Czarne owce literatury czyli analizy ZŁYCH książek: października 2013

wtorek, 29 października 2013

He ^^

Wiem, że bardzo się wam narażam ostatnimi czasy, ale w tym tygodniu analizy nie będzie. Będę próżna i pochwalę się, że dostałam zlecenie na namalowanie sporego obrazu i w najbliższym czasie będę tonąć w farbach. ^^ Przepraszam za utrudnienia i zapraszam za tydzień!

 

środa, 23 października 2013

Gra o tro... tfu, Ferrin, część 7

Rozdział VII: Cambria

Ostatnio rozstaliśmy się z Anaelcią, kiedy postanowiła teleportować się do Cambrii, miasta znajdującego się w stanie oblężenia.

I na chwilę się tu zatrzymam, bo ostatnio wprawiło mnie to w zbyt wielki stupor, by myśleć cokolwiek poza „wtf?!”. Bowiem my, jako czytelnicy, nie otrzymujemy żadnych wskazówek, dlaczego, do cholery, Anaela podejmuje taką nagłą i dziwną decyzję. Nawet nie pojawia się w tekście informacja, by kiedykolwiek wcześniej słyszała o miejscu takim jak Cambria, a co dopiero, że jest atakowane! Dziewczę po prostu budzi się, po cichu wymyka i wzium – teleport do miejsca pogrążonego w całkowitym chaosie. Gdzie tu sens? Gdzie logika? Gdzie ciąg przyczynowo-skutkowy? Nawet bezpośrednia zainteresowana zdaje się nie bardzo wiedzieć, co się wokół niej dzieje:


Anaela stała przez moment nieruchomo, próbując dojść do siebie. Jeszcze przed chwilą leżała w ciepłym łóżku otulona błogą ciszą śpiącej Twierdzy. Teraz znajdowała się pośród łez, cierpienia i strachu. Panicznego strachu.
Więc co kazało ci tu w ogóle przychodzić? Przemożne lekarskie powołanie?

Wypadła na dziedziniec i z gardła wyrwał jej się jęk. Ogromną przestrzeń wypełniali złożeni wprost na bruku umierający mężczyźni. Między nimi kręciły się bez ładu i składu służące i czarodziejki. Z murów dochodziły mrożące krew w żyłach okrzyki. Odgłosy kanonady. Szczęk broni.
Kanonada? W Ferrinie mają proch i armaty albo inną broń palną, która tłumaczyłaby obecność tego słowa? The world may never know.

Przycisnęła dłonie do skroni. W pamięci zamajaczyła scena z poprzedniego wcielenia, gdy wysłano ją, jeszcze nieopierzoną studentkę medycyny, do katastrofy kolejowej: skręcone tony stali spiętrzone nad głową, ludzie w szoku snujący się jak zjawy w duszącym dymie, makabryczne jęki i wołania o pomoc dochodzące gdzieś ze środka zmiażdżonych wagonów. Wtedy też poczuła wszechogarniającą niemoc.
Może się mylę, ale czy naprawdę do wielkiej i poważnej katastrofy kolejowej wysyłano by STUDENTÓW? Niby każda pomoc się przyda, ale przecież to gigantyczna odpowiedzialność, każda sekunda się liczy, kto by wysyłał do takiej katastrofy niedoświadczonych studencików?

W Anaelcię wstępuje duch bojowy i wygłasza przemowę, której wszyscy słuchają w milczeniu. Kłamie, że przysłała ją Berenika, rozstawia wszystkich po kątach i wydaje rozkazy. Wszyscy, oczywiście, natychmiast odzyskują odwagę i z zapałem przystępują do pracy przy leczeniu rannych i ewakuacji dzieci i kobiet przez portal. Anaela pomaga najciężej rannym, nie mając najmniejszych problemów z używaniem magii i pracuje w pocie czoła do świtu.


Suknia już dawno straciła swój biały kolor, zbrukana krwią, błotem i ekskrementami. Romantyczne wyobrażenia Anaeli o średniowiecznych wojnach legły w gruzach. Wojna, nawet taka na miecze, włócznie, łuki i katapulty, to smród z rozdartych wnętrzności, rozdzierające jęki, grubiańskie przekleństwa, rozpaczliwe krzyki, ból, łzy i... krew. Bagno krwi. Brodziła po kostki w lepkiej, purpurowej mazi.
Miałam powiedzieć, że nawet nie wiem, skąd pomysł o „romantycznych średniowiecznych wojnach”, ale przypomniałam sobie „Eragona”, w którym wszystko było opisywane jako epickie do porzygu i jednak zmilczę.

Anaelcia jest oburzona tym, że darrakijskim jeńcom podrzyna się gardła. Ale nie ma czasu na nic poza poirytowane
„no niee...”, bo oto dziedzińcem wstrząsa wiadomość, że przywódca, Lord Cambr, nie żyje. Okazuje się, że żyje, ale jest ciężko ranny. Anaela udaje się do dowódcy darrakijskich wojsk, by negocjować. WeddSa’ard oczywiście doskonale pamięta naszą słodycz.

