Czarne owce literatury czyli analizy ZŁYCH książek: sierpnia 2013

wtorek, 27 sierpnia 2013

Krzesło, które było Puste, czyli "Powieść antymagiczna" część 4

Matko świnto, jestem kretynką. Pokrzywka Tacz jeszcze na początku lipca mi przysłały zapas analiz "Anhara", a ja o tym ZAPOMNIAŁAM. W ramach przeprosin dla obu stron (analizatrek i czytelników), dziś oba rozdziały, które napisały, a ja się kajam i idę biczować w kącie. :c Miłej lektury!




ROZDZIAŁ VI

Trzy konie, wypoczęte i najedzone świeżą trawą, biegły równo, jakby im sił przybyło. Konie Lupusa i Kreaturra, choć piękne i rącze, pozostawili na wrzosowiskach, bo - jak zgodnie zauważyli Teresa i Gordoneo - za bardzo przypominały swoich właścicieli...
Innymi słowy, jeden koń posiadł umiejętność czytania z dłoni, a drugi ujadał, zamiast rżeć.
O ile nie wysłali gołębia do królewskich stajennych z poleceniem, aby te konie zgarnęli, to myślę, że neutralne słowo „pozostawili” powinno zostać zastąpione przez znacznie bardziej adekwatne „porzucili”. Who’s with me?

Tymczasem słońce południa wyglądało na niebie niczym świetlisty klejnot. Gdyby nie kłębiące się w głowach wędrowców przedziwne, niepokojące myśli, wszyscy troje śpiewaliby pewnie z zachwytu pieśni na cześć świata i otaczającej ich przyrody.
*parsk*
Że się zainspiruję:
Kreaturro spopielony,
ścierwo Wilka dziobią wrony,
Gordo z werwą sobie psioczy.
Kurwa! Co za dzień uroczy!

- Myślę, że to szalony pomysł, Gordoneo, ale mnie bardzo się podoba! - rozmyślał głośno książę, uśmiechając się przy tym do Teresy - Będę wreszcie mógł na własne oczy zobaczyć prawdziwe życie moich poddanych. Przyjrzeć się z bliska krainie buntowników!
No. Nie spotniej pod pachą.
Tak się luźno zastanawiam, skoro wszyscy naokoło wiedzą, że Medesa to siedlisko buntowników, jak to jest, że jaśnie (ciemnie w tym przypadku) król nic z tym nie zrobił?

- Mówisz, jak młodzieniec, panie - Gordoneo nie podzielał książęcego entuzjazmu.
O, z dupy przecinek.
Książę mówi jak młodzieniec, którym przecież jest. Gordoneo gdera jak stary piernik, którym przecież jest. Teresa milczy jak służąca, którą przecież jest.
Puenta…?
Puenta? A nie bawimy się w Kapitana Oczywistość?

- Czy jesteś szczęśliwa, Tereso? - książę zwrócił się teraz do milczącej i cichej w czasie podróży dziewczyny.
- O tak... - odpowiedziała zamyślona - z wielu powodów!
- Jedziesz do rodzinnego domu, to rozumiem. Czy zdradzisz mi, co jeszcze tak ciebie napawa szczęściem?
Teresa, pokonując zawstydzenie, podniosła na królewicza śmiałe oczy
Widzicie lisiczkę, niby się wstydzi, ale śmiało w oczy patrzy.
Się wstydzi, bo zakochana, a się patrzy, bo niewychowana. Ano właśnie, czy nasz książę jako następca tronu królewskiego nie powinien być zwany królewiczem właśnie?

- Jestem wolna! Jadę na pięknym, rycerskim koniu, o jakim marzyłam jeszcze w domu mego ojca... Ach! Dzięki, mistrzu Gordoneo, żeś dosiadł biednej klaczy!...
Biednej, bo jechała na niej Teresa, czy biednej, bo teraz jedzie na niej Gordo?
Biednej, bo jak zacznie wydziwiać, to ją też „pozostawią” na wrzosowisku.

Dzięki, mistrzu Gordoneo, żeś dosiadł biednej klaczy!... Nie lękam się ani pałacowych intryg, ani nawet samego Gedesa! Cóż mogłoby się zdarzyć piękniejszego takiej prostej dziewczynie jak ja?
Czy trzecie zdanie tutaj ma bezpośredni związek z drugim?
Tak. W sensie „cóż mogłoby się zdarzyć piękniejszego takiej prostej dziewczynie, niż nielękanie”.

- Prosta dziewczyna, co nie boi się Gedesa, ale boi się królewskich magów, którzy sami trzęsą się przed Gedesem? –zaczynasz przemawiać zagadkowym językiem mistrza Gordoneo, Tereso!
…Brawo, książę! Jeszcze będzie z ciebie analizator!
To już kolejny raz, jak w środku czyjejś wypowiedzi pojawia się zagadkowy myślnik. Myślałam, że to taki jednorazowy błąd, ale wygląda na to, że się dziadostwo rozprzestrzenia. 

- I jak mistrz Gordoneo odpowiem: to proste! Nie boję się Gedesa, bo wierzę, że Ten Sam jest od niego potężniejszy... Boję się natomiast sług Gedesa, którzy z mroku swego serca wyprowadzają na świat czyny haniebne i straszne, przed jakimi drży każdy myślący człowiek...
No tak. Bo każde wyznanie byłoby spoko, gdyby nie ci okropni wyznawcy ;P
Zauważ, że drżą wyłącznie ludzie myślący. Widać Tereska też podziela kontrowersyjną opinię, że głupim jest w życiu łatwiej.

- A więc ty także...? - zdumiał się książę, a jego głos zabrzmiał jakąś nową, jakby wesołą barwą... - Dlaczego dla was obojga wszystko jest proste, a dla mnie takie kręte i niezrozumiałe?
Bo widzisz, drogi książę, oni idą chodnikiem, a ty ścieżką rowerową.

Otóż przyszło księciu do głowy, że jako sługa Gedesa i syn Najwyższego Maga, nie może bezkarnie porzucić magii... (*ze współczuciem* Tatko gotów wydziedziczyć, co?) Zresztą, dlaczego miałby to robić? (Żeby ŻYĆ, durniu.) Dobrze, powiedzmy, że dlatego, iż Ten Sam nienawidzi magii... Ale co on - młody czarnoksiężnik - dostanie w zamian? Porzucić magię z lęku przed rażącym piorunem Tego Samego? Nie! Odważne serce królewskie od razu odrzuciło tę niską, dobrą dla woziwodów, cenę...
Omujborzecojaczytam. Zmienić wyznanie, żeby ocalić życie? To dobre dla woziwody!
Nie nazwałabym tego ceną, tylko stawką. I chyba jednak wysoką, skoro w grę wchodzi twoje życie, również po śmierci.

Książę/królewicz myśli sobie dalej, aż tu nagle słyszy głosy.
„Należy bać się Gedesa, jeśli jest się sługą Gedesa!" - usłyszał nagle głos pochodzący nie wiadomo skąd.
Rozejrzał się. Teresa i Gordoneo rozprawiali o czymś, prowadząc swoje konie łeb w łeb, pół minuty drogi za księciem.
Oblicz: ile długości konia jechali za księciem Gordo z Teresą, jeśli zrównanie się z nim zajęłoby im równe pół minuty?
To zależy, ile wynosi przeciętna długość konia.

- Kto zatem to powiedział? - zdziwił się Anhar na głos, jak przystało na prawdziwego boChatera i poczuł w skroniach dreszcz emocji...
Ja tam dreszcze emocji odczuwam raczej w brzuchu albo na plecach, ale to ja.

- Czy... to Ty?
- Nie. To My. Twoja osobowość mnoga.

„Zapytaj Gordonea, skąd się wzięła magia!" - usłyszał znowu.
Masz, Gordek, przyklej sobie na czoło.
…Jak to, to Anhar tego nie wie? A myślałby kto, że kiedy całe życie uczysz się o magii, kwestia jej pochodzenia wypłynie jakoś tak… na pierwszej lekcji.

Chwycił w locie tę myśl i wtedy zrozumiał: ależ tak! Ten głos mieszka we mnie! Nie jest żadnym głosem z zewnątrz, nie jest też moim głosem... A jednak mieszka we mnie i zna mnie. Brzmi, jakby wszystko wiedział...!
Oczywiście. Ja również, ilekroć słyszę głosy, nie martwię się, bo wiem, że mieszkają we mnie. To dobre, porządne głosy. Szanują moją głowę, przestrzegają ciszy nocnej i regularnie płacą czynsz.

