Czarne owce literatury czyli analizy ZŁYCH książek: listopada 2013

wtorek, 26 listopada 2013

Gra o tro... tfu, Ferrin, część 8

Udawajmy, że analiza jest w porę. ;D "Ferrin" w dalszym ciągu jest nudny i głupi, ale dzisiaj przynajmniej są seksy.




 Rankiem wojsko z Joysellem na czele szykuje się do dalszej drogi. Przy okazji dowiadujemy się, że misternym planem uratowania Kassandry jest w mniemaniu Anaelci mianowanie jej Następczynią. Niby wiem, że Anaela nie ma pojęcia o tym, że Berenika przejmuje ciała Następczyń, co równa się prawie ich śmierci, ale tak czy inaczej odnoszę wrażenie, że nie jest to wcale żaden gest najwyższej dobroci, a tylko wykorzystanie okazji do pozbycia się brzemienia. Zatem Karolcia mianuje gówniarę Następczynią, ale nie wiedzieć czemu, nie zabiera jej ze sobą w podróż. Wyrusza za to z bratem Kassandry, Arlissem.

Jakiś czas potem, Michalak zrzyna z „Wiedźmina”.

Trwali tak, w kompletnej ciszy i bezruchu, gdy wtem przez Las przetoczyło się westchnienie. Anaela osłupiała, bo widok był niecodzienny: pień drzewa otworzył się i wychynął z niego świecący niebieskawo... duch!
- Co... kto to jest? - zaszeptała do Joysella.
- Pani Lasu. Skłoń się, byle nisko - mruknął. Driada nie patrzyła na niego, lecz na Anaelę, którą nie tak dawno powitała w progach Świata Światów. Dziewczyna łypnęła na nią z ciekawością. Pani Lasu uśmiechnęła się lekko, po czym zwróciła do Joysella:
- Witaj, lordzie Ellis. Czego żądasz?
- Przejścia.
Cóż, przynajmniej główna bohaterka nie będzie się ryćkać z driadami. Ale robi się śmieszniej...
- Za wolną drogę płaci się krwią. Jesteś gotów ponieść ofiarę?
- Jestem gotów.
Joysell wyciągnął sztylet i przeciągnął ostrzem po wewnętrznej stronie nadgarstka. Z ciętych żył popłynęła obficie ciemnoczerwona krew. Ściekła po zwróconej ku ziemi dłoni i, niesamowite! - mech się poruszył, jakby zwietrzył trop, podpełzł ku rosnącej plamie krwi i począł ją chciwie spijać... wchłaniać... czy jak to tam nazwać.
Teraz już wiecie, dlaczego szlag mnie trafia przenajświętszy, gdy słyszę o niezwykłym kunszcie i talencie pisarskim Michalak. A mech na to: ślurp, ślurp!
Anaeli zabrakło słów, by opisać to, co obserwowała oczyma wielkimi jak spodki. Nagle przypomniała sobie pierwsze uczucie, jakiego doznała w tym świecie. Liźnięcia setek języczków na poharatanych podczas teleportacji dłoniach.
Liżący mech... z języczkami... Nie jestem pewna, co zrobię najpierw: zwrócę obiad czy pęknę ze śmiechu. Tak czy siak, będzie bałagan.
Wykrwawi się zaraz! - zakrzyczała w myślach Anaela, ale nie śmiała nawet pisnąć. Do tego samego wniosku doszła widać i driada, bo przytknęła nagle dłoń do krwawiącej rany.
- Dosyć. Żądamy ofiary z krwi, a nie z życia.
Cofnęła rękę. Po ranie nie było nawet śladu.
- Co Las ofiaruje w gościńcu? - zapytał Joysell słabym cokolwiek głosem.
Mogę się mylić, ale znam dwa znaczenia słowa „gościniec” i żadne tu nie pasuje. No ale w końcu jaka różnica jest między łąką a polaną, nie, Michaśka?

Wojsko jedzie przez Las (z wielkiej, bo Tysiąca), Anaelcia ma stały nadzór, co prowadzi do elementu komicznego na temat wydalania, potem nagle, nie wiadomo kiedy, o jakiej porze i jakich okolicznościach przyrody, Karolcię budzi mentalne wezwanie. Ach, to Amre, który jednak żyje, ach, och, radość, motylki, my heart is beating like a jungle drum. Anaela odpowiada na wezwanie, czeka, aż czujny Saris zaśnie (bonus: element komiczny z jego ciągłym „Nie jestem konikiem!”, ha ha), po czym lezie na spotkanie, wewnętrzym okiem OBEJRZAWSZY rozstawienie straży. Potem Michalak zrzyna z „Gwiezdnych wojen” i Anaelcia zabiera jednego wartownika ze sobą, by powiedział drugiemu, że to nie są droidy, któ... tfu, że eskortuje lasię na stronę.

Gdzieś tam czekał Amre! Szybciej, Anaelo, szybciej! Jak ją odnajdzie w tych ciemnościach? - martwiła się przez moment. Jednakże odnalazł.
Usłyszała swe imię wypowiadane szeptem i już w następnej chwili tonęła w jego ramionach.
W słabym świetle gwiazd widziała jego twarz taką, jaką ją zapamiętała jeszcze wtedy - na polanie. Surowe męskie rysy, silnie zaznaczona szczęka, wysokie kości policzkowe, cień zarostu.
Bez słowa zagarnął ją ramieniem, wsunął palce we włosy dziewczyny, unieruchamiając głowę, i nie bacząc na nieśmiałe protesty, zaczął całować. Namiętnie. Aż do utraty tchu.
Miiiłość rooośnie woookół naaas, a Anaelci to wszystko nie wydaje się ani trochę podejrzane, dopóki...
Objął jedną dłonią złączone za plecami nadgarstki dziewczyny, musnął ustami płatek ucha, a głos wiedźmy powiedział:
- Wystarczy, Vervain.
„Wystarczy, Vervain”, wdarło się do umysłu Anaeli z niejakim opóźnieniem. W pierwszej chwili nie zrozumiała. Otworzyła szeroko oczy i spojrzała pytająco w twarz przyjaciela, którą teraz wykrzywiał paskudny uśmiech. Paskudny uśmiech?! Zszokowana tą nagłą zmianą obejrzała się, na - uśmiechniętą równie paskudnie - Agnessę de Sade. I ten właśnie obraz - pięknej twarzy czarodziejki, oszpeconej wrednym uśmieszkiem – zabrała Anaela ze sobą w nieświadomość, gdy uderzona w potylicę rękojeścią miecza, osuwała się w ramiona Amrego-Vervaina.
Vervain, pamiętacie, werbena, obleśny dziad z „kostycznymi palcami” na usługach WeddSa’arda (na zdrowie).
Jak mogła nie poznać atrapy? Dlaczego, dysponując ponoć tak potężną mocą, nie wykryła podstępu? Gdzie była Anaelowa intuicja? (A to miała w ogóle jakąś? Bez urazy, ale nie widać). Na spacer poszła czy co?! Przypomniała sobie namiętny pocałunek i miała chęć wyszorować sobie usta mydłem. I pluć! Wypluć nawet wspomnienie dotyku obmierzłych warg. Zemdliło ją.
Vervain przyciskał Leczącą do siebie, czerpiąc z miotających nią uczuć perwersyjną przyjemność. W pewnym momencie, przełożywszy wodze do jednej ręki, wziął twarz Leczącej pod brodę i uniósł, chcąc pocałować kuszące usteczka.
Anaela tylko na to czekała: nie zdążył cofnąć dłoni, gdy wgryzła się w nią aż do krwi. Wstrzymał oddech, stłumił jęk i wychrypiał:
- Puść, kurwo, bo skręcę ci kark.
Splunęła jego krwią i zapytała kpiąco:
- Chcesz jeszcze buziaczka?
Jestem dzielna, twarda i umiem zapyskować! I wcale nie padam w ramiona każdego napotkanego, przystojnego mężczyzny jak delikatna królewna!

Jadą gdzieś na koniu – przynajmniej Anaela i Vervain, o de Sade ani słowa. Dziewczę jest strasznie skonane, bo ma ręce związane tytanianem, który nie pozwala jej czarować. Gdy zsiadają z ledwo żywych koni, Karolcia dramatycznie omdlewa. Agnessa przypada do niej i zaczyna ją bić i kopać. Lecz WTEM!
Czarna mgła zamknęła się nad dziewczyną jak wodna toń nad tonącym.
Czarny demon jednym susem znalazł się na środku polany i przednimi kopytami uderzył raz, a celnie: Vervain padł z roztrzaskaną czaszką. W tej samej sekundzie dosiadający Cienia jeździec skoczył na wiedźmę, zbijając ją z nóg. Ta wywinęła się jak piskorz, poderwała na nogi i odskoczyła w bok, prawą dłonią wyszarpując zza pasa krótki miecz, a lewą sztylet.
Szczerze mówiąc nie pamiętam, by Vervain ginął tak wcześnie. Jeśli faktycznie nie żyje, patrzcie i podziwiajcie: w podobnie nagły, bezsensowny i bezrefleksyjny sposób ginie tu sporo postaci.

Następuje scena walki, w której czepić się mogę tylu rzeczy naraz, że aż mi się serducho raduje:
1) w żadnym momencie nie jest napisane, że tajemniczy jeździec zsiada z konia, mimo to walcząca z ziemi Agnessa nie ma problemu z sięganiem mu sztyletem do ramienia, a on – z robieniem piruetów,
2) uderzone mieczem, ostrze sztyletu pęka i w jakiś magiczny sposób rykoszetuje (tak, rykoszetuje) w twarz Agnessy,
3) pokonana Agnessa oferuje jeźdźcowi nagrodę w postaci swojego seksownego ciała (bo to przecież lubieżna sucz jest i mamy jej za to nienawidzić); w dalszym ciągu nie jest powiedziane, że jeździec zsiada, wnioskuję więc, że rozebrał i wyryćkał Agnessę z konia. Albo na koniu,
4) same seksy są takie kwikogenne, że muszę przytoczyć w całości, bo ja tak nie umiem:

- Wygrałeś, żołnierzyku - mruknęła, ocierając krew z policzka. - Jestem twoja. - Spojrzała nań spod firany gęstych czarnych rzęs i uśmiechnęła się słodko.
Zrobiła krok, potem drugi i nagle znalazła się tuż przed nim, jedną dłoń kładąc na piersi żołnierza, drugą sięgając w dół. Gdy dotknęła jego przyrodzenia, przez rozgrzane walką ciało przeszedł dreszcz pożądania. Czy to możliwe, by taka piękność chciała... Chciała jego? Właśnie jego? Podniecenie powoli wypierało rozum.
- Weź mnie - zagruchała. - Prawem zwycięzcy.
Skubnęła zębami płatek ucha, aż jęknął mimowolnie i stracił resztkę rozsądku. Drżącymi dłońmi zaczął rozpinać guziki jej sukni, ale sapnęła niecierpliwie, podkasała spódnicę i pociągnęła go na siebie. Z przeciągłym ni to westchnieniem, ni szlochem wtargnął w nią brutalnie. Znieruchomiał z obawy, iż sprawił kobiecie ból, ale wychrypiała:
- Mocniej! Oooch. Moooocniej!
Pchnął parę razy, zatracając się w tym obłędzie, i nagle eksplodował, jęcząc głośno.
Opadł bez sił na chłodną trawę.
De Sade uniosła się na łokciu i zajrzała ciekawie w zlaną potem twarz.
(...)
- Bardzoś wyposzczony, chłopaczku. A może to był twój pierwszy raz?
Bez komentarza, to mię przerasta. Zastanawiam się, czy przez cały ten czas Anaela była przytomna i wszystko widziała. Zapewne nie, no bo jakżetotak, ale pomarzyć dobra rzecz.

Jeździec okazuje się być Arlissem. De Sade śmieje się z jego krótkodystansowości, na co chłopaczek unosi się dumą i już ma zamiar znowu sobie pobzykać, gdy wtem na scenę wkracza Joysell i daje Agnessie po mordzie. Jest lekko poirytowany niefrasobliwością naszej heroiny.

- Jesteś rąbnięta! Mam dosyć pilnowania jaśnie pani! Albo cię zwiążę, albo zostawię. Wybieraj!
- Masz sumienie, to wiąż. - Podetknęła mężczyźnie pod oczy poharatane linką nadgarstki.
- Ty głupia kobieto! - zżymał się, jadąc obok niej. - Saskia oczekuje mojej pomocy. Gnam ludzi przez ten parszywy Las, by zdążyć przed WeddSa’ardem, a ty...! Dass’ratt! Ostatni raz cię ratuję!
- Tak Bogiem a prawdą, uratował mnie Arliss - zauważyła.
Tak Bogiem a prawdą, gdyby nie Joysell, Arliss dałby podwójnie dupy i sam siebie by nawet po tym nie uratował. Nawiasem mówiąc, o Vervainie i Agnessie nagle przestaje się wspominać. Ja nie wiem, czy nikt ich nie pojmał, nie związał, nie kazał pilnować?

Nadciąga zwiadowca i melduje, że nadciągają darrakijskie wojska. Joysella to bardzo cieszy i rusza ze swoim wojskiem w bój, Arlissa, Anaelę, Mirellę i Loysi (wtf, kto to jest?) wysławszy w dalszą drogę do Saskii. Gdy tylko Joysell znika z pola widzenia, Anaela znowu daje popis debilizmu i nie słucha jego rozkazów: Arlissowi każe dołączyć do bitwy, a sama chce popatrzeć z góry na jatkę. Jasne, bo tyle dobrych wspomnień ma z Cambrii: krew, wyprute flaki, fruwające kończyny, pełno trupów ludzi, którym taaak współczuła, niezależnie od tego, po której stronie muru stali...

Anaelcia wspina się – sama nie wiem, po czym i na co – a Saris wariuje, że grozi jej niebezpieczeństwo; wzywa nawet lwianę Hatirę, która nagle zaczęła uważać Anaelę za swoją panią.

- Anaelo, musimy uciekać! - usłyszała naraz naglący głos Cienia.
- Saris! Nie mów do mnie, bo spadną! - odkrzyknęła i w tym momencie... spadła.
A to ci heca.

Anaelcia wisi, uczepiona kurczowo wystającego korzenia. Rzuca zaklęcie lewitacji, ale nieopatrznie rzuca je na nogi zamiast na głowę, skutkiem czego lewituje głową w dół. No i zgadnijcie, do czego to prowadzi.

Najpierw poczuła, bardzo zdziwiona, jak zaczynają się unosić w górę, podczas gdy ciało pozostaje na swoim miejscu. Po chwili lewitowała głową w dół, wciąż kurczowo ściskając korzeń. W tym momencie spódnica opadła Anaeli na głowę i Lecząca zaświeciła gołą pupą.
- Total, jak Boga kocham total - mruknęła, słysząc w umyśle nieco histeryczny chichot Sarisa.
Na dole wielka bitwa, ludzie się mordują, ale kij tam, nam tu jest tak śmiesznie z gołą dupą Anaelci... Swoją drogą: serio, nawet w średniowieczu istniała BIELIZNA. Jak ona w samej spódnicy jeździła konno? Może jeszcze okrakiem, co? A poza tym wydawało mi się, że ostatnio Anaela miała na sobie suknię, a nie spódnicę. ALE CO ZA RÓŻNICA.
Wstała, wygładziła suknię
*facepalmuje bezradnie*
Anaela patrzyła na rozgrywający się w dali bój z zapartym tchem, gdy nagle jej spojrzenie przyciągnął pędzący ku wzgórzu niewielki, może dziesięcioosobowy oddział, na którego czele gnała wpatrzona w biel jej sukni... Agnessa de Sade.
No kurwa mać, Joysell dał jej w pysk! Własną pięścią! A potem co, nagle zniknęła? Dali jej tak po prostu sobie pójść? Use your fucking mind!

Ale gdzieee tam. Anaelcia wskakuje na Sarisa i pędzi na odsiecz – za nimi biegną Mirella i Loysi (kimkolwiek jest ta druga). Łucznicy zaczynają do nich strzelać, Anaelcia wyczarowuje magiczną tarczę. Saris przywołuje Hatirę i...

Skrzydlaty kot nie kazał sobie drugi raz powtarzać. Zapikował ze wściekłym sykiem, dopadł wiedźmy i porwał ją w powietrze. De Sade wrzasnęła dziko, tracąc grunt pod nogami, i niewiele myśląc, odcięła trzymające ją lwie łapy. Kot zakrzyczał z bólu niemal ludzkim głosem i śmignął w górę. Wiedźma, spadając z wysokości kilkunastu metrów, usiłowała użyć zaklęcia lewitacji, ale zaklęcie nie zadziałało. Agnessa de Sade roztrzaskała się, a kopyta cwałujących koni wbiły zewłok w ziemię. Nie zatrzymało to pogoni. Znów świsnęły strzały.
Myśleliście, że wielka i piękna Agnessa se Sade będzie nam jeszcze długo towarzyszyć? Błąd!

Anaelcia oddziela się od Mirelii i Loysi i samotnie umyka przed goniącymi ją żołdakami, obleśnie się uśmiechającymi (pewnie widzieli jej goły tyłek na wzgórzu). Dziewczę dostaje bełt w ramię i taaak ją boli, tak jest zmęczona, tak nie ma siły... Lecz wtem między nią a tamtych wpada bliżej nieokreślony jeździec z mieczem z czarnego tytanianu (azaliż Amre, tym razem prawdziwy?) i kolejno skraca wszystkich o głowy, a tymczasem z portalu wypada Reikan. Koniec.

czwartek, 7 listopada 2013

Gra o tro... tfu, Ferrin, część 7,5

Mała niespodzianka. Ponieważ jutro wyjeżdżam na tydzień, w ramach rekompensaty za ostatnie opóźnianie wrzucam kolejną analizę już dzisiaj. To jeszcze nie jest cały rozdział - analizę drugiej połowy wrzucę w przyszły piątek lub sobotę. Miłej lektury. ;)





 Rozdział VIII: Kassandra

Rozdział zaczyna się od pochodu wojsk, na czele których stoi Joysell Ellis. Szczerze mówiąc, wolałabym już, by ta powieść skupiała się wyłącznie na Anaeli – aŁtorKasia próbuje stworzyć coś porównywalnego do „Pieśni lodu i ognia” Martina, ale ma wyraźne problemy z utrzymaniem swoich intryg w ryzach, co skutkuje lukami fabularnymi i idiotycznymi zachowaniami postaci, których imion i funkcji nawet nie da się po jednorazowej lekturze spamiętać.


W gęstej mgle plączącej się pod nogami jeźdźcy i piesi poruszali się jak senne zjawy.
Kopnij, to może mgła podkuli ogon i czmychnie.

Joysell rozmyśla o tym, jak do niedawna jego jedynym zajęciem było bzykanie kobiet i picie, i jak bardzo zbliżająca się wojna to zmieniła.


Kiedy to prysła ułuda lekkiego życia? Kto stanął na drodze Joysella, plącząc nieskomplikowane ścieżki jego losu? Westchnął. Naturalnie TA Leddi. To ona wtargnęła w uporządkowany świat Joysella, wywracając ten świat do góry nogami. Czy była fatum, które zesłali nań bogowie, gdy do cna im zbrzydło hulaszcze życie młodego lorda? Nie znał odpowiedzi na to pytanie, bo któż odgadnie boskie zamierzenia?
To wszystko brzmi bardzo pięknie, ale wojna nie rozpętała się z powodu Anaeli. Na dobrą sprawę nawet nie wiemy, skąd ta wojna, po co i dlaczego.

Tuż przed wymarszem, zupełnie nieoczekiwanie, Najwyższa ogłosiła Anaelę dell’Idarei Następczynią, co Joysell przyjął z głęboko skrywaną ulgą. Z ulgą skrywaną nawet przed samym sobą, bo oto rozwiały się marzenia o alderiańskim tronie (czyż jednak on, Joysell Ellis, był gotów na ten tron wstąpić?); bo oto Mirella miast jechać z nim na front, musiała zostać u boku swej pani (czyż jednak on, Joysell Ellis, był gotów związać się z jakąkolwiek kobietą na dłużej niż jedno mocniejsze uderzenie serca?); bo oto w końcu sama Anaela musiała zostać w Alderianie, miast teraz towarzyszyć mu w drodze do Saskii (czyż jednak nie miał poważniejszych problemów, niż pilnować postrzelonej Leddi i użerać się z nią na każdym kroku?).
Czyż nie będzie brzmiało to niezwykle podniośle i kunsztownie, gdy w jedno zdanie wcisnę trzy nawiasy, każdy zaczynający się od „czyż nie”? No cóż... nie.

Joysell już się zaczął cieszyć, że Anaeli z nim nie ma, gdy wtem dogania go dwóch jeźdźców, z których jeden z nich jest – oczywiście – Anaelcią. Ta pokazuje mu zmasakrowane oblicze jego ukochanej, Mirelli, drze się, że w dupie ma rozkazy Bereniki i nie będzie siedzieć z nią w pałacu. Joysell, popisując się bohaterstwem i męskością, próbuje od nich uciec, ale w końcu się zgadza i obiecuje ochraniać obie kobiety.

Tu następuje przerywnik, w którym znów spotykamy się ze Zdradą i Złem – czy ktoś jeszcze w ogóle o ich istnieniu pamięta? Gwoli przypomnienia: Zdrada i Zło są jakimiś wyższymi bytami i, jak by to ująć... grają w Ferrin. I nic więcej z tego przerywnika nie wynika.

Tymczasem Sellinaris WeddSa’ard i Berenika de Sanctis z jakiegoś powodu – oczywiście niewytłumaczonego czytelnikowi – przebywają w Tartarze, miejscu ciemnym i martwym, wypełnionym Duszobójcami, o których dowiadujemy się niewiele więcej ponad to, że są upiorami. WeddSa’ard śmieje się z wystraszonej Bereniki, że sama jest jedną z nich, bo przejmuje ciała kolejnych Następczyń, zniewalając ich dusze. Tu chyba powinniśmy się zmartwić losem Anaeli, ale mnie to nic a nic nie bierze. Prowadzą jeszcze nudną jak flaki z olejem konwersację pełną ekspozycji, wyjaśniania swoich planów i tym podobnych, ale nie dowiadujemy się takiej podstawowej rzeczy, jak CO ONI DO CHOLERY ROBIĄ W TARTARZE. W każdym razie, chcą zabić Eleuzisa.

Joysell zaś wraz ze swym zmordowanym nieustanną podróżą wojskiem dociera na jakąś „prowincję”. Podobnie jak na Atlantydzie, jechali całą noc i cały dzień, bez popasu i odpoczynku, i wyruszają w dalszą drogę następnego dnia rano. Żaden koń nie padł, żaden nie ma odparzeń od siodła, a najbardziej zmęczona jest biedna Karolinka.


Powoli wracała jej władza w nogach. Zerknęła ukradkiem, czy nie nabrały beczkowatego kształtu po kilkudziesięciu godzinach obejmowania Sarisowych krągłości. Cholera! Tak jak ona teraz musiała czuć się kobieta lekkich obyczajów po pracowitej nocy.
Jak można zaobserwować, jest tu niepokojąco dużo Elementów Komicznych nawiązujących do seksu, najczęściej dość niesmacznych.

No dobra, Anaelciu, zaciskamy zęby i grzecznie ruszamy za pokojówką. (...)
Przezwyciężyła sztywność mięśni i niecierpliwie spojrzała na rozchichotaną dziewczynę, która nie spuszczała roziskrzonego wzroku z lorda i jego drużyny. Musiała czuć się bardzo rozczarowana, że przydzielono ją jakiejś Leddi, a nie któremuś z przystojnych wojaków.
- Może tak wskazałabyś mi drogę, co?! - Anaela, marząc o ciepłej kąpieli i wygodnym łóżku (prawdę mówiąc, byłaby wdzięczna nawet za wiązkę siana u boku Sarisa), straciła w końcu cierpliwość. - Na przytulanki zdążysz się załapać!
Nie musisz być chamska wobec osób, które nawet w żaden sposób ci nie szkodzą. Ten slut shaming w wykonaniu Michalak jest zwyczajnie obrzydliwy.

Zamek cechowała uwielbiana przez Anaelę klasyczna prostota. Smukłe wieże wznosiły się nad murami łososiowej barwy.
Różowy zamek! Aaa!!!

Anaela idzie spać. Ma bardzo realistyczny sen, w którym jest dziewczynką o imieniu Kassandra. Na lwianie wlatuje do karczmy. Tam umyka pijanym żołnierzom, którzy chcieli ją zgwałcić, więc zamiast niej rzucają się na jakiegoś chłopaka. Wtem Anaela słyszy głos Sarisa (tego gadającego konia) nakazującego jej lecieć na pomoc i budzi się. Bójka w karczmie z jakiegoś powodu stawia na nogi wszystkich w PAŁACU, rusza tam mały oddziałek strażników i Anaela w roli Leczącej.

Chłopaczek w tym czasie zabił dwóch napastników i walczy z trzecim. Anaela rozdziela ich. Młody okazuje się być elfem, żołnierz utrzymuje, że to on zaczął, a tłum domaga się krwi. Wtem między ludźmi pojawia się srebrzysta lwiana oraz Saris i razem rozpraszają tłum, nie bacząc na śmierć postronnych, niewinnych osób. Przybywa dowódca (sama nie wiem czego), lwiana liże Anaelcię w policzek i wzbija się w powietrze. Ta jest zdezorientowana i znajduje właścicielkę lwiany – dziewczynkę, którą była we śnie, Kassandrę. Oczywiście, jej imię też nie jest bez znaczenia. Zgadnijcie, jakie niezwykłę zdolności ma czteropalczasta dziewucha? Wszyscy razem, na trzy, czte-ry: JEST WIESZCZKĄ!

Ale jeszcze o tym nie wiemy, więc udawajmy zaskoczenie, gdy już się to okaże. Anaela zabiera Kassandrę i chłopaka-półelfa imieniem Arliss na zamek i tam udziela im pomocy, rozkazuje dać im czyste ubrania i porządny posiłek.


- Dziękuję, Kassandro, za dobre słowo. - Skłoniła się żartobliwie przed dziewczynką, a gdy podnosiła głowę, krzyknęła, zatykając usta dłonią. Na czole małej jaśniała błękitna gwiazdka. Znak Najwyższej Kapłanki, Władczyni Alderii.
Anaela zamrugała. Znak zniknął, ale dziecko uniosło domyślnie brwi.
- Też to widziałaś, pani Anaelo?
A Kassandra widziała znak na własnym czole, bo ma oczy na słupkach jak ślimak?

Sprawa gwiazdki nie jest jednak roztrząsana, bo ważniejsze jest poświęcenie całego długiego akapitu na to, jak zmęczona jest Anaelcia. Z jakiegoś powodu uznaje, że dziecko jest teraz jej i chce zapewnić małej bezpieczeństwo.


Musiała dać Kassandrze żelazny glejt, coś, czego nikt nie zakwestionuje. Coś, co uczyni dziewczynkę nietykalną. No oczywiście! Czując ogromną ulgę, osunęła się na poduszki i wreszcie pozwoliła sobie zasnąć.
Co Anaelcia miała na myśli? O tym następnym razem.

wtorek, 5 listopada 2013

Całe mnóstwo magicznych stworzeń, czyli "Dziewiąty mag", część 10

Miałam się pochwalić, to perfidnie skorzystam i się pochwalę: tutaj możecie znaleźć obraz, który pochłonął mi większość zeszłego tygodnia, czyli archanioła ubijającego biednego smoka. A skoro już się reklamuję, to skorzystam z okazji i pochwalę się jeszcze zbiorem opowiadań mojego autorstwa - jeśli ktoś łaknie zemsty, może zanalizować. ;)

No, dość chwalipięctwa, czas wracać do roboty. Na głupotę "Dziewiątego maga" powoli zaczyna mi brakować słów. Zapraszam na kolejną część przygód najgorszej merysujki w dziejach.





 Pewnego dnia, tym razem dyskretniej, w poszukiwaniu relaksu od męczącej popularności znowu zapuściła się w las za koszarami.
Nie udawaj, że ci tak bardzo przeszkadza sława, nie wychodzi ci.
Musi zachowywać pozory, w końcu jest podobno skromna i nieśmiała.
Właśnie, PODOBNO.

Na końcu polany znalazła interesujący głaz, a właściwie dwa głazy leżące jeden przy drugim. Gdy się im przyjrzała, odniosła wrażenie, że coś jej przypominają. Chwile stała, wpatrując się w omszałe kamienie, potem cofnęła się kilka kroków i zerknęła jeszcze raz. Z większej odległości zdawały się nabierać bardziej sensownego kształtu. Po chwili zaczęło do niej docierać. Kamień po lewej przy dłuższej obserwacji zaczynał przybierać kształty konia. Nie, nie konia. Raczej osoby siedzącej na koniu. Też nie. Raczej pół człowieka, pół konia. No jasne! Tak, zdecydowanie ta zmurszała rzeźba przypominała centaura celującego z łuku.
Głaz, ale dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że właściwie to dokładna rzeźba. Jasne. Takie są efekty, kiedy już się coś napisało i wpadło na nowy pomysł, ale szkoda kasować poprzednie.

Ale kogo przedstawia ten drugi głaz? W swoim świecie czytała parę książek o mitologii, ale nigdzie nie natrafiła na nic takiego. Jakby człowiek, ale bardzo smukły, z długimi włosami i kwiatem w dłoni.
Google pędzi z pomocą:

Faktycznie, w mitologii próżno szukać.

Hmm... Czy poza dziewięcioma miastami były jeszcze inne osiedla ludzi? Właściwie czemu nie? Gdzie jest powiedziane, że tylko w miastach mogą żyć ludzie? Zapragnęła to sprawdzić, ale nie miała pojęcia jak. Z oficjalnych źródeł w bibliotece miejskiej pewnie się tego nie dowie, zwłaszcza jeśli byliby buntownikami wykluczonymi ze społeczeństwa. Żadna władza nie ma ochoty chwalić się kimś takim.
Ta konkluzja jest tak grubymi nićmi szyta, że aż nawet mi się nie chce komentować jej głupoty. Lasia poszła do lasu na spacer, znalazła rzeźbę faceta z kwiatkiem i doszła do wniosku, że gdzieś tu są osiedla buntowników. Bardziej logiczne by było, gdyby pomyślała o męskim spa. Jeśli w ogóle istnieje coś takiego, ale w tym świecie – nie zdziwiłabym się.

Trwała tak pogrążona w rozmyślaniach dłuższa chwile, gdy nagle coś dostrzegła. Wydawało jej się, że tego tu przed chwila nie było. Miała wrażenie, że obydwa głazy wcześniej leżały w kępie trawy, a teraz u ich podstawy dostrzegła dróżkę rozgałęziającą się na dwie odnogi. Jedna prowadziła w lewo, w stronę gdzie wskazywał łuk centaura, druga w kierunku przeciwnym. Zrozumiała. Dwa głazy były w istocie kierunkowskazami na rozdrożu. Jeśli pójdzie w lewo, trafi pewnie do obozu centaurów, a jeśli w prawo... No właśnie...
„Napisałam jedno, przyszło mi do głowy coś innego, ale żal mi kasować to, co już napisałam” – vol. 2.
Jeśli ten drogowskaz miał być tajny, to coś tym buntownikom nie wyszło.

 Parę razy musiała ominąć zwalone pnie drzew, raz czy dwa przekroczyć strumyki pojawiające się nie wiadomo skąd.
Czyżby ze źródełka?

Las zrobił się mroczniejszy i mniej przyjazny.
Och, to zupełnie jak u Meihny. Tyle wspomnień. ^^
Ale tu nie będzie dzików, dziki są za brzydkie do cukierkowego uniwersum pięknych elfów i smoków z fatalnym poczuciem humoru. :c

Jeszcze jeden zakręt, jeszcze jeden krzew, jeszcze jedna skałka i oto jej oczom ukazało się wejście do szerokiego tunelu w podstawie góry, do podnóża której właśnie dotarła.
Równina, równina, a tu hyc – stroma góra. Normalnie jak w kucykach, tylko bardziej idiotycznie, bo nigdy wcześniej nikt nie wspominał o żadnej górze na horyzoncie.



Lekko zdumiało ja to doświadczenie. Czy naprawdę umie wyczuwać obecność żywych istot w pobliżu, czy tylko jej się tak zdaje? A jeśli potrafi, to jak, na miłość boska, się tego nauczyła? Zrobiła krok do przodu i pomyślała: „Ależ tu ciemno. Chciałabym, żeby tu było choć trochę światła..."
Ku jej zaskoczeniu ściany tunelu zaczęły jarzyć się złociście, zupełnie jakby odbijały światło słoneczne! Zmarszczyła brwi, nic nie rozumiejąc, ale weszła do środka.
Jesteś Mary Sue, przyzwyczajaj się.

Ariel ma wrażenie, że ktoś ją śledzi, ale czyhanie w krzakach szybko jej się znudziło i poszła dalej. Nie wie, że idzie za nią Fabien, który zastanawia się, jak to wyjaśnić Marcusowi tak, by się nie wściekł i jest to niezmiernie fascynujące. Tymczasem Ariel dociera do pięknej, kolorowej, tropikalnej puszczy. Wychodzi ku niej tajemnicza istota.

Nie była wysoka, ale bardzo smukła. Można by rzec - jak trzcina. Długie brązowe włosy opadały jej do pasa i gdzieniegdzie zwisały w pojedynczych warkoczykach, a w innych miejscach wplotła w nie koraliki lub kwiaty. Wysokie czoło zdobił wianek. Ubrana była w haftowana suknie do ziemi, zdobiona paciorkami, a jej bose stopy i dłonie pokrywał fantazyjny tatuaż. Miała rozmarzony wyraz twarzy, jakby nieobecny i czymś radośnie zdumiony. Bardzo przypominała Ariel te parę osób, które widziała wiele lat temu, będąc dzieckiem. Mówiono o nich hippisi albo dzieci kwiaty.
Kwik! Google miało rację. xD
Łee. Miałam nadzieję na ognisty romans z przywódcą buntowników – miłą odmianą byłby naprawdę MĘSKI mężczyzna – a tu pff, przytulacze drzew, którzy biorą Arielkę za dostawcę, który przybył po składniki do eliksirów.

- Mam na imię Ariel. Jestem na plantacji, tak? A ty jesteś...?
- Jestem Berenika i jestem Zielarzem.
Czemu tu się powtarza tyle imion z innych książek, które tu się analizuje? Liaam tu, Liaam u Olszańskiej, Berenika tu, Berenika u Michalak... Serio, o co w tym chodzi? Te imiona są aż tak merysujkowate?

Ariel zobaczyła, jak Berenika przymyka oczy i wciąga powietrze w swoje kształtne nozdrza. Chwile kontemplowała zapachy.
- Znam wszystkie zapachy tego świata. Ty z niego nie pochodzisz. Co robisz w naszym świecie, Ariel? – spytała łagodnie.
I jeszcze ją obwąchują jak psy.
Psujesz nastrój, to miało być tajemnicze i magiczne.

Hippiska zabiera Ariel na wycieczkę po plantacji, racząc ją przy tym toporną ekspozycją, z której dowiadujemy się, że Naczelni wolą używać jakichś tam smoczych róż do produkcji eliksiru niepamięci zamiast do leczenia smoków, mimo że wspaniale by się do tego nadawały. Więc tak... czy ci cali Naczelni nie mogliby po prostu skorzystać z metod, które najwyraźniej są wszystkim doskonale znane, zamiast rżnąć głupa i szukać weterynarzy z innego świata? Ten konflikt nie ma prawa bytu! Nie ma ŻADNYCH trudności z dowiedzeniem się, jak wyleczyć smoki (które, swoją drogą, wcale nie wydają się być chore). Cała ta książka nie ma prawa bytu, a jak widzę jej kolejne tomy w empiku, to mnie krew zalewa.

Dzieje się jeszcze dużo bezsensownych rzeczy: Ariel próbuje soku ze smoczych róż i odkrywa jego halucynogenne właściwości (które natychmiast mijają, no bo przecież nie może główna bohaterka naćpana chodzić), napada na nią syn Bereniki, który wygląda jak wąż ze skrzydłami motyla i mimo dwudziestu lat jeszcze nie przeszedł pierwszej wylinki, potem Ariel odkrywa dużo roślin i ich właściwości, pije herbatkę pod bananowcem, matko, jakie to nudne i nic niewnoszące, aż nagle spostrzega, że z wyglądu zaczyna się upodabniać do hippisów, włącznie z tatuażami i ubiorem, ale nie martwi jej to, bo jest odurzona zapachami i szczęściem. Z tego błogostanu wyrywa ją pojawienie się Fabiena. Zabiera ją i rzuca zaklęcia, dzięki którym odzyskuje jasność umysłu i swój dawny wygląd.


Znowu Ariel odniosła wrażenie, że las nie chce, żeby ona się zgubiła. Uznała to odczucie za wyjątkowo bzdurne, ale chyba coś w tym musiało być, bo powrót zajął im mniej czasu niż droga do plantacji Zielarzy.
Jak zaśpiewasz, za ubranie złapią cię ptaszki i doprowadzą do chatki krasnoludków.

W koszarach panowało dziwne poruszenie. Przynajmniej dla Ariel było dziwne, choć inni oficerowie uznali to za normę. Oto gdy weszli przez bramę, ujrzeli stadko pegazów stłoczonych w grupkę na placu przed stajnia. Niektóre miały tylko spętane skrzydła, inne także powiązane nogi Przyjrzała im się uważnie.
Oho, kolejne schematy na horyzoncie. Ja stawiam na sprzeciwienie się brutalnemu traktowaniu schwytanych pegazów.
A ja na to, że Ariel wpadnie w tarapaty, z których Marcus ją bohatersko uratuje.

Czterech umordowanych mężczyzn nie zdołało go dłużej utrzymać. Liny pękły, pegaz ruszył z kopyta, w pełnym galopie ruszył do bramy, a szczątki ogłowia powiewały za nim smętnie. Ci, którzy stali mu na drodze, przezornie umykali spod jego kopyt, a Gaspar z Rufinem, Marcusem i Prosperem patrzyli za nim i zdaje się, zdążyli go spisać na straty. (...) Spojrzeli w tamtym kierunku i ujrzeli... samotna postać Ariel stojącą wprost na drodze ucieczki pegaza!
Och, co to będzie, co to będzie?!
Winky przegra zakład. ^^
Chędoż się, bucu.

- Ariel! - ryknął Marcus przerażony. - Uciekaj! – Zamachał do niej gwałtownie rekami, ale ona chyba go nie zauważyła.
Co sił w nogach pobiegł w tamtym kierunku, ale czy mógł być szybszy od pegaza w galopie? Następne sekundy jawiły mu się jak film w zwolnionym tempie i wiedział, ze będzie je pamiętał do końca życia. Oto zobaczył spanikowanego pegaza gnającego na oślep, na którego drodze stała samotna, mała i krucha postać nieświadoma tego, co się za chwile wydarzy. I nagle ujrzał coś niezwykłego. Gdy zwierze już niemal dotarło do miejsca, gdzie stała Ariel, gwałtownie wyhamowało! Jego kopyta dosłownie zryły drogę tuż przed nią z takim impetem,że ziemia rozprysnęła się na wszystkie strony. Pegaz najpierw stanął dęba, a potem zatrzymał się, potrząsnął grzywa i zastygł wgapiony w Ariel! A ona jak w transie stała nieruchomo z przymkniętymi oczami i łagodnym uśmiechem na ustach. We włosach... Bogowie! We włosach, a właściwie za uchem miała dwa maleńkie kwiaty smoczej róży!
Fak, ja też nie wygrałam.
Że też nie wpadłam na tak oczywiste rozwiązanie... Przy tej książce można się zabawić w driking game: pijemy za każym razem, gdy Ariel dokonuje czegoś niesamowitego i wszystkich to przyprawia w zdumienie. My co prawda jesteśmy abstynentkami, ale możemy za każdym razem jeść ząbek czekolady. ^^
To po skończonej lekturze przybędzie nam po 20 kilo...

Marcus oniemiał. Był już prawie na miejscu, gdy zobaczył, że Ariel otwiera oczy, uśmiecha się do pegaza, wyjmuje jeden z kwiatów zza ucha i podaje zwierzęciu. Ono, potulnie jak baranek, chwyta róże chrapami
Że ke? On ją wciągnął nosem? o__O

i klęka na przednich nogach, jakby składało pokłon.
*wali czołem o blat biurka*

– Nie wiem, gdzie byłaś i co robiłaś. Mogę się tylko domyślać. Ale mam nadzieje, że byłaś bardzo ostrożna. A co do tego pegaza, tym razem ci się udało, ale pamiętaj, że następnym możesz nie mieć tyle szczęścia, wiec jak jakiś szarżuje, zejdź mu i drogi, okej? - Wyjął kwiat zza jej ucha, wciągnął jeszcze raz jego zapach w nozdrza, uśmiechnął się i wyszedł.
Stała chwile nieco skołowana, zastanawiając się, które z nich jest bardziej podatne na olejki aromatyczne Zielarzy: ona czy on. Nie była pewna, ponieważ zanim wyszedł, zobaczyła, jak jego oczy błysnęły fiołkowo, a zamiast zrobić awanturę, uśmiechnął się do niej zmysłowo.
Twój wybranek nie zwraca na ciebie uwagi? Naćpaj go!
Och, ależ on zwraca uwagę, tylko że cierpi na syndrom Edwarda Cullena i każe jej się trzymać z daleka.

W korytarzu zobaczył Fabiena, który - co było do niego niepodobne - na widok przyjaciela pospiesznie zamknął drzwi swojego pokoju. Jednak już po chwili Marcus siedział na łóżku elfa i wysłuchiwał jego relacji z pobytu Ariel u Zielarzy
Hnnng! Nie miej skojarzeń! Nie miej skojarzeń!
Ploteczki na łóżeczku, to takie męskie. Potem będzie piżama-party i bitwa na poduszki.

Ponieważ aromat smoczej róży sprawił, że Marcus jest nawalony jak Messerschmitt, następuje Element Komiczny, w którym Fabien wrzuca go pod lodowaty prysznic i siłą przetrzymuje w kabinie. Boki zrywać.

Chyba następnego dnia – nie wiem, pojęcie ustalania czasu i miejsca akcji jest Reystone nieznane – Ariel idzie do tutejszego znawcy eliksirów, który niestety nie jest Snapem.


- No wiec w czym mogę dziś pomóc konsultantce od smoków? - zapytał.
- Orestes, czemu mówisz do mnie jak do kobiety? – wyszeptała po chwili ciszy nieco zaskoczona.
- A nie jesteś kobietą? - zaśmiał się czarownik z lekkim politowaniem.
- Jestem... - przyznała zakłopotana. - Ale jak to jest, że ty sie domyśliłeś, a inni nie?
Dobre pytanie, biorąc pod uwagę fakt, że ta kretynka jedyne co zrobiła, to założyła męskie ciuchy.
W każdym razie, nie dostajemy sensownego wyjaśnienia. Orestes po prostu stwierdza, że nie jest głupi. Szkoda, że w takim razie wszyscy wokół to upośledzone pawiany.

I wiesz co? Nic mi do tego, że udajesz faceta. Nie martw się, nie mam zamiaru cie zdradzić. Chodzi przecież o smoki, nie?
Strasznie mnie denerwuje, że w tej książce wszyscy bohaterowie oraz narrator mają w zwyczaju mówić właśnie to irytujące „blablabla, nie?”.
Kolejny podpunkt do drinking game!

Znowu jesteśmy raczeni toną nudnych ekspozycji i wyjaśnień, bo Ariel przyszła do Orestesa nie w poszukiwaniu lekarstw dla smoków, a... by wypytać go o Zielarzy, czyli tych hippisów z doliny. Idę się powiesić.
*idzie po Winky, daje jej w łeb i sadza na powrót przed kompem*
No dobra, dobra... Nie ma to zapewne najmniejszego znaczenia, ale sprawa wygląda tak, że Zielarze zostali stworzeni przez tego tam Xaviere’a O Durnym Imieniu, mieli być super wojownikami, ale nie wyszło. Doliny Zielarzy są dwie i przez tunele do nich mogą wejść tylko elfy czystej krwi, ach och, jak to możliwe, że Arielka przeszła. Bla. Bla. Bla. Nudy, kurwa. Przychodzi dostawa, Arielka dostaje specjalny kombinezon i idzie obejrzeć. Tymczasem Marcus kryje się za śmietnikiem i w strugach deszczu obserwuje sklep. I nie jest sam, co powinno nas zmartwić, ale ja myślę tylko o tym, jakie to jest pierońsko nudne. Orestes tłumaczy Ariel, czemu dostawy potrzebują eskorty oficerów (w tym Fabiena, który właśnie im towarzyszył): bo ćpuny napadają. I dostajemy moralizatorską gadkę o tym, jakie narkotyki są złe i jak działają na organizm. Potem Ariel w zachwycie ogląda fabrykę kosmetyków.

Ariel była zachwycona jak dziecko przy konsoli PlayStation, ale Fabien wyglądał na coraz bardziej znudzonego.
Pierwszy raz identyfikuję się z bohaterem tej książki...

- Dzięki, Orestes - powiedziała Ariel na pożegnanie. - Jestem ci bardzo wdzięczna, że pozwoliłeś mi to wszystko zobaczyć. A co do mydełek dla mnie, jeszcze pogadamy, dobrze? Masz całkowita racje, twoje dzisiejsze wyjaśnienia bardzo mi pomogą w mojej pracy przy smokach.
Szczególnie szczegóły produkcji i zastosowania kolorowych kosmetyków...

W końcu dzieje się coś znaczącego, Alleluja. Na Ariel i Fabiena napada grupa dobrze uzbrojonych mężczyzn i następuje długi akapit pełen kiepskich opisów akcji zakończonych mnóstwem wykrzykników jak w książeczce dla dzieci.

- Do środka! Natychmiast!
Straciła równowagę i zatoczyła się do tyłu. Zanim zrozumiała, co się stało, czyjeś silne ramiona złapały ja i wciągnęły z powrotem do wnętrza magazynu sklepowego, a po sekundzie wielka dłoń trzasnęła w przycisk zamykający i blokujący drzwi.
- Zwariowałeś?! - ryknęła na Orestesa, odwracając się na piecie. - Otwieraj! Musimy mu pomóc! Bez nas nie ma szans! Cholera, Orestes, Fabien zginie! Otwieraj, sukinsynu! – darła się w skrajnej histerii, tłukąc starego pięściami.
Złapał ja mocno za ramiona i potrząsnął, po czym zimno i bezlitośnie wycedził:
- Przykro mi, ale nie! Fabien to oficer. Całe życie szkolił się do takich zadań. Kazał nam tu wejść i czekać, i tak zrobimy!
- Gówno mnie obchodzi, co kazał! Ten idiota da się zabić, bo... - wrzeszczała jak opętana Ariel, machając gwałtownie rekami.
-Wybacz, ale nie zostawiasz mi wyjścia... – mruknął Orestes, po czym wykonał oszczędny gest dłonią i wymruczał coś pod nosem. Chwile później łapał bezwładne, zemdlone ciało Ariel, nim uderzyło o ziemie. - Na Wielkiego Xaviere'a! Ależ ty masz charakterek! – mruknął pod nosem.
Mam dylemat. Nie wiem, kto mnie w tej scenie drażni bardziej.
Fabien, bo to oczywiste, że nie zginie i cała histeria jest tylko dla dodania scenie dramatyzmu.

Marcus wyskoczył ze swojej kryjówki dokładnie w tym momencie, gdy Ariel, pchnięta przez Fabiena, wpadła prosto w objęcia Orestesa i została przez niego wciągnięta do środka budynku. Teraz byli tylko oni dwaj przeciw czterem rozwścieczonym, naćpanym i gotowym na wszystko mordercom.
Śmiem twierdzić, że naćpany napastnik z grubsza nie ma szans przeciw trzeźwemu, wyszkolonemu oponentowi.
Ale to miało zabrzmieć groźnie, no... zepsułaś.

Sprawnie jak na szkoleniu ustawili się z Fabienem plecami do siebie, czekali.
Robią tak bohaterowie anime, więc to musi mieć sens, bo epicko wygląda, co nie, co nie?

Jeden z napastników strzelił z oszałamiacza. Marcus odbił buzdyganem i strzał wrócił do właściciela, raniąc go w udo. Bandyta zawył przeraźliwie.
Czy strzał z oszołamiacza nie powinien raczej... oszołomić?
Właśnie nie, i to jest takie oszałamiające!

Powoli podeszli do martwych bandytów i teraz uważnie im się przyjrzeli. Fioletowy odcień skóry i żółte ślepia. To mogło oznaczać tylko jedno. Ordon!
- Myślisz, że...? - zaczął Marcus.
- Jestem pewien - przerwał mu elf, zanim przyjaciel dokończył pytanie. - Im nie chodziło o dostawę, ale o nią!
Pomijając fakt, że już kiedyś na Ariel napadła zgraja krasnoludów naćpanych ordonem: co każe im przypuszczać, że akurat ci mieli na celu ją, a nie dostawę? Żaden z napastników nawet nie próbował skorzystać z zamieszania i dostać się do sklepu, by dopaść Ariel. Można to tłumaczyć tym, że byli na haju, ale gdyby byli na PRAWDZIWYM haju, to nawet nie byliby w stanie walczyć.

- Słuchajcie - znowu odezwał się czarownik - już dawno nie było napadu w trakcie dostawy. Nie pamiętam czegoś takiego od jakichś piętnastu lat! I to jeszcze pięciu naraz? Chyba będzie trzeba zawiadomić Severiana.
Serio? Dopiero co była długa gadka o tym, jak potrzebne są eskorty oficerów chroniące dostawy ziół przed ćpunami, a teraz dowiadujemy się, że od piętnastu lat nie odnotowano żadnej takiej napaści? Czy aŁtorka też była pod wpływem, jak pisała tę książkę? Bo trudno mi uwierzyć, by dorosła, oczytana osoba była w stanie pisać takie bzdury.
Masz za dużo wiary w ludzi.

- Gorzej, Orestes - powiedział cicho elf. - Oni byli na ordonie! To nie dostawa ich interesowała, ale ona! - Wskazał nieprzytomna Ariel.
Więc tylko i wyłącznie fakt, że naćpali się jednym, konkretnym świństwem, świadczy o tym, że ich celem było zamordowanie Ariel. Spoko. W tym świecie organy śledcze muszą mieć pierwsza klasa.

Położył jej rękę na ramieniu i wiedziała, że jest bezpieczna. Nurtowało ja jednak jedno:
- Fabien, czy ten napad był na mnie?
Cholera, wiedział, że ona to zrobi! Wiedział, że zada to pytanie. Zerknął dyskretnie na Orestesa, a ten natychmiast udał wzburzenie.
- Nie pochlebiaj sobie, maleńka! Niby dlaczego miałby być na ciebie? Chyba nie myślisz, że jesteś ważniejsza od dostawy świeżych i soczystych smoczych róż?
Cóż, poniekąd jest. W końcu to jedyna nadzieja dla smoków. Teoretycznie.