Czarne owce literatury czyli analizy ZŁYCH książek: września 2013

wtorek, 17 września 2013

Znowu przerwa

Ja pierdzielę, w ogóle nie zatrybiłam, że już wtorek... Ale nie tylko w związku z tym analizy dziś i jeszcze przez jakiś czas nie będzie. Nie chcę się tu zbytnio uzewnętrzniać; powiedzmy, że nagromadziło mi się sporo problemów mniejszych i większych, i muszę w końcu coś z nimi zrobić. Nie będę obiecywać nic w sprawie daty pojawienia się jakiejkolwiek analizy, bo nie chcę, żeby potem wyszło, że jednak ni mo. Tak więc kolejny raz przepraszam i do zobaczenia za jakiś czas.

 

wtorek, 10 września 2013

Gra o tro... tfu, Ferrin, część 6

Rozdział VI: Joysell

Rozdział rozpoczyna się w komnacie Bereniki, która rozkazuje „ślamazarnie się ubierającemu” Joysellowi... uwieść Anaelę. TJAAA. Tak jakoś w wielu powieściach Michalak występują spiski dot. uwodzenia głównej bohaterki. We wspominanej ostatnio „Poczekajce” matka bohaterki płaci Wielkiemu Złemu Przystojniakowi za uwiedzenie córeczki, by ta nie oddalała się zbytnio od maminych macek. Booo-riiing.

Niestety albo stety, Berenika jest chyba mało poważana, gdyż Joysell – niby lord, lecz właściwie to nic nie znaczący facet, którego jedyną rolą jest bycie kochankiem władczyni – odpowiada tymi słowy:


- Zleć to komu innemu.
Zapiął ostatnią sprzączkę i chciał wyjść.


Lecz wtem Berenika zaczyna grozić, że w takim razie zabije jego ukochaną, Mirellę, będącą jednocześnie prostą służącą na zamku, o której Joysell myślał, że Berenika nie ma pojęcia. Po chwili obowiązkowego zaciskania pięści i zgrzytania zębami, Joysell zgadza się. I tak Mirella ma zostać przyznana jako służąca-szpieg Anaeli, a on ma Anaelę uwieść. I tak bardzo sobą gardzi i się nienawidzi, że po wyjściu z komnaty opiera się o ścianę i zaczyna płakać. Mujeju, jeju. W drodze do swojej komnaty spotyka Reikana, który prosi go o pomoc.

W następnym akapicie wracamy do więziennej celi z poprzedniego rozdziału, urozmaiconej obecnością Joysella. Hm... Właściwie to jak Reikan z tej celi wyszedł, poszedł po Joysella i razem z nim wrócił? Mieli klucz? Skąd? Teleportowali się? Widzieliśmy już, że to hałaśliwa i generalnie zauważalna sprawa, jakim cudem nikt ich nie zauważył?

Whatever. *dopisuje powyższe na Listę pytań bez odpowiedzi*


- Oszaleliście obydwaj! - wykrzyknął Ellis ze złością. Książę przytaknął ponuro. - Wzbudziliście w kobiecie, ludzkiej kobiecie, elfią magię?! Berenika ją zabije!
- Anaela jest zbyt cenna.
- Może dla ciebie, bo nie dla Najwyższej! Elfia magia... Na bogów! Przecież Eleuzis wie, czym to się kończy! Jedna nauczka mu nie wystarczyła?! Berenika to jego dzieło! Jego pierdolone dzieło!
- Anaela jest inna.
Wait, what? O co chodzi? Co się dzieje? Jaka elfia magia? Jak wzbudzona? *zerka do poprzedniego rozdziału* Aha, no tak, mieli ją inicjować magicznie. W każdym razie... Już wcześniej Eleuzis się zachwycał, że jej doskonałość Anaelcia ma „elfią aurę”. A jeśli jednak można było wzbudzić w niej „ludzką” magię, dlaczego tego nie zrobili, skoro elfia z jakiegoś powodu jest zagrożeniem? Żeby mógł na nich krzyczeć... Kto właściwie na nich krzyczy? Joysell? Dlaczego? Co mu do całej tej sprawy? Ooo cooo tuuu chooodziii...?