O tak: śnił o niej. Noc w noc prześladował Wielkiego Mistrza wizerunek smoczowłosej czarodziejki. Od tamtego dnia, gdy wymknęła się z jego drapieżnych rąk, on, który nie miewał snów, śnił o nieznajomej. I teraz Leddi z sennych majaków przyszła do niego. Zaraz, za moment spojrzy jej w oczy i...
Nie! Nie chciał jej widzieć. Nie chciał rozczarować się sztuczną urodą kolejnej alderiańskiej wiedźmy. Już miał powtórzyć: „Odpraw”, ale nie zdążył.
Stała w progu. Filigranowa niczym laleczka z porcelany.
Bzyknij ją już teraz i miejmy to z głowy.

Lecz wtem, gdy Anaelcia spogląda mu w oczy, WeddSa’arda nawiedza flashback. Toczy w nim pojedynek w zabawie z Reikanem, gdy wtem wbiega między nich niejaka Elanora dell’Soll. Patrzy na WeddSa’arda z miłością
„nie do końca będącej miłością li tylko siostrzaną”. Uprzytamnia sobie, że Anaelcia jest bardzo podobna do dziewczyny z jego wspomnień.

W każdym razie, Anaelci Sellinaris przypomina czarną panterę i podziwia go, jakby był właśnie panterą (serio, tak to jest opisane). I wtedy poznajmy powód, dla którego Karolina fatygowała się do niego. Żąda kilkugodzinnego rozejmu, w czasie którego cambrijczycy zajmą się swoimi rannymi i otworzą bramy, by darrakijczycy wyprowadzili swoich rannych, a przy tym przyznaje, że dowódca Cambrii jest ciężko ranny.

Serio, ta kretynka osiągnęła nowy szczyt głupoty. Nawet sam WeddSa’ard wytyka tę gigantyczną lukę w jej rozumowaniu, więc to nie jest tak, że autorka też nie zdawała sobie sprawy, jakie to jest głupie. Pewnie! Otwórzmy bramy, żeby wróg mógł wynieść swoich rannych! Kij z tym, że ryzykujemy całkowite odsłonięcie się i to, że wykorzystają głupotę atakowanych i wpadną do miasta z całym impetem i wyrżną je w pień! Można by tłumaczyć Anaelę tym, że na dobrą sprawę ona nie stoi po żadnej stronie i jednym i drugim współczuje tak samo, ale halo: taka jest wojna. Chcesz czy nie, prędzej czy później znajdziesz się po którejś stronie barykady i dla bezpieczeństwa własnego i bliźnich, powinno się po tej stronie zostać. I nie robić takich kretyńskich rzeczy, jak pójście do obozu wroga i poinformowanie go uprzejmie, że wasz dowódca ledwo dycha!


Wsunął palce w kasztanowe włosy. Zacisnął tak mocno, że musiała odchylić głowę do tyłu. Drugą dłonią objął kruchą krtań. Przez chwilę napawał się strachem dziewczyny. Czuł pod opuszkami pulsowanie krwi tłoczonej oszalałym sercem i... tak, o to mu chodziło. Spijał jej emocje i rozkoszował się ich smakiem.
- Gdzieś ty się uchowała? - wymruczał, po czym szarpnął ją do góry. Przyciągnął do siebie.
Całym ciałem poczuła jego ciało i nagle wściekłość i wstyd gdzieś odpłynęły, ustępując pola palącemu pragnieniu, jakiego nie czuła w całym swym życiu.
Bez komentarza...

Uśmiechnął się jakoś tak... Nie! Zdawało jej się. To przecież kawał sukinsyna! Zwyrodniałego mordercy! Psychopaty! Nie mógłby... A jednak! Długie palce poczęły niespiesznie rozpinać guziczki sukni. Serce znów poderwało się do galopu i omal nie wyskoczyło jej z piersi. Nie! Nie! Nie! To drań! Najnikczemniejszy na świecie! Dlaczego więc zaczęła drżeć? Czemu zamarła w oczekiwaniu rozkoszy?
Kocham go! - uświadomiła sobie ze zgrozą. Kocham go tak, jak kocha się drugą, mroczną, połowę swej duszy. Jest moim dopełnieniem, a ja jestem dopełnieniem jego. Razem tworzymy całość. I wreszcie pojęła, co wyrażało jego spojrzenie, wtedy, na leśnej ścieżce: to była bezgraniczna tęsknota.
Anaelo... błagam cię... ty już do końca tej książki nic nie mów. Ani nie myśl. Usiądź gdzieś w kącie i udawaj taboret.

Karolinka prawie mu się oddaje, ale nagle się opamiętuje i zaczyna wyrywać.

- Nie zrobisz tego, panie.
- A kto mnie powstrzyma? Ty? - Pogardliwy grymas oszpecił piękną twarz.
Uśmiechnęła się do niego zielonymi oczami.
- Moja wiara w twój honor, Sellinarisie dell’Soll.
Jak się ze mną ożeni, to na pewno przestanie pić i mnie bić, moja miłość go uzdrowi!

