Czarne owce literatury czyli analizy ZŁYCH książek: Gra o tro... tfu, Ferrin, część 7,5

czwartek, 7 listopada 2013

Gra o tro... tfu, Ferrin, część 7,5

Mała niespodzianka. Ponieważ jutro wyjeżdżam na tydzień, w ramach rekompensaty za ostatnie opóźnianie wrzucam kolejną analizę już dzisiaj. To jeszcze nie jest cały rozdział - analizę drugiej połowy wrzucę w przyszły piątek lub sobotę. Miłej lektury. ;)





 Rozdział VIII: Kassandra

Rozdział zaczyna się od pochodu wojsk, na czele których stoi Joysell Ellis. Szczerze mówiąc, wolałabym już, by ta powieść skupiała się wyłącznie na Anaeli – aŁtorKasia próbuje stworzyć coś porównywalnego do „Pieśni lodu i ognia” Martina, ale ma wyraźne problemy z utrzymaniem swoich intryg w ryzach, co skutkuje lukami fabularnymi i idiotycznymi zachowaniami postaci, których imion i funkcji nawet nie da się po jednorazowej lekturze spamiętać.


W gęstej mgle plączącej się pod nogami jeźdźcy i piesi poruszali się jak senne zjawy.
Kopnij, to może mgła podkuli ogon i czmychnie.

Joysell rozmyśla o tym, jak do niedawna jego jedynym zajęciem było bzykanie kobiet i picie, i jak bardzo zbliżająca się wojna to zmieniła.


Kiedy to prysła ułuda lekkiego życia? Kto stanął na drodze Joysella, plącząc nieskomplikowane ścieżki jego losu? Westchnął. Naturalnie TA Leddi. To ona wtargnęła w uporządkowany świat Joysella, wywracając ten świat do góry nogami. Czy była fatum, które zesłali nań bogowie, gdy do cna im zbrzydło hulaszcze życie młodego lorda? Nie znał odpowiedzi na to pytanie, bo któż odgadnie boskie zamierzenia?
To wszystko brzmi bardzo pięknie, ale wojna nie rozpętała się z powodu Anaeli. Na dobrą sprawę nawet nie wiemy, skąd ta wojna, po co i dlaczego.

Tuż przed wymarszem, zupełnie nieoczekiwanie, Najwyższa ogłosiła Anaelę dell’Idarei Następczynią, co Joysell przyjął z głęboko skrywaną ulgą. Z ulgą skrywaną nawet przed samym sobą, bo oto rozwiały się marzenia o alderiańskim tronie (czyż jednak on, Joysell Ellis, był gotów na ten tron wstąpić?); bo oto Mirella miast jechać z nim na front, musiała zostać u boku swej pani (czyż jednak on, Joysell Ellis, był gotów związać się z jakąkolwiek kobietą na dłużej niż jedno mocniejsze uderzenie serca?); bo oto w końcu sama Anaela musiała zostać w Alderianie, miast teraz towarzyszyć mu w drodze do Saskii (czyż jednak nie miał poważniejszych problemów, niż pilnować postrzelonej Leddi i użerać się z nią na każdym kroku?).
Czyż nie będzie brzmiało to niezwykle podniośle i kunsztownie, gdy w jedno zdanie wcisnę trzy nawiasy, każdy zaczynający się od „czyż nie”? No cóż... nie.

Joysell już się zaczął cieszyć, że Anaeli z nim nie ma, gdy wtem dogania go dwóch jeźdźców, z których jeden z nich jest – oczywiście – Anaelcią. Ta pokazuje mu zmasakrowane oblicze jego ukochanej, Mirelli, drze się, że w dupie ma rozkazy Bereniki i nie będzie siedzieć z nią w pałacu. Joysell, popisując się bohaterstwem i męskością, próbuje od nich uciec, ale w końcu się zgadza i obiecuje ochraniać obie kobiety.

Tu następuje przerywnik, w którym znów spotykamy się ze Zdradą i Złem – czy ktoś jeszcze w ogóle o ich istnieniu pamięta? Gwoli przypomnienia: Zdrada i Zło są jakimiś wyższymi bytami i, jak by to ująć... grają w Ferrin. I nic więcej z tego przerywnika nie wynika.

Tymczasem Sellinaris WeddSa’ard i Berenika de Sanctis z jakiegoś powodu – oczywiście niewytłumaczonego czytelnikowi – przebywają w Tartarze, miejscu ciemnym i martwym, wypełnionym Duszobójcami, o których dowiadujemy się niewiele więcej ponad to, że są upiorami. WeddSa’ard śmieje się z wystraszonej Bereniki, że sama jest jedną z nich, bo przejmuje ciała kolejnych Następczyń, zniewalając ich dusze. Tu chyba powinniśmy się zmartwić losem Anaeli, ale mnie to nic a nic nie bierze. Prowadzą jeszcze nudną jak flaki z olejem konwersację pełną ekspozycji, wyjaśniania swoich planów i tym podobnych, ale nie dowiadujemy się takiej podstawowej rzeczy, jak CO ONI DO CHOLERY ROBIĄ W TARTARZE. W każdym razie, chcą zabić Eleuzisa.

Joysell zaś wraz ze swym zmordowanym nieustanną podróżą wojskiem dociera na jakąś „prowincję”. Podobnie jak na Atlantydzie, jechali całą noc i cały dzień, bez popasu i odpoczynku, i wyruszają w dalszą drogę następnego dnia rano. Żaden koń nie padł, żaden nie ma odparzeń od siodła, a najbardziej zmęczona jest biedna Karolinka.


Powoli wracała jej władza w nogach. Zerknęła ukradkiem, czy nie nabrały beczkowatego kształtu po kilkudziesięciu godzinach obejmowania Sarisowych krągłości. Cholera! Tak jak ona teraz musiała czuć się kobieta lekkich obyczajów po pracowitej nocy.
Jak można zaobserwować, jest tu niepokojąco dużo Elementów Komicznych nawiązujących do seksu, najczęściej dość niesmacznych.

No dobra, Anaelciu, zaciskamy zęby i grzecznie ruszamy za pokojówką. (...)
Przezwyciężyła sztywność mięśni i niecierpliwie spojrzała na rozchichotaną dziewczynę, która nie spuszczała roziskrzonego wzroku z lorda i jego drużyny. Musiała czuć się bardzo rozczarowana, że przydzielono ją jakiejś Leddi, a nie któremuś z przystojnych wojaków.
- Może tak wskazałabyś mi drogę, co?! - Anaela, marząc o ciepłej kąpieli i wygodnym łóżku (prawdę mówiąc, byłaby wdzięczna nawet za wiązkę siana u boku Sarisa), straciła w końcu cierpliwość. - Na przytulanki zdążysz się załapać!
Nie musisz być chamska wobec osób, które nawet w żaden sposób ci nie szkodzą. Ten slut shaming w wykonaniu Michalak jest zwyczajnie obrzydliwy.

Zamek cechowała uwielbiana przez Anaelę klasyczna prostota. Smukłe wieże wznosiły się nad murami łososiowej barwy.
Różowy zamek! Aaa!!!

Anaela idzie spać. Ma bardzo realistyczny sen, w którym jest dziewczynką o imieniu Kassandra. Na lwianie wlatuje do karczmy. Tam umyka pijanym żołnierzom, którzy chcieli ją zgwałcić, więc zamiast niej rzucają się na jakiegoś chłopaka. Wtem Anaela słyszy głos Sarisa (tego gadającego konia) nakazującego jej lecieć na pomoc i budzi się. Bójka w karczmie z jakiegoś powodu stawia na nogi wszystkich w PAŁACU, rusza tam mały oddziałek strażników i Anaela w roli Leczącej.

Chłopaczek w tym czasie zabił dwóch napastników i walczy z trzecim. Anaela rozdziela ich. Młody okazuje się być elfem, żołnierz utrzymuje, że to on zaczął, a tłum domaga się krwi. Wtem między ludźmi pojawia się srebrzysta lwiana oraz Saris i razem rozpraszają tłum, nie bacząc na śmierć postronnych, niewinnych osób. Przybywa dowódca (sama nie wiem czego), lwiana liże Anaelcię w policzek i wzbija się w powietrze. Ta jest zdezorientowana i znajduje właścicielkę lwiany – dziewczynkę, którą była we śnie, Kassandrę. Oczywiście, jej imię też nie jest bez znaczenia. Zgadnijcie, jakie niezwykłę zdolności ma czteropalczasta dziewucha? Wszyscy razem, na trzy, czte-ry: JEST WIESZCZKĄ!

Ale jeszcze o tym nie wiemy, więc udawajmy zaskoczenie, gdy już się to okaże. Anaela zabiera Kassandrę i chłopaka-półelfa imieniem Arliss na zamek i tam udziela im pomocy, rozkazuje dać im czyste ubrania i porządny posiłek.


- Dziękuję, Kassandro, za dobre słowo. - Skłoniła się żartobliwie przed dziewczynką, a gdy podnosiła głowę, krzyknęła, zatykając usta dłonią. Na czole małej jaśniała błękitna gwiazdka. Znak Najwyższej Kapłanki, Władczyni Alderii.
Anaela zamrugała. Znak zniknął, ale dziecko uniosło domyślnie brwi.
- Też to widziałaś, pani Anaelo?
A Kassandra widziała znak na własnym czole, bo ma oczy na słupkach jak ślimak?

Sprawa gwiazdki nie jest jednak roztrząsana, bo ważniejsze jest poświęcenie całego długiego akapitu na to, jak zmęczona jest Anaelcia. Z jakiegoś powodu uznaje, że dziecko jest teraz jej i chce zapewnić małej bezpieczeństwo.


Musiała dać Kassandrze żelazny glejt, coś, czego nikt nie zakwestionuje. Coś, co uczyni dziewczynkę nietykalną. No oczywiście! Czując ogromną ulgę, osunęła się na poduszki i wreszcie pozwoliła sobie zasnąć.
Co Anaelcia miała na myśli? O tym następnym razem.

23 komentarze:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziewczynka z oczami na słupkach! To świetny pomysł. I może dlatego, że była takim dziwolągiem Anala postanowiła ją przygarnąć, bo dzieci sie z niej śmiały, albo chcieli ją na stosie spalić, czy cuś? :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Spodziewałam się tu recenzji naprawdę złych książek w stylu Krzyżaków lub Potopu albo innych bzdur o niczym a nie książek które są zwyczajne lub nawet dobre.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sorry, Winnetou, gimnazjalny angst na lektury szkolne mamy już dawno za sobą.

      Usuń
    2. Nie ma sobie czym zawracać głowy, to tylko bardzo żałosna prowokacja, jak widać.

      Usuń
    3. Potopu? Dobrze przeczytałam? POTOPU?! *płacze w kącie* Dlaaaczego ludzie są tak odporni na jego geniusz?! Chlip, chlip.

      Usuń
    4. Jestem z gimnazjum i uważam, że Sienkiewicz jest świetny lub i genialny...
      CO JEST ZE MNĄ NIE TAK ;_;

      Usuń
    5. ej, anonimie, ale tu się miażdży i ośmiesza GNIOT regularny, a nie książkę dobrą czy nawet zwyczajną.
      To nawet nie zasługuje na to, by nazywać się książką, tak baj de łej..

      Usuń
    6. Co ty gadasz?! Że niby " Potop" i " Krzyżacy" są do bani?! Koleś, te dwie książki są ciekawsze, lepiej napisane i porządniejsze niż ten jebany " Ferrin". A jeśli wolisz takie gówna typu " Kroniki Ferrinu", " Dziewiąty Mag" itp., to znaczy że nie jesteś recenzentem, tylko zwykłą, puszczalską gimbuską!

      Usuń
  4. Często mam problem z odróżnieniem Anaeli od Arielki i jednej książki od drugiej. Podobny typ humoru, opkowatości, ten sam mechanizm zanudzania na śmierć i tworzenia postaci, których nie sposób spamiętać, tak są nijakie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Szkoda, że takie krótkie. Albo mi jakoś szybko zleciało :(
    Czy tfur Michalakowej i "Dziewiąty mag" opierają się na tym samym schemacie czy mi się zdaje...? Lasia z naszego świata wrzucona w fantasy? Klisze, klisze wszędzie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do tego należy dodać, że obie panie mają coś wspólnego z weterynarią. W Ferrinie akurat nie, ale w innych książkach Michalak, jej alter- ego jest weterynarzem, tak jak boChaterka z "Dziewiątego Maga".

      Usuń
  6. Czasem, jak tak czytam komentarze, zastanawiam się, czemu mnie się Krzyżacy nie wydawali tacy źli... Choć jak to kiedyś fajny polonista ujął "Sienkiewicz pisał takie trochę harlequiny z trójkątem miłosnym na pierwszym planie i porządną bitwą w drugim, ale popatrzcie o ile jest lepszy od większości dzisiejszych pisarzy."

    Anaela, Arielka, wsio rybka, wszystko to takie samo. Szkoda tylko, że tak króciutko...

    Uwielbiam wręcz autorki, które zawsze próbują reanimować nastrój tajemniczości, mimo że i tak każdy wie, jakiej rasy są nasze "tajemnicze" postaci.

    OdpowiedzUsuń
  7. Wyższe byty i bóstwa grające w Ferrin? Coś mi tu zżynką z Pratchetta pachnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, gdyby to było z Pratchetta, to bóstwa grałyby w bierki :) Albo w coś równie psującego podniosłość nastroju - AutorKasia nigdy by sobie nie pozwoliła na zepsucie tego, co uważa za "nastrój"

      Usuń
    2. Akurat w Kolorze Magii bóstwa grały w grę planszową między innymi Rincewindem i Dwukwiatem. Tyle że wydaje mi się to dość starym motywem sięgającym już starożytności, żeby akurat u Pratchetta szukać nawiązania.

      Usuń
    3. A to racja, choćby "Siódma pieczęć" Bergmana, czerpiąca przecież z motywów średniowiecznych, zawiera partyjkę szachów ze Śmiercią.

      Bestia z Bagien

      Usuń
  8. Kurczę, niby "Dziewiąty Mag" i "Gra o Ferrin" są tak bardzo do siebie podobne, ale wydaje mi się, że "Mag" ostatnio zaczął w tej swojej opkowatości pełnej utartych schematów i najmniejszych zaskoczeń świata zaczął być głupawo zabawny, a "Ferrin" jest coraz nudniejszy i bardziej irytujący.

    Krakatoa

    OdpowiedzUsuń
  9. Gdzie jest ciąg dalszy, jestem spragniona głupoty... :<

    Pozdrawiam,
    Anonimowa Bestia z Bagien

    OdpowiedzUsuń
  10. Właśnie... Winky-NieMaNoci :,(

    OdpowiedzUsuń
  11. Właśnie...! Winky! Do roboty leniu! D:<
    My tu cierpimy w oczekiwaniu! ;__;

    Zelaznostopy

    OdpowiedzUsuń