- Anaela jest inna.
Lord wpatrywał się w nieruchomą twarz przyjaciela.
- Skąd ta pewność? Ty coś wiesz. Coś, czego nikt się nawet nie domyśla, tak, Reikanie? - Milczenie wystarczyło za odpowiedź. - Jeżeli nie podzielisz się ze mną tą tajemnicą, nie licz na moją pomoc. Zaufanie za zaufanie.
- Dowiesz się wszystkiego, lecz teraz, proszę, pomóż mi wynieść z lochów mego ojca.
- Zapłacę głową, jeśli ktokolwiek się dowie, że przyłożyłem rękę do tego spisku.
A teraz jacyś ojcowie w lochach... AutorKasiu, to nie jest zły pomysł pozwolić czytelnikom się domyślać różnych rzeczy z dialogów postaci, zamiast łopatologicznie wszystko tłumaczyć za pośrednictwem narratora. Tylko że w takim przypadku dialogi muszą być ZROZUMIAŁE. W tej chwili nawet nie wiem, kto wypowiada które kwestie!

- Nikt się nie dowie. Gwardziści jeszcze długo się nie zorientują, że tam, gdzie powinien być korytarz, jest ściana.
Niueee, wcale się nie domyślą, że na korytarzu, który od lat codziennie patrolują, nagle wyrosła ściana.

Aha, z kolejnego mętnego dialogu udało mi się wywnioskować, że ten ojciec to Eleuzis, który stracił przytomność podczas inicjowania Anaeli. Swoją drogą, gdzie ona jest przez cały ten czas, bo coś nikt dawno nie rzucał idiotycznych żarcików o seksie?


Śniła.
Aha. *wzdech* Nie cierpię kliszy proroczych/symbolicznych snów, ale nie została nam ona oszczędzona.

Dwie postacie trzymały ją za ręce, każda ciągnęła w swoją stronę. Wokół toczyła się wojna, prawdziwa rzeź. Morze płomieni i krwi. Jedna z postaci krzyczała: „Tu chodzi o twoje życie, Anaelo!”, druga wrzeszczała: „Tu chodzi o moje życie, Anaelo!”. Pojawił się mężczyzna, nieludzko piękny, jasnowłosy, ubrany w niebieską szatę. „Wytrzymaj, Anaelo”, powiedział i znikł. Przez chwilę widziała bruneta o czarnych, złych oczach i bystrym spojrzeniu, ale on także znikł. Wyrwała się trzymającym ją postaciom i zbiegła na dół, do piwnic. Czuła moc bijącą z tamtego miejsca. Była w komnacie pełnej drzwi. Wpadła w pierwsze z brzegu i znalazła się w samym środku pola bitwy. Znów morze krwi, rozrywane ciała i wrzaski mordowanych. Wśród walczących widziała znajome twarze. Nagle nad pole bitwy wzleciała ogromna kula, która w locie spłaszczyła się, zawirowała i runęła, powodując wielką eksplozję. Żywi i martwi, ludzie i zwierzęta zostali z potężną siłą poderwani i rozrzuceni przez niewidzialną falę po całej okolicy. Usłyszała płacz... i śmiech - okrutny, skrzekliwy śmiech, szarpiący trzewia.

Who gives a crap. Kolejny schemat: heroina budzi się i stopniowo przypomina sobie ostatnie wydarzenia, obowiązkowo z wykrzyknikiem na końcu. A potem Anela... odlatuje.

Nie otwierając oczu, rozejrzała się po pomieszczeniu. Jak to rozejrzała się?! Przecież nie otworzyła oczu! A jednak oglądała wewnętrznym wzrokiem pomieszczenie, w którym się znajdowała! Widziała okno jaśniejące na tle ściany. Drzwi, spod których prześwitywało światło z korytarza. Toaletkę z lustrem...
W powietrzu niczym babie lato unosiły się pasma energii. Czerwonej, żółtej, białej. Wystarczyło tylko wyciągnąć rękę i uchwycić którąś...