Ale, oczywiście, to zdanie podziałało. Nie mam co prawda pojęcia, skąd Anaela może wiedzieć, że jego imię też się kończy na dell’Słońce, ale w tej książce jest tyle luk, że nie chce mi się zbytnio roztkliwiać nad tą jedną. W każdym razie, Sellinaris daje jej dwie godziny na zajęcie się rannymi. I ci idioci naprawdę słuchają Anaeli i otwierają bramy, by wrogie wojska mogły spokojnie wykonać odwrót. I wszystko przebiega grzecznie i bez zakłóceń. Ja pierdolę.

Mimo dwugodzinnego rozejmu, pod koniec dnia Cambria padła. Anaela chciała zostać przy rannych, ale jakiś zirytowany wojak dał jej po łbie i wrzucił w portal. I sprawy się komplikują, bo okazuje się, że na każde opuszczenie murów Alderiany Anaela powinna mieć pozwolenie Bereniki, a o to się oczywiście nie postarała, gdy wymknęła się w środku nocy. Za to zostaje ukarana Mirella – służka Anaeli. Anaela zaś... zostaje mianowana Następczynią.

Cooo...?

Nie mam już na to siły. Anaela jest zmęczona i ma w dupie swoją nową funkcję, a Agnessa de Sade, dotychczasowa Następczyni, zaczyna pałać do niej nienawiścią. Ach, och.

Tymczasem WeddSa’ard obejmuje władzę nad Cambrią i zaczyna od powieszenia wszystkich członków rodziny lorda Cambra. Potem odwiedza go Agnessa i oferuje mu siebie w zamian za głowę Anaeli. Ale WeddSa’ard się nie zgadza, bo on jest wielki i zły, Władca Szarej Śmierci, czarna pantera, blabla, i Anaela należy do niego. I na koniec Ópojny cytacik:

- A teraz dokończymy to, cośmy zaczęli. Straż!
Do komnaty wpadło czterech rosłych gwardzistów, gotowych zasiec każdego, kto zagroziłby ich panu. Zatrzymali się przy drzwiach, czekając na dalsze rozkazy. WeddSa’ard zachęcającym gestem wskazał im skuloną pośrodku łoża dziewczynę:
- Pokażcie pani, kto tu rządzi. I nie oszczędzać wiedźmy: Agnessa de Sade lubi ostrą grę.
Myślał, że ją tym ukarze, ale nic bardziej błędnego. Odrzuciła kołdrę, kryjącą dotąd jej nagość, oblizała lubieżnie karminowe usta i rozchylając bezwstydnie uda, rzuciła:
- Słyszeliście, chłopcy? Który pierwszy?
Nie spuszczała przy tym wzroku z WeddSa’arda. Ten skrzywił się z bezgraniczną pogardą: Jak goniącej się suce, de Sade było wszystko jedno, przed kim rozłoży nogi – przed wymuskanym wielmożą czy niedomytym dragonem. Wszystko jedno, gdzie zlegnie: w stajni na sianie, w łożu z baldachimem czy na stole pośrodku tłumnej oberży. Z jednym, z dwoma, z pięcioma... Wszystko jedno, byle... Mocnooo!

środa, 16 października 2013

Całe mnóstwo magicznych stworzeń, czyli "Dziewiąty mag", część 9

Żyję! I nawet analka mam!





Na widok Ariel beztrosko i bez problemu sięgającej po starodawny artefakt w postaci kuszy, Marcus natychmiast kontaktuje się przez lustro z Naczelnym Czarnoksiężnikiem i podnosi raban, że kusza... ups, sorry, Kusza Wielkiego Xaviere’a znalazła nowego właściciela. Na wieść o tym, że jest nim Ariel, Naczelny zapowietrza się i zapowiada swoje rychłe przybycie.

Ariel zakłopotana popatrzyła na Marcusa.
- Znowu zrobiłam cos złego? - zapytała. - Przecież to tylko kusza, nie? Jak chcesz, to ją odłoże i wybierzemy cos innego - zaproponowała niepewnie.
- Nie, Ariel. Nie zrobiłas nic złego. Tym wyczynem zakasowałas wszystkich Naczelnych razem wzietych, bo żadnemu z nich nie udało sie wydobyc tej kuszy z gabloty, choc używali różnych zaklec - powiedział spokojnie Marcus.
Zakasować – okazać się lepszyć od kogoś. Tia, Ariel doskonale pasuje do tego słowa. Ona jest najlepsza ze wszystkiego od wszystkich.
To już wręcz zakrawa na parodię.

Tu następuje cały spory akapit zawierający rozmyślania Marcusa o tym, jaka doskonała, wybitnie uzdolniona, a jednocześnie skromna (buahaha) jest Ariel. Idę rzygać.

Przybywa Naczelny i rozkazuje Ariel odłożyć kuszę i sprawić, by przyleciała jej do ręki, jak to zrobiła poprzednio. Kusza ani drgnie, Ariel jest zdezorientowana, a Naczelny wściekły.


