Upewnijcie się, że siedzicie porządnie. Tak że nie istnieje najmniejsze ryzyko, że spadniecie z tego, na czym siedzicie.

- Bo widzisz... - ponownie westchnął - w naszym świecie każdy dorosły człowiek lub elf raz na jakiś czas otrzymuje srebrna kopertę. W tej kopercie jest informacja, kiedy, gdzie i o której godzinie ma się stawić...
- Ale po co? - zapytała zaintrygowana Ariel.
- Aleś ty naiwna! Oczywiście po to, żeby spłodzić kolejnego obywatela naszych miast! - wyrzucił z siebie elf.
- C-c-co?! To żart? Jak to?
-A tak to. Budzisz się rano i znajdujesz na poduszce srebrna kopertę z instrukcjami. Stawiasz się w Świątyni Losowań. Są tam komnaty do spotkań prokreacyjnych. Do każdej wiodą dwie przebieralnie: jedna dla kobiet, druga dla mężczyzn. Usługują chochliki objęte klątwą milczenia. Nie powiedzą ci, kogo tam spotkasz, choćby nawet chciały, bo nie mogą. Maja za zadanie dopilnować, żebyś PRZED wypiła eliksir pobudzenia, a PO eliksir niepamięci. W ten sposób uprawiasz miłość, a nawet nie wiesz z kim. Cel jest jeden: spłodzenie potomstwa. Jeśli czarodziejka lub elficzka zajdzie w ciążę, jest odsyłana do Oazy Macierzyństwa. Po porodzie dziecko jest jej odbierane i przekazywane do Oazy Piastunów, a matka znowu wypija eliksir niepamięci. W ten sposób nawet nie pamięta, że była w ciąży i z kim.
*jak już opanowała histeryczny chichot* Okej, wyjaśnienia trwają dalej, ale zatrzymajmy się na chwilę tutaj. No więc w tym przeuroczym świecie nie ma rodzin i małżeństw, jest tylko zmuszanie do seksu z nieznajomymi i wymazywanie pamięci po nim. O... w mordę. xD Aż nie wiem, jak to skomentować. Dlaczego tak jest? Po co? Czy to naprawdę kwestia tego, że tutejsi mężczyźni tak się spodobali sobie nawzajem, że do prokreacji trzeba ich zmuszać? Bo to jedyne sensowne wyjaśnienie, które mi przychodzi do głowy.
*Awatar, zerkając mi przez ramię, rzecze:* Not cool, man! Not cool!
Pozostaje jeszcze kwestia spraw romantycznych. Na przykładzie Fabiena i Marcusa widzimy, że i elfy nie są odporne na miłość (mimo że wcześniej Fabien spytał Ariel, czy nie wydawało jej się dziwne, że nie zauważyła nigdzie zakochanych par – ignoruję, bo to, że ich nie widać, nie znaczy, że ich nie ma; mogą się na przykład ukrywać, by ich nie namierzyło to durne prawo). I o ile absolutnie wszystkie elfy nie są aseksualne, jak, JAK to jest możliwe, że WSZYSCY nie łamią zakazu i nie bzykają się w najlepsze w zaciszu swoich domów? Czy nie są dogłębnie sfrustrowani tym, że nie mogą się zbliżyć ze swoją drugą połówką? Czy nie mają antykoncepcji?
Ale to nie wszystko!


- Dziecko po narodzeniu jest kładzione przed smokiem, który określa jego poziom zdolności magicznych i potencjalne zagrożenie dla społeczności - ciągnął nieubłaganie Fabien. – Jeśli smok uzna, że dziecko w przyszłości zagrozi miastom, natychmiast je pożera. Po raz drugi te próbę przechodzą pięciolatki. Podchodzą do smoka i kładą dłoń na jego szyi, a wtedy łuski zmieniają kolor. Jeśli zabarwia się na różowo, to znaczy, że dziecko ma skłonności do białej magii. Jeśli na niebiesko, to bardziej do czarnej. Jeśli na zielono, to nadaje się na oficera. Jest jeszcze zabarwienie czarne. Taki kolor oznacza, że dziecko stanowi zagrożenie dla miast, wiec jest pożerane. Ostatni kolor to fioletowy. Ten świadczy o tym, że taka osoba ma wyjątkowy talent w obu rodzajach magii i potencjalnie nadaje się na Naczelnego Maga. Ale to wyjątkowa rzadkość! Ten system wymyślił Pierwszy Naczelny Mag Wielki Xaviere D'Orion. Dzięki Losowaniu wszyscy mieszkańcy są równi i każdy może piastować najwyższe urzędy, o ile jest wystarczająco utalentowany. Decyduje o tym ślepy los, a nie koligacje rodzinne. Każdemu dorosłemu człowiekowi lub elfowi mówi się, że to Honorowe, Obowiązkowe i Zaszczytne zadanie względem społeczności. Nikt nie odmawia, bo nikt nie chce być posadzony, że działa na szkodę miast. Uff! - zakończył elf z ulga, ze ma to już za sobą.
Cóż... to dopiero głupie. Cały ten cyrk tylko i wyłącznie z powodu obawy o zdobywanie stanowisk poprzez koligacje rodzinne? Po co, skoro i tak wszystko określa obmacywanie smoków? Serio, nepotyzm to dla nich AŻ TAKI problem, że trzeba się posuwać do TAK IDIOTYCZNYCH kroków? I coś takiego ma zapewnić absolutną równość? Zrobiłabym jakiś kolaż z czerwonym tłem, sierpem, młotem i elfem w garniturze, ale to wciąż by było za mało.
Besides: czy małe dziewczynki też się przyprowadza przed smoki? Podejrzewam, że nie, bo przecież obecność kobiet jest dla nich świętą obrazą. Jeśli tak jest, to co się dzieje z dziewczynkami, nikt nie sprawdza, czy nie zagrożą w przyszłości bezpieczeństwu miast? A może po prostu od razu się je izoluje od społeczeństwa i pełnią przez całe płodne życie role inkubatorów dla „nowych obywateli”? Czemu nikt nie wyjaśnia tej dość istotnej kwestii? Bez tych wszystkich szczegółów cały ten misterny plan jest po prostu głupi i boleśnie BEZSENSOWNY.


- Fabien, a co się dzieje, jeśli ktoś odmówi wzięcia udziału w Losowaniu albo urządzi sobie... no wiesz... nielegalna randkę? - zapytała, żeby mieć pełny obraz sytuacji.
- Z reguły nikt tego nie robi. Nikt nie ma odwagi. Ale jeśli to oficer, to naraża się na Trollowe Rubieże do relegowania z Korpusu włącznie. Jeśli cywil... hm... – Chyba nie miał ochoty wyjawić jej nic więcej, ale widząc jej uparte spojrzenie, westchnął tylko i dokończył: - Trafia do Kamieniołomów Demonów. Tam wydobywa się kamień do budowy wszystkiego, co nas otacza. Ręcznie, bez użycia magii. Tam trafiają najwięksi zbrodniarze.
Kamieniołomy za nielegalny seks. Seems legit.
Chciałabym to skomentować szerzej, ale przy obcowaniu z tym dziełem tak jakby mi mózg wysiada...