...z trzech tabletek: białą na smutek, żółtą, która przy szpili do ziemi jak barwnego motyla
w gablotce kolekcjonera sadysty, i czerwoną, by nie uciekać już więcej w śmierć...

Przeniknięta dreszczem przerażenia usiadła na łóżku. Coś się zmieniło! Zamknęła oczy i usłyszała w pokoju obok znajomą czarodziejkę, przewracającą się z boku na bok w niespokojnym śnie. Niechcący dotknęła śniącego umysłu. Majaki tamtej były nie mniej mroczne niż jej własne. Wycofała się pospiesznie, czując się jak włamywacz.
I tak Anaelcia przemieniła się w sparklepira. Minus łaknienie krwi. Plus kolejna „szpitalna” wstawka, której sensu istnienia chyba wszyscy się już domyślają, ale jeszcze nie zarzucę spoilerem.

W każdym razie, nagle już nie jest w celi, tylko w jakiejś bliżej nieokreślonej komnacie, z której ma widok na zamkowy plac, a w rzeźbionej szafie pełno białych szat z symbolami węży – znakiem Leczących. Przegląda w lustrze, a ja zaliczam headdesk.


Nigdy nie uważała się za piękność. Do zwyczajowych kobiecych zastrzeżeń typu: jesteś za chuda, Karolinko, nogi mogłabyś mieć dłuższe, rysy twarzy regularniejsze, biodra krąglejsze, piersi pełniejsze, dochodziły kompleksy związane z niecodzienną urodą: tycjanowskimi włosami i drobnymi piegami, jakimi usiany miała nos, lekko zadarty na dodatek. Nikt nigdy Karolinie nie powiedział, że właśnie taka, jaka była, z tymi drobnymi niedoskonałościami, przyciągała spojrzenia mężczyzn. Nie uświadamiała sobie swego uroku: tego, iż kto raz na nią spojrzał, nigdy nie zapomniał widoku pięknych złotozielonych oczu, jaśniejących zwykłym ludzkim dobrem.
Tycjanowskie włosy, piegi, lekko zadarty nos, chuda... AutorKasiu, czy to ktoś, kogo znamy?

Naaah.

Na podobieństwo pewnego Chłopca, Który Przeżył, czoło Anaelci zdobi teraz tatuaż z dwoma wężami. Podchodzi do okna, zachwyca się widokiem i zaczyna gadać do siebie. Czy wspominałam już, jak bardzo tego nienawidzę? Szczególnie, gdy jest to napisane tak tęczowo-rzygowo, jak poniżej?


- Trafiłaś tam, gdzie chciałaś - wyszeptała. - Do świata pełnego wspaniałych mężczyzn [szczególnie tych, którzy chcieli cię zgwałcić w lesie], gadających koni i tresowanych nietoperzy. W szafie czekają suknie, w jakich zawsze chciałaś biegać, nie szkodzi, że same białe. Co chwila cię ktoś porywa. Wybijasz dziury w suficie jednym machnięciem ręki. - Uśmiechnęła się na to wspomnienie. - Skoro jednak już tu jesteś, musisz sprostać własnym marzeniom. Pozwól Karolinie odejść, nie poradzi sobie w tym świecie. Pozwól, by jej miejsce zajęła Anaela. - Podniosła głowę i wyprostowała się dumnie. - Leddi Anaela dell’Idarei.

Nie ma jednak czasu na dalsze wzdychanie i zachwycanie się swoim wymarzonym położeniem (pomijając napaści, gwałty w lesie, wtrącenie do celi i bolący, magiczny areszt [swoją drogą, co się z nim stało?]), bo do komnaty wpada Mirella i robi to, co leży w obowiązkach służącej: szykuje kąpiel, przynosi jedzenie, bla bla bla. Anaeli została podana „błękitna nalewka”, czyli niebieska zupa oznaczająca, że „Jej Wysokość postanowiła szkolić ją w iście zawrotnym tempie”. A więc Anaelcia nadal znajduje się na zamku Bereniki? Od kiedy tamta miała ją do czegokolwiek szkolić?

