Czarne owce literatury czyli analizy ZŁYCH książek: Gra o tro... tfu, Ferrin, część 8

wtorek, 26 listopada 2013

Gra o tro... tfu, Ferrin, część 8

Udawajmy, że analiza jest w porę. ;D "Ferrin" w dalszym ciągu jest nudny i głupi, ale dzisiaj przynajmniej są seksy.




 Rankiem wojsko z Joysellem na czele szykuje się do dalszej drogi. Przy okazji dowiadujemy się, że misternym planem uratowania Kassandry jest w mniemaniu Anaelci mianowanie jej Następczynią. Niby wiem, że Anaela nie ma pojęcia o tym, że Berenika przejmuje ciała Następczyń, co równa się prawie ich śmierci, ale tak czy inaczej odnoszę wrażenie, że nie jest to wcale żaden gest najwyższej dobroci, a tylko wykorzystanie okazji do pozbycia się brzemienia. Zatem Karolcia mianuje gówniarę Następczynią, ale nie wiedzieć czemu, nie zabiera jej ze sobą w podróż. Wyrusza za to z bratem Kassandry, Arlissem.

Jakiś czas potem, Michalak zrzyna z „Wiedźmina”.

Trwali tak, w kompletnej ciszy i bezruchu, gdy wtem przez Las przetoczyło się westchnienie. Anaela osłupiała, bo widok był niecodzienny: pień drzewa otworzył się i wychynął z niego świecący niebieskawo... duch!
- Co... kto to jest? - zaszeptała do Joysella.
- Pani Lasu. Skłoń się, byle nisko - mruknął. Driada nie patrzyła na niego, lecz na Anaelę, którą nie tak dawno powitała w progach Świata Światów. Dziewczyna łypnęła na nią z ciekawością. Pani Lasu uśmiechnęła się lekko, po czym zwróciła do Joysella:
- Witaj, lordzie Ellis. Czego żądasz?
- Przejścia.
Cóż, przynajmniej główna bohaterka nie będzie się ryćkać z driadami. Ale robi się śmieszniej...
- Za wolną drogę płaci się krwią. Jesteś gotów ponieść ofiarę?
- Jestem gotów.
Joysell wyciągnął sztylet i przeciągnął ostrzem po wewnętrznej stronie nadgarstka. Z ciętych żył popłynęła obficie ciemnoczerwona krew. Ściekła po zwróconej ku ziemi dłoni i, niesamowite! - mech się poruszył, jakby zwietrzył trop, podpełzł ku rosnącej plamie krwi i począł ją chciwie spijać... wchłaniać... czy jak to tam nazwać.
Teraz już wiecie, dlaczego szlag mnie trafia przenajświętszy, gdy słyszę o niezwykłym kunszcie i talencie pisarskim Michalak. A mech na to: ślurp, ślurp!
Anaeli zabrakło słów, by opisać to, co obserwowała oczyma wielkimi jak spodki. Nagle przypomniała sobie pierwsze uczucie, jakiego doznała w tym świecie. Liźnięcia setek języczków na poharatanych podczas teleportacji dłoniach.
Liżący mech... z języczkami... Nie jestem pewna, co zrobię najpierw: zwrócę obiad czy pęknę ze śmiechu. Tak czy siak, będzie bałagan.
Wykrwawi się zaraz! - zakrzyczała w myślach Anaela, ale nie śmiała nawet pisnąć. Do tego samego wniosku doszła widać i driada, bo przytknęła nagle dłoń do krwawiącej rany.
- Dosyć. Żądamy ofiary z krwi, a nie z życia.
Cofnęła rękę. Po ranie nie było nawet śladu.
- Co Las ofiaruje w gościńcu? - zapytał Joysell słabym cokolwiek głosem.
Mogę się mylić, ale znam dwa znaczenia słowa „gościniec” i żadne tu nie pasuje. No ale w końcu jaka różnica jest między łąką a polaną, nie, Michaśka?

Wojsko jedzie przez Las (z wielkiej, bo Tysiąca), Anaelcia ma stały nadzór, co prowadzi do elementu komicznego na temat wydalania, potem nagle, nie wiadomo kiedy, o jakiej porze i jakich okolicznościach przyrody, Karolcię budzi mentalne wezwanie. Ach, to Amre, który jednak żyje, ach, och, radość, motylki, my heart is beating like a jungle drum. Anaela odpowiada na wezwanie, czeka, aż czujny Saris zaśnie (bonus: element komiczny z jego ciągłym „Nie jestem konikiem!”, ha ha), po czym lezie na spotkanie, wewnętrzym okiem OBEJRZAWSZY rozstawienie straży. Potem Michalak zrzyna z „Gwiezdnych wojen” i Anaelcia zabiera jednego wartownika ze sobą, by powiedział drugiemu, że to nie są droidy, któ... tfu, że eskortuje lasię na stronę.

Gdzieś tam czekał Amre! Szybciej, Anaelo, szybciej! Jak ją odnajdzie w tych ciemnościach? - martwiła się przez moment. Jednakże odnalazł.
Usłyszała swe imię wypowiadane szeptem i już w następnej chwili tonęła w jego ramionach.
W słabym świetle gwiazd widziała jego twarz taką, jaką ją zapamiętała jeszcze wtedy - na polanie. Surowe męskie rysy, silnie zaznaczona szczęka, wysokie kości policzkowe, cień zarostu.
Bez słowa zagarnął ją ramieniem, wsunął palce we włosy dziewczyny, unieruchamiając głowę, i nie bacząc na nieśmiałe protesty, zaczął całować. Namiętnie. Aż do utraty tchu.
Miiiłość rooośnie woookół naaas, a Anaelci to wszystko nie wydaje się ani trochę podejrzane, dopóki...
Objął jedną dłonią złączone za plecami nadgarstki dziewczyny, musnął ustami płatek ucha, a głos wiedźmy powiedział:
- Wystarczy, Vervain.
„Wystarczy, Vervain”, wdarło się do umysłu Anaeli z niejakim opóźnieniem. W pierwszej chwili nie zrozumiała. Otworzyła szeroko oczy i spojrzała pytająco w twarz przyjaciela, którą teraz wykrzywiał paskudny uśmiech. Paskudny uśmiech?! Zszokowana tą nagłą zmianą obejrzała się, na - uśmiechniętą równie paskudnie - Agnessę de Sade. I ten właśnie obraz - pięknej twarzy czarodziejki, oszpeconej wrednym uśmieszkiem – zabrała Anaela ze sobą w nieświadomość, gdy uderzona w potylicę rękojeścią miecza, osuwała się w ramiona Amrego-Vervaina.
Vervain, pamiętacie, werbena, obleśny dziad z „kostycznymi palcami” na usługach WeddSa’arda (na zdrowie).
Jak mogła nie poznać atrapy? Dlaczego, dysponując ponoć tak potężną mocą, nie wykryła podstępu? Gdzie była Anaelowa intuicja? (A to miała w ogóle jakąś? Bez urazy, ale nie widać). Na spacer poszła czy co?! Przypomniała sobie namiętny pocałunek i miała chęć wyszorować sobie usta mydłem. I pluć! Wypluć nawet wspomnienie dotyku obmierzłych warg. Zemdliło ją.
Vervain przyciskał Leczącą do siebie, czerpiąc z miotających nią uczuć perwersyjną przyjemność. W pewnym momencie, przełożywszy wodze do jednej ręki, wziął twarz Leczącej pod brodę i uniósł, chcąc pocałować kuszące usteczka.
Anaela tylko na to czekała: nie zdążył cofnąć dłoni, gdy wgryzła się w nią aż do krwi. Wstrzymał oddech, stłumił jęk i wychrypiał:
- Puść, kurwo, bo skręcę ci kark.
Splunęła jego krwią i zapytała kpiąco:
- Chcesz jeszcze buziaczka?
Jestem dzielna, twarda i umiem zapyskować! I wcale nie padam w ramiona każdego napotkanego, przystojnego mężczyzny jak delikatna królewna!

Jadą gdzieś na koniu – przynajmniej Anaela i Vervain, o de Sade ani słowa. Dziewczę jest strasznie skonane, bo ma ręce związane tytanianem, który nie pozwala jej czarować. Gdy zsiadają z ledwo żywych koni, Karolcia dramatycznie omdlewa. Agnessa przypada do niej i zaczyna ją bić i kopać. Lecz WTEM!
Czarna mgła zamknęła się nad dziewczyną jak wodna toń nad tonącym.
Czarny demon jednym susem znalazł się na środku polany i przednimi kopytami uderzył raz, a celnie: Vervain padł z roztrzaskaną czaszką. W tej samej sekundzie dosiadający Cienia jeździec skoczył na wiedźmę, zbijając ją z nóg. Ta wywinęła się jak piskorz, poderwała na nogi i odskoczyła w bok, prawą dłonią wyszarpując zza pasa krótki miecz, a lewą sztylet.
Szczerze mówiąc nie pamiętam, by Vervain ginął tak wcześnie. Jeśli faktycznie nie żyje, patrzcie i podziwiajcie: w podobnie nagły, bezsensowny i bezrefleksyjny sposób ginie tu sporo postaci.

Następuje scena walki, w której czepić się mogę tylu rzeczy naraz, że aż mi się serducho raduje:
1) w żadnym momencie nie jest napisane, że tajemniczy jeździec zsiada z konia, mimo to walcząca z ziemi Agnessa nie ma problemu z sięganiem mu sztyletem do ramienia, a on – z robieniem piruetów,
2) uderzone mieczem, ostrze sztyletu pęka i w jakiś magiczny sposób rykoszetuje (tak, rykoszetuje) w twarz Agnessy,
3) pokonana Agnessa oferuje jeźdźcowi nagrodę w postaci swojego seksownego ciała (bo to przecież lubieżna sucz jest i mamy jej za to nienawidzić); w dalszym ciągu nie jest powiedziane, że jeździec zsiada, wnioskuję więc, że rozebrał i wyryćkał Agnessę z konia. Albo na koniu,
4) same seksy są takie kwikogenne, że muszę przytoczyć w całości, bo ja tak nie umiem:

- Wygrałeś, żołnierzyku - mruknęła, ocierając krew z policzka. - Jestem twoja. - Spojrzała nań spod firany gęstych czarnych rzęs i uśmiechnęła się słodko.
Zrobiła krok, potem drugi i nagle znalazła się tuż przed nim, jedną dłoń kładąc na piersi żołnierza, drugą sięgając w dół. Gdy dotknęła jego przyrodzenia, przez rozgrzane walką ciało przeszedł dreszcz pożądania. Czy to możliwe, by taka piękność chciała... Chciała jego? Właśnie jego? Podniecenie powoli wypierało rozum.
- Weź mnie - zagruchała. - Prawem zwycięzcy.
Skubnęła zębami płatek ucha, aż jęknął mimowolnie i stracił resztkę rozsądku. Drżącymi dłońmi zaczął rozpinać guziki jej sukni, ale sapnęła niecierpliwie, podkasała spódnicę i pociągnęła go na siebie. Z przeciągłym ni to westchnieniem, ni szlochem wtargnął w nią brutalnie. Znieruchomiał z obawy, iż sprawił kobiecie ból, ale wychrypiała:
- Mocniej! Oooch. Moooocniej!
Pchnął parę razy, zatracając się w tym obłędzie, i nagle eksplodował, jęcząc głośno.
Opadł bez sił na chłodną trawę.
De Sade uniosła się na łokciu i zajrzała ciekawie w zlaną potem twarz.
(...)
- Bardzoś wyposzczony, chłopaczku. A może to był twój pierwszy raz?
Bez komentarza, to mię przerasta. Zastanawiam się, czy przez cały ten czas Anaela była przytomna i wszystko widziała. Zapewne nie, no bo jakżetotak, ale pomarzyć dobra rzecz.

Jeździec okazuje się być Arlissem. De Sade śmieje się z jego krótkodystansowości, na co chłopaczek unosi się dumą i już ma zamiar znowu sobie pobzykać, gdy wtem na scenę wkracza Joysell i daje Agnessie po mordzie. Jest lekko poirytowany niefrasobliwością naszej heroiny.

- Jesteś rąbnięta! Mam dosyć pilnowania jaśnie pani! Albo cię zwiążę, albo zostawię. Wybieraj!
- Masz sumienie, to wiąż. - Podetknęła mężczyźnie pod oczy poharatane linką nadgarstki.
- Ty głupia kobieto! - zżymał się, jadąc obok niej. - Saskia oczekuje mojej pomocy. Gnam ludzi przez ten parszywy Las, by zdążyć przed WeddSa’ardem, a ty...! Dass’ratt! Ostatni raz cię ratuję!
- Tak Bogiem a prawdą, uratował mnie Arliss - zauważyła.
Tak Bogiem a prawdą, gdyby nie Joysell, Arliss dałby podwójnie dupy i sam siebie by nawet po tym nie uratował. Nawiasem mówiąc, o Vervainie i Agnessie nagle przestaje się wspominać. Ja nie wiem, czy nikt ich nie pojmał, nie związał, nie kazał pilnować?

Nadciąga zwiadowca i melduje, że nadciągają darrakijskie wojska. Joysella to bardzo cieszy i rusza ze swoim wojskiem w bój, Arlissa, Anaelę, Mirellę i Loysi (wtf, kto to jest?) wysławszy w dalszą drogę do Saskii. Gdy tylko Joysell znika z pola widzenia, Anaela znowu daje popis debilizmu i nie słucha jego rozkazów: Arlissowi każe dołączyć do bitwy, a sama chce popatrzeć z góry na jatkę. Jasne, bo tyle dobrych wspomnień ma z Cambrii: krew, wyprute flaki, fruwające kończyny, pełno trupów ludzi, którym taaak współczuła, niezależnie od tego, po której stronie muru stali...

Anaelcia wspina się – sama nie wiem, po czym i na co – a Saris wariuje, że grozi jej niebezpieczeństwo; wzywa nawet lwianę Hatirę, która nagle zaczęła uważać Anaelę za swoją panią.

- Anaelo, musimy uciekać! - usłyszała naraz naglący głos Cienia.
- Saris! Nie mów do mnie, bo spadną! - odkrzyknęła i w tym momencie... spadła.
A to ci heca.

Anaelcia wisi, uczepiona kurczowo wystającego korzenia. Rzuca zaklęcie lewitacji, ale nieopatrznie rzuca je na nogi zamiast na głowę, skutkiem czego lewituje głową w dół. No i zgadnijcie, do czego to prowadzi.

Najpierw poczuła, bardzo zdziwiona, jak zaczynają się unosić w górę, podczas gdy ciało pozostaje na swoim miejscu. Po chwili lewitowała głową w dół, wciąż kurczowo ściskając korzeń. W tym momencie spódnica opadła Anaeli na głowę i Lecząca zaświeciła gołą pupą.
- Total, jak Boga kocham total - mruknęła, słysząc w umyśle nieco histeryczny chichot Sarisa.
Na dole wielka bitwa, ludzie się mordują, ale kij tam, nam tu jest tak śmiesznie z gołą dupą Anaelci... Swoją drogą: serio, nawet w średniowieczu istniała BIELIZNA. Jak ona w samej spódnicy jeździła konno? Może jeszcze okrakiem, co? A poza tym wydawało mi się, że ostatnio Anaela miała na sobie suknię, a nie spódnicę. ALE CO ZA RÓŻNICA.
Wstała, wygładziła suknię
*facepalmuje bezradnie*
Anaela patrzyła na rozgrywający się w dali bój z zapartym tchem, gdy nagle jej spojrzenie przyciągnął pędzący ku wzgórzu niewielki, może dziesięcioosobowy oddział, na którego czele gnała wpatrzona w biel jej sukni... Agnessa de Sade.
No kurwa mać, Joysell dał jej w pysk! Własną pięścią! A potem co, nagle zniknęła? Dali jej tak po prostu sobie pójść? Use your fucking mind!

Ale gdzieee tam. Anaelcia wskakuje na Sarisa i pędzi na odsiecz – za nimi biegną Mirella i Loysi (kimkolwiek jest ta druga). Łucznicy zaczynają do nich strzelać, Anaelcia wyczarowuje magiczną tarczę. Saris przywołuje Hatirę i...

Skrzydlaty kot nie kazał sobie drugi raz powtarzać. Zapikował ze wściekłym sykiem, dopadł wiedźmy i porwał ją w powietrze. De Sade wrzasnęła dziko, tracąc grunt pod nogami, i niewiele myśląc, odcięła trzymające ją lwie łapy. Kot zakrzyczał z bólu niemal ludzkim głosem i śmignął w górę. Wiedźma, spadając z wysokości kilkunastu metrów, usiłowała użyć zaklęcia lewitacji, ale zaklęcie nie zadziałało. Agnessa de Sade roztrzaskała się, a kopyta cwałujących koni wbiły zewłok w ziemię. Nie zatrzymało to pogoni. Znów świsnęły strzały.
Myśleliście, że wielka i piękna Agnessa se Sade będzie nam jeszcze długo towarzyszyć? Błąd!

Anaelcia oddziela się od Mirelii i Loysi i samotnie umyka przed goniącymi ją żołdakami, obleśnie się uśmiechającymi (pewnie widzieli jej goły tyłek na wzgórzu). Dziewczę dostaje bełt w ramię i taaak ją boli, tak jest zmęczona, tak nie ma siły... Lecz wtem między nią a tamtych wpada bliżej nieokreślony jeździec z mieczem z czarnego tytanianu (azaliż Amre, tym razem prawdziwy?) i kolejno skraca wszystkich o głowy, a tymczasem z portalu wypada Reikan. Koniec.

31 komentarzy:

  1. Mech z języczkami..Liźnięcia setek języczków na poharatanych podczas teleportacji dłoniach. Ja wysiadam.

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja wysiadam od "fabuły" tego tForu.
    Ale analek ładny, tylko co tak krótko, co? Lenistwo dopada? : D

    Zelaznostopy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A nie, wróć, to wcale nie krótko, tylko standardowo. Ale przy miłej lekturze czas szybko mija to pewnie dlatego ^^;

      Zelaznostopy

      Usuń
  3. Co jak gdzie kiedy? Naprawdę można się w tej ksiażce pogubić :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Bojciu, brak mi słów. Nie ogarniam...

    OdpowiedzUsuń
  5. Chciałabym skomentować merytorycznie, ale nie da rady. Witki opadajo.
    Tylko tak mi dziwnie z myślą, że wydaje to wydawnictwo literackie... :<

    Bestia z Bagien

    OdpowiedzUsuń
  6. Ale jak to tak - kici łapy odcięła? Tak na amen? Biedna kicia... :(
    Ja to bym nie chciała z gołą dupa na konia siadać. Nawet nie chcę myśleć, jak bardzo bym tego żałowała...

    OdpowiedzUsuń
  7. Ale zaraz... ja jeszcze nie zdążyłem się zorientować, kto z kim się bije, a tu już wszyscy nie żyją...? :<

    Pozdrawiam i kłaniam się nisko, Wypłosz

    OdpowiedzUsuń
  8. Może się nie znam na pisaniu, ale wiecznie zdziwiony narrator, jeśli nie jest pierwszosobowy, nie rozśmiesza ani krzty tajemniczości czy zaskoczenia nie wprowadza, i w ogóle nie powinno się tak pisać. Kij mnie obchodzi gdzie sobie poszła karolinkowa intuicja, jesteś narratorem, nie sadź takich paskudztw.
    I pupa? PUPA? Ile Kaśka ma lat, że z pupą wyskakuje? To aż taka hańba napisać "pośladki"?

    Krakatoa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. P.S. Zapomniałam zapytać - są może jakieś wieści od Twoich zaklętych podwł... współpracowniczek?

      Usuń
    2. Nope, ale nie traćmy nadziei. :3

      Usuń
    3. Nie traćcie nadziei :)

      Usuń
  9. @Krakatoa: Anaela zachowuje się jak rozwydrzony bachor, więc infantylne słowo "pupa" pasuje.
    (Tak, właśnie skończyłam "Ferdydurke")
    mur

    OdpowiedzUsuń
  10. Bohaterowie "Ferrinu" muszą być upośledzeni umysłowo. Dlaczego facet, któremu Pani Lasu każe złożyć ofiarę z krwi, zamiast zaciąć się lekko w palec, podcina sobie żyły? W dodatku sztyletem, który jako broń kolna, a nie sieczna, niezbyt się do tego nadaje.. I co to znaczy "nie mów do mnie, bo spadnę?" Dlaczego???

    OdpowiedzUsuń
  11. Winky, powiedz Ty mi, bo nie czytałam Ferrinu.
    *Jak* pani Ałtor może być uznana za talent literacki i być nazywana następczynią Sapkowskiego? ;__;

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na takiej samej zasadzie, na jakiej Paolini jest następcą Tolkiena... ;) Marketing powah! Innego wytłumaczenia nie widzę.

      Usuń
    2. A to prawda.
      Bo kto rozsądny przeczyta to do końca nie dla beki? q-q

      Usuń
  12. No po prostu brak mi słów. Wielki szacunek dla ciebie za to, że trwasz w tej książce i że chcesz ją analizować. Ja dałabym sobie spokój po kilkunastu stronach. Czytałam kilka powieści Michalak. Zdarzały się w niej podobne kwiatki, ale nie aż na taką skalę o.o Nie rozumiem brania się za coś w czym nie jest się dobrym i o czym nie ma się zielonego pojęcia. Nie rozumiem też dlaczego Michalak na siłę stara się udowodnić wszystkim, że jest dobra w każdym gatunku. Za każdym razem gdy o niej słyszę załamuję głowę...

    OdpowiedzUsuń
  13. Ahahah Winky wyszedł trailer tej książki XD https://www.youtube.com/watch?v=6EmWwK8gyv0

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widziałam... Z takim stężeniem kiczu dawno nie miałam do czynienia (a warto wspomnieć, że właśnie kończę oglądać 4 sezon "Klubu Winx"). ;P

      Usuń
    2. Kaśka napisała, że Stanisław Mąderek odwalił większość roboty. Mogę mieć nadzieję, że facet zrobił to specjalnie. Staszek nie mógł stworzyć czegoś takiego "na serio".

      Usuń
    3. Możliwe, ale cały czas mam wrażenie, że scena machania mieczem jest bezczelnie zerżnięta z Wiedźmina

      Usuń
    4. Początek był nawet obiecujący, ale z każdą kolejną sceną filmik stawał się zbiorem niewiążących się ze sobą obrazków, z których nic nie wynikło.

      Usuń
    5. Z podpisu: "Dziękuję Anaeli, Sellinarisowi i Temu Który Trzykrotnie Umierał za Ferrin za udział w tej produkcji."
      WTF, ja się pytam?!

      Usuń
    6. Autorka 15 bestselelrów? ! Chyba coś przegapiłam -_-
      Swoją drogą w zwiastunie nie dzieje się podobnie nic jak w książce.

      Usuń
  14. "Dass’ratt"! Cóż za imię (nazwisko?). Brzmi prawie jak Datt'ass :) Szczerze mówiąc jestem w szoku, pogubiłam się i w postaciach i całej akcji. A jeszcze kilka dni temu żyłam w błogiej nieświadomości istnienia aŁtorkiKasi :D
    Super robota, przeczytałam całość jednym tchem, dzięki, że przez to przebrnęłaś

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Datt'ratt to... Khem, przekleństwo. Tak, wiem, można nie zauważyć.
      Popo

      Usuń
  15. Przeczytałam wszystkie dostępne tutaj anale tego wyśnienia AłtoreczkiKasi i osobiście mam ochotę się pohaftować. Co to jest do jasnej anielki, ja się pytam? Nawet mój kot potrafił by napisać bardziej logiczną opkę. To nie zasługuje na miano książki, tak nawiasem. ;)
    Głowa mnie boli od headdeskowania i facepalmowania. Niech mi ałtoreczka leki przeciwbólowe funduje. -.-
    Analiza sama w sobie jest genialna. Zakwikałam się.
    Btw, fetysz na imiona na A. Kolejna, cholera jasna. :C

    OdpowiedzUsuń
  16. Witam. Dopiero niedawno odkryłem radosną tfurczość pani M. Nie wierzę, że takiego gniota wydaje WL. Byłem w ciężkim szoku, kiedy się dowiedziałem, że powieści tej pani wydaje Znak! Dziwi mnie, że tego gniota nie odrzucono w redakcji obu, bądź co bądź, szanowanych wydawnictw już na wstępie.

    Imho, Le[j]ddi Anielcia z Forniru zasłużyła sobie na miano najbardziej wkurwiającej merysójki wszech czasów, a "dzieła" wszystkie pani Michalak powinny znaleźć się w Sevres pod Paryżem jako wzorcowy przykład jak NIE powinno się pisać literatury.

    Analiza zacna, proszę o więcej. Kłaniam się nisko i pozdrawiam.
    Vredny

    OdpowiedzUsuń
  17. Inżynier Mamoń wiedział, co mówi:

    "Nuda... Nic się nie dzieje (...) Dialogi niedobre... Bardzo niedobre dialogi są. W ogóle brak akcji jest. Nic się nie dzieje".

    No właśnie, panie dzieju, nuda przez bardzo duże "N", w dodatku zakręcona jak świński ogonek. Strach się bać, co by było, gdybym miała przebrnąć przez to dzieło bez analizy, skoro nawet z analizą było to dla mnie nie lada wyzwanie. Swoją drogą, aż żałuję, że dawno, dawno temu, z licem płonącym z zażenowania wyrzuciłam swoje...ekhę...opowiadania, które tworzyłam gdzieś tak w siódmej-ósmej klasie podstawówki, na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Wtedy wydały mi się znakomite. Po kilku latach, czytając te twory, na przemian tarzałam się ze śmiechu i pukałam w czoło, jak mogłam spłodzić takie głupoty. Widzę jednak, że gdybym je teraz wydała własnym nakładem sił i środków, a potem wcisnęła jakiemuś wydawnictwu, mogłabym śmiało zostać autorką bestsellerów. Dodałoby się tylko nieco kiepskawych seksów w myśl zasady "sex sells" i byłby hit, że hej!Ech, że też człowiek był tak mało przewidujący...

    OdpowiedzUsuń
  18. Świetny wpis i fajna długa analiza. Dzięki wielkie :)

    OdpowiedzUsuń