- Nie wiem, jak wy dwoje wyjeliscie ten swiety zabytek, ale ostrzegam, że za nastepny taki dowcip zostaniecie srogo ukarani. Zwłaszcza ty, Marcus, znasz zasady naszego swiata, wiec poniesiesz surowe konsekwencje.
Czy nie może po prostu telepatycznie wtargnąć jemu albo jej do umysłu i zobaczyć we wspomnieniach, co zaszło?
Nie, bo przez to Arielka nie mogłaby znowu popisać się bucerą i na niego nawrzeszczeć.

No teraz już była wkurzona.
No teraz to już jestem pewna, że autorka nie zna podstawowych zasad pisarstwa.
Zasada 1: Jeśli napisana przez ciebie powieść jest twoją pierwszą w życiu próbą pisarską, NIE PUBLIKUJ.

- To nie była wina Marcusa i pan dobrze o tym wie! - rzuciła ze złoscia. - To bardzo uczciwy i lojalny oficer. Czasami lojalny aż do przesady. Jest pan niesprawiedliwy. Ta kusza naprawde do mnie przyleciała. Czemu nie chce tego zrobic po raz drugi, nie wiem. To pan tu jest Naczelnym Czarnoksieżnikiem, nie ja, wiec to pan powinien takie rzeczy wiedziec! - palneła bezczelnie, czujac, że przegina, ale co tam. Nawet tym na najwyższych stołkach też czasem trzeba utrzec nosa.
Ale nie jeśli od wyżej wymienionych zależy twoje zdrowie i życie. Nawiasem mówiąc, coś sporo tutaj pojazdów na karierowiczów, ludzi na „najwyższych stołkach” i lęku przed nepotyzmem. Ciekawe, kto się tak autorce naraził, hłe hłe.
Może koleżanki, które coś osiągnęły, poza wydaniem gniota. ;P

- Smiesz mnie pouczac?! - ryknał zdumiony Severian. - Moge cie w jednej chwili zmienic w kamien, drzewo albo inny przedmiot, wiec uważaj, jakim tonem i co do mnie mówisz, kobieto! - wysyczał wsciekły.
Łooo, brał lekcje gróźb i ciętych ripost od Karolinki aka Anaelci.

(NMSP)

Teraz Marcus był autentycznie przerażony. Ariel chyba odbiło. Wrzeszczała na Severiana?! Ten wyciagnał dłon i skierował palec wskazujacy w jej strone. W jednej sekundzie szyje kobiety otoczył pek srebrnych łancuszków. Naczelny kiwnał palcem i łancuszki zaczeły coraz mocniej, niczym żywe weże, oplatac sie dookoła, odbierajac jej oddech.
Bo bez łańcuszków byłoby za bardzo vaderowo.
Pfff, zupełnie, jakbyśmy mało nawiązań do Gwiezdnych Wojen już wyłapały. Poza tym, on miał KLASĘ, nie zniżyłby się do używania ŁAŃCUSZKÓW do duszenia ofiar!

Kiedy Severian w ramach nauczki poddusza Ariel, kusza nagle wzlatuje w powietrze i sama celuje w jego gardło. Naczelny sika w portki i puszcza kretynkę, kusza leci w jej ramiona, a Marcus przytula Arielkę. Ach, och. Arielka i Severian rozmawiają na osobności i ustalają, że ok, kusza należy do niej, ale niech leży, gdzie była, bo nie czas jej użyć i jej widok wywołałby pytania. Potem mdleje, tylko i wyłącznie po to, by Marcus mógł ją rycersko zanieść do pokoju i cucić mokrym ręcznikiem.

Powiedział mi, że jestem tu nie tylko z powodu smoków. Jest jeszcze jakis inny powód. Na razie nie zna go ani Oriana, ani on, ani żaden inny Naczelny, ale wszyscy domyslaja sie, że to sie wiaże z czyms niemiłym. Kusze zostawiam sobie jako ostatnia deske ratunku.
Na walkę z bossem, chciałaś powiedzieć...
Zasada 2: Jeśli w swojej powieści wszystko czytelnikowi podpowiadasz i wyjaśniasz jak krowie na rowie, nie zostawiając najmniejszego miejsca na domysły, nie dziw się potem, że ktoś ci zarzuca całkowitą liniowość totalnie przewidywalnej fabuły.

Zachowaj te informacje dla siebie. Możesz je zdradzic tylko Fabienowi - powiedziała poważnie, dotykajac dłoni gładzacej jej policzek. „W moim swiecie JUŻ doszło do rewolucji. I to w tak krótkim czasie" - odparł w myslach Marcus, majac zupełnie co innego na mysli.
Ciężkostrawny obiadek...?

- Marcus - poprosiła cicho - posiedz ze mna, dopóki nie zasne, prosze. „Przy tobie czuje się taka bezpieczna" - dokonczyła telepatycznie, zapominajac ze zmeczenia właczyc osłone. Usiadł i czekał, aż zasnie. Gula wzruszenia prawie zdławiła mu gardło, gdy usłyszał to ostatnie wyznanie.
Takie ilości lukru powinny źle wpływać na uzębienie autorki, może po trzeciej wizycie u dentysty by się opamiętały.

Spała kilka godzin, a kiedy sie obudziła, zobaczyła przy łóżku Fabiena. Chciała mu opowiedziec wszystko, co sie wydarzyło, bo był jedyna osoba, której ufała równie mocno jak Marcusowi, ale elf dał jej znak reka, że ma nic nie mówic.
A tak swoją drogą: wiadomo, że przygody wśród seksownych żołnierzyków w bungalowach są o wiele ważniejsze, ale czy Ariel nawet nie zdarza się tęsknić za córką, przyjaciółką, życiem zostawionym na Ziemi? Oczywiście, czas tam nie płynie na czas nieobecności Ariel (nobojakżetotak), więc tam nikt nawet nie zauważy jej nieobecności, ale w całym tym nieprzyjaznym otoczeniu, wśród dziwnych ludzi mających chore zwyczaje, mnóstwa potworów i niezwykłych zjawisk – czy nie czuje się ani odrobinę zagubiona, nie chce wracać, zobaczyć córki, która jest jej jedyną rodziną?
Pff, co ty, mama jest na wakacjach, baluje i zarywa ciacha w barach. Znaczy, elfy w karczmach. Kogo obchodzi jakaś tam córka?

Fabien podaje jej nieapetycznie wyglądający eliksir wzmacniający.

- No, dalej, pij. To nie trucizna. Żaden z nas nie miałby zamiaru cie otruc, choc przyznaje, że czasem jestes wkurzajaca. - Wyszczerzył zeby w usmiechu.
CZASEM? Jeśli to jest „czasem”, to co by było, gdyby CIĄGLE była wkurzająca?

Ariel idzie na strzelnicę, gdzie czeka Marcus z nową kuszą dla swojej dziuni. Okazuje się, że tutejsze kusze mają magazynki i można z nich strzelać jak z karabinów. Rotfl. Oczywiście, Ariel szybko się uczy strzelać, szybciej od kadetów, którzy miesiącami nie potrafią trafić w największą makietę. Bez komentarza, bo nie chce mi się już powtarzać.

Wiedział, że nauczył ja wszystkiego. Żaden adept nie byłby pojetniejszy, no ale z drugiej strony żadnemu adeptowi nie zdradzał aż tylu swoich sekretnych sztuczek z kuszami...
Sekretne sztuczki z kuszami. Brzmi jak tytuł jakiegoś średniowiecznego periodyku dla panów.
W tym numerze: Czy ona leci tylko na twój buzdygan? Co dwa miecze to nie jeden! Skóra czy mithril: wielkie głosowanie!

- Teraz twoim przewodnikiem jest Fabien, a ja wracam do patrolowania. Przy okazji, jak dałas na imie temu pegazowi? - zapytał zaciekawiony. - Bo mój to Trevor.
Uroczo, jak ropucha Neville’a w oryginale. ^^

- Mój kochany...
- Cco?! - wyjakał zdumiony, bo nie zrozumiał, co miała na mysli.
- N-n-no, mówie do niego „mój kochany" – wykrztusiła Ariel z głupia mina.
- Aaa! - Rozesmiał sie.
Boże, jak śmiesznie.

Wspólnie poszli do stołówki na kolacje, potem wrócili do bungalowu i pożegnali się przed drzwiami swoich kwater. Mieli swiadomosc, że to mogło byc ich ostatnie spotkanie.
Szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że ich pokoje ze sobą sąsiadują i mają wspólną łazienkę, a w tym „wojsku” i tak się nie robi nic poza chodzeniem do stołówki.

Rozumieli jednak, do czego mogłaby doprowadzic ich daza znajomosc i wzajemna fascynacja, gdyby tylko do tego dopuscili. Byli dorosli. Każde z nich cieżko to przeżyło, obydwoje jednak wiedzieli, że tak trzeba - że musza o sobie wzajemnie zapomniec. Że szanse na realizacje ich pragnien i marzen sa na tym i na tamtym swiecie zerowe. Pewnie dlatego tej nocy żadne z nich nie spało...
Widzę co najmniej kilka wyjść z tej sytuacji i żadne nie zakłada takiego idiotycznego rozstania...
To mam płakać, że to niesprawiedliwe i oni powinni być razem, czy nie?
Nad tą książką płacze się ze zgoła innych powodów.

Nastepnego dnia po sniadaniu Ariel oswiadczyła Fabienowi, że leci do miasta do biblioteki. Po kolejnej nieprzespanej nocy postanowiła w koncu zajac sie tym, po co została tu sprowadzona, a poza tym nic tak dobrze nie działało jej na stres i żal jak dużo cieżkiej pracy.
Zajęła się za to, co naprawdę ważne dopiero, jak zdała sobie sprawę, że z zarywania ciach nici. Bardzo odpowiedzialne.
Swoją drogą, to jest już chyba jakiś syndrom Hermiony Granger: nie wiesz czegoś? Leć do biblioteki! A zwróciłam na to uwagę, bo to motyw, który ostatnio zauważyłam w kilku książkach, w których takie rozwiązanie problemu zwyczajnie nie pasuje do świata i jest po prostu głupie i niemożliwe. Tak, Licio Troisi, wstań, jak do ciebie mówię.
Ee, daj Licii spokój, ona chociaż ma przepiękne okładki i smoki takie, jak należy. <3

W drodze do miasta rozkoszowała sie lotem na pegazie i na chwile zapomniała o zmartwieniach. Z czułoscia pomyslała o Amandzie. Jej też by sie takie latanie bardzo spodobało, no i uwielbiała konie.
O, a więc jednak pamięta, że ma córkę! Szkoda, że poświęcone jej zostają całe dwa zdania.

W centrum stal przeszklony gmach w kształcie stożka z czyms w rodzaju zewnetrznych wind prowadzacych na poszczególne pietra. Od budowli promieniscie rozchodziły sie brukowane kamieniem uliczki podobne do tej, przy której stał dom Marceliny.
Hmm...

Naaah, to musi być przypadek.

Ariel, nie wiedzieć czemu, pcha się do tego przeszklonego budynku, czyli ratusza. To tam jest biblioteka...? W każdym razie zachwyca się całkowicie szklanym budynkiem (buuu, zero prywatności) i magicznym rdzeniem wyglądającym jak kolumna wody, sięgająca szczytu budynku. Jego funkcja nie zostaje nam wyjaśniona, poza tym, że po zbliżeniu się, Ariel czuje się jak pijana.

- To przecież magiczna woda! - Teraz to on popatrzył na nia zdziwiony. - Woda z naszego swietego zródła. Ciebie też bym nie wpuscił, gdyby nie wyrazny rozkaz Naczelnego. Ta woda maci umysły, nawet elfów! Tylko najpoteżniejsi czarnoksieżnicy moga tu przebywac.
Nie rozumiem zatem, dlaczego jeszcze wspaniałość Arielki nie zaczęła się popisywać.
Cicho, jeszcze ma czas.

Gdy wyszła z windy, jej oczom ukazało sie pietro biegnace dookoła sciany stożka, ale nieprzylegajace do rdzenia. Można było tylko podejsc do barierki i obejrzec go z daleka. Poniżej zas otwierała sie głeboka, siegajaca magicznego ogrodu przepasc. Ile to mogło byc metrów? Ariel stwierdziła tylko, że i tak zbyt wiele jak na nia. Jasny gwint! Ależ musiała byc wysoko!
Ale z lataniem na pegazie to nie miała problemów...

Ariel pyta bibliotekarko-recepcjonistkę o księgi o smokach. Ta odpowiada, że na dostęp do tychże musi mieć wyraźne pozwolenie od Naczelnego i żeby wróciła jutro. Ariel znów popisuje się swą nieskończoną bucerą.

 Ech, biurokracja! Na każdym swiecie taka sama... Pieczatki, pozwolenia, audiencje... Ariel zazgrzytała zebami ze złosci.
-Słuchaj, Adela, uważnie, zanim strace cierpliwosc! Lec mi natychmiast po Marceline albo, na Wielkiego Xaviere'a... - zagroziła złowieszczo.
Boże, co za nadęta idiotka! Jak ja nienawidzę tej tępej, egocentrycznej zdziry! Jak można być takim chamem wobec osoby, która po prostu wykonuje swoją pracę i nie przejawia najmniejszych oznak bycia nieuprzejmym?!

Na elfce najwyrazniej nie zrobiło to wrażenia, bo powtórzyła jeszcze tylko bardziej wzburzona:
- Prosze odejsc i przyjsc jutro. Inaczej bede musiała wezwac ochrone!
Tego już było Ariel za wiele. Nie bedzie jej tu jakas szpiczastoucha pinda wydawac polecen!
I kto tu jest głupią pindą?! Mam coraz większe wrażenie, że autorka poprzez swoją bohatereczkę leczy jakieś swoje kompleksy na punkcie urzędów, pracodawców i pracowników, bo naprawdę nie widzę innego powodu dla tego jakiegoś idiotycznego skupiania się na tym.

Dziewczyna broniła sie dzielnie zakleciem adger, które już pekało, gdy ten interesujacy pojedynek z biurokracja przerwała stanowcza mysl Marceliny:
„Ariel, pusc Adele! Nie trzeba sie uciekac do przemocy!"
- Wkurza mnie biurokracja i urzednicy, którzy nie rozumieja, że oprócz przepisów istnieje też realne życie. Witaj, też sie ciesze, że cie widze - odpowiedziała Ariel, szczerzac zeby w usmiechu.
Wkurzają mnie ludzie, którzy myślą, że chamstwo i prostactwo to powód do dumy.

- Adelo - poinstruowała Marcelina elfke - Ariel naprawde jest konsultantem do spraw smoków i ma najwyższe uprawnienia nadane przez samego Severiana do przegladu całej zawartosci naszych zasobów, wiec nie musisz mu zawracac tym głowy, bo on to polecenie przekazał mnie. I powiem ci jeszcze, że Ariel ma specjalny status. Każdy urzednik czy oficer ma tej osobie udzielic wszelkiej pomocy, jakiej zażada. Wszelkiej, rozumiesz?! Ariel będzie u nas, zdaje sie, czestym gosciem, wiec zechciej przyłożyc sie do pomocy, chyba że chcesz sie narazic na gniew Naczelnego. - Spojrzała na Adele znaczaco.
A teraz jeszcze ta stara wiedźma się na biednej dziewczynie wyżywa. Na dokładkę to swoje polecenie Marcelina może sobie w dupę wsadzić, póki nie ma go na piśmie i Adela nie powinna ulegać takiemu szantażowi. Przecież to samo mógłby powiedzieć KAŻDY, na przykład ktoś, kto użyłby wiedzy z tych ksiąg do złych celów. Dlaczego... dlaczego to jest takie głupie... *szlocha*
*paca pocieszająco po głowie*

Jej usta zaczeły sie sciagac w jedna linie, a powieki coraz szybciej mrugac. Zanim jednak wybuchneła płaczem, Ariel poklepała dziewczyne po ramieniu.
- Już dobrze. Nic sie nie stało. Wiem, że nie chciałas zle.
To jak, pokażesz mi te ksiegi? - Usmiechneła sie. Lody chyba zostały przełamane.
Ariel dosłownie potraktowała jak psa tę dziewczynę, a teraz się nazywa, że są w przyjaźni? NIE. Adela, nie daj się. Zabij kurwę, bo ja to zrobię.
Woah, to cię poniosło. o.O
Przepraszam, ale naprawdę szczerze nienawidzę ludzi tego pokroju, którzy prą naprzód, mają same żądania i roszczenia, a sami od siebie nie dadzą nic, nawet odrobiny uprzejmości.

Mówiono jej, że informacji o smokach jest niewiele, tymczasem prawda okazała sie zupełnie inna. Informacji nagromadzonych przez setki lat był ogrom, ale sam fakt traktowania smoków jako stworzen swietych czynił te wiedze niedostepna. Teraz Ariel miała przed soba kopalnie wiadomosci o nich. Gdyby tylko którykolwiek z Naczelnych pozwolił magmedykom przejrzec te ksiegi, sami daliby sobie rade z wiekszoscia problemów hodowlanych i chorób. Niestety, postronni magowie nawet nie wiedzieli, że takie ksiegi istnieja!
Że co? To znaczy, że oni mają całą tę wiedzę pod ręką, ale zamiast po prostu z niej skorzystać, rozpoczynają jakieś durne poszukiwania weterynarza z innego świata, w którym smoki nawet nie istnieją, ściągają go do siebie i zmuszają do odkrywania wszystkiego na własną rękę?
Mowę mi odjęło. Ta książka nawet nie ma prawa istnieć, bo jej podstawowy problem nie istnieje. Jeśli historia nie ma żadnego konfliktu do rozwiązania, to historii po prostu nie ma. Cała ta powieść jest wyłącznie pretekstem do miernego romansu na tle pegazów i smoków.


Te intensywne zajecia zagłuszały w Ariel tesknote za Amanda i za...
Czasami dochodziły ja słuchy o pojedynczych napadach trolli czy wampokruków albo innych bestii na któres z miast, co skłaniało ja do szybszego przyswajania informacji.
Ariel skrycie tęskniła za trollami i wampokrukami?
Serio, w którym momencie życia Reystone pomyślała, że „wampokruk” to świetny pomysł? Ile miała wtedy procent we krwi? XD

Tu otrzymujemy nudną jak flaki z olejem opowieść o powstaniu pierwszego z dziewięciu miast. W telegraficznym skrócie: Był sobie wielki i potężny Xaviere D’Orion i podczas swoich wędrówek po świecie, znalazł źródło pysznej, magicznej wody. Wkrótce do źródła zaczęły lgnąć humanoidy i słodkie, magiczne stworzonka, wzniesiono nad nim ratusz i wszyscy żyli szczęśliwie. Ale do magicznej wody zaczęły też ściągać brzydkie i złe stworzonka, więc Xaviere O Idiotycznym Mieniu otoczył miasto czarodziejską kopułą, przez którą potwory nie mogły się przedostać, oraz powołał korpus słitaśnych oficerów na pegazach. Prócz tego ustalił te kretyńskie Losowania jako system zapobiegania niżowi demograficznemu. Ale magiczne źródełko zaczęło wysychać, a wraz z nim słabła kopuła i smoki. Znaleziono w okolicy więcej źródełek i wokół nich wzniesiono pozostałe miasta, a pierwsze popadło w ruinę.

Nie spać mi tu, analiza się jeszcze nie skończyła.


Ariel pomału zaczynała rozumiec... Czyżby historia Wielkiego Xaviere'a sie powtarzała i zródła zaczynały wysychac? Jesli tak, wygladało to co prawda na proces wieloletni, ale nieodwracalny. Czy powinna o tym porozmawiac z Severianem? Czy na tym polegało jej dodatkowe zadanie? Uswiadomic mieszkancom, że ich zródła wysychaja? Że za wiele lat stanie sie z ich miastami to, co z antycznym miastem D'Oriona? Jesli tak, to nawet jej najwieksze poswiecenie, poznawanie smoków, ich hodowli nic nie da, bo nie w tym tkwił problem!...
I oni serio nie zdają sobie sprawy z tego problemu? Primo: znają historię swojego świata lepiej od Arielki-kretynki. Secundo: chyba mają jakiś wgląd w te źródła i potrafią ocenić, czy wysychają? Jak nie, to pogratulować, kolejny przykład tego, że ci wszyscy ludzie powinni już wyginąć, wyeliminowani przez naturę jako najsłabsze ogniwo.

Wedrujac pieszo po miescie, wtapiała sie w różnokolorowy tłum, wdychała egzotyczne zapachy bazarów i wysłuchiwała najnowszych wiadomosci. Transmitowane były wprost z ratusza za pomoca różnej wielkosci i kształtu luster pokrytych powłoka anty refleksyjna i wbudowanych w sciany budynków, słupy, ogrodzenia. Program przypominał kanały informacyjne w telewizji, choc oprócz dzienników i reklam leciały też teledyski tutejszych gwiazd i inne bzdury.
Umarłam, a moja miłość do fantastyki wraz ze mną. T__T
Bo o ileż to by było ciekawsze, gdyby Frodo po drodze do Góry Przeznaczenia słuchał sobie disco polo z iPoda, a elfy w Rivendell, znudzone nieśmiertelnością, odmóżdżały się teledyskami Miley Cyrus!

Pewnego dnia przeraziła sie jednak nie na żarty, -zobaczyła własna twarz, a potem cała swoja osobe powielana przez wiele setek luster informacyjnych, a głos spiker w tle poinformował mieszkanców miasta, że oto
Naczelny Czarnoksieżnik Severian w trosce o stan zdrowia naszych swietych smoków, eksperymentalnie i na wyjatkowych zasadach, udzielił zgody jednemu mag-medykowi Arielowi Odgeonowi na przeglad zagród oraz sprawdzenie ich kondycji. Smoki raczyły zaakceptowac mag-medyka, a Severian wierzy, że swoje praca mag-medyk Ariel nie ubliży im, ale sprawi, że ich kondycja, a co za tym idzie pomoc w ochronie miast, ulegna znacznej poprawie. Biuro prasowe Naczelnego Maga musi niestety ze smutkiem potwierdzic ostatnie pogłoski o osłabieniu sił witalnych naszych ukochanych smoków, ale jednoczesnie zapewniamy, że zostały już podjete odpowiednie kroki, aby sytuacje poprawic i uzdrowic. Nie ma na razie powodów do niepokoju. Jednoczesnie uprasza sie wszystkich obywateli o udzielenie każdej pomocy, o jaka poprosi konsultant do spraw smoków, i okazanie mu życzliwosci.
[i]Propaganda jak w mordę strzelił.

Nie, sprzeciwiam się. Ariel nie zasługuje na ani odrobinę życzliwości za to, jak sama traktuje innych.

Ale od tego dnia nic już nie było jak do tej pory. Zaczeła byc traktowana jak gwiazda filmowa. Co chwile ktos zaczepiał ja na ulicy i wypytywał o postep prac, czy nie obraża smoków i czy można jej jakos pomóc. Pare razy dostała ostrzeżenie, że jesli jednak zaszkodzi smokom, to...
Na szczescie sympatyczniejszych sytuacji było zdecydowanie wiecej.
*wali głową w ścianę*
Nie sądziłam, że to możliwe, ale to się robi bardziej i bardziej aŁtoreczkowe ze strony na stronę.

W spacerach po miescie zawsze towarzyszył jej anioł stróż, którym na zmiane byli Marcus albo Fabien, ale ona nie miała o tym pojecia.
Po raz kolejny pragnę uświadomić, że stalking nie jest uroczy ani romantyczny. Jest denerwujący i co najmniej niepokojący.

Przyjaciele woleli jednak nie ryzykowac, bo psychopatów nie brakuje w żadnym swiecie, wiec i tu mógł sie znalezc jakis fanatyk wyjatkowo czuły na punkcie smoczej godnosci.
I kto to mówi? Koleś, który rozbiera kobietę bez jej wiedzy i narkotyzuje się jej ciuchami, tak?

Czulszy zreszta niż same smoki, bo gdy popołudniami Ariel wracała do koszar, gawedziła telepatycznie z Vivianne niczym ze stara przyjaciółka. Czasami trafiała na Croya, ale ten w obecnosci smoczycy robił sie mało rozmowny.
I to jest cała robota, jaką odwala w sprawie smoków. Biblioteka się nie liczy, bo raz: tam czyta tylko o historii miast, dwa: uncja praktyki jest warta tyle, co tony teorii, jak mówi Swami Sivananda.