Okazuje się, że nalewka ma również inne właściwości (inne od barwienia języka na niebiesko) – Anaela odpowiada na każde pytanie Mirelli, gdzie się znajduje Saris (ten gadający koń) i Reikan (ni wuja nie pamiętam, który to), w jakim jest stanie i co czuje. Potem Mirella wyjaśnia, że to dzięki mentalnej więzi łączącej ją z tamtym dwojgiem i przestaję mieć pewność, czy to sprawiła nalewka, czy nie, a moja frustracja rośnie. Z dalszych wyjaśnień wynika, że przy pomocy odpowiedniej formuły (którą Karolina, oczywiście, zna, no ba, no przecież, no jakżeby nie) może skontaktować się z każdym, z kim nie jest połączona mentalną więzią. Co zatem robi Kretylinka? Łączy się z WeddSa’ardem, czyli głównym czarnym charakterem. Nie wynika z tego nic, poza tym, że WeddSa’ard patrzy na nią złowrogo, a Anaelcia natychmiast zrywa kontakt i jest śmiertelnie wystraszona.

Mirella dyga z wiadrami pełnymi gorącej wody, Anaela pyta, skąd ona tak dyga i po co, na co służąca odpowiada, że przynosi wodę z łaźni do wanny w anaelowej komnacie. Anaela chce oszczędzić dziewczynie trudu i wykąpać się w łaźniach, ale ponieważ to uchodzi tylko służbie, a Mirella przydźwigała już sześć wiader, Anaela stwierdza, że wystarczy jej kąpiel w tych sześciu. To była bardzo wiele wnosząca scena.

Potem jest Element Komiczny przy wyborze sukni – białą czy białą? – i Anaela, jako Lecząca, od teraz będzie się nosić jako ta polska flaga: w alabastrowej sukni i purpurowej pelerynie. Błękit ni, błękit dla Pogodynek. Zieleń absolutnie ni, Zieleń dla elfów, bez specjalnego pozwolenia z Ferrinu ani rusz. Patrząc na okładkę, mam takie zupełnie luźne przeczucie, że Anaelcia kiedyś jednak będzie się lansować w elfickiej zieleni.

Kolejny Element Komiczny, aż zacytuję, bo za długo już sama bełkoczę:


- Jeden moment. - Anaela przerwała Mirelli stanowczym gestem dłoni, po czym wykonała ruch, jakby sięgała do kieszeni. Kciukiem otworzyła klapkę wyimaginowanej komórki, wystukała numer i poczekała na połączenie.
- Cześć, Reikan, to ja, Anaela... Ja też się cieszę, że cię słyszę. Słuchaj, mam prośbę... Wiem, że ty dla mnie wszystko - . mrugnęła porozumiewawczo do oniemiałej Mirelli. – Chcę sobie sprawić zieloną kieckę, wiesz, zieleń pasuje mi do oczu, miałbyś coś przeciwko? Wiedziałam. Słodki jesteś. Ja też cię kocham. Pa! - Cmoknęła nieistniejącą klawiaturę i zamknęła „telefon”. - Załatwione!
- Naprawdę rozmawiałaś z księciem? - wyszeptała Mirella, z nabożną czcią patrząc na pustą dłoń Anaeli. Ta zaczęła się śmiać i śmiała się dotąd, aż Mirella dołączyła do niej, poznawszy się wreszcie na dowcipie.

Lecz wtem dobry humor Anaelci zostaje przerwany nagłym pojawieniem się wampa De Sade, która informuje, że Berenika wzywa Anaelę do siebie. Wszystko to, roztaczając wokół siebie gęsty opar najwyższej sukowatości.

Anaela udaje się przed oblicze Najwyższej, która oznajmia, że czas na inicjację. Po usłyszeniu, że Anaela została już zainicjowana, wpada w furię, chwilowo jeszcze kontrolowaną. Karolinka wygaduje się, że zrobił to Eleuzis, władca Ferrinu, a on przecież nie podlega rozkazom Bereniki, nya-nya-nyanya-nya.

