Czarne owce literatury czyli analizy ZŁYCH książek: Spuszczający się w rozpaczy Gordoneo, czyli "Powieść antymagiczna" część 3

wtorek, 2 lipca 2013

Spuszczający się w rozpaczy Gordoneo, czyli "Powieść antymagiczna" część 3

Cóż, ja się nie popisałam, ale na odsiecz przybywa duet Pokrzywka Tacz!


 
Po haniebnie długiej przerwie nadszedł wreszcie czas na kolejne spotkanie z emerytowanym magicznie Gordoneo i jego niepokojąco nieletnimi przyjaciółmi. Czy Gordo poradzi sobie z niedobrymi czarnoksiężnikami? Czy zdoła przekabacić księcia na swoją stronę? Czy ktoś w końcu zyska na rozwoju osobowości? Oto przed Wami kolejne dwa rozdziały książki antymagicznej!


ROZDZIAŁ IV


W plecy wędrowców wiał coraz gwałtowniejszy, północny wiatr. Gordoneo, jadący na przedzie, nie miał ochoty odwracać się, żeby sprawdzić, czy przypadkiem nie goni on typowej dla tutejszego klimatu burzy-venn. Czuł przecież na karku uwierające spojrzenie Lupusa... Otulony szczelniej w płaszcz, zwolnił nieco, żeby uporządkować rozkołatane ostatnimi wydarzeniami myśli.
Nie wierzcie mu. W tym, co nadciąga, nie ma nawet popłuczyn po porządkowaniu.

„Dlaczego Magissimus wysłał razem z nami dwóch członków Rady Państwa? Czy tylko dla opieki nad synem, czy też dlatego, że nie uwierzył w historię z hymnem Gedesa...? Nieee..., gdyby zwęszył podstęp, jeszcze wczorajszego wieczora kładłbym się spać w skórze jaszczurki albo sowy, pod warunkiem, że w ogóle zachowałby dla mnie formę ożywioną, bo przecież równie dobrze mogłem zostać kamieniem lub... szklanką morskiej wody. Biedna Teresa! Co winne to kruche dziecko, że żyjemy w najpodlejszych czasach, jakie można sobie wyobrazić?
Być może to kwestia poziomu wyobraźni, ale, mimo tego całego jojczenia Gorda, najpodlejszą rzeczą, jaka utkwiła mi w głowie, jest ta cholerna morska woda do picia.
A ja mam wrażenie, że Tereska nie zauważyłaby podłych czasów, nawet gdyby stanęły na jej progu z naręczem propagandowych ulotek.

Gdyby Brazdemot, Or i Kode mieli na tyle rozumu, żeby przewidzieć, co stanie się z królestwem, kiedy rozpoczynali karierę magów jako potajemni wywoływacze duchów, jęczeliby teraz w otchłaniach Gedesa!
Zgubiłam się. Gdyby oni kiedyś lepiej przewidywali, to teraz by jęczeli…?

Zresztą i tak na pewno pochłonął ich ogień płonący za ostatnią z Bram Ostatecznego Poznania... Nie, żebym nie czuł litości, ale... trzeba być głupcem jak Asellus, bydlęciem jak Kreaturro albo mordercą jak Lupus, aby łudzić się co do losu spotykającego po śmierci wszystkich magów...
Nie, żebym nie czuł litości, ale dobrze im tak.
Gordek, rzecz jasna, nigdy nie miał złudzeń - poszedł na maga z mocnym postanowieniem pośmiertnego spłonięcia.

Nie słyszano przecież, że Gedes dał coś komuś za darmo! (…) Zwyciężyć go może tylko... Ten Sam... Swoją drogą... skąd te myśli w mojej głowie? Dlaczego mam wrażenie, że wiem więcej, widzę jaśniej?
To zabawne, u mnie jest dokładnie odwrotnie.

Skąd pewność, że się nie mylę? A może to, co miało miejsce przy łożu umierającego przed laty Magissimusa, to tylko sen albo kłamstwo Gedesa? Jeżeli tak, czyż mam prawo narażać los księcia, Teresy i swój dla prawdy, która nie jest prawdą?! Czyżbym przez całe życie mógł tak haniebnie oszukiwać samego siebie? I po to wyrzekłem się matki-magii? Dla złudzenia i wiecznej samotności?
Um… Tereska? Którą traktujesz „jak przybraną córkę”? Księciunio, ukochany uczeń, wielkodusznie przymykający oko na nielojalność wobec króla? Nie? Dalej samotny?

Gdyby to wszystko było tylko okrutnym żartem Gedesa, nie czułbym się wolny i w jakiś sposób szczęśliwy w tym zniewolonym, opętanym świecie...
Moi drodzy, mam nadzieję, ze podobał się Wam wolny i szczęśliwy Gordoneo, bo teraz czas na wersję HARD.

Co robić? Co robić? Co robić?!...".
Przestać smęcić jak moja babka o haluksach i, no nie wiem, opracować jakiś plan? Poważnie, Gord nie jest nawet głównym bohaterem tej książki, a na razie większa jej część kręci się wokół jego nieustannej potrzeby użalania się i to w stylu, który coraz bardziej przypomina mi Anię z Zielonego Wzgórza.
To znaczy, gdyby Ania była emo.
Co gorsza, nastrój Gorda udziela się i narratorowi:

Rozpacz niczym noc otaczała serce Gordonea i stary mag czuł, jak powoli poddaje się jej śmiertelnym falom. Wcale nie pomagała myśl, że gdyby nie zaspał dzisiejszego ranka, już pewnie byliby z księciem w drodze do górskiej groty... Może siedzieliby teraz przy płonącym ognisku, jedli placki i wędzoną rybę, popijali gorący napar z mięty?... Im dłużej o tym wszystkim myślał, tym bardziej czuł się wolny i szczęśliwy sytuacja wydawała mu się straszliwsza i tym bardziej był bezradny wobec przeznaczenia.
Curse you, destiny! I shall set my alarm clock next time!
Niniejszym dłubię palcem w nosie na znak empatii, Gordonie. Nie wiem, czy jako Czytelnik mam być poruszona tym dumaniem, ale jeszcze raz wyrażę zdumienie dla faktu, że Gordo, w tych rzekomo najpodlejszych czasach, mieszkając kątem u tyrana, otoczony potencjalnymi donosicielami ciągle jeszcze żyje, choć jego jedyną reakcją na powstały problem jest rozmyślanie, że fajnie by było, gdyby go nie było. 

Dalej w trybie dumania, Gordzio przenosi się myślami do czasów, gdy jeszcze magia była dobra, życie łatwiejsze, a morska woda bardziej słona, przynajmniej do momentu, kiedy zdany wyłącznie na siebie musi ocalić życie Magissimusa…
 
W chwili jasności umysłu pojął wówczas, że żaden z żyjących kiedykolwiek magów nie przybędzie na ratunek, bo od dawna już spłonęli na popiół w żarłocznym gardle Gedesa, a każdy z żyjących największych magów jest głupcem do niego samego podobnym. I kiedy tak spuszczał się
*wybudza się z letargu* Co…?

do studni rozpaczy
…A.

zdarzyło się właśnie to...
Gordoneo poczuł, jak dreszcz gwałtowny i deszcz niespokojny targnął jego potężnym ciałem: „A gdyby dzisiaj... gdyby, jak wtedy, poprosić o pomoc Nieznanego? Czy dzisiaj przybyłby na ratunek Ten Sam?"
Czy tylko ja cały czas mam wrażenie, że Nieznany i Ten Sam to dwie różne postaci?
Nie no, przecież widzisz, że to jeden i ten sam ;)

Sytuacja, w jakiej się znalazł, wcale nie wyglądała lepiej od tej sprzed pięćdziesięciu lat. Zakończyć się mogła jeszcze tragiczniej. Gordoneo bez wahania uchwycił się owej nici. Pędził teraz jak oszalały na tej nici wypowiadając w gęstniejącym mroku słowa błagalne i gorące. Z tego dziwnego stanu - pełnego jednocześnie lęku i błogości - wyrwał go gwałtowny grzmot. To była burza-venn!
Ah jo!

- Za chwilę lunie! - krzyczał przez wiatr książę i Gordoneo dopiero teraz spostrzegł, że dawno już wyjechali z Południowych Lasów.
Nic nie wycięłyśmy, Gordek autentycznie jest tak zajęty angstowaniem, że ani nie zauważa gwałtownej zmiany pogody, ani nie słyszy wołania jadącego parę metrów za nim księcia.

- Są dwa wyjścia, panie: albo zatrzymamy konie – mówił (Kreaturro), z trudem łapiąc oddech - i przeczekamy leżąc na ziemi, albo spróbujemy jak najszybciej dostać się do pierwszych wąwozów. To już blisko...
- Dziewczyna nie wytrzyma! - zawołał błagalnym głosem Gordoneo. - Panie! Zostańmy! Jak burza przycichnie, natychmiast wyruszymy do jarów! Pędzić po pustkowiu wśród piorunów, to byłoby szaleństwo!
Anhar nie należał jednak do ludzi, którzy skłaniają głowę przed niebezpieczeństwem.
Głupi był albowiem i nie pojmował subtelnej różnicy między odwagą a brawurą.

- To ryzyko, książę! Twój koń padnie! Zostaw... - zawył po swojemu Lupus
Żarty żartami, ale zaczynam podejrzewać, że Lupus ze światem komunikuje się tak:

Kiedy potem Gordoneo próbował przypomnieć sobie cokolwiek z rzeczy, jakie wtedy zaczęły dziać się na wrzosowisku, jego pamięć odmawiała mu posłuszeństwa. Z dna świadomości wydobywał tylko pojedyncze obrazy: widział w nich siebie duszącego się od wody i pędu powietrza
Jeśli widział siebie, to chyba wyszedł z siebie i stanął obok. Siebie.

widział słupy ognia, łączące niebo z ziemią niczym filary gigantycznej świątyni Gedesa, słyszał łoskot na pewno podobny temu, jaki mógłby towarzyszyć pękającemu na pół słońcu...
Jej. Ta burza-venn wygląda na diabelnie niebezpieczne zjawisko. Naprawdę nikt nie kwapił się ze sprawdzaniem nieba, zwłaszcza, że wyjechali na otwartą przestrzeń? Uniknięcie spojrzenia Lupusa było ważniejsze, niż uniknięcie utopienia się na suchym lądzie?
A czego się spodziewałaś, skoro rozwleczony opis cierpień starego Gordona otrzymał ponad dwie strony, a potencjalny kamień milowy fabuły podsumowano w kilku zdaniach? Poważnie – autorka zbiera do kupy bohaterów, zsyła na nich śmiertelnie niebezpieczną, najprawdopodobniej magiczną burzę i STRESZCZA całe zdarzenie w jednym akapicie? Jesteśmy w czwartym rozdziale, przedstawiono nam masę postaci, o których fajnie byłoby dowiedzieć się nieco więcej niż to, co wmawia nam średnio wiarygodny Gordoneo – naprawdę nie dało się wykorzystać tej sceny, żeby załatać dziury w kreacji bohaterów?
Ojtam, dowiedziałyśmy się przecież, że tytułowy Anhar jest skończonym idiotą, narażającym życie swoich poddanych poprzez zmuszanie ich, by w czasie burzy gnali przez równinę i robili za wabiki dla piorunów.
No dobra, ale Teresy praktycznie tam nie ma, a o Kreaturro i Lupusie nadal wiem tylko tyle, że jeden nosi rękawiczki, a drugi mówi wyjąc. Nie ma słowa o ich wyglądzie zewnętrznym, nawet podstawowego opkowego opisu „oczy-włosy”, są jak bezcielesne zło konieczne, stworzone tylko po to, by zatruć życie Gordowi i skomplikować mu ten cały biwak…

Nigdy też nie dowiedział się, co naprawdę spotkało Kreaturra i Lupusa (…).
W sumie to ma sens, po co tracić czas na opisy drugoplanowych postaci, skoro i tak zaraz przyjdzie im ginąć.
*waląc czołem o blat* Kłopoty Belli Swan trwały dłużej! >.<


ROZDZIAŁ V

Po jakże uprzejmej redukcji niewygodnych bohaterów (serio, jakbym czytała o opkowych rodzicach) Gordo, Anhar i Teresa dochodzą do siebie na pobliskiej, jak to zostało nazwane, murawie.
Najpierw znikąd wzięta burza, teraz znikąd wzięty trawnik. Świat przedstawiony tej książki zdumiewa mnie coraz bardziej.
Bo to taki wtem!trawnik był. Z Bricomarché.

- Gdzie są Lupus i Kreaturro? - spytał (Gordoneo), nie rozumiejąc.
- Szukałem ich, kiedy spałeś, nauczycielu, jednak nie znalazłem nic, poza spopielonym skrawkiem płaszcza Kreaturra... Czy możliwe, aby zginęli od pioruna?
Nie. Jak na to wpadłeś.

- To się zdarza, ale dlaczego obaj? I w jaki sposób ocalały konie, jeżeli pędzili na nich w stronę jarów tak jak ty, panie, i ja? (…)
- Nie odkryłem odpowiedzi, mistrzu... Muszą się za tym kryć jakieś potężne czary...

Panowie zaczynają przerzucać się nazwiskami magów, próbując dociec, który z nich byłby na tyle potężny, żeby jednym zaklęciem utrupić Kreaturro i Lupusa. Zapamiętajmy.

Długo trwało, zanim Gordoneo zdecydował się wypowiedzieć słowa, na które, tak jak na poranek po długiej nocy - przyszła teraz pora:
- Nie jestem pewien, nie mam na to żadnych zwykłych ani magicznych dowodów, ale... sądzę, że... - tu Gordoneo przełknął z trudem ślinę - sądzę, że znów zostałem wysłuchany!...
- Znów wysłuchany? - książę zdziwił się tak bardzo, że spojrzał na Teresę, jakby podświadomie u niej szukając wyjaśnienia nierozumnych słów mistrza.
 - Tereska, czyś znowu zapomniała podać swojemu panu tabletki?

Gordo opowiada księciu, jak to pół wieku temu Magissimus był bliski śmierci na tajemniczą chorobę, a jego ojciec składał w ofierze maga za magiem, licząc, że ocali tym syna.

- Nie wierz nigdy, Wasza Książęca Mość, że czarami można odebrać komukolwiek życie! To kłamstwa powtarzane na użytek władzy i ku utrzymaniu mocy wizerunku samego Gedesa... Człowieka można zabić jedynie bronią albo medycyną (…). Magia nie może odebrać nikomu życia z tej prostej przyczyny, że nie ma zaklęcia, które mogłoby powołać do życia jakąkolwiek formę istnienia... Czar, który nie daje życia, nie ma mocy odebrania życia. Proste...
…Fajnie. Szkoda, że nie wspomniałeś o tym parę zdań temu, kiedy to zastanawialiście się, który mag jakim zaklęciem zabił dwóch ludzi.
Pfff, ta ich magia to jakiś cienki bolek jest.

Gordoneo zakasłał, zdyszany, ale nie chciał teraz przerywać swojej historii.
Dobry borze, niech Gordo się lepiej pospieszy z tą opowieścią, bo z taką kondycją płuc gotów nam zejść w następnym rozdziale.
To by była zmiana na lepsze.

Teresa usłużnie podała mu wody, a książę przysunął się nieco bliżej. Twarz miał przy tym piękną, jakąś uroczystą i kamienną...
Owinął ją sobie bowiem jedynym w swoim rodzaju Kamiennym Jedwabiem Snape’a®.
(Uwaga, analiza zawiera lokowanie produktu)

- Kiedy Mobaret, wytrwały poszukiwacz eliksiru nieśmiertelności, został spalony w Sali Straceń, przyszła kolej na mnie... - ciągnął opowieść starzec - byłem najmłodszym wtajemniczonym (…). Kiedy więc zostałem sam w pokoju Magissimusa, zakląłem wszystkich magów historii, aby przyszli mi z pomocą, skoncentrowałem wolę i umysł, przywołałem wszelkie tajemne sposoby ucieleśnienia Gedesa, oddając się bez reszty jego mocy... I wiesz, mój książę, co usłyszałem za ostatnią z Bram Ostatecznego Poznania? Śmiech! Głuchy śmiech, od którego włos zjeżył mi się na głowie... (…) Pojąłem w jednej chwili, że zza Bramy Ostatecznego Poznania wieje pustka, że nie znajdę tam ani Kode, ani Ora, ani Brazdenota... nie znajdę ich w żadnym ludzkim sensie, o jakim ja i ty, panie, moglibyśmy mieć pojęcie, ponieważ - i tutaj znów nie wiem, skąd wzięła się ta nagła świadomość - zostali już, jakby ci to wyjaśnić... pożarci, przetrawieni i wydaleni przez Wieczną Ciemność w jakiś stan bolesnej świadomości siebie, na pustynię męki...
Erm…
…Fuj.
Cofam to o kondycji, ja od takich zdań też pewnie dostałabym zadyszki.

Wtedy przypomniał mi się pewien człowiek, spotkany dawno, dawno temu w Medesie, mieście z którego pochodzi Teresa. Przypomniało mi się, jak próbował opowiedzieć mi o Istocie potężniejszej niż sam Gedes - dobrej i pełnej światła, o Istocie, którą on nazywał „Ten Sam" (…).
Gordoneo znów przerwał. Jego siwa broda zaczęła teraz drżeć, najpierw nieznacznie, a potem zatrzęsła się jak lawina, schodząca z gór. Płakał głośno i długo. Nikt mu nie przeszkadzał, bo Teresa i książę dobrze rozumieli, że przerwać, znaczyłoby prawie popełnić zbrodnię przeciw prawdzie i przyjaźni...
Być może to ze mną jest coś nie tak, ale cała ta scena, zwłaszcza w połączeniu z ostatnim zdaniem, wydaje mi się mocno naciągnięta. Rozumiem, że mówienie o traumatycznym przeżyciach jest zawsze trudne, ale… siedemdziesięcioletni mężczyzna płaczący „głośno i długo” z powodu czegoś, co miało miejsce pół wieku temu?
Nieno, każdy reaguje inaczej, ale myślę, że ta historia bardziej by do mnie przemówiła, gdyby została opowiedziana mniej pompatycznie. Bo tak mam wrażenie, że oglądam występ marnego aktora, któremu się wydaje, że bycie egzaltowanym uczyni go bardziej wiarygodnym.
Gordo przyznaje się, że, niczym ostatnia szuja, doniósł komu trzeba na biednego człowieka, który jednak, bądźmy szczerzy, mógł poszukać sobie kolegi do zwierzeń spośród innej grupy społecznej, niż magowie pracujący dla Najciemniejszego.

- W tej historii jest rzecz jeszcze gorsza, ale najważniejsza - nabrał tchu Gordoneo. - Wyobraźcie sobie, że nad łożem Magissimusa - ja - morderca - zacząłem wzywać w rozpaczy imienia Tego Samego!
Być nie może! Jeszcze nigdy tak się nie zdarzyło, żeby człowiek, przekonany, że zaraz zginie, chwytał się każdej deski ratunku.

Mówiłem: jeżeli jesteś dobry - wybacz! Jeżeli jesteś światłem – daj poznać! Jeżeli jesteś potężniejszy od Gedesa - musisz zwyciężyć!
Innymi słowy, wjechał mu na ambicje. Bardzo szczwane posunięcie, jak na kogoś, kto naśmiewał się z psychologii.
Dziecko, oczywiście, zdrowieje, choć Gordo nie może sobie przypomnieć, jak to się właściwie stało.

- Jeżeli tak... choć brzmi nieprawdopodobnie... jeżeli to prawda - odpowiedział cichym głosem książę, przerywając chwilę milczenia - dlaczego magowie czczą Gedesa, zamiast czerpać swą magiczną moc od istoty silniejszej, którą jest Ten Sam?
To jest bardzo dobre pytanie.

- A dlaczego jeden człowiek jest dobry a drugi zły? Dlaczego deszcz pada na sprawiedliwego i niesprawiedliwego? Kto zrozumie ludzkie serce, panie?
A to jest bardzo wymijająca odpowiedź.

- Taka odpowiedź mnie nie zadowala...
No mnie jakoś też nie!>.<

Chcę wiedzieć, dlaczego magowie nie znają Tego Samego, który jest potężny, a oddają cześć Gedesowi. Jeżeli, nauczycielu, nie potrafisz odpowiedzieć na to pytanie, próżny jest twój trud, choć twoje słowa, przyznaję, pociągają serce!
Mogę się mylić, ale wydaje mi się, że magowie oddają cześć Gedesowi, ponieważ nie znają Tego Samego.

- Żaden czarnoksiężnik nie może być uczniem Tego Samego, ponieważ Ten Sam nienawidzi magii...
Aaa. To by wyjaśniało, dlaczego Pan Sama Dobroć zabił przed chwilą dwóch ludzi.

- W jaki sposób Ten Sam radzi sobie zatem z Gedesem?! W jaki sposób uratował nam dzisiaj życie, zabijając Lupusa i Kreaturra piorunami?
I jeszcze: co to jest, po stawie pływa, kaczka się nazywa, skoro już bawimy się w pytania zawierające od razu odpowiedź.
Ojtam, książę trochę nieporadnie formułuje zdania, ale przecież wiesz o co chodzi ^.^

- W jaki sposób, pytasz, mój książę? Odpowiem bez zastanowienia: zwyczajnie!

Jeżeli ktoś jest stwórcą i dawcą życia, ma nad nim władzę! Darowuje je i odbiera, komu chce! Jeżeli ktoś jest stwórcą i panem piorunów - miota nimi, gdzie chce i w kogo chce! Nie potrzeba tu magii, tylko... logiki i wiary, że taka właśnie jest prawda!
Gordoneo, skup się. Albo moc Tego Samego da się logicznie wyjaśnić i na tym będziemy bazować, albo jego istnienie kupy się nie trzyma i żeby wierzyć, musimy uwierzyć.

- To niewiele, jeśli miałoby wystarczyć na sprowadzenie mnie z drogi magii, chociaż chylę czoła przed potęgą Tego Samego, zabijającego bez pomocy czarów Kreaturra i Lupusa - największych magów w królestwie!
No wiesz książę, Gordo się produkuje i tłumaczy, że Ten Sam jest dobrocią i światłem, a tobie tylko potęga w głowie?
A co chcesz, skoro póki co dobroć i światło pozostają bez pokrycia? Ja z tego wszystkiego zrozumiałam, że Ten Sam ocalił Magissimusa na złość Gedesowi.

- Niewiele, ale spróbuj pojąć, drogi chłopcze, że choć niewiele wiemy o Tym Samym, prawie wszystko wiemy o Gedesie, jego przeciwniku... Jeżeli zdołamy zrozumieć, dlaczego Gedes walczy z Tym Samym, będziemy o krok od zrozumienia, jaki jest, czy też może być Ten Sam!
- Tak. To bardzo roztropne słowa. Godne filozofa, mój Gordoneo. Kiedy przekroczę ostatnią z Bram Ostatecznego Poznania, dowiem się o Gedesie wszystkiego, czego dowiedzieć się można... Wtedy być może pojmę również tajemnicę Tego Samego i będę mógł z radością oddać mu cześć! - tu książę spojrzał na mistrza oczyma jaśniejącymi i pełnymi nadziei. Jakże się zawiódł, czekając z jego ust pochwały!
 - Nie, ty idioto! Mówię ci przecież, że Ten Sam nienawidzi magii, a żaden czarnoksiężnik nie może być jego uczniem!

- Nie! Nie! Nie!... Ostatnią rzeczą, jakiej pragnę dla ciebie, książę, jest przekroczenie Bramy Ostatecznego Poznania, chociaż być może ty sam zdecydujesz inaczej, a ja, za to, co przed chwilą powiedziałem, będę do końca moich dni gnił w pałacowym lochu – pod warunkiem wszakże, że nie zginę wcześniej w Sali Straceń! Gotów jestem jednak zapłacić najwyższą cenę...
Słowotok dygresyjny. To jest to, co Gordoneo wyrzuca z siebie od początku tej książki. Słowotok dygresyjny.
I strumień świadomości.

- Mam również sposób, abyś, książę, przekroczył ostatnią z Bram Ostatecznego Poznania, naprawdę jej nie przekraczając, ale o tym pomówimy później - w stosownym miejscu i czasie... a teraz... Błagam! Podnieście mnie wreszcie z tej mokrej trawy!
…Toż nikt ci nie kazał na niej siedzieć, you drama queen!>.<

Iii tym dramatycznym akcentem skończymy na dziś. Do następnego!


13 komentarzy:

  1. Gdyby zrobić plebiscyt na najbardziej irytującą postać w kiepskiej i wydanej książce, Gordoneo nie załapałby się jeszcze na podium. Ale mógłby zdobyć wyróżnienie, jako magister marudzenia.

    Nemo

    OdpowiedzUsuń
  2. Próbowałam to dla rozrywki przeczytać, ale to narzekanie jest tak nudne, że nawet zabawnej i ironicznej analizy nie umiem przeczytać. Jak miałabym niby przebrnąć przez książkę? o.O

    OdpowiedzUsuń
  3. Jejku, musiałam sobie odświeżyć ostatni odcinek (żart z Flemingiem znów rozbawił mnie przednio), żeby w ogóle wiedzieć o co w tym chodzi!
    Jakie to wszystko dziwne... I w ogóle, ci ludzie są bez serca. Dwóch towarzyszy podróży ginie w niejasnych okolicznościach, a ci nawet się nie zasmucili. Rozumiem, że ich nie lubili, ale kurde! Właśnie umarło dwóch ludzi! Moglibyście się choć trochę przejąć.

    OdpowiedzUsuń
  4. I love it! I ja chcę więcej! ;) Ta książka jest taka... taka... taka wprost stworzona by z niej kpić! A analizatorzy czynią to doskonale, wręcz jakby współpracując z Gordoneo! Och, Gordo! Ja już po prostu zaczynam uwielbiać tego gościa ;D

    OdpowiedzUsuń
  5. Ekhem. Wiecie, że to coś to jest TRYLOGIA?! W drugim tomie boChaterem jest Alhar, syn Anhara. A w trzecim, uwaga, uwaga - jego wnuk o jakże wdzięcznym imieniu Ariel. To tak, jakbyście kiedyś nie miały czego analizować ;-). A pierwszy tom został również wydany w formie audiobooka. Muszę sobie tego audiobooka skądś ściągnąć, to będzie genialna usypianka.

    PS Czy w najbliższych tygodniach można się spodziewać Ferrinu?

    Anka aka Eowyn

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A w czwartym córka tegoż wnuka - Arielka. I tak powstał "Dziewiąty mag" xD

      Makapka

      Usuń
    2. A można się go spodziewać nie w tygodniach, a na dniach? ;>

      Usuń
    3. Tak, choć nie wiem, czy wyrobię się na jutro, ale postaram się. :3

      Usuń
  6. Gordoneo to żaden nauczyciel śpiewu, to etatowy mistrz angstu i marudzenia. Takiej postaci to ja jeszcze nie widziałam, przecież on jest jak jednoosobowe Vampire Knight D: Jak Teresa i ten młody człowiek o niezbyt lotnym umyśle wytrzymują z tym emo?

    OdpowiedzUsuń
  7. A wgl on niby ma uczyć śpiewu, ale czy kiedykolwiek rzeczywiście to robi? W zacytowanych fragmentach raczej nie, ale może coś takiego pominęłyście... ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Cieszymy się ogromnie, że się podobało! :D
    Właściwie póki co wycinałyśmy głównie... jeszcze więcej angstu. Co do śpiewania, to musimy wierzyć narratorowi na słowo - tak, jak to było z czytaniem przez Bellę książek. Nikt tu na razie niczego nie zaśpiewał, a w dalszej części... no cóż, nie wstrzymujcie oddechu ;P

    P&T

    OdpowiedzUsuń
  9. Kuffde... Swiatlo i dobro i sratatata... A w ktorym tomie beda wyprawy krzyzowe w imie Swiatla i Dobra, bysmy juz mogli zyc w "pokoju" i "sprawiedliwosci"?

    OdpowiedzUsuń