Musze szybko wykonać zadanie i spadać z tego chorego świata. Jeszcze mogłabym się wplątać w coś beznadziejnie głupiego... Chryste, zachowuje się jak naiwna smarkula!
Pierwsza mądra rzecz powiedziana (w sumie to pomyślana) przez bohaterkę! Jestem w szoku.

Poranek wcale nie przyniósł Ariel poprawy humoru. Nadal myślała o Losowaniu, o którym opowiedział jej Fabien. To było podłe i obrzydliwe. Czy ja też do tego zmusza? Nie, na pewno nie. Przecież nie jest z tego świata.
Pamiętaj, że prawie nikt o tym nie wie... Paradujesz w męskich ciuszkach i udajesz tutejszego, włącznie ze wszystkimi nakazami i zakazami.
Jakby Arielka dostała kiedyś srebrną kopertę i musiała stawić się tam, gdzie należy, to jej partnerka mogłaby się zdziwić. :3

Arielka całą noc nie może zasnąć, bo boli ją fakt, że Marcus chędoży losowe dziewki, które nie są nią. Rano idzie sobie na spacerek po lesie. Dociera nad śliczne jeziorko pełne ślicznych rybek i zasypia pod ślicznym drzewkiem, a wtedy zaczyna otaczać ją stadko ślicznych, fantastycznych stworzonek.

Były wśród nich fauny, strzygi, piękny jednorożec, srebrna centaurzyca oraz driada tego drzewa, pod którym spała Ariel.
Strzygi? :D


Naradzały się szeptem, co należy zrobić z tym intruzem, który wtargnął na ich terytorium. Fauny byty zdania, że należy ja zabić
Greckie fauny to raczej wolałyby zgwałcić.
Chyba że i je dosięgła lepka macka elfiego prawa.

Szybko czmychnęli miedzy najbliższe krzaki i zanim Ariel na dobre otworzyła oczy, dotarł do niej przekaz myślowy
„Jestem driada drzewa, pod którym spałaś".
Ariel rozejrzała się czujnie, ale nikogo nie zauważyła. Głos mówił dalej:
„Ponieważ nie zrobiłaś krzywdy żadnemu z nas ani nie zniszczyłaś naszego otoczenia, pozawalamy ci odejść w pokoju. Pomyśl, dlaczego tutaj jest tak bujna roślinność, a w waszych miastach nie.
No, w miastach to raczej z definicji nie ma zbyt bujnej roślinności...
Jeżu, tylko nie kolejne wykłady o wyższości natury nad zuom cywilizajcom i materialistycznymi ludźmi.

Odpowiedz na nurtujące cie pytania kryje się w mieście. Poznaj zwyczaje smoków. Poznaj historie miast. Poznaj historie pierwszego miasta, a znajdziesz odpowiedzi. Zaufaj mężczyźnie o błękitnych oczach. Co prawda zada ci ból, ale tylko on obroni cie przed niebezpieczeństwem i pomoże dotrzeć do celu".
Okej, to jakie oczy ma Marcus? *searching*
Cytat ze strony 28 (przynajmniej w ebooku):
 
Okręciła się na piecie, żeby wrednie spławić intruza i... zobaczyła najpiękniejsze i najbardziej błękitne oczy, jakie w życiu widziała.
I wszystko jasne...

Ruszyła w drogę powrotna. To dziwne, ale ścieżki wcale jej się nie myliły. Dokładnie wiedziała, gdzie ma skręcić, tak jakby las sam chciał ja bezpiecznie wyprowadzić na zewnątrz.
Chce się jej pozbyć, co całkowicie popieram.

Arielka wraca do koszar i wpada na zaniepokojonego i złego Marcusa.


- Niepotrzebnie - odcięła się złośliwie. - Nic mi nie groziło. Las jest całkowicie bezpieczny.
- Co ty pleciesz! Las bezpieczny? Jasne, pod warunkiem, że się z niego releguje trolle, chimery, cyklopy, wampiry, wampokruki i inne obrzydliwe bestie!
Wampokruki! To zaczyna przypominać bestiariusz D&D. xD
http://www.headinjurytheater.com/article73.htm

Ariel znowu popisuje się nadzwyczajną bucerą, Marcus wyzywa ją od idiotek, więc idiotka idzie zapracować na swoje miano i odlatuje na pegazie Marcusa (karym, oczywiście).

Jakim cudem ta kobieta potrafiła sama tak latać na narowistym pegazie, skoro siedziała do tej pory tylko raz, i to jeszcze z Fabienem?
A teraz wszyscy razem, na trzy-czte-ry!
BO JEST MERYSUJKĄ!

Ariel oczywiście bez problemu pokonuje kopułę chroniącą miasto i tam Marcus ją gubi. Wraca do koszar, wyżywa się na Fabienie i pyta, co on jej nagadał, że była taka wściekła. Fabien mówi, że opowiedział jej o tym debilnym Losowaniu.


- Jak to przyjęła? - zapytał cicho Marcus, zupełnie nie rozumiejąc, czemu powinno go to obchodzić.
- Na pewno chcesz wiedzieć?
- Pokaż mi!
Elfy miały te właściwość, że potrafiły jak magnetowid odtwarzać w umyśle całe zdarzenie.
Czy ta właściwość nie nazywa się po prostu „wspomnienia”?

Obydwaj się skupili i elf zaczął przekazywać do umysłu Marcusa jak na zwolnionym filmie wszystko, co się wydarzyło.
W zwolnionym tempie musiało to zabawnie brzmieć. ^^
https://www.youtube.com/watch?v=NCPVaxA-DP0

Arielka ukryła się w domku Marceliny i tam sobie rozmawiają.

Przez chwile Ariel skupiła cała uwagę na cieście, na którym dorodne truskawki kiwały się i kusiły, spiewajac: „zjedz mnie".
Z CZYM było to ciasto?
Owocami Jogobelli...?
Peterem Griffinem?

Potem zaczęła opowiadać - jak poszli do zagród, jak Vivianne kazała jej zostać w koszarach, jak miała zaczekać, aż Fabien z Marcusem wrócą od Severiana...Wreszcie o Losowaniu, o spacerze do lasu i kolejnej kłótni zakończonej szaleńczym lotem na pegazie.
Wrrróć! Wrrróć! Does not compute! Marcelina WIE, że Ariel jest kobietą, a teraz na dokładkę WIE, że jest kobietą, która w przebraniu oficera gada ze smokami i tak dalej i tak dalej, mimo że to miała być ścisła tajemnica! I znając życie, złą literaturę i tę książkę, nie będzie z tego żadnych konsekwencji? Nnnope! Nnnope! Tak się, kurde, nie-ro-bi!

Marcelina poprzez magiczne lustro kontaktuje się z Marcusem i wymusza na nim oficerskie słowo honoru, że nie będzie Ariel atakował, ubliżał jej ani karał za wymykanie się do lasu i kradzież pegaza. Jak bardzo TO jest honorowe, chyba nie muszę mówić – nie ma to jak ucieczka od odpowiedzialności. Arielka wsiada na pegaza i wraca do koszar. Po drodze zaczął lać deszcz i Marcus po wyczyszczeniu pegaza zaczął lampić się na stojące suty Ariel. Ta nie zwraca na to uwagi i go przeprasza, a on, niczym rasowy Edward, oznajmia, że będzie się trzymał od niej z daleka. Robi się niezręcznie, więc zaczynają gadkę o pegazach; oczywiście upatrzony przez Arielkę ogier okazuje się być dziką bestią, która nikomu nie pozwala się do siebie zbliżyć, i to samobójstwo, blablabla, nieważne, przecież to oczywiste, że Arielka go okiełzna.
(I Marcusa też).

Odwrócił się zadem. Zaczęła pieszczotliwie, cichutko do niego przemawiać.
„Ech, gdyby chciała tak mówić do mnie! Przyleciałbym natychmiast..." - pomyślał z zazdrością Marcus pod osłona zaklęcia adger, ale od razu zganił się za te myśli.
Proponuję przestać zachowywać jest jak buc i psychopata, to może pomóc.

Oczywiście, narowisty ogier, którego nigdy nikt nie dosiadał, pozwala się Arielce pomiziać, ubrać i we wspaniałym finiszu razem unoszą się w przestworza. Zastanawiam się, czy aŁtorka, mimo faktu bycia weterynarzem, ma jakiekolwiek pojęcie o tym, jak się przyucza narowiste konie do pracy pod siodłem. Nie, to nie działa jak w bajkach, że się konika pogłaszcze po chrapach, spojrzy mu głęboko w oczy i już jest naszym największym przyjacielem na zawsze. Żadnej magii, tylko długa i ciężka praca. Ale to oczywiście uwłaczałoby czci naszej merysujkowatej bohatereczki.

- Marcus! Udało się! - Ucieszona podbiegła do niego i z radości rzuciła mu się na szyje. Odruchowo ja objął, ale cały przy tym zesztywniał. Dopiero teraz zobaczyła, że nie był sam. Oficerowie przyglądali jej się podejrzliwie.
-No co?! - zawołała wyzywająco. - Założyliśmy się z Marcusem, że jak go okiełznam, to będzie mój. Jakieś pytania, panowie? - Spojrzała na nich groźnie i odprowadziła SWOJEGO pegaza do boksu.
Wszyscy pomału rozeszli się do swoich bungalowów.
Meh, przywykli do różnych scenek męsko-męskich.
Dlaczeeegooo nikt się tam jeszcze nie połapał, że Ariel EWIDENTNIE nie jest facetem? T__T

wtorek, 16 lipca 2013

Świat według Michasi, czyli Zaklęta część 5

No wiem, obiecałam Reystone, ale taki ze mnie buc, że w międzyczasie sobie wyjechałam. Na szczęście mam tu internet i mogę się wyręczyć Jadźką i Makapką, które powracają z długo wyczekiwanym powrotem "Zaklętej". :)

Jeśli nie pamiętacie, w poprzednim odcinku popularnego serialu Świat według Michasi Babunia zaszczyciła nas popisem umiejętności, których zazdrościłby jej Naruto. Swoją drogą – czy tylko ja widzę pewną analogię? Oboje usiłują uchodzić za przebiegłych mistrzów ninja, a w rzeczywistości są głośni (nieno, akurat Baba to tylko burczy), zrzędliwi i irytujący. Tyle, że Naruto ma lat 12 (no, potem 15, a jest tak samo irytujący) i wyraźnie ma ADHD, a Baba jest... hm... właściwie ciężko powiedzieć, o co jej chodzi. No, ale przejdźmy do treści właściwej: Baba chodzi z Kundzisławą de Gówniara po lesie, nagle słyszy odgłosy polowania, więc jak każda rozsądna kunoichi na jej miejscu, spycha Gówniarę ze stoku, z którego sama również się rzuca. Ot, niczym Bella z klifu.
W zamian otrzymujemy podręcznikowy przykład jak NIE opisywać ucieczki/pogoni. Zapnijcie pasy, będzie się działo.

 - Co robisz?! - Dziewczynka próbowała za nią nadążyć, co było trudne, gdyż trzymana najpierw za włosy, a potem za ubranie (...) co chwila się przewracała, a opiekunka, nie czekając, aż wstanie, wlokła ją jak worek po ziemi. - Gdzie biegniemy? I... i co to był za dźwięk? Chcę wiedzieć!
O_o Po pierwsze, po co właściwie były jej długie włosy w środku lasu, gdzie co chwilę by jej się plątały, po drugie, jak one biegły, że Baba tak sobie zmieniała, czy trzyma ją za włosy (dlaczego właściwie targała ją za włosy, nie chcę chyba wiedzieć), czy za ubranie?! Hint: może wygodniej dla obu was byłoby za rękę?
W sumie nie ma nigdzie, że długie, może ją złapała za jakieś kosmyki zaraz przy skórze. To nawet wygodniej, bo łatwiej schwyconą manewrować. 

Baba słyszy psy, widzi ich sylwetki, wyglądające jak duchy w ponurym lesie. Nie zatrzymując się, [Baba] zawróciła gwałtownie i puściła się pędem w drugą stronę, tracąc powoli zdolność racjonalnego myślenia.
Hehehehe.
Hehehehehe.
Nie.
Nie, nie!
Czekaj, czekaj, narratorze! Nie nadążasz! To ten skok ze stromego zbocza miał być według ciebie popisem racjonalnego myślenia?!
*ma wizję spanikowanej Baby, która robi w miejscu trzy kółeczka, po czym zarzuca sobie spódnicę na głowę, krzycząc: „Jeśli ja ich nie widzę, to oni też mnie nie widzą!”*

Każdy chrzęst gałęzi pod stopami zdawał się jej rozdzierającym hukiem, pył, który wzniecał się od kroków, dusił ją o wiele bardziej, niż gdyby miało to miejsce w normalnych okolicznościach.
One biegły po lesie, czy po plaży?
Po sypkim pudrze. Mnie z tego wychodzi, że one leciały przez Bory Tucholskie i to taką nieubitą drogą używaną przez leśnictwo, ze strategicznie rozmieszczonymi gałęziami, na które łatwo było trafić nogą. I jeszcze co chwila przystawały szurać nóżkami, żeby teatralnie poddusić się pyłem.
Oł men, a już sobie wyobraziłam Babę grającą w siatkówkę plażową (w bikini :).

Las natomiast zlał się nagle w jednolitą ścianę drzew i nie potrafiła znaleźć drogi między pniami [ta ściana nie potrafiła], biegnąc na pamięć, na oślep [biegająca ściana], czasem nawet wpadając na nie i odskakując oszołomiona, chyba bardziej zła niż przerażona [bo to zła ściana była].
Biedne dziecko wlokło się za nią [za ścianą] posłusznie,
One niby biegły, ale dziecko się wlokło, pył je doganiał, a nogi robiły kroki. Zaczynam podejrzewać, że mimo całego tego dramatyzmu Baba rozwijała prędkość emeryta z balkonikiem.

ale ona zdawała się już nawet o nim nie myśleć, choć to przecież przez nie uciekała teraz, słysząc odgłosy polowania wszędzie, łącznie z wnętrzem własnej czaszki i zatracając orientację, niczym pędzący z bielmem na oku koń.
Dość. Od dzisiaj oficjalnie wznoszę toast za każdą michasiową metaforę, wykorzystującą zwierzęta inne niż kopytne.
I tyle było z tego narutowania... Ejjjjjjj, jak toast, to ja się przyłączam <3 Winky?
Byle kakałkiem ten toast!
 
Własny oddech przy tym wydawał jej się niezwykle głośny, a co dziwniejsze, był taki w istocie i nawet dziewczynka zauważyła to z niemałym zdziwieniem.
Skubany. Nie dość, że się wydawał, to jeszcze naprawdę taki był.
O co cho? Michasia usiłuje nam wmówić, że dziecko wychowane w lesie nigdy nie biegało i nie miało zadyszki?
Ona się chyba dziwi, że to Baba ma zadyszkę, co jest jeszcze głupsze, bo przecież dyszała ilekroć przyszło jej wejść po schodach wieży.

Co się stało? Czemu tak biegły, co je tak gnało? Dziecko nie było głupie.
No chyba jednak było, skoro nie załapało, że babcine opowiadanka o Strasznej I Okrutnej Wiosce mogą być prawdziwe.

Wiedziało, że uciekają przed czymś

Z zaciekawieniem bardziej niż przerażeniem zaczęła rozglądać się z nadziei, że dostrzeże to, czego tak przestraszyła się Baba, ale wokół widziała jedynie drzewa, (...), co przecież nie było ani straszne, ani niezwykłe. Żadnych zwierząt, nawet ptaków, które pochowały się w dziuplach i kryjówkach przed zimnym wiatrem.
Podsumujmy: najpierw lecą obie na łeb na szyję, przy czym mała wie, że się czegoś boi, ale tak naprawdę, to boi się opiekunki, ale tak naprawdę-naprawdę, to jest raczej zaciekawiona, a w ogóle to jeszcze się rozejrzy w tym jakże szaleńczym biegu, bo tu dziupla, a tam drzewko, mimo że jest to raczej jednolita ściana.
Zły wiatr...

Żadnego niedźwiedzia czy dzika, którego ewentualnie można się obawiać, choć przecież na Babie nawet one nigdy nie robiły wrażenia.
Baba nie Meihna, nie będzie przed byle dzikiem padać na twarz.

Naraz dziewczynka zorientowała się, zdumiona swoim odkryciem, że jeszcze nigdy nie widziała opiekunki przestraszonej, nie mówiąc już o stanie, w którym znajdowała się teraz.
Oczywiście, że nie. Wcale się nie kojarzy moment, kiedy Babę nawoływała klientka, a ta „zaskrzeczała z przerażeniem i rzuciła się na małą, łapiąc ją za ramiona”.
Matko, jakie to wszystko przedramatyzowane...
 
Zawsze była twarda, tak niesamowicie twarda i dziecko uwielbiało ją za to, samo nieraz bojąc się tego czy tamtego. Kobieta zdawała się niewzruszoną twierdzą, kimś, kto umie wszystko, kto istniał od zawsze i kogo nie jest w stanie zdziwić zupełnie nic. Natomiast, surowa w swej wielkości, łatwo się irytowała
WIEMY.
Że zacytuję Beige i Maryboo: +1000000 do Zbędność (i drugie tyle do Nuda).

Baba była jedyną osobą, jaką znało, a jej humory i zrzędliwość stanowiły część jej natury, tak jak liście są częścią drzewa, chmury częścią nieba... Co więc się stało, że teraz tak bardzo się zmieniła?
No dobrze, kto jeszcze pamięta, że one cały czas uciekają? AŁtorka próbuje wyjść ze swojego pudełka i napisać coś, co by faktycznie miało wartką akcję, ale jej wewnętrzna potrzeba wciskania z-dupy-przemyśleń co drugie zdanie jest, niestety, o wiele silniejsza. Momentami odnoszę wrażenie, że Michasia boi się, że jak nie wypisze wszystkich możliwych refleksji bohatera i nie przypomni nam, jak wyglądają babowo-dzieckowe relacje, to cała powieść się jej posypie.
Reputacja polskiego Pałelo Cołelo się sama nie zrobi. Deal with it. Michasia i tak jest łaskawa. A mogła dać kolejny dowód na to, że ludzka kultura jest ZŁA.
A propos kultury… Baba ma tutaj być taką przeciwwagą dla człowieczeństwa i wszystkiego złego, co jest z nim związane, ale odnoszę wrażenie, że nie jest przeciwstawiana ludziom średniowiecza, tylko tym współczesnym właśnie. Panna Olszańska chce nam pokazać, że bezimienna młódka jest lepsza, bo żyje w kontakcie z przyrodą - trochę bez sensu, zważywszy na to, że w średniowieczu niespecjalnie można było narzekać na jego brak… 

Dla dziewczynki odgłosy, które doprowadziły jej opiekunkę do takiego szaleństwa, nie były ani tak wyraźne, ani jakoś specjalnie ciekawe, bo nie wiedziała, czego słucha.
Zawsze myślałam, że kiedy coś jest nieznane, to jest ciekawe...

W lesie zawsze można usłyszeć nowe, nieznane dźwięki, głosy zwierząt, wiatr zawodzący w szczelinach skał, za każdym razem w inny sposób [nieznane, ale jednak znane? Skąd wiedziała co to?] Oczywiście interesowały ją te odgłosy, chociaż przed sekundą uważała, że nie są ciekawe, ale w tej chwili najbardziej frapowało ją zachowanie opiekunki.
U Baby bardzo wiele robiła wyobraźnia. Kobieta bowiem nie dość, że wiedziała, co ma i może usłyszeć, to jeszcze jej słuch wyostrzał się strachem niczym miliony ostrzy przed następstwami tego, co sprawiało, że wszystko inne przestawało się liczyć.
Przed następstwami tego, że wie, co ma słyszeć. Seems legit.

*
Stara biegła i biegła, nie czując zmęczenia, chociaż zwykle narzekała na schody w wieży, a nogi zdawały się pracować bez jej wiedzy i nie zauważyła nawet, jak ostra gałąź rozorała jej ramię. Dodatkowo zaś hipnotyzował ją monotonny odgłos trzaskających o twarz liści i gałązek, a, nudy, tu mi coś rozorze rękę, a tam nogę, przez co musiała zamykać oczy i co wprowadziło ją w pewnego rodzaju trans, który ktoś patrzący z boku mógłby spokojnie nazwać wiedźmim.
Słyszałam, że biegacze, kiedy po pewnym czasie złapią rytm, mogą mieć wrażenie, jakby w transie biegli, ale do głowy by mi nie przyszło nazywać tego transem wiedźmim, zwłaszcza, że z zewnątrz tego efektu nie widać.
Dobrze rozumiem? Babsztyl ucieka przed Wioską przez krzaczory, które ostrymi gałęziami orzą jej ręce, a ona narzeka na brak wrażeń?

Nagle wyrwał ją z niego błysk białych kłów i rozdzierający pisk dziewczynki, i Baba (...) zamachnęła się i z całej siły kopnęła drewniakiem jednego z królewskich psów, po czym złapała mocniej niemal zemdloną wychowankę i zboczyła w głąb lasu.
A psy stanęły kompletnie zgłupiałe, bo jakże to tak, żeby zwierzyna na boki pomykała.
Przyznaję, niczym oceniająca, że ekspertem nie jestem, ale czy pieski myśliwskie nie powinny nie traktować ludzi jako potencjalną ofiarę? Nie śmiem oczywiście poprawiać Michasi (hehe) ale tak jakby... właścicieli chyba nie będą atakować, co?
No nie powinny. W sensie, psy lecą za tą Babą na węch, jak porządne gończe, a miały wytropić zwierzynę. Albo są to do dupy psy, albo król lubi sobie zapolować na ludzia.

I o ile wcześniej uciekała być może bez konkretnego powodu, gdyż nikt jej tak naprawdę nie ścigał,
Tym bardziej chylę czoło przed przezornością Baby, jej twardością, niezłomnością, niewzruszalnością i czym tam jeszcze.
Ćwiczy do maratonu, co chcesz.

teraz goniła ją cała wataha chartów, a za nimi ludzie, przekonani, że psy wytropiły zwierzynę.
Charty. W lesie. Zimą. Tropiące.
. . .
Przepraszam na chwilę.
Dziękuję, już mi lepiej.
Droga aŁtorko, charty są faktycznie psami gończymi, ale nie tropią, bo w przeciwieństwie do innych psów myśliwskich posługują się przede wszystkim wzrokiem. Polowanie z chartami wygląda tak, że się je zabiera na otwartą przestrzeń, gdzie płoszy się zwierzynę i dopiero wtedy pies może za nią biec. NIE w lesie, gdzie nie dość, że guzik by zobaczył, to jeszcze przy swojej prędkości wleciałby na drzewo i złamał sobie kręgosłup. Nie mówiąc już o tym, że ponoć zima idzie, a te rasy źle znoszą niskie temperatury.

Dziewczynka spojrzała nieprzytomnym wzrokiem na opiekunkę. Teraz wszystko stało się jasne: to Wioska je goni [aplauz, bystre dziecko], zapuściła się do lasu ze swego terytorium i gdyby nie tak kochana, stara kobieta, już zatopiłaby kły w ciele dziecka. Była już tak blisko...
Złapała Babę za rękę [to jak one biegły do tej pory, nadal za włosy?] i zaczęła biec teraz szybciej od niej, i role się odwróciły.
Moją pierwszą myślą było, żeby zmotywować dziecko do biegu Wioską, zamiast tracić energię na zamiatanie nim po lesie, ale cóż…

Teraz to ona oddychała szybko w panice [a Baba się uspokoiła?], potykając się o własne nogi, ale nie wywracając, bo Imperatyw jej zabronił, Babie zaś wróciła zdolność racjonalnego myślenia i trzeźwość umysłu [aaa, to w sensie, że ona je kiedyś miała?].
Nie miały szans na ucieczkę: stara kobieta i dziecko kontra charty i konie przyzwyczajone do pościgu za sarnami. (...) W krótkim czasie Baba musiała wybrać: pozwolić na konfrontację dziewczynki z ludźmi i tym samym uchronić ją od psów, czy walczyć dalej, podsycając ich zaciętość?
Cool down. Winterfresh.
Zagrajmy znowu: co zrobi Baba, niczym twarda twierdza niewzruszona?
  1. Zrozumie, że jej plan izolowania małej przez najbliższe kilkadziesiąt lat od początku nie miał racji bytu, podsadzi ją na najbliższe drzewo, żeby psy nie zrobiły jej krzywdy i spokojnie wyjaśni całą sytuację z panem królem, który rzekomo jest jej dłużnikiem.
  2. Oleje bezpieczeństwo dziecka, wrzuci je do rwącej rzeki, pozwalając, by prąd zabrał ją licho wie dokąd, narażoną na skurcz, podtopienie i hipotermię.
Myślę, że już wszyscy wiecie.
Kiedy się żyje kilkadziesiąt lat w lesie, nie poddaje się tak łatwo. Gdy Baba usłyszała dyszenie i podniecony skowyt o wiele za blisko, rozglądnęła się trzeźwo.
Rychło w czas.
Z nas trzech przynajmniej ona jest trzeźwa, co chcesz.

Przed nią biegła rwąca rzeka, za nią dygotały wściekłe brytany, nie czekając więc na nic, złapała dziewczynkę za ręce i nim ta zdążyła zaprotestować, zepchnęła ją z urwiska, rzuciwszy tylko krótkie:
 - Umiesz pływać. – I odwróciła się do niej tyłem.
Mała z głośnym krzykiem pacnęła boleśnie o wodę
AŁA. Mnie bolało, jak spadłam na brzuch z wysokości metra bodajże. Ciekawe, jak wysokie było urwisko.
Ja ćwiczyłam troszkę pływanie w liceum i nie wiem, czy to jest normalne, bo z nikim tego nie konsultowałam, ale zawsze, ZAWSZE, jak wpadałam do wody z głośnym plaśnięciem (jestę mistrzę skakania na główkę), to chwilkę potem łapał mnie skurcz...

przekoziołkowała w niej dwa razy i opiwszy się sporo, w popłochu wypłynęła na powierzchnię, wierzgając o wiele bardziej, niż wymagał tego nurt (...)
 - Nie zostawiaj mnie! - zaszlochała, złapawszy się wystającego z wody kamienia, by prąd nie zabrał jej niewiadomo [tak, kolejny ort] dokąd. - Nie zostawiaj mnie!!!
W tym nawoływaniu brzmiało takie rozgoryczenie i niemal rozkaz, że Baba odwróciła się jeszcze na chwilę i krzyknęła (...).
 - Puść się w tej chwili! Puść ten kamień, nie dam ci zniszczyć świata, który zbudowałam! - Po czym ze zwinnością, jakiej dziecko jeszcze u niej nie widziało, schyliła się gwałtownie i pozwoliła, by jeden z chartów przeleciał nad nią z przeraźliwym skomleniem i przebierając łapami w powietrzu, wpadł do rzeki.
*zajada bezmyślnie popcorn, niezdolna do jakiegokolwiek konstruktywnego komentarza*
A co to ma do jej świata, bo szczerze mówiąc, trochę nie kumam. Równie dobrze mogłaby się zatrzymać, zbyć frajerów i powiedzieć potem gówniarze, że to źli ludzie, którzy współpracują z wioską. Czy coś. Ale nie, Michasia musi robić z niej jakąś pierdol... jeżu, jak ja się wyrażam... głupią staruchę, która nie myśli, bo i po co. NATUUUUURA... NATUURRA... KULTURA JEST ZŁAAAAA...
E, Baba ma swoje lata, najprawdopodobniej cierpi już na zanik płatów czołowych, to w sumie bardzo ludzkie, że chce forsować swoje ideały kosztem dziecka. Pomysł sam w sobie nie jest zły i z takim konfliktem pokoleń dałoby się spokojnie napisać niezłą powieść na pięćset stron, problem w tym, że aŁtorka w dalszym ciągu zupełnie nie radzi sobie z kreowaniem postaci. Wszystkie czynności i dialogi topi w powtarzających się objaśnieniach, zamiast pozwolić, by bohaterowie bronili się sami - że już nie wspomnę o sprzeczności opisów z tym, jak faktycznie prezentują się Baba czy dziewczynka.  
Dziewczynka pisnęła i puściła kamień, a ledwie to zrobiła, nurt zabrał ją ze sobą i nie była już w stanie mu się oprzeć.
Koniec części pierwszej, ostatniej. Dziękujemy za czytanie naszych analiz. Były to: Jadźka i Makapka.










Chcielibyście, co?
Baba podniosła leżącą obok niej gałąź [niczym katanę] i już szykowała się do walki (...), gdy nagle zza drzew wyjechał jeździec na koniu i przywołał zwierzęta do porządku. Zadziwiające, jak przy całej zapalczywości i morderczym amoku, jaki przed chwilą odczuwały, odstąpiły teraz posłusznie od swojej zdobyczy i poczęły łasić się do człowieka, tylko czasem spoglądając w stronę Baby z cichym skomleniem.
- [http://www.youtube.com/watch?v=mJANAlvdEWA] – podejdź no do płota – Zdawały się mówić.
To nie dziwy, to tresura. A skoro pieski takie ułożone, to zadziwiające jest raczej, że podjęły gon za człowiekiem. 

 - Co tu robisz sama, czcigodna kobieto? - Jeździec spojrzał na nią życzliwym okiem człowieka wyższego stanem [w sensie, było wysokie, czy ze złota?] [było życzliwie protekcjonalne]. Baba nie zdążyła udzielić złośliwej odpowiedzi, gdyż obok nich pojawili się już pozostali jeźdźcy, w tym król w niepraktycznych paciorkach i ozdobach, poobwieszany nimi jak festynowa kukiełka.
Może dupa ze mnie, nie historyk, ale wydaje mi się, że właśnie król nie chadzał w ozdobach na polowanie... To znaczy: chadzał! Wstrętny, wredny KRÓL, który ustala wstrętną, ohydną KULTURĘ SPOZA LASU! I wierzy we wstrętnego Boga!!! Niech go Matka Ziemia nie przyjmie!!!
Paciorki…? Toż to jakaś tandeta, nie król.

Na widok Baby najpierw cofnął się nieco, a później uśmiechnął władczo, choć krew odpłynęła mu z twarzy.
Też bym się przestraszyła psychicznego babsztyla, gdybym była władcą i mogłabym ją zgnieść w ciągu sekundy. Nobo, skoro ta historia z długiem wdzięczności wobec Baby okazała się ściemą, no to sorry...
A okazała się? Bo ni pamiętam.
Analiza czwarta: Choć sama też jestem niewolnikiem: muszę pomagać wam, leczyć i nawet zabijać po to, byście nie zapolowali na mnie, nie spalili, a na moim truchle nie zbudowali kolejnych historii, którymi będziecie zniewalać innych.
I mój własny prywatny komentarz:
„Ale ja mam przy sobie książkę i znalazłam nawet lepszy cytat: To zaś, że jeszcze nie osądzono jej i nie spalono na stosie, zawdzięczała wyłącznie królowi, któremu wyświadczyła kiedyś bardzo osobistą przysługę. Kiedy to czytałam po raz pierwszy myślałam, że to znaczy, że już nie grozi jej w ogóle stos. Ale wiadomo, to było na osiemnastej stronie, teraz jesteśmy na czterdziestej siódmej. Mogło się zapomnieć.”
Teraz jesteśmy na siedemdziesiątej. To już w ogóle sieczka z michasiowej pamięci została.

 - Witam cię, kobieto – powiedział, starając się, żeby zabrzmiało to jak najspokojniej.
 - Myślałeś, że nie żyję, co? Takie jak my są niezniszczalne, dwadzieścia lat w tę, dwadzieścia we w tę...

Właściwie to nie była pewna, czy może pozwolić sobie na taką bezczelność [to dobrze, że dorosła Baba najpierw papla, a potem myśli], ale nie bez podstaw sądziła, że królowi do głowy nie przyjdzie jej upomnieć [tylko od razu zetnie jej łeb]. Jeden z jego towarzyszy nachylił się do niego i szepnął [chociaż wszyscy to słyszeli]:
 - Panie, znasz tę babę?
 - Z szacunkiem proszę! Ja się piszę Wielką Literą! - Zawołała Baba udając, że usłyszała mimochodem.
Władca spocił się pod nosem. Nie mógł przecież mu powiedzieć, że to nie jego sprawa!
 - Owszem, owszem. Zacna... zacna... Bardzo.
 - Na waszym miejscu nie zapuszczałabym się do tego lasu. Powiadają, że jest nawiedzony. To właśnie dlatego przybyliśmy tu na polowanie. For we are:

 - Wiedźma!
 - Nie, nie... - Król zrobił łagodzący ruch dłonią i spojrzał na starą kątem oka. - Zacna kobieta.
Wtem zza niego, na zgrabnym kasztanku o pięknych ruchach, wyłonił się chłopiec [iu, iu, iu, trulaw detected] w ciemnozielonych szatach i posłał Babie wyzywające spojrzenie. Mógł mieć najwyżej dwanaście, może trzynaście lat, ale w wyrazie jego twarzy, jak również dumnej, wyprostowanej postawie dało się już (lub też jeszcze) wyczuć imponującą pewność siebie.
 - A ja nie wierzę w te wszystkie bujdy! - oznajmił, nie spuszczając wzroku ze stojącej przed nim starej kobiety i wstrzymując tylko przestępującego niespokojnie z nogi na nogę konia. - Mój nauczyciel mówi, że to herezje opowiadać takie rzeczy, gdyż żadna z nich nie jest prawdziwa, a dawanie im wiary czy też namawianie do tego innych to tylko bluźnierstwo wobec Boga. Podaje bowiem w wątpliwość jego wyłączność w czynieniu rzeczy cudownych i niesamowitych, gdyż przecie właśnie tym, według wiejskich przekazów, trudnią się magowie, wiedźmy czy demony. Nie można dawać wiary podobnym opowieściom.
Aha.
Ej, a nie można było zwyczajnie nie wierzę w wiedźmy, bo to herezja? Musisz od razu dostawać biegunki słownej? Ten tu pewnie jest taki specjalnie, ale czy Michasia musi WSZYSTKICH swoich bohaterów kreować tak, że czytelnik ma ochotę ich zakneblować? Serio, niech sobie biegają po lesie, kąpią się w jeziorze, ale niech NIE GADAJĄ I NIE UKŁADAJĄ DEBILNYCH PIOSENEK (wierszyków też nie).
Jaaaa umielbiam jąąąąą ona tu jeeeeest...

Baba uniosła brew i uśmiechnęła się, bo gówniarz właśnie powiedział, że ona nie istnieje, przeszywając chłopca bystrym, doświadczonym wzrokiem na wylot.
 - Ach tak?
Za Wikipedią:
Przecinek stawia się po wyrazach wyrażających okrzyk: ach, hej, halo, o, ho, oj.
Halo, kto mówi?
Oj, jak mnie boli noga.
Ej, ty!

Król przeraził się i już podniósł ręce, by złapać się za głowę, jednak w ostatnim momencie opamiętał się, przypominając sobie o swojej pozycji.
a) czuł respekt wobec każdego swojego poddanego?
b) znał Babę i wiedział, że nie lubi, kiedy ktoś łapie się za głowę?
c) łapanie się za głowę było w ich królestwie groźnym przestępstwem?
d) miał świeżo zrobioną fryzurę i nie chciał, żeby się zepsuła?

Przesunął więc dłonią po włosach, by jakoś usprawiedliwić poprzedni gest, którego nie wykonał, i zwrócił się błagalnie do syna:
 - Roderyku, proszę.
 - Trzeba plewić herezję wśród ludu, ojcze.
 - Nie...
 - Dalej synku, pouczaj swojego ojca-króla! - Podjudzała Jadźka, której nagle wyrosły rogi.
Dobry borze, już się cieszę na spotkanie tego bezstresowo chowanego Roderyka (nie będę śmiała się z imienia. Nie będę śmiała się z imienia.) z naszą dziewczyneczką.
Jedyny sensowny Roderyk, jakiego znalazłam, to król Wizygotów ("leśnych ludzi", I see what you did there), ludu germańskiego, z okolic VIII w. Zgadzałoby się z wcześniejszymi informacjami, które zebrały się po drodze: Roszpunka baśnią braci Grimm, niemieckie nazwy zielska, czasy wypierania starej religii, blabla. Ciekawe tylko, czy faktycznie coś wyniknie z faktu, że to TEN król (czy tam na razie książę) Roderyk, czy tylko przypadkowo wykorzystana postać historyczna.

Baba zarechotała, widząc, jak władca z wyrazem nieszczęścia na twarzy próbuje uciszyć księcia, robiąc rękami łagodne gesty, jakby chciał uspokoić wierzgającego rumaka.
Um... A narzekałam, że moja mama robi dziwne gesty...

Przy tym spoglądał na kobietę co chwila, by sprawdzić jaki jest poziom jej angstu, czy sobie jeszcze nie poszła, czy się jeszcze nie rozgniewała, i szybko odwracał wzrok. A mogli nie gonić tych chartów, psiamać, pomyślał.

Nawet zrobiło się jej go żal, w końcu jakim królem jawił się w oczach obecnej tu świty, jeżeli nie potrafił przywołać do porządku własnego szczeniaka. Postanowiła więc mu trochę dopomóc. Znowu. Ludzka pani. Była w końcu po wizycie
więc była specjalistką w sprawach wychowawczych.

 - Spokojnie, Wasza Wysokość. Niech młoda krew wrze, póki może. To ją oczyszcza, znam się na tym... W końcu też byłam młoda, choć sama już tego nie pamiętam.

Myśliwi wybuchnęli rubasznym śmiechem, bo zobaczyli w tle panie w skąpych strojach z tabliczkami LAUGH, a król otarł niepostrzeżenie pot z czoła.
 - Wracajmy polować, panowie – powiedział i rzucił Babie pełne wdzięczności, acz krótkie (tak na wszelki wypadek) spojrzenie.
I zrobił niepostrzeżenie taki gest:
 
 - Bóg... czy co tam... z tobą, kobieto. - Po czym zebrał konia i zniknął między drzewami (...). Baba zobaczyła jeszcze, jak jakiś wysoki młodzieniec podjeżdża do Roderyka i poklepawszy go po ramieniu, mówi z rozbawieniem, zabarwionym lekką złośliwością, charakterystyczną dla starszych braci albo kuzynów, wujów czy przyjaciół z dzieciństwa, ale Imperatyw nam podpowiada, że to starszy brat, więc się nie czepiajmy:
 - No, młody. Jutro obudzisz się jako żaba.
 - Wcale nie!
 - A wcale tak! - Odkrzyknęła mu Jadźka zza krzaków, zakrywając się tabliczką z napisem LAUGH.

Rzeka wyrzuciła dziewczynkę gdzieś w nieznanej jej części lasu i właściwie dopiero teraz, kiedy wszystkie emocje opadły, dziecko zdało sobie sprawę, że się zgubiło.
W sensie, jak z tą piosenką: pamiętała drogę do wieży, pamiętała, aż tu nagle...!
…bluescreen.

Była to dziwna i paraliżująca świadomość (...). W pierwszej chwili chciała skulić się pod jakimś drzewem i rozpłakać, potem jednak instynkt przetrwania zwyciężył nad słabością i mózg zaczął kalkulować (przy tym zdaniu się zakrztusiłam xD).
Na kalkulatorze tak kalkulował, jak na średniowiecze przystało.

Dziewczynka wstała więc i szybko zabrała się do zbierania chrustu. Właściwie nieraz musiała sama radzić sobie w lesie, nieraz deszcz zaskakiwał się zbyt daleko od chaty, by opłacało się do niej biec.
Aaaa, to dlatego się tak strasznie przestraszyła, jak zorientowała się, że się zgubiła? Ale wydawało mi się, że wieżę było widać zewsząd?
Zewsząd, ale nie stamtąd.

Dziecko szukało sobie wówczas schronienia, nie czując przy tym żadnego strachu, bo przecież las był dla niej domem tak samo jak chata. Tej jego części jednak nie znała, w niej nie czuła się pewnie i nie wiedziała, czego może się spodziewać.
Innej strefy klimatycznej, zapewne. 

Zwłaszcza że gdzieś w pobliżu wciąż mogła czaić się Wioska i dziewczynka nie wiedziała, czy nie jest to przypadkiem zwierzę nocne, tak więc czy nadchodzący szybko płaszcz zmroku nie wzmocni w nim jeszcze morderczych instynktów niczym samotna tabletka wiagry wzięta pochopnie przez starszego pana na placu zabaw.
Jadzia. Fe. >.<

Zwierzęta nocne były bardziej niebezpieczne od tych egzystujących w dzień... [Jak egzystują w dzień, to na noc umierają?] Wyłączając z tego człowieka, który był najniebezpieczniejszym ze wszystkich zwierząt, którego kultura była najniebezpieczniejszą bronią świata... Ok. Żartowałam, to ostatnie zdanie było dopisane przeze mnie, ale nie uważacie, że Michasia na pewno chciała tak napisać? A co, jeśli Wioska nigdy nie śpi?
I co, dziewczynka wychowana w lesie potrafi sobie wyobrazić zwierzęta, które nigdy nie śpią? Nie powinna na wszystko patrzeć przez pryzmat natury i nie wierzyć w coś nienaturalnego? A niespanie z całą pewnością nie jest naturalne...

Jeśli jest podwójnie niebezpieczna?
Ja jestem potrójnie niebezpieczna, bo jeszcze w weekendy! Kto da więcej? Makapka?


A więc sprzedane!

Nasza dziewczynka jest więc sama w obcej części lasu. Nie ma Baby, która mogłaby ją uchronić przed zderzeniem ze światem ludzi, w pobliżu zaś kręcą się myśliwi z psami, które dopiero co pognały za człowiekiem, że już nie wspomnę o ewidentnym trulawie in spe. Zgadnijcie, co się stanie.
Otóż NIC. Tak, dobrze czytacie, nic. Nasze maleństwo nie jest znowu tak bardzo zgubione, gdyż, jak się okazuje, rzeka przepływa koło chatki, wystarczy więc iść jej brzegiem, by wrócić do domu. Mała zatem wraca przed zapadnięciem zmroku i z Babą nadal planują wybrać się w góry. Jesteśmy w punkcie wyjścia, a ja nie wiem, co o tym myśleć.

O, przepraszam, pojawiają się jeszcze rozmyślania Baby o przystojności królewskiego pomiotu. *padłam*  Po całej tej ucieczce, rzucaniu się w przepaść , spychaniu dziecka do rzeki i ostatecznej konfrontacji z przyczyną całego tego zamieszania, Baba wraca sobie spacerkiem do domu i duma, jakich to król ładnych synków płodzi.
Proste, Michasia ma jeszcze całe 420 stron, żeby rozwinąć wreszcie akcję. Nie spieszy się jej.

Mniej więcej siódmego dnia wyszły z lasu po jego niezamieszkanej stronie i tu, niczym łyse olbrzymy głowami brodzące w chmurach [to już moje porównanie do dziadka i placu zabaw było lepsze] wyłoniły się przed nimi w całej swej majestatycznej okazałości góry. Królowe lasów, królowe wszystkiego, gdyż wokoło nie było przecież nic, czego nie mogły zobaczyć.
O ile, oczywiście, głowy nie tonęły im akurat w chmurach.

Gdy dziewczynka ujrzała, jakie są ogromne (…), padła na kolana i zaparło jej dech w piersiach. Nigdy przecież nie widziała niczego nawet w połowie tak dużego. Baba odczekała cierpliwie kilka chwil, po czym klasnęła w dłonie:
 - No, napatrzyłaś się. Możemy wracać.
Babo, powiedz, że to żart. Że nie lazłyście przez tydzień do tych gór tylko po to, żeby na nie zerknąć, cyknąć na ich tle profilową fotkę i wrócić.
Pomyśl, ile dostaną lajków! Opłacało się, Dziadowi z lasu obok pikawa pójdzie z wrażenia!

Ale dziewczynka wbiegła już między skaliste zbocza i zaczęła wspinać się na nie, gnana (...) potrzebą znalezienia się na szczycie tej żywej wieży. Bo z tym właśnie skojarzyły jej się teraz góry, zdające się oddychać we mgle, cicho pomrukiwać jak budzący się niedźwiedź, tak miękki i piękny, a tak niebezpieczny. Bezwzględny zabójca.
I może jeszcze pluszowy. A ogóle fajnie, że jej się te „tak piękne, że z pewnością dobre” góry kojarzą z bezwzględnym zabójcą.

Koza Stara potruchtała za nią, Koza Młoda za Starą i minęła dobra chwila, nim Baba zorientowała się, że została sama. Mruknęła coś, podkasała spódnicę i ruszyła za pozostałą trójką, zastanawiając się, czy przyjdzie jej kojfnąć na serce podczas wspinaczki.
Omujborze, kojfnąć xD Szkoda, że nie kipnąć albo wykitować.

*
Dziewczynka nie wiedziała, gdzie nauczyła się wdrapywać na coś tak stromego.
To do wchodzenia w górę potrzebne jest jakieś szkolenie? Wydają na to certyfikat?

Ani jakim cudem chwytała się zawsze odpowiednich kamieni, (...) jakby robiła to całe życie lub też jakby niewidzialne siły niosły ją na szczyt. Jeżeli to instynkt tak nią kierował, to nie był to instynkt ludzki, ale jakiś inny, zwierzęcy.
Dobrze, że żaden Szerpa nie przeczyta tej książki. Mógłby się wielce obrazić.
O_o Czy ja dobrze czytam, że stare babsko, nie wiem jak wy, ale ja sobie wyobrażam, że tak z 70-80 lat, wspina się po STROMEJ, PIONOWEJ SKALE? O_o
Tam ściana. Się potem okaże, że Gubałówka.

A to z kolei oznaczało, że teoria Baby się sprawdza się <3 i wcale nie jesteśmy tym, czym się rodzimy się, ale tym, na co się nas ukształtuje się, zależnie od tego, czyjego głosu będziemy słuchać od najwcześniejszych dni. A dziewczynka słuchała głosu drzew, głosu wiatru, swojego głosu, oddychała zapachami lasu i tym wszystkim po trosze się stała, choć ciało pozostawało ludzkie.
Aż mi teraz głupio, że taka ja, wychowana na blokowiskach i wśród technologii, śmiem mimo wszystko wspinać się po górach i nie zlecieć na mój mieszczuchowy łeb.
Jakie to tam blokowiska w Twojej rodzinnej miejscowości :D Ja mam gorzej, Michasia by mnie nabiła na pal... Albo przynajmniej rzuciła jakąś klątwę.

Teraz jednak, gdy widziało się, z jaką sprawnością dziesięcioletnie dziecko wspina się po górach, których nikt być może nigdy nie zdobył lub zdobyli je tylko nieliczni śmiałkowie, dostrzegało się, jak bardzo nie jest ludzkie…
Himalaiści bowiem, wbrew powszechnej opinii, wcale nie są ludźmi. Łowi się ich w dzikiej głuszy za pomocą dużych siatek i przynęty ze schabowego.
Ale, skoro według Michasi ludzkość = zła KULTURA, to może chodzi o to, że taki pan, co siedzi przed telewizorem całymi dniami i ma naraz brzuch piwny i ciążę spożywczą, to się wdrapie najwyżej na kanapę?
Again, ponoć rzecz dzieje się w średniowieczu, więc może chodzi o to, że głupie ludzie nic, tylko by w polu robili, zamiast iść się górami pozachwycać.
Tam w polu robili, seksy im tylko w głowie!
W następnym odcinku dowiecie się więcej, bo tym razem przepisywać książkę dla Was będzie Makapka, która więcej streszcza, niż ja :D
Komuś chce się policzyć, ile razy w tym skromnym fragmencie padło słowo dziewczynka?