Okej... Więc Anaela została wtrącona do celi. Włamał się do niej władca Ferrinu i zainicjował magicznie. A potem... co się właściwie stało? Kto odstawił nieprzytomną Anaelę do luksusowej komnaty? Zapewne ludzie Bereniki, skoro kazała jej przydzielić służącą, ale czy ten brak przytomności nie wydał się nikomu ciut podejrzany? Czym właściwie kierowało się to babsko, jak najpierw uwięziła laskę, a potem ją odstawiło do pięknej komnaty?


Po raz pierwszy dokładniej przyjrzała się Leczącej. W czym była wyjątkowa, co w niej było aż tak interesującego, że właśnie w tej dziewczynie, a nie w żadnej innej - piękniejszej, mądrzejszej, zdolniejszej - Władca Ferrinu zdecydował się wyzwolić magię miłości?
*parsk* Okej, tu się nie powstrzymam i zaspojleruję. Elfia magia, magia miłości, która została wzbudzona w Anaeli przez Eleuzisa i spółkę, to taki szczególny rodzaj magii, sprawiający, że wszystko w promieniu kilku kilometrów, co ma penisa i humanoidalne kształty, pragnie i pożąda obiektu ową magię posiadającego, a jednocześnie obiekt ten na wieki wieków pozostanie niezdecydowany i niezdolny pokochać tylko jednego wybranka. I takim właśnie wątpliwym darem została obdarowana nasza heroina. Że tak się powtórzę: TJAAA.

Berenika podejrzewa, że miało to na celu zeswatanie Anaeli z Reikanem, następcą tronu. Władczyni postanawia zmienić front i wykorzystać Anaelę pod pretekstem zapotrzebowania na Leczące w czasie wojny.

To mamy jakąś wojnę?

Nic to, ważniejsze rzeczy się dzieją! Anaela z ulgą odchodzi od Bereniki i pyta Mirellę, gdzie się podział Reikan. Dowiaduje się, że za użycie Zakazanej Mocy (ach, fetysz wielkich liter...) została skazana na karę chłosty, którą Reikan wziął na siebie i natychmiast potem wyjechał. *drapie się po głowie* Czyli kiedy dokładnie to było? Reikan towarzyszył przecież Eleuzisowi w inicjowaniu Anaeli, potem jeszcze przez chwilę był w celi z nim i Joysellem (nadal nie wiem, co on tam robił)...

Lecz znów nie ma czasu na wyjaśnienia, bo kolejne ważne rzeczy się dzieją! Matko, jak te urywane sceny są tu koszmarnie skonstruowane. Pyk, jesteśmy tu, pyk, jesteśmy zupełnie gdzie indziej, dialogi rozpoczynają się bez żadnych wstępów i jakby od połowy...

Anaela zaczyna szkolenie na Leczącą. Pierwsza jest wizyta u Mistrzyni Energii, tam Anaela uczy się znieczulać, ciachać i zasklepiać z powrotem, a między tym wszystkim nie może wyjść z oburzenia, że Mirella posłużyła jako królik doświadczalny. Przy tym wrzeszczy na nauczycielkę, focha się i wychodzi zamaszyście, trzaskając za sobą drzwiami.

Potem jest lekcja u Mistrzyni Iluzji. W kolejnym, szalenie zabawnym Elemencie Komicznym Anaela wyczarowuje kolorową, ziemską szczoteczkę do zębów. Ha. Ha. Ha.

Potem przechodzi do lekcji jazdy konnej, zachwytów rozległymi łąkami i śnieżnobiałymi rumakami hodowanymi specjalnie dla Leczących (oczywiście). Anaela ma wybrać swojego wierzchowca roztropnie, bo połączy go z nim więź na śmierć i życie, sratatata. Ale (oczywiście) ze stajni wypada nagle narowisty, czarny jak noc (oczywiście) ogier, który okazuje się być Sarisem. Saris oznajmia, że chce służyć Anaelci (oczywiście), a ona stwierdza, że chce jego i tylko jego (oczywiście).

Potem Karolcia szczotkuje Sarisa i sobie z nim rozmawia.