Jestem pewien, że spał w moim sercu od zawsze, od dnia narodzin, teraz się przebudził, i bez względu na to, czy mi się to podoba, czy nie – głos potrafi odkryć przyszłość tak dokładnie, jak żaden z największych czarów!
Supcio. I’m feeling it.
To już czary same poznają przyszłość? Nawet nie potrzeba do nich maga?
Ajtam, na liście rzeczy wymagających wyjaśnienia w tej książce są o wiele poważniejsze pozycje. Na przykład jak, u licha, książę doszedł do powyższych wniosków?

- Nie odchodź! Nie odchodź! - szeptał uszczęśliwiony. Wiem, Kim jesteś!
Książę wie, to Kim jest.
Co za Kim?

- Proponuję, panie, abyśmy w domu Teresy przedstawili się jako dworzanie Magissimusa. Nie sądzę, by groziło nam jakieś niebezpieczeństwo, ale dostojni magowie - nie mówiąc już o królewskim synu we własnej osobie - wzbudziliby zbyt duże zainteresowanie.
Zapamiętajmy.

W Medesie co i rusz natykają się na jakieś przedstawienia, Tereska wyjaśnia więc Anharowi, że mieszkańcy praktycznie żyją tu teatrem, który jest o niebo lepszy od jakichś tam zamkowych pokazów.
- (…) Tutaj teatr jest czymś zupełnie innym. Przekonasz się, jeśli zechcesz wybrać się ze mną...
*wink wink*
Tylko nie zapomnij wziąć go za rękę. Wiesz, żeby się czasem nie zgubił.
Pałacowa służąca zapraszająca księcia na randkę. Albo klasy społeczne są w „Anharze” czysto teoretyczne, albo wszystkie są sobie równe, bez podziału hierarchicznego.
To nie tak. Hierarchia jest, ale klasy są tylko dwie: Ci, Którzy Mają Władzę i Reszta. Anhar, jako że nie przeszedł jeszcze wtajemniczenia, mimo swego tytułu nadal należy do Reszty razem z Gordem i Tereską.

- Jesteśmy na miejscu! Witajcie w Domu ze Srebrną Bramą!
Zarówno Gordoneo jak i Anhar wstrzymali konie, zaskoczeni. Przed nimi jawił się niezwykły obraz:
- Czy nie żartujesz, Tereso?
…Zaraz, a gdzie ten obraz? Widzę tylko skonsternowany dwukropek.
Bo pod nim miał być link, wiesz, z takich, co to się je w opkach stosuje, ale zapomnieli wstawić.
*wzdychając* Jak zwykle wszystko na mojej głowie… Ehm, ehm, był to Dom ze Srebrną Bramą. Wyglądał on tak.
…Brama nie jest srebrna.
Awłaśnieżejest, tylko po ciemku nie widać!>.<

- To chyba najpiękniejszy dom w mieście?! - westchnął zachwycony Gordoneo.
- Nieee... jest jeszcze Willa Siedmiu Fontann i Willa z Irysowym Ogrodem i... i wiele innych równie pięknych, a na pewno znacznie większych! - próbowała tłumaczyć, zażenowana, modląc się w duchu, by Gordoneo nie skojarzył zaskakująco dorodnie wyglądającego domu z faktem, że z królewskiego pałacu wciąż znikały srebra…

Drzwi otworzono niemal natychmiast. Najwyraźniej oczekiwano tu gości!
No. Jeśli wszyscy mieszkańcy Medesy dysponowali głosami odgadującymi przyszłość, pojęcie niespodzianki właściwie tam nie istniało.

Zanim książę i Gordoneo zdołali ochłonąć, Teresa znikła wśród uścisków i śmiechu młodzieży. Służba (to już i służba ma służbę…?) ubrana w białe i błękitne szaty rozsiodłała i odprowadziła konie, a przed wędrowcami stanął mężczyzna o włosach długich i miękkich jak jedwab, poskręcanych w długie, dostojne loki. Jego broda, według tutejszego zwyczaju podzielona na dwie części, spadała na piersi, zdobiąc szlachetną, karminową suknię i płaszcz tego samego koloru.
W tej książce chyba tylko płeć brzydka dostępuje zaszczytu posiadania porządnego opisu zewnętrza.
I nawet nie jest brzydka.

- Witajcie w niskich progach, zacni mężowie! - ukłonił się dwornie. - Przyjaciele mojej córki zawsze będą w tym domu najmilszymi gośćmi, więc odpocznijcie, proszę, posilcie się i zostańcie z nami, jak długo macie ochotę! - to mówiąc, otworzył na oścież skrzydła srebrnej bramy.
…Przecież „drzwi otworzono niemal natychmiast”. Więc to nie były te wejściowe?
Nie, to były pierwsze drzwi, prowadzące do bramy, prowadzącej do drzwi wejściowych.

Okazuje się, że ojciec Teresy dobrze wie, kim jest Gordoneo, bo córuchna wspominała mu o wszystkim w listach, które pisała do niego z pałacu - stąd wyczekiwanie na gości z okiem przyklejonym do wizjera. Zabawne, że Tereska zapomniała o tym wspomnieć, kiedy umawiali się, że będą udawać dworzan i fokle.
Gordoneo natomiast wyraża zdziwienie, że córka bogatego gościa pracuje jako służąca. Dziwimy się i my. 

- To bardzo smutna historia i długa, a więc opowiem wam ją innym razem.
…Aha.
A tak liczyłam, że nie długa, nie krótka, lecz w sam raz.

Teraz wypocznijcie, możni panowie, i przygotujcie się. Tu za obrazem są drzwi do kolejnej komnaty, a w niej łoże godne ciebie, panie - mężczyzna zwrócił się do księcia z ukłonem.
Dafak? Czemu te drzwi schowane są za obrazem?
Sypialnia dla jednego pana, obok sypialnia dla drugiego pana, a między nimi sekretne drzwi… Hmmm…
Ty weź =_=.



ROZDZIAŁ VII


Umieszczona na parterze przestronna jadalnia rozświetlona była tysiącami świec z pszczelego wosku, który, skropiony różanym olejkiem, wydawał z siebie woń nieporównywalną z żadną inną na świecie. Haftowany srebrem obrus, naczynia, rzeźbione sztućce, szklanki, wazony i świeczniki - wszystkie lśniły barwami domu, a więc szkarłatem, błękitem i bielą. Dorodne owoce mango, winogrona, świeże figi, agresty i krojone wymyślnie ananasy, wreszcie czerwone pomarańcze (…).
Wśród wielu domowników i nie mniejszej liczby zaproszonych gości (co poznać było można po odmienności koloru rodowych szat) uwijała się służba, podając w pucharkach wodę do obmywania rąk i lniane ręczniki, wnosząc cudownie aromatyczne potrawy lub opróżniając stół kiszki z naczyń już zbędnych.
Ja tylko mam nadzieję, że nie okaże się potem, że cały dobrobyt ludzi Medesy bierze się z oddawania czci Temu Samemu.

Za to krzesło Teresy - ustawione z lewej strony ojcowskiego fotela, obok krzeseł rodzeństwa - prawie cały czas było Puste
Le Puste. The Krzesło.
Na Puste krzesła lepiej uważać…

Jedzą, piją, głupa palą, aż przychodzi pora na występ Teresy. Dziewczyna wkracza z wielką księgą i, ku zdumieniu Anhara, nie wyciąga z niej magicznie białego królika, lecz zaczyna ją czytać na głos. Księga składa się z pieśni, których przesłanie jest subtelnie monoteistyczne.
Trudno powiedzieć, aby książę rozumiał coś z tak trudnej poezji, zwłaszcza że - w przeciwieństwie do śpiewu - była to sztuka raczej niechętnie używana w pałacu Magissimusa.
*parsk2*
O ile pieśni na dworze królewskim nie były na poziomie „Sally w ogródeczku”, to naprawdę nie jestem w stanie tego zrozumieć. Zwłaszcza, że przytoczony w książce fragment bynajmniej trudny nie był.
Może te ich „pieśni” to było tylko takie posępne, jednosylabowe zawodzenie?


ROZDZIAŁ VIII
Dziwny dom - myślał Anhar, bez trudu wędrując szerokimi korytarzami. - Wszystkie drzwi pootwierane są na oścież, nikt nie pyta, dlaczego włóczę się sam i obcy, nikt nie ścisza głosu, kiedy przechodzę...
Ale tak wszystkie drzwi? Te od toalety też?
Ekshibicjoniści! o_O

Mimo woli przypomniał sobie korytarze pałacu swego ojca. (…) zawsze należało się spodziewać, że zza uchylonych drzwi, zamkniętej szafy albo z bocznego korytarza wyskoczy nagle ktoś lub coś, co - zanim rozbawi - przestraszy, czasem do trzewi.
Na przykład to?
Anhar musiał mieć… specyficzne dzieciństwo.

- Jest! - szepnął do siebie uradowany, dostrzegając białopurpurową suknię Teresy, która właśnie stanęła w drzwiach ostatniej komnaty. Sączył się stamtąd czerwonawy blask, więc książę miał ochotę zajrzeć do środka przez ramię dziewczyny, tak wszystko wokół wydawało mu się intrygujące, ale zamknęła drzwi.
Czerwonawy blask? Zamknięte drzwi w domu bez zamkniętych drzwi? Czyżby w domu Tereski skrycie prowadzono burdelik?
Nie, to był blask czeluści piekielnych. Tereska jest podwójnym agentem i oddaje cześć Gedesowi w oddającej cześć Temu Samemu Medesie.

Anyway, dziewczyna szybko odsuwa księciunia od podejrzanych drzwi i, żeby odwrócić jego uwagę, zaprasza go na wieczorny spektakl, mający odbyć się w ogrodzie.

- Będę zaszczycony! - odparł dwornie Anhar, skłaniając głowę przed Teresą.
- O, panie, to my będziemy zaszczyceni, mogąc ucieszyć twoje oczy szlachetną sztuką teatru, od wieków umiłowaną przez mieszkańców wiernej Magissimusowi Medesy...
Te ostatnie słowa wypowiedziała jakby wbrew sobie, więc zabrzmiały trochę nieprawdziwie, ale księcia zastanawiało już co innego
Mnie natomiast zastanawia, po co ta cała szopka – z uprzejmości? Tereska po drodze praktycznie przyznała się do innowierstwa, w pałacu huczy od plotek na temat zbuntowania się Medesy, co Gordo w sumie potwierdził w swojej opowieści… no to osochosi?

- Twój sposób przemawiania i maniery Tereso, dalekie są od tego, co oglądałem w pałacu Magissimusa! Czy jest na to jakieś rozsądne wytłumaczenie?...
- W pałacu Najciemniejszego, książę, jestem służącą mistrza Gordoneo. Nikt nie wymaga ode mnie manier, kiedy czyszczę w piwnicach królewskie sztućce (ha! Mówiłam, że ma swobodny dostęp do sztućców!), ani dystyngowanej wymowy, kiedy pytam mistrza o to, czy woli comber, czy drób na obiad...
- W takim razie to jakieś nieporozumienie, Tereso… (…) nie musisz być damą dworu mojej matki, ale chociaż starszą pokojową albo... czy ja wiem?
- Ależ panie! - roześmiała się nieoczekiwanie i swobodnie Teresa - wybacz śmiałość, ale wygląda na to, że ty, syn królewski, niewiele wiesz o rzeczach zwykłych, które rządzą pałacowym życiem... Ja jestem tylko córką starego, może i zasłużonego niegdyś rodu, ale w pałacu Magissimusa służba wywodzi się wyłącznie ze szlacheckich domów! W twoich, panie, stajniach, w twojej kuchni, garderobie, piekarni, spiżarni, w twoich komnatach sprzątają, piorą i gotują Magissimusowi sami najznamienitsi i szlachetnie urodzeni służący! Jest wśród nich wielu filozofów, wielu medyków, wielu poetów... Są córki rycerzy i synowie bohaterów... Każdy ród legitymujący się nadanym przez przodków Waszej Książęcej Mości herbem ma obowiązek zgłosić na służbę Magissimusa pierworodnego potomka i większość z nich, nawet dzieci, pozostaje na tej służbie przez całe życie... Dlatego też nie poczuwam się do odpowiedzialności za ewentualne zawoalowane zniewagi i spontaniczny zanik szacunku dla twojej osoby, panie, boś jak na syna królewskiego strasznie niedoinformowany i ojcu wstyd przynosisz.
Zmuszanie ludzi do ogłupiającej pracy poniżej ich kwalifikacji? Ten Magissimus to ma sporo ze współczesnego pracodawcy.

- Nikt nie obwinia ciebie, panie, o to, co dzieje się w pałacu Najciemniejszego... Ty jesteś tylko młodzieńcem... W dodatku cały swój czas poświęcasz magicznym księgom albo - tu zawahała się - polowaniom. Nie możesz więc dzielić go na sprawy przyziemne, dotyczące służby...
Czytaj: jesteś tylko marionetką na sznurkach, niczego się po tobie nie spodziewamy.

- A więc ty, mimo wszystko, masz jakąś nadzieję? Na co? Że zamiast raz na pięć lat, będziesz mogła raz na cztery lata zobaczyć się z rodziną?
- O nie - uśmiechnęła się na chwilę - obiecałeś, że za twojego panowania to prawo ulegnie zmianie...
- Obiecałem? Ach tak... alem już zapomniał…

- Dlatego moja nadzieja nie opiera się na zamianie jednych magicznych sztuczek na inne, tylko na zamianie magicznych sztuczek na... prawo wypisane najgłębiej, bo w wewnętrznym głosie serca...
Anharowi wydawało się, że niewiele z tego wszystkiego rozumie
No cóż, książę, myślę, że śmiało można już powiedzieć, że umysł masz ścisły, nie humanistyczny.
Nie ścisły, tylko ściśnięty. I to mocno.
(Inna rzecz, że jak Tereska czasem coś palnie…)

Bystry umysł syna królewskiego pracował znów jak doskonały mechanizm.
O, istnieje więc i bystry syn królewski? A nie mógłby zastąpić Anhara?

Spojrzał na Teresę i powtórzył jej wypowiedziane wcześniej słowa:
- „Dlatego moja nadzieja nie opiera się na zamianie jednych magicznych sztuczek na inne, tylko na zamianie magicznych sztuczek na prawo wypisane najgłębiej, bo w wewnętrznym głosie serca"... Tereso? Czy ty w ten sposób rzucasz wyzwanie Gedesowi? Czy chcesz powiedzieć, że masz nadzieję, iż miejsce Gedesa zajmie kiedyś Ten Sam?
- Bogowie, którzy nie stworzyli tej ziemi i tego nieba, znikną spod tego nieba i z tej ziemi - wyrecytowała melodyjnie, a w uszach Anhara słowa te nie zabrzmiały już jak tajemnica, pełna nieznanego wdzięku poezji, ale jak proroctwo!
To strashne!
Nigdy nie miałam wielkich wymagań wobec poezji, ale nawet ja ustawiam poprzeczkę wyżej.

Pierwszy raz w swoim młodym życiu poczuł na plecach wilgotną rosę potu. Potu, którego powodem był strach! Głos wewnętrzny powtarzał w nim teraz wyraźnie: „Sługa Gedesa powinien bać się Gedesa". Anhar - jak żyjący przed nim i współcześni jemu magowie - przez całe życie służył Gedesowi. Służył wszystkim: wiedzą, marzeniem, sercem i ciałem. Anhar od zawsze był zatem sługą Gedesa!


…Tak?

Zaraz, to już koniec rozdziału?

Och, okej, eee… trochę nas wzięto z zaskoczenia. No dobrze, to my już sobie w takim razie pójdziemy. Do następnego i… *sprawdza ukradkiem w ebooku*
…No tak, to pa.


wtorek, 20 sierpnia 2013

Świat według Michasi czyli Zaklęta, część 7

Witajcie w kolejnym odcinku Świata według Michasi! Dla przypomnienia, zostawiliśmy naszą uroczą pannicę leżącą w śnieżnej zaspie po upadku z drzewa. Można by znowu zabawić się w „Co ona teraz zrobi”, ale chyba wszyscy się domyślamy: nie, młodociana nie wygrzebuje się spod śniegu – ona w nim zasypia. Zasypia. Leżąc, że napomknę, „otulona nim szczelnie”, z kupą śniegu na twarzy. Oczywiście nie ma mowy o uduszeniu, ani jakichkolwiek innych potencjalnych następstwach, choćby katarku na drugi dzień, omijamy zatem ten fragment szerokim łukiem i wkraczamy w zupełnie nową część książki – merysójka dostaje sidekicka!

- Mam coś dla ciebie. – Baba położyła delikatnie to coś na podłodze i dziewczynka zobaczyła śmieszne, brązowo-czarne stworzonko (…).
 - Co się stało temu niedźwiadkowi?! – spytała z przerażeniem, patrząc na pokryty zmarszczkami pysk i dość pokraczne ciałko. Na te słowa Baba zaczęła się tak śmiać, że aż musiała zaprzeć się o ścianę, by nie zatoczyć się do tyłu i nie spaść ze schodów. Dziewczynka poczuła się głupio.
 - To nie jest niedźwiedź, dzieciaku!
 - A co?
 - To pies. Szczeniak rasy św. Huberta i zapewniam cię, że wszystko z nim porządku.
A Baba zapewne znalazła go w lesie, przywiązanego do drzewa, bo mieszkającej po sąsiedzku szlachcie spieszyło się na wakacje. Albo pobliska wioska trudniła się hodowlą. W każdym razie z pewnością istnieje racjonalne wytłumaczenie jak, na bora, kobita zdobyła tego szczeniaka w przeciągu doby.
Fun fact: Goofy i Pluto również są psami św. Huberta.
Nie mógł być prosty kundelek, musiał być rasowy, mimo że nie ma opcji, by Baba była w stanie takiego zdobyć.

 - Mogę go zatrzymać?
(...)
 - Jest twój. Nazwij go jakoś, psy są głupie i trzeba by imienia, żeby się słuchały.
Gdybym była złośliwa, to bym powiedziała, że Michasia też ma imię.

- Jak to: „nazwij go”? Co to znaczy? Co to „imię”?
*głosem jak syrop klonowy* A skąd ty, moje słoneczko, wiesz, że poprawna forma to „imię”, a nie np. „imień”?
Bo studiowała staro-cerkiewno-słowiański i WIE, że rzeczowniki, których temat w mianowniku kończy się na –mię mają rozszerzenia tematowe! :D

 - No, trzeba go jakoś określić… Tak jak była Koza Stara i Koza Młoda!
No to ja ni w ząb nie rozumiem, czemu to nie może być Pan Szczeniaczek.

Widząc, że na wzmiankę o Kozie dziewczynka posmutniała, dodała szybko: - To po to, żebyś mogła zawołać go, jak będziesz chciała.
Jak to rozumieć: imiona służą wyłącznie wołaniu kogoś, czy też wołanie jest niemożliwe w przypadku osób bezimiennych?
(A Baba przez te dziesięć lat ani razu nie musiała smarkatej zawołać. Ofkors.)

Kundzia nazywa psa Góra, taka jest kreatywna. Fragment rozmowy na ten temat jest ópojny:
 - Nazwę go Góra.
 - Góral?!!!
 - Nie, Góra. Co to „góral”?
 - A, takie coś. Dziecko, ty masz jakieś zboczenie z tymi górami!
Podsumowując:
 - Kto to jest „baba”?
 - E, takie COŚ.
Mała ma fioła na punkcie gór, słyszy o czymś, co się nazywa niemalże identycznie i reaguje z zainteresowaniem mniej niż umiarkowanym. Ta Baba zabija wrodzony pęd do wiedzy skuteczniej niż polski system szkolnictwa.
Imię psa jest w sumie zrozumiałe, chociaż byłam święcie przekonana, że nazwie go Niedźwiedź.

Kundzia pokazuje psu góry i mówi do niego:
 - Widzisz? – spytała. – Tam są góry. Najpiękniejsze, co jest na świecie. Zaśpiewasz ze mną dla nich? – Kołysząc lekko pieska, zaczęła nucić trochę żartobliwie, z czułością, wciąż patrząc przymrużonymi oczami daleko poza drzewa, poza świat, który znała:
A pies w tym momencie po raz pierwszy przeklął swoje duże uszy.
A właściwie, czy Kundzia powinna mieć tego typu refleksje? Nie chcę wrzucać wszystkich ludzi do jednego wora, ale Kundzia w całym swoim życiu nie miała żadnej artystycznej inspiracji, żadnej podstawy do wykształcenia poczucia piękna, nic, oprócz kilku wiejskich przyśpiewek, które, jak sam narrator nam wmawiał, nie były za bardzo ambitne. Słowem, skąd u niej takie dojrzałe przemyślenia?
No przecież ona jest speshul i fokle! A swoją drogą… nie zostało to nigdy sprecyzowane, ale tych przyśpiewek, jak rozumiem, musiała nauczyć ją Baba. Totalnie widzę ją śpiewającą ochrypłym głosem durne wiejskie pioseneczki.

Gdzieś daleko, gdzieś tam w chmurach
Mieszka góra, piękna góra
A ja w zimnych wieży murach
Śpiewam dla niej piosnkę, która
Jest o górach...
Trolololo, ten utwór się sam analizuje.

Cztery lata później dziewczynka przestała być dziewczynką. Stała się osłem. Zaczęła być dziewczyną.
Wytłumaczy mi ktoś, jaki cel miało przeciąganie stanu dziewczynki na tyle stron, albo wręcz, dlaczego Michasia nie przeszła od razu od stanu niemowlęctwa do dorosłości? Powiedzmy sobie szczerze: czy przez tych sto stron wydarzyło się COKOLWIEK, czego nie dałoby się streścić w dwudziestu-trzydziestu?

Coraz piękniejszą, co z niemałym zadowoleniem obserwowała w swoim odbiciu w wodzie.
Znała bowiem tyle dziewcząt w swoim wieku, że miała porównanie.
Ale już wiedziała, co znaczy być Merysujką.

Przesiadywała nad wodą coraz częściej i dłużej, nie mogąc się nadziwić, jak to jest, że podczas gdy Baba z wiekiem robi się coraz brzydsza i coraz bardziej gderliwa, ona zyskuje urodę i sprawność, a jej skóra pozostaje gładka i biała, nie jak u opiekunki.
[chciałabym to skomentować, ale kojarzy mi się z Bellą, która szuka zmarszczek w wieku osiemnastu lat]
Oto do czego prowadzi bezstresowe hippisowskie wychowanie w średniowieczu: siedzi smarkate i białą cerą się zachwyca, a tu obejście niezamiecione, koza niewydojona, a do gara nie ma co włożyć. I co się w ogóle stało z rzekomą edukacją? Już się wszystkich ziółek nauczyła, nic więcej robić nie musi?
To Mary Sue, nauczyła się WSZYSTKICH ISTNIEJĄCYCH ZIÓŁ I ICH ZASTOSOWAŃ W TYDZIEŃ. Jak boCHaterki z uniwersum Harry’ego Pottera, które dołączają do Hogwartu w piątej klasie, a i tak są najlepsze i mają świadectwa z czerwonymi paskami w przeciwieństwie do autorek.

Oprócz tego, Kundzia zaokrągliła się po wakacjach i teraz podnieca tym, jakie ciało kobiety jest pienkne.
Cytując, żeby nie było wątpliwości: „Dziewczyna nie mogła uwierzyć, że istnieje coś tak pięknego, jak kobiece ciało.” Nie ludzkie w ogóle, tylko kobiece właśnie. Dobrze wiedzieć, że mimo wątpliwości co do przynależności gatunkowej, nieletniej udało się jakoś określić własną płeć.

Kundzia mówi, że lubi swoje włosy, a Baba zaczyna jęczeć i dogryzać gówniarze, że ma włosy jak słoma.
 - Są koloru słomy – odrzekła teraz [Baba].
 - Nie, są koloru zboża…
 - To to samo.
 - Ale ładniej brzmi.
…Kluczowe. A to zboże same sobie w lesie sieją czy też Baba podkrada snopki z odległych pól?
Btw, próbuję sobie wyobrazić, co się dzieje na głowie tej małej po czternastu latach życia w lesie, czesania wiatrem i gałęziami (chyba że w pakiecie z pieskiem Baba przyniosła jej też szczotkę), spania z kozami, tarzania się po poszyciu itd. Na myśl przychodzi mi puli.
Zboże to to samo co słoma... *kiwa się niczym Kundzia nad jeziorkiem* Zboże to to samo co słoma...

Baba o kundziowym wieku:
 - Jesteś w najgłupszym wieku, jaki można sobie wyobrazić! – mówiła (...). – Kto wie, co ci przyjdzie do głowy! Tego nie da się przewidzieć, hormony zalewają mózg, ciało zaczyna rządzić umysłem, a na oczach siada jakaś zaćma i opada dopiero, gdy jest już za późno. (...)
No, ale w końcu człowiekowi przechodzi i może z powodzeniem zostać czepialską, angstującą i wydziwiającą na wszystko jędzą, czy to chciałaś nam powiedzieć, Babo?
Wikipedia mówi, że:
Nazwę hormony dla produktów gruczołów wydzielania wewnętrznego po raz pierwszy zastosował angielski fizjolog Ernest Starling, w 1905 roku.

 - Mówisz o tym, jakby to była choroba. A ja tymczasem wspaniale się czuję!
 - I to jest najgorsze! Twój wiek to choroba, na którą, co gorsza, nie ma lekarstwa.
*podaje Babie rózgę* Proszę. Stosować nawet kilka razy dziennie, w zależności od potrzeb.

To znaczy jest. Czas, ale działanie następuje dopiero po pięciu latach, a co za nieszczęścia mogą się przytrafić po drodze! Jednak ciebie to nie będzie dotyczyć. Nigdy w życiu. Nie pozwolę na to!
Do tych nieszczęść zalicza się chyba i menstruacja, bo coś jej ani widu, ani słychu.
Spoko, może wystąpić do osiemnastego roku życia, a pewnie tak wzniosłemu wydarzeniu towarzyszyć będą śpiewy anielskie i małe, puszyste kotki.

Pewnego dnia dziewczyna biegła jak zwykle przez las z suknią podkasaną do kolan i jak zwykle nic się nie wydarzyło, ale to drobiazg, a Góra skakał naokoło niej, powarkując i szczekając radośnie.
To nie jest już szczeniak. Dorosłe psy warczą radośnie?
(Moja sunia potrafi <3) Jeśli pies faktycznie upodabnia się do właściciela, to ja już współczuję biedakowi – iść przez życie z takim fiu-bździu w głowie. Roszpunka Disneya to przy smarkatej istna Walkiria.
*wyobraża sobie psa śpiewającego infantylne pieśni z podniosłą miną*

Silny, letni wiatr rozwiewał mu uszy i sterczący z pyska [to on przyklejony był, że sterczał?!] krwistoczerwony język.
Krwistoczerwony? Gorączka? Niedobór żelaza? Anemia?
No, w końcu jest to Bloodhound.

Nadawało mu to wygląd zarówno bojowy i dziki, jak i wesoły, choć był już potężnym [przy którymś z kolei czytaniu przeczytałam chędożonym :D] psem o niedźwiedzich łapach i kłach, które rozszarpały niejedno stworzenie.
Szkoda, że nie Kundzię.
To jest Bloodhound, potomek psa św. Huberta:
A to jest niedźwiedź:
Faktycznie, łapy jak dwie krople wody…

Z czasem pysk pomarszczył mu się jeszcze bardziej, ale dziewczynie przestało to przeszkadzać. Kochała go tak mocno, jak można kochać zwierzę, dzieląc tę miłość jeszcze tylko pomiędzy góry i pieśni, które układała. I trochę obdarzając nią Babę, choć było to trudne uczucie.
CO. ZA. SUKA. Baba się nią opiekowała praktycznie całe życie, nauczyła ją tylu rzeczy, mimo deklaracji okazywała jej zainteresowanie i nawet TROCHĘ uczuć (zresztą, żeby u Kundzi wykształciły się jakiekolwiek uczucia, musiałaby je jakoś poznać, nie? Stąd wniosek, że Baba nie była tak chłodna dla dziewczynki, jak ona sama i narrator [vel. Michasia] usiłują nam wmówić) a ona nie potrafi jej nawet pokochać? Przypomina mi się boChaterka opka, której mama nie rozumie.
Nienie, bo widzisz, boChaterka jest estetką – potrafi kochać tylko to, co uważa za piękne. Zmarszczki psa przestały jej przeszkadzać, to i kochać go może, natomiast pomarszczenie Baby musiało przekroczyć wszelkie granice przyzwoitości.
…Moment…
dzieląc tę miłość jeszcze tylko pomiędzy góry i pieśni, które układała
To Koza Młoda też już zdechła czy wypadła z łask?

Gówniara ściga się z psem, chociaż wie, że nie ma szans w tym starciu (wiem, że bardzo Was to interesuje). Przy okazji otrzymujemy kontemplację życia w lesie, bo nie trzeba wiele wiedzieć, żeby być w raju.
No tak, ignorance is bliss: nieletnia guzik wie, to i łatwo jej się cieszyć jak głupiemu do sera. Ale nie wiem, czy aby na pewno o taki obraz boChaterki chodziło pannie O.
Największym problemem dla mnie jest to, że autorka prawdopodobnie sama nie wiedziała, o jaką bohaterkę jej chodzi. Nie da się mieć ciastko i zjeść ciastko: albo mamy tępą i naiwną boChaterkę wychowaną w lesie, niczym Pocahontas, albo mamy bogatą uczuciowo pannicę, która jest świadoma swojej urody i bitchuje Babę.

Zbyt wielka wiedza może czasem obudzić w duszy jedynie rozczarowanie i smutek. Dobrze jest szukać do pewnego momentu, jednak gdy poczuje się pełnię, trzeba przestać, by nie posunąć się o krok za daleko i nie spaść z tych cudownych gór w przepaść , w której niechybnie czeka śmierć.
Pamiętajcie, drodzy Czytelnicy: dobrze jest czytać o Afryce i kicających gazelach, jednak gdy dojdzie się do głodujących dzieci i współczesnego niewolnictwa, trzeba przestać, by nie posunąć się o krok za daleko.
Żadne słowa nie są w stanie oddać tego, co teraz czuję, dlatego pozwólcie, że wyrażę się w sposób alternatywny:  #@#$%&*!!!!!oneone!
Ależ nie rozumiem, o co ci chodzi. Ja nigdy nie poczuję pełni i będę żądna wiedzy, dlatego nie muszę się martwić o to, że spadnę w przepaść. (nie lubię gór, wolę morze <3)

O borze!!! Po GWIAZDKACH jest dalej mowa o zabawie z psem. Kurnać, już trzecia strona...
A chociaż każdy pies jest inny, a ja nie znam szczegółów z życia panny O., zaryzykuję stwierdzenie, że aŁtorka o posiadaniu psa wie mniej więcej tyle, co o jeździe konnej.
Oj, weź, ale za to ma siedem kotów i mimo tego, zdecydowała się zamieścić w powieści psa, a nie kota. Doceń!

I następuje wreszcie TA scena. Dziewczyna ma dosyć tego, że jedynym imieniem, jakie posiada, jest debilne Kundzia, które wymyśliła dla niej analizatorka, tak więc w końcu, po stu czternastu stronach zauważa, że coś jest nie halo (oczywiście okraszone bełkotem, jak zwykle):
Pewnego dnia dziewczyna zbierała z Babą warzywa w ogrodzie. Były to jedne z tych chwil, w których czuła mniejsze uniesienie [dafuq?], ale nie mogła powiedzieć, że tego nie lubiła. To też miało swój urok.
Pomidor co prawda słaby orgazm daje, ale taki ogórek... mmm...

Baba sapała i mamrotała coś pod nosem, szperając w grządce niczym w kieszeni w poszukiwaniu cebuli. Dziewczyna próbowała stłumić śmiech, ale nie mogła. Wyrwał jej się ze smyczy. Opiekunka spojrzała na nią badawczo.
 - Z czego się śmiejesz?
 - Wyglądasz jak wrona, grzebiąca pazurami w ziemi!
Bardzo chcę zacząć dawać tej suce punkty za byczyzm.

 - O masz! Wrona! Czego ty jeszcze nie wymyślisz?
Zastosuj może jednak zaproponowaną przez Makapunię rózgę?
Być może Baba się obawia, że jeśli teraz zacznie bić nieletnią, to ona, kiedy dorośnie, zacznie w odwecie bić ją.

[Góra] chwycił stojący obok Baby kosz na warzywa, rzucił jej wyzywające, zawadiackie spojrzenie i długimi susami uciekł za chatę, tarmosząc nieszczęsny kosz i warcząc groźnie. Baba zapłonęła.
 - Góra – zaskrzeczała. – Góra! Wracaj! Czemu ten pies nie reaguje na swoje imię?! Po co mu ono, skoro nie reaguje!
 - Nie reaguje na twój głos, bo krzyczysz.
Dafuq? Mój pies szybciej reaguje na wrzaski niż na spokojne wołanie! Może to dlatego, że drę się na nią rzadko, tylko jak grozi jej niebezpieczeństwo albo jest naprawdę denerwująca? Jak Kundzia wydziera się na Górę co chwilę to nic dziwnego, że pies nie reaguje...
Pies nie reaguje, bo Baba stoi niżej w hierarchii stada, co tylko dowodzi, że jej twardy charakter i niewzruszoność są z palca wyssane (o tym było na pierwszych stronach, teraz mamy sto czterdziestą, zapomniało się, no!). Nie, co ja gadam, to z tym psem jest coś nie tak, skoro na przywódczynię stada wybrał nieletnią. Mary Sue.

- Tak? To spróbuj lepiej!
Dziewczyna uśmiechnęła się i zawołała łagodnie psa, a on, słysząc ją, przybiegł szybciej, niż wcześniej uciekał i niż zdążyła skończyć wołać. Potem położył się na plecy i merdając ogonem, spojrzał na nią w psi sposób, czyli jak?. Baba wyrwała mu kosz z pyska, chociaż przed chwilą położył się na plecy, więc warzywka zapewne się wysypały, co poskutkowało pozostaniem w mocnych szczękach dużego kawałka wikliny, po czym, obrzucając go trochę wrogim (ale jednak nie całkiem poważnie) spojrzeniem, zabrała się znów do warzyw.
Już widzę, jak Baba wyrywa cokolwiek z pyska wielkiego psa, który ma ją w głębokim poważaniu. I już widzę, jak czteroletni samiec trudnej do ułożenia rasy uznaje smarkatą za samicę alfa.
Pięć linijek, a wku*** mnie tak potwornie, jak cała książka razem wzięta. Faktycznie, Michasiu, osiągnęłaś sukces i zmieniłaś tym akapitem moje podejście do Kundzi. Już nie jest mi obojętna, teraz jej nienawidzę. Nic więcej nie powiem, bo gorąco jest i wolę pić wodę z lodem, niż melisę.

Dziewczyna natomiast zapatrzyła się w niebyt i Baba wiedziała, że za chwilę zaowocuje to jakimś niewygodnym pytaniem.
To dlaczego, na wszystko co święte, Baba pozwala jej bujać w obłokach, kiedy sama odwala całą robotę? Dlaczego to młoda nie grzebie w cebuli? Nawet hippisi muszą czasem uprać sobie gacie!

 - Czemu ja nie mam imienia? – spytała nagle, a stara wzniosła oczy ku niebu, wzdychając ciężko – Wszystko ma jakieś imię, cebula, trawa, rzeka, chmury...
 - To nie imiona. To nazwy gatunków.
Tak, chmura to nazwa gatunku. A czego dokładnie?

 - To jaki jest mój gatunek?
Homo erectus.
Baba ugryzła się w język, wstrzymując na chwilę powietrze.
 - Ty nie jesteś warzywem...  – powiedziała w końcu, ale zrobiła to tak cicho, że siłą rzeczy zachęciła wychowankę do kontynuowania tematu.
Moją pierwszą reakcją było WELL DUH łamane na WTF, ale biorąc pod uwagę poziom rozwoju boChaterki… może to i lepiej, że Baba uświadamia ją delikatnie, drogą eliminacji.

 - Chciałabym mieć imię. Takie moje własne, którym mogłabym chwalić się przed drzewami ZGIŃ, którym wołałabyś mnie na obiad...
Acha, czyli to już koniec dumania nad przynależeniem do jakiegoś gatunku? Wystarczy ci wiedzieć, że nie jesteś warzywem?
To chyba jednak nie jest wina Baby, to ta dziewczyna ma zdolność koncentracji taboretu.

Bardzo przydałoby się do moich pieśni...
Ponieważ imię piosenkarza pojawia się w jego utworach nagminnie, nieprawdaż. Praktycznie jako refren.
Hmm... Zobaczmy, jak to wygląda u piosenkarzy...
Gyeah, Rihanna
Good Girl Gone Bad
Take three, action
Hmm… To może…
Yeah DC chillin', PG chillin'
My Name Wale and I came to get it
Came to get it, came to get It
My name Wale

Noo, powiem Ci, że mała może mieć rację…

Baba jęknęła.
 - Jakich znowu pieśni?
(…)
 - Śpiewam sobie... czasem... Nie mówiłam ci?
 - Nie. Po co ci imię?
 - To musi być cudowne, wiedzieć, jak się nazywa, mieć coś, co jest twoje i nikt ci tego nie zabierze! Ty nigdy nie mówiłaś do mnie po imieniu.
 - Zabrzmiało to jak wyrzut!
 - Mówiłaś: „dziecko”, „dzieciaku”, ale jak kozy miały młode, też je tak nazywałaś. To bardziej określenie, prawda?
 - Coś w tym rodzaju.
 - Jakie jest moje imię? Mam je w ogóle? Och, proszę, nazwij mnie jakoś! To będzie takie... takie... ekscytujące!
 - O, matko!
 - Proszę...
Baba rozejrzała się, szukając natchnienia. Anna, Julia, Maria... ble, to wszystko tak niedobrze jej się kojarzyło.
Współczujemy wszystkim dziewczętom o tych imionach. Możecie wysłać Michasi jakiś pozew, czy coś.
To niech staną w kolejce.
... ej, a Ty jaki masz powód, żeby wysyłać jej pozew?
*konspiracyjny szept* To pewnie imiona złych koleżanek Michasi!

Nagle jej wzrok padł na jedną z grządek i nim się zastanowiła, chcąc mieć to jak najszybciej za sobą, palnęła:
 - Roszpunka. Tak cię nazwę. Zadowolona?
Dziewczyna wytrzeszczyła oczy.
 - Roszpunka? Ale... Ale tak się nazywa to warzywo!
Jeszcze trochę, a zrobię ci lobotomię i też będziesz warzywem!

- No to co? Dziwniejsze imiona w życiu słyszałam. Trolololol. A jak będę cię wołać, to raczej będziesz pewna, że nie wołam sałaty.
To właśnie w tym momencie Beata Sałata się obraziła.

*z westchnieniem podsuwa Listę Osób Obrażonych Przez Tę Książkę* Niech się podpisze tu, tu, a tutaj parafka.
A teraz poważnie, cała ta scena w ogóle nie powinna mieć miejsca. Nie widzę najmniejszego powodu, dla którego Góra nie mógłby być po prostu Psem, tak jak baba jest Babą, stara koza Kozą Starą, a młoda koza Kozą Młodą. Koncepcja, że akurat pies musi mieć imię kupy się nie trzyma i jest OOC, nawet jak na Babę.
Bo weśś, psy bom gupie i poczebujom imion, żeby w ogóle zwracały uwagę na właściciela. Nie to co koty, których Michasia ma przecież siedem :D
Koty, jak wiadomo, zawsze przychodzą na zawołanie, nawet te bezimienne.
Szczególnie na nie swoje zawołanie. I nie swoje imię.

Przekonała dziewczynę. Łatwo ją było przekonać. Z rosnącym z każdą chwilą zachwytem zaczęła powtarzać swoje nowe imię i Baba zdziwiła się, jak melodyjnie brzmiało ono w jej ustach *fejspalm*, po czym bąknęła coś o jakiejś Marii Zuzannie.

W końcu dziewczyna zapytała:
 - A ty? Jak mam do ciebie mówić?
Baba stężała.
 - Nijak. Przez czternaście lat dawałaś sobie radę, to teraz też sobie dasz. Ciesz się swoim imieniem i przyjmij, że ja go nie mam. Imiona czynią ze stworzeń niewolników, muszą reagować na nie, a z czasem robią to już instynktownie i każdy, kto ich zawoła, choćby był największym wrogiem, sprawia, że odwracają się mimowolnie i patrzą mu w twarz... Imię jest intymnym powrozem. Ja go nie chcę.
W. T. F. Czy Michasia właśnie usiłuje nam wmówić, że Kundzia, znaczy Roszpunka, nie zwracała się do Baby nigdy w absolutnie żaden sposób, nawet hey, you!? W tym momencie to oznacza, że babszyl jest zniewolony przez imię hey, you!. A poza tym, czy nie lepiej mieć imię, żeby nazywano cię TYLKO nim, a nie, w tym przypadku: hey ty!, babo, babsztylu, opiekunko, itp.? Ciągle musi słuchać, co ten bachor gada, bo a nuż ją woła. Sick.

Roszpunka (bardzo szybko dziewczyna zaczęła myśleć o sobie jako o Roszpunce) (narrator w każdym razie załapał błyskawicznie) nie rozumiała tych obiekcji, ale w ogóle rzadko rozumiała Babę. Nie żeby się z nią wychowała, czy coś. Wzruszyła więc tylko ramionami i rozkoszowała się nową zdobyczą, nowym skarbem, który dzieliła co prawda z warzywem, ale za to ze smacznym warzywem,
Ale o co cho? Przecież każde imię coś oznacza! Jest wiele imion od nazw roślin (Lilia i inne podobne dziwy, Malina, Jagoda itp.), więc to jej imię jakoś przesadnie oryginalne nie jest. Czy Baba nie mogła jej tego wytłumaczyć?
Nie, bo wtedy okazałoby się, że istnieją imiona jako takie i mogłoby paść pytanie, kto je w związku z tym nosi. Chociaż, biorąc pod uwagę dotychczasowy poziom dociekliwości smarkatej, jakoś nie widzę jej zadającej Babie błyskotliwych pytań.
To mogła w ogóle ominąć motyw nadawania imienia. Równie dobrze mała mogłaby wołać psa Pies i byłoby to takie samo imię, jak Góra. I Baba sprytnie opóźniłaby lub w ogóle wyeliminowała kundziowe bratanie się ze światem zewnętrznym. *zastyga, bo zdaje sobie sprawę z tego, że potwórzyła to, co napisała wyżej Makapunia* Oj, nikt nie zauważy...

a przecież jej pies również odziedziczył imię po czymś innym. Tak już widocznie jest...
No, brawo.
Trochę śmieszne, że najpierw nazywa psa po miejscu, w którym była, a potem dziwi się, że można kogoś nazwać po warzywie. I jak gładko przyjęła koncept imienia, po czternastu latach życia bez.
I jak późno w ogóle ogarnęła, że pies ma imię, a ona nie. Przecież minęły trzy, a nawet prawie cztery lata. Chociaż nadal nie rozumiem, po co w ogóle było tych pięćdziesiąt stron Kundzi v. dziewczynka.

Zamknęła oczy. Do głowy przyszły jej pomysły na tysiące nowych pieśni [o kurwa], w których użyć mogła tego magicznego słowa... Roszpunka.
Czysta, warzywna magia, nie ma co. Jak wielkie trzeba mieć ego, żeby układać piosenki o sobie samej?
*zanurza się w angście na myśl o tym, ile drzew mogło ujść z życiem, gdyby Michasia streściła w kilku stronach Kundzię v. dziewczynka*

Dalej otrzymujemy Całą Nagą Prawdę o życiu na wsi w średniowieczu. Mam pamięć jak sito, historii nigdy nie lubiłam, większość mojej wiedzy na ten temat pochodzi z książek fantasy i komiksów, a i tak jestem bliżej ówczesnych realiów, rwamać:
Jej dzień dzielił się na śniadanie, zabawę klockami Lego, trochę nauki o ziołach, którą traktowała jako inną formę zabawy i którą chłonęła z prawdziwą przyjemnością. Potem znów zabawę lalką Barbie, pomaganie Babie w gospodarstwie (jeśli można to tak nazwać), obiad, zabawę My Little Pony, kolację i sen (…).
Przypomnijmy: czternaście lat, sprawne nogi i ręce.
*wyobraża sobie osiemdziesięcioletną Babę zapierdzielającą przy domu, podczas gdy Kundzia śpiewa pieśni i bawi się z psem* *powstrzymuje przekleństwa* ja jak miałam jedenaście lat, to byłam zła kiedy odwiedzałam babcię i ona nie pozwalała mi sobie pomagać...

Raptem mija kolejny rok. Jest kwiecień, tak gorąco, że Baba leży pod stołem zamiast pracować (i nie, tym razem to nie grzybki), chociaż:
Być może nie było w rzeczywistości aż tak gorąco, ale długa i mroźna zima sprawiła, że nawet lekkie ocieplenie dało się mocno odczuć.
Już nawet nie wspomnę o zaprzeczaniu samej sobie, ale czy to przypadkiem nie jest tak, że po długiej zimie każde ocieplenie działa na nas kojąco i cieszy?

Niespodziewanie w naszej Pollyannie zaczyna budzić się rasowa nastka: niby chce się kąpać, ale woda taka zimna, ale w sumie jest gorąco, chociaż to dopiero kwiecień, ale jednak słońce grzeje, zimna kąpiel byłaby super, ale woda taka zimna.
Wcale nie zmyślam.

Z jednej strony nie mogła usiedzieć w miejscu, z drugiej szybko się męczyła, nudziła się, ale też nie miała ochoty niczego robić. Czuła się ociężała i słaba, jakby straciła nagle władze w ciele… Czy to choroba?
No przecież, że niedoczynność tarczycy. Miesiąc na Euthyroxie i staniesz na nogi.
Tak bardzo chciałaś miesiączkę, to masz... Ale oczywiście Baba nie przeprowadzi z nią rozmowy na ten temat?

Z tego całego chorowania smarkatej strzela do głowy wykąpać się nocą w potoku (choć wcześniej była mowa tylko o rzece polana/łąka, potok/rzeka, co za różnica: tu jest błembia na miarę Cołejlo, a Ty się czepiasz! Ty to nic nie rozumiesz!!!, ale co tam), a że opis tej ablucji roi się od słów typu „całowanie”, „pieszczota”, „języki”, czy „rozkosz”, nie ma już chyba żadnych wątpliwości co do natury problemów naszej dziuni.
Potok owinął jej się wokół ud, tak delikatnie i zdecydowanie zarazem, muskał szyję, otulał ramiona i piersi, omijając przebiegle stopy i brzuch, penetrując białą od nierobienia i pozostawiania wszystkiego na barkach osiemdziesięcioletnie Baby, jak na naddziewczynę przystało skórę nieśpiesznie [jak ten potok PENETROWAŁ SKÓRĘ?!], dokładnie i zdawać by się mogło, że składa się z samych ust i palców, i dłoni…
Bo nigdy wcześniej Kundzia się nie kąpała i nie wie, jak to jest.

Noc nachyliła się nad Roszpunką i była teraz tak blisko, że dziewczyna czuła na sobie jej mroźny oddech, niecierpliwy, szybki… (…) I niby jej nie było, choć była, niby była, choć jej nie było, choć tak naprawdę była, ale jej nie było. Bo ją dopadł Kononowicz.

*odkaszluje* Mmtaa. A to wszystko w wodzie, która była za zimna nawet za dnia. Dalej zaś jest coś o tym, że potok pragnie całować rzekę, a nie jasnowłosego człowieka.
Nie patrzcie tak, jak też nic z tego nie rozumiem.
Czego Ty tu nie rozumiesz? Potok jest bliższy... gatunkowo?... rzece, niż człowiek. Logiczne, że chce ją całować i... eee... wziąć z nią ślub i mieć dzieci (a co, zbereźnicy, myśleliście, że tak bez ślubu będą się rozmnażać?!)... małe... strumyki?
A co, chciałabyś całować, przykładowo, krowę?! Albo słonia?! Trochę szacunku dla wodnych istot, one były w tym samym miejscu i szły wtedy, kiedy Ty w pieluchy robiłaś!!!
Przepraszam, ta książka mi ostro wchodzi na mózg.

Z pomocą na szczęście spieszy Baba i udziela młodej tyleż pokrętnej, co pobudzającej wyobraźnię lekcji o kózkach i koziołkach, a ja nadziwić się nie mogę, że można przeżyć piętnaście lat w lesie i nie zauważyć parzących się zwierząt. Lekcja kończy się umoralniającą pogadanką, którą można sprowadzić do prostego „seksy som głupie, a ty se nie pobzykasz, haha.” A co pozostaje do robienia, kiedy ma się naście lat i żadnego mena w promieniu kilometrów?
Tak baj de łej – Koza Młoda też już nie żyje. Teraz jest Koza Młodsza. Ciekawe, dokąd udaje się z nimi Baba, dlaczego nikt jej wtedy nie tyka i ile właściwie ona ma tych kóz. I jeszcze kwiatek z rozmowy o straszych, okropnych seksach:
To nie jest złe samo w sobie, ale, jak wszystko, gdy dostanie się w niepowołane ręce (albo i powołane, ale durne), zaczyna siać spustoszenie. Z prawami przyrody nie można igrać, nie można naginać ich do swoich zachcianek, jeszcze nic dobrego z tego nie wyszło.
Czy tylko ja mam przed oczami Babę uczącą Kundzię obsługi papieru toaletowego?
Czy tylko ja widzę Babę jako hipokrytkę, która jednocześnie mówi o złym naginaniu praw natury, a z drugiej strony przeprowadza aborcje (co samo w sobie we wczesnym średniowieczu jest niedorzeczne, w taki sposób, w jaki było tu opisywane)?

Kundzia zaczyna szaleć, nie wie, co jej jest, wywala Babę za drzwi, drze pysk – po prostu niewinna, piękna i urocza dziewczyna. I narkotyzuje się zapachem poduszki (wszyscy tak robią przed snem... nie?)
[Baba] schyliła się i wyciągnęła z kosza ciemnobordową, aksamitną suknię z długimi rękawami i dekoltem obszytym złotą nicią. Roszpunka zasłoniła usta.
(…)
 - Ubierz się. Chcę zobaczyć, jak w niej wyglądasz. Mam nadzieję, że nie będzie za ciasna, bo w końcu od roku tylko na dupie siedzisz i kurz zbierasz.
Niech mi ktoś wytłumaczy, na cholerę Baba to zrobiła, skoro chce Kundzię za wszelką cenę utrzymać zdala od złego, zepsutego świata zza lasu? Bo ja chyba za głupia jestem...
Ja chcę wiedzieć, skąd to babsko ma aksamitną suknię szytą złotą nicią.

(…) Dziewczyna w odpowiedzi jęknęła ze szczęścia, okręcając się wokół własnej osi i obserwując, jak ciężka tkanina faluje wolno u jej stóp. (…) Uważając, by nie zaczepić o żadną gałąź, pędziła przez las, pragnąc, aby zobaczyły ją wszystkie drzewa i wszystkie ptaki i żeby uznały z pokorą, że odebrała im tytuł najpiękniejszego stworzenia w lesie, mieniąc się kolorami, którymi nawet kwiaty nie mogły się poszczycić: złotem i purpurą.
Widziała przecież wszystkie kwiaty świata, to wie.
To był odcinek pod tytułem Zróbmy sobie galeriankę.
Jak kupisz mi suknię, to zrobię ci loda.

Następnie nieszczęsny Czytelnik raczony jest stronicową charakterystyką wyglądu pustogłowej dziuni, że jaka to ona nie jest ślićna, jakie ma oczka, a buźkę, a szyjkę, a cycki, a dupę, a wszystko. Żeby nie było, popieram robienie z bohatera eye candy (jeśli idzie to w parze z osobowością), ale są opisy i opisy. Recytowanie wszystkich szczegółów ciągiem, jakby się książka miała nagle skończyć, to raczej średnia recepta na sukces.
Poza tym, jak przyznaje sam narrator, suknia ma królewskie kolory. Ach, czyli okaże się, że król nie tyka Baby nie dlatego, że mu się w jakiś sposób przypodobała, tylko dlatego, że jest z nią spokrewniony? Good for him.
A potem…
*bierze głęboki wdech*
A potem pieprzą się dwa zimorodki.
*umarła*
Roszpunka patrzyła w ślad za ptaszkiem podekscytowana („Łoboziu, ptak! Pierwszy raz takie w lesie widzę!”) i nagle spostrzegła, że… że nie był sam. Na gałęzi czekała na niego łudząco podobna istota, ale dziewczyna czuła, że różni ją od niego coś bardzo istotnego, choć niewidocznego na pierwszy rzut oka. Upierzenie miała takie samo, lazurowo ogniste, jednak była mniejsza i delikatniejsza.
Chylę czoło przed sokolim wzrokiem Warzywka, skoro u tak małego ptaszka dostrzega nieistniejący dymorfizm płciowy.
Mógłby to być ptak-gej, ale miałby w skrzydle różową torebkę, a ten nie miał, więc to była napewno samica.

Zimorodek zbliżył się do swej ukochanej i, napierając na nią, otoczył skrzydłami, bardzo delikatnie, a ona niby chciała się wyrwać, ale jednak nie chciała, a jej ognista pierś PALI SIĘ, PALI! DZWOŃCIE PO STRAŻ POŻARNĄ! 998... 999... NO, DZWOŃCIE, CO TAK STOICIE! unosiła się szybko w rytm oddechu. Kochanek zaczął przyduszać ją do gałęzi mmm... sado-maso, ugniatając namiętnie jak ciasto, zakrywając ją zaborczo całym sobą, jakby nie chcąc dopuścić, by spłoszona zdołała uwolnić się, by mu umknęła, zostawiając rozgorączkowane serce pękające z żalu.
Ptak nastroszył pióra, mrugając intensywnie, uniósł skrzydła, to znów się uspokoił i raz był brutalny, raz czuły. I z początku Roszpunka myślała nawet, iż pochłonięty wrzącą namiętnością i podnieceniem, które w bardzo widoczny sposób zawładnęło całym jego ciałem, pożre za chwilę towarzyszkę zębami pożre. zimorodek, tak na nią napierał i tak tłamsił. A ona omdlewała pod nim, też nie mając chyba pewności, czy jest pieszczona, czy mordowana.
*kwiczy*
Kochanek zatracił się w jej piórach, wpadając w trans, zapominając się zupełnie, odpływając do innych światów, dostępnych tylko w tym jednym momencie. Pasja wstrząsała nim, a serce chciało wyskoczyć z piersi, oddychał szybko, niemal zachłystując się powietrzem i wonią kochanki, i niewidzącymi, zamglonymi oczami dostrzegając jedynie jej niebieską głowę, opadającą bezwładnie, zniewoloną przez rozkosz.

Makapka bardzo się cieszy, że mogła podzielić się z Wami tym fragmentem. Makapka oddali się teraz celem rytmicznego uderzania opadającą bezwładnie głową w ścianę.
*nic nie doda, bo dalej kwiczy*
*Winky oficjalnie zaś zdechła*

Dziewczyna zacisnęła dłonie na kolanach, czując, jak w jej wnętrzu coś się kotłuje, jak to coś pragnie wyrwać się i krzyczeć, i nagle zrozumiała wszystko, a łzy mimowolnie spłynęły jej po policzkach.
No, mnie też zdarza się rozpłakać po porządnym pornosie. Tak sądzę. Znaczy pamiętam niejasno, że czytając „Ptaśka” Whartona miałam w pewnym momencie ochotę płakać.
Bo ona też by chciała, żeby Pan Zimorodek ją otulił skrzydłami.

Ona też chciała być tak pieszczona, tak duszona, tak dotykana i chciała zatracać się w tym, i tracić oddech, i umierać z każdym ruchem, by z następnym trzeźwieć. I czuć się zniewolona, zdobyta, bezsilna (…).
Klub Zniewolonych Samic im. Stephenie Meyer zaprasza nowych członków.
Wierzcie lub nie, ale dzięki tej krótkiej lekcji voyeuryzmu Warzywku zostają objawione wszystkie tajniki seksu i związane z nim emocjonalne implikacje. Chociaż, jak się zdaje, nadal nie skumała, że to stąd się biorą dzieci.
Zwizualizowała mi się Becca z Vampires Suck:

Czy nasze nieszczęsne Warzywko znajdzie sobie drugie Warzywko do pary, czy też zwiędnie bez zaznania uczucia duszenia przez partnera? Stay tuned!
Analizę tę dedykujemy Panu i Pani Zimorodek, w szczerej podzięce za ich jakże entuzjastyczny występ i życzymy im udanej prokreacji.