Czarne owce literatury czyli analizy ZŁYCH książek: Świat według Michasi, czyli Zaklęta część 6

wtorek, 30 lipca 2013

Świat według Michasi, czyli Zaklęta część 6

Dżejzas, zapomniałam, że dzisiaj wtorek. Tyle dobrego, że przypomniałam sobie, zanim nastała środa i praca Jadźki i Makapki nie idzie na marne. Oddaję głos analizatorkom!



Kochani! Siadłam do przepisywania z myślą, że skoro książka nie chce zwiększać tempa, to trudno, ja zrobię to za nią. Niestety, po raz kolejny nie doceniłam kunsztu aŁtorki. Tego się nie da opisać, to trzeba przeczytać.

Kiedy Baba dotarła wreszcie na szczyt położonej bardzo wysoko skały, dziewczynka stała tam nieruchomo od jakiegoś czasu, wpatrując się w dal. Stara chciała już do niej podejść i zbesztać ją za narażenie poczciwej staruszki na taki wysiłek, ale coś zatrzymało ją, zabraniało przeszkadzać i właściwie trudno określić, co to było.
Dysk jej wypadł.
Po coś ty, poczciwa staruszko, pchała się za nią na tę skałę? Było sobie przy ognisku zaczekać, młode zgłodniałoby i samo zlazło.

Harmonia. To słowo przyszło nagle Babie do głowy, choć nie używała go już od ho, ho!
Tej jednostki miary jeszcze nie znałam... 1 ho, ho to ile lat?

Swoją drogą – Michasia opisała dziewoję na okładce w ten sposób: Wzrasta wśród drzew, ziół - posłuszna prawom natury, żyjąca w idealnej harmonii ze wszystkim, co ją otacza. 
Nie może więc przypadkiem pokazać bohaterki jako żyjącej w harmonii poprzez jej czyny – musi czytelnikowi patelnią wbijać do głowy harmonię, przecież sam się nie domyśli. *czeka na wyrażenie prawa natury powiedziane dosłownie i właśnie w ten sposób. Inaczej się nie liczy*

Harmonia. To słowo przyszło nagle Babie do głowy, choć nie używała go już od ho, ho! A jednak z jakichś przyczyn pasowało tu i teraz jak żadne inne. Oddawało w całości specyficzną atmosferę, jaka się tam wytworzyła, oświetloną przebijającym zza chmur porannym słońcem sylwetkę dziewczynki i rozciągający się przed nią widok. I choć Baba nie była filozofem, choć daleko jej było do tego, wiedziała, że to wszystko jest nierozerwalną jednością i dlatego czuje się takie spełnienie.
To ja:
(tylko cycki mam większe)

Słońce, które daje życie, świat, którym włada, i ta mała istota nieograniczona niczym prócz własnego żyjącego w całkowitej zgodzie z naturą ciała. Harmonia.
*na przemian śmieje się i płacze, aż wreszcie dostaje czkawki*
*zdumiona długością i bezsensownością opisów w tej książce*

Dziewczynka oddychała głęboko, rozkoszując się tak nowym dla jej płuc górskim powietrzem, a bezkresny pejzaż, który widziała przed sobą, sprawiał, że już nie tylko czuła się jak ptak. Była ptakiem, chociaż jej rozłożone na boki ręce nie miały piór, a stopy nie odrywały się od skały. Ale czy to ważne?
*myśli myśli*
No jakby nie patrzył, to w ogóle nie jest ważne.
Tylko co w związku z tym?
To powinno być jedyne zdanie w tej książce.
BTW, jak daleko jest ta wioska, że nie widać jej z góry?
Nie widać jej, bo jest Ukryta. Wśród Liści.
Najpierw Baba ujawniła się jako Naruto, potem Wioska...

Wyśnione przez ponad dwa lata marzenia spełniły się, i to jeszcze wspanialej, niż mogła sobie wyobrazić, co nie zdarza się często.
Tak, ja również wyśniawam… wyśniuję… wyśniwuję (słowotwórstwo zawsze w cenie) swoje marzenia przez dłuższy okres czasu, ale jak do tej pory nie pojęłam techniki czynienia tego w trybie dokonanym.
[marzenia spełniły się jeszcze wspanialej... Kurde, kto to edytował?!]

Wszystko teraz było tak, jak powinno być, czas mógł się zatrzymać, świat mógł się zatrzymać, nawet serce mogło się zatrzymać, cała ta książka mogłaby się już zatrzymać, autorka też mogłaby się zatrzymać na tej książce, bo gdyby w tej chwili dziewczynka miała przechylić się do przodu i zginąć w rozciągającej się w dole przepaści, nie żałowałaby, tak bardzo czuła się spełniona.
Przepaść jest między dwoma ścianami górskimi i, jakkolwiek całą sobą przyklaskuję pomysłowi runięcia w nią, nie bardzo rozumiem, skąd się tam wzięła.

Byle tylko oddech nie ustał, by móc czuć powietrze, tak wonne, choć niektórym mogłoby się zdawać całkiem zwykłe. Nie było zwykłe, dziewczynka wiedziała o tym. Oczywiście nie analizowała tego, co teraz czuła, nie nazywała erudycyjnie harmonią czy kosmiczną równowagą, bo przecież w takich chwilach nie myśli się o tym.
To o czym, na wszystkie listki Bora Wszechlistnego, się myśli? Bo narrator najwyraźniej ma spore trudności ze skupieniem się na czymkolwiek innym.
Yyyyy...? Nie wiem, co powiedzieć, więc...
Ładny komentarz?

Trwa się po prostu tak długo, jak to możliwe, wsłuchując się w siebie i w to, z czym wchodzi się w rezonans. I wszystko. Niewiele. Czemu więc tak trudno jest nam to osiągnąć, ci zaś, którym się naprawdę uda, są błogosławieni tym wspomnieniem do końca swoich dni?
Cóż. To jedna z tych tajemnic, które powinny nimi pozostać. Tak jest lepiej. Szlachetniej.
Seriously. I don't give a shit. *pada na kolana* Rób sobie, co chcesz, myśl, o czym chcesz. Tylko błagam, BŁAGAM NA KOLANACH, NIECH COŚ SIĘ ZACZNIE DZIAĆ! Michasiu, kreowanie Merysójki poprzez wielostronicowe opisy, które można streścić w kilku zdaniach naprawdę nie sprawią, że Twoja postać będzie lubiana i interesująca! Sprawią, że nie będzie nikogo obchodziła! Nawet głupia, butna i bezczelna Sakórcia z durnych blogasiów wzbudza więcej uczuć (co prawda negatywnych), niż Twoja królewna. Tamtych nie lubię, nienawidzę i irytują mnie, ale Twoja dziewczynka nie wzbudza we mnie żadnych emocji! W du** mam, czy coś ją potrąci, czy zleci z tej góry, czy Baba ją w końcu zabije. Naprawdę, nawet w momencie, w którym wymyślała głupie piosenki, niczego wobec niej nie czułam.
Ta książka jest jak Moda na sukces: ominiesz kilka stron – i tak wiesz, o co chodzi.
*kaszl kilkadziesiąt kaszl*

Dziewczynka stała na skale, nie czując zmęczenia, choć Baba zdążyła już się zdrzemnąć, zjeść placek, pochodzić w kółko i znów się zdrzemnąć, a słońce niczym złota gąsienica przepełzło po niebie i wyszedłszy z kokonu chmur, poczęło czerwienić się na horyzoncie.
Masz Babo placek. xD Epic. Chyba już rozumiem, starowina faktycznie posiada wszystkie te cechy, o których wspomina narrator, tyle tylko, że występują one naprzemiennie: jak trzeba poszpanować gburowatością i życiowym zmęczeniem, to Baba posłusznie sarka i irytuje się z byle powodu, ale gdy nadchodzi pora na doniosłe momenty, wtedy już jest niewzruszona i gotowa spędzić cały dzień na jakiejś omiatanej przeciągami skale, strach pomyśleć, w jakiej temperaturze, no ale w końcu The Mary Sue Is Rising, prawda.
Serio? Kundzia stała cały dzień w miejscu, gapiąc się w horyzont? Nawet nie przeszła się po tej górce, żeby podziwiać różne miejsca?
Ty mi się tu nie skupiaj na górach, tylko na merysuni. W górach.

 - Ono gdzieś znika… - powiedziała dziewczynka, trochę do siebie, trochę do kóz, no i trochę do Baby, no niech już ma. Ale najbardziej do siebie. Ale do kóz też jednak trochę – Tak daleko patrzy… Myślisz, że powie mi, co widzi?
Baba zamrugała, łypnęła podejrzliwie na swoją wychowankę, po czym stanowczo zaciągnęła ją do cienia i kazała napić się wody.
 - Wątpię, raczej nie jest rozmowne. Chociaż tobie może i powie. A niech to! Kto to wie?
 - Czy tam jest gdzieś koniec świata? Czy świat ma w ogóle koniec?
 - Ech, powiadają, że ma. Ale powiadają wiele różnych rzeczy, więc nie warto wierzyć.
To trochę tak, jak z tą książką – mówią w niej o wielu różnych rzeczach, więc nie warto wierzyć.
*przygląda się podejrzliwie butelce wody, którą właśnie wypiła*
Wiem, że już było w poprzedniej analizie, noale...

Baba poczuła coś w rodzaju zawstydzenia, ale może to tylko gazy, chociaż właściwie nie wiedziała dlaczego. Podrapała się więc tylko po karku i nagle uniosła dłoń, by pogłaskać jasną główkę dziewczynki, ale ostatecznie cofnęła się i usiadła pod dużym kamieniem, zastanawiając się, dlaczego ludzie przywiązują aż taką wagę do gestów. A może to nie gestów się obawiają, ale powodujących je uczuć? Kto wie?
Ja wiem. To dlatego, że zwykle nie jesteśmy świadomi wysyłanych przez nas komunikatów niewerbalnych, które mogą stać w sprzeczności z tym, co akurat mówimy i zdemaskować nasze kłamstwa. Ale ty, Babo, jesteś ponoć ze średniowiecza, więc to zrozumiałe, że masz wątpliwości.

Czasem budzimy się z jakąś niewyraźną myślą, która wzięła się nagle nie wiadomo skąd, jakby żyła własnym, niezależnym od nas życiem, nieraz mądrzejsza od wszystkich innych myśli, jakie udało nam się usnuć na jawie. Skąd się bierze? Może jest wspomnieniem snu albo przechwyconą od duchów wiadomością?
Tak, jeśli jesteś szamanem i przed pójściem spać opiłeś się wywarem z wesołych ziółek.
Myśl, która myśli niezależnie od myśliciela, który ją wymyślił. Bowiem ta myśl ma swoje myśli, w których krążą różne myśli i myśliciel myśli myśli, które myślą i mają myśli. Proste.

(…) Kiedy Baba obudziła się tego ranka, obolała po nocy na kamieniach, pozbawiona czucia we wszystkich czterech kończynach i z szybko postępującym zapaleniem płuc,
Osiemdziesięcio/dziewięćdziesięcioletnia kobieta, która spędza całą noc, leżąc na kamieniach na szczycie góry... Czy Michasia widziała kiedyś górę i słyszała, że jest tam zimno nawet latem?

w i e d z i a ł a już, że silny związek dziewczynki z naturą nie jest kwestią wychowania. To stan naturalny dla każdej żywej istoty, a wszystko inne jest wynikiem zakłamanej ludzkiej kombinacji i za wszelką cenę uniezależnia się od świata, który nas zrodził.
Ooo, wjazd na ludzką kulturę! Witaj, witaj, dawno Cię nie było!

Rozejrzała się i zobaczyła zwiniętą w kłębek dziewczynkę, śpiącą na skraju urwiska, tak że jedna ręka i jedna noga zwisały nad przepaścią.
Zawsze mi się wydawało, że jak coś jest zwinięte w kłębek, to z założenia trzyma ręce i nogi razem.
 - To niesamowite, że nie spadłaś – mruknęła Baba nieco rozczarowana raczej do siebie, po czym dodała: - Ale ty nigdy nie spadniesz.
Babo, wyjaśnij mi proszę, na czym oparłaś to idiotyczne założenie. Czy na młodą nie działa grawitacja, bo nie poddano jej zakłamanym ludzkim kombinacjom? Czy nie popełni zwyczajnie błędu i nie chwyci kiedyś za obluzowany kamień, bo w jej przypadku czynnik ludzki nie występuje? Czy na palcach wyrosły jej przyssawki w ramach jednoczenia się z naturą? Dawaj.
Bo, weź, ona jest jak zwierzę, więc... yyy... słyszałaś kiedyś o zwierzęciu, które spadło z góry, która jest w lesie, w którym jest wieża? No właśnie! To trochę jak z tym biegaczem, który, gdyby się BAAARDZO postarał i nie był leniwy, byłby szybszy od geparda.

Dwa dni po ich powrocie do chaty światem zawładnęła nieokiełznana śnieżyca, ostatecznie ogłaszając nadejście zimy.
Wcześniej przychodziły co prawda ogłoszenie wstępne, ale nikt ich nie czytał.
Zima grzecznie czekała, aż wrócą z góry.

Baba niemal bez wytchnienia narzekała na niedostatek zapasów, spowodowany „tą przeklętą wędrówką w góry”, ale dziewczynka skakała z radości, witając śnieg jak dawno niewidzianego przyjaciela.
Bo to sama radość jest, nieprawdaż, kiedy człowiek usiłuje nie zamarznąć nocą w swojej chatynce bez centralnego ogrzewania, z marnymi racjami żywnościowymi, o gromadzeniu których przed zimą słowa nie było.
Oj, Ty myślisz ludzkimi kategoriami! Miiiiłość, dobro... natura... to wszystko, czego im potrzeba. One nie muszą robić zapasów na zimę, bo las je kocha i na pewno im coś przyniesie!

Koza Stara, którą puchata zimowa sierść upodobniła do… właściwie nie wiadomo do czego
*ociera łzy histerycznego śmiechu wzruszenia* Michalino, jesteś moim miszczem.
Nobla tu poproszę! Ktoś otrzymał niniejszym medal za najlepsze porównanie ever. Najlepsze. Ever.

Młoda Bezimienna przez dwie strony turla się, tarza i robi aniołki w śniegu niczym typowe, współczesne dziecko oh wait, a Czytelnik domyśla się już, że zima jest tu kolejnym zaledwie pretekstem do filozofowania niższego rzędu.

 - Myślisz, że one mówią? – spytała. – Drzewa? Na pewno mają swój język, więc czemu go nie rozumiem?
Bo jesteś idiotką?

Poziome źrenice Kozy wyrażały bardzo wiele (Chcę kapustę! Daj mi kapustę! I wydój mnie wreszcie!) i dziewczynka pokiwała głową.
 - To dziwne. Jak ona mówi – „ona” oznaczało Babę – to rozumiem o wiele więcej. Komuś się rodzi wewnętrzny troll! Ciekawe czemu. Albo ty… Choć właściwie nie mówisz, ale przecież wiem zawsze, o co ci chodzi, a ich nie potrafię rozszyfrować. A tak bardzo bym chciała! – Zerwała się na równe nogi i niewiele się zastanawiając podbiegła do jednego z drzew, po czym objęła je i przyłożyła ucho do pnia, próbując wsłuchać się w coś, co być może tam było. A może nie?
JAKI, u diabła, jest sens tych scen? Może coś było, może nie, może była ptakiem, choć ptakiem nie była, kto to wie, ale czy to ważne, bo tak jest szlachetniej.
Och, i złapcie się za coś, bo okazuje się, że mimo jej usilnych starań drzewa jakoś nie chcą mówić.

I może nasunąć się pytanie [aŁtorko, zlituj się i zapamiętaj – może, ale nie musi!]: czy to ludzka cecha odezwała się w dziecku? Cecha, nakazująca mu badać i próbować zrozumieć coś, do czego nie ma prawa? Czy po prostu dziewczynka nie zdawała sobie sprawy, że nie jest drzewem, bo przecież w ogóle nie zdawała sobie sprawy, kim jest.
Przepraszam, dajcie mi pięć minut… *gugluje techniki relaksacyjne*
Michasiu, na biegunkę słowną zalecam:

Dziewczynka tymczasem pędziła, zapominając się aż w tym pędzie, który miał popęd i bardzo szybko pędził (znowu nasuwa się pytanie: gdzie był edytor i jakie zioła palił, kiedy to sprawdzał?) i rozkoszując wiatrem chlastającym ją po twarzy.
*CHALST PLAST*
Rozkosz indeed.

Czuła się beztroska i szczęśliwa, choć nawet nie podejrzewała, jak bardzo beztroska i szczęśliwa jest w istocie.
Piła sok, ale nawet nie podejrzewała, jakiego smaku.

Oczywiście miała swoje małe problemy, które jej wydawały się poważne, a których inni ludzie, ci z tej „zwykłej codzienności” nawet nie nazwaliby problemami. Ale to tylko kontekst świadczy o mierze niewygody.
W sensie, jej problemem było to, że siedziała na korzeniu i było jej niewygodnie?

Jeden nie ma pieniędzy na wyżywienie rodziny, a drugi odczuwa dyskomfort, jeśli na obiad nie zje pieczeni z jelenia w sosie żurawinowym, i naprawdę cierpią tak samo, gdyż ten drugi nie potrafi wyobrazić sobie większej nędzy. A jeśli nawet potrafi teoretycznie, to nie zrozumie, bo nigdy jej nie zaznał. Ale czy to ważne?
Morał z tego dywagowania taki, że dziewczynka ma problemy, które innym wydają się błahe, w dodatku, tak po namyśle, jej też wydają się błahe, bo w sumie to wszystkim umie się cieszyć, koniec.
Tak? Ja skumałam tyle, że jak jedna osoba nie je nic, a druga coś niedobrego, to są tak samo biedni.
Czujecie to? Ktoś, kto jest bezdomny i ktoś, kto uważa, że ma brzydką kanapę ma tak samo duże problemy!
Noż kurde mać, Michasiu! Czy to tylko ja uważam, że taki punkt widzenia jest obrzydliwy? Przecież nawet ten ktoś, kto nie je pieczeni, gdyby widział osobę, która nie jadła od trzech dni lub więcej byłby w stanie skumać, że ma mniejsze problemy! A dlaczego dzieci, którym mówi się o biednych Afrykanach, natychmiast zaczynają jeść?
AŁtorka usiłowała po prostu zachwycić nas swoją znajomością ludzkiej psychiki, bo psychicznie tacy ludzie rzeczywiście cierpią (swego czasu leciało reality show, w którym zbierano do kupy rozpieszczonych Anglików i przerzucano ich do np. Nepalu, gdzie mieli żyć i pracować w tych samych warunkach, co tubylcy. Widok trzydziestoletniego faceta, który popłakał się, bo tęsknił za prostownicą, był bezcenny), choć nie wiem, pod jakim kloszem mieliby być wychowywani, żeby nie umieć wyobrazić sobie większej nędzy.
Panno Olszańska, rozumiem, co chciałaś tu Czytelnikowi powiedzieć, ale nie rozumiem, po co chciałaś to powiedzieć, właśnie w tej chwili, na prawie setnej stronie książki o niczym, bez żadnej widocznej fabuły.

Być może jest to kwestia minięcia się z powołaniem – zamiast pisać powieści trzeba było postawić na zbiór anegdot w stylu „Modlitwy żaby” de Mello.

Baba obserwowała ją z niemałym zdziwieniem i dumą jednocześnie, że udało jej się stworzyć wychowance świat, jakiego nie ma nikt, a o jakim każdy skrycie marzy: świat lasu, słońca, życia, w którym brak pytań, a wszystko przyjmuje się z radością i zrozumieniem. To skarb żyć w takich warunkach, choć przecież naokoło, za ostatnimi drzewami rozciągał się całkiem inny, wielki świat pytań i niepewności, walki o przetrwanie dużo bardziej zaciekłej niż ta niedźwiedzi czy ptaków. Na tym wielkim polu bitwy dziewczynka żyła w azylu, owiewanym zewsząd przez obce wiatry, ale bezpiecznym, dopóki któryś z nich nie wedrze się brutalnie do środka.
O matko ty moja jedyna.
Nawet nie wiem, od czego zacząć.
Ja cały czas nie rozumiem, co złego jest w rozumieniu świata. Znaczy co, macać drzewa – dobrze, ale rozmyślać o tym, jak to drzewo żyje, jak jest zbudowane – źle?
I wielkie brawa za założenie, że każdy, ale to absolutnie każdy marzy dokładnie o lesie, słońcu i braku pytań. Potrzeba kontaktu z naturą to jedno, zredukowanie człowieka do podgrzybka to drugie. W istocie, wielki skarb, takie warunki.
Fajnie jest czasem nie myśleć – tako rzecze morth. (http://karny-kaktus.blogspot.co.uk/2013/06/shiibuya-morth-12.html

Niespodziewanie dla nas, fabuła kontratakuje.
W nienaturalnej pozycji, całkiem nieruchomo leżała w sianie Koza Stara, a kilka tłustych much łaziło po niej, wzlatując co jakiś czas z podekscytowaniem. Dziewczynka przegoniła je i uklękła szybko obok zwierzęcia, próbując obudzić je, najpierw delikatnie, potem mocniej, ale ciało kozy poddawało się bezwładnie wstrząsaniu, aż w pewnym momencie głowa odskoczyła, ukazując zgaszone, szklane oczy, otwarte, lecz niewidzące.
Hm. Ewentualne zimujące w ich chatynce muchy powinny być, ze względu na porę roku, senne, otępiałe i kimać sobie gdzieś w kąciku. Zastanawiam się, czy rzuciłyby się na kozę, która dopiero co padła i jeszcze nie śmierdziała.
To tak, jakby muchy rzucały się z impetem na mięso, które dopiero co kupiłaś w markecie. No nie, nie robią tego.
Na mięcho jako takie to by się pewnie rzuciły, bo zapach by był, ale koza nie może śmierdzieć bardziej niż zwykle, skoro nawet nie stężała pośmiertnie.

Reakcja małej na śmierć przyszywanej matki jest typowa i zrozumiała: niedowierzanie, szlochanie, ściśnięte gardło i na tym, moim zdaniem, mogło się zakończyć. AŁtorka niestety idzie dalej i serwuje nam typowy dla siebie dramatyzm:
Kliknę sobie jeszcze raz przycisk NOOOO.

Koza Młoda przeraziła się i wbiła gdzieś w kąt, obserwując stamtąd atak bezsilnego żalu, który opętał teraz dziewczynkę, każąc jej wymachiwać bez sensu rękami, łapać się za twarz i piszczeć szaleńczo czy nawet okładać Kozę Starą pięściami, próbując ją w ten sposób ukarać za to, że umarła.
Dziecko czy nie, godny podziwu egoizm.
Ja rozumiem, że po śmierci przyjaciółki czy zwierzątka (lub obu naraz) dziecko jest pogrążone w ogromnym smutku, płacze i takie tam, ale czy to jest to samo dziecko, które dwie-trzy analizy temu rozpruwało z radością ptaka? Rozumiem, że zwierzątko, z którym było się związanym psychicznie to co innego, ale powinna być chyba bardziej pogodzona z takimi sprawami... Czy nie?

Dziecko jak dzika bestia poczęło rzucać się na wszystkie strony i próbowało się wyrwać, odchylając głowę do tyłu na spiętej szyi i zachłystując się własnym szlochem.
Trudno, żeby cudzym. Psioczę na ten fragment, bo już-już byłam skłonna trochę wczuć się w sytuację smarkatej, ale nie zdążyłam. Może gdyby wcześniej zostało wspomniane, że małej zdarza się reagować tak histerycznie, to jakoś bym to przełknęła, ale tak znowu mam przed oczami pannę Olszańską, niemogącą się powstrzymać, by nie wycisnąć z każdej sceny maksimum tragi-patetycznej farsy. Dlatego w ramach uhonorowania tej nieszczęsnej sceny gościnnie wystąpi:
(Beige, Maryboo, pożyczam na chwilę i zaraz oddaję ;)

A dla ciebie, Kozo Stara, minuta ciszy. Żegnaj i niechaj twoja kopytna córka godnie reprezentuje tytuł jedynej pozytywnej postaci tej powieści.
*Milczy*

No dobrze, idziemy dalej. Baba na tę okoliczność po raz pierwszy młodą przytula.
 - Ale… - dziewczynka szeptała, a usta spuchły jej od płaczu – ona była ze mną zawsze, ja… ja tak bym chciała, żeby nadal żyła, ja… Ja nie umiem tego wyrazić! Brak mi słów, nie ma słów, którymi mogłabym to opisać!
…Nie, czemu. Chcesz, żeby nadal żyła. Jak dla mnie konkretnie i wiarygodnie. Acha, uważaj może tylko z nadużywaniem zaimka „ja”, bo jak się Łuśka Pałys dowie…
*Wzdycha*
Wyobrażacie sobie dziecko wychowane w lesie z szaloną starą babą, która wysławia się w ten sposób?

 - Ech… Myślałam, że nauczyłam cię nie bać się śmierci. Tyle ginących zwierząt już widziałaś, tyle sama zabiłaś.
 - Tak. – Twarz dziewczynki wykrzywiła się z goryczą – Widziałam je. Widziałam, jak wierzgają w konwulsjach, jak rzężą, pamiętam, jak ciągnęłyśmy je za nogę lub szyję, jak rozcinałyśmy im brzuchy, jak piekłyśmy je, a potem zjadałyśmy… Ale jej nie będę mogła tego zrobić, nie dam rady!
 - O Maryjo, matko proroka, kto kazał ci to robić?!
O, Baba Nagle-Chrześcijanka.
Lol, taka niekonsekwencja...

 - To nie zrobimy jej tego?
 - Do stu piorunów, jestem może starą jędzą, ale mam jakąś przyzwoitość! Dla ciebie byłby to niemal kanibalizm!
Na wszelki wypadek uważałabym też z rąbaniem przy niej drewna, skoro mała nie jest pewna, czy sama nie jest drzewem.
CO? Myślałam, że powie coś w stylu, że Koza była chora, albo coś... Jasne, nie zrobiły zapasów, lepiej głodować niż zeżreć Kozę, bo Mich... tfu... Meih... tfu, Kundzia ją kochała!
Taktowność Baby, choć na miejscu, jest jak na te okoliczności faktycznie podejrzana.

 - Będzie mi jej brak – wyszeptała. – Tak bardzo… nie wiem, jak to wyrazić, nie mam słów! To jest najgorsze.
Baba zamknęła oczy i myślała przez chwilę, po czym zebrała się w sobie i powiedziała bardzo cicho przez zaciśnięte zęby, jakby własna szczęka stawiała jej opór.
 - Kochałaś ją – rzekła, krzywiąc się, jakby zjadła coś kwaśnego lub jakby przeklęła. Przez chwilę nawet zdawać by się mogło, że chce splunąć. Jeśli tak było, powstrzymała się. Dziewczynka przetarła oczy.
 - Co? Coś mówiłaś?
Baba nabrała powietrza.
 - Nie, nie! Byłaś bardzo przywiązana do niej, to normalne.
 - Byłam do niej przywiązana… - Dziewczynka zmarszczyła brwi, jakby wyrażenie to nie bardzo jej pasowało, Baba jednak uparcie postanowiła nie uczyć jej mówić „kocham”. Słowo to źle jej się kojarzyło. Ile razy przychodziły do niej kobiety, mówiąc: „Ja go tak kochałam, tak kochałam! Tak żeśmy się kochali!” i później kazały sobie usuwać dziecko? Baba była zdania, że miłość robi zbyt wiele złego.
Czy tylko mi ten dialog wydaje się uroczo opkowy? Miłości nie ma, miłość nie istnieje!!! - Zdawał się mówić Babie wewnętrzny gimbus, który o uczuciach wie wszystko.

(…)
 - Dlaczego ona musiała umrzeć? Dlaczego nie mogła zostać ze mną, żeby było tak jak zawsze, przecież ona nie czuła się tu źle, prawda?
Baba zazgrzytała zębami. Trudno było bawić się w księdza, nie poruszając pewnych tematów.
Jakiego księdza i jakich tematów? Przemijanie życia to temat bardzo proeko, czyli jak znalazł dla tej książki. Co właściwie jest nie tak z tą dziewczyną, skoro nie rozumie pojęcia śmierci mimo regularnego zabijania zwierząt?

 - To jest naturalna kolej rzeczy, tak jak zima… O! To dobry przykład. Cieszę się, że go znalazłam.
Niech ci służy.
 - To znaczy, że ona wróci?! Tak jak wiosna, tak jak kwiaty, jak słońce?
 - Eee… nie. Nie dokładnie [czyżbym widziała orta?] [nie nie, on tylko sprawia takie wrażenie] tak. Każda żywa istota rodzi się, później męczy mniej lub bardziej przez życie a mniej lub bardziej przez podatki i umiera, i to jest stały repertuar na tym świecie. Żadnych wyjątków, wszystko proste.
Dlatego dowiadujesz się o tym dopiero teraz, mając ponad dziesięć lat.

 - Cóż… - powiedziała, drapiąc się po karku. – Nikt nie wie wszystkiego. Czyli jednak podświadomie na starość zaczynasz wierzyć w niebo i piekło? <3
 - Dlaczego?
 - O, ja nieszczęsna! Bo nie jest nam to dane i już!
 - To chyba dobrze… W sumie.
 - Co? (…)
 - Bo gdybyśmy wszystko wiedzieli, świat chyba przestałby być ciekawy, przestałby być tajemniczy.
Tajemniczość świata zaś, jak pamiętamy z „Atlantydy”, jest absolutnie kluczowa ;)

 - Byłby prostszy.
 - No właśnie. A to niedobrze. Pewnie są rzeczy, których nie powinno się wiedzieć. Cieszę się, że ja ich nie wiem.
 - A skąd wiesz, że ich nie wiesz?
 - Bo gdybym wiedziała, tobym wiedziała, że wiem.
 - Dobra! Zakałapućkałyśmy się!
Zakałakaka… *blednie, uzmysłowiwszy sobie, że aŁtorka nauczyła ją nowego słowa, którego Word nie podkreśla*
Hałabała.

Tak się zastanawiam, na cholerę Michasia wrzuca te wszystkie idiotyczne słowa, skoro nawet nie stara się stylizować języka na średniowieczny. Nie, Michasiu, wrzucenie kilku rzadszych słów nie doda +100 do Mądrości Twojemu tekstowi. Przykro mi.
A było blisko.

 - Gdybym na przykład miała wcześniej świadomość, że Koza Stara umrze, że musi umrzeć, nie mogłabym z tym żyć, zamartwiłabym się na śmierć i bałabym się każdego nadchodzącego świtu. A to by było złe.
*momentalnie powstaje z popiołów* Muszę zatem być potworem bez serca, bo mimo nieuchronnej śmierci moich futrzanych podopiecznych jestem w stanie iść przez życie bez bycia umysłowo sparaliżowaną. Nie mówiąc już o tym, że o wiele bardziej ceni się to, o czym się wie, że się kiedyś skończy.
Kochajcie chomiki, tak szybko odchodzą.
Znaczy co, spodziewała się, że kurczak, którego morduje własnymi ręcami, umiera, a to, co ona kocha jest nieśmiertelne? Pardon me, to brzmi za bardzo egocentrycznie, jak na mój gust.

 - Ciekawość nie jest zła… Chyba.
 - To zależy. Jeżeli tyczy się pójścia w góry, by zobaczyć, jak wyglądają, lub poznania ziół mogących pomóc przy jakiejś dolegliwości, to wszystko w porządku. Ale czy ścięłabyś drzewo albo zabiła zwierzę tylko po to, by zobaczyć, co ma w środku?
 - Oczywiście, że nie!
Pewnie, po co zadać spokojną śmierć, np. choremu lub staremu zwierzakowi, zobaczyć co ma w środku i w ten sposób móc np. leczyć inne zwierzęta. Jestem jak najbardziej przeciwko bezsensownej przemocy, ale ja pierdzielę, nie można całkowicie negować nauki!

Mała znowu zaczyna płakać, a Baba dochodzi do wniosku, że może pozwolić sobie na uczucia wobec dziewczynki, gdyż ta nie jest zwykłym człowiekiem.
Smarkata idzie następnie nad strumień, a tam…

Niby mówi drzewa szum,
Bom wypiła dzisiaj rum,
Lecz tak cicho, że aż strach,
Bo ten szum był w moich snach.
Oddech swój ja oddam mu,
(Coś świruję dzisiaj tu)
By mu wrócić ciepło w snach…
I zlać swe ciepło w portkach.

Czemu wszystko milczy wokół mnie (coś ci, skarbie, nie wyszło z tym rytmem)
Bo masz już zrytą banię.
Czemu ptaki zimą milczą też?
Bo chowają się jak jeż?
Jak mam znów do śpiewu skłonić je,
Na przykład możesz poczekać na koniec zimy
Gdy dziś w sercu zimno jest i mnie.
FascynująCE.

Zerwała się na równe nogi i oddychając szybko, uniosła dłonie do głowy, rozglądając się nieprzytomnie, bo oto zorientowała się, że zaczęła śpiewać! Naprawdę zaczęła!
…I co, to tyle z żałoby? Szybko poszło.
Of korz, samo jej tak wyszło. Chociaż zna może kilka wiejskich wierszyków.

Tęcza już nie barwi chmur,
Bo z niej jest prawdziwy gbur.
Wciąż jest śnieg, prócz tego nic.
Och, to jest na wodę pic.
Chmury skryły piękno gór,
To pustynia jest, nie bór.
Wszystko zabierając mi.
Och, Ty biedna Merysójko!

Jak powiedzieć mam, że łzy
Niczym szablozębne kły,
W oczy uwierają mnie,
Kryształowe są i złe.
Słów tak bardzo braknie mi,
Ciężko się dziwić, bo wychowała Cię angstująca Baba.
Czy śpiew starczy? Chyba nie!
Mnie od wierszy dupa boli...

Następnie puściła się biegiem przez las, ale nie przestawała śpiewać. Wiedziała, że już nigdy nie przestanie.
Gdzie ten przycisk NO?!

Wiosna blisko, czuję to,
Jest tak blisko, że ho, ho!
Już niedługo przyjdzie tu,
Choć zima się dopiero zaczęła...
Wskrzesi las, ogrzeje go,
Lubię rymy z wyrazów dwuliterowych,
Mnie też doda nieco tchu,
I będzie też dużo mchu?

Może słońce wróci też,
A może tam będzie jeż.
Lecz na razie ciemno jest…
I coraz bardziej fascynująco z linijki na linijkę.
(…)
Spojrzała do góry i bez namysłu zaczęła wspinać się po gałęziach, pragnąc znaleźć się tak wysoko, jak to możliwe, tak wysoko, jak była teraz jej dusza, uskrzydlona, szczęśliwa.
Sic! Przed chwilą zalewałam się łzami i gryzłam, co popadnie, bo umarła moja kozia mateńka, ale pośpiewałam sobie o wszystkim, tylko nie o niej, więc już mi przeszło! <3
Nie, poważnie – są dwa rodzaje ludzi: ci, którzy płaczą za kimś, kogo stracili i ci którzy płaczą nad sobą, bo kogoś stracili. Teraz już wiem, do której grupy zalicza się smarkata.

Jakby tego było mało, panna Skupiona Na Sobie włazi na sam czubek drzewa i tamże śpiewa na cały głos. Panno aŁtorko, faktycznie są pewni ludzie, którzy potrafią wypaść poważnie nawet przy tak pompatycznej scenerii, ale choćby na tym drzewie śpiewała sama Lisa Gerrard, i tak byłabym zażenowana.
Ja jednak, mimo wszystko, czekam na akcję.

Naraz zachwiała się, ledwo łapiąc równowagę, po czym (…) nagle pośliznęła się i z piskiem zleciała z gałęzi.
Mknęła na ziemię plecami w dół, słyszała pęd wiatru wokół własnego ciała. Potem poczuła, że wpada z impetem w coś miękkiego i zimnego, ale dech i tak jej odebrało i zobaczyła tylko, jak z gałęzi zsuwa się kupka śniegu i spada jej na twarz. Zimna. Co? Ona żartuje? Od kiedy niby śnieg jest zimny?! Na jakim świecie ona żyje!?
Leżała tak chwilę, nie mogąc się ruszyć, bardziej ze strachu, niż czegokolwiek innego, po czym (wciąż leżąc, wciąż pod śniegiem, otulona nim szczelnie, a odgłos wiatru dochodził do niej jak zza parawanu) zaśpiewała ostatni raz, bardzo cicho, właściwie szeptem:
Znowu?! Michasiu, wydaj tomik wierszy, a nie znowu wrzucasz te shity w powieść...

Tak cichy jest ten las (HUAHAHAHAHA, TO JEST SZEŚCIOSYLABOWE, A RESZTA PIOSENKI JEST SIEDMIO-! YOU FAILED!)
Tak jak mój cnoty pas
Spokój niesie biały puch
Z niego zbudowany duch
W pieśni ciepło swoje mam
Więc ci taki pomysł dam:
Zachowaj je dla siebie!
Zimno może więc być tu…
To fascynujące.

Wiatr niech hula, jeśli chce…
Niech wydmucha także mnie.
Jeśli zmarznę, to już wiem…
Ciężko żebym nie wiedziała.
Będę mogła okryć się
Pieśnią moją i… mym snem…
Bo to ciepłe koce są.

Zdradzę Ci tajemnicę: wyrazy więcej niż jednosylabowe też się rymują! Serio!
Toć i tak za dobrze jej idzie. Nie tak dawno dwie linijki to był max, a teraz patrz, jak zasuwa.
*kołysze się histerycznie nad rzeką* widziałam resztę książki... Tam jest więcej tych wierszy... więcej... więcej...

Czy młodociana pójdzie po rozum do głowy i wygrzebie się z tego śniegu, zanim skończy się jej powietrze? O tym już wkrótce w następnej części.

14 komentarzy:

  1. Ej, Baba nie była chrześcijanką, skoro "Maryjo, matko PROROKA" - według doktryny chrześcijańskiej, Jezus jest Bogiem. "Maryjo, matko proroka" sugeruje raczej Islam ;)

    Analiza zacna. Ale jak znam życie, przypomni mi się jutro w kolejce do psychiatry...

    Bohrze, tylko nie WIERSZYKI.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, faktycznie, Maryjo, matko PROROKA... Wait, skąd tak wcześnie w niemieckich (póki co jest to najbardziej prawdopodobne miejsce akcji) stara muzułmanka? Mixie zagina czasoprzestrzeń.

      Usuń
    2. Raczej jest to powiedzonko z kręgu Judaizmu

      Usuń
  2. Drama Llama już nam niepotrzebna, więc przekazujemy ją w schedzie; niech Wam służy!

    Wewnętrzny gimbus Baby doprowadził mnie do łez.

    No dobrze, a teraz na serio: o czym jest ta książka? Jestem całkowicie poważna. Czy to dzieło ma jakąkolwiek fabułę? Czy tu się coś wreszcie zacznie dziać? Czy pojawi się jakiś tru loff? Czy zmierzamy do logicznego finału? Tyle pytań...

    Maryboo

    OdpowiedzUsuń
  3. Analiza świetna - jak zawsze :)
    Czy tylko ja zwróciłam uwagę, że czasami aŁtorka kończy swoje (abo raczej swojej bohaterki) przemyślenia zwrotem "Ale czy to takie ważne?
    W samym tym fragmencie co najmniej dwa razy.
    pozdrawiam
    Norsevia

    OdpowiedzUsuń
  4. Sorry, że tak podwójnie, ale muszę dopisać:
    widziałyście okładkę "Zaklętej", która jest użyta na stronie lubimy czytać. Ja kojarzyłam tylko tą zieloną, ale jak zobaczyłam nową to padłam. Polecam zajrzeć :)

    http://lubimyczytac.pl/ksiazka/73360/zakleta

    Norsevia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Matko sadzonko, ona chyba tę Kozę Starą ostrzygła i z jej wełny uplotła sobie ten, hm, warkocz. Chociaż możliwe, że jednej kozy byłoby za mało.

      Alva

      Usuń
  5. Halucynacja, hemoglobina, dwutlenek węgla, taka sytuacja. (zbliżone do fabuły Zaklętej).

    OdpowiedzUsuń
  6. Jakby sobie autorka posiedziała na przystanku w okolicach Morskiego Oka w czerwcu koło 21.00,to by jej te noclegi na górze z głowy wywietrzały.
    Baba niemal bez wytchnienia narzekała na niedostatek zapasów, spowodowany „tą przeklętą wędrówką w góry”, ale dziewczynka skakała z radości, witając śnieg jak dawno niewidzianego przyjaciela - że co ?W średniowieczu?!Taa,chłopi zbiorowo spacerowali po górach i filozofowali,kto by tam zapasy robił.
    Nie, no ja rozumiem,że ludziom trudno byłoby zjeść ukochanego psa,ale tą kozę po coś trzymały.
    I ręce precz od chomików.
    Chomik

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja pierdzielę, ta książka to nie jest zwykłe nudzenie, to jest irytująco nudne - przepraszam za wyrażenie - pierdolenie o niczym.

    "Jakby tego było mało, panna Skupiona Na Sobie włazi na sam czubek drzewa i tamże śpiewa na cały głos. Panno aŁtorko, faktycznie są pewni ludzie, którzy potrafią wypaść poważnie nawet przy tak pompatycznej scenerii, ale choćby na tym drzewie śpiewała sama Lisa Gerrard, i tak byłabym zażenowana."
    Chyba że to by była Pocahontas, jej to dobrze wychodzi i jej wolno. Kundzia to w ogóle jest taka nieco disnejowata... ale w tay złym znaczeniu akurat. No i wtf, spadła z samego czubka drzewa, i nie dość, że nie zaczepiała i nie odbijała się po drodze o niższe gałęzie i konary, to jeszcze nic sobie nie zrobiła przydzwaniając w ziemię. I se leży pod śniegiem... To dziecko jest jakieś nie takie :/.

    Krakatoa

    OdpowiedzUsuń
  8. Hmm... ja coś tak myślę, że Ałtorka w trakcie pisania dzieua jadła tylko ziemniaki i po prostu miała halucynacje z niedożywienia... :D

    Analiza zacna :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Kundzia mnie wnerwia. Amen.
    Jeśli aŁtoreczka Michasia się z nią utożsamia... to dziwne. No... ale już prędzej z Kundzią niż z Babą... znaczy chyba.
    Analiza kwikogenna ;D
    I błagam... dokończcie "Erasiowe Przygody", bo z niczego innego się tak nie śmiałam :>
    Pozdrawiam!
    Niech kozy będą z wami ;P
    Cillianna

    OdpowiedzUsuń
  10. Gdyby nie wy juz bym zasnela... Matko ale ta ksiazka jest nuuudna i jakie bezsensowne wierszyki iiiii *wali glowa w sciane*
    Analiza swietna i prosze o dokonczenie erasia :p

    OdpowiedzUsuń
  11. " Seriously. I don't give a shit. *pada na kolana* Rób sobie, co chcesz, myśl, o czym chcesz. Tylko błagam, BŁAGAM NA KOLANACH, NIECH COŚ SIĘ ZACZNIE DZIAĆ! Michasiu, kreowanie Merysójki poprzez wielostronicowe opisy, które można streścić w kilku zdaniach naprawdę nie sprawią, że Twoja postać będzie lubiana i interesująca! Sprawią, że nie będzie nikogo obchodziła! Nawet głupia, butna i bezczelna Sakórcia z durnych blogasiów wzbudza więcej uczuć (co prawda negatywnych), niż Twoja królewna. Tamtych nie lubię, nienawidzę i irytują mnie, ale Twoja dziewczynka nie wzbudza we mnie żadnych emocji! W du** mam, czy coś ją potrąci, czy zleci z tej góry, czy Baba ją w końcu zabije. Naprawdę, nawet w momencie, w którym wymyślała głupie piosenki, niczego wobec niej nie czułam.
    Ta książka jest jak Moda na sukces: ominiesz kilka stron – i tak wiesz, o co chodzi.
    *kaszl kilkadziesiąt kaszl*"

    Ja tam jakoś nie wiem, o co chodzi, nawet bez omijania stron!
    Analiza po prostu genialna, chyba przeczytam wszystkie Wasze posty na tej stronce. Jak na razie widzę siedem części pochodzących z Roku Pańskiego 2013. Czy zamierzacie brnąć w to dalej? Jeśli tak, to szczerze podziwiam :D

    Ender

    OdpowiedzUsuń