- Byłeś Cieniem WeddSa’arda, teraz jesteś moim - odezwała się nagle. Przysypiający pod kojącymi dotknięciami jej ręki Saris niechętnie otworzył oczy. - Jak to jest: służyć dwóm wrogom?
A koncepcja tego, czym właściwie są Cienie, na czym polega ich rola i istnienie, gmatwają się beztrosko...

Saris oburza się, że po primo, to nie służył WeddSa’ardowi, tylko Sellinarisowi dell’Soll (nawet mnie nie obchodzi, kto to jest), a po drugie, to miał nadzieję, że kto jak kto, ale ona nie będzie osądzać pochopnie i WeddSa’ard wcale nie jest największym złem tego świata. Oczywiście, że nie jest, przecież Anaelcia się w nim zakocha. Ups, spoiler. Ale ona we wszystkich się będzie kochać.

Do stajni przychodzi Joysell i wprawia Anaelcię w zachwyt swoim sexy ciałkiem i tak dalej. Idą na spacer, na zacienioną polankę, oja oja, będzie się działo.


- Już o tobie głośno w całej Alderianie - przerwał milczenie. - Dziewczęta z Akademii usiłują farbować włosy na ten oszałamiający kolor. - Bawił się przez chwilę kasztanowym kosmykiem. - Co daje opłakane efekty. Czarodziejki zaś szukają odpowiedniej mikstury, by narzucić podobną iluzję.
Co jest idiotyzmem z ich strony, bo to przecież pogardzany smoczy kolor.

Reikan zaczyna opowiadać o różnych wymiarach i alternatywnych rzeczywistościach. Anaela mówi, że pochodzi ze Świata Szarej Śmierci.


- Pochodzisz z Tartaru?! - Oczy lorda zogromniały ciekawością i niedowierzaniem.
*facepalm* Serio, nie było innej, bardziej jednoznacznej nazwy? A może to jedno z kolejnych, subtelnych jak walec drogowy nawiązań?

- Co to jest Tartar? - odpowiedziała pytaniem.
Westchnął rozczarowany. Gdyby przybyła z Tartaru, wiedziałaby o tym miejscu więcej niż on sam.
- Świat Duszobójców - odparł z wahaniem.
Widać było, że ten temat nie należy do jego ulubionych.
- Brzmi ciekawie - podkuliła kolana i objęła je dłońmi, szykując się do wysłuchania interesującej historii. - Kontynuuj, drogi lordzie.
- Nikt ci nie opowiadał o Tartarze i Duszobójcach?
Zaprzeczyła.
- Kiedyś istniał świat zwany Edenem *facepalm po raz drugi*, Krainą Czystych Serc. Zamieszkiwały go Cienie i ich opiekunowie, Zaklinacze, wywodzący się z elfiej rasy, ale zbuntowani przeciwko Ferrinowi i wygnani bez prawa powrotu. Dwa wieki temu zaczęła się w Edenie rozprzestrzeniać zaraza. Cienie ginęły, Zaklinacze zatracali poczucie tożsamości i wybijali siebie nawzajem. Zaraza opętała ich dusze i umysły, a z rozumnych i prawych istot pozostały tylko ciała będące siedliskiem nosicieli zwanych Duszobójcami. Wierz mi, Leddi, niczego się tak w Świecie Światów nie lękamy jak powrotu Szarej Śmierci.
I tu moja sympatia do koncepcji świata Szarej Śmierci umarła. Było dobrze, póki była to po prostu nazwa dla naszego świata. Ale teraz nagle się okazuje, że wszyscy tu obecni żyjemy w Tartarze – spoko! I że kiedyś był raj, tęcze i kucyki pony, ale potem nagle ludzie zrobili się źli, bla bla, bełkot w stylu Michaliny O.

Ech... To nie jest tak, że kiedyś było wspaniale, a teraz jest masakra. W dawnych czasach też byli ludzie źli, głupi, bezmyślni, ba, może nawet bardziej źli, głupi i bezmyślni niż teraz. Irytuje mnie ta niezrozumiała tęsknota do minionych epok. Choć film sam w sobie umiarkowanie mi się podobał, polecam „O północy w Paryżu” – tam mamy właśnie bohatera, któremu wydaje się, że w dawnych czasach byłoby mu lepiej, ale potem dowiaduje się, że niekoniecznie, że w czasach, o których on marzy, inni też marzyli o minionych wiekach, i tak w kółko.

Dobra, to tyle moich osobistych przekonań, z którymi nie każę się nikomu zgadzać. Wracamy do gołąbeczków. Ci, niestety, długo jeszcze rozmawiają o tym, co się działo dawno temu, i kto jest czyim ojcem i czyją matką, nudne to wszystko potwornie i nic a nic mnie nie obchodzi. Kolejnym problemem tej książki jest to, że mało co się tu dzieje, a prawie wszystko jest WYJAŚNIANE. Nie chcę wyjaśnień, chcę akcję!

Anaela jest zszokowana, dowiedziawszy się, że elfy wcale nie są szlachetnymi i stuprocentowo wspaniałymi istotami, a bywają tak samo zepsute jak ludzie. Joysell zaczyna coraz wyraźniej uwodzić Anaelcie. Lecz ta przypadkiem trąca dłonią jego medalion i ma wizję, w której widzi, jak Joysell przyjmuje zlecenie od Bereniki.


Skamieniała, podczas gdy on pieścił ustami zagłębienie nad obojczykiem. Ożeż ty! Uwodzisz mnie na rozkaz Najwyższej Wiedźmy?!
W pierwszym odruchu zamierzała strzelić go w twarz i zmieszać z błotem we wszystkich znanych sobie językach, to znaczy trzech tutejszych i trzech ziemskich. W następnym zaś postanowiła odpłacić pięknym za nadobne.
Zamruczała z rozkoszą wprost do ucha roznamiętnionego lorda i poczęła oddawać pocałunki z takim samym żarem. Kiedy sięgnęła do jego przyrodzenia, jęknął przeciągle... Nie trzeba go było dłużej zachęcać. Drżącymi z podniecenia dłońmi rozpiął spodnie, pchnął dziewczynę na ziemię i już miał przystąpić do dzieła, gdy... Anaela ujęła twarz lorda w dłonie i ze słowami: „Powiedz Najwyższej Wiedźmie, że rozkaz uwiedzenia został p r a w i e wykonany”, zepchnęła go z siebie.
ALE MU DOJEBAŁA.

Anaelcia ucieka, Joysell na swojej szkapie nie może dogonić Sarisa Sue, więc odpuszcza. Gdy zajeżdża do zamku, na drogę wchodzi mu jakiś Lord Cambr i się drze, że ile to już miast padło, i ta kurwa przysłała mu konnicę, i co, ma konie na mury posłać, i Cambria jutro padnie, i ja nie mam pojęcia ani kto to jest, ani o co chodzi, ani nawet nie chcę się dowiadywać, bo już dość mam problemów z zapamiętaniem imion i funkcji dotychczasowych bohaterów.

W nocy Anaela rozpamiętuje nieporadne przytulanie Amrego (szkoda, że nie przypomni sobie, jak ją lał w twarz) i tęskni za nim, i wzdycha. I do WeddSa’arda też wzdycha, choć nie wie dlaczego, ale jego oczy ach och. Schodzi więc na dół, rezygnuje z pomysłu zabrania ze sobą Sarisa, idzie do strażnika portalu... i teleportuje się do oblężonej Cambrii.

ŁADAFAK.

I tym niespodziewanym i kompletnie z dupy wziętym akcentem kończy się dzisiejszy rozdział. Zdziwniej i zdziwniej, jak by to powiedziała Alicja.

wtorek, 3 września 2013

Error!

Ech, daję ciała na każdym możliwym polu... W każdym razie: dziś z analizy nici. Nie wiem, kiedy uda mi się ją napisać i zamieścić, ale nie będzie to trwało dłużej, niż do przyszłego wtorku. Przepraszam i do następnego.

Nie